kangur2007 napisał:
> Bardzo przyjemna 10-minutowa wizyta kontrolna u specjalisty, tego samego, który
> dziesięć miesięcy temu mnie operował.
Nie mam pojęcia dlaczego ostatnim razem napisało mi się 10 miesięcy, podczas
kiedy w rzeczy samej to było osiem. Dziesięć bedzie pierwszego września. Nie
zmienia to jednak postaci rzeczy - PSA mam poniżej progu wykrywalności, nic sie
nie dzieje, nie ma potrzeby żadnej innej terapii, Cialis łykam regularnie i
działa coraz lepiej. O prostatektomii przypominam sobie od czasu do czasu, kiedy
wycierajac sie ręcznikiem po wyjściu spod prysznica zobaczę w lustrze
15-centymetrową bliznę na podbrzuszu.
I bardzo dobrze.
Wpadam czasem na forum, by zobaczyć jak idzie innym. Trochę mną rzuciło, kiedy
zdałem sobie ostatnio sprawę, że ze wszystkich pacjentow z rakiem prostaty na
tym forum, zasadniczo tylko ja i 'michal61michal'
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=37372&w=57979132&a=60747755
mamy pozytywne i rokujące nadzieję na w miarę normalną długość życia wyniki
leczenia.
Ja w prywatnej medycynie Australii, on w prywatnej medycynie USA.
A jak popatrzeć na tą naszą chorobę z pozycji pacjenta z rakiem prostaty w
Polsce, to ja bardzo przepraszam, ale z forum wieje grozą. Czy ktoś mógłby się
wypowiedzieć dlaczego? Fatalizm, że tak tylko, a nie inaczej ma być, i lepiej w
Polsce nie będzie?
Klasyka prostaty na tym forum jest mniej wiecej taka, w różnych permutacjach:
- przychodzi facet do lekarza w polskim mieście i mowi, że ma objawy związane z
oddawaniem moczu (nadmierna częstotliwość, niekompletne oddawanie moczu,
niezdolność powstrzymania się od oddania moczu, etc.); lekarz, zamiast kazać mu
zrobić test PSA za 50 złotych, i zastanowić się, czy można wykluczyć nowotwór,
leczy go czysto objawowo; pacjent z początku jest zadowolony, bo sika bez
przeszkód. Za dwa lata objawy wracają, wtedy inny lekarz każe zrobić PSA, i
rychło się okazuje, że pacjent jest w stanie nieodwracalnym.
- przychodzi facet do lekarza jak wyżej, a lekarz (światlejszy) każe mu zrobić
PSA. PSA wychodzi sporo powyżej 4,0 nanogramów na mililitr krwi. Lekarz zamiast
skierować pacjenta na biopsję, nic nie mówi i dwa albo trzy lata zbija mu poziom
PSA farmaceutykami, zakładając milcząco, że pacjent ma niezłośliwy przerost
prostaty, bo nowotwór doktorowi do głowy w ogóle nie przychodzi. Za dwa albo
trzy lata PSA robi się skokiem dwucyfrowe, inny lekarz każe zrobić biopsję,
biopsja wychodzi pozytywna, robią resztę diagnostyki i rychło się okazuje, że za
późno wykryty guz jest dawno nieoperacyjny, a pacjent jest w stanie nieodwracalnym.
- przychodzi facet do lekarza jak wyżej, PSA ma wysokie, lekarz (jeszcze
światlejszy) każe mu zrobić biopsję, pacjent jest przerażony, bo słyszał o
torturach przy biopsji. Nikt mu słowem nie piśnie, że biopsję można zrobić (i w
wielu krajach standardowo się robi) albo w głębokiej sedacji, prawie niczym się
z perspektywy pacjenta nie różniącej od anestezji ogólnej, albo w krótkotrwałej
(20-30 minut) anestezji ogólnej silnie działającym koktajlem środków dożylnych.
Potrzebny jest wprawdzie do tego anestezjolog i prawdziwa sala operacyjna, ze
sprzętem reanimacyjnym w gotowości na wszelki wypadek, ale za to pacjent nic
przy biopsji nie czuje i nic potem nie pamięta. Ponieważ nikt mu nie zaoferował
opcji z anestezją (nawet za jego własne pieniądze), to przerażony pacjent opiera
się biopsji - pół roku albo rok, albo dłużej. Po upływie tego czasu nasilają sie
objawy, w końcu pacjent zgadza sie na biopsję, biopsja wychodzi pozytywna, po
reszcie diagnostyki pacjent okazuje się być w stanie nieodwracalnym.
- przychodzi do lekarza facet z wysokim PSA i pozytywną biopsją. Po pięciu
minutach wychodzi bardzo zadowolony, że mu doktor powiedział, że ani operować,
ani naświetlać nie trzeba, będzie tylko brał tajemnicze zastrzyki i tabletki
hormonalne. Doktor nie powiedział ani pacjentowi, ani rodzinie, że ta przyjemna
terapia hormonalna jest już tylko paliatywna, bo na chirurgię i radioterapię
jest za późno, a pacjent ma 50% szans albo lepiej na to, że rak stanie się
hormono-opdporny w 2-3 lata, statystyczna średnia przeżywalności od tego momentu
to 12 miesięcy, a chemoterapia za kilkaset tysięcy złotych może wtedy oddali
nieuchronne o trzy do sześciu miesięcy, a może nie.
- pacjent ma trzy- albo czterocyfrowe PSA, przerzuty bliskie i odległe, dostaje
chemoterapię, będace w użyciu środki wyraźnie wskazują na desperackie działania
ostatniej szansy i ostatnie sześć miesięcy życia. Rodzina z nadzieją pyta na
forum, kiedy tatuś będzie wyleczony. Nikt ani z pacjentem ani z rodziną nigdy
nie rozmawiał o historii choroby, progresji raka, nikt im nigdy nie objaśnił
znaczenia słów 'terminalny' i 'paliatywny.'
Wszystko to się dzieje w mojej b. Ojczyźnie pod prawie całkowitą nieobecność
wiarygodnej informacji publicznej o tej chorobie, jej diagnostyce, terapii,
rozmaitych opcjach terapeutycznych i relatywnej skutecznosci jednych sposobów
leczenia względem innych. Ani słowa w internecie i mediach o skutkach ubocznych,
statystyce wyników leczenia, średniej przeżywalności. Nikt nie słyszał o
pokazywaniu pacjentowi nomogramu, z ktorego mogłby sobie wyliczyc wlasne szanse.
W ogóle zresztą nie ma zwyczaju wykładania pacjentom kawy na ławę. Lekarze są
przepracowani, sfrustrowani, nie komunikują się z nikim, nawet między soba.
Pacjenci i rodziny miotają się od lekarza do lekarza i od ośrodka do ośrodka.
Nikt im nie mówi, co trzeba robić dalej, wszystko jest niedofinansowane,
wszystkiego jest za mało, na zrozpaczonych ludziach żerują szarlatani. Kto zna
angielski, ten przynajmniej może siąść do komputera i w 10 minut znaleźć furę
niezbędnych mu jak powietrze informacji. Kto nie zna, może dalej ganiać od
Annasza do Kajfasza, bo cały system służby zdrowia ma go w oczywisty sposób
głęboko gdzieś...
Dla mnie to jest obraz piekła.
Nasuwa mi się tyleż smutne co przewrotne pytanie: czy każdy mężczyzna po 45-ce,
któremu życie miłe, powinien w ramach profilaktyki przeciwnowotworowej
wyemigrować z Polski? Jeśli nie zachoruje, to niewiele stracił. Ale jeśli
zachoruje na raka prostaty, to jego szanse w zasadniczo dowolnym kraju
Pierwszego Świata wyglądają znacznie lepiej niż w Polsce…