jeśli się za bardzo uniosłam, to przepraszam, nie chciałam Pana
urazić, wzięłam ten post do siebie, bo w zasadzie post jovity był
odpowiedzią na mój, nie chcę zaczynać kolejnych przepychanek na tym
forum. jestem sfrustrowana to fakt, może dlatego, że tata zgłosił
się do swojej koleżanki - onkolog po pomoc i myśleliśmy, że ona
pomoże nam jakoś po ludzku przez to przejść. Ja wiem, że na badania
się czeka. Panie Doktorze, do Bydgoszczy zadzwoniłam osobiście, bo
dowiedziałam się przez przypadek o PET-CT, zadzwoniłam, nie żeby
wyżebrać tam leczenie, tylko zapytać się, czy w taty przypadku
wykonanie tego badania było by zasadne. Tam skierowali mnie na
stronę CO, przemiły Profesor wytłumaczył mi że badanie to jest w
taty przypadku zasadne, podał adres www z którego mogłam pobrać
gotowe skierowanie, zostało tylko zanieść do onkologa żeby podpisał,
po czym miałam wysłać faxem, żeby zaklepać termin. i wie Pan co się
stało ? onkolog zapytał - a po co szukać tego ogniska pierwotnego,
no po co wam to wiedzieć ? i nie podpisał skierowania. zadzwoniłam
jeszcze raz do Bydgoszczy, żeby powiedzieć, że nie przyjedziemy, i
słyszę -to nie problem, przyjeżdżajcie, załatwimy to na miejscu-
umówiliśmy się na termin przyjazdu, tata pojechał - z drugiego końca
Polski na niepewne - i znowu szok - czekało na niego miejsce na
chirurgii płuc, zarezerwowane przez Profesora z którym przypadkowo
rozmawiałam, bo taki dostałam telefon w informacji onkologicznej CO
w Bydgoszczy, a który nawet nie pracował na tym oddziale. Profesor
CZEKAŁ na tatę o umówionej godz, przyjął go i zaprowadził do kolegi
na chirurgię, wtedy przyjęli go nawet z pominięciem przychodni -
prosto z "ulicy" poszedł na łóżko. w ciągu dwóch tygodni zrobili mu
tam tomografię głowy, rezonans (u nas nie robili bo stwierdzili, że
po operacji głowy nie można, bo to szkodzi - to słowa lekarza, nie
domysły), bronchoskopię, BAC płuc, nawet "czepili się" brodawki na
nodze, którą tata miał od zawsze. czy to pomogło ? nie Panie
Doktorze, nie w sensie medycznym, to dało tacie nadzieję - wreszcie
ktoś się nim zajął. A jak wieczorem ordynator przyszedł dowiedzieć
się co u niego, bo przyjechał z daleka, więc ordynator wypytywał się
czy tata dostał obiad, bo jak nie to zaraz coś przyniosą z kuchni,
to tata zadzwonił do domu z płaczem, że tutaj są tacy lekarze, że
ordynator na kolanach sprawdzał u pacjenta obok worek cewnikowy, bo
coś mu tam się nie spodobało. Dla nas to był szok kulturowy. Mój
tata był bardzo pogodny, nie wykłucał się o nic, znali go tam w
Bydgoszczy, bo jako pierwszy pacjent zasnął w najlepsze w
rezonansie, musieli zatrzymać maszynę, bo donośne chapanie wzięli za
rzężenie, śmiechu było na rok, bo co tam zajeżdżał to mówili - a to
ten beztroski, co chrapał głośniej od rezonansu, - to znaczy że
można inaczej jak u nas ? dexaven tata dostawał, ale w bardzo małych
dawkach, ze względu na cukrzycę, bo niby nie podwyższał cukru, a po
zastrzyku cukier skakał do 350, więc na radio poszedł bez żadnej
osłony, chociaż prof neurochirurg proponował najpierw zmniejszenie
obrzęku - mannitol + dexawen + furosemid - bo obawiał się, że po
radio obrzęk może wzrosnąć, bo tak się zdarza. później błagaliśmy
wszystkich lekarzy o mannitol, bo tata bardzo dobrze na niego
reagował i wciąż słyszeliśmy, że w warunkach domowych nie da się. w
styczniu, kiedy tata był w bardzo ciężkim stanie z powodu obrzęku, w
kolejnym szpitalu poprosiliśmy o pozostawienie wkłucia
podobojczykowego, do kroplówek, po tym zgłosiliśmy się do hopicjum i
kolejny szok - przemiła pani doktor pogadała sobie z tatą,
pożartowała, po czym wyjęła z torby mannitol, nauczyła mamę jak
podłączać - okazało się że można. dzięki temu tata przeżył jeszcze
prawie osiem miesięcy, po leczeniu zakrzepicy, jeździł nawet jeszcze
do roboty, na ryby, grał na gitarze i śpiewał. do końca nie
przyjmował żadnych środków przecibólowych, nie miał duszności,
okresowo pojawiały się zawroty głowy, ale szybko pomógł torekan.
"Jeślibym miał włączyć u pacjenta z drobnokomórkowym rakiem płuca
wszystkie leki
zapobiegające problemom, które MOGĄ się przydarzyć, to po ich
zażyciu pacjent by
się jeszcze prędzej posypał: np. ketokonazol na grzybicę,
cefalosporyny na
zakażenie bakteryjne, heparynę na zakrzepicę," może i zbyt nerwowo
do tego podeszłam, ale akurat u taty zakrzepica była bardzo
prawdopodobna, tym bardziej, że jakieś 30 lat wcześniej chorował, i
informowaliśmy o tym, przed operacjami, miał to odnotowane w
kartach. znowu się rozpisałam, chciałam trochę załagodzić, Panie
Doktorze, proszę nie brać tego do siebie, ale gdyby lekarze trochę
bardziej przejmowali się pacjentami, jakby nie patrzeć w większości
przerażonymi bliską śmiercią, czasem nawet chamskimi i agresywnymi,
bo człowiek walczy o swoje życie desperacko, chwytając się
wszystkiego, czasem nie patrząc na innych, którzy też walczą, nie
było by tutaj pytań w stylu - guz w stanie rozpadu - a co to znaczy -
i odpowiedzi osób, które nie są lekarzami, ale starają się pomóc,
bo dobrze wiedzą co to znaczy kompletny brak informacji - co
dalej ?, nie było by tylu pytań o paraleki, dziwne substancje, które
dużo kosztują, a nic nie znaczą, nie było by tego forum, bo nie było
by takiej potrzeby -
tym idealistycznym akcentem zakończę, pozdrawiam naprawdę
serdecznie, doceniam Pana pomoc tutaj, bo jest ona naprawdę
niezbędna i życzę miłego weekendu Kaśka
-
Witam
Nie zwykłem czuć się urażony, chociaż wielokrotnie mógłbym pracując i w
hospicjum i w CO - tak więc proszę się bardzo nie przejmować. Jedyne czego nie
lubię to wkładania mi w usta nie moich słów.
Nieważne.
Z mannitolem w warunkach domowych jest tak, że musi być z kim w tym domu
współpracować - po pierwsze dlatego, że jak wiesz, trzeba lek odpowiedni
przygotować przed podaniem, żeby nie krystalizował. Druga, może nawet bardziej
istotna sprawa i problem to to, że jest to lek dostępny jedynie w warunkach
szpitalnych. Nie da się go wypisać na receptę, nie da się go zdobyć w aptece. W
naszym hospicjum domowym też kombinowaliśmy.
Ostatnia sprawa, którą tu ruszę, to informowanie pacjenta.
Ja lubię, kiedy pacjent wie, co go czeka w trakcie leczenia, na czym polega jego
choroba, jakie niesie zagrożenia. Są tylko dwa 'ale'.
Po pierwsze - lekarz musi mieć czas, żeby z pacjentem szczerze pogadać, po
drugie - pacjent musi to wszystko zrozumieć.
W ambulatorium nie ma jak spełnić pierwszego warunku, a "właściwości
intelektualne" często nie pozwalają na spełnienie drugiego.
W Zakładzie Radioterapii mogę sobie pozwolić na "urabianie świadomości" chorego,
bo spotykam go codziennie, a pacjent może niemal codziennie przyjść z problemem.
To tyle.
Pozdrawiam.
-
ponieważ pracuje Pan również w hospicjum, to jeśli mogę coś podpowiedzieć
odnośnie mannitolu - u nas akurat ze zdobyciem nie było problemu, tata miał
założone wkłucie podobojczykowe (chociaż pierwszy mannitol podano przez normalny
wenflon), radziłyśmy sobie z mamą same - pielęgniarka z hospicjum nie miała w
zasadzie po co przychodzić, przychodził tylko raz w tygodniu lekarz, obie nie
mamy wykształcenia medycznego, ale można się nauczyć obsługi - tata wkłucie miał
przez 8 m-cy, w międzyczasie był pod kontrolą lekarza pod tym kontem,
anestezjolog był w domu, do końca było w stanie idealnym, niezastąpione właśnie
przy chociażby mannitolu, ale wracając do mannitolu, u nas lekarz z hospicjum
wypisywał reseptę i zapotrzebowanie, sam mannitol kupowałam w zwykłej aptece
osiedlowej, p mgr zamawiała na podstawie tego zapotrzebowania, z tym nie
było żadnego problemu - podaję link do naszego hospicjum, może koledzy pomogą w
sprawie mannitolu.
www.hospicjum-samarytanin.pl/