Re: Prostata australijska (wow!) - p. turpin
turpin napisał:
> Z dużym zainteresowaniem przeczytałem wszystkie Pana posty -- jestem
> pod wrażeniem prywatnej medycyny australijskiej
Dziękuję.
Wie pan, ja nie jestem lekarzem, nie mam zupełnie nic wspólnego z medycyną ani
szeroko pojętą służbą zdrowia w żadnym kraju, więc trudno mi powiedzieć, jak
moje doświadczenia jako pacjenta porównują się z sytuacja gdzie indziej.
Jak jest obecnie w Polsce, wiem wyłącznie z lektury oraz z opowiadań znajomych
(w tym lekarzy). W UK bywałem, ale nigdy nie miałem potrzeby skorzystać tam z
usług medycznych. W Polsce nie byłem od czasu jej opuszczenia, z górą ćwierć
wieku temu, i nie wybieram się. Mam wrażenie, że w Polsce miałbym daleko
mniejsze szanse wyjścia cało z tego, z czego tutaj (odpukać) właśnie pomału
wychodzę bez większego dramatu, a za to z pełnym panowaniem nad pęcherzem i z
powracajacym zwolna wzwodem.
Warto być świadomym, że to, co opisałem, to nie tylko jest australijska medycyna
prywatna, to jest australijska medycyna prywatna z dość wysokiej, choć nie
najwyższej półki. Na najwyższą półkę, z profesorami medycyny i super-szpitalami,
gdzie każdy dzień kosztuje grube tysiące dolarów, na szczęście nie było potrzeby
się wspinać z moim prostym i wcześnie zdiagnozowanym przypadkiem CaP.
W różnych krajach jest różnie. U mnie, w Australii, z usług medycyny prywatnej z
najwyższej półki korzystają dwie kategorie pacjentów - ludzie, którzy mają
więcej pieniędzy niż wiedzą co z nimi zrobić, i pacjenci, którzy nie mają innego
wyjścia: późno zdiagnozowane przypadki zaawansowanych nowotworów, gdzie gra z
prostatą zaczyna się nie od T2a, tylko od T3b, i nie jest o wyleczenie, tylko o
odwleczenie nieuchronnego.
Na prywatnych oddziałach super-szpitali leżą albo ludzie zamożni, albo tacy,
którzy nie mają tak jak ja 96% prawdopodobieństwa braku wznowy w ciągu 7 lat,
tylko 99% pewności, że za rok już ich nie będzie, i najnowocześniejszymi
środkami desperacko walczą o pozostały im 1% szansy.
Super-szpitale praktykujące najnowocześniejszą medycynę, to są tutaj najczęściej
duże szpitale państwowe (czyli stanowe), afiliowane przy uniwersytetach i
kształcące studentów medycyny. Specjaliści leczący w takim super-szpitalu swoich
prywatnych pacjentów płacą szpitalowi. Albo bezpośrednio sami (rzadziej), albo
pośrednio (częściej), czyli z kasy prywatnych ubezpieczycieli ich pacjentów.
Płacą za używalność sal operacyjnych, sprzętu, diagnostyki, banków krwi,
personelu pielęgniarskiego i pomocniczego etc., czyli "Visiting Medical Officer
(VMO) privileges".
Prywatni pacjenci płacą bezposrednio specjaliście za konsultację i konkretną
usługę chirurgiczną, anestezjologiczną etc., otrzymują szczegółowy rachunek, a
następnie odbierają sobie część tego co zaplacili od swojego ubezpieczyciela.
Prywatny pacjent zawsze dostaje w końcowym efekcie po kieszeni, bo
ubezpieczyciel zawsze zwraca znacznie mniej niż pacjent zapłacił specjaliście.
Super-szpital z reguły ma mieszaną klientelę pacjentów publicznych i prywatnych.
Za publicznych szpital płaci /kiepsko/ swoim lekarzom (etatowym lub dorywczym),
a szpitalowi płaci /kiepsko/ państwowa kasa Medicare, na którą ściągają tu
każdemu ekstra 1.5% podatku od dochodu brutto. Prywatni są prywatnie
ubezpieczeni, albo płacą z własnej kieszeni. Prywatni leżą w większym komforcie
niż publiczni, czasem w osobnym skrzydle szpitala.