przpraszam, że nastraszyłem!
Oj Boże święty, toż ja chciałem dodać otuchy...
Burkitt to nie przelewki, ale, jakem napisał, to chłoniak, którego MOŻNA
CAŁKOWICIE WYLECZYĆ. Wchodzisz do szpitala z nowotworem, wychodzisz ze szpitala
bez nowotworu. Co więcej, szanse na to wyleczenie są znacząco wyższe, niż w
wypadku najczęstszego typu agresywnego chłoniaka, czyli Diffuse Large B-cell
Lymphoma (w wypadku DLBCL szanse na ucieczkę spod łopaty są rzędu 50-60%).
Najpewniej nie masz HIV, pewnie guz jest mniejszy niż 10cm i pewnie nie masz
rozsiewu do mózgu (bo to raczej daje objawy). Innymi słowy, najpewniej Cię
wyleczą. Co nie oznacza, że będzie lekko. Terapia chłoniaka Burkitta jest
bardzo agresywna, młodzi 'zdrowi' dorośli mają ok. 5%-10% ryzyko zgonu z powodu
samego leczenia, ale nie ma wyjścia.
Powtarzam -- najpewniej będzie dobrze. Trzeba się tylko leczyć. Na podróż z
córcią przyjdzie czas za jakiś rok.
I nie przejmuj się koniecznością 'myślenia pozytywnego'. Nowotwory rosną lub
przeciwnie, poddają się leczeniu, niezleżnie od tego, co się o nich myśli.
Wmawianie sobie konieczności 'pozytywnego myślenia' oznacza obarczanie się
dodatkowym ciężarem emocjonalnym. Tylko dureń lub cyklofrenik w fazie
maniakalnej 'myślałby pozytywnie' w sytuacji, gdy dowiaduje się, że jest chory
na nowotwór złośliwy.
Masz pełne prawo być teraz załamana.
I przestań powtarzać o tym życiu 'przez kilka lat'. Albo nie przeżyjesz terapii
w ciągu najbliższych miesięcy (co jest, jak podkreślam, mało prawdopodobne),
albo będziesz wyleczona. Za 'kilka lat', to możesz sobie ew. skręcić kark w
Dolomitach na nartach!