Dodaj do ulubionych

Prostata australijska

15.11.07, 12:56
To jest opis moje własnej historii z prostatą, jaka zdarzyla mi sie
w ciągu ostatnich dwóch i pół miesiąca w Australii, gdzie mieszkam.

==============

Mam 53 lata. Mieszkam od wielu lat w Australii. Doroczne badania u
lekarza domowego zawsze obejmowały badanie krwi. Kiedy miałem
skończyć 50 lat, doktor zalecił żeby do listy testów krwi dodać PSA
i zaczął badać prostatę palcem przez odbytnicę. Zero jakicholwiek
objawów moczowych kiedykolwiek, wszystkie badania per rectum
negatywne.

Seria pięciu testów PSA jakie zrobiłem w wieku lat 49, 50, 51, 52,
53 dała po kolei wyniki: 2,7 / 3,0 / 3,7 / 3,0 / 6,0 nanogramów na
mililtr krwi.

PSA 6,0 wyszło mi w testach zrobionych pod koniec lipca tego roku.
Lekarz domowy zadzwonił do mnie do domu natychmiast po otrzymaniu
wyników: - "są co najmniej cztery najpopularniejsze przyczyny jakie
mogą stać za takim wzrostem PSA, więc niech się pan na razie nie
denerwuje, ale pan się musi niezwłocznie zobaczyć z urologiem,
zamówiłem panu wizytę na przyszły czwartek".

W czwartek specjalista urolog popatrzył na wyniki, i mówi: "w
pańskim wieku, przy PSA 6,0 i przy tej szybkości wzrostu poziomu PSA
- z 3 do 6 ng/ml w ciągu 12 miesięcy - biopsja jest wysoce wskazana.
Jeśli pan się zgodzi, to zrobimy w przyszły piątek, za 14 dni, bo to
pierwszy termin, jaki mam wolny". – " A jakbym się nie zgodził?" –
"To pańskie ryzyko i pańska sprawa, ale ja zalecam biopsję", mówi
doktor z naciskiem.

Poczytawszy sobie trochę w międzyczasie, miałem wizję tortur przy
biopsji, więc pytam nieśmiało "a czy to jest bolesne? i jak się to
znieczula?" Doktor się obśmiał i mówi "jakby się to robiło bez
znieczulenia, to pewnie by było bolesne, ale od co najmniej
dwudziestu lat to się robi pod znieczuleniem podawanym dożylnie,
zresztą pan to sobie omówi przedtem z anestezjologiem".

Za 14 dni przychodzę na biopsję. Nieduży prywatny szpital, blok
operacyjny. Przebierają mnie w charakterystyczny fartuszek wiązany z
tyłu zakładany na goło, kładą na wózek, przychodzi bardzo przyjemny
i rzeczowy doktor anestezjolog. Pytam, czego się mam spodziewać, on
na to, że to ode mnie zależy, bo on może mi dać rozmaitą głębokość
znieczulenia, niektórzy pacjenci wolą być półsenni i konwersować z
lekarzem podczas zabiegu, a niektórzy wolą spać głęboko przez cały
czas i nic nie pamiętać. "To ja taką pełną amnezję i głęboki sen
poproszę", mówię, on na to, że nie ma sprawy. Ja ciekawy, jak on to
zrobi, on na to cierpliwie - " na początek koktajl - midazolam plus
fentanyl dożylnie, jako wstępny nokaut, podczas samego zabiegu
propofol dożylnie, no i będzie pan cały czas pod tlenem. Może być?"
– "OK".

Przewożą mnie do przedsionka sali operacyjnej, przychodzi mój
specjalista-urolog się przywitać, za chwilę wraca anestezjolog, też
już umyty do zabiegu i w pełnych operacyjnych zielonych ciuchach,
dwie pielęgniarki, Zakładają mi wenflon na grzbiecie dłoni, zastrzyk
i film mi się urywa. Budzę się w świetnym nastroju, nic mnie nie
boli, na twarzy mam maskę tlenową, z zegara na ścianie wynika że
film mi się urwał na 35 minut. Trzymają mnie w łóźku jeszcze dwie
godziny, żeby się upewnić że wszystko w porządku i znikąd nie
krwawię, potem ubieram się z powrotem w swoje własne ciuchy i żona
wiezie mnie do domu. Wszystko razem trwało nieco ponad cztery
godziny od wejścia do szpitala do wyjścia, standard tutejszej
biopsji gruboigłowej. Biopsja była robiona w piątek, tak że
odpoczywam sobie przez weekend i w poniedziałek z powrotem do pracy.

Tydzień później, urolog (pan w moim wieku) i ja wymieniamy przez
biurko wstępne uprzejmości, po czym uśmiechy gasną. Specjalista
kładzie na biurku wyniki biopsji i mówi bez owijania w bawełnę "I am
afraid we have found a small cancer", czyli "obawiam się, że
znaleźliśmy mały nowotwór". Ja na to "szczegóły poproszę", on
"proszę bardzo". W wynikach stoi zwięźle: pobrano 10 rdzeni; w
ośmiu stwierdzono zmiany niezłośliwe (tu opis kaźdego rdzenia po
kolei), ale w rdzeniach nr 1 i 3 jest tkanka nowotworowa - acinear
adenocarcinoma - with the Gleason Score of 7 (3+4), dalej
szczegółowy opis. Kopia dla mnie, żebym sobie zabrał te wyniki do
domu. Pytam bez tchu: - "złośliwy?" "Złośliwy i agresywny, mówi
specjalista, Gleason 7 (na 10 moźliwych), ale niech się pan nie
denerwuje". "Jak złośliwy, to dlaczego mam się nie denerwować?" -
"Bo rak nie wyszedł poza prostatę, jest mały i regularny w
kształcie, widać go na ultrasonografie, można się go domacać, jednym
słowem pan ma klasyczny przypadek wczesnego wykrycia nowotworu
nadającego się do leczenia i rokującego nadzieję na całkowite
wyleczenie. Gdybym sam miał to świństwo, to chciałbym mieć diagnozę
tak wcześnie jak pan."

"Leczenie?" pytam, nieco ogłuszony diagnozą. Lekarz obraca laptopa
na biurku tak, żebym widział ekran i mówi – "tutaj mamy
skomputeryzowane narzędzia predykcyjne ze szpitala onkologicznego
Sloan-Kettering Memorial Cancer Centre w USA, zmodyfikowane na
podstawie wyników z naszej wlasnej populacji pacjentów, leczonych w
tym szpitalu. Wchodzi w to statystyka wyników u nas i w Stanach za
ostatnie 15 lat. Te narzędzia służą do prognozowania skuteczności
różnych rodzajów terapii zależnie od indywidualnych cech pacjenta i
wynikow testów". Puka chwilę w klawiaturę, wpisując do programu moje
dane z dokumentacji, kontempluje chwilę ekran, a potem mówi – "Z
pańskim wynikami histopatologii i innych testów, poziomem PSA i
szybkością wzrostu PSA, wiekiem i ogólnym stanem zdrowia, pan ma
trzy opcje: - Radykalna prostatektomia – 94% przeżywalności po
pięciu latach od diagnozy; radioterapia wysokoenergetyczna – 85%,
brachyterapia z implantacją w prostacie radioaktywnych 'ziaren'
izotopowych – 75-78%. Nie musi się pan decydować teraz, bo zanim
cokolwiek zrobimy, to i tak musi się panu najpierw wygoić ściana
odbytnicy przekłuta przy biopsji, inaczej to grozi komplikacjami,
więc i tak zobaczymy się najwcześniej za dwa tygodnie"

"Efekty uboczne?" pytam. On na to: - " chirurgia - trudności z
trzymaniem moczu do około trzech miesięcy po operacji, impotencja do
nie dłużej niź 6-7 miesięcy, bo pan ma wczesną diagnozę, więc mogę
zaoferować operację oszczędzającą wiązki nerwowe po obu stronach
prostaty"; "radioterapia wysokoenergetyczna – to samo, ale
niewykluczone są dodatkowe efekty uboczne w postaci poparzeń
radiacyjnych jelit i odbytu, a jeżeli potrzebna będzie bardzo wysoka
dawka promieniowania, to nie da się wykluczyć nawet lekkiej choroby
popromiennej"; "brachyterapia – gdzieś w pół drogi między jednym a
drugim, plus ten dodatkowy kłopot, że rodzina będzie się musiała
trzymać co najmniej półtora metra od pana".

Pokazuje mi na laptopie animację - tak wygląda radykalna
prostatektomia zwykła, a tak w wersji oszczędzającej wiązki nerwowe.
Mówi, że co prawda można to robić laparoskopowo (keyhole surgery),
ale on tak nie operuje, bo zanim by się w pełni nauczył tej
techniki, to pierwszych 50-60 pacjentów miałoby zwiększone ryzyko, a
on to uważa za nieetyczne. "Zresztą, jak wielu chirurgów", mówi mój
doktor, "ja uważam, że do operacji oszczędzającej wiązki nerwowe
potrzebuję mieć dobre dojście do okolic prostaty i szeroki widok
pola operacyjnego, bo rzecz jest delikatna, więc preferuję technikę
klasyczną, z rozcięciem powłok brzusznych długości około 15 cm. Ale
my tu gadu gadu, a inni pacjenci czekają. Do zobaczenia za dwa
tygodnie".

Edytor zaawansowany
  • 15.11.07, 12:58


    Wychodzę, w recepcji dają mi do wzięcia do domu 98-stronicową
    książkę "Localised Prostate Cancer – guide for patients", żebym miał
    lekturę do poduszki, Dzwonię do swojego lekarza domowego, on mówi
    "na moje oko – wszystko idzie tak, jak powinno, ale jak chcesz, to
    jeszcze sprawdzę". Następnego dnia przysyła mi e-mail –"jeśli wolisz
    mieć to robione u profesora S., ordynatora urologii i dyrektora
    ośrodka Prostate Cancer Centre w St.Vincent, to ja mogę cię u niego
    położyć, ale on mówi, że gość, do którego ja cię skierowalem, jest
    tak samo dobry jak chirurdzy w St.Vincent, robi to samo i tak samo,
    wyniki ma takie same jak profesor; minus profesora jest taki, że u
    niego musiałbyś czekać jakiś miesiąc dłużej, bo on ma kolejkę
    pilniejszych lub bardziej skomplikowanych przypadków".

    Sprawdzam www.prostate.com.au/ na swoim domowym komputerze i
    widzę, że mój specjalista powiedział mi w sprawie rokowania
    dokładnie to samo, co tłumaczy na tych stronach czcigodny profesor-
    ordynator. Nie ma zatem powodu do zmiany specjalisty.

    Dwa tygodnie potem przychodzę do mojego specjalisty, witamy się, on
    pyta z uśmiechem "To co robimy?", ja mu na to, z uśmiechem nieco
    przez zęby: - "radykalną prostatektomię robimy", umawiamy się na 1
    listopada. W recepcji dostaję od jego sekretarki trzy oddzielne
    wyceny, za usługę chirurga, za usługę anestezjologa i za
    hospitalizację.

    Szpital jest prywatny, specjalista też jest prywatny, a ja jestem
    prywatnie ubezpieczony.Po przeczytaniu wychodzi, że po zwrotach z
    ubezpieczenia będę z kieszeni dość umiarkowanie, na około 6000
    dolarów australijskich (12 tysięcy złotych). Niedawno wprowadzony
    przepis mówi, że prywatny pacjent ma dostać przed operacją
    precyzyjną wycenę wszystkich opłat za usługi lekarza i
    anestezjologa, jak i za szpital (czyli za łóżko, posiłki i
    lekarstwa).

    Co do kosztów hospitalizacji, to będę leżał 5-7 dni, z tego dwa dni
    na oddziale intensywnej opieki medycznej po 2200 dolarów dziennie, i
    3-5 dni na oddziale chirurgicznym (jedno- albo dwuosobowy pokój) po
    770 dolarów dziennie. Dolar australijski to około dwa złote. Za
    koszty szpitalne zapłacę zatem 200 dol. udziału własnego, resztę
    kosztow hospitalizacji, czyli około 7 tysięcy dolarów (14 tys.
    złotych), pokryje moje prywatne ubezpieczenie (składka 2500
    dol./5000 PLN rocznie na całą rodzinę).

    Przweidywana rekonwalescencja - w domu, 4-6 tygodni. Na szczęście w
    pracy na dźwięk słowa 'cancer' mówią, żebym się nie denerwował,
    dadzą mi tyle płatnego urlopu, ile mi będzie trzeba, bylem tylko nie
    wykitował, bo rekrutacja następcy wyjdzie wtedy firmie drożej niż
    ten urlop. Business is business - myślę, zgłaszając w kadrach osiem
    tygodni płatnego urlopu, od 1 listopada do początku stycznia.

    O fizjoterapii i lekach z grupy PDE5 blockers (Viagra, Cialis i
    podobne) używanych w drodze do odzyskania pełnej kontroli nad
    pęcherzem oraz zdolności erekcji prącia mogę według otrzymanej
    informacji zacząć rozmawiać ze specjalistą w sześć tygodni po
    operacji, jak mi się blizny wygoją, szwy zresorbują i zejdą
    wewnętrzne opuchlizny.

    Sześć dni przed operacją wizyta u miłej pani anestezjolog, też w
    moim wieku, która mnie opukuje i osłuchuje, mierzy ciśnienie i w
    ogóle robi badanie ogólne. EKG już mi robili przed niedawną biopsją,
    więc drugi raz nie potrzeba. Potem szczegółowo mi tłumaczy, jak mnie
    będzie znieczulać. Połowy nie rozumiem, bo jej technologia jest
    raczej zaawansowana. Latają gęsto określenia 'multimodal pain
    management', 'computerised infusion pumps', 'patient controlled
    analgesia at recovery' i tak dalej. W każdym razie wychodzi na to,
    że w czasie operacji mam dostawać jednocześnie sześć różnych
    środków, dożylnie i wziewnie, a po operacji koktajl morfiny i
    ketaminy z elektronicznej pompy, którą sam będę kontrolował
    przyciskiem na kablu – każde naciśnięcie równa się 5mg, a aparatura
    pilnuje, żeby pacjent nie przedawkował.

    Pytam dlaczego ketamina, bo słyszalem o niej wyłącznie jako o leku
    weterynaryjnym. Pani doktor tłumaczy, że ketamina stosowana
    medycznie to jest 'dissociative anaesthetic' o dzialaniu lekko
    euforyzującym, więc "widzi pan, jak dajemy gołą morfinę, to morfina
    jest trochę depresyjna, pacjent się robi ponury, leży i czarne myśli
    go gryzą. A jak dodać trochę ketaminy, to pacjent zaraz weselszy,
    optymistycznie patrzy na świat, no i leży na OIOM-ie o 30% krócej".

    Na pytanie, czy będę podczas operacji sam oddychał, czy wsadzą mnie
    na respirator, pani anestezjolog dyplomatycznie odpowiada, że
    zależnie od potrzeby. Potem się okaże, że pierwsze co mi zrobili po
    uśpieniu środkami dożylnymi, to zaintubowali i zwiotczyli pavulonem,
    a przez całą operację oddychala za mnie maszyna. Pani anestezjolog
    wytłumaczywszy wszystko pyta, czy zrozumiałem, w szczególności czy
    zrozumiałem punkty szczególnego ryzyka, i czy mi to pasuje. Ja
    mówię, że pasuje, i podpisuję dokument, że zapoznano mnie
    szczegółowo z procesurą anestezjologiczną i ryzykiem z nią
    związanym.

  • 15.11.07, 13:00
    1 listopada wcześnie rano jadę z żoną do szpitala, zaczyna się tak
    samo jak przy biopsji – rozbierają mnie i kładą do łóżka w
    jednoosobowym pokoju. Przychodzi pielęgniarka i zaklada mi pończochy
    przeciwzakrzepowe oraz dziwne przedmioty wyglądające jak wywatowane
    nogawice od kombinezonu kosmonauty, mocowane na velcro, ściśle
    obejmujące mi nogi od kostki do pół uda. Napis: Kendall SCD
    Sequential Compression System. "To będzie panu masować nogi przez
    pierwsze trzy doby po operacji, żeby pan nie dostał zakrzepów czy
    obrzęków". Rzeczywiście, na poręczy łóżka wisi mała pompa
    pneumatyczna podłączana plastikowymi wężami do tych nogawic.

    Wiozą mnie na łóżku piętro wyżej, na znany mi już z biopsji blok
    operacyjny. W przedsionku sali operacyjnej czeka cały zespół – mój
    specjalista chirurg-urolog, lekarz asystujący przy operacji, znana
    mi pani doktor anestezjolog, wszyscy w kapturach jak Marsjanie. Do
    tego dwie pielęgniarki. Pielęgniarka pyta o nazwisko, datę
    urodzenia, czy wiem co mam mieć robione, i czy to mój podpis na
    formularzu zgody na operację. Nazwisko i datę urodzenia sprawdzają z
    bransoletką szpitalną, jaką mi założono przy formalnym dwuminutowym
    przyjmowaniu do szpitala w recepcji na dole. To ostatnie
    sprawdzenie, czy mają właściwego pacjenta do właściwego zabiegu.
    Jako krótkowidz, bez okularów muszę mieć swój podpis podetkany pod
    sam nos. Przez moment ze mną gawędzą, żebym się zrelaksował. Ostatni
    rzut oka na zegar – ósma rano. Anestezjolożka mówi, że wejścia do
    żyły głównej i tętnicy szyjnej zainstalują mi już po uśpieniu.
    Ukłucie igłą i gasnę jak świeca.

    Budzę się pięć godzin później na intensywnej opiece medycznej.
    Dreny, rury, kable, elektrody. W ustach sucho. Pielęgniarka, widząc
    że się obudziłem, daje mi kawałek lodu do possania – smakuje
    fantastycznie. Pyta, czy nie boli. Trochę boli, mówię, chrypliwie
    przez gardło obrzękłe od rury, którą mi tam wsadzili na sali
    operacyjnej. "Na skali od zera do dziesięciu, jak boli?", pyta
    pielęgniarka. "no, jak leżę, to tak z jeden-dwa, a jak próbuję się
    ruszyć, to ze cztery i pół" - odpowiadam. "OK", mówi, - "tu jest
    pański przycisk od pompy ze środkami przeciwbólowymi" (przykleja mi
    go plastrem do ręki). "jak zaboli, to proszę przyciskać tak, żeby
    ból zszedł do zera". Robię jak powiedziała, i ból znika, ale zaczyna
    mnie mdlić. "Mdli mnie" chrypię. "No problem" mówi pielęgniarka,
    mówi coś do małego mikrofonu, który ma w klapie fartucha. Przychodzi
    druga, coś wstrzykują do kroplówki podłączonej do mojej szyi,
    mdłości znikają. Na lewym ramieniu mam plastikowy nadymany mankiet
    do pomiaru ciśnienia, czuję jak skomputeryzowany centralny
    monitoring mierzy mi ciśnienie co dziesięć minut. Te dziwne
    ustrojstwa na nogach są teraz podłączone do małej, cichutkiej pompy
    pneumatycznej wiszącej na poręczy łóźka i delikatnie mnie masują,
    najpierw jedną nogę, potem drugą, sekwencyjnie nadymając i
    odpuszczając komory powietrzne wzdłuż nogawicy, potem tak samo,
    tylko trochę mocniej, potem cykl się powtarza od początku.

    Leźę tam półtora dnia, przysypiając i budząc się, pilnując cały czas
    jak skarbu przycisku kontrolującego przeciwbólowy koktajl morfiny z
    ketaminą. Pierwszej nocy budzi mnie alarm, jakieś migające światła,
    syreny, brzęczyki. Zajmuje mi dłuższą chwilę zanim złapię, źe to ja
    tak odpaliłem monitorujący komputer. Wpada biegiem filigranowa
    lekarka, pielęgniarki jej meldują, że nasycenie krwi tlenem spadło
    poniźej 90%. Lekarka myśli chwilę, i pyta mnie: - "a w domu jak pan
    sypia – na plecach, czy na boku?". Ja mówię zgodnie z prawdą, że na
    boku. Pyta pielęgniarek "chrapał?" – one na to "jak cholera!", "A,
    to w porządku, mówi lekarka – lekka sleep apnoea, podkręćcie mu tlen
    z trzech litrów na minutę na sześć, a ja idę spać". Podkręcają mi
    tlen, i komputer jest juź zadowolony. Na tym kończy się panika na
    OIOM-ie. Lód do ssania dają na każde życzenie. Na tym niewielkim
    oddziale małego szpitala są cztery oprzyrządowane łóżka, w tym trzy
    zajęte. I pięć pielęgniarek. Trzyosobowy zespół stawia mnie pierwszy
    raz do pionu 12 godzin po zdjęciu ze stołu operacyjnego, bo
    specjalista napisał na karcie – mobilizować jak najszybciej! Czuję
    się jak dziadek Frankensteina. Leżę tak na tym OIOM-ie 36 godzin. Po
    mniej więcej 24 godz. mówię, źe bolą mnie odleżałe pośladki.
    Przychodzą dwie pielęgniarki, źeby mnie obrócić najpierw na jeden
    bok, potem na drugi bez powyrywania drenów i kabli, i
    fizjoterapeutka, która starannie masuje moją z przeproszeniem chudą
    dupę. Po masażu podkladają mi pod zadek kawałek autentycznego futra
    z barana zamiast dotychczasowej grubej podkładki bawełnianej - to
    rzeczywiście pomaga - i dalej leżę w pełnym komforcie. Po 24
    godzinach zaczynają dawać mi płyny doustnie, wodę i soczki. Żona
    odwiedza mnie na OIOM-ie trzy razy. Nikt jej nie przebiera w żadne
    fartuchy ani kapcie, wchodzi na oddział w swojej normalnej odzieży
    ulicznej, kiedy pytam pielęgniarkę o ryzyko infekcji z tego, patrzą
    na mnie jak na wariata. Jedyne ograniczenie na OIOM-ie to prośba,
    żeby nie przyprowadzać dzieci młodszych niż trzy lata, bo mówią, że
    mieli raz kłopot jak małe dziecko odłączyło komuś jakiś kluczowy
    kabel.

    Po 36 godzinach przewożą mnie na oddział chirurgiczny, czyli do
    pojedynczego pokoju piętro niżej, gdzie dalsze półtora dnia leżę z
    tlenem i przeciwbólowym koktajlem. Nota bene, cały czas jestem w
    tym samym łóźku, w którym byłem na OIOM-ie, a wcześniej, na Recovery
    Unit bloku operacyjnego, czyli w tym samym łóźku, na które zdjęli
    mnie ze stołu operacyjnego. Jak trzeba pacjenta przewieźć, to
    przychodzi cherlawy pracownik pomocniczy z elektrohydraulicznym
    wózkiem-podnośnikiem akumulatorowym, podobnym do używanego przy
    transporcie ciężkich palet w magazynach. Wózek hydraulicznie podnosi
    całe łóźko razem z pacjentem kilka centymetrów nad podłogę i,
    napędzany elektrycznie, cicho wiezie do windy. Ręcznie pielęgniarki
    manipulują łóżkiem tylko wewnątrz pokoju, na oddziale.

    Magiczny guzik na kablu do stojącej obok pompy z morfiną i ketaminą
    mam ze sobą do końca trzeciego dnia. Jak go zdejmują i podliczają
    mój przepał, to wychodzi że przez trzy doby wyszło na mnie, ponad
    stukilowego draba, 155mg morfiny i 50mg ketaminy. Przestaję się czuć
    jak dziadek Frankensteina i dostrzegam, że jestem głodny.

    Dreny wyjmują mi z brzucha czwartego dnia. Dwie pielęgniarki
    pomagają mi wziąć pierwszy prysznic w lazience, która jest przy
    pokoju. Jeść dają pacjentom świetnie jak na szpital, posiłki wybiera
    się z menu, szef kuchni ewidentnie jest Azjatą, bo curry z kurczęcia
    jest doskonałe, oraz zaskakująco pikantne, jak na oddział
    chirurgiczny. Ciągle przychodzi panienka, która chodzi po oddziale i
    pyta kto chciałby herbaty, kawy albo coś zimnego do picia. Ponieważ
    muszę teraz dużo pić, to pielęgniarki przy każdym obchodzie, co
    cztery godziny, pilnują żeby litrowy termos z wodą z lodem koło
    łóżka był zawsze pełny i ciągle przypominają, żebym pił.

    Drzwi od pokoju na korytarz są stale otwarte, ale na szynie u sufitu
    wisi w poprzek drzwi zasłona do samej podłogi, żebym miał poczucie
    prywatności. Przed każdym wejściem do pokoju pielęgniarki pukają.
    Pod sufitem wisi telewizor, pilot do telewizora ma dodatkowy guzik
    przywoływania pielęgniarki i lokalny głośniczek, głośniki w samym
    telewizorze pod sufitem są wyłączone, żebym słuchał dżwięku TV bez
    przeszkadzania innym pacjentom, kładąc sobie na poduszce przy uchu
    pilota. Dwa-trzy razy dziennie wstaję i spaceruję po korytarzach,
    dumnie dzierżąc plastikową torbę z własnym moczem podłączoną
    plastikową rurą do cewnika. Co kilkanaście metrów na ścianie
    korytarza umywalka ze 'szpitalnymi' kranami z długą dźwignią, duża
    flacha dezynfekcyjnego żelu z chloraminą i pojemnik z papierowymi
    ręcznikami. Każdy pracownik szpitala – le
  • 15.11.07, 13:01
    Piątego dnia po południu jadę do domu, dalej z cewnikiem w pęcherzu
    i podłączony do torby z moczem, bo cystografia rentgenowska zrobiona
    rano w szpitalu wykazała, że nie wszystko jeszcze się zagoiło, więc
    muszę się liczyć z następnymi 7-14 dniami z cewnikiem.

    Mój specjalista wpadał codziennie, pogadał, obejrzał kartę i
    wybiegał. Ponieważ po drodze był weekend, to w sobotę rano był w
    stroju na rower, a w niedzielę rano w dresie i butach do biegania, z
    czego wnioskuję, że prowadzi zdrowy tryb życia. Kiedy specjalista
    wchodzi na oddział, pielęgniarki na baczność stają. Jedyne co się
    słyszy, to "tak jest, panie doktorze!" "natychmiast, panie doktorze!
    i "oczywiście, panie doktorze". Co nie przeszkadzało w niczym temu
    chirurgicznemu Bogu wyczerpująco meldować mnie, małej chorej
    mróweczce, jaki jest postęp.

    Szóstego dnia rano, w domu, telefon. Dzwoni mój specjalista, żeby mi
    donieść, że histopatologia jest w porządku. Wysoce złośliwy guz
    (high-grade tumour), infiltrating acinear adenocarcinoma, Gleason 7,
    był 'fully contained within the organ', czyli znajdował się
    całkowicie wewnątrz prostaty, i został razem z nią całkowicie
    usunięty. Rozwijający się od środka prostaty rak nie doszedł do
    powierzchni gruczołu. Tzw. marginesy chirurgiczne, czyli tkanka
    dookoła prostaty, usuwana razem z prostatą na wszelki wypadek –
    negative. Węzły chłonne miednicy usunięte w celach kontrolnych –
    negative. Aha, mówi specjalista, "obie wiązki nerwowe też są
    zachowane, więc tak kontrola pęcherza jak i erekcja z czasem panu
    wrócą, ale o tym pogadamy, jak pan przyjdzie za miesiąc na wizytę
    kontrolną. Jakby się coś działo, to proszę do mnie zadzwonić. Have a
    good day! "

    Wychodzi na to, źe chyba dobrze zainwestowałem te swoje 6000
    kangurzych baxów, czyli PLN 12k. Co będzie dalej, przyszłość pokaże.

    Ciąg dalszy nastąpi.

  • 16.11.07, 16:47
    z ogromnym zainteresowaniem przeczytałam tą historię choroby ,życzę
    dużo zdrowia ....................pozdrawiam
  • 16.11.07, 21:50
    Jestem dla Ciebie pełen podziwu.Zapamiętać tyle słów w obcych
    językach i wiedzieć co one znaczą. Musisz mieĆ stalowe nerwy i tęgą
    głowe.
    Pozdrawiam ŻONĘ ,którą prawie całkiem pominąłeś.Myślę,że Ona bardzo
    to wszystko przeżył.
  • 17.11.07, 08:34
    tyrtum napisała:

    > Jestem dla Ciebie pełen podziwu.Zapamiętać tyle słów w obcych
    > językach i wiedzieć co one znaczą.

    Musisz mieĆ stalowe nerwy i tęgą
    > głowe.

    > Pozdrawiam ŻONĘ ,którą prawie całkiem pominąłeś.Myślę,że Ona
    bardzo
    > to wszystko przeżył.

    Zona nie czuje sie pominieta natomiast czuje sie pozdrowiona :)
    - Te "obcojezyczne" slowa sa w jezyku, ktorym poslugujemy sie na
    codzien
    - Spot on ! - kolega malzonek umysl ma analityczny i dystans do
    wszystkiego (co w tej sytuacji bardziej na zdrowie wszystkim
    wychodzi niz gdyby cierpial na emocjonalna biegunke).
    Jak mogles sobie przeczytac, tutejszy pacjent nie musi kombinowac do
    kogo by tu uderzyc i jakie badania zrobic a potem pytac na forum o
    interpretacje wynikow. Jego GP ma duty of care i to on dba aby
    skierowac pacjenta do wlasciwego specjalisty (nb zaden specjalista
    nie przyjmie pacjenta BEZ skierowania od lekarza rodzinnego). Poza
    tym pacjent MUSI dostac PELNA informacje o stanie swojego zdrowia
    oraz o mozliwym leczeniu oraz jego konsekwencjach.
    Pozdrowienia od kangurzej zony :

  • 17.11.07, 09:49
    tyrtum napisała:

    > Jestem dla Ciebie pełen podziwu.Zapamiętać tyle słów w obcych
    > językach i wiedzieć co one znaczą. Musisz mieĆ stalowe nerwy i
    tęgą
    > głowe.
    > Pozdrawiam ŻONĘ ,którą prawie całkiem pominąłeś.Myślę,że Ona
    bardzo
    > to wszystko przeżył.

    Teraz sam pacjent :)

    Komu w obcych, temu w obcych. Konwersacje z lekarzami i cały proces
    leczenia odbywają się w języku miejscowym, w którym ja funkcjonuję
    na codzień, czyli po angielsku, więc tak też je przytoczyłem w celu
    oddania lokalnego kolorytu. Nie bardzo rozumiem naturę Twojego
    zastrzeżenia - nie ma czym szpanować, jeśli po ponad 20 latach
    opanowało się jezyk kraju w ktorym sie mieszka, a zatem nie szpanuję
    :-).

    Żona w istocie głęboko całą sprawę przeżyła, ale daj mi zachować
    pewne minimum rodzinnej prywatności. Opisałem rzecz całą przede
    wszystkim na pożytek facetom, którzy sami mogą się w takiej sytuacji
    znaleźć. Przede wszystkim po to, żeby pokazać, co się dzieje, kiedy
    wykrycie jest wczesne, a szanse na pełne wyleczenie wysokie. Również
    pozdrawiam.


  • 18.11.07, 10:22
    .....jestem pod wrażeniem opieki jaką Pana otoczyli, szkoda słów aby
    określić to w jaki sposób postępuje się z pacjentem w naszym kraju,
    gdzie totalnie leży diagnostyka, leczenie, opieka, warunki,.....mam
    czasami wrażenie że potrzebujemy chyba ze 100-tu lat na to aby
    wyglądało to tak jak trzeba !

    Pozdrawiam serdecznie i życzę dużo zdrowia !
  • 18.11.07, 12:17
    Wystarczy porównać nakłady, żeby zrozumieć, skąd się to bierze.
  • 18.11.07, 12:48
    Czy ktoś jest zorientowany jak te sprawy przedstawiają się w naszej
    strefie Schengen?
  • 19.11.07, 00:12
    jedruch napisał:

    > Wystarczy porównać nakłady, żeby zrozumieć, skąd się to bierze.

    =========

    Dokładnie tak, panie doktorze.

    Proszę wszakże pamietac,ze opis mojego przypadku dotyczy medycyny sektora
    prywatnego, za ktorą australijski pacjent płaci z kieszeni. Jak ma (nie tanie
    bynajmniej) prywatne ubezpieczenie, to otrzymuje od ubezpieczyciela częsciowy
    zwrot kosztów, a jak nie ma, to musi każdego centa wyłożyć sam.

    Gdybym musiał był polegać na tutejszej medycynie publicznej, mój rezultat
    kliniczny mógłby być gorszy, a moje ryzyko byłoby wyższe. Musiałbym dłużej
    czekać, nie miałbym wyboru chirurga, a zachowanie wiązek nerwowych po obu
    stronach prostaty byłoby luksusem, który albo bym otrzymał, albo nie, zależnie
    od kompetencji dyżurnego chirurga.


    Ale (zawsze jest jakieś ale...)


    - Ile osob w Polsce gotowych byloby systematycznie placic skladke
    ubezpieczeniową rzędu 5-7000 PLN rocznie (za rodzine), aby w razie potrzeby
    otrzymac taka opieke?

    - Moj naprostszy z mozliwych przypadek raka prostaty z wczesnym wykryciem ma do
    tej pory koszty w granicach 40 000 PLN (diagnostyka, biopsja, szpital, wysokiej
    jakosci zabieg chirurgiczny, opieka postoperacyjna). Z tego na mnie do
    zaplacenia przypada dotąd około jedna trzecia. Nie koniec bynajmniej na tym, bo
    kolejne wizyty kontrolne u specjalisty, rehabilitacja, kosztowne leki z grupy
    inhibitorów PDE5 (Viagra,Cialis, Levitra), które nie są tutaj refundowane,
    specjalistyczna fizjoterapia etc. to ekstra koszty, które poniosę we właściwym
    czasie i przy niewielkich zwrotach ubezpieczeniowych.

    - Przypadki rzadkich albo zaawansowanych nowotworów, o jakich czytam na tym
    forum, miałyby tutaj koszty leczenia idące w setki tysięcy lub miliony złotych,
    z czego prywatnie ubezpieczony pacjent musiałby pokryć co najmniej 30-40%.
    Pacjenic zdają sobie z tego sprawę, i z tego powodu mało komu trzeba tu
    powtarzać dwa razy, żeby chodził regularnie do lekarza domowego i robił takie
    testy, jakie zaleci lekarz, aby zwiększyć swoje szanse na wczesne wykrycie
    potencjalnie kosztownych schorzeń.

    - Doktryna medycyny prywatnej jest tu całkowicie odmienna niź w Europie,
    zbliżona do amerykańskiej. Wątpię, czy w Polsce jest realne, żeby skrzyknęła się
    grupa kilkunastu prywatnych doktorów, założyla przedsiębiorstwo, pożyczyla z
    komercjalnego banku prywatnego sumę kilkudziesięciu milionów dolarow i
    wybudowała sobie taki szpital, jak ten w którym bylem - prezyzyjną maszynę
    medyczną, w której każde pół metra kwadratowego powierzchni budynku ma swoje
    przeznaczenie i uzasadnienie.

    - Ponieważ medycyna prywatna odciąźa medycynę publiczną finansowaną z budżetu
    panstwa (ponad 50%, a w niektórych dziedzinach do 70% wszystkich przypadkow
    chirurgicznych robią tu szpitale prywatne), to państwo tutejsze wspiera tego
    rodzaju inicjatywy w ten sposób, że koszty uzyskania funduszow, czyli
    oprocentowanie kredytu, stanowi dla doktorów-udziałowcow szpitala 100% odpis
    podatkowy. To samo z większością kosztow operacyjnych, deprecjacją wartości
    kosztownego sprzętu etc..

    Niemniej odpis oprocentowania od podatku odpisem, ale pożyczony kapitaŁ trzeba
    bankowi oddać, bo jest zabezpieczony na budynku, i jak szpital będzie
    nierentowny, to bank mu bez ceregieli puści budynek na licytację. Sami doktorzy
    też nie będą pracować za darmo, bo po to zakladają szpital, żeby coś z tego
    mieć. Więc koszty są takie, jakie są, nie ma natomiast żadnej państwowej ani
    prywatnej złotej rybki, która by je każdemu pokrywała z bliżej nieokreślonej
    bezdennej studni z pieniędzmi.

    - Jakość opieki wypływa również z gigantycznej otoczki medyczno-prawnej. Każdy,
    kto ma cokolwiek wspólnego z pacjentem (lekarz, pielęgniarka, firma
    diagnostyczna etc.) ma wobec niego 'duty of care' (prawny obowiązek troski),
    który jest ściśle zdefiniowany w prawie i orzecznictwie sądow.

    Nie ma mowy o tym, żeby pacjent nie był drobiazgowo informowany o swoim stanie,
    proponowanym leczeniu i związanym z tym ryzyku. Odchylenie od tego standardu
    grozi procesem o wielomilionowe odszkodowania i ruiną kariery zawodowej osoby,
    której udowodniono w sądzie niedostateczną troskę o pacjenta. Naturalnie,
    udowodnić niedostateczną troskę nie jest prosto, a koszta takiego procesu też
    mogą iść w miliony, więc nie zdarza się to często.

    Ale z możliwością bycia pozwanym do sądu każda placówka i każda osoba pracujaca
    w służbie zdrowia musi się poważnie liczyć, i musi być ubezpieczona na taką
    ewentualność od odpowiedzialności cywilnej - albo w ramach zbiorowej polisy
    pracodawcy i na jego koszt, albo na koszt własny.

    Lekarz nie może praktykować, jeśli nie jest indywidualnie ubezpieczony od
    odpowiedzialności cywilnej do wysokości kilkudziesięciu milionów dolarów -
    niezależnie od dodatkowych ubezpieczeń przze pracodawcę. Dla chirurga z praktyką
    prywatną składka za takie ubezpieczenie potrafi wynosić kilkadziesiąt tysięcy
    dolarów rocznie, dla położnika jeszcze więcej.

    Każda placówka opieki zdrowotnej - szpital, firma diagnostyczna, firma
    fizjoterapeutów etc. korzysta z usług wyspecjalizowanych (prywatnych) asesorów
    medycznych, ktorzy regularnie oceniają wyniki każdego lekarza i kaźdego szpitala
    dla potrzeb ubezpieczeniowych, mając pełny dostęp do dokumentacji wszystkich
    przypadkow.

    Jak z dorocznego przeglądu okazuje się, że w pewnym szpitalu pewnemu chirurgowi
    umierają pacjenci, albo pewien diagnosta systematycznie pieprzy diagnozy, albo
    szpital ma niewspółmiernie wyoki odsetek infekcji pooperacyjnych, to taki
    szpital natychmiast dziękuje za współpracę takiemu lekarzowi, czy osobie
    odpowiedzialnej za profilaktykę przeciwinfekcyjną. Z tego prostego powodu, że
    raport asesorów idzie do firmy, która ubezpiecza szpital i jego lekarzy od
    odpowiedzialności cywilnej. Jak firma będzie uważać, źe niekompetentny lekarz
    alo przełożona pielęgniarek, albo Director of Infection Control (osobne
    stanowisko) powodują nadmierne ryzyko dla pacjentów, to nie przedłuży szpitalowi
    polisy. Bez polisy ubezpieczeniowej szpital trzeba będzie zamknąć, bo prawo nie
    pozwala działać nieubezpieczonej placowce.

    No i dlatego nie ma tutaj mowy o szpitalu prywatnym, w którym nie jest idealnie
    czysto (standard jest taki, że dwie, a w dużych szpitalach trzy zmiany
    zawodowych sprzątaczy szpitalnych sprzątają szpital na okrągło), w którym
    pielęgniarki nie są uśmiechnięte i życzliwe, żeby nie stresować pacjentów, w
    którym każdy lekarz nie jest gotów na każde życzenie wytłumaczyć pacjentowi
    każdego detalu z karty choroby. Nie do pomyślenia jest tutaj specjalista, który
    ukrywałby przed pacjentem jego rzeczywisty stan - to grozi pozbawieniem prawa
    wykonywania zawodu. Nie do pomyślenia jest płacenie komukolwiek za cokolwiek w
    jakikolwiek inny sposób niż przez oficjalną księgowość placówki, z natychmiast
    wydawanym szczegółowym rachunkiem, ze szczegółową specyfikacja wyświadczonych
    pacjentowi usług medycznych.

    Nie do pomyślenia jest nawet podniesiony głos - w recepcji wisi na ścianie
    ostrzeżenie, że każda osoba zachowująca się niewłaściwie lub dopuszczająca się
    gróźb wobec personelu lub pacjentów zostanie natychmiast usunięta z budynku, w
    razie potrzeby przy pomocy ochroniarzy lub policji; przy czym zasada ta odnosi
    się także do personelu...

    Pozdrawiam

  • 25.11.07, 02:18
    W piatek, 23 dni po operacji, po kolejnej, czwartej z kolei cystografii
    rentgenowskiej (po 274 dol. czyli PLN 550 za sztukę) wyciągaja mi cewnik i
    odpinaja torbe z moczem. Duża ulga, choć trzymanie moczu na razie kiepskie, więc
    musialem się natychmiast nauczyć korzystać z podpasek (potrzeba matką
    wynalazków). Nie desperuję, bo bylem uprzedzony przy wypisywaniu ze szpitala, że
    odzyskanie pełnej kontroli nad pęcherzem bedzie trwało 3-6 miesięcy, a erekcji
    6-12 miesiecy.

    Podczas chodzenia z cewnikiem w domu (nieco ponad dwa tygodnie) zaliczyłem trzy
    wizyty pielęgniarki środowiskowej, wpadającej dla sprawdzenia, czy radzę sobie z
    cewnikiem i donoszącej mi sterylne torebki na mocz. To już publiczna służba
    zdrowia, standardowa usługa dla pacjentow post-chirurgicznych, więc nic mnie to
    nie kosztowało.

    Oprócz listy numerów telefonów, pod które miałbym dzwonić o kaźdej porze dnia i
    nocy, gdybym miał jakiekolwiek kłopoty z cewnikiem, oraz szczegółowej instrukcji
    obsługi (jak i czym myć ręce, jak zmieniać torebkę, jak się obchodzić z rurkami
    doprowadzajacymi mocz z cewnika do torby, co robić,jak sie taka rurka
    zapowietrzy), bardzo przyjemna pielęgniarka zostawila u mnie w domu sterylnie
    opakowany zestaw z przyborami do wyjmowania cewnika (ze strzykawką z lokalnym
    środkiem znieczulajacym włącznie), na wypadek gdyby nastapila blokada i trzeba
    by wołać pogotowie, żeby mi ten cewnik awaryjnie wyjęli. Na pytanie dlaczego ten
    zestaw ma być u mnie, skoro i tak cewnik musi wyciągać wysoko wykwalifikowana
    pielęgniarka albo lekarz, odpowiedź byla rozbrajająca: - "w karetkach powinni to
    standardowo wozić, ale czasem nie mają, bo nie uzupełnili zużytych, więc
    zostawiamy taki zestaw u pacjentów na wszelki wypadek, żeby nie opóźniać wyjęcia
    zablokowanego cewnika w razie potrzeby, bo taka blokada boli". Na pytanie co mam
    z tym zestawem potem zrobić, panienka odparla - "jak już nie bedzie potrzebne,
    to niech pan po prostu wyrzuci".

    Jeszcze jedna ciekawostka rodzajowa - 25-letnia pielęgniarka środowiskowa,
    jeżdżąca cały dzień po domach pacjentow, była w dziewiątym miesiącu ciąży. Na
    pytanie, kiedy spdziewa się rodzić, odpowiedziała rześko, że za niecałe cztery
    tygodnie, ale na urlop idzie dopiero dwa tygodnie przed porodem, bo wszyscy tak
    robią.

    W Australii późna wiosna, wszystko kwitnie, siedzę w ogródku, pociągam piwo,
    kontrolę u specjalisty mam w połowie grudnia.

    Ciąg dalszy nastapi
  • 13.12.07, 23:30
    Sześć tygodni po prostatektomii wizyta kontrolna u specjalisty, który mnie operował.

    PSA zero - poniżej progu wykrywalności. Czytam w całości wyniki pooperacyjnej
    histopatologii, które przedtem streścił mi przez telefon - guz T2a, Gleason 7
    (3+4), całkowicie zlokalizowany w prostacie, brak przerzutow poza kapsułę
    prostaty, marginesy chiruriczne negatywne, węzły chłonne negatywne. Predykcja
    komputerowa braku wznowy - 2 lata 99%, 5 lat 97%, 7 lat 96%.

    Trzymanie moczu wróciło bez kłopotu, specjalista nie jest zachwycony, że
    strumień slabszy niż mógłby być, ale za wcześnie żeby komentować przyczyny, jak
    się nie poprawi przed następną wizytą za trzy miesiące, to on pomyśli.

    Dostaję Cialis (tadalafil, lek z tej samej grupy co Viagra) z surowym
    upomnieniem, żebym sie cudów nie spodziewał, bo to na razie bardziej na ogólną
    poprawę ukrwienia odpowiedniego narządu niż na erekcję, a wzwód powinien zacząć
    wracać za 3-6 miesięcy, jak dobrze pójdzie.
  • 13.03.08, 09:58

    PROSTATA AUSTRALIJSKA, osiemnaście tygodni później
    Pan Andrzej z forum "Rak to nie wyrok" - służę panu.

    Z prawdziwą przyjemnością donoszę, że niewiele jest do doniesienia. PSA obecnie,
    po 4 i pół miesiąca (18 tygodniach) od operacji jest dalej zero, czyli poniżej
    progu wykrywalności, który dla laboratorium jakiego używam i ich konkretnego
    sprzętu wynosi 0.04
    ng/ml. Zasada jest taka, że im dlużej PSA na zerze, tym niższe
    prawdopodobieństwo wznowy. Przy moich konkretnych pooperacyjnych parametrach
    histopatologicznych: - nowotwór T2a zajmujący około 25% objętości prostaty,
    Gleason 7 (3+4), brak przerzutów poza torebkę prostaty, brak przerzutów do
    węzłów chłonnych, brak inwazji pęcherzyków nasiennych - prawdopodobieństwo braku
    wznowy jest 99% w ciągu 2 lat, 97% w ciągu 5 lat, 96% w ciągu 7 lat (według
    narzędzi predykcyjnych ze Sloan-Kettering Cancer Centre w USA, jednego z
    najlepszych na świecie szpitali i ośrodków badzwczych od onkologii urologicznej;
    uproszczoną wersję tego kalkulatora mają tam na swoich stronach sieciowych).

    Jedyna niewielka komplikacja jaka zdarzyla się po drodze, to zwężenie zespolenia
    szyjki pęcherza z moczowodem przez nadmiernie szeroką bliznę chirurgiczną,
    powodujące kłopoty z oddawaniem moczu. Pod koniec stycznia, w około 10 tygodni
    od operacji, strumien zrobił się tak słaby, że wyglądało, jakby sie miał w ogóle
    zatrzymać. Przestraszylem się i zadzwonilem do swojego specjalisty urologa (tego
    samego, który operował w listopadzie), on się specjalnie nie przejąl i
    powiedział, że to wzglednie pospolita komplikacja postoperacyjna zdarzajaca sie
    u 2-10% pacjentow po radykalnej prostatektomii - jednym się goi z węższą blizną,
    innym z szerszą. Natychmiast, na poczekaniu, dał mi termin za parę dni na zabieg
    cystoskopii (oberzejnia szyjki pęcherza i wnętrza pęcherza kamerą) połączony z
    chirurgicznym nacięciem szyjki pęcherza robionym przez endoskop wprowadzony
    przez cewkę moczową. Zrobił mi to bardzo sprawnie parę dni potem, w innym
    szpitalu (też prywatnym) niż ten, w którym miałem robioną najpierw biopsję, a
    potem prostatektomię, bo akurat tam była wolna data na sali operacyjnej z
    odpowiednią aparaturą telewizyjną do endoskopii. Robione było tak samo jak
    biopsja, to jest z krótko dzialającym (20 minut) znieczuleniem ogólnym podanym
    dożylnie przez anestezjologa, pełny komfort. W sumie w szpitalu byłem około 4
    godzin. Strumień moczu poprawił się radykalnie natychmiast po zabiegu, i teraz
    jest taki, jakiego przez ostatnie dziesięć lat co najmniej nie miałem - z
    dziecinną przyjemnością sikam w publicznych pisuarach.

    W sprawie potencji – mam przepisany od połowy stycznia Cialis (tadalafil),
    tabletki 20mg do zażywania dwa razy w tygodniu. Działa tak jak powinno (Cialis
    działa do 36 godzin od zażycia, wymaga dość intensywnego pobudzenia) z tym, że
    erekcja utrzymuje się daleko krócej niż przed operacją. W efekcie wszystko co
    trzeba zrobić się zasadniczo rzecz biorąc daje, ale cała rzecz wymaga teraz
    pewnego pośpiechu, czym z kolei moja pani nie byla nadmiernie zachwycona. Kiedy
    się zwierzylem swojemu urologowi, ten się obśmiał i powiedział, że na razie mam
    brać Cialis przez 12 miesięcy dwa razy w tygodniu dla ogólnej poprawy ukrwienia
    prącia i okolic - niezależnie od tego czy ciupciam, czy nie ciupciam - a o
    powrocie funkcji seksualnych do normy pogadamy po około 10 miesiącach
    przyjmowania leku. Napomknął, że należy być zadowolonym, że Cialis w ogóle
    wywołuje erekcję, bo to namacalny dowód, że przy prostatektomii zgodnie z planem
    zostały oszczędzone wiazki nerwowe. Jakość erekcji to jest zaś całkiem inne
    zagadnienie, o podłożu neurologicznym, i będzie się poprawiać z czasem.
    Kosztowna trochę ta poprawa, bo Cialis jest u mnie po ca. 80 dolarów
    australijskich (160 zł) za opakowanie - cztery tabletki - więc przyjdzie mi tego
    leku zjeść przez rok za jakieś $1000, a u nas nie jest on refundowany, nawet
    przez moje kosztowne prywatne ubezpieczenie. Ale w ogólnym rozrachunku i
    kosztach całej sprawy to jest drobiazg. Poza tym czuję się świetnie, rana
    chirurgiczna zagoila się dawno. Cieszę się, że mój opis sie do czegoś panu
    przydał I życzę zdrowia.
  • 13.03.08, 11:52
    Przeczytałem cały Pański artykuł. Nawet ładnie napisany.Ma w sobie duszę. Mam
    jednak prośbę o dodanie wyników USG,jeżeli takie Pan ma. Mam 57 lat no i jak to
    w tym wieku, przerost gruczołu krokowego.Na dodatek zarówno PSA jak i wielkość
    prostaty rosną.Nie mam problemów z erekcją ani z oddawaniem moczu,chociaż już
    zaczynam częściej raz na noc wstawać. Byłem o lekarza ale powiedział mi ,że
    jeżeli PSA / 2,28ng/ml/ a przyrost nie przekracza rocznie 0,4 ng/ml i nie
    przekracza całkowitej normy 4ng/ml to nie mam się co obawiać.Ale wczoraj
    zrobiłem sobie prywatnie USG i mam kłopot bo gruczoł bez innych objawów
    powiększył się od roku 2004 i 2006 z roz.38/41mm do 55x38x40mm i V 44cm.
    sześcienne. Hypoechogeniczny zarys gładki.Pęcherz gładki,po mikcji bez zalegania
    moczu.Co Pan o tym sądzi jako weteran,że tak powiem .Tak na marginesie badania
    gruczołu robię raz na 2lata od 10 lat.PSA w tym okresie powiększyło mi się z
    1.57 do wsp. 2,28ng/ml.Jeszcze jedno miałem 7 lat temu kolkę nerkowa i możliwe
    zapalenie prostaty. Nieraz wracają mi małe infekcje .które likwiduje doraźnie.
    --
    Olaf
  • 14.03.08, 12:55
    kortyzol napisał:

    > Przeczytałem cały Pański artykuł. Nawet ładnie napisany.Ma w sobie duszę. Mam
    > jednak prośbę o dodanie wyników USG,jeżeli takie Pan ma. Mam 57 lat no i jak t
    > o
    > w tym wieku, przerost gruczołu krokowego.Na dodatek zarówno PSA jak i wielkość
    > prostaty rosną.Nie mam problemów z erekcją ani z oddawaniem moczu,chociaż już
    > zaczynam częściej raz na noc wstawać. Byłem o lekarza ale powiedział mi ,że
    > jeżeli PSA / 2,28ng/ml/ a przyrost nie przekracza rocznie 0,4 ng/ml i nie
    > przekracza całkowitej normy 4ng/ml to nie mam się co obawiać.Ale wczoraj
    > zrobiłem sobie prywatnie USG i mam kłopot bo gruczoł bez innych objawów
    > powiększył się od roku 2004 i 2006 z roz.38/41mm do 55x38x40mm i V 44cm.
    > sześcienne. Hypoechogeniczny zarys gładki.Pęcherz gładki,po mikcji bez zalegani
    > a
    > moczu.Co Pan o tym sądzi jako weteran,że tak powiem .Tak na marginesie badania
    > gruczołu robię raz na 2lata od 10 lat.PSA w tym okresie powiększyło mi się z
    > 1.57 do wsp. 2,28ng/ml.Jeszcze jedno miałem 7 lat temu kolkę nerkowa i możliwe
    > zapalenie prostaty. Nieraz wracają mi małe infekcje .które likwiduje doraźnie.


    Proszę pana, ja nie jestem lekarzem, więc nic mi te wyniki nie mówią. Ja nie
    jestem w stanie pańskich wyników nawet odczytać, nie mówiąc o zrozumieniu. Do
    tego nieodzownie potrzebny jest panu dobry lekarz specjalista. Jeśli pan nie ma
    zaufania do swojego urologa, to musi pan znaleźć innego, ale pan potrzebuje
    urologa w Polsce, więc ja niestety niewiele mogę panu w tym pomóc z drugiej
    strony świata.

    Co do USG, to nie mam takich wyników, bo nigdy nie robiono mi diagnostycznego
    USG. Wyniki PSA (wzrost z 3.0 do 6.0 w ciągu 12 miesięcy) spowodowały, że
    specjalista natychmiast zdecydował, żeby pilnie robić biopsję, pomijając inne
    metody diagnostyczne. USG był użyty wyłącznie przy biopsji, do lokalizacji
    prostaty i narzędzi pobierających wycinki tkanki, a nie w charakterze procedury
    diagnostycznej. Biopsję robiono w znieczuleniu ogólnym, więc siłą rzeczy nikt mi
    nie mógł opowiedzieć, co widać na ekranie USG.

    Mój urolog wspomniał mimochodem jakiś czas później, że podczas biopsji nowotwór
    był dobrze widoczny na USG, ale szczegółów ze mną nie omawiał, bo wtedy już nie
    było takiej potrzeby. A nie było potrzeby, bo diagnoza złośliwego i agresywnego
    raka prostaty została ustalona ze 100% pewnością na podstawie wyników
    histopatologii wycinków pobranych podczas biopsji, więc dyskusja natychmiast
    przesunęła się z diagnozy na leczenie.

    Zdrowia panu życzę i diagnozy łagodniejszej od mojej.
  • 13.03.08, 14:54
    Z dużym zainteresowaniem przeczytałem wszystkie Pana posty -- jestem
    pod wrażeniem prywatnej medycyny australijskiej (i talentu
    literackiego!)

    Tu, gdzie pracuję (spore miasto w UK, wszelako nie Londyn), nie ma
    ani jednego dużego prywatnego szpitala. Standard to 1-2 chirurgów
    danej specjalizacji/ szpitalik, zatem wybór, jaki ma prywatnie
    ubezpieczony pacjent, jest praktycznie żaden. O ile publiczna
    służba zdrowia cierpi na obsejsję audytu wszystkiego i wszystkich,
    co ma też swoje dobre strony, o tyle kontrola nad poczynaniami
    doktorów w placówkach prywatnych i nad wynikami leczenia tamże jest
    nikła. W praktyce mechanizmy kontrolne sprowadzają się do efektów
    zawiści kolegów pozbawionych lukratywnych prywatnych synektur.

    Szpital prywatny w którym pracuję (poza stałą pracą w NHS) nie ma
    np. oddziału intensywnej opieki medycznej, a robią w nim i
    prostatektomie i radykalne resekcje jelita grubego. Pacjenci są po
    prostu 'na wejściu' selekcjonowani wedle ryzyka komplikacji, a jeśli
    już coś się istotnie dzieje, to pozbywają się ich szybciutko do
    pobliskiego szpitala NHS.

    Osobiście nie mam prywatnego ubezpieczenia, bo po prostu nie warto.
    Za drobiazgi sobie sam mogę zapłacić, jeśli zależy mi na szybkości,
    a jak nie daj Boże coś by się rzeczywiście poważnego trafiło, nigdy
    bym do angielskiego prywatnego szpitala nie poszedł. Znam zbyt
    wiele szczegółów kuchennych.

    Ot co kraj, to obyczaj. Ech, żeby ta Australia byla nieco bliżej
    Starej Europy...

    O polskiej urologii szkoda gadać -- nawet na tle przeciętnego
    poziomu polskiej medycyny ta dziedzina prezentuje się tragicznie.

    Życzę zdrowia i stale niskiego PSA! pT2a naprawdę zdarza się rzadko.
  • 14.03.08, 12:53
    turpin napisał:

    > Z dużym zainteresowaniem przeczytałem wszystkie Pana posty -- jestem
    > pod wrażeniem prywatnej medycyny australijskiej

    Dziękuję.

    Wie pan, ja nie jestem lekarzem, nie mam zupełnie nic wspólnego z medycyną ani
    szeroko pojętą służbą zdrowia w żadnym kraju, więc trudno mi powiedzieć, jak
    moje doświadczenia jako pacjenta porównują się z sytuacja gdzie indziej.

    Jak jest obecnie w Polsce, wiem wyłącznie z lektury oraz z opowiadań znajomych
    (w tym lekarzy). W UK bywałem, ale nigdy nie miałem potrzeby skorzystać tam z
    usług medycznych. W Polsce nie byłem od czasu jej opuszczenia, z górą ćwierć
    wieku temu, i nie wybieram się. Mam wrażenie, że w Polsce miałbym daleko
    mniejsze szanse wyjścia cało z tego, z czego tutaj (odpukać) właśnie pomału
    wychodzę bez większego dramatu, a za to z pełnym panowaniem nad pęcherzem i z
    powracajacym zwolna wzwodem.

    Warto być świadomym, że to, co opisałem, to nie tylko jest australijska medycyna
    prywatna, to jest australijska medycyna prywatna z dość wysokiej, choć nie
    najwyższej półki. Na najwyższą półkę, z profesorami medycyny i super-szpitalami,
    gdzie każdy dzień kosztuje grube tysiące dolarów, na szczęście nie było potrzeby
    się wspinać z moim prostym i wcześnie zdiagnozowanym przypadkiem CaP.

    W różnych krajach jest różnie. U mnie, w Australii, z usług medycyny prywatnej z
    najwyższej półki korzystają dwie kategorie pacjentów - ludzie, którzy mają
    więcej pieniędzy niż wiedzą co z nimi zrobić, i pacjenci, którzy nie mają innego
    wyjścia: późno zdiagnozowane przypadki zaawansowanych nowotworów, gdzie gra z
    prostatą zaczyna się nie od T2a, tylko od T3b, i nie jest o wyleczenie, tylko o
    odwleczenie nieuchronnego.

    Na prywatnych oddziałach super-szpitali leżą albo ludzie zamożni, albo tacy,
    którzy nie mają tak jak ja 96% prawdopodobieństwa braku wznowy w ciągu 7 lat,
    tylko 99% pewności, że za rok już ich nie będzie, i najnowocześniejszymi
    środkami desperacko walczą o pozostały im 1% szansy.

    Super-szpitale praktykujące najnowocześniejszą medycynę, to są tutaj najczęściej
    duże szpitale państwowe (czyli stanowe), afiliowane przy uniwersytetach i
    kształcące studentów medycyny. Specjaliści leczący w takim super-szpitalu swoich
    prywatnych pacjentów płacą szpitalowi. Albo bezpośrednio sami (rzadziej), albo
    pośrednio (częściej), czyli z kasy prywatnych ubezpieczycieli ich pacjentów.
    Płacą za używalność sal operacyjnych, sprzętu, diagnostyki, banków krwi,
    personelu pielęgniarskiego i pomocniczego etc., czyli "Visiting Medical Officer
    (VMO) privileges".

    Prywatni pacjenci płacą bezposrednio specjaliście za konsultację i konkretną
    usługę chirurgiczną, anestezjologiczną etc., otrzymują szczegółowy rachunek, a
    następnie odbierają sobie część tego co zaplacili od swojego ubezpieczyciela.
    Prywatny pacjent zawsze dostaje w końcowym efekcie po kieszeni, bo
    ubezpieczyciel zawsze zwraca znacznie mniej niż pacjent zapłacił specjaliście.

    Super-szpital z reguły ma mieszaną klientelę pacjentów publicznych i prywatnych.
    Za publicznych szpital płaci /kiepsko/ swoim lekarzom (etatowym lub dorywczym),
    a szpitalowi płaci /kiepsko/ państwowa kasa Medicare, na którą ściągają tu
    każdemu ekstra 1.5% podatku od dochodu brutto. Prywatni są prywatnie
    ubezpieczeni, albo płacą z własnej kieszeni. Prywatni leżą w większym komforcie
    niż publiczni, czasem w osobnym skrzydle szpitala.
  • 14.03.08, 12:54
    Doktryna mieszanej klienteli wypływa z tego, że o ile parę osób może załoźyć
    przedsiębiorstwo, pożyczyć z banku kilkadziesiąt milionów dolarów i zbudować
    sobie prywatny szpital na 100 czy 200 łóżek, to budowa super-szpitala na 1000
    łóźek z pełnym własnym zapleczem diagnostycznym i terapeutycznym kosztuje już
    setki milionów albo miliardy dolarów, a eksploatacja wymaga finansowania z
    budżetu stanowego albo federalnego.

    Paradoksalnie zatem, medycyna może być tu prywatna, ale praktykowana w szpitalu
    państwowym. Tyle że istnieje skrupulatny rozdział księgowości, koszty leczenia
    pacjentów prywatnych są rozliczane co do centa, i państwo ani szpitalowi, ani
    lekarzowi za jego prywatnych pacjentów nie płaci.

    Niektóre rodzaje leczenia (skomplikowane przeszczepy organów, leczenie
    rozległych poparzeń, komplikacje HIV/AIDS, skomplikowana neonatologia,
    skomplikowana neurochirurgia, eksperymentalna onkologia, najwyższej klasy
    traumatologia) są dostępne wyłącznie w super-szpitalach. Super-szpital na ogół
    ma niedaleko izby przyjęć lądowisko dla helikopterów, i jest na ogół
    przewidziany jako miejsce przyjmowania pacjentów przywożonych karetkami lub
    helikopterami z wypadków. Kwestię kto będzie płacił, porusza sie tu dopiero przy
    wypisywaniu :-) ale jak rachunek nie bedzie zapłacony, to szpital nie waha się
    nasłać na byłego pacjenta firmę windykacyjną.

    Wiele zależy od tego, gdzie kto się tutaj znajduje na społeczno-ekonomicznej
    drabinie. Mam pełną świadomość, że gdybym był np. australijskim maszynistą
    kolejowym zamieszkałym na prowincji, to mój przypadek mógłby mieć przebieg
    daleko bardziej dramatyczny. Ale ja na swoje szczęście nie jestem maszynistą
    kolejowym z małego australijskiego miasteczka.

    Mój pracodawca płaci mi bez słowa pełną pensję, kiedy biorę dwa miesiące urlopu
    na leczenie. Od wielu lat jestem pod opieką kompetentnego lekarza domowego,
    który wie o moim zdrowiu więcej niż ja sam. Mój GP w razie potrzeby otwiera
    notes pod "u" jak urologia, i może o każdej porze dnia i nocy zadzwonić do ludzi
    z górnej dziesiątki australijskiej urologii, jak trzeba to również do domu albo
    na komórkę. Oni mają do niego zaufanie, że nie będzie im głowy zawracał bez
    potrzeby, a on ma do nich zaufanie, że jak będzie trzeba, to przyjmą
    skierowanego pacjenta szybko - tak jak się to w moim przypadku stało.

    GP w tej klasie zawodowej może naturalnie również, zależnie od potrzeb swoich
    pacjentów, otworzyć notes na "g" jak ginekologia, "o" jak ortopedia, "k" jak
    kardiologia itd., i wszyscy ci specjaliści bedą skierowania od niego traktować
    jak najpoważniej. Ale nie każdy ma takiego GP.

    Nie mam większych wątpliwości że, niezależnie od ogólnego standardu tutejszej
    medycyny ja, mówiąc patetycznie, życie zawdzięczam swojemu GP właśnie. Bo to on
    najpierw zalecił żebym robił regularne testy PSA, potem pilnował żebym je
    rzeczywiście robił, potem w porę spostrzegł jedną cyfrę na wydruku, która nie
    była taka jak trzeba, potem zadzwonił do mnie do domu późnym wieczorem, żeby mi
    powiedzieć, że coś jest nie tak, dziesięć minut pożniej, zadzwonił do domu
    specjalisty i umówił mnie na pilną konsultację w pierwszym wolnym terminie, a
    dalej już wszystko szło tak, jak powinno. To znaczy, pełną odpowiedzialność za
    szczegółowe zdiagnozowanie i leczenie przypadku związanego z prostatą przejął
    specjalista, którego reputacja zawodowa polega na tym, że się dobrze zna na
    prostacie, i pociągnął całą rzecz dalej.

    Mam poważne wątpliwości, czy w Polsce można dziś znaleźć ten standard opieki
    lekarza domowego, chyba że ktoś ma lekarza w rodzinie, lekarza-współmałżonka,
    albo prywatnie się z lekarzem przyjaźni. Ale tutaj też nie każdy ma takiego GP,
    który wie co robi, i w razie potrzeby skieruje do poważnych specjalistów. No i
    nie każdy dostrzega potrzebę np. badań poziomu PSA co roku...

    Nota bene, mój urolog (który praktykuje w tej klasie zawodowej medyków, którą
    fabryka Porsche zawiadamia listownie, że niedługo wyjdzie nowy model i uprzejmie
    pyta, czy pan doktor pragnie sobie zarezerwować egzemplarz z pierwszej serii, i
    czy ma być tego samego koloru, co w zeszłym roku) szczegółowo informuje mojego
    GP o postępach leczenia, i przesyła mu pełne kopie dokumentacji, żeby GP miał
    pełny obraz swojego pacjenta. Specjalista także nie żałuje mi swojego czasu i
    wyczerpująco odpowiada osobiście lub telefonicznie na każde moje pytanie, oraz
    naturalnie drobiazgowo informuje mnie o wszystkim, co sie wiąże z moim leczeniem
    i rehabilitacją. Oczywiście rozumiemy się bez słów, że on mnie będzie
    informował, ale ja mu nie bedę zawracał głowy bez istotnej potrzeby.

    I tak to jest z tym tutejszym standardem średniej klasy medycyny prywatnej dla
    prywatnie ubezpieczonej klasy średniej :-)

    Jak widać, standard działa, bo to, co trzeba było zrobić, zrobiono w porę.
    Zdaniem specjalisty, mój nowotwór, gdyby nie został poprawnie zdiagnozowany i w
    porę usunięty, przeszedłby w stadium T3, w zasadzie niewyleczalne, w ciągu
    następnych 12 miesięcy, i można by go już tylko spowalniać drastyczną
    radioterapią, chemiczną lub chirurgiczną kastracją etc.

    Serdecznie pozdrawiam i przypominam wszystkim panom po czterdziestce o
    corocznych testach PSA.


  • 24.06.08, 14:36
    Bardzo przyjemna 10-minutowa wizyta kontrolna u specjalisty, tego samego, który
    dziesięć miesięcy temu mnie operował.

    - Dzień dobry, pańskie PSA dalej niewykrywalne (mój urolog ma dar podawania
    najważniejszej informacji w pierwszym zdaniu).

    - Jak tam z sikaniem? Wszystko w porządku? To bardzo mi miło.

    - Że erekcja zbyt powoli panu wraca? Pomału, pomału, proszę dalej brać Cialis
    dwa razy w tygodniu i zobaczymy za pół roku, to może potrwać...

    - Do widzenia panu i proszę znowu mnie odwiedzić za pięć-sześć miesięcy.

    Panienka w recepcji: - Późny listopad, czy wczesny grudzień? Listopad? W
    porządku. Za wizytę na razie należy się $80, pan płaci gotówką, Visa, czy
    Mastercard?

    Na zewnątrz blade słońce australijskiej zimy. Żyję.
  • 31.07.08, 12:32
    kangur2007 napisał:

    > Bardzo przyjemna 10-minutowa wizyta kontrolna u specjalisty, tego samego, który
    > dziesięć miesięcy temu mnie operował.



    Nie mam pojęcia dlaczego ostatnim razem napisało mi się 10 miesięcy, podczas
    kiedy w rzeczy samej to było osiem. Dziesięć bedzie pierwszego września. Nie
    zmienia to jednak postaci rzeczy - PSA mam poniżej progu wykrywalności, nic sie
    nie dzieje, nie ma potrzeby żadnej innej terapii, Cialis łykam regularnie i
    działa coraz lepiej. O prostatektomii przypominam sobie od czasu do czasu, kiedy
    wycierajac sie ręcznikiem po wyjściu spod prysznica zobaczę w lustrze
    15-centymetrową bliznę na podbrzuszu.

    I bardzo dobrze.

    Wpadam czasem na forum, by zobaczyć jak idzie innym. Trochę mną rzuciło, kiedy
    zdałem sobie ostatnio sprawę, że ze wszystkich pacjentow z rakiem prostaty na
    tym forum, zasadniczo tylko ja i 'michal61michal'

    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=37372&w=57979132&a=60747755
    mamy pozytywne i rokujące nadzieję na w miarę normalną długość życia wyniki
    leczenia.

    Ja w prywatnej medycynie Australii, on w prywatnej medycynie USA.

    A jak popatrzeć na tą naszą chorobę z pozycji pacjenta z rakiem prostaty w
    Polsce, to ja bardzo przepraszam, ale z forum wieje grozą. Czy ktoś mógłby się
    wypowiedzieć dlaczego? Fatalizm, że tak tylko, a nie inaczej ma być, i lepiej w
    Polsce nie będzie?

    Klasyka prostaty na tym forum jest mniej wiecej taka, w różnych permutacjach:

    - przychodzi facet do lekarza w polskim mieście i mowi, że ma objawy związane z
    oddawaniem moczu (nadmierna częstotliwość, niekompletne oddawanie moczu,
    niezdolność powstrzymania się od oddania moczu, etc.); lekarz, zamiast kazać mu
    zrobić test PSA za 50 złotych, i zastanowić się, czy można wykluczyć nowotwór,
    leczy go czysto objawowo; pacjent z początku jest zadowolony, bo sika bez
    przeszkód. Za dwa lata objawy wracają, wtedy inny lekarz każe zrobić PSA, i
    rychło się okazuje, że pacjent jest w stanie nieodwracalnym.

    - przychodzi facet do lekarza jak wyżej, a lekarz (światlejszy) każe mu zrobić
    PSA. PSA wychodzi sporo powyżej 4,0 nanogramów na mililitr krwi. Lekarz zamiast
    skierować pacjenta na biopsję, nic nie mówi i dwa albo trzy lata zbija mu poziom
    PSA farmaceutykami, zakładając milcząco, że pacjent ma niezłośliwy przerost
    prostaty, bo nowotwór doktorowi do głowy w ogóle nie przychodzi. Za dwa albo
    trzy lata PSA robi się skokiem dwucyfrowe, inny lekarz każe zrobić biopsję,
    biopsja wychodzi pozytywna, robią resztę diagnostyki i rychło się okazuje, że za
    późno wykryty guz jest dawno nieoperacyjny, a pacjent jest w stanie nieodwracalnym.

    - przychodzi facet do lekarza jak wyżej, PSA ma wysokie, lekarz (jeszcze
    światlejszy) każe mu zrobić biopsję, pacjent jest przerażony, bo słyszał o
    torturach przy biopsji. Nikt mu słowem nie piśnie, że biopsję można zrobić (i w
    wielu krajach standardowo się robi) albo w głębokiej sedacji, prawie niczym się
    z perspektywy pacjenta nie różniącej od anestezji ogólnej, albo w krótkotrwałej
    (20-30 minut) anestezji ogólnej silnie działającym koktajlem środków dożylnych.
    Potrzebny jest wprawdzie do tego anestezjolog i prawdziwa sala operacyjna, ze
    sprzętem reanimacyjnym w gotowości na wszelki wypadek, ale za to pacjent nic
    przy biopsji nie czuje i nic potem nie pamięta. Ponieważ nikt mu nie zaoferował
    opcji z anestezją (nawet za jego własne pieniądze), to przerażony pacjent opiera
    się biopsji - pół roku albo rok, albo dłużej. Po upływie tego czasu nasilają sie
    objawy, w końcu pacjent zgadza sie na biopsję, biopsja wychodzi pozytywna, po
    reszcie diagnostyki pacjent okazuje się być w stanie nieodwracalnym.

    - przychodzi do lekarza facet z wysokim PSA i pozytywną biopsją. Po pięciu
    minutach wychodzi bardzo zadowolony, że mu doktor powiedział, że ani operować,
    ani naświetlać nie trzeba, będzie tylko brał tajemnicze zastrzyki i tabletki
    hormonalne. Doktor nie powiedział ani pacjentowi, ani rodzinie, że ta przyjemna
    terapia hormonalna jest już tylko paliatywna, bo na chirurgię i radioterapię
    jest za późno, a pacjent ma 50% szans albo lepiej na to, że rak stanie się
    hormono-opdporny w 2-3 lata, statystyczna średnia przeżywalności od tego momentu
    to 12 miesięcy, a chemoterapia za kilkaset tysięcy złotych może wtedy oddali
    nieuchronne o trzy do sześciu miesięcy, a może nie.

    - pacjent ma trzy- albo czterocyfrowe PSA, przerzuty bliskie i odległe, dostaje
    chemoterapię, będace w użyciu środki wyraźnie wskazują na desperackie działania
    ostatniej szansy i ostatnie sześć miesięcy życia. Rodzina z nadzieją pyta na
    forum, kiedy tatuś będzie wyleczony. Nikt ani z pacjentem ani z rodziną nigdy
    nie rozmawiał o historii choroby, progresji raka, nikt im nigdy nie objaśnił
    znaczenia słów 'terminalny' i 'paliatywny.'


    Wszystko to się dzieje w mojej b. Ojczyźnie pod prawie całkowitą nieobecność
    wiarygodnej informacji publicznej o tej chorobie, jej diagnostyce, terapii,
    rozmaitych opcjach terapeutycznych i relatywnej skutecznosci jednych sposobów
    leczenia względem innych. Ani słowa w internecie i mediach o skutkach ubocznych,
    statystyce wyników leczenia, średniej przeżywalności. Nikt nie słyszał o
    pokazywaniu pacjentowi nomogramu, z ktorego mogłby sobie wyliczyc wlasne szanse.
    W ogóle zresztą nie ma zwyczaju wykładania pacjentom kawy na ławę. Lekarze są
    przepracowani, sfrustrowani, nie komunikują się z nikim, nawet między soba.
    Pacjenci i rodziny miotają się od lekarza do lekarza i od ośrodka do ośrodka.
    Nikt im nie mówi, co trzeba robić dalej, wszystko jest niedofinansowane,
    wszystkiego jest za mało, na zrozpaczonych ludziach żerują szarlatani. Kto zna
    angielski, ten przynajmniej może siąść do komputera i w 10 minut znaleźć furę
    niezbędnych mu jak powietrze informacji. Kto nie zna, może dalej ganiać od
    Annasza do Kajfasza, bo cały system służby zdrowia ma go w oczywisty sposób
    głęboko gdzieś...

    Dla mnie to jest obraz piekła.

    Nasuwa mi się tyleż smutne co przewrotne pytanie: czy każdy mężczyzna po 45-ce,
    któremu życie miłe, powinien w ramach profilaktyki przeciwnowotworowej
    wyemigrować z Polski? Jeśli nie zachoruje, to niewiele stracił. Ale jeśli
    zachoruje na raka prostaty, to jego szanse w zasadniczo dowolnym kraju
    Pierwszego Świata wyglądają znacznie lepiej niż w Polsce…


  • 31.07.08, 13:27
    Cieszę się z pańskiego powrotu do zdrowia. To co dzieje się w
    Polsce- szkoda słów..... W Polsce- mam takie wrażenie, nikt nie
    wygrywa z chorobą nowotw. co najwyżej jest darowane kilka lat życia.

    Jeśli nie sprawiłoby Panu kłopotu- mógłby się Pan zorientowac jak w
    Australii podchodzi się do leczenia raka jajnika? Moja mama na to
    zmarła, nikt mi nie zaproponował żadnych badań w trakcie mamy
    choroby, po smierci mamy robiłam sobie ogólne badania- lekarz
    rodzinny wiedząc o chorobie mamy- mówił po co mam robic markery
    Ca125 skoro i tak mi to niewiele da, i tak z tego się nie
    wychodzi!!!!!!!!Sama prywatnie robiłam marker, usg dopochwowe, bo
    ginekolog nie widział potrzeby....
    Mam możliwośc wyjechac z Polski-nic mnie tu już nie trzyma, dla mnie
    to może i byc Australia, słonce lubię- może bezpieczniej pod
    względem zdrowotnym będzie w Australii?Przynajmniej w razie choroby
    pacjent jest informowany a nie olewany...A że leczenie prywatne- w
    Polsce grube pieniądze są wydawane na ratowanie chorego i nic to nie
    daje....

    Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia.
  • 01.08.08, 08:56
    No i wyszedł z Pana prawdziwy Polak. Nie jest aż tak źle jak Pan piszesz a nawet
    całkiem nieźle. Mój znajomy w Toruniu miał zabieg tzw. zielonym laserem i nie
    musi nawet na potencję łykać prochów tak jak Pan.Drugi znajomy z Bydgoszczy
    normalnie w szpitalu na zwykłą kasę chorych miał zabieg i też jest ok.A tak na
    marginesie to w Australii jest raj a w Polsce piekło. Najlepiej by było, jak by
    wszyscy wyjechali do Australii. Tylko na kogo by narzekali w tedy. No właśnie na
    australijskich lekarzy.Proszę Pana konowały są wszędzie.
    --
    bogdan
  • 01.08.08, 10:19
    male pytanie : czy wiesz na co sie stosuje zielony laser ?
    Wiesz, ze dzwonia ale nie wiesz w ktorym kosciele...
  • 01.08.08, 21:21
    Tak się składa ,że coś tam wiem . No na pewno nie tyle co Pan. Podałem dwa różne
    przykłady i to w innym kontekście. Nie rozumiem co Pana tak zdenerwowało. Jak
    Pan chce to przecież też może wyjechać do Australii czy gdzie tam się
    podoba.Przypomina mi Pan kandydata na Prezydenta RP p. Krzysztofa Kokonowicza z
    Białegostoku. Nic do Pana nie miałem i nie chcę mieć.
    --
    bogdan
  • 02.08.08, 00:59
    Szanowny Panie Tyrtum,

    Skad ta agresja ? Inwektywy ?
    Moze na poczatek cos Pan lyknie na uspokojenie skolatanych nerwow ?
  • 01.08.08, 15:31
    tyrtum napisał:

    > No i wyszedł z Pana prawdziwy Polak. Nie jest aż tak źle jak Pan piszesz a
    nawet całkiem nieźle. Mój znajomy w Toruniu (...)


    Bardzo sie cieszę, że dwoch panskich znajomych szczęśliwie wraca do zdrowia.

    Tylko że to nie jest niestety u pana standard, co widać zarówno po tym, co sie
    daje na tym forum przeczytać, jak po międzynarodowych statystykach
    przeżywalności. Pacjent z rakiem prostaty ma u mnie ponad dwukrotnie większą
    szansę przeżycia niż u pana. Daleko większy procent pacjentów u mnie niż u pana
    ma wczesną diagnozę, dającą nadzieje na całkowite wyleczenie.

    Zielony laser jest używany w częściowej resekcji prostaty, przy zmianach
    niezłośliwych (BPH). Ja miałem nie BPH, tylko niestety gruczolakoraka
    (adenocarcinoma), więc nie miałem tej laserowej opcji leczenia. Na moje
    szczęście, te opcje które miałem, działały tak, jak powinny - coroczne
    profilaktyczne testy, wczesna diagnoza, wysoka jakość interwencji chirurgicznej,
    właściwe zaplecze szpitalne, włąściwy poziom opieki, no i przede wszystkim
    wyczerpująca informacja na każdym etapie. Róznica między PL i AU jest taka, że
    tutaj to jest standard, natomiast u pana loteria, którą niektórzy wygrywają, ale
    wielu niestety przegrywa.
  • 03.08.08, 11:21
    Kangur 2007 ma całkowita rację.
    Poziom leczenia miedzy AU a PL to przepaść,lecz nie ma co się dziwić Polska to
    biedny kraj.
    Najbardziej jednak jest denerwujące to ,ze u nas jest całkowity brak informacji
    na temat profilaktyki - badań przesiewowych dla mężczyzn 40-50 letnich.
    Lecz nawet z tym można przejść do porządku dziennego - każdy sam musi zadbać o
    swoje zdrowie.
    Dla mnie największym nieporozumieniem jest brak informacji od lekarzy na etapie
    choroby.Tego nie potrafię zrozumieć ,chyba że lekarze takiej informacji nie
    posiadają (kto by się dokształcał jak tego od nich nie wymagają,do zarabiania
    kasy w Polsce lekarz tego nie potrzebuje).
    Kangur2007 na każdym etapie taką informacje posiada ,mało tego w każdej chwili
    może zadzwonić do swojego lekarza ,pytanie ,który pacjent z tego forum ma taką
    sytuacje w Polsce i czy do tego są potrzebne pieniądze!?
    Sam choruje na raka prostaty i wiem jaki mam kontakt z lekarzami,jestem
    zbywany,nie dostaje odpowiedzi na wiele pytań ,dla mnie nie ma czasu!!
    Do kangura2007 mam pytanie - dlaczego przy PSA rzędu 2,5 - 3,0 nie wdrożono
    biopsji wg najnowszych tendencji dla mężczyzn 45 - 50 letnich takie PSA czyli
    >2,5 jest sygnałem ostrzegawczym?
  • 03.08.08, 11:32
    Kangur2007, czytam o twoich zmaganiach ,kibicuję Tobie ,brak dyskusji na ten
    temat, czyli CaP myślę,że to brak odwagi .Pozdrowienia z kraju!!!!
  • 03.08.08, 14:45
    Do kangura2007 mam pytanie - dlaczego przy PSA rzędu 2,5 - 3,0 nie wdrożono
    biopsji wg najnowszych tendencji dla mężczyzn 45 - 50 letnich takie PSA czyli
    >2,5 jest sygnałem ostrzegawczym?

    ===========

    Kwestia diagnostyki, tego jaki jest poziom alarmowy PSA, i co wtedy należy
    robić, nie jest ani prosta, ani jednoznaczna, i ścierają się tu rozmaite szkoły
    i opinie:

    Andrology Australia, instytucja badawcza zajmująca się chorobami męskich
    narządów rozrodczych, podaje taki bieżący standard PSA:

    Wiek 40-49 lat:
    przeciętny poziom PSA 0.65, górna granica normalnego poziomu PSA 2.0ng/ml
    wiek 50-59 lat
    przeciętny poziom PSA 0.85, górna granica normalnego poziomu PSA 3.0ng/ml
    wiek 60-69 lat
    przeciętny poziom PSA 1.39, górna granica normalnego poziomu PSA 4.0ng/ml
    wiek 70-79 lat
    przeciętny poziom PSA 1.64, górna granica normalnego poziomu PSA 5.5ng/ml

    www.andrologyaustralia.org/pageContent.asp?pageCode=PS1
    Tylko że przekroczona górna granica PSA to nie wszystko, co potrzeba do podjęcia
    decyzji o biopsji. Biopsja ma dokładność 15% (w sensie do 15% fałszywych wyników
    negatywnych, czyli 15% szans na niezdiagnozowanie raka przy pomocy biopsji);
    biopsja jest potencjalnie nieobojętna dla zdrowia, bo ma 1% ryzyka poważnej
    infekcji wymagajacej hospitalizacji, i 1-3% ryzyka powikłań związanych z
    anestezją (zależnie od wieku i ogólnego stanu zdrowia).

    St. Vincent Prostate Cancer Centre w Sydney, najlepszy szpital od prostaty w
    Australii, interpretuje to tak:
    |
    www.prostate.com.au/3+understanding+diagnosis/

    Kto powinien robić badanie PSA:
    • Wiek 50 do 70 lat
    • 40 do 70 lat jeśli w grupie wysokiego ryzyka (rak prostaty w rodzinie)
    • Test PSA i badanie palcem per rectum należy robić corocznie

    Biopsję należy wykonywać pacjentom, u których:

    • Badanie per rectum wykazuje anomalię,lub

    • PSA jest podwyższone ponad górną granicę normalnego poziomu dla wieku, lub

    • Poziom PSA wzrasta szybciej niż o 0,75 ng/ml rocznie w ciągu co najmniej
    trzech lat

    • Zawsze przy poziomie PSA od 4 do 10ng/ml, jeśli stosunek 'wolnego PSA' do
    całości PSA wynosi poniźej 25%


    Moja seria pięciu testów PSA jakie zrobiłem w wieku lat 49, 50, 51, 52, 53 dała
    po kolei wyniki: 2,7 / 3,0 / 3,7 / 3,0 / 6,0 ng/ml. Nie robiłem wcześniejszych
    testów PSA, nie mając przypadków raka prostaty w rodzinie, a zatem nie bedąc w
    grupie wysokiego ryzyka.

    Miałem raz zrobione PSA 7 lat wcześniej, przy okazji wazektomii, i wtedy, w
    wieku 42 lat, wyszło 1.9 ng/ml, stosunkowo wysoki poziom wyjściowy (baseline).

    W związku z wysoką 'baseline' w wieku 42 lat, PSA 2.7 w wieku 49 lat nie
    wzbudziło podejrzeń (zwłaszcza, że te standardy Andrology Australia są
    standardami dopiero od 3-4 lat).

    Późniejsza seria testów przekroczyla kryteria alarmowe dopiero wtedy, kiedy PSA
    podwoiło mi się między 52 a 53 rokiem życia z 3,0 na 6,0 ng/ml a dodatkowy test
    na 'wolne PSA' wykazał 11%, Wtedy zrobiono biopsję w ciągu trzech tygodni od
    wyniku PSA, a następnie radykalną prostatektomię dziewięć tygodni później.

    Jest sprawą otwartą, czy należało robić biopsję pomiędzy 50 a 51 rokiem życia,
    kiedy PSA wzrosło z 3,0 na 3,7. Prowadził mnie cały czas ten sam lekarz, który
    zadecydował, że w moim konkretnym przypadku, przy wysokim poziomie podstawowym
    PSA, należy za stan alarmowy uznać 4,0ng/ml. Czy biopsja zrobiona w wieku 51
    lat, przy PSA 3,7 znalazłaby cokolwiek, także jest sprawą otwartą, ponieważ w
    biopsji zrobionej dwa lata poźniej, przy PSA 6,0, tkankę nowotworową znaleziono
    tylko w dwóch z dziesięciu pobranych rdzeni.

    'Superbiopsji' (30-50 rdzeni) nie zrobiliby mi przy 3,7 bo się jej tutaj nie
    wykonuje poniżej PSA 8,0 czyli w sytuacji jeżeli PSA jest bardzo wysokie, a
    jednocześnie wynik biopsji zwykłej (10-12 rdzeni) jest negatywny.

    W każdym razie, po prostatektomii stanęło na tym, na czym stanęło: guz pT2a
    (nowotwór zajmujący do 25% objętości prostaty, ograniczony do jednego płata
    prostaty), Gleason 7 (3+4), brak przerzutów do węzłów chłonnych, brak
    przerzutów do pęcherzyków nasiennych, brak przekroczenia przez nowotwór torebki
    prostaty, marginesy chrurgiczne negatywne, PSA poniżej progu wykrywalności od 9
    miesięcy.

    Według mojego specjalisty, poniżej stadium T1c, czyli w stadium T1a, T1b, raka
    prostaty bardzo rzadko wykrywa się przedoperacyjnie, z reguły incydentalnie,
    przy okazji analizy histopatologicznej tkanki usuniętej podczas resekcji
    prostaty podjętej z powodu trudności w oddawaniu moczu wywołanych niezłośliwym
    przerostem prostaty (BPH).

    T1c to rak prostaty wykryty biopsją, I taka też byla moja przedoperacyjna
    diagnoza. Histopatologia pooperacyjna całej prostaty, po jej usunieciu, dala
    wynik T2a (a właściwie pT2a, p = pathology).

    Hipotetycznie zapewne możnaby usunąć prostatę wcześniej, niejako
    profilaktycznie, ale ja nigdy nie słyszałem o profilaktycznej prostatektomii –
    to jest jednak duża, 4-5 godzinna operacja brzuszna, z ryzykiem rozmaitych
    komplikacji i z istotnymi skutkami ubocznymi.


    Co do informacji, to pan ma świętą rację. To nie tylko o możliwość zapytania
    swojego lekarza idzie, ani o to, że on bez zwłoki, cierpliwie, uprzejmie i do
    rzeczy odpowie, ale w ogóle o dostępność informacji źródłowej w domenie
    publicznej. W tym zakresie Polska tak się ma do USA, Australii czy Kanady, jak
    Uganda do Polski. Proszę porownać, co jest napisane tu:

    pl.wikipedia.org/wiki/Gruczolakorak
    pl.wikipedia.org/wiki/Rak_gruczołu_krokowego
    z tym, co jest na te same tematy napisane tutaj:

    en.wikipedia.org/wiki/Adenocarcinoma
    en.wikipedia.org/wiki/Prostate_cancer
    a zwłaszcza proszę porównać ilość i jakość odnośników.

    Że już nie wspomnimy o narzędziach predykcyjnych raka prostaty ze szpitala
    Memorial Sloan-Kettering Cancer Centre, prawdopodobnie najlepszego takiego
    ośrodka na swiecie, które są dostępne każdemu i pozwalają obliczać szanse przeżycia…

    www.mskcc.org/mskcc/html/10088.cfm
  • 03.08.08, 22:59
    Kangur2007 ,dzięki za odpowiedz .
    Myślę ,ze jeszcze trochę tu podyskutujemy to wiele spraw nam się rozjaśni.
    Znów po przeczytaniu jestem zaskoczony ,że po PSA >8.0 wykonuje się biopsje
    30-50 rdzeniową dla dokładności diagnozy.
    U mnie przy PSA wyjściowym 9,3 ,po biopsji 10-rdzeniowej ,diagnoza T2b
    ,Gl.4+3,znaleziono komórki rakowe w 2 rdzeniach,w 2-ch płatach ,w każdym po
    30%.Zrobiono też scyntygrafie - o.k.Więc RP,6 tyg od wyników biopsji.
    Po RP szok ,diagnoza T3bN1,Gl.4+5.Szybko RT I HT.
    Tak więc zostałem przed operacją zdiagnozowany "wspaniale".
    Dla mnie było za póżno operacje ,RP była bez sensu ,gdzie jakość życia,nawet
    jeżeli tak nie wiele zostało!?
    W Polsce pacjent często musi sam wiedzieć jakie badania należy jeszcze dla
    zbadania swojej choroby.Lekarz na tych badaniach niewykonanych ,wbrew sztuce
    lekarskiej robi oszczędności.Pozdrawiam.
  • 04.08.08, 12:38
    Małe nieporozumienie z superbiopsją. 30-50 rdzeniową superbiopsję robi się tutaj
    nie dla potwierdzenia dokładności diagnozy, tylko dla ustalenia diagnozy - w
    okolicznościach, kiedy PSA jest wysokie (>8,0), natomiast biopsja 10-rdzeniowa
    niczego niepokojącego nie wykazała. Zakłada się wtedy, że wysokie PSA musi mieć
    poważną przyczynę w obrębie prostaty, tylko pierwsza biopsja jej nie znalazła, i
    robi się drugą, dokładniejszą.

    To co pan opisuje wygląda na źle wykonaną biopsję i/lub błędną ocenę
    histopatologiczną materiału z biopsji. Raczej to drugie, bo ocena guza jako T2b
    była zaniżona - T2b to guz w jednym płacie prostaty zajmujący więcej niż połowę
    jego objętości, obecność komórek nowotoworowych w obu płatach prostaty to T2c.

    Poza tym uderza duża różnica między przedoperacyjnym Gleason score 7(4+3), a
    pooperacyjnym 9 (4+5) – albo Gleason został źle oceniony przez histopatologa
    oceniającego materiał z biopsji, albo miał pan guza o wyjątkowo szybkim rozwoju...

    Przerzutów do bliskich węzłów chłonnych (N1) nie znaleźliby przed operacją
    również tutaj, bo to dopiero wynika z badania histopatologicznego materiału z
    węzłów chłonnych miednicy specjalnie w tym celu usuwanych razem z prostatą.
    Inwazji pęcherzyków nasiennych również nie znaleźliby przed prostatektomią, bo
    zasadniczo nie ma na to sposobu.

    Przy przedoperacyjnej diagnozie T2c byłby tu konsultowany więcej niż jeden
    specjalista, prawdopodobnie robiono by panu dodatkową ultrasonografię,
    niewykluczone że także skan MRI miednicy, z całym wysiłkiem diagnostycznym
    skierowanym na ustalenie, czy guz jest operacyjny. Gdyby konsylium uznało guz
    za operacyjny, byłby pan na stole w ciągu 24-48 godzin od diagnozy. Gdyby doszli
    do wniosku, że jest nieoperacyjny, na początek być może dostałby pan środki
    hormonalne by spróbować zmniejszyć objętość guza, w razie powodzenia takiej
    próby prostatektomię, a po postatektomii radioterapię.

    Jeźeli guz zostałby definitywnie uznany za nieoperacyjny, to zapewne dostałby
    pan tutaj konformalną radioterapię wysokonenergetyczną, ewentualnie połączoną z
    brachyterapią wysokoenergetyczną ('high dose rate brachytherapy'), polegającą na
    chirurgicznym wprowadzeniu wysokoenergetycznych źródeł promieniowania z izotopem
    irydu bezpośrednio do prostaty, w pełnej anestezji, trzy sesje w ciągu 36 godzin
    - bardzo wysoka dawka promieniowania. Niestety, te środki miałyby poważne skutki
    uboczne, odbijające się głęboko negatywnie na pańskiej jakości życia. O terapii
    hormonalnej jako takiej wiem niewiele.

    Pana obecne opcje są najlepiej chyba wyłożone tutaj:
    www.cancer.gov/cancertopics/pdq/treatment/prostate/HealthProfessional/page9
    Link do nomogramu MSKCC 'Salvage Radiotherapy' jest taki sam jak podalem
    poprzednio: www.mskcc.org/mskcc/html/10088.cfm

    Pozdrawiam, i niech się pan trzyma.
  • 04.08.08, 14:11
    Oczywiście ,że T2c - to był chochlik.
    O tych badaniach o których Pan pisze i konsultacji wielu specjalistów to można w
    Polsce pomarzyć,a o pójściu na stół w ciągu 24 - 48 godzin z powodu
    b.agresywnego raka prostaty......cóż ,nierealne no chyba że ...
    Na temat histopatologii się nie wypowiadam ,lecz ponoć takie różnice między
    badaniami przed i po operacyjnymi mogą występować.Trzeba pamiętać ,że materiał z
    biopsji igłowej jest mikroskopijny.
    Nomogram znam ,lecz podejrzewam iż dotyczy USA ,Kanady,Australii i dla Polski
    trzeba te procenty podzielić przez pół.
    Jeszcze się trzymam lecz inaczej jest w wieku np.75 lat ,a inaczej 49
    lat.Pozdrawiam !

  • 12.09.08, 11:46
    Świetnie napisane opowiadanie Kangur2007, tylko szkoda, że dotyczy niezbyt wesołego dla mężczyzn tematu, zwłaszcza, że obecne moje wyniki dotyczące tej "choroby" podobno nie są jednoznaczne, bo odebrałbym je z humorem. Wydaje mi się, że Twoja wiedza na ten temat jest nieograniczona i dlatego postanowiłem zapytać jak oceniasz moją obecną sytuację pod tym względem (celowo unikam jednoznacznych słów).
    Mam niespełna 62 lata. Kilka lat temu (może 6) udałem się do lekarza, gdyż wydawało mi się, że mam pewne problemy z oddawaniem moczu, które potem zaraz bez leczenia same ustąpiły. Od tej wizyty do dzisiaj systematycznie robiłem badania PSA, a od półtora roku także fPSA/PSA i PSA wolny (fPSA), a także USG gruczołu krokowego i badanie per rectum. Opisując mój problem ograniczę się tylko do wyników z tego roku. W maju lekarz prowadzący powiedział, że moje wskaźniki nie są dobre oraz trochę niezrozumiałe i jeżeli na koniec roku powtórzą się, czeka mnie biopsja gruczołu krokowego. W tym przypadku dziwił się dlaczego moje PSA idzie w dobrym kierunku, zaś pozostałe wyniki pogarszają się. Ten lekarz jest "teoretykiem" (na co dzień nie przeprowadza operacji) i tylko przyjmuje w przychodni, a wiec postanowiłem udać się do cenionego w moim miejscu zamieszkania czynnego praktyka. Z kolei ten po szczegółowym badaniu (USG + per rectum + szczegółowy wywiad) oraz przejrzeniu moich wyników oświadczył, że nie ma niepokoju i biopsja w moim przypadku nie jest wskazana. Wspominał też o moim bardzo płaskim gruczole krokowym i o ewentualnych trudnościach w pobraniu materiału do badań w takich przypadkach oraz o ewentualnych przyszłych komplikacjach z tym związanych, niemniej zaznaczał, że te sprawy nie mają wpływu na jego opinię. Umówiłem się na kolejna wizytę w marcu 2009 roku. Naiwnie powiem, że jest to dobry mój znajomy, a więc mogę mu wierzyć. Chciałbym tu jeszcze dodać, ze mój płaski gruczoł krokowy jest konsekwencją wieloletniej, intensywnej i długotrwałej nadal trwającej jazdy na rowerze szosowym. Ogólnie jestem zdrowy, bardzo sprawny fizycznie (w tych sprawach też) i nic mi nie dolega, inne wyniki mam w normie, a więc jakiś wyrok w tej sprawie byłby dla mnie zrozumiałym zaskoczeniem (to zdanie jest typowym przykładem kompensacji). Teraz przedstawię tegoroczne wyniki badań.
    PSA w poprzednich latach oscylowało w granicach 3 ng/ml, zaś tego roku w lutym było 3,36 ng/ml, w maju 2,9 ng/ml i w sierpniu również 2,9 ng/ml. Tu niby wszystko jest OK, bo granica normy wynosi max 4,8 ng/ml, ale pozostałe wyniki są w granicach podejrzenia grupy podwyższonego ryzyka wystąpienia nowotworu i pogarszają się. W analogicznych okresach czasu fPSA/PSA wynosiło: 12,92 %, 12,3 % i 11,6 %, a PSA wolny(fPSA): 0,434 ng/ml, 0,35 ng/ml i 0,33 ng/ml.
    Byłbym Ci Kangur2007 bardzo wdzięczny, gdybyś wyraził swoją opinię w tej mojej sprawie, za co będę bardzo wdzięczny. Bardzo serdecznie pozdrawiam.
  • 12.09.08, 14:36
    Pan logiczny8:

    Głupia sprawa, bo cóż ja panu mogę właściwie powiedzieć, nie bedąc lekarzem? Z
    jednej strony PSA ma pan w normie, i nie wzrasta. Z drugiej strony fPSA/PSA jest
    na pograniczu wyników niepokojących i zmienia się w niepokojącym kierunku, bo
    spada. U mnie przy fPSA/PSA 10% lub poniżej każą robić biopsję, nawet jeśli
    ogólny poziom PSA jest sporo poniżej poziomu alarmowego.

    Nie wiem skąd ten poziom alarmowy PSA 4.8ng/ml się w Polsce bierze, u mnie mówią
    twardo że w grupie wiekowej 60-69 lat przeciętny poziom PSA jest 1.39, a górna
    granica normalnego poziomu PSA jest 4.0ng/ml, nie 4.8.

    Z rakiem prostaty tak niestety jest, że całkiem spora część pacjentów przebywa w
    statystycznym piekle, to znaczy ma niejednoznaczne lub wzajemnie sprzeczne
    wyniki diagnostyczne, które można interpretować tak albo owak, Decyzje o tym co
    dalej robić staja się wtedy aktem osobistej wiary i kwestią zaufania do lekarza,
    a szansami na jednoznaczną diagnozę rządzi skomplikowana statystyka.

    Doradzać nie mogę, ale mogę panu powiedzieć, co sam zrobiłbym na pańskim
    miejscu. Czyli gdybym mieszkał w Polsce, a nie w Australii. Otóż ja kierowałbym
    się ogólną opinią turpina o polskiej urologii, która jest wyżej w tym wątku.
    Turpin to jest fachowiec, lekarz-patolog, który niejedno widział, i w wyniku
    tego co widział zamienił stanowisko adiunkta w Polsce na pracę w Wielkiej
    Brytanii. Jego zdanie jest takie: "O polskiej urologii szkoda gadać - nawet na
    tle przeciętnego poziomu polskiej medycyny ta dziedzina prezentuje się tragicznie".

    Ja w tych okolicznościach dmuchałbym więc na zimne i zdążałbym w kierunku
    biopsji. Ponieważ w Polsce jest absurdalny procent powikłań infekcyjnych przy
    biopsjach oraz średniowieczny zwyczaj robienia biopsji TRUS na żywca albo w
    znieczuleniu lokalnym, na pańskim miejscu, wyłożyłbym na pociąg i hotel i
    kazałbym sobie zrobić biopsję w znieczuleniu ogólnym albo głębokiej sedacji,
    prywatnie, w jakiejś porządnej prywatnej klinice w Berlinie, za 600-800 euro.
    Wtedy będzie miał pan taki standard tej usługi, jaki ja miałem w Australii i
    znikome ryzyko powikłań (w granicach 1% zagrożenia infekcją wymagającą
    hospitalizacji). Niestety, biopsja ma pewne ryzyko fałszywego wyniku ujemnego,
    czyli niewykrycia istniejącego nowotworu, więc nie daje gwarancji wybawienia ze
    statystycznego piekła. Jedno co będzie pan z tego miał na pewno, to przynajmniej
    poczucie, że zrobił pan wszystko co było można.

    Ile to poczucie jest dla pana warte, to tylko pan sam może sobie odpowiedzieć.
  • 14.09.08, 19:57
    W mojej niejasnej sytuacji każda opinia, zwłaszcza ze strony pacjenta, w
    najbliższej przyszłości może mieć duże znaczenie. Już teraz rozgryzam ten
    problem, bo potem może być trudniej. Bardzo serdecznie dziękuję i pozdrawiam.
  • 21.09.08, 01:05
    Witam KANGUR2007

    Na poczatek podziekowania w imieniu uczestnikow forum za rzeczowe i szczegolowe przedstawienie problemu oraz jego rozwiazania.
    Moja sytuacja jest podobna. To znaczy: pT2Tc , Gleason Score 3+4 =7,wiek 61 lat,PSA 6,6 , biopsja 2 razy pozytywna na 12 igiel , brak przerzutow na inne organy.
    W ubieglym miesiacu radykalna resekcja prostaty.
    Zadnych komplikacji z nietrzymaniem moczu czy potencja.
    Perfekcyjne przeprowadzenie operacji i rehabilitacji.
    Miejsce wykonania i zamieszkania : Niemcy.

    Koszty wlasne : zadne , poniewaz ogolne ubezpieczenie zdrowotne w Niemczech obejmuje takie leczenie.

    Moj lekarz domowy i specjalista urolog przedstawili mi wiele wariantow leczenia , w tym resekcje przy pomocy robotow tzw system da Vinci , dosc szeroko stosowany w USA i Niemczech.
    Wybor nalezal do mnie i wybralem tradycyjna (ale zmodyfikowana) metode chirurgicznego usuniecia prostaty.Oczywiscie wybralem sobie najlepszy szpital i chirurga w Niemczech.Chirurg ten (specjalista urolog) nalezy rowniez do najlepszych w Europie.
    Po 6 miesiacach od operacji zostalo mi zalecone przeprowadzenie niewielkiej lokalnej radioterapii.Takie postepowanie jest rowniez zalecane w USA. Zostalo to tam potwierdzone statystycznymi danymi dlugosci zycia pacjentow po resekcji bez naswietlania i z naswietlaniem.
    Dlugosc zycia pacjentow po resekcji i radioterapii byla zdecydowanie wyzsza.

    Tak wiec krotko : Polacy nie musza jechac do USA lub Australii w celu pomocy , wystarcza po sasiedzku do Niemiec.
    Jak slyszalem koszt prywatnej operacji nie jest wyzszy niz 5.000 Euro.
    Kazdy jednak musi sam ocenic ile jest jego zycie warte.

    Mysle , ze nasze wybory resekcji prostaty byly we wstepnym stadium najbardziej wlasciwe bo w miare uplywu czasu stan zdrowia i rozwoju raka bardzo zaweza mozliwosci leczenia.
    Pozdrawiam Janusz
  • 21.09.08, 07:13
    surnet napisał:

    > Witam KANGUR2007


    Witam pana serdecznie . Jestem dokładnie tego samego zdania - jeśli kogoś stać,
    to nie powinien niepotrzebnie narażać życia w dysfunkcjonalnym systemie ochrony
    zdrowia w Polsce.

    Jak już wcześniej pisałem, odnoszę wrażenie, że tak na tym forum, jak na innych
    forach onkologicznych w języku polskim:

    prosalute.info
    rak-prostaty.pl
    www.wygrajmyzdrowie.pl/forum/
    w zasadzie NIE MA relacji chorych na raka prostaty mieszkających w Polsce a
    zdiagnozowanych i leczonych w porę.

    Pełno jest za to tragicznych historii pacjentów zwodzonych miesiącami lub latami
    przez tragicznie niedouczonych lekarzy, oraz opisów leczenia od których wieje
    grozą. To nawet nie o to chodzi, że leków, aparatury czy kompetentnych chirugow
    w Polsce nie ma – jak się wydaje, w zasadzie w Polsce wszystko to jest, choć nie
    wszędzie, nie na każde zawolanie i nie w wystarczającej ilości.

    Podstawowa róźnica pomiędzy Polską a Pierwszym Światem to stosunek do pacjenta,
    i dostępność informacji. Z wpisów na forach wynika, że w Polsce pacjent, u
    którego właśnie zdiagnozowano zagrażającą życiu chorobę zasadniczo nie dostaję
    źadnych informacji co i ma robić dalej,wszystkiego musi sam szukać, zalatawiać,
    dowiadywać się gdzie, kiedy i u kogo. Uderza z tych opisów powszechny brak
    życzliwości.

    Rozkwit polskich forów dyskusyjnych dla pacjentw chorych na raka i ich rodzin
    stąd się między innymi bierze, że polski lekarz nie widzi potrzeby szczegółowego
    informowania pacjenta na każdym etapie leczenia, co w innych krajach należy do
    normalnych obowiazków lekarskich.

    W krajach, w których pan i ja mieszkamy, rolę koordynatora leczenia pełni lekarz
    domowy, i to do niego należy koordynacja zbierania wyników diagnostyki,
    skierowania pacjenta do specjalisty oraz przedstawienie pacjentowi razem ze
    specjalistą drobazgowej wręcz informacji o jego stanie, zaawansowaniu choroby i
    możliwych opcjach leczenia.

    Zapewne nie bez powodu jest nas na tym forum w zasadzie tylko trzech takich,
    którzy mogą powiedzieć, że ich zdiagnozowano wcześnie i leczono w porę, szybko i
    adekwatnie do diagnozy:

    ja z Australii, pan z Niemiec, i "michal61michal" z USA.

    W tej sytuacji, ja uwazam, źe dla polskiego pacjenta z wysokim PSA biopsja w
    Berlinie za 600-800 euro, a potem w razie potrzeby właściwie przeprowadzona
    radykalna prostatektomia tamże za 5000 euro to jest bardzo umiarkowana cena za
    ocalenie życia.

    Ale, jak pan słusznie napisał - każdy musi sam ocenić ile jego życie jest dla
    niego warte.

    Pozdrawiam i zdrowia życzę.


  • 21.09.08, 20:02
    Postaram się napisać bardzo krótko żeby się nie zacząć wymądrzać. Przeczytałem
    wszystko co napisałeś po polsku i to co w klejonych linkach. Jak poszukać w
    publikacjach naukowych polskich to też sporo można znaleźć. Czytam w necie
    przegląd urologiczny i też można się dużo dowiedzieć
    www.przeglad-urologiczny.pl/
    Ale w innej sprawie. Tak Bogiem a prawdą ze wszystkich tych razem wziętych
    publikacji nic nie wynika jak trochę już czytałeś. Wszystko jest na wodzie
    pisane. Bo nikt nie podaje kiedy właściwie masz raka złośliwego a kiedy tylko
    gruczolaka, zapalenie prostaty itd.itp. Żadne badanie nie jest wstanie wskazać
    jakiejś prawidłowości postępowania w tym zakresie.Cały czas " na dwoje babka
    wróżyła" i to zarówno z biopsji jak i z PSA.Piszę to oczywiście w ogromnym
    skrócie ale takie jest moje odczucie. Jeżeli coś nie tak to przepraszam.
    --
    bogdan
  • 22.09.08, 15:15
    Skoro pan zadowolony ze znalezionej informacji, to świetnie, i dużo zdrowia życzę.

    Zgadzam się w całej pełni, że najgorsze piekło w tej chorobie przechodzą
    pacjenci z niejednoznacznymi wynikami, nie dającymi dostatecznej podstawy do
    jednoznacznej diagnozy w jedną albo drugą stronę, pozostawieni samym sobie i
    próbujący wyszukać informacje, co wlaściwie powinni robić dalej. Stąd między
    innymi moim zdaniem ten dosyć tłumny udzial w forach dyskusyjnych.

    Mnie piekło informacyjne zostało na szczęście oszczędzone, bo moja własna
    diagnoza przyszła szybko i byla jednoznaczna. Na tym jednak szczęście się
    zakończyło, bo diagnoza była niedobrą wiadomością: adenorcarcinoma
    (gruczolakorak), Gleason 7 (3+4), czyli złośliwy i aktywny rak. Na szczęście
    wykryty na tyle w porę, by dać mi szanse wyleczenia kosztem radykalnej
    interwencji chirurgicznej.

    Ponieważ od ponad 25 lat mieszkam tu, gdzie mieszkam, i jestem ubezpieczony tak
    jak jestem, to szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że właściwego
    specjalisty nie musiałem sam szukać, w zasadzie nigdzie nie musiałem czekać,
    zaoferowano mi kilka opcji leczenia, pouczono w drobiazgowych szczegółach o
    plusach i minusach każdego z nich. Jakość wybranego leczenia i pobytu w szpitalu
    była wysoka, wszyscy lekarze z którymi się zetknąłem wyczerpujących informacji
    na każde życzenie, albo wręcz z wlasnej inicjatywy, a pielęgniarki były
    kompetentne i pogodne.

    Jak dotąd rokowania pooperacyjne są OK, a prawdopodobieństwo całkowitego
    wyleczenia wysokie, ale nie należy owijać w bawełnę – z tym świnstwem nikt nie
    zna dnia ani godziny – niezależnie od tego, gdzie mieszka. Pozdrawiam i stale
    niskiego PSA źyczę.
  • 22.09.08, 17:35
    Chłopaki, nie straszcie!
    Napiszę, jak jest w Poznaniu.
    Chodzi o męża, lat 60, zdrowy,w dobrej kondycji, żadnych objawów urologicznych.
    Wiosna, rutynowe badanie PSA - 5,7.
    (Przed 4 laty było 2,4).
    Po miesiącu powtórka - 5,1.
    Wizyta u urologa, jak najbardziej "państwowego", badanie nie wykazało nic
    podejrzanego, jednak skierowanie na biopsję.
    Po miesiącu następne PSA -znów 5.7.
    Wizyta u dwóch innych urologów, prywatnych. Obaj potwierdzają, że w badaniu nie
    wyczuwają niczego podejrzanego, najwyżej lekki przerost. Też mówią, że biopsja
    jest konieczna.
    Po kilku dniach badanie PSA - 8.4!

    Moje pierwsze pytanie - czy samo trzykrotne badanie w krótkich odstępach czasu
    mogło wpłynąć na tak nagły wzrost markera?

    Koniec lipca - biopsja. W sierpniu wynik - carcinoma prostatae G2,
    T1c, Gleason 3+3=6.

    Moje drugie pytanie - czy carcinoma to to samo co adenocarcinoma?

    Wizyta u "państwowego" urologa.Co mówi?
    "Według mojej wiedzy i doświadczenia ma pan nowotwór ograniczony do narządu,
    wczesny, do radykalnego wyleczenia. Ale można też nic nie robić, tylko
    obserwować - ryzykowne. Ma pan wybór między operacją a radioterapią, proszę
    się zastanowić. Moim standardem jest wstępna hormonoterapia, oto recepta na
    Apo-flutam".

    Kilka dni później wizyta u urologa prywatnego. Co mówi?
    Dokładnie to samo, tyle, że on nie zaczyna od hormonoterapii.
    Pan doktor, widząc,że mąż już się w temacie orientuje (internet), po prostu
    wyznacza termin operacji na październik.
    Operacja oczywiście darmowa, "na fundusz".
    Badania wykluczające przerzuty? Nie ma potrzeby, gdy PSA jest poniżej 20.

    Pytanie trzecie - czy w tej procedurze już coś zaniedbano? Co jeszcze trzeba,
    można zrobić?

    Mąż oczekuje operacji ze stoickim spokojem, na zasadzie,że "dzień jutrzejszy
    będzie miał swoje troski".
    Ja jestem bardziej "nerwowa", w tym znaczeniu,że intensywnie szukam w internecie
    potwierdzenia, że szanse na wyleczenie są bardzo duże,
    tymczasem stale natykam się na opinię, że nic nie wiadomo.
    Boję się.
  • 22.09.08, 22:45
    W Centrum Onkologii w Krakowie robimy pełny staging każdemu pacjentowi po
    biopsji prostaty z rozpoznaniem raka, żeby określić rzeczywisty zasięg
    nowotworu, co potem przekłada się na rodzaj proponowanej terapii (operacja,
    radioterapia, brachyterapia). PSA, USG przezodbytnicze,USG jamy brzusznej / KT
    jamy brzusznej, RTG klatki piersiowej, MR miednicy, scyntygrafia kośćca - te
    badania wykonujemy wszystkim.
    Co do hormonoterapii, to włączamy ją w zależności od czynników ryzyka -
    niekoniecznie wszystkim.
  • 23.09.08, 10:40
    No właśnie cyt....robimy pełny staging każdemu pacjentowi po biopsji prostaty z
    rozpoznaniem raka...koniec cyt. Przecież po biopsji tak na prawdę to nie wiadomo
    /może się źle doczytałem/czy pacjent już ma raka czy jeszcze nie ma. Nie zawsze
    wyniki są dodatnie a rak był.Mam też pytanie do p. Doktora dlaczego tak mało
    uwagi urolodzy poświęcają stosunkowi fPSA do PSA.Jakie jest na ten temat Pana
    zdanie.Gdy zaniosłem wynik takich badań/prywatnie/ urolog stwierdził ,że to
    strata pieniędzy.O biopsji nie chciał słyszeć.Nawet nie dostałem skierowania na
    USG.W dokumentach mam zapisane ,że ojciec zmarł na raka prostaty/przez
    zaniedbanie/ ale zmarł.
    Miałem w listopadzie 2007r PSA 2.28ng/ml a fPSA O,412 ng/ml
    Stosunek fPSA/PSA =18%. Obecnie robiłem PSA wynik 2,58ng/ml
    --
    bogdan
  • 23.09.08, 13:11
    jedruch napisał:

    > W Centrum Onkologii w Krakowie robimy pełny staging każdemu
    > pacjentowi po biopsji prostaty z rozpoznaniem raka, żeby określić
    > rzeczywisty zasięg nowotworu, co potem przekłada się na rodzaj
    > proponowanej terapii (operacja, radioterapia, brachyterapia). PSA,
    > USG przezodbytnicze,USG jamy brzusznej / KT jamy brzusznej, RTG
    > klatki piersiowej, MR miednicy, scyntygrafia kośćca - te
    > badania wykonujemy wszystkim.
    >

    Bardzo ciekawe! Czy mógłby pan może napisać, panie doktorze, dlaczego robicie
    każdemu pacjentowi z dodatnią biopsją tą całą baterię badań?

    Nie ufacie jakości wykonywanej w innych ośrodkach biopsji i histopatologii i
    diagnozom na nich opartym? Czy też doświadczenie wam dyktuje, że większość
    pacjentow zglasza się ze znacznie wyźszym stopniem zaawansowania nowotworu, niż
    można by wnioskować z wyników biopsji?

    Ja u siebie dostalem od specjalisty urologa wybór pomiędzy RP, RT i
    brachyterapią bez takiej serii badań, na podstawie wyników sześciu kolejnych
    dorocznych testów PSA, z których ostatni przekrczył poziom alarmowy, fPSA/PSA i
    histopatologii materiału pobranego przy biopsji, plus obserwacji poczynionej
    przy przezodbytniczym USG wykonanym bezpośrednio przed biopsją, w ramach tego
    samego zabiegu, źe nowotwór jest dobrze widoczny na ultrasonografie, mały, o
    dobrze zdefiniowanym kształcie i ograniczony do mniej niż 25% jednego płata
    prostaty.

    Staging, czyli ocenę stopnia zaawansowania nowotworu robiono dopiero po RP, na
    podstawie histopatologii materiału z prostatektomii i PLND, czyli resekcji
    węzłów chłonnych miednicy, wykonywanej tu standardowo razem z prostatektomią.
    Ocena pooperacyjna stopnia T i Gleason score wyszła identyczna jak z biopsji:
    T2a, Gleason 7 (3+4). D tego doszło N0 M0. Razem T2a, Gleason 3+4, N0M0 G3. Na
    podstawie tej histopatologii specjalista zadecydował, że postoperacyjnej
    radioterapii nie potrzeba; zapewne miał rację, bo PSA utrzymuje mi się poniżej
    progu wykrywalności już prawie 10 miesięcy.
  • 23.09.08, 18:06
    Pooperacyjna radioterapia nie jest standardem jako takim - wskazana jest jedynie
    w przypadku nieradykalności zabiegu, tzn. kiedy w linii cięcia operacyjnego
    stwierdzany jest naciek nowotworu.

    Co do wątpliwości odnośnie konieczności wykonywania badań dodatkowych przed
    podjęciem leczenia, to można je mieć, owszem. Niemniej miałem już kilku
    pacjentów z "Gleasonem" 5 albo 6, maksymalnym PSA rzędu 6-10 ng/ml, którzy
    okazywali się wyjściowo rozsiani (węzły chłonne, czy kości).
    I wcale nie jest to kwestia wiarygodności histopatologii, tylko pewnych
    standardów przyjętych w PL. Kiedyś były zamieszczone na stronie PUO, ale chyba
    je jakis czas temu zdjęto.
    Scyntygrafię kości zrobiłbym na pewno przy Glesonach > 6 i PSA > 10, ale
    nierzadko przy pacjencie mającym podniesiony poziom fosfatazy alkalicznej i
    objawy ze strony kości.
    Mam tylko jeden problem odnośnie tego, co pan napisał. Na podstawie czego pański
    lekarz wpisał M0?
    Inna sprawa to taka, że rak gruczołu krokowego rzadko kiedy jest jednoogniskowy
    - to tak z biologicznego punktu widzenia. Miał pan szczęście w nieszczęściu.
    Nie mam niestety wiele czasu, więc na razie tyle.
    Pozdrawiam, życzę powodzenia i zdrowia.
  • 24.09.08, 13:56
    jedruch napisał:

    > Mam tylko jeden problem odnośnie tego, co pan napisał. Na podstawie czego
    pański lekarz wpisał M0?
    > Inna sprawa to taka, że rak gruczołu krokowego rzadko kiedy jest jednoogniskowy
    (...)
    > Pozdrawiam, życzę powodzenia i zdrowia.

    Dziękuję.

    Dobre ma pan oko... Ale to nie mój lekarz, tylko ja, relacjonując z pamięci a
    nie z dokumentów, przez pomyłke napisałem M0, a powinienem MX, czyli brak oceny
    przerzutów odległych, ponieważ nie zrobiono mi przedoperacyjnej scyntygrafii.

    Jeśli chodzi o standardy, to pod linkami poniżej jest cały bieżący (2007)
    standard mniej lub bardziej przyjęty poza PL: American College of Radiology,
    ACR Appropriateness Criteria (Pretreatment Staging Prostate Cancer) , gdzie
    można przeczytać dlaczego tak się stało.

    www.guideline.gov/summary/summary.aspx?ss=15&doc_id=11585&nbr=6000
    albo

    www.acr.org/SecondaryMainMenuCategories/quality_safety/app_criteria/pdf/ExpertPanelonUrologicImaging/PretreatmentStagingProstateCancerDoc12.aspx
    Według odnoszącego sie do mnie wariantu 5 tego standardu, moje przedoperacyjne
    PSA 6,0 i Gleason 3+4 nie załapują się do grupy, w której scyntygrafia jest
    robiona rutynowo - robi się ją tylko jeżeli istnieją dodatkowe wskazania.

    W grupie pacjentów obejmującej T1-T2, Gleason =7, PSA<20 i tkanka nowotworowa w
    <50% rdzeni z biopsji gruboigłowej standard zaleca scyntygrafię u pacjentow z
    PSA w górnej części przedziału, Gleasonem 4+3, oraz w zależności od objętości i
    położenia guza.

    Jak piszą autorzy standardu, u pacjentów z PSA poniżej 20 i Gleasonem poniżej
    8, badaniem scyntygraficznym wykrywa się przerzuty do kości w od 1% do 13%
    przypadków, w bezpośredniej korelacji z PSA (im wyższe PSA, tym więcej
    przerzutów się wykrywa) . Ponieważ ja jestem na dolnym końcu zakresu PSA dla
    grupy z wariantu 5, a nie miałem objawów szkieletowych, to ryzyko przeoczenia
    przerzutów do kości z powodu zaniechania scyntygrafii wynosiło dla mojej
    konkretnej sytuacji około 1%.

    To wszystko zreszta ma dla mnie sens niejako historyczny, bo się odnosi
    wyłącznie do decyzji podczas pre-treatment staging, przed prostatektomią -
    gdybym miał był niewykryte M1b, to do tej pory (10 miesięcy po RP) zapewne
    miałbym już wzrastające PSA.

    To nie moja broszka naturalnie, ale robienie w Krakowie każdemu zgłaszającemu
    sie z diagnozą CaP pacjentowi pełnego staging takiego jak pan opisał, ma swoje
    wzalety i wady. Z jednej strony oszczędza czasu lekarzy jaki musieliby poświęcić
    na indywidualne dopasowywanie badań do indywidualnych pacjentów, ale z drugiej
    strony obciąża radiologię, wydłuża czas oczekiwania na wykonanie badań oraz
    nabija koszty. Jeżeli w tych warunkach uznano, że należy w krakowskim ośrodku
    przyjąć taki a nie inny protokół diagnostyczny, to jak na moje oko, taka decyzja
    pośrednio świadczy to o tym że znaczna większość pacjentów zgłasza się do was w
    stanie mocno zaawansowanym i z kiepskim rokowaniem, czyli w sytuacjach z
    wariantów 6, 7 i 8 standardu ACR. Z czego wynika, źe standardy mogą być różne,
    zależnie od specyfiki kohorty pacjentów. Pozdrawiam z szacunkiem i dużo siły życzę.

    ----------
    Israel GM, Francis IR, Roach M III, Anscher MS, Bluth EI, Kawashima A, Lee WR,
    Merrick G, Sandler CM, Fulgham P, Expert Panel on Urologic Imaging and Radiation
    Oncology-Prostate. Pretreatment staging prostate cancer. [online publication].
    Reston (VA): American College of Radiology (ACR); 2007. 12 p. [104 references]

    Nota bene co kraj to obyczaj– ten standard jest wywieszony na widoku publicznym
    na amerykanskiej państwowej stronie www.guidelines.gov stworzonej wyłącznie po
    to, żeby publikować standardy, i żeby każdy wiedział gdzie można je wszystkie
    znaleźć w jednym miejscu...

  • 24.09.08, 15:10
    Ja osobiście poza tym co wytycza nam w pracy korzystam z www.nccn.org,
    prostatecalculator.org no i książkowych pozycji w mojej biblioteczce
    radioterapeutycznej.
    Bólem naszej praktyki w związku z pacjentami z rozpoznanym rakiem prostaty jest
    to, że często trafiają się chorzy przetrzymywani latami na hormonoterapii przez
    urologów, u których nowotwór w pewnym momencie wyrywa się spod kontroli leków i
    rośnie PSA.
    Poza tym pisząc o pańskiej dobrej sytuacji istotne znaczenie miał wygląd
    nowotworu w TRUS - dobrze widoczny, odgraniczony. Niejednokrotnie wykonując TRUS
    przed ostateczną kwalifikacją do brachyterapii spotykamy się z sytuacją, gdzie
    zmiany nowotworowej nie widać, nierzadko i MRI nie pomaga ocenić położenia guza,
    a w biopsji sekstansowej nowotwór jest np. wszędzie...
    Jak każda dziedzina wiedzy onkologia również rzadko kiedy dysponuje chorym
    "standardowym". Są pewne reguły, ale tak naprawdę standardem jest
    indywidualizowanie diagnostyki i leczenia.
  • 24.09.08, 16:09
    No to niech pan doda jeszcze do tego, doktorze, jeśli jeszcze pan ich nie używa,
    Sloan-Kettering Prostate Cancer Prediction Tools, czyli nomogramy Kattana –
    daleko bardziej szczegółowe od podanego przez pana prostatecalculator.org , w
    powszechnym użyciu tak w USA jak i u mnie w Australii.

    Memorial Sloan-Kettering Cancer Centre w Nowym Jorku to jeden z najlepszych
    szpitali onkologicznych na świecie.

    Są cztery podstawowe i trzy poboczne nomogramy Kattana, przy każdym jdest
    bibliografia i szczegółowe objaśnienie metodologii

    www.mskcc.org/mskcc/html/10088.cfm
    Pre-Treatment

    In consultation with a physician, the tool is designed to be used by patients
    who have had a biopsy of the prostate confirming the presence of cancer. This
    nomogram can be used to predict a patient’s probability of survival prior to a
    primary treatment. Primary treatments include radical prostatectomy,
    brachytherapy, or external beam radiation therapy (and do not include
    neo-adjuvant therapies, such as neo-adjuvant hormones and neo-adjuvant radiation).

    Post-Radical Prostatectomy

    In consultation with a physician, the tool can be used to predict a patient’s
    probability of survival after a radical prostatectomy –- the radical
    prostatectomy being the patient’s sole primary treatment for prostate cancer.

    Salvage Radiation Therapy

    In consultation with a physician, the tool is designed for men who have
    experienced a recurrence of their prostate cancer after receiving a
    prostatectomy. For these men, the tool predicts treatment success for salvage
    radiation therapy (SRT), calculating the probability of cancer control at six
    years after receiving SRT to treat the recurrence.

    Hormone Refractory

    The tool can be used by patients who are considering receiving hormone
    refractory treatment. This tool can be used by people who have been treated
    either with prostatectomy or radiation therapy as a primary treatment.

    Additional Tools

    PSA Doubling Time

    This tool, which tracks PSA doubling time, can be used to predict the
    probability and time to the development of metastatic disease.

    Life Expectancy

    Using inputs of current age and racial category, this tool calculates average
    life expectancy, which can then be used for comparison when considering the
    survival probabilities of the various treatment options.

    Volume

    This tool calculates prostate tumor volume.


    Natomiast ze strony
    www.mskcc.org/mskcc/html/6156.cfm
    są wejścia na podobne zestawy nomogramów używanych dla nowotworów innych narządów
    :
    Bladder Cancer www.mskcc.org/mskcc/html/73854.cfm
    Breast Cancer www.mskcc.org/mskcc/html/15938.cfm
    Colorectal Cancer www.mskcc.org/mskcc/html/83364.cfm
    Gastric Carcinoma www.mskcc.org/mskcc/html/15421.cfm
    Lung Cancer Risk Assessment www.mskcc.org/mskcc/html/12463.cfm
    Melanoma www.mskcc.org/mskcc/html/56598.cfm
    Pancreas Cancer www.mskcc.org/mskcc/html/49964.cfm
    Renal Cell Carcinoma www.mskcc.org/mskcc/html/6156.cfm
    Sarcoma www.mskcc.org/mskcc/html/6181.cfm


    Moźna także załadować sobie za darmo na wlasnego laptopa odpowiedni software -
    link Request Downloadable Software z tej samej strony
  • 24.09.08, 21:22
    Dziękuję bardzo, ale jak każde narzędzie predykcyjne należy te kalkulatory
    stosować ostrożnie. Co do SKCC w NYC to jest to szpital mający doskonały zespół
    specjalistów. Wiele zależy w onkologii od kwalifikacji do leczenia. Trzeba te
    narzędzia brać z przymrużeniem oka, ponieważ te świetne statystyki biorą się z
    "odpuszczania" pewnych chorych - to nie są wcale odpowiedniki normalnej
    populacji. Dobre statystyki wymagają odniesień do populacji średniej, tzw.
    rozkładu normalnego cechy w danej populacji, a z tego co mi mówią koledzy którzy
    w tym centrum byli na stażach, dba się tam o statystyki przede wszystkim.
    Druga sprawa: te narzędzia nie są pierwszej świeżości. Radioterapia poszła
    naprzód, techniki brachyterapii w RGK są różne (implantacje radioaktywnego
    złota, jodu, brachyterapia HDR), techniki operacyjne, dokładność chirurgów,
    dostępna diagnostyka - to wszystko sprawia, że w tej chwili takie kalkulatory
    bazujące na danych nawet sprzed 30 lat są tylko orientacyjne.
    Trzeba mieć świadomość jeszcze jednej rzeczy. TYLKO po zabiegu operacyjnym
    jesteśmy na 100% pewni, że to, co miało być stopniem T2a było stopniem T2a.
    Klasyk: mój zeszłotygodniowy pacjent - wszystko wskazywało na to, że w TRUS i
    MRI torebka gruczołu krokowego była nietknięta, a w ocenie patologa po
    prostatektomii rak przekraczał torebkę i naciekał tkankę tłuszczową oraz prawy
    pęcherzyk nasienny. Obrazek to tylko obrazek, Bogami nie jesteśmy.
  • 25.09.08, 12:35
    Ależ naturalnie, panie doktorze.

    To tylko narzędzie, raz lepsze, raz gorsze. Kalkulatorów należy używać z głową
    i zrozumieniem ich ograniczeń. W zasadzie pełną świadomość jak interpretować
    wyniki z kalkulatorów ma tylko lekarz, chociaż są one powszechnie dostępne
    pacjentom. Niemniej nawet dla pacjenta, lepsza jest ograniczona wiedza niż
    żadna, zwłaszcza w polskim kontekście, gdzie chorzy często sie żalą, między
    innymi na tym forum, że wydzieranie z gardła specjalistom informacji o własnym
    przypadku jest jak poród kleszczowy.

    Ta kolekcja kalkulatorów w SKCC, do ktorej podałem linki, to jest bardzo
    mieszany zestaw rzeczy nowych i starych, niektóre są ciężko zdezaktualizowane,
    albo są tak ogólne, że nie wykraczają poza kaliber zabawek edukacyjnych, a do
    poważnego użytku się nie nadają.

    Niemniej cztery podstawowe nomogramy Kattana do obliczania przed- i
    pooperacyjnych szans przeżywalności pacjentow z rakiem prostaty nie są
    zabawkami, i są powszechnie uważane za poważne narzędzia. Proszę przeguglować '
    Kattan nomograms' i poczytać recenzje, ktore się pokażą. Sam dr Kattan
    ostrzega, że dla wielu użytkowników konkluzje z jego nomogramów bedą
    nadoptymistyczne, ponieważ dane do ich opracowania wywodziły się ze ścisłej
    czołówki amerykańskich ośrodkow onkologicznych, w tym samego SKCC.

    Wartość nomogramów Kattana opiera się nie tylko na danych pacjentów, ale także
    na modelu statystycznym, jaki wymyślili Kattan i współpracownicy. W ten model
    wchodzi wyrafinowana metodologia analizy statystycznej problemu z wieloma
    zmiennymi, oraz metodologia standaryzacji danych z wielu poprzednio
    niekompatybilnych źródeł.

    Z SKCC można dostać za darmo (po zgłoszeniu emailem spod tego linka który
    podałem) download zawierający skonfigurowaną bazę danych chodzącą na pecetach z
    zainstalowanym programem Microsoft Access. W tą bazę danych każdy lekarz może
    wsadzić dane kliniczne swoich własnych pacjentów, albo pacjentów całego swojego
    ośrodka. Taka 'zlokalizowana' wersja nomogramu bedzie mu wtedy liczyć szanse nie
    według wyników z SKCC czy z Mayo Clinic, tylko według wyników stamtąd, skąd
    pochodzą dane. Naturalnie im większa liczba pacjentów w bazie danych, tym lepsza
    dokładność i dalszy zasięg predykcji. Na stronach SKCC, kalkulator Kattana
    umożliwia obecnie predykcję do 10 lat - dla pacjentów leczonych w dobrym
    zachodnim ośrodku. Dokładność kalkulatora na danych z innego ośrodka może być
    gorsza, bo założenia jaki poczynił zespół Kattana mogą albo pasować do
    standardów klinicznych tego ośrodka, albo nie. Jakie te założenia są, można z
    łatwością się doczytać w opublikowanych pracach Kattana dostępnych przez PubMed.

    Moje własne szanse mój specjalista, chirurg-urolog, liczył na nomogramie Kattana
    na swoim laptopie, do którego wprowadzone były dane około 2000 pacjentów, którym
    osobiście wykonał radykalne prostatektomie w ciągu kilkunastu lat.

    Zanim zaczął, uprzedził mnie bez owijania w bawełnę, metodą 'kawa na ławę', że w
    tej dyscyplinie wszystkie predykcje są statystyczne, żadne kalkulatory nie są
    pewne, i nic nie jest całkowicie wiarygodne przynajmniej do czasu, dopóki
    specjalista patolog nie zbada bez pośpiechu całości usuniętej prostaty i węzłów
    chłonnych miednicy. Podpisałem dokumenty że dobrze rozumiem, że nikt mi nie daje
    żadnej gwarancji pozytywnego wyniku oraz upoważniam chirurga do poczynania sobie
    podczas RP tak, jak mu jego profesjonalna kompetencja dyktuje - włącznie z
    ewentualną decyzją poszerzenia zakresu operacji, albo zgoła ograniczenia się do
    otwarcia i zamknięcia pacjenta, gdyby rzecz okazała się beznadziejna. Jako
    uboczny zysk z posiadania prywatnej bazy danych swoich pacjentów, mój
    specjalista był w stanie powiedzieć mi przed operacją, jaki ma konkretny
    procent konkretnych komplikacji pooperacyjnych wśrod pacjentów osobiście
    operowanych.

    Lekarz tutejszy w zasadzie nie martwi się o aktualizację prywatnej bazy danych,
    bo ma do tego ludzi. Jest rzeczą zwykłą w tutejszej praktyce prywatnej, że
    specjalista ma co najmniej jedną wysoko wykwalifikowaną sekretarkę medyczną,
    która utrzymuje w porządku dokumentację, załatwia korespondencję, wprowadza dane
    do prywatnej bazy danych doktora, robi backupy wszystkich danych, prowadzi
    księgowość, pilnuje rozkładu wizyt, dzwoni do pacjentów i przypomina im o której
    mają przyjść, decyduje kogo z dzwoniących połączyć z doktorem, a kto tylko
    zawraca d… bez potrzeby, przypomina doktorowi co ma dzisiaj zrobić, wypisuje
    według jego instrukcji zlecenia na diagnostykę i pilnuje, żeby wyniki
    przychodziły z powrotem punktualnie, oraz ogólnie zapewnia porządek w biznesie,
    tak aby lekarz mógł leczyć, a nie uganiać się za papierami albo podatkami.
    Takiej sekretarce płaci się tutaj AUD 60-90 000 rocznie (120-180 000 PLN rocznie
    brutto), z czego po podatkach zostaje jej w ręku około 75% (90-135 000 PLN
    rocznie netto). W zamian wymaga się od niej, żeby wiedziała bez słów, co ma
    robić i jak organizować dzień szefa. Kawę natomiast lekarz z reguły robi sobie
    sam, bo sekretarka jest zajęta ważniejszymi rzeczami.

    Co do dezaktualizacji kalkulatorów - proszę zauważyć, że nomogramy Kattana dla
    raka prostaty na stronach SKCC daja wybór obliczania przeżywalności według
    modelu historycznego (metody stosowane przed bodajże 2003 rokiem) albo modelu
    współczesnego (z uwzględnieniem postępów diagnostyki i terapii od 2003 roku).
    Zależnie od tego, kiedy pacjent był diagnozowany i leczony, włącza się jeden
    albo drugi model.

    Pozdrawiam.
  • 01.11.08, 11:07
    jedruch napisał:


    > Inna sprawa to taka, że rak gruczołu krokowego rzadko kiedy jest jednoogniskowy
    > - to tak z biologicznego punktu widzenia.


    Prosze o wyjasnienie powyzszego cytatu w szczegolnosci : co oznacza "rzadko
    kiedy" i jaka jest tutaj roznica pomiedzy biologicznym a praktycznym punktem
    widzenia.
    Jak duze istnieje prawdopodobienstwo powstania nowego ogniska nowotworowego i
    jakie kroki nalezy podjac w celu profilaktyki ?
    Czy chodzi tutaj o nowotwory pokrewne czy tez zupelnie rozne?
    Czy chodzi tutaj w tej wypowiedzi o inne ogniska zawarte w obrebie prostaty czy
    tez poza nia ?
    Dziekuje z gory za odpowiedz.
  • 01.11.08, 19:36
    Praktyczny punkt widzenia wynikający z biologii nowotworzenia w obrębie gruczołu
    krokowego jest taki, że póki co standardem leczenia raka prostaty jest leczenie
    obejmujące cały gruczoł, nawet jeśli w badaniach obrazowych wydaje się, że
    dobrze widać podejrzaną zmianę. Brachyterapia, radioterapia i operacja całego
    gruczołu, a nie ogniska nowotworowego, według ostatnich doniesień (27 kongres
    ESTRO w Goeteborgu we wrześniu 2008) są metodami równoważnymi, jeśli chodzi o
    przeżycia i czas bez wznowy.
    Co do profilaktyki, to badania randomizowane nie wykazały skuteczności selenu i
    witaminy E w prewencji raka prostaty.

  • 02.11.08, 14:55
    Oglądam pod mikroskopem co najmniej jedną radykalną prostatektomię na tydzień.
    Tego typu materiały bada się u nas w całości, tzn mam możliwość przejrzenia
    kilku kompletnych przekrojów przez cały gruczoł na bardzo dużych szkiełkach.

    Nie robiłem jakichś statystyk podsumowujących ten materiał, ale jedno-ogniskowy
    rak jest niezwykle rzadki (nawet, jeśli tak wydawałoby się z biopsji) i w
    zdecydowanej większości prostatektomii ogniska raka obecne są w obydwu płatach,
    nierzadko bardzo odległe od siebie. Czy są to mnogie ogniska pierwotne, czy
    licho szerzy się jakoś w obrębie gruczołu, do końca nie wiem.

    Japończycy opublikowali ostatnio pracę, wg której byłyby to jednak niezależne
    ogniska pierwotne [Prostate, 2008;68:1715].
  • 24.09.08, 20:04
    Bardzo przepraszam ,że zakłócam tą ciekawą dyskusję ale jakby Pan był uprzejmy
    odpowiedzieć mi na wcześniej już zadane pytanie to bym był bardzo wdzięczny.
    Dlaczego tak mało
    uwagi urolodzy poświęcają stosunkowi fPSA do PSA.Jakie jest na ten temat Pana
    zdanie.Gdy zaniosłem wynik takich badań/prywatnie/ urolog stwierdził ,że to
    strata pieniędzy.O biopsji nie chciał słyszeć.Nawet nie dostałem skierowania na
    USG.W dokumentach mam zapisane ,że ojciec zmarł na raka prostaty/przez
    zaniedbanie/ ale zmarł.
    Miałem w listopadzie 2007r PSA 2.28ng/ml a fPSA O,412 ng/ml
    Stosunek fPSA/PSA =18%. Obecnie robiłem PSA wynik 2,58ng/ml

  • 26.09.08, 23:42
    Chcialbym tutaj poruszyc sprawe powszechnego wstepnego badania urologicznego
    pacjentow "per rectum" .
    Otoz w moim przypadku opisanym powyzej jak rowniez u "kangura2007" to badanie
    bylo negatywne pomimo obecnosci zlosliwego raka prostaty. Sprawe celowosci i
    wiarygodnosci tego badania przedyskutowalem z moim urologiem po operacji. Otoz
    stwierdzil on , ze rowniez po operacji wycieta prostata byla miekka i elastyczna
    i nie dawala jakichkolwiek podejrzen w tym zakresie do obecnosci nowotworu.
    Nowotwor opanowal juz jednak 15 % prostaty.
    W rezultacie doszlismy do wniosku , ze badanie "per rectum" daje dopiero wtedy
    pozytywne reultaty kiedy na wyleczenie jest juz za pozno i w gre wchodzi tylko
    wydluzenie zycia pacjenta.
    Tak wiec stwierdzenie lekarza "wszystko w porzadku" po przeprowadzonym badaniu
    "per rectum" jest nieprawdziwe i niepelne.

    Jedynym wczesnym wykrywaczem jest badanie krwi , badanie PSA .
    To badanie nie zawsze wskazuje na obecnosc nowotworu prostaty ale pozwala na
    identyfikacje przyczyn jego podwyzszonej wartosci i analize mozliwosci leczenia.
    Biopsja jest statystyczna metoda stwierdzenia obecnosci nowotworu ,im wiecej
    probek tym wieksza jest mozliwosc wykrycia.Sa jednak znane przypadki , ze nawet
    powtorna biopsja (2x6 + 2x6) byla negatywna pomimo udowodnionej pozniej
    obecnosci nowotworu.

    Tak wiec rowniez tutaj zawarty jest duzy margines bledu.

    W Niemczech po stwierdzeniu pozytywnych wynikow biopsji pacjent poddany zostaje
    calemu szeregowi badan majacych za cel dokladne okreslenie zakresu agresji
    nowotworu i przedstawienie pacjentowi do wyboru wariantow leczenia.
    To dobrze , ze rowniez w Krakowie istnieja podobne mozliwosci.
    Mam nadzieje , ze Krakow nie jest wyjatkiem w Polsce.

    Zycze "kangurowi2007" powrotu do zdrowia i zawsze negatywnych wartosci PSA.
  • 22.10.08, 09:22
    Australijski rok podatkowy kończy się 30 czerwca, a zeznanie podatkowe trzeba
    złożyć do końca października, więc jak co roku zabieram się do tego z głęboką
    niechecią, jak pies do jeża. Dokonany przy tej okazji przegląd dokumentów z
    instytucji ubezpieczeniowych, jakie przysłano mi po zakończeniu roku podatkowego
    2007/08, w którym wyrżnięto mi prostatę, wykazuje niezbicie , że leczenie mojego
    wcześnie zdiagnozowanego i mało skomplikowanego przypadku raka prostaty, liczone
    ze wszystkim (diagnostyka, patologia, konsultacje u specjalisty, hospitalizacja,
    chirurgia, anestezjologia, opieka pooperacyjna etc.) zamknęło się dotychczas
    sumą A$ 27 000, czyli około 54 tysięcy polskich złotych, czyli trochę więcej,
    niż mi się oprzednio wydawało. Z czego na mnie przypadło do zapłacenia około 15
    000 zł a resztę (ca. 39 000 PLN) pokryły bez słowa ubezpieczenia. To znaczy,
    australijskie powszechne ubezpieczenie państwowe Medicare (ekwiwalent NFZ) za
    które płacę 1.5% od rocznego dochodu, plus ubezpieczenie prywatne, za które
    płacę dodatkowo ekwiwalent ok. 6000 PLN rocznie za całą rodzinę. Gdybym nie miał
    ubezpieczenia prywatnego, wyniki kliniczne mogłyby być daleko gorsze. Aha,
    zapomniałem dodać jeszcze koszta Cialis (tadalafil) po A$ 20 (40 zł) za
    tabletkę, dwa razy w tygodniu, od prawie roku. Cialis nie jest u nas
    refundowany, a po radykalnej prostatektomii trzeba go brać w interesie
    długoterminowej rehabilitacji wiadomego narządu, bez względu na to, czy się go w
    miedzyczasie używa, czy nie. Na razie zjadłem Cialis za jakieś 3500 PLN, z
    częściowym tylko sukcesem, i muszę brać go dalej.... Ten kosztorys polecam
    wszystkim, którym sie wydaje, że służba zdrowia może być jednocześnie dobra i
    tania.
  • 22.10.08, 11:03
    Kangurku ;-)
    Po pierwsze pozdrawiam z kraju i dziękuję za to iż dzielisz się z
    nami swoją historią i przemyśleniami. Sa na prawdę bardzo, bardzo
    cenne ;-) I przy okazji czyta się je tzw. jednym tchem.
    Proszę - nie potraktuj mojego postu jako wścibskość,ale ja nie znam
    realiów australijskich ... i brakuje mi danych np. o średnich
    zarobkach w Australii. O tym ile trzeba wydać na np. utrzymanie
    domu, jedzenie, edukację dzieci czy tzw. przyjemności (patrz
    basen,kino etc.) . Jak te 6 000 dodatkowego ubezpieczenie ma się do
    budżetu rodzinnego - na ile go obciąża. Dla mnie np. roczna stawka
    6000 (nawet na całą 4 osobową rodzinę) to nie jest tak mało ;-( przy
    moim 2500 netto miesięcznie (a podobno mam śrenią krajową ;-o) .
    Chodzi mi o to na ile to ubezpieczenie obciąża przeciętną
    australijską rodzinę. Kto może na taka opiekę sobie u Was pozwolić
    (obawiam się,że nie wszyscy ... ) i z czego ewentualnie musieliście
    zrezygnować (np. wakacje w USA - tak tylko strzelam) aby opłacic to
    ubezpieczenie.
    Pozdro
    jedna ciekawska baba ;-)
  • 23.10.08, 14:25

    Proszę wybaczyć, ale to jest forum zasadniczo onkologiczne, i wydaje mi sie
    trochę niestosownym zaczynać tutaj klasyczną podróżniczo-emigracyjną dyskusję na
    temat co jest w Australii droższe, a co tańsze niż w Polsce.

    Tutaj jest forum Polakow mieszkajacych w Australii albo wybierających się tam na
    emigrację gdzie są cale stosy dyskusji na takie tematy
    forum.australink.pl/forum/ i tam się można dowiedzieć wszystkiego o
    Australii, co cię ciekawi. Średnia płaca australijska wynosi w tej chwili około
    A$ 60 000 rocznie brutto, 45-48 000 netto.
  • 26.10.08, 14:26
    kangur2007 napisał:

    Aha,
    > zapomniałem dodać jeszcze koszta Cialis (tadalafil) po A$ 20 (40 zł) za
    > tabletkę, dwa razy w tygodniu, od prawie roku. Cialis nie jest u nas
    > refundowany, a po radykalnej prostatektomii trzeba go brać w interesie
    > długoterminowej rehabilitacji wiadomego narządu, bez względu na to, czy się go
    > w
    > miedzyczasie używa, czy nie. Na razie zjadłem Cialis za jakieś 3500 PLN, z
    > częściowym tylko sukcesem, i muszę brać go dalej....

    Witam kangur2007,

    od mojej operacji RPE prostaty minelo wlasnie 3 miesiace i czas na krotkie podsumowanie :
    - PSA ponizej granicy wykrywalnosci tj ponizej 0,01 nanogramow na mililtr krwi.
    - calkowita kontrola oddawania moczu , brak jakichkolwiek problemow
    - erekcja , w poczatkowym stadium tylko w czasie snu ale ostatnio juz calkowicie normalnie
    medykamenty:
    - Sildenafil (Viagra) co jeden - dwa dni 50 g
    wiek 61 lat , operacyjne zachowanie tylko jednej lewej wiazki nerwowej
    prostaty.
    Jak na razie jestem bardzo zadowolony z podjecia decyzji operacji we wczesnym stadium wykrycia raka prostaty.

    Jak widze uplynal juz rok od dnia podobnej operacji u Ciebie.
    Wyniki stosowania Cialis nie wygladaja jednak zachecajaco pomimo tego ,
    ze zostaly zachowane u Ciebie obydwie wiazki nerwowe i roznica wieku pomiedzy nami tez powinna dzialac na Twoja korzysc.

    W Niemczech jest znany tzw Kieler Modell ( od Kliniki w Kiel) tzn natychmiastowe masowe pooperacyjne i dlugoterminowe stosowanie Cialis albo Viagry.Chodzi o to zeby jak najszybciej organ powrocil do pelnych funkcji tzn zeby zapobiec atrofii cial jamistych i pobudzic nerwy do regenaracji po operacji.
    Do takiej atrofii (zaniku)dochodzi przy dlugim braku erekcji tzn przy braku zasilania cial jamistych przez bogata w tlen krew.
    Jest to wlasciwa przyczyna tzw "zmniejszenia wymiarow" organu.
    Wielu pacjetow twierdzi jednak blednie , ze powodem jest wyciecie prostaty wraz z odcinkiem cewki moczowej.
    Odcinek cewki moczowej zostaje wprawdzie podczas operacji skrocony o wielkosc prostaty jednak dzieki swojej elastycznosci zostaje podlaczony bez problemow do pecherza moczowego i nie skraca zewnetrznych organow.

    A wiec za wszelka cene potrzebny jest "trening" .

    Mysle , ze stosujesz Cialis zbyt rzadko , ale warto to skonsultowac z lekarzem.
    Tutaj w Niemczech tez uwaza sie , ze problemy z erekcja (tzn regeneracja wiazki nerwowej) powinny ustapic po 6 - 12 miesiacach.Przy dobrym zachowaniu obydwu wiazek powinno to nastapic jeszcze szybciej.
    Rowniez w Niemczech ceny omawianych medykamentow nie sa refundowane przez kase chorych i pacjent musi je sam pokrywac.
    Wydatki te mozna jednak znacznie zmniejszyc dzieki stosowaniu generica i zamawianiu wiekszej ilosci medykamentu.Generica sa identyczne co do skladu chemicznego oryginalu.
    Z wlasnego doswiadczenia moge tylko polecic kupno z dobrych zrodel.
    Pozdrawiam serdecznie

  • 03.11.08, 12:30
    turpin napisał:

    > Oglądam pod mikroskopem co najmniej jedną radykalną prostatektomię na tydzień.

    Tak z ciekawości: jak wygląda taki nowotwór, tzn. czy można go zauważyć gołym fachowym okiem, czy potrzebne jest specjalne preparowanie, wybarwianie, oglądanie w dużym powiększeniu?
    Czy usunięta prostata jest cała, czy to są ścinki?
    Czy nie zdarzają się pomyłki, tzn.preparat X przypisze się Y?

    Mamy wyniki badania pooperacyjnego:
    Pobrano:
    I. węzły zasłonowe prawe;
    II. węzły zasłonowe lewe:
    III. prostata.

    Rozpoznanie:
    I i II zmian nowotworowych nie stwierdzono.
    III. Adenocarcinoma prostatae (Gleason 3+4=7; pT2b.

    Opis: Obecne liczne ogniska high grade PIN.
    Pęcherzyki nasienne bez zmian nowotworowych.

    Nic tu nie ma o marginesach chirurgicznych. Czy sam fakt,że jest to pT2b oznacza,że marginesy były ujemne?

    W sieci znajduję różne określenia nowotworu pT2b.
    Albo że nowotwór zajmuje więcej, niż połowę jednego płatu,
    albo że zajmuje oba płaty.
    Jaka nomenklatura obowiązuje w Polsce?
  • 18.11.08, 10:53
    No więc, panie doktorze, bez obrazy i z czystej ciekawości - jak to w końcu jest
    z tą praktyką niekierowania pacjentów w Polsce na badania mające potwierdzić
    lub wykluczyć przerzuty odległe raka prostaty, oraz z kompetencją urologow?
    Wywołał pan u mnie pewien dysonans poznawczy – patrz niżej.

    Na samym dole tego zestawu cytatów są jeszcze dwa przypadki z innego forum,
    gdzie chorym z wysokim PSA (48 w jednym przypadku, 22 w drugim) w ogóle nie
    wykonano badań zmierzających do wykrycia zasięgu nowotworu, a od razu
    zastosowano blokadę androgenową.

    Już pisalem, że zaniechanie leczenia nie rokującego nadziei na poprawę, to jest
    jedna rzecz, a zaniechanie badań pozwalających określić optymalną terapię, to
    druga...

    Pozdrawiam

    Re: Prostata australijska - p. tyrtum
    jedruch 22.09.08, 22:45 Odpowiedz
    W Centrum Onkologii w Krakowie robimy pełny staging każdemu pacjentowi po
    biopsji prostaty z rozpoznaniem raka, żeby określić rzeczywisty zasięg
    nowotworu, co potem przekłada się na rodzaj proponowanej terapii (operacja,
    radioterapia, brachyterapia). PSA, USG przezodbytnicze,USG jamy brzusznej / KT
    jamy brzusznej, RTG klatki piersiowej, MR miednicy, scyntygrafia kośćca - te
    badania wykonujemy wszystkim.
    Co do hormonoterapii, to włączamy ją w zależności od czynników ryzyka -
    niekoniecznie wszystkim.
    ======================
    Re: Zaniechanie dalszego leczenia a zaniechanie b
    jedruch 17.11.08, 19:15 Odpowiedz
    Owszem, ma pan trochę racji, ale przy PSA >75ng/ml ryzyko rozsiewu jest bliskie
    80%, przy PSA trzycyfrowym jest niemal pewne. Kwestia pozostaje tylko czy
    nowotwór jest w węzłach, czy w kościach (inne narządy w zasadzie są rzadko
    zajęte). Zatem nie ma potrzeby robić pełnego profilu badań, wystarczy
    scyntygrafia i KT miednicy.
    Robienie większej ilości badań to tylko zapychanie i tak ubogiej w możliwości
    radiologii i w pewnym sensie odcinanie dostępu do wczesnej diagnostyki tym,
    którzy mają szansę na wyleczenie.
    Moja konkluzja: jeśli spodziewam się, że pacjenta nie czeka radykalne leczenie
    tylko paliatywne, robię konieczne minimum badań, które potwierdzi moje
    podejrzenia. Czyli de facto w takim przypadku raka prostaty zrezygnowałbym z MRI
    na rzecz TRUS.
    ======================
    PS - dr jedruch - standard
    jedruch 24.09.08, 15:10 Odpowiedz
    (...)
    Bólem naszej praktyki w związku z pacjentami z rozpoznanym rakiem prostaty jest
    to, że często trafiają się chorzy przetrzymywani latami na hormonoterapii przez
    urologów, u których nowotwór w pewnym momencie wyrywa się spod kontroli leków i
    rośnie PSA.(...)

    ======================
    www.rak-prostaty.pl/forum/viewtopic.php?id=48dorota3
    Użytkownik

    Zarejestrowany: 2008-10-30
    Posty: 4
    czy dobry tor leczenia?
    Witam.
U mojego taty wykryto raka prostaty, PSA wynosi 48, wycinki potwierdziły
    raka, lekarz na razie podał 3 zastrzyki ?lucrin? w odstępach miesięcznych,
    następnie mamy zrobić wynik PSA, chciałabym się zapytać czy taki tryb leczenia
    jest odpowiedni, czy jednak można zrobić coś wiecej aby zahamować rozwój choroby.
    ======================
    sylwia1194
    Użytkownik

    Zarejestrowany: 2008-11-04
    Posty: 6
    Re: czy dobry tor leczenia?
    Poczytałam sobie troche i postanowiłam sie zarejestrowac. Mam podobna sytuacje
    jak Dorota. Ojciec ma PSA21,98. wynik biopsji T2 gleason 2+3=5. "CUDOWNY"
    lekarz urolog kazał przyjechac za dwa tygodnie na jakis zastrzyk. a poza tym
    powiedzial ze moze zrobia operacje. ztym ze ojciec ma 74 lata wiec nie wiem czy
    da rade.
    ======================

  • 18.11.08, 13:34
    Witam ponownie!Mój tato na samym początku ,(lipiec 2007)miał PSA =112...Poza USG i badaniem krwi nie miał zleconych żadnych innych badań.W ubiegłym miesiącu lekarz powiedział tacie ,że nie ma się martwić,nie ma żadnych przerzutów......................
    czarno to widzę.......Pozdrawiam wszystkich walczących!
  • 18.11.08, 18:33
    Dysonanse poznawcze są nie tylko w medycynie. W polityce zdecydowanie są
    częstsze (vide każda bez wyjątku opcja), i wbrew pozorom, bardziej wpływają na
    życie ludzi (grup) niż lekarskie.

    Podpisuję się wszystkimi czterema kończynami pod stwierdzeniem: "zaniechanie
    leczenia nie rokującego nadziei na poprawę, to jest jedna rzecz, a zaniechanie
    badań pozwalających określić optymalną terapię, to druga". TO SĄ ZUPEŁNIE INNE
    RZECZY!

    Prawidłowe postępowanie w nowotworach to:
    1) Profilaktyka
    2) Badania przesiewowe w grupach ryzyka
    3) Przy podejrzanych objawach możliwie szybkie rozpoznanie - TYLKO mikroskopowe
    4) Staging (określenie zaawansowania w możliwie najkrótszym czasie - to kuleje,
    z różnych przyczyn: np. gdyby pacjent palący papierosy zrezygnował na miesiąc z
    fajek /przy założeniu 20 szt. dziennie/, kupiłby sobie prywatnie KT mózgu,
    klatki piersiowej i brzucha - i mamy w zasadzie najważniejsze badania stagingowe
    w raku płuca, ale naszych pacjentów nie stać na takie drogie badania, więc
    czekają u nas 1,5 miesiąca bo mają prawo mieć badanie za darmo)
    5) Wdrożenie terapii i przeprowadzenie jej w możliwie najkrótszym czasie -
    akurat w raku prostaty to nie jest do końca prawda, bo bywa, że dość długo
    ciągnie się hormonoterapię.

    I tyle na tę chwilę.
  • 19.11.08, 21:49
    Czytam to wszystko i czytam i raz mnie rozpacz ogarnia , raz chce mi się płakać
    to znowu śmiać.Myślę, skąd faceci mają takie wysokie PSA,20 ,50,100 ng/ml mało
    ,2000ng/ml.Dlaczego mężczyzna nie robi podstawowych badań.Kobiety zresztą też.
    Idzie chłopina najczęściej do lekarza ,jak już się wysikać nie może.Ale jak
    chodzi wcześnie /tak jak ja / to też nie wiadomo po co i dla czego.PSA 1,25 po
    roku 1,75 po dwóch latach 2,28 a po trzech miesiącach 2,58 a lekarka urolog w
    poradni Centrum Onkologicznego , zdziwiona pyta o co chodzi. Przecież w nocy
    wstaje pan tylko raz,kłopotów z oddawaniem moczu pan nie ma. Dodaje z uśmiechem
    ,trzeba było w młodości więcej bzykać to by teraz przerostu nie było, he,he,he.
    No i co ja mam Panu przepisać.Co tam Pan ostatnio brał, a Sterko, to może dam
    Panu jeszcze Permikson na trzy miesiące. Jak by co to proszę za pół roku , czy
    kiedy indziej. Przecież wszystko jest w normie.No tak, ale w takim tempie
    przyrostu to lada chwila ja też będę miał PSA 7 czy 10 ng/ml i w tedy inny
    lekarz urolog powie a gdzieś Ty człowieku się leczył. Trzeba było iść do doktora
    a nie chodzić po znachorach.Tak tak Panie Doktorze, to moja wina. Za mało
    bzykałem w młodości wypełniając pokutę ze spowiedzi.He,he,he.
    --
    bogdan
  • 21.11.08, 01:26
    tyrtum napisała:


    lekarka urolog w
    > poradni Centrum Onkologicznego , zdziwiona pyta o co chodzi. Dodaje z uśmiechem
    > ,trzeba było w młodości więcej bzykać to by teraz przerostu nie było, he,he,he.


    Zapewne lekarka tylko ironicznie i nie na miejscu zartowala.
    Statystyki zachorowan na raka prostaty w grupie mezczyzn zyjacych w celibacie (np. ksieza) nie odbiegaja od grupy pozostalych mezczyzn.
    Ta lekarka powinna poczytac sobie troche fachowej literatury i dopiero potem robic glupie zarty.
    Pozdrawiam
  • 21.11.08, 21:33
    Z tym "bzykaniem" (w końcu jesteśmy dorośli) jednak coś się wiąże? Dokładnie nie
    przytoczę, ale około dwa lata temu w Termedii czytałem amerykańskie opracowanie
    naukowe, w którym udowodniono statystycznie, że czynne życie seksualne ma
    pozytywny wpływ na przyszłe rokowanie gruczołu prostaty.
  • 22.11.08, 01:15
    Amerykanscy i niemieccy naukowcy po wieloletnich badaniach sa przekonani, ze to zbyt duza nadwaga
    (duzy brzuch) a konkretnie niekorzystny stosunek talii do obwodu brzucha jest u mezczyzn powodem raka prostaty.
    Chodzi tutaj prawdopodobnie o niekorzystny wplyw nadmiaru tluszczu na gospodarke hormonalna mezczyzny.
    Zrodla : Heiner Boeing und Tobias Pischon (Cancer Epidemiology Biomarkers & Prevention 17 [2008] 3252-3261).
    cebp.aacrjournals.org/cgi/content/abstract/17/11/3252
    www.aerztlichepraxis.de/artikel_urologie_onkologieuro_prostatakrebs_122701632061.htm
  • 22.11.08, 08:53
    Niezupełnie.
    Połowa moich pacjentów nie spełnia kryteriów podanych przez autorów artykułu.
  • 22.11.08, 02:38
    Z ostatniej chwili :

    SUKCES NOWEJ TERAPI GENETYCZNEJ W LECZENIU RAKA PROSTATY
    JEST SZANSA NA CALKOWITE WYLECZENIE RAKA PROSTATY !!!
    Rom (pte/27.10.2008/06:10) Enrico Garaci ISS
    Wloscy uczeni odkryli przyczyne powstatwania raka zlosliwego prostaty :
    jest nia brak niewielkiego fragmentu chromosomu DNA13

    Zrodla:
    Superiore di Sanità
    www.iss.it in Rom, des Ospedale San Giovanni Bosco
    www.aslto4.it in Turin and Istituto Oncologico del Mediteraneo
    www.salutesicilia.it in Catania
    www.pressetext.at/pte.mc?pte=081027004

    Naukowcy udzielili rowniez odpowiedzi dlaczego rak jest odporny na leczenie roznymi metodami i dlaczego jest zlosliwy czyli agresywny.
    Na podstawie wielu prob gemetycznych stwierdzono ze tajemnica lezala w genach microRNA 15a
    i microRNA 16.
    Geny te posiadaja umiejetnosc zahamowania raka zlosliwego.
    Leczenie polegac by mialo na aplikacji microRNA.

    Od tej chwili jest mozliwe szybkie rozpoznanie zlosliwego raka prostaty i jego skuteczne leczenie !
    Metoda zostala juz sprawdzona na organizmach zwierzecych.
    Do zastosowania klinicznego uplynie zapewne jeszcze troche czasu.
    Smiertelnosc chorych na raka prostaty nalezy do najwyzszej po chorych na raka pluc.
    Miejmy nadzieje , ze uda sie przy pomocy nowej metody pomoc w krotkim czasie wszystkim chorym.
  • 25.11.08, 09:55
    surnet, przeszukanie literatury przedmiotu potwierdza wprawdzie, że dr Enrico
    Garaci z włoskiego rządowego instytutu badawczego Istituto Superiore di Sanità
    istotnie nad tymi rzeczami pracuje, ale niestety ta austriacka agencja prasowa
    mocno sensacjonalizuje doniesienia jego zespołu. To nas razie badania
    podstawowe, na razie in vitro i na myszach, minie wiele lat, zanim się okaże,
    czy coś pożytecznego dla ludzi z tego będzie.
  • 25.11.08, 22:16
    Z natury rzeczy jestem niepoprawnym optymista (znak Zodiaku Baran).W tym konkretnym przypadku mam nadzieje , ze przelom w leczeniu raka prostaty nastapi juz nie dlugo.W duchu tego przelomu odbyl sie niedawno kongres American Society of Clinical Oncology (ASCO) 2008 w Chicago.
    Terapia genetyczna raka prostataty jest rowniez intensywnie badana w Niemczech.
    To nie sa tylko osiagniecia wloskich naukowcow ale tez austriakow , amerykanow i innych.
    Na badania sa przeznaczone bardzo duze pieniadze.
    Gdybym byl sceptykiem i realista to nigdy bym nie pomyslal ze np. Phosphodiesterase-5 (PDE-5) sildenafil (viagra) zrewolucjonizuje w tak krotkim czasie medycyne.

    Dzieki wiekszej swiadomosci pacjentow w Niemczech i czestszego przeprowadzania badania PSA zostaje stwierdzonych coraz wiecej przypadkow zachorowan na raka prostaty.Oznacza to smierc wielu chorych albo bardzo kosztowne leczenia.Podobnie jest w innych krajach.
    Tak wiec czas pracuje na korzysc chorych poniewaz nacisk na sukces w leczeniu jest ogromny.
    Przypomne tylko , ze takiego nacisku nie mielismy w przypadku ED (Viagra)

    Zrodlo :
    www.clinicum.at/dynasite.cfm?dssid=4171&dsmid=95353&dspaid=730460
    Dziekuje kangur2007 za potwierdzenie mojej informacji o tym , ze rzeczywiscie wloscy naukowcy prowadza takie badania.
    Potwierdzenie to nie wnosi jednak nic nowego do sprawy.
    O koniecznosci badan klinicznych przeciez pisalem.
    Niestety nie wiem w jakim stopniu austriacka agencja prasowa sensacjonalizuje doniesienia o badaniach tych naukowcow.Nie posiadam takiej wiedzy i pozostawiam to dla lepiej wiedzacych.
    Ja po prostu przekazuje forumowiczom do wlasnej oceny zrodla i fakty dostepne na roznych plaszczyznach w temacie nowotworu prostaty.
    Nie oczekuje od nikogo na kazdorazowe potwierdzanie moich informacji.
  • 12.12.08, 22:54
    W styczniowym numerze International Health of Cancer znajduje sie doniesienie o dalszym postepie genetycznego rozpoznania ryzyka i rodzaju nowotworu prostaty na podstawie analizy DNS w serum prostaty.
    Pracami nad tym tematem kierowal Dr. Ellinger z Universitäts-Klinik Bonn w Niemczech ze swoim zespolem
    Zrodla :
    www.uro.de/live/navigation/live.php?navigation_id=221&article_id=232843&_psmand=4
    International Journal of Cancer 2008;122:138-143
  • 15.12.08, 19:58
    Surnet a nie masz linka w języku angielskim.
  • 16.12.08, 01:33
    trytum napisał:

    > Surnet a nie masz linka w języku angielskim.

    Jak podalem w jezyku angielskim to : International Journal of Cancer 2008;122:138-143 wystarczy troche poszukac w GOOGLE.
    Dla przyblizenia tematu podaje skrotowe tlumaczenie artykulu z jezyka niemieckiego :

    Fragmenty DNS prawdopodobnie prognozuja nowotwor prostaty.

    Analiza i rozpoznanie tylko krotkiego fragmentu DNS w serum pacjenta pozwala okreslic charakter nowotworu : zlosliwy czy tez tylko powiekszenie czy tez tylko standartowa kontrola prostaty.
    Stwierdzenie to pochodzi od Dr.Jörga Ellingera z Uni Klinik Bonn.
    Dr.Ellinger oraz koledzy przebadali 168 pacjentow z nowotworm prostaty , 5 z nowa diagnoza i 42 z BPH benigner Prostatahyperplasie oraz 11 przypadkow zdrowej prostaty.
    U pacjentow ze zlosliwym nowotworem stwierdzono wyraznie podwyzszona srednia koncentracje PTS2 Fragmentow 70,2 ng/ml niz w grupie BPH 10,5 ng/ml natomiast w grupie zdrowej 7,1 ng/ml.Apoptose Index (AI) byl rowniez w przypadku zlosliwego nowotworu znacznie podwyzszony.
    Koncentracja fragmentu PTGS2 pozwala odroznic obydwa rodzaje nowotworu z dokladnoscia do 88%.
    AI wynosil odpowiednio 70 i 62%.
    W rezultacie stwierdzono ze fragmenty DNS stanowic beda cenny material do dokladnej diagnozy i prognostyki nowotworow prostaty.

  • 16.12.08, 02:11
    Podaje statystyke nowych zachorowan na raka prostaty w krajach EU
    ( w tym Polska) i smiertelnosci na 100.000 mezczyzn.

    Prostatakarzinom (Inzidenz)
    altersstandardisierte Rate

    Lettland 19,8
    Polen 24,1
    Griechenland 26,2
    Slowakei 30,5
    Slowenien 30,9
    Litauen 32,3
    Ungarn 34,0
    Spanien 35,9
    Estland 36,3
    Tschechien 38,1
    Malta 38,2
    Dänemark 39,3
    Italien 40,5
    Portugal 46,8
    Großbritannien 52,2
    Irland 56,3
    Niederlande 56,7
    Luxemburg 57,2
    Frankreich 59,2
    Deutschland 60,5
    Österreich 71,4
    Belgien 74,1
    Finnland 84,4
    Schweden 90,9

    Altersgruppe Inzidenz Mortalität
    0 – 14 Jahre 0,0 0,0
    15 – 34 Jahre 0,0 0,0
    35 – 39 Jahre 0,0 0,1
    40 – 44 Jahre 0,0 0,1
    45 – 49 Jahre 12,3 0,9
    50 – 54 Jahre 52,0 4,0
    55 – 59 Jahre 153,0 12,5
    60 – 64 Jahre 316,5 28,6
    65 – 69 Jahre 427,0 58,8
    70 – 74 Jahre 634,8 125,4
    75 – 79 Jahre 727,1 214,6
    80 – 84 Jahre 842,5 401,0
    85 + Jahre 992,3 739,7

    Nasuwaja sie podstawowe pytania :

    z jakich powodow w Polsce jest najmniej stwierdzonych nowych przypadkow zachorowan na nowotwor prostaty u mezczyzn a w innych zachodnich krajach znacznie (kilkakrotnie !!!) wiecej ?
    Gdzie lezy przyczyna ?
    Czy rzeczywiscie Polacy choruja najrzadziej na prostate w porownaniu do innych krajow Europy ?
    Czy Polske mozna porownac pod tym wzgledem do Azji gdzie rowniez jest bardzo malo przypadkow tych zachorowan ?
    Czy kraje "najbiedniejsze" posiadaja recepte na ochrone przed ta choroba ?


    zrodlo :
    www.rki.de/cln_100/nn_199850/...tata_daten.pdf

    Jak wygladaja statystki zachorowan w innych krajach swiata : Australia , USA itd ?
    Prosze o podanie zrodel.
  • 25.11.08, 10:04
    W rok i trzy tygodnie po radykalnej prostatektomii PSA jest nadal poniżej progu
    wykrywalności (czułość analityczna 0,04).

    Doktor oznajmił, że jakkolwiek dalej muszę regularnie badać PSA, teraz co 6
    miesięcy przez następne cztery lata, to jest bez sensu, żebym za każdym razem
    płacił mu AUD100 (rownowartość PLN 210] za przeczytanie mi głośno wyniku PSA i
    pięć minut rozmowy, więc teraz mam tylko robić PSA co sześć miesięcy.
    Laboratorium będzie przesyłać wyniki bezpośrednio specjaliście, a po
    każdorazowym otrzymaniu wyników z laboratorium jego sekretarka będzie do mnie
    dzwonić z informacją, czy wszystko w porządku.

    W sprawie potencji, uśmiechnął się pan doktor - pańskie powracające od niedawna
    spontaniczne wzwody poranne rokują jak najlepiej dla całkowitego jej odzyskania
    z czasem, więc cierpliwości proszę, dalej łykać Cialis dwa razy w tygodniu, no i
    "practice, practice, practice" (ćwicz pan, ćwicz pan, ćwicz pan). Zaraz więc
    powtórfzylem żonie, że mamy teraz w tej sprawie wyraźne zalecenie lekarskie.
  • 15.12.08, 20:09
    Mam do Ciebie prośbę o może bardziej dogłębne skomentowanie tego załączonego
    linka.Lub podanie nowszych materiałów na poruszany w nim temat.Jak daleko
    posunęły się badania w zakresie rozpoznawalności raka z ejakulatu i moczu.Tak w
    ogóle to byłem w poprzednim wcieleniu Tyrtum ale się przez pomyłkę skasowałem.
    Pozdrawiam
  • 24.12.08, 11:50
    Ponawiam zapytanie. Halo,halo co się dzieje?
  • 24.12.08, 15:28
    Po prostu nie mam nic do powiedzenia. Nie szukałem po sieci jaki
    jest postęp w tych nowych metodach diagnostycznych raka prostaty, bo
    to jest w tym momemcie bez znaczenia dla mojej wlasnej diagnozy,
    która została postawiona ponad rok temu. A że genetyka to zupełnie
    nie moja dziedzina, więc nie wgłębiałem się w to specjalnie.

    Poszukaj w Google pod 'Progensa' albo wejdź na www.pca3.org/
    w sprawie jednego z takich nowych testów, o którym większość
    autorytetów nie ma jeszcze wyrobionego zdania, bo jest na to za
    nowy.

    Pozdrawiam
  • 13.01.09, 10:05
    Nawiązując do ostatniej informacji, gratuluję Ci Kangur aktualnego stanu zdrowia
    po zabiegu. Myślę, a raczej jestem pewien, że masz dobre rokowania. Tego Ci
    życzę w 2009 i następnych latach.
    U mnie od sierpnia do grudnia 2008 PSA spadło z 2,9 ng/ml do 2,5 ng/ml, zaś
    wskaźnik PSA (fPSA/PSA) nieco ruszył do góry z 11,6 na 11,8 %, a PSA wolny
    (fPSA/PSA) zmienił się z 0,33 na 0,30 ng/ml, czyli biorąc pod uwagę margines
    ewentualnego błędu badań - nic się nie zmieniło. Kolejną wizytę u lekarza mam za
    3 miesiące.

    Teraz odpowiem na pytanie dot. małej statystycznej ilości tej choroby w Polsce,
    gdyż padło takie pytanie. Otóż jest ona u nas wstydliwą chorobą i kojarzy się z
    niemocą seksualną, a co to oznacza dla mężczyzny, to każdy wie. Z tego powodu, a
    także z braku powszechnej świadomości niewiele ludzi odważy się udać do lekarza
    w czasie, gdy są pierwsze, często niezbyt niepokojące objawy tej przypadłości. W
    Polsce świadomość badań profilaktycznych niestety jest na bardzo niskim
    poziomie, zarówno ze strony pacjenta, jak i służby zdrowia. Ta dopiero działa
    (najczęściej prywatna), jak ma z tego kasę. Ogólnie brak jest systemu z powodu
    braku pieniędzy i ostatnio w tym kierunku nic konkretnego się nie robi. Tu mam
    na myśli tzw. składki zdrowotne przeciętnego obywatela. Lekarze pierwszego
    kontaktu nie chcą (niektórzy pod tym względem są wręcz bezczelni) dawać
    skierowań, gdy pacjent na nic nie narzeka. W moim przypadku żeby dostać się do
    urologa (mam 62 lata) musiałem kłamać, bo faktycznie nic mi nie dolegało i nadal
    nie dolega, niemniej jak się okazało, wyniki mam niepokojące. Ponadto służba
    zdrowia manipuluje statystyką, o czym mogą wymownie świadczyć dwa znane mi
    przypadki moich już nieżyjących kolegów. Obydwaj rzekomo zmarli: jeden na raka
    kości, a drugi innego organu, a wszystko zaczęło się od raka prostaty, o czym
    wiedziałem. Podobno w takich przypadkach aż 80 % przerzutów, to przerzuty do kości.

    Jakiś czas temu czytałem artykuł na temat roli statyn (składnik leków
    obniżających poziom cholesterolu) w leczeniu raka prostaty. Jak znajdę tę stronę
    (mam ja wydrukowaną), to tutaj wkleję.
    Niektóre dość istotne informacje na temat tej choroby można przeczytać na
    poniższej stronie. Proponuję skorzystać z wyszukiwarki.

    www.urologiapolska.pl/artykul.php?3307
  • 13.02.09, 03:10
    trytum napisał:


    > Jak daleko
    > posunęły się badania w zakresie rozpoznawalności raka z ejakulatu i moczu.

    Naukowcy amerykanscy stworzyli podstawy do nowego testu wykrywajacego raka
    prostaty u mezczyzn . Testowany jest mocz na obecnosc aminokwasu Sarkosin.Tylko
    u pacjentow chorych na nowotwor prostaty udalo sie ten czynnik w moczu
    zidentyfikowac i okreslic stopien postepu nowotworu.
    Naukowcy sa przekonani ze ten aminokwas ma bezposredni wplyw na rozwoj nowotworu.
    Obecnosc Sarcosinu w moczu wskazuje jednoznacznie na zachorowanie, jak wiadomo
    test PSA wskazuje tylko taka mozliwosc ale nie wyklucza innych przyczyn
    podwyzszonych wartosci.
    Zrodlo :
    www.nature.com/nature/journal/v457/n7231/abs/nature07762.html
    Pozdrawiam
  • 24.05.09, 15:46
    Mój lekarz domowy czyli GP właśnie przysłał mi do domu emailem (choć
    to niedziela wieczorem) wyniki PSA, jakie właśnie sam dostał
    elektronicznie z badającego krew laboratorium. Krew do badania dałem
    we czwartek. Dodał zwięzły komentarz: "PSA back. Undetectable. Good."
    ("Przyszły wyniki. Niewykrywalne. To dobrze.") Też tak myślę. 1 maja
    minęło 18 miesięcy od mojej prostatektomii radykalnej.
  • 24.05.09, 20:04
    super :-) oby tak dalej i na zawsze
    --
    Oczy mam, mówisz mi, tak przejrzyste
    ...
  • 07.08.09, 12:08
    No to pierwszy rok mam za soba , ostatnie badanie : PSA ponizej progu wykrywalnosci.
    Ale do polmetka jeszcze daleko. Dopiero po pieciu latach bede mogl byc bardziej pewny a po 10 latach bedzie mozna mowic o calkowitym wyleczeniu. Jestem ostrozny w swoich nadziejach bo wiem , ze wielu pacjentow po kilku latach badan PSA bez zadnych problemow nagle zanotowali jego ciagly wzrost.Najczesciej byly temu winne tzw "mikrometastazy" ktore dopiero pozniej sie uaktywnily. Ale trzeba optymistycznie i uwaznie patrzyc w przyszlosc.
    W Niemczech profilaktyka wyglada jednak odmiennie niz w Australii.
    To znaczy po operacji przechodze co 3 miesiace przez szereg badan szczegolowych u specjalisty urologa , na to sklada sie : PSA,analiza moczu,DRA,szczegolowe badanie sonograficzne aparatem najnowszej generacji (w Niemczech zostaly wycofane stare sonografy),to badanie dotyczy takze innych organow a nie tylko okolic dawnej prostaty, potem typowe urologiczne lekarskie badanie organow zwiazanych z funkcjami traktu urologicznego. Badanie takie trwa okolo 30 min.
    Koszty pokrywa kazda kasa chorych a nie tylko prywatna.
    Ostatnio teraz lekarz wykryl przy tym badaniu maly kamien nerkowy.
    Aktualny stan zdrowia moge okreslic jako bardzo dobry , zadnych problemow z nietrzymaniem moczu , erekcja doszla juz do dawnego poziomu - ostatnio przez wiele miesiecy bralem Cialis 20mg codziennie wieczorem.
  • 08.08.09, 21:43
    kangur2007 napisał:

    > Mój lekarz domowy czyli GP właśnie przysłał mi do domu emailem (choć
    > to niedziela wieczorem) wyniki PSA, jakie właśnie sam dostał
    > elektronicznie z badającego krew laboratorium. Krew do badania dałem
    > we czwartek. Dodał zwięzły komentarz: "PSA back. Undetectable. Good."
    > ("Przyszły wyniki. Niewykrywalne. To dobrze.") Też tak myślę. 1 maja
    > minęło 18 miesięcy od mojej prostatektomii radykalnej.

    Od czwartku do niedzieli robić PSA. U nas w Polsce jest tego samego dnia.
  • 09.08.09, 00:29
    floema napisala:
    > Od czwartku do niedzieli robić PSA. U nas w Polsce jest tego
    samego dnia.

    Droga Floemo,
    Bardzo sie ciesze, ze wyniki PSA macie w PL tego samego dnia.
    Chyba nie przeczytalas dokladnie tekstu Kangura.
    On w niedziele wieczorem dostal wyniki mailem od swojego GP.
    GP wyniki dostaje w dniu badania (chyba, ze sa to testy wymagajace
    czasu, histoptologiq, etc.),przeglada je i jezeli nic sie nie dzieje
    przesyla je pacjentowi mailem pare dni pozniej (no news is good
    news).

    Gwoli wyjasnienia nas wyniki WSZYSTKICH badan sa przesylane do
    lekarza na nie kierujacego oraz do GP (zazwyczaj jest to jedna i ta
    sama osoba). Nie ma u nas smorgasbord badan laboratoryjnych ani
    obrazowych - na WSZYSTKIE badania musi byc skierowanie. Pacjent nie
    dostaje wynikow badan laboratoryjnych do rak wlasnych dzieki czemu
    wyniki sa interpretowane przez lekarza a nie przez forum.

    A teraz przeczytaj sobie watek Gomichy na temat oczekiwania na
    wyniki badan obrazowych w Polsce.

  • 13.08.09, 21:47
    Fakt zawstydziłeś mnie podwójnie. 1. za nie doczytanie 2. Za mój kraj. Tak
    chciałem go troszeczkę ,tak mini,mini obronić. Kurcze!
  • 14.08.09, 11:41
    floema napisała:

    > Fakt zawstydziłeś mnie podwójnie. 1. .... 2. Za mój kraj. Tak
    > chciałem go troszeczkę ,tak mini,mini obronić.

    "floema" obrona kraju to piekna i szczytna rzecz tylko , ze w tym przypadku realia sa takie jakie sa i kazdy wie.

    Moze jednak zamiast biadolic nad realiami w Polsce warto by bylo rzecz wziazc w swoje rece i przy pomocy internetu oraz coraz wiekszej grupy zainteresowanych poprowadzic prace informacyjno - edukacyjne w formie ogolnopolskiego forum tematycznie scisle zwiazanego z tematem prostaty (rowniez innych chorob).

    W Niemczech gdzie mieszkam takie fora istnieja i sa na bardzo wysokim poziomie tzn kwalifikowane wypowiedzi specjalistow (np lekarzy ktorzy sie nie ujawniaja bo nie moga) oraz ogromnej grupy zainteresowanych : pacjentow i czlonkow rodzin. Te fora dyskusyjne bardzo pomagaja zainteresowanym, sa one bezinteresowne i oparte na wzajemnej pomocy.

    Mysle , ze takie inicjatywy bardzo by Polsce i sluzbie zdrowia pomogly jako instrument nacisku na odpowiedzialnych za zdrowie Narodu.

    Moze warto korzystac z dobrych przykladow innych narodow tutaj publikowanych :
    Australii , USA czy Niemiec ?

    Wiem , ze w Polsce byly proby uruchomienia takiego forum , jednak z wielu wzgledow ta inicjatywa nie znalazla akceptacji.
    Mysle , ze tutaj tez trzeba dorosnac do zabierania glosu w forum i przedstawiania wlasnych pogladow.
    Z innych wypowiedzi w innych forach wynika , ze czesto brakuje uczestnikom kultury i przestrzegania pewnych zasad.
    Ale to kwestia czasu . Potem bedzie lepiej.
  • 20.10.09, 21:59
    > surnet napisał:

    "...W Niemczech gdzie mieszkam takie fora istnieja i sa na bardzo wysokim poziomie tzn kwalifikowane wypowiedzi specjalistow (np lekarzy ktorzy sie nie ujawniaja bo nie moga) oraz ogromnej grupy zainteresowanych : pacjentow i czlonkow rodzin. Te fora dyskusyjne bardzo pomagaja zainteresowanym, sa one bezinteresowne i oparte na wzajemnej pomocy...
    ...Z innych wypowiedzi w innych forach wynika , ze czesto brakuje uczestnikom kultury i przestrzegania pewnych zasad. Ale to kwestia czasu. Potem bedzie lepiej."

    Prawdą jest, że niektórym z nas na Forach brakuje kultury, chociaż tego problemu nie uogólniałbym tylko do naszego kraju. W Polsce żyjemy w dziwnych czasach, gdyż minęło ponad 20 lat od transformacji ustrojowej, a nadal rozdrapujemy stare rany, nie mogąc poradzić sobie z przeszłością, zapominając o przyszłości. W tym zajadłym kotle uczestniczymy wszyscy, włącznie z najwyższymi władzami i politykami, a środki masowego przekazu aktywnie nas podgrzewają. W takiej niezdrowej atmosferze żyje całe dorosłe społeczeństwo i młode pokolenia. Właśnie stąd się biorą te nieodpowiednie zachowania między innymi w internecie.
    Założenie edukacyjnego forum nie jest problemem. Problemem jest przede wszystkim brak bezinteresowności i aktywności. Obecnie wszystko co się u nas robi, zaraz nabiera charakteru komercyjnego. Dzisiaj nawet lekarze zaczynają zachowywać się jak typowi biznesmeni.
    A tak na marginesie wspomnę, że w internecie w języku polskim jest ogromna ilość materiałów na temat choroby prostaty i innych tematów medycznych, podobnie jak w innych krajach.


  • 03.11.09, 12:33
    Właśnie przyszły emailem z laboratorium, via mój GP czyli lekarz
    rodzinny, wyniki PSA zrobionego parę dni temu. W drugą rocznicę
    mojej radykalnej prostatektomii PSA jest nadal niewykrywalne, a
    konkretnie <0,04, bo taki jest próg czułości analitycznej w
    laboratorium, z którego usług korzystam.

    Interesujące są te psychologiczne stany prostatyka po 50-ce w
    związku z co półrocznymi testami PSA.

    W warstwie racjonalnej, to ja niby wiem, że miałem wczesne wykrycie
    z powodu rutynowego wykonywania PSA co roku od 49 roku życia,
    chirurgię w wykonaniu fachowca mającego na koncie około 1200
    prostat, w histopatologii pooperacyjnej czyste węzły chłonne,
    negatywne marginesy chirurgiczne, nieprzekroczoną torebkę gruczołu i
    brak nacieków wzdłuż gałązek nerwowych. Więc w zasadzie powinno być
    OK.

    Z drugiej jednak strony miałem wynik Gleasona = 7 (3+4), i
    błyskawiczne podwojenie PSA w ciągu ostatnich 12 miesięcy przed
    diagnozą z 3,0 na 6,0ng/ml, a poza tym naczytalem się furę poważnych
    materiałow, z których wynika consensus nauk medycznych o ogólnie
    takiej sobie przewidywalności przebiegu raka prostaty.

    Statystycznie rzecz biorąc powinienem wyjść na swoje, ale
    statystycznie to ja i mój pies mamy po trzy nogi.

    Więc co 6 miesięcy noszę się z klasycznym emocjonalnym PMT, jak
    kobieta co 28 dni - będzie zero, czy nie będzie zero, oto moje
    pytanie Hamleta co pół roku.

    Teraz lada chwila zadzwoni sekretarka mojego specjalisty, który też
    dostał elektronicznie te wyniki, żeby mi powiedzieć czy pan doktor
    uważa, że mam dalej robić PSA co 6 miesięcy, czy teraz przejdę na
    testy raz do roku, bo to już dwa lata od mojej prostatektomii, a PSA
    cały czas nieoznaczalne, od 6 tygodni po zabiegu.

    No więc, do następnego testu - a tymczasem u mnie późna wiosna, 26
    stopni, po południu ma być 32, świeci słońce, kwiaty w ogrodzie
    rosną jak szalone. Jakby jeszcze producent przecenił Cialis o jakieś
    80%, to wiosna bylaby jeszcze piękniejsza.
  • 16.12.09, 09:32
    Witaj Kangur.
    Gratuluję dobrych wynikow i piekielnie zaluje ze nie wpadlem na to forum wczesniej.

    Moj Tata ma podobny problem do Twojego, tylko duzo bardziej zaawansowany. Chialbym Cie prosic o odpowiedz / pomoc w nastepujacej sprawie (moze bedziesz mogl).

    1. Orientujesz sie moze czy tam gdzie sie leczyles istnieje mozliwosc odplatnego leczenia obcokrajowcow (z Polski)?
    2. Czy znane Ci sa aktualne stawki (chociaz w przyblizeniu)?
    3. Czy mozesz podac jakis namiar do takiej kliniki / Twojego lekarza? Mam nadzieję że finansowo jest to w moim zasięgu i chcialbym sprobowac pojechac z Tatą na konsultacje / leczenie.

    W Polsce przez powolne diagnozy i olewcze podejscie do pacjenta u mojego Taty nastapil znaczny progores choroby, nie wierze ze w kraju moga cos jeszcze zrobic :-(

    Z gory dzieki za pomoc
    Norbert
  • 16.12.09, 14:42
    Przenieś się na forum www.rak-prostaty.pl/forum/, w calości
    poświęcone rakowi prostaty. Tam głównie pisuję i bardzo fajny zespół
    pacjentów i rodzin pacjentów się tam samorzutnie dobrał.

    W telegraficznym skrócie:

    1. Orientujesz sie moze czy tam gdzie sie leczyles istnieje
    mozliwosc odplatnego leczenia obcokrajowcow (z Polski)?

    Wszędzie na Zachodzie gdzie działa medycyna prywatna zawsze możesz
    leczyć dowolnego pacjenta za pieniądze. Nie ma najmniejszego
    znaczenia, czy taki pacjent jest z Polski czy z Urugwaju. Większość
    krajów, do których Polacy potrzebują wiz, ma oddzielną kategorię wiz
    dla osób udających się na leczenie lub konsultacje, wydawanych na
    pisemną rekomendację lekarza, z którym się umówiłeś.

    2. Czy znane Ci sa aktualne stawki (chociaz w przyblizeniu)?

    Nie ma potrzeby kosztownie lecieć 24-28 godzin na antypody, o parę
    godzin pociagiem albo samochodem jest Berlin, wiz do krajów UE
    Polakom nie potrzeba, a w Berlinie kwitnie medycyna prywatna, która
    będzie kompetentnie leczyć każdego, komu kasa na to pozwala. Biopsja
    w pełnej anestezji i ocena histopatologiczna ca.1000-1500 euro,
    prostatektomia radykalna 5000-6000 euro, konsultacja u specjalisty
    ca. 200 euro, hospitalizacja 200-500 euro dziennie. Całość leczenia
    zależnie od zastosowanych środkow i koniecznej diagnostyki powinna
    ci sie zamknąć w kwocie 12000-15000 euro. Drogo? No pewnie. Trumna
    wychodzi taniej.

    3. Czy mozesz podac jakis namiar do takiej kliniki / Twojego
    lekarza? Mam nadzieję że finansowo jest to w moim zasięgu i
    chcialbym sprobowac pojechac z Tatą na konsultacje / leczenie.


    Do Australii nie ma potrzeby, ze względow opisanych powyżej.

    W kwestii berlińskiej, zacząć stąd:
    www.charite.de/charite/charitecentren/einrichtungen_az/
    a potem googlować aż do skutku. To zespół kilkudziesięciu klinik
    uniwersyteckich, które zawsze przyjmą prywatnego pacjenta, skąd by
    nie był.
  • 19.12.09, 02:41
    Dzięki za odpowiedź.
    Zajrzałem na to forum, do którego link wysłałeś - podbudowujące - muszę
    podpowiedzieć Tacie, żeby się zapisał.

    Dzięki za namiary na kliniki, wyjaśnienie jak to działa i całokształt.
    Co do pieniędzy - 15tys EUR - mimo że nie jest to mało - nie jest kwotą
    zaporową. Bałem się że może być znacznie więcej.

    Jeszcze raz wielkie dzięki

    Pozdrawiam
    Norbert
  • 03.11.09, 13:22
    Oj Kangur...jakiego Ty masz farta z tym chorowaniem na
    Antypodach... "Zaraz sekretarka zadzwoni"...nie mówiąc o
    wcześniejszych akcjach z osobistym lekarzem i służbie zdrowia w
    ogóle.A my tu w smętnych kolejkach, wdzięczni za każdy bardziej
    ludzki gest.Nie, nie chce mi się o tym pisać.Moje napięcie
    przed...trwa od kwietnia, od momentu wyjścia z gabinetu z "uroczą"
    diagnozą.Jestem w permanentnym demontażu,w trakcie chemii, przed
    radio. Najchętniej wystrzeliłabym się w kosmos z tym moim rakiem
    piersi, bo nie wiem jak długo rodzina zdzierży:) A z tą temperaturą
    i kwiatami...to niemożliwe!!! :)))
  • 03.01.10, 21:28
    drogi Norbercie rozumiem twoją chęć ratowania taty za każdą cene. na
    mnie też zrobiło duże wrażenie leczenie kangura ale w polsce też
    mamy dobre kliniki oczywiście prywatne[.np. centrum Damiana] i
    napewno tańsze, gdzie pracują naprawde dobrzy lekarze, nie wiem jak
    tam jest z opieką ja bylam skazana na państwową służbe zdrowia.ale
    mój lekarz prowadzący pracuje w warszawskiej klinice a na codzień
    jest ordynatorem lub zastępcą[nie mam aktualnych danych] centrum
    onkologii naprawde szczerze moge ją polecić i to nie dlatego że mnie
    wyleczyła ale za wspaniale podejście do pacjęta.często zagląda do
    swoich pacjętów ma czas usiąśc wysłuchać, poprostu pogadać o
    zwykłych sprawach i tak jak w moim przypadku wykłociła się z całym
    konsylium o sposob leczenia mnie wtedy innowacyjnym ale jak się
    póżniej okazało bardzo trafnym. moze popytaj innych osób o opinie na
    jej temat.moja siostra jest lekarzem i jak ktoś z rodziny poważnie
    zachoruje szuka dobrych lekarzy w całej polsce i leczymy się tylko u
    lekarzy przez nią rekomendowanych.jak jej powiedziałam kto będzie
    mnie leczył powiedziała żebym nie szukała szczęścia bo w lepsze ręce
    nie mogłam trafić. niż dr.stachlewskiej. życze powodzenia zdrowia i
    pogody ducha
  • 31.01.10, 23:43
    Ostatnio (tak jak Norbert) szukałem jakiegoś cenionego lekarza, który zrobiłby
    mi biopsję gruczołu krokowego, a potem, gdyby zaszła taka potrzeba, usunął go.
    Pisałem wcześniej w tym wątku, że nie mam niepokojących objawów, co także
    dotyczy badania per rectum i PSA, za wyjątkiem wskaźnika fPSA/PSA, który w
    ostatnich dwóch latach wahał się w granicach od 10,2 - 14,1, a powinien być
    powyżej 20,0.
    W ubiegłym roku mój lekarz pierwszego kontaktu dwa razy kierował mnie na biopsję
    gruczołu krokowego, a ja nie za bardzo chciałem... Jednak będąc świadomy, że
    takich spraw nie można bagatelizować problem ten konsultowałem zarówno w kraju
    jak i za granicą i doszedłem do wniosku, że wszystko będę robił w Polsce, a nie
    chodzi tylko o pieniądze!
    Tak też się stało i na początku stycznia tego roku miałem wspomnianą biopsję, po
    której nie było żadnych, dosłownie żadnych komplikacji. Zrobiłem ją w ramach NFZ
    i nic mnie nie kosztowała. Okazało się, że nie była konieczna. Wszystko
    skończyło się dobrze, ale problem z oczywistych względów musi być nadal
    kontrolowany. Chciałbym zaznaczyć, że moim przypadkiem niczego nie sugeruję.
  • 19.02.10, 16:05
    Pragne podzielic sie swoja opinia, na temat tego o czym pisal Kangur
    oraz ogolnie metod leczenia. Historia jest niewatpliwie
    interesujaca , jak do tej pory , przebiega szczesliwie dla Kangura.
    Uprzedzam ze sa to moje spostrzezenia, przemyslenia, a nie proba
    krytyki. Przyznam jednak, ze mam wiele powodow na napisanie tego
    postu.

    Otoz, niepokojace jest dla mnie to, ze niektorzy forumowicze po
    przeczytaniu historii, powaznie zaczeli rozpatrywac mozliwosc
    wyjazdu do Australii w celach leczenia. Nie ma watpliwosci, ze
    glownie ze wzgledu na posiadanie prywatnego leczenia Kangur zostal
    potraktowany lepiej niz moze tego oczekiwac przecietny pacjent w
    Polsce. Jego doswiadczenia byly rowniez lepsze niz pacjenta
    Austrlijskiego , ktory posiadalby tylko podstawowe ubezpieczenie
    rzadowe. Tak wiec , prawo wyboru lekarza, lepsze poinformowanie
    pacjenta, oraz ogolnie szybsza, lepsza opieka to duze plusy.
    Ogolnie, system ten nie odbiega od systemu w krajach takich , jak
    Niemcy, UK, Szwecja, Holandia, Szwajcaria itd .
    Prawda jest to, ze generalnie w Polsce jest wieksza tendecja zeby
    trzymac pacjenta w pewnej niewiedziedzy , co wynika z jeszcze
    istneijacych roznic kulturowych jak rowniez z pozostalosci
    komunistycznych.

    Prawda jest rowniez to, ze lekarz informujacy Kangura o szczegolach
    leczenia robil to nie tylko ze wzgledu na interes pacjenta (tzn
    Kangura), ale rowniez ze wzgeldu na swoj interes prawny (zgoda
    poinformowanego pacjenta na jakiekolwiek zabiegi jest w pewnym
    stopniu zabezpieczniem przed mozliwa akcja prawna w przyslosci)

    Choroba Kangura byla we wczesnym stopniu rozwoju. To moglo w duzym
    stopniu przyczynic sie do dobrego resultatu interwencji medycznej.
    Kangurowi,zycze wszelkiego dalszego powodzenia. Takiego szczescia
    nie ma niestety wielu pacjentow z bardziej zaawansowana choroba. (
    pewne dane na ten temat statystyk medycznych sa dostepne ze stron
    WHO czyli World Health Organization).

    Tutaj dobiegam do sedna sprawy, tego o czym chcialem napisac. Cala
    medycyna ortodoksyjna , ktora jest aktualnie stosowana w krajach
    rozwinietych jest oparta na podobnej filzofii tzn :
    · Traktownia ciala czlowieka jako zbioru odzielnych czesci
    (internista, dermatolog itp ) a nie jednej zintegorwanej calosci
    · Szybkiej oraz doraznej interwencji
    · Usuwania skutkow, a nie przyczyn


    Niewatpliwe osiagniecia technologiczne oraz medyczne podejsciac
    ortodoksyjnego polegaja przede wszytskim na relatywnej skutecznosci
    medycyny interwecyjnej tzn szybka rekacja na lekarstwo, chirurgie
    itp

    Slaboscia tej filozofii medycznej, stosunkowo mala skutecznosc w
    chorobach systemowych: od przeziebienia do raka. Slabosc ta wynika
    w duzym stopniu z tego, ze tzw badania medyczne, kierunki naukowych
    badan opieraja sie od dziesiecioleci na komercjalnych interesach
    firm farmaceutycznych oraz powiazanych interesami firm chemicznych
    (zazwyczaj tzw multi-nationals). Pierwsze instytuty antyrakowe
    powstaly w USA prawie 100 lat temu. Praktycznie od tamtej pory,
    szkoly medyczne jak rowniez instytuty staly sie narzedziem biznesu.
    Prosze zrozumiec, ze chemio-terapia to biznes o rocznej wratosci
    osiagajacej dziesiatki miliardow w samych Stanach Zjednoczonych.
    Nie mowie tu o zadnej masowej konspiracji, ale raczej o naturze
    ludzkiej, ktora powoduje ze ludzie ( rowniez ci pracujacy w
    medycynie ) kieruja sie w swoim zachowaniu konforma), przyjeta
    opinia ogolu oraz w duzym stopniu interesem wlasnym. (powiedzmy,
    generalnie nie sa dociekliwi jezeli maja sie sprzeciwic opnii ogolu )

    Tak wiec narazie, tych co znaja jezyk angielski zapraszam do
    wysluchania 6 czesci z tego oto linku oraz wyciagnieciu wlasnych
    wnioskow,
    www.youtube.com/watch?v=wKpYslixIiY&feature=related

    Jest tez na youtube wersja polska (niestety chyba nie wszystkie
    czesci, rowniez tlumaczenie jest troche amatorskie).


    P.S. Dodam ze znam osobiscie kilka przypadkow, gdzie
    zalecany “lek”, okazal sie bardzo skuteczny, Dodam tez ze nie mam
    wyksztalcenia medycznego oraz ze nieczego nie sprzedaje tzn nie mam
    w tym zadnego interesu.

    www.youtube.com/watch?v=wKpYslixIiY&feature=related
    Pozdrawiam , prosze rowniez o pytania oraz opinie.
    Tym, ktorzy maja inne opinie, i nie sa zainteresowane tematem,
    zycze pomyslnosci.
  • 20.04.10, 01:41
    Jak ten czas leci !Przy kolejnej kontroli lekarskiej znowu PSA ponizej progu wykrywalnosci po przeprowadzonej przed 20 miesiacami operacji prostaty. Rowniez badania towarzyszace nie wykryly zadnych powodow do obaw. W dalszym ciagu jestem przekonany o slusznosci mojej decyzji sprzed 20 miesiecy zeby w poczatkowym stadium radykalnie reagowac.Mysle ze w przeciwnym przypadku tzn bez operacji moja sytuacja teraz byla by juz bardzo powazna i zakres pomocy lekarskiej ograniczony.Tak wiec chcialbym tych wszystkich ktorzy stoja przed wazna decyzja namowic do odwagi i pozytywnego spojrzenia w przyszlosc.Potem tylko nalezy wybrac odpowiednia metode leczenia.Na poczatku jest zawsze taki luksus.Potem mozliwosci leczenia bardzo predko sie wyczerpuja.
  • 11.05.10, 16:32

    Dziś po południu zadzwonił mi telefon w pracy.
    Rozmowa była taka (przekład z angielskiego):

    - Dzień dobry!

    - Dzień dobry.

    - Pan Kangur?

    - Tak, słucham?

    - Jak się pan ma?

    - Świetnie, proszę pani, a pani?

    - Ja też świetnie, proszę pana, całkiem tak, jak pańskie PSA, które
    jest nieoznaczalne. Bo widzi pan, ja jestem pielęgniarką
    i pracuję u pana doktora C. Pan doktor prosił, żeby pana zawiadomić,
    że te panskie PSA co pan w sobotę zrobił, jest w porządku,
    i powiedział, żeby tak trzymać (keep it at that).

    - Bardzo mi miło.

    - Mnie też bardzo miło.

    - No to ja panu teraz wyślę skierowanie na następne PSA, do
    zrobienia za sześć miesięcy. Jutro powinien pan dostać.
    Tylko proszę tak zrobić, żebyśmy dostali wyniki przed 25 listopada,
    bo ja mam do pana 25-go po południu znowu zadzwonić.

    - Serdecznie dziękuję, tak uczynię.

    - Nie ma pan za co dziękować, cała przyjemność po mojej stronie (the
    pleasure is all mine)

    - Do widzenia pani.

    - Do widzenia panu.


    To już dwa i pół roku od prostatektomii.
  • 12.05.10, 18:14
    No,bjutiful:)Nawet nie chce mi się komentować... Może ktoś na forum ma podobne
    doświadczenia z naszą służbą zdrowia, chętnie przeczytam.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.