hospicjum - czy to juz koniec?? Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • dzis lekarze zapropnowali mamie domowe hospicjum... bedzie do niej
    przychodzil pilegniarz, czy lekraz nie pamietam.. ktory bedzie jej robil
    kroplowki w razie potrzby, dawal zastrzyki przeciwbolowe jak bedzie
    potrzbowac itp itd...
    Nie miesci mi sie to w glowie! Ona normalnie funkcjonuje... czy do takich
    osob, tez proponuje sie taka opieke?
    jedym jej problemem jest problem z chodzeniem - boli ja noga... dzis maila
    robione RTG, ktore wykazalo zlamanie kosci biodrowej (podobno nie do
    operacji) i zlamanie w obojczyku - mam od dluzszego czasu ma niemal bezwladna
    reke.. nadomiar zlego "cos" sie dzieje na zebrze...
    Kurcze... tak duzo tego naraz...
    lekarz wykluczyl przrzut do kosci, ale ja mu sie ufam bo co to ma
    znaczyc "cos" na zebrze...

    czy jesli pacjent jest pod opieka hospicjum, czy to juz naprawde nie ma
    nadzei???
    • Nie Joasiu, hospicjum nie oznacza ońca, w żadnym wypadku. To jest wsyzskto dla
      dobra Twojej mamy, żeby nie musiała jeżdzic po jakies kroplówki przecibólowe do
      szpitala, po co ją nadwyrezać , dlatego propnuja taka opiekę w domu.
      Iza
    • Do niedawna też miałam takie odczucia na dźwięk słowa "hospicjum".Kojarzyło mi
      się tylko z bezgranicznym cierpieniem i rychłą śmiercią.Moja mama ma raka
      szyjki macicy i jest leczona jeszcze na onkologii ale niestety tylko
      paliatywnie.Mamy więc mniejsze i większe kryzysy.Do Centrum onkologii
      dojeżdżamy ale jest w naszym miejscowym szpitalu oddział opieki paliatywnej.
      Kiedy nie mogłam uzyskać fachowej porady i pomocy u lekarza rodzinnego to
      wiesz mi,(z wielkim bólem serca i przerażeniem ) skierowałam swoje kroki właśnie
      do hospicjum i tam otrzymałam tą pomoc.A oprócz niej dużo serca i życzliwości.
      Przedewszystkim, Mama ma wdrożone prawidłowe leczenie przeciwbólowe, że
      praktycznie nie odczuwa bólu i może funkcjonować normalnie.Dla mnie
      najważniejsze jest to, że kiedy dzieje się coś nie tak mam bezpośredni kontakt
      z lekarzem.A pracują tam wspaniali lekarze , z powołaniem.
      Wiesz mi hospicjum nie trzeba się bać.
      • Hospicjum a Oddział Opieki Paliatywnej to w rzeczywistości dwie rozne rzeczy.
        Oddział mieści się w szpitalu i prawdopodobnie jest tam opieka zblizona do
        szpitalnej, natomiast wiem z doświadczenia, ze Hospicjum Stacjonarne to koniec
        kontynuacji jakiegkolwiek podtrzymywania osoby przy zyciu. Zapewnia się tam
        tylko w miarę opiekę przeciw odlezynową oraz przeciw bólową. I to juz koniec.
        Hospicjum domowe w ktorym tylko jedna osoba opiekuje się chorym jest nie do
        poradzenia sobie przez Nią samą. Jest to nadmiar obowiązków dla takiej osoby
        ktora wkłada to całe swoje zdrowie i mozliwości finansowe i z ktorej potem
        zostaje strzępek człowieka.
        Wiem, z doświadzenia, ze brak kadry pielęgniarskiej na oddziałach powoduje
        ze osoby w stanach cięzkich i w podeszłym wieku są traktowane jak zło konieczne.
        Jeśli mama jest chodząca to mozesz sprobować cz poradzisz sobie w domu a jeśli
        nie to jak najdłuzej staraj się aby była w szptalu. NIE ODDAWAJ DO HOSPICJUM
        CARITASU!
    • Mój Tato od połowy maja jest pod opieką hospicjum domowego. Na początku lekarka
      stwierdziła, że Tato jest w b. dobrym stanie, że będzie do Niego przychodzić 1x
      w tyg., pielęgniarka też lub częściej, w razie potrzeby.
      Kiedy pielęgniarka zaproponowała, aby zacząć starać się o hospicjum stacjonarne,
      byliśmy wręcz oburzeni, jak to, Tato w miarę ok funkcjonuje, z naszą pomocą, ale
      zawsze i co głupia baba nam tu gada?!
      Jednak choroba bardzo szybko postępuje. Przeżywamy takie etapy, kiedy to Tato
      powoli od nas odchodzi. W II poł. czerwca był w szpitalu, bo groziło Mu
      odwodnienie, nic nie jadł i nie pił, załamał się kompletnie, obrzęk mózgu się
      powiększał (Tato ma przerzut nieoperacyjny z jelita grubego). W szpitalu też nam
      mówiono o hospicjum.
      My jednak nie oddaliśmy Taty i nie oddamy! Całe życie był z nami, pomagał nam,
      wspierał, jest po prostu naszym Tatkiem ukochanym, a teraz mamy Go oddać jak
      zbędny mebel?!!! Opiekujemy się Nim wszyscy (mama - jest z Nim cały czas, ja i
      brat się wymieniamy, bo pracujemy).
      Lekarka i pielęgniarka z hospicjum domowego przychodzą częściej, podłączają
      kroplówki, ustawiają zastrzyki p-bólowe itd.
      Widziałam, jakie podejście do TAKIEGO chorego mają w szpitalu - jest zbędny, oni
      już nic nie mogą zrobić i generalnie zajmuje tylko łóżko.
      Nie wiem, jak jest w hospicjach, być może mają tam inne nastawienie do
      pacjentów, bo tylko TAKICH tam mają.
      Ale po tym, co widzieliśmy, stwierdziliśmy, że nigdy Taty nie oddamy. Jak ma
      umrzeć, to niech umrze w domu, wśród kochających Go osób. Nikt nigdzie nie
      zapewni Mu takiej opieki i miłości, jak my. Oddanie Taty byłoby pozbyciem się
      problemu, chociaż rozumiem, że niektorzy nie mają innego wyjścia i muszą tak
      postąpić.
      "hospicjum - czy to juz koniec??" - w naszym przypadku raczej tak... i jedyne,
      co możemy zrobić, to to, żeby nie odczuwał bólu i być z Nim do końca...
    • Dla mnie i mojej mamy - hospicjum domowe to była wspaniała rzecz, najwięcej
      pomocy i zrozumienia w swojej chorobie mama znalazła u kresu swojej drogi, mama
      miała przerzut z płuc do przełyku (miała założona sondę nosow- żóładkową - ja
      mame sama karmiłam takim wielkimi strzykawkami), raz w tygodniu przychodziła
      Pani Doktor i pilegniarka - sprawdzała ogólny stan mamy - czy nie ma odlezyn,
      stan sondy itp. (mama wstawała z łozka do końca, ale sprawdzała czy mama nie
      jest odwodniona) w razie potrzeby pilęgniarki przychodziły 2 razy dziennie aby
      podac mamie zastrzyk z antybiotykiem, poza tym w kazdej chwili mogłam zadzwonic
      do lekarki mamę prowadzącej aby ją wezwać lub o cos zapytać jak również wezwać
      pilęgniarkę. Bardzo wiele pomocy otrzymałam i do końca zycia będę wdzieczna
      hospicjum domowemu Św. Łazarza za pomoc jaką niesli, Hospicjum domowego nie
      nalezy się bać i to nie koniec ale pomoc dla nas i dla tych co kochamy.
      • Mam takie pytanie. Na jakim etapie choroby musi być pacjent, żeby opieka
        hospicjum domowego mu przysługiwała?

        Mój tata ma bardzo zaawansowany nowotwór lewego płuca. Pierwszą chemię zniósł
        bardzo źle. Dziś lekarz odmówił podania następnej ze względu na znaczny spadek
        parametrów krwi i trawiącą tatę gorączkę po pierwszej chemii. Stwierdził, że
        onkologia już raczej nic tu nie pomoże. Zalecił antybiotyk. Ostateczną decyzję
        odnośnie kontynuacji leczenia ma podjąć za tydzień.

        Czy jeśli lekarz zdecyduje o zaniechaniu leczenia to tacie będzie przysługiwała
        opieka hospicjum domowego? Czy lekarz powinien wystawić jakieś zaświadczenie?
        Wspomniał coś, że pozostanie już tylko opieka w rejonie. Ale tam opieka jest
        żałosna: lekarka, która przez kilka miesięcy nie rozpoznawała podstawowych
        oznak nowotworu i wielogodzinne kolejki.

        Dodam jeszcze, że tata leczy się też na raka prostaty. Jest nieoperacyjny ale
        na razie reaguje na leczenie hormonalne. Boję się, że przyznanie tacie opieki
        hospicjum domowego może być równoznaczne z zaniechaniem również tego leczenia.

        Odezwijcie się proszę.

        Kasia
        • W przypadku mojej mamy - wymagane było skierowanie do objecia opieką przez
          hospicjum domowe od lekarza 1 - go kontaktu (bez problemu mama je otrzymała),
          czasami hospicjum wymaga od poradni onkologicznej informacji , ze wszelkie
          mozliwości leczenia zostały juz wyczerpane (myslę, ze Wasz onkolog w razie
          potrzeby - je również wystawi)i tylko tyle dokumentów było potrzebne.
          Pozdrawiam izyczę dużo siły Ola.
    • Na swoiwątku też rozważała ten dylemat, ale Ja znam już odpwoedz i zacytuję to
      co napisałam w jednej z moich odpowiedzi:

      Sytuacja mojej mamy jest beznadziejna. Skoki temperatury, chudnięcie, majaki,
      coraz cięższe oddychanie(zdaje się, że nowotwór atakuje płuca i krtań), ale
      jest cały czas w DOMU z nami.
      Nie chciałam i nie chcę oddac mamy do hospicjum, poza tym rozawiałam z
      pielęgniarką która się nią opiekuje z hospicju domowego, powiedziała mi stan
      jest tak cięzki, że nie ma pewności czy pobyt w hospicjum stacjonarnym będzie
      lepszym rozwiazaniem. Nie nchodzi o to, że nie będzie miał się nią kto
      zajmować... ale właśnie to, że niewiele można już zrobić.
      Ja naprawdę jestem wdzięczna lekarzowi, który przychodzi do mamy i
      pielęgniarce - są cudownymmi ludzi i naprawdę robią wszystko by spowolnic
      proces rozwoju nowotworu. Bez zbednych rozmów i próźb wypożyczono nam materac
      przeciw-odleżynowy, przywożą nam leki i opatrunki... bo wiedzą jak wiele to
      kosztuje i jak wiele potrzeba na ich zmianę. poszukują nowych rozwiązań i
      maści... naprawdę czuję się wspierana przez nich.
      Pani Jadzia (pielęgniarka z hospicjum) w dniu imienin mamy - przywiozła jej
      drobiazg, słoniki na szczęście. Przecież nie usiała tego robić.
      Jeszcze jedna rzecz. Jesteśmy cały czas uświadamiane o tym co może się stać, że
      TO może nadejśc w każdej chwili, że nie możemy panikować, że możemy wezwać
      pogotowie, że trzeba trzymać za rękę by chory czuł się spokojny... bo czucie
      zanika ostatnie, że muszę mieć czerwony ręcznik gdyby otworzyła się wieksza
      żyła lub tętnica - po to by chory nie widział, że się wykrwawia... by odchodził
      w spokoju...zasypiał. A Ja wiem, że panikowałabym i płakała... i pewnie tak
      może być, ale to co One mi przekazały, wzmacnia mnie na tyle, że wiem iż BARDZO
      WIELE zależy od mojego spokoju.
      Wiem, że to wszystko brzmi strasznie...płacz już nie koi mojego bólu. Boję sie
      każdego dnia... jednoczesnie pragnę by wszystko wróciło do normy... by mama
      wstała, by wyzdrowiała...
      ale ta świadoość...
      Poza tym leki przeciwbólowe -przy tak rozległym nowotworze, hoeopatia i
      standardowe leki jak Ketanol czy tral nie poagają. Mama bierze MST (orfinę) i
      aminitriptilinę + leki na krzepliwość krwi i uspakajające, bez tego cierpiała
      by jeszcze bardziej - psychicznie. Teraz jest spokojniejsza, więcej
      przesypia...choć są dni kiedy majaczy i jest niekontaktowa.
      Nie bójcie się hospicjów domowych - ta pracują ludzie z sercem, choć
      jednocześnie wiem, że WOLA chorego jest najważniejsza.

      Pozdrawia was wszystkich

      Urszula.

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.