Joanno,
jak dwoeidzielismy sie o chorobie mamy to chyab każdy reaguje podobnie. Z tą
różnica, że ja meiszkam w Olsztynie a moi rodzice 30 km od Olsztyna, w związku
z czym ja byłam naprawdę przy mamie, kiedy tylko potrrzebowałam. Poza tym mam
wspaniałego szefa i prace, i dla mojego szefa gdy tylko powiedziałam o całej
sytuacji nie musiałam o nic pytać jak potrzebiowłam być przy mamie, nawet w
ciągu dnia, podjechać do szpitala. Oczywiście starał się tych dobroci nie
nadużywać. Wiesz Asiu, jak u mojej mamy rtg wykryło zmiane na płucach, wszyscy
lekarze mówili, że guz jest fantastycznie umiejscowiony do operacji, i wszyscy
już się cieszylismy na tę myśl że mama będzie operowana. Niestety pierwszy raz
nasza radośc prysła gdy przyszły wyniki tomografu komputerowego: zmiana na
drugim płucu i na wątrobie i tego się wszyscy trzymali tych pierwszych wyników.
Pomimo iż biopsja macierzystego guza wykazała raka płaskonabłonkowego,
następnie wykonano operację drugiego guza na płucu prawym (oczywiście mogli
zmianę wyciąć całą, bo tam były 3 mikroguzki wielkości 3 mm, ale tego nie
uczynili, pierwsze uchybienie lekarzy), po czym chcieli ywkonać biopsje wątroby
ale nic BAC nie wykazał (BAC to biopsja ciekoigłowa). Wykazał że wątroba jest
czysta -tu też bgyły hocki klocki, bo USG nic nie wykazało a lekqarzowi nie
chciał przełożony pdopisac dokumnetów, więc kłuli mamę w kilku meijscach w tej
wątrobie bo przecież rozkaz jest i tzreab wykonać. I tak Asiu jak się uczepili
że zmiana na wątrobiebyła to się uczepili. Wówczas już powiedziano że choroba
jest rozsiana, chociaż guz na lewym płcuu był wielkości 3 cm (to nie jest
strasznie dużo). Robil;ismy bardzo dużo, nawet była u prof. Orłowskiego na
konsultacjach, niestety on też się ni9e podjął, uczepił się tej wątroby że coś
tam było i koniec. A lekarze świetnie z tej wątroby się wymigali , bo po
pierwszej chemii napisali że zmiana na wątrobie uległa całkowitej remisji -
głupota. Na poxczątku wierzylismy lekarzom bezgranicznie, bo dlaczego nie,
myslilismy że wsyzstko cor obią robią w dobrej wierze, niestety w wielu
przyapdkach bardzo sie zawidliśmy - żałuje, że neiktórzy uspili moją czujność.
Gdy minął mi okres paniki, zaczęłam szukać rżnych rozwiązań. Na początku
września chorobę wykryto, mój chłopak z którym byłam 4 lata oświadfczył mi się
w październiku (chociaż podchody robił cześciej, ale ja zawsze taka
niezdecydowana, taka niepewna jesczem, wtedy zgodziłam się natychmiast, bo
oczywiście taka panika, boze a jak mamanie doczeka, a jak to a jak tamto). Mój
brat - starszy ode mnie o 8 lat, również żenił się tego roku co ja 2004 - tyle
że 3 tygodnie wczęsniej, więc mama miała podwójen szczęście i myślenie. Śluby i
wesela robilismy sami staralismy się rodziców nie wciągać ani w kwestie
finansowe, ani w ta nerwówkę taką nizezdrową, bo w resztę wciągnelismy, w
kolorystykę sali, w dobór suknie, w wybór garnituru dla brata, w wybór gości, a
jakie kwiatyw kościele etc,. etc. wtedy miałam takie pełne 3 dniz mamą, była
właśnie w remisji, mieszkała u mnie w domku, ja wzięłam wolne z pracy i razem
robiłyśmy sniadanko, szłyśmy po salonach, mama miała wtedy małe problemyz
chodzenie, skutek chemioterapii, więc gdzie się dąło dojeżdzałyśmy, piekne
wspomnienia. I samo wesele. Dużo radości ale i dużo płaczu. BYłam taka
szczęśliwa ale nie zanałam całej prawdy wiesz. Ponieważ pomiędzy ślubem mojego
barta a moim mama była na kontroli i wykazało progresję guza ,ale postanowili
nic nie robić i nam nie mówic z tata, bo to by nic nie zmieniło, a chceli
żebysmy się mocno cieszyli. Powiedzieli nam dopiero wszystkim po naszym
tygodniu slubnym , jak wrócilismy do Olsztyna. Wtedz taki drugi grom spadl.
Joasiu moja droga, zycie sie tak nam uklada ze pewnie taka szanse dostaniesz
jeszcze a chwile amama sa niezapomniane i jedyne.
Jak chcesy to pisy na priv. pztaj o wszystko
iza
-
Joasiu,
W takim razie czekam na kontakt jak przyjedziesz do Polski. Pozdrawiam i glowa
do gory!
W czerwcu moj brat polecial do Orlando na kilka miesiecy. jak tylko dowiedzial
sie o przerzucie mamy zdecydowalismy ze wroci. I wraca pod koniec lipca. Ale w
miedzy czasie chodzi po szpitalach w Orlando, przetlumaczylismy wyniki mamy i
wyslalam je do niego moze uda mu sie skonsultowac je z jakims lekarzem. Zawsze
mozna pomarzyc. Moze sprobuj tez gdzies w Stanach skonsultowac wyniki mamy.
Pozdrawiam
-
Rima,
czytam twojego posta i ryczje jak male dziecko.
ja tez chce, aby mama byla ze mna w tym dniu!!!!!! jestmy za granica od czerwca
2004 - na poczatku tego roku zacezlismy planowac wesele na przyszly rok, nasi
rodzice (poznali sie przed naszym wyjazdem i sie polubili) razem wstpenie
jezdzili i szukali sali dla nas... tak sie czieszyli naszym szczesciem...
Kurcze a teraz nie wiem co robic,... chce slub przyspeiszyc na grudzien, ale
wynikissa naprawde zle i sa suegstie, ze ten termin moze byc zbyt daleki... A
nie wiem, czy uda mi sie jeszcze szybciej ten slub zorganizowac. jest tak malo
czasu a czlowiek chce tak wiele zrobic.... I nie wyobrazam sobie, ze te
przygotowania moga byc radoscia dla mnie i dla moeje rodziny, gdy wszycsy wiemy
co sie dzieje.... Moze z czasem "otowrze oczy" na to wszystko... narazie
wszystko est zbyt swieze... dopiero trzecie dzien z tym zyje, a jest mi coraz
ciezej!!!
-
Joasiu, a więc przespij się z tym wszystkim jeszcze z kolejne trzy dni. Wiesz
pospiech nie jest dobrym doradcą. Ochłoń trchę, postarajsie na chwilę pomyśleć
pozytywnie. Jak wrócisz do domu - do Polski - służę pomocą, w razie czego,
wprawdzie jestem z Olsztyna, ale chętnie pomogę, dybyś miała w planach zahaczyć
o mazury. teraz rzeczywiście mo,zesz wziąć wyniki mamy do skonsultownaia - jak
to już ktróraś dziewczyna na forum mądrze zasugerowała - tak w USA, zawsze to
jakaś dodatkowa opinia.
I zobaczysz, będziecie jeszcze tanczyć na weselu i dobrze się bawić. Jak
będziesz coś więcej wiedzieć daj znać. I bądź dzielna, na pewno będziesz, teraz
potrzebujsz chwili żeby złapać oddech i nabrać dystansu na tyle na ile ci
pozwoli sytuacja, żeby zxacząć działać i w kwestii leczeni i w kwestii ślubu.
Całuję i ściskam
iza
-
Joasiu, musisz myslec pozytywnie. Ja dzisiaj spedzilam z mama caly dzien w
Centrumc. Onkologii w Gliwicach, sa nadzieje, sa leki. Znalazl sie lekarz
ktory dal realna szanse. Bedziemy walczyc. Mama wreszcie sie usmiechnela, ja
zmeczona ale szczesliwa. Konsultowalam mamy wyniki u 3 lekarzy plus moj brat
robil to zagranica. Jest wreszcie szansa i decyzja co robimy dalej. Nie beda
mamie obcinac reki jak sugerowal jeden z lekarz (a niech go...). Dlatego glowa
do gory tylko szukaj i konsultuj. Zawsze moge pomoc. Pozdarwiam Agata
-
xprinczix,
ciesze sie razem z Wami, ze znalazl sie dobry lekraz dla Was - najwazniejsze
miec nadzieje i utrzymywac usmiech na buzi mamy i twojej... mysle, ze i unas
tak bedzie i wszytsko zrobie, aby tak bylo... musze tylko sie oswoic i
przygotowac do walki :)