Moja mama w lutym tego roku zmarła na raka płuc miała 62,5 roku, walczyła
prawie 3 lata. U mojej mamy tez niewiele dAWAŁ SKUBANIEC ZNAĆ, kaszel jedynie,
ale ponieważ była nauczycielką to się zwalało na struny, i że paliła to też
troszkę temu się dawało. dostała antybiotyki od rodzinnego gdy nie
rpzechodziło, nic, po dwóch tygodniach kolejne antybiotyki, nic... za trzecim
razem wysłal na rtg płuc i tam wykazało guza 3 cm na lewym płucu. lekarze
początkowow pocieszali że dobrze umiejscowiony do operacji że fajnie będzie i
wogóle, do wyników badań. Po tomografie który wykazał zmianę na wątrobie i
drugim płucu. Po biopsji drugiego płuca, potwierdziło się że tog uz
przerzutyowy. Biopsja wątroby nic nie wykazała, ale lekarze uważali żeto mógł
byc guz ale się wchłonął. Ja piernicze. Dostała kilka serii chemii, była bardzo
silna, walczyła do końca, po 3 miesiącach od ostatniej chemii zaczęły ejj
puchnać nogi, na własną rękę zrobiliśmy rezonans kręgosłupa, tomograf
kręgosłupa, usg żył ko,nczyn dolnych, scyntygrafię kości, nic nie wykazało,
potem lekarze powiedzieli ze to mógł być skutek uboczny chemii - zawsze mówili
po fakcie, nigdy nas nie doinformowali. niestety za kolejne trzymeisiące
okazało się że guz się powiększył, jedna dawka chemii, z reszty
zrezygnowaliśmy, bo mama była za słaba, a taka młodziuka lekrka na stazu
bodajże powiedziała nam, że jeżeli mama czuje że nie powinna dostac tej chemii
to niech nei bierze i nie zwaza na krzyki ordynatorki, bo lekarze nuie patrza
na stan ogolny pacjenta przed chemi9a, ich nie obchodzi czy pacjent wstaje z
łozka czy nie, tylko wyniki krwi ich inetresuja... po tej jednej chemii, pół
roku przerwy, inna dieta, inny styl żcyai... po pół roku guz znów dał o sobie
znać. Lekarze w szoku, że mama jeszcze żyje, powtórzyli badania bo
niedowierzali że nie ma przerzutów i że mama taka uśmiechnieta w takiej
świetnej kondycji... ponownie ropatrzyli operacje, ale nie było mądrego który
by się jej podjął. W sumie mama niewiadomo czy by się zgodziła juz potem na
nia, bo w swoim życiu oprzeszła ich 9 i miała osłabione serducvho i [po tych
chemiach wycieńczona. KOeljan chemia, nowość, miao być super. Niestety pomimo
iż było mniej skutków ubocznych to i mniej pomogło. Po dwóch miesiącach od
zako.ńczenia cyklu znów nawrót. Lekarze nie mahją pomysłu co robić bow
kondycji mama jest dobrej, nie ma ani krwioplucia ani innych skutków. Dają
naświetlania. W międzyczasie zaczynają pojawiać się przerzuty do tkanek
miękkich i bóle ręki. Lekarze lekcewazą, dają wapń bo to niby od chemii. Ide do
lekarza błagam o scyntygrafie, obiecuje że zrobi, nie zrobił. Bóle się
nasilają, wkładają mamie rekę w gips, robią operację i usztywniają rękę na
druty. Idę do lekarza na powazną operację, pytam się co to jest? czy to
ptrzerzutry do kści.Mówi ze nie. Mówi ze to odwapnienie po chemii, które
spowodowało ubytek w kości i dlatego boli. Wtedy myślałam ze czekamy na wynik
scyntygrafii. Wypuszczaja mamę do domu, zdjęcie gipsu za 3 miesiące mówią. Po
dwóch dniach mama z bólem wraca do szpitala. Dają środki przeciwbólowe.
wypisują do domu, ja kontaktuję się z onkologiem i prosze zeby mame przyjeto na
oddzial, onkolog zapewnia mnie ze to zrobia, mają do zrobic w poniedzialek, bo
jest piatek. w poniedzialek przewoza mame na onkologie a tam nikt nic nie wie,
woza mame na lozku od sali do sali, od lekarz ado lekarza,kazdy odpycha ja od
siebie, Dzownia do mnie do pracy zebym przyjechala po mame bo oni niemkaja co z
nia zrbic. Gdy przyjezdzam do spziatla mama lezy na korytarzu - nigdy nie
zapomne jej wyrazu twarzy. Ide do lekarzarobie awanture, i co z tego. nie ma
miejsc, a onkoolog nic nie przekazal. Zawoza mame do domu. Lekarka bez
porozumeinia z nami dzowni do hospicjum i zalatwia meijsce. Hospicjum dzwoni do
domu, tata akurat wyszedl na zakupy, mama juz coraz gorzej chodzi, telefon lezy
przy mamie, odbiera... Paniz hospicjum z nia rozmawia, mama zgadza sie na
pojscie do hospicjum. Wraca tata, dzowni do mnie zaplakany, ja zaplakana,
absolutnie nie zgadzamy sie na to. Jade do domu, tata wymyslil
zoiololecznictwo. Zaczynamy wierzyc w ziola, we wszystko sie wierzy nawet gdy
sie kiedys ze wszystkiego wysmiewalo. Za dwa tygodnei mama zaczyna tracici
przytomnosc, zaczyna sie bac. my zaczynamy sie bac. Dzowniedo wszystkich
lekarzy ktorych znalam pytam sie co robic, kazdy ze to prawdopodobnie przerzuty
do glowy, i ze mamy sie nastawic na najgorsze. Przyjezdzam z bratem do domu,
zwalniamy sie z pracy, jesetsmy przy mamie, nie spimy. zalatwiamy koncentrator
tlenu. ktory trzeba co dwie godizny wylaczac, wiec robimy dyzury. Po kilku
dnaich nei dajemy rady, robimy w majtki na kazdy jek mamy, nie mamy materaca
przeciwodlezynowego, nie mamy nic, oprocz strachu. Dzwoni znajoma lekarka
rodzinna, propnuje miejsce na oddziale opeki paliatywnej gdzie jej znajoma jest
ordynatorem.l Na oddziale sa trzy sale, mile pielegniarki, sprzet. Mama jest
zadowlona, bo mniej sie boi. Tata jest u niej zanim sie obudzi z nocy i
wyjezdza gdy ja uspi. Karmi ja, przebiera,myje, wysadza na basen. przerzuty do
taknek miekkich coraz wiecej i wieksze. Dwa pekaja, babraja sie. Wierzymy ile
mozemy. Jestesmy z nia, ciagle dzownimy, rozmawiamy, z czasem prowadzamy bo
moze stanac na nogi, dla nas to nadzieja. az pewnego wieczoru odmawia przyjecia
lekow bo mowi ze ja gardlo boli. no dobrze ale chodziaz ta jedna ona jest wazna
ta na nadcisnienie. Ok. wezme, zakrztusila sie, mowi ze ja boli gardlo, wiec
rezygnujemy, nei ma sprawy mamciu wezmiesz jutro. Niestety jutro bylo gorzej,
nic nie zjadla, nie wypila, nnie mowila, trzesla sie, bala sie, dostala
pierwsza w zyciu morfine, najmniejsz adawke, uspokoila sie, coraz plytszy
oddech, odeszla. Udusiła sie.
WEybaczcie te drastycznośc, ale tak wyglada rak pluc. Mama miala szzcescie ze
byla (my mielismy szczescie) z nami tak dlugo, moznaby pwoeidziec , sluyszac ze
innych choroba zabiera duzo szybciej. Ale dla mnei zamalo. Brakuje mi jej jak
jasna cholera, za przeproszeniem kurwica mnie strzela czasami.
Sporo wiem o raku płuc, jak macie pytania to walcie.
Iza
-
rima, u nas też było okropnie, na koniec tez, ale ja nie mam jeszcze siły tak
dokładnie wszystkiego opisać. Mój Tata tez był nauczycielem, na emeryturze był
dokładnie tylko rok, i to rok w chorobie i cierpieniu. Snił mi sie dzisiaj,
wypełniał dzinniki i zeszyt obserwacji klasy, mojej klasy. Bo na dodatek był
moim wychowawcą w liceum...
-
rima, zryczalam sie czytajac Twoj post.
Ja chce wierzyc, ze moja Mama pokona go. I stadium, tylko operacja. Minelo pol
roku.
-
Martko, ja tez rycze jak opisuje te zdarzenia za kazdym razem. Nie martw sie na
zapas , pamietaj ze jedynym chyba lekarstwem na raka pluc jest wlasnie
interwencja chirurgiczna. Znam wiele osob ktore po operacji raka pluc zyja juz
kilka lat, wiec naprawde wierze mocno ze wam sie uda. I wy tez macie w to
wierzyc i co wiecej, tak bedzie. wizyty kontrolne i wszystko bedzie ok. a teraz
macie duzo czasu zeby sie cieszyc soba.
Caluje, jak pytania rposze pytac..
Iza
-
Faktycznie historia wyciskająca łzy z oczu. Bardzo współczuję.
I jak czytam to się zastanawiam, że jeśli nam sie nie przydarzy cud, to jaka
bedzie nasza historia.
Z dnia na dzień mój ojciec jest bardziej zakręcony. Gdyby moja Mama nie
siedziała z nim cały dzień w szpitalu to lekarze chyba nie chceliby go leczyć,
uznaliby, że już całkiem zbzikował. Lekarz poprosił Mamę, żeby była ile może
przy Tacie, bo przy niej jest jako taki, normalnie się załatwia do kaczki.
Radioterapia ma za zadanie powstrzymać rozwój przerzutów w mózgu. A co po niej?
Co z płucami? Rak jest nieoperacyjny. Czy można pacjentowi w złym stanie podać
chemię?
-
w złym stanie, czyli w jakim. Jeśli wyniki krwi są zadowalające ale pacjent
jest ogolnie oslabiony, malo je to raczje chemii nie podadza. Czy wy mieliscie
juz chemie?? Bo to tez zalezy jaka chemia, w jakiej dawce.
Po radioterapii, na pewno odczuje poprawe stanu zdrowia, a czy lekarze mowia co
zamierzaja z plucami??
iza
-
jest słaby, trochę zakręcony, otępiały, mało mówi, wolno chodzi i tak jakby
miał sie przewrócić.
Przy mojej mamie jest lepiej. Ona każe mu ściągac pampersa i załatwia sie
normalnie, je bardzo duzo, wiecej niz w domu, chociaż troche schudł.
Chemii nie było, na razie radioterapia głowy .i lekarze powiedzieli, że po jej
wynikach zobaczą co dalej. Rak jest na obydwu płucach, nieoperacyjny :(
-
W trakcie naświetlania głowy mój mąż zachowywał się podobnie.Kiedy próbował
wstac z łóżka przewracał się, dużo spał, karmiłam go.Mimo to zawieżliśmy go na
chemię i dostał ją. W szpitalu pomógł mu mannitol zmniejszający obrzęk mózgu. W
szpitalu leżał 9 dni jak wychodził to czuł się już dobrze.Bałam się że nie
dostanie chemi, ale dla lekarzy wazna była przede wszystkim morfologia.
-
Droga Rimo przeszłam prawie to samo i ogromnie Ci wspólczuję. Walczyłam o zycie
siostry ale niestety nie udało się. Tak jak Ty uwazam chorą naszą Sluzbę Zdrowia.
Nie radzi sobie z takimi pacjentami. Najlepszym lekiem na wrocenie do normalnoSci
jest teraz czas i wewnętrzny spokój, ze juz się nie męczą. Pozdrawiam serdecznie
Maria.