Re: Prostata australijska (wow!) - p. turpin cz.2
Doktryna mieszanej klienteli wypływa z tego, że o ile parę osób może załoźyć
przedsiębiorstwo, pożyczyć z banku kilkadziesiąt milionów dolarów i zbudować
sobie prywatny szpital na 100 czy 200 łóżek, to budowa super-szpitala na 1000
łóźek z pełnym własnym zapleczem diagnostycznym i terapeutycznym kosztuje już
setki milionów albo miliardy dolarów, a eksploatacja wymaga finansowania z
budżetu stanowego albo federalnego.
Paradoksalnie zatem, medycyna może być tu prywatna, ale praktykowana w szpitalu
państwowym. Tyle że istnieje skrupulatny rozdział księgowości, koszty leczenia
pacjentów prywatnych są rozliczane co do centa, i państwo ani szpitalowi, ani
lekarzowi za jego prywatnych pacjentów nie płaci.
Niektóre rodzaje leczenia (skomplikowane przeszczepy organów, leczenie
rozległych poparzeń, komplikacje HIV/AIDS, skomplikowana neonatologia,
skomplikowana neurochirurgia, eksperymentalna onkologia, najwyższej klasy
traumatologia) są dostępne wyłącznie w super-szpitalach. Super-szpital na ogół
ma niedaleko izby przyjęć lądowisko dla helikopterów, i jest na ogół
przewidziany jako miejsce przyjmowania pacjentów przywożonych karetkami lub
helikopterami z wypadków. Kwestię kto będzie płacił, porusza sie tu dopiero przy
wypisywaniu :-) ale jak rachunek nie bedzie zapłacony, to szpital nie waha się
nasłać na byłego pacjenta firmę windykacyjną.
Wiele zależy od tego, gdzie kto się tutaj znajduje na społeczno-ekonomicznej
drabinie. Mam pełną świadomość, że gdybym był np. australijskim maszynistą
kolejowym zamieszkałym na prowincji, to mój przypadek mógłby mieć przebieg
daleko bardziej dramatyczny. Ale ja na swoje szczęście nie jestem maszynistą
kolejowym z małego australijskiego miasteczka.
Mój pracodawca płaci mi bez słowa pełną pensję, kiedy biorę dwa miesiące urlopu
na leczenie. Od wielu lat jestem pod opieką kompetentnego lekarza domowego,
który wie o moim zdrowiu więcej niż ja sam. Mój GP w razie potrzeby otwiera
notes pod "u" jak urologia, i może o każdej porze dnia i nocy zadzwonić do ludzi
z górnej dziesiątki australijskiej urologii, jak trzeba to również do domu albo
na komórkę. Oni mają do niego zaufanie, że nie będzie im głowy zawracał bez
potrzeby, a on ma do nich zaufanie, że jak będzie trzeba, to przyjmą
skierowanego pacjenta szybko - tak jak się to w moim przypadku stało.
GP w tej klasie zawodowej może naturalnie również, zależnie od potrzeb swoich
pacjentów, otworzyć notes na "g" jak ginekologia, "o" jak ortopedia, "k" jak
kardiologia itd., i wszyscy ci specjaliści bedą skierowania od niego traktować
jak najpoważniej. Ale nie każdy ma takiego GP.
Nie mam większych wątpliwości że, niezależnie od ogólnego standardu tutejszej
medycyny ja, mówiąc patetycznie, życie zawdzięczam swojemu GP właśnie. Bo to on
najpierw zalecił żebym robił regularne testy PSA, potem pilnował żebym je
rzeczywiście robił, potem w porę spostrzegł jedną cyfrę na wydruku, która nie
była taka jak trzeba, potem zadzwonił do mnie do domu późnym wieczorem, żeby mi
powiedzieć, że coś jest nie tak, dziesięć minut pożniej, zadzwonił do domu
specjalisty i umówił mnie na pilną konsultację w pierwszym wolnym terminie, a
dalej już wszystko szło tak, jak powinno. To znaczy, pełną odpowiedzialność za
szczegółowe zdiagnozowanie i leczenie przypadku związanego z prostatą przejął
specjalista, którego reputacja zawodowa polega na tym, że się dobrze zna na
prostacie, i pociągnął całą rzecz dalej.
Mam poważne wątpliwości, czy w Polsce można dziś znaleźć ten standard opieki
lekarza domowego, chyba że ktoś ma lekarza w rodzinie, lekarza-współmałżonka,
albo prywatnie się z lekarzem przyjaźni. Ale tutaj też nie każdy ma takiego GP,
który wie co robi, i w razie potrzeby skieruje do poważnych specjalistów. No i
nie każdy dostrzega potrzebę np. badań poziomu PSA co roku...
Nota bene, mój urolog (który praktykuje w tej klasie zawodowej medyków, którą
fabryka Porsche zawiadamia listownie, że niedługo wyjdzie nowy model i uprzejmie
pyta, czy pan doktor pragnie sobie zarezerwować egzemplarz z pierwszej serii, i
czy ma być tego samego koloru, co w zeszłym roku) szczegółowo informuje mojego
GP o postępach leczenia, i przesyła mu pełne kopie dokumentacji, żeby GP miał
pełny obraz swojego pacjenta. Specjalista także nie żałuje mi swojego czasu i
wyczerpująco odpowiada osobiście lub telefonicznie na każde moje pytanie, oraz
naturalnie drobiazgowo informuje mnie o wszystkim, co sie wiąże z moim leczeniem
i rehabilitacją. Oczywiście rozumiemy się bez słów, że on mnie będzie
informował, ale ja mu nie bedę zawracał głowy bez istotnej potrzeby.
I tak to jest z tym tutejszym standardem średniej klasy medycyny prywatnej dla
prywatnie ubezpieczonej klasy średniej :-)
Jak widać, standard działa, bo to, co trzeba było zrobić, zrobiono w porę.
Zdaniem specjalisty, mój nowotwór, gdyby nie został poprawnie zdiagnozowany i w
porę usunięty, przeszedłby w stadium T3, w zasadzie niewyleczalne, w ciągu
następnych 12 miesięcy, i można by go już tylko spowalniać drastyczną
radioterapią, chemiczną lub chirurgiczną kastracją etc.
Serdecznie pozdrawiam i przypominam wszystkim panom po czterdziestce o
corocznych testach PSA.