Dodaj do ulubionych

Rak niedrobnokomórkowy płuc z przerzutami.

19.01.08, 17:25
Witam Wszystkich.

U mojej mamy zdiagnozowano raka, są już przerzuty do innych narządów. Od dwóch
dni dostaje chemie jedynie po to by by osuszyć naciek który nacieka na lewe
płuco i opłucną powodując duży ból w lewej stronie ciała. Rokowanie wiadome.
Przygotowałem się już na to, co się stanie, ale nie mogę sie pogodzić z formą jaką
ten rak ją zabierze. Jeszcze miesiąc temu nie wiedziałem nic na temat raka,
dziś ta wiedza poraża. Nie powiedzieliśmy jej, jakie są rokowania, utrzymujemy
mamę w przeświadczeniu, że wyjdzie z tego. Nie piszę tego by otrzymać
komentarze o słuszności tej decyzji ale o pomoc o wyjaśnienie na co muszę się
jeszcze przygotować ( o ile można sie już do czegokolwiek ..) Nie będę się
rozpisywał o błędach lekarzy, którzy doprowadzili do takiego stanu przez swoje
diagnozy. Jej to już nie uratuje życia. Ja już proszę jedynie o godną i
bezbolesną śmierć. Niedługo przyjdzie dzień w którym "zakończy" się życie a
zacznie umieranie.
Minęły 3 tyg. od kiedy poznałem jaki jest jej stan i jakie rokowania. Z każdym
badaniem i ich wynikiem los zabierał resztki nadziei by ostatecznie
klasyfikacja MNT zabrała wszystko. I przychodzi lęk, strach czy będę miał na
tyle siły by przejść z nią na drugą stronę. O jedno jedynie proszę by nie
musiała cierpieć. I tego tak bardzo się boję. Nie ma dobrego wieku na odejście
ale 60 lat to za szybko. Proszę o radę opinię tych osób, kore były w podobnej sytuacji.
Edytor zaawansowany
  • 19.01.08, 17:41
    Moja nieTeściowa chorowała na to samo. Niestety, ten rodzaj raka
    jest bardzo bezwględny - nie będę się rozpisywać, bo na pewno sam o
    tym wiesz. Rady właściwie nie ma, Ty znasz najlepiej swoja Mamę, i
    najlepiej wiesz czego by chciała. Jedyne co, to powinieneś się
    zastanowić, czy jenak nie należałoby Mamie delikatnie powiedzieć o
    rokowaniach - niekoniecznie wywalajac całą prawdę, ale jakoś tak,
    żeby miała czas i uporządkowac swoje sprawy, i może zrobic coś, na
    co zawsze niała ochotę, ale brakowało czasu/pieniędzy etc.
    No i po prostu - być z Nią. Ten czas chociaż z pewnością trudny - na
    pewno będzie dla was bardzo ważny i potrzebny.

    Moja nieTeściowa niestety przegrała walkę z chorobą tydzień temu. Do
    ostatniej chwili była w domu i myśle, ze to dla niej było bardzo
    wazne.

    pozdrawiam i życze wiele sił.
    kasia
  • 19.01.08, 18:22
    Witaj.
    Nie ważna jest forma a treść. Wiem, że gdyby się dowiedziała poddałaby się
    całkowicie. Jak odebrać jej nadzieję na to, że będzie żyła? Nie znam odpowiedzi
    na takie pytania. Jak długo walczyła Twoja teściowa z tym rakiem. Moja mama
    dostaje chemie jedynie by wiedziała, że walczy z nim, ze jest jakaś nadzieja.
  • 19.01.08, 21:39
    O raku płuc dowiedzielismy się na początku marca ub.roku
    Przerzuty do mózgu - koniec października ub roku
    Zmarła tydzien temu.
    W ostatnich 3tyg postęp chroby był zastraszający.

    Jeśli chodzi o powiedzenie Mamie prawdy - nie mówię o całej. Ale
    choć częściowo. Tyle na ile jest w stanie znieśc i nie załamać się.
    Choćby z tego powodu, że w którymś momencie może odmówić wam
    leczenia, "bo przeciez czuje sie w miarę dobrze więc po co??"

    pozdrawiam
  • 19.01.08, 22:42
    Witaj
    Na jakim etapie była choroba w marcu? Ja pisałem, że nie jest moją intencją
    rozważać moralne aspekty mówienia "prawdy" Jak sama wiesz każdy przypadek jest
    indywidualny więc ocena zawsze będzie subiektywna. Ja jedynie chciałbym się
    dowiedzieć jak postępować dalej i trudno o nazwać walką z tym rakiem a jak pomoc
    matce przejść przez ten czas. Moja mama nie ma aż tyle szczęścia. Ten rak jest
    jak rozwścieczony byk. Teraz okazało się, że już w marcu były duże zmiany
    nowotworowe lewym płucu. Współczuje Ci. Nie będę pisał,że wiem przez co
    przeszłaś bo to mam przed sobą, ale mogę sobie wyobrazić ból jaki Was dotknął.
    Jak znosiła chemię?

    Dziękuje za odpowiedź.
  • 20.01.08, 11:20
    Moja mama
    > dostaje chemie jedynie by wiedziała, że walczy z nim, ze jest jakaś nadzieja.

    A to nieprawda. Nie stosuje się chemioterapii na podtrzymanie nadziei. Więcej
    jeszcze - są naukowe dowody na to, że w pewnym momencie agresywne leczenie
    przyczynowe przyspiesza śmierć w porównaniu z leczeniem objawowym. Widocznie
    uznano, że na tym etapie mama odniesie jeszcze jakieś korzyści ze stosowania
    chemioterapii - większe niż ryzyko jej stosowania - np. w postaci wolniejszej
    progresji guza i lepszej jakości życia z tym związanej.
  • 19.01.08, 19:49
    Aron, jestem w tej samej sytuacji co Ty. Moj tata od 3 miesiecy wie,
    ze mam niedrobnokomorkowego raka pluc z przerzutami do watroby.
    Jestesmy w trakcie chemioterapii, 3 cykl z zaplanowanych 6. My
    oszczedzamy tacie pelnej wiedzy o rokowaniach i szansach na
    wyleczenie. Oczywiscie za kazdym razem staczamy o to batalie z
    kazdym napotkanym lekarzem.Uwazam, podobnie jak Ty, ze to by go
    tylko niepotrzebnie zalamalo. Wystarczy, ze my wszyscy na okolo
    niego bijemy sie z myslami i serca nam krwawia z rozpaczy. Poza tym
    w jakim celu niby uswiadamiac kogos kto ma uregulowana sytuacje
    zyciowa, 60 lat i plany na przyszlosc. Jak mozna mu powiedziec- nie
    planuj wakacji, tego, ze pojedziesz na wycieczke, nie ruszaj sie z
    domu bo wszystko co teraz robisz jest bez sensu???!!! Mysle, ze
    kazdy kto ma ochote uswiadamiac chorego o beznadziejnosci jego
    sytuacji powinien postawic sie na jego miejscu i zastanowic czy
    chcialby sam wiedziec bedac na jego miejscu.... Ja uwazam, ze nikt z
    nas nie moze odbierac nikomu nadzieji, nie mamy do tego prawa bo to
    nie my decydujemy o zyciu i smierci. Trzymaj sie cieplo, my musimy
    byc silni aby nasi bliscy mieli w nas oparcie.
  • 19.01.08, 20:40
    Tak, ale każdy człowiek ma prawo do wiedzy na temat swojego stanu zdrowia. I nie
    zdziwię się, jeśli mama i tak się tego dowie od lekarzy - jeśli zapyta o to
    wprost, będą MUSIELI jej powiedzieć.
    Poza tym, jak dlugo jeszcze bedzie trwac w nieświadomości? Dwa tygodnie,
    miesiąc? to bez sensu.
    Postaw się w jej sytuacji, czy chciałbyś, by o Twoim stanie wiedzieli wszyscy
    dookola, z wyjątkiem ciebie samego? co innego, gdy szanse rzeczywiście są.
  • 19.01.08, 22:29
    Prawda, ze kazdy czlowiek ma prawo do wiedzy, ale nie kazdy rowniez
    chce z tego prawa skorzystac. Mysle, ze kazdy z nas ma swoje
    indywidualne odczucia na ten temat i nie jest to dobry temat do
    polemiki. Ja napisalam dokladnie jak to wyglada u mnie w rodzinie,
    ale szanuje inne opinie i rozwiazania.
  • 20.01.08, 11:15
    Uwazam, podobnie jak Ty, ze to by go
    > tylko niepotrzebnie zalamalo. Wystarczy, ze my wszyscy na okolo
    > niego bijemy sie z myslami i serca nam krwawia z rozpaczy. Poza tym
    > w jakim celu niby uswiadamiac kogos kto ma uregulowana sytuacje
    > zyciowa, 60 lat i plany na przyszlosc.

    Bo może ma coś ważnego do zrobienia, bądź powiedzenia, z czym zwlekał całe życie
    i czego nie będzie w stanie zrobić, kiedy świadomość, że umiera, przyjdzie za
    późno i trzeba się mocno zastanowić, czy ktoś ma prawo mu to odebrać.

    Jak mozna mu powiedziec- nie
    > planuj wakacji, tego, ze pojedziesz na wycieczke, nie ruszaj sie z
    > domu bo wszystko co teraz robisz jest bez sensu???!!!

    OCZYWIŚCIE, że nie tak. Po pierwsze nigdy nie mówi się po prostu komuś nagle
    "Panie Stefanie, pan umiera." Do takiej wiedzy przygotowuje się chorego długo,
    już na etapie diagnostyki stopniując słowa o dużym nośniku negatywnych
    informacji "choroba-ciężka choroba-choroba nowotworowa-złe rokowanie". A już to
    "wszystko co teraz robisz jest bez sensu" zupełnie mnie zmroziło - a może
    wszystko co teraz robisz ma podwójny sens? A może umierający chciałby zabrać
    żonę na kolację i powiedzieć jej jak bardzo ją kocha po raz pierwszy od wielu
    lat niezdawkowo? A może zamiast wakacyjnej wycieczki w góry, mógłby już teraz
    pojechać tam, gdzie zawsze marzył, żeby pojechać, a zawsze to odkładał?

    Mysle, ze
    > kazdy kto ma ochote uswiadamiac chorego o beznadziejnosci jego
    > sytuacji powinien postawic sie na jego miejscu i zastanowic czy
    > chcialby sam wiedziec bedac na jego miejscu.... Ja uwazam, ze nikt z
    > nas nie moze odbierac nikomu nadzieji, nie mamy do tego prawa bo to
    > nie my decydujemy o zyciu i smierci.

    My wszyscy jesteśmy śmiertelni. Umiejętne powiedzenie komuś, że jest śmiertelnie
    chory nie oznacza odebrania nadziei. I trzeba się też dobrze zastanowić, czy ta
    "nadzieja" i zwłaszcza ta "walka", którą wszyscy tu tak gloryfikują rzeczywiście
    jest dla chorych, czy nie jest przypadkiem dla ich rodzin. I czy niektórzy z
    chorych nie podejmują heroicznej, SAMOTNEJ, walki o zachowanie pozorów, chociaż
    dobrze wiedzą, jakie jest rokowanie, tylko i wyłącznie po to, żeby nie zasmucać
    rodziny, która cały czas mówi "walcz, walcz, Ty wcale nie umrzesz". Może czasem
    bardziej jest im potrzebna rozmowa o śmierci, niż o złudnej nadziei na życie.

    Wcale nie mówię, że podejmujecie złą decyzję. To Wy jesteście w centrum
    sytuacji, a jak bardzo mądrze zauważyła aron - zawsze należy sytuację choroby
    rozpatrywać indywidualnie. Chcę tylko zwrócić uwagę, że sprawa nie jest tak
    czarno-biała i nieskomplikowana, jak Ci się wydaje.
  • 20.01.08, 16:03
    Mam wrazenie, ze tylko jednego nie bierzesz pod uwage. Otoz tego, ze
    sam zainteresowany wielokrotnie powtarza, ze nie chce wiedziec jak
    dlugo to bedzie trwalo, ile zycia jeszcze przed nim. Mysle, ze kazdy
    chory zdaje sobie dobrze sprawe z powagi sytuacji w jakiej sie
    znalazl i sam dobrze wie jak ma ochote wykorzystac ten pozostaly
    czas, a my jestesmy od tego zeby mu w tym pomoc. Jesli natomiast
    chodzi o dlugotrwaly proces przygotowywania chorego do przekazania w
    delikatny sposob tej wiedzy przez lekarzy to ja sie z tym nie
    spotkalam. Nie twierdze, ze to sie nie zdaza, ale mi nie dane bylo
    skorzystac z opieki empatycznych lekarzy.
  • 20.01.08, 16:31
    Otoz tego, ze
    > sam zainteresowany wielokrotnie powtarza, ze nie chce wiedziec jak
    > dlugo to bedzie trwalo, ile zycia jeszcze przed nim.

    I nikt mu tego nie będzie w stanie powiedzieć, nawet jeśli by chciał. Ale
    przecież nie wydaje mi się, żeby jacyś lekarze czyhali na niego z fałszywą z
    założenia informacją " Panie X, pożyje pan jeszcze dwa miesiące i osiem dni". A
    przecież piszesz:

    "My
    oszczedzamy tacie pelnej wiedzy o rokowaniach i szansach na
    wyleczenie. Oczywiscie za kazdym razem staczamy o to batalie z
    kazdym napotkanym lekarzem."

    O co więc konkretnie ta batalia? Co takiego chcą powiedzieć lekarze?

    Jesli natomiast
    > chodzi o dlugotrwaly proces przygotowywania chorego do przekazania w
    > delikatny sposob tej wiedzy przez lekarzy to ja sie z tym nie
    > spotkalam. Nie twierdze, ze to sie nie zdaza, ale mi nie dane bylo
    > skorzystac z opieki empatycznych lekarzy.

    Przykro mi. Nie powinno tak być.
  • 20.01.08, 17:10

    >
    > I nikt mu tego nie będzie w stanie powiedzieć, nawet jeśli by
    chciał. Ale
    > przecież nie wydaje mi się, żeby jacyś lekarze czyhali na niego z
    fałszywą z
    > założenia informacją " Panie X, pożyje pan jeszcze dwa miesiące i
    osiem dni".

    Na to jak lekarze szafuja swoimi opiniami, czesto pochopnie, bylo
    juz wiele dowodow. Okolo dwa mieisace temu ogladalam w tv reportaz a
    czlowieku, ktory ma nowotwor i lekarze bez ogrodek powiedzieli mu,
    zeby pozalatwial swoje sprawy bo za dwa miesiace nie bedzie go wsrod
    zywych. Facet niewiele myslac przepisal swoj dobytek konkubinie,
    ktora szybciutko wprowadzila sie do niego ze swoja rodzina. I tak
    zaczelo sie pieklo tego czlowieka bo nie ma prawa do korzystania ze
    swoich dobr i siedzi praktycznie w jednym pokoju. Mozna powiedziec,
    ze owszem facet naiwny, ale czyja to wina, ze podjal taka decyzje?
    Szkoda, ze nikt nie ponosi odpowiedzialnosci za wypowiadane slowa bo
    facet zamiast 2 miesiecy zyje juz dwa lata i ma sie na szczescie
    dobrze.
    Z cieplych opnii lekarskich moge Ci wymienic- prosze sobie poszukac
    jakiegos onkologa i byc przygotowanym na to, ze to bedzie
    blyskawicznie postepowalo. Na pytanie gdzie szukac tego onkologa
    odpowiedz byla- nie wiem. I nie mowil tego bynajmniej internista z
    osrodka na prowincji tylko lekarz o duzej slawie. Nie mowie juz o
    prawie do dyskrecji ( w karcie praw pacjenta jest pieknie opisane to
    prawo) i tym, ze jestesmy uswiadamiani w przelocie na korytarzu badz
    na sali w obecnosci wszystkich chorych i osob odwiedzajacych.
    W tym momemcie mysle, ze nie ma sensu dalsze roztrzasanie tego
    tematu z mojej strony, kazdy z nas ma prawo miec swoje zdanie i ja
    trzymam sie swojego szanujac oczywiscie Twoje.
  • 19.01.08, 20:58
    Witaj,
    Moja Mama chorowała na tego samego raka. Jeżeli chcesz to wpisz w wyszukiwarkę
    mój login i pojawią się posty, które były związane z moimi obawami, prośbami jak
    reagować na pewne przypadłości, jakich używać lekarstw. Mamie dawano od 6
    miesięcy do 2 lat od diagnozy - powiedział to lekarz mojemu tacie. Nie mieliśmy
    odwagi tego powiedzieć Mamie. Potem okazało się, że ona wszystko wiedziała -
    zapytała wprost lekarza. Ale to nie znaczy, że nie walczyła, że straciła
    nadzieję. To była nasza wspólna droga, która trwała 9 miesięcy.
    Co do bólu - ból fizyczny jest do opanowania - teraz są już takie środki...
    Gorzej z bólem psychicznym - dlatego tak ważne jest abyście byli obok niej.
    Rozmawiali, walczyli a kiedy się poczuje lepiej (w tej chorobie to też ma
    miejsce) - po prostu cieszyli się każdym dniem. Jeżeli chcesz porozmawiać to
    jestem pod gg 8252422. Jestem z Warszawy a Mama była leczona w Centrum Onkologii.
    Trzymaj się ,
    Justyna
  • 20.01.08, 11:32
    >I przychodzi lęk, strach czy będę miał na
    tyle siły by przejść z nią na drugą stronę.

    Pomyśl o tym trochę inaczej - śmierć to najbardziej oczywisty i naturalny
    element życia. 60 lat to wcale nie tak mało. Pomyśl jak straszne byłoby, gdybyś
    to Ty umierał w samotności i pomyśl, jak dobrze byłoby mieć kochających Cię
    ludzi przy sobie. Pewnie, że będziesz miał siły - codziennie znajdują je w sobie
    miliony ludzi. A póki co, na ile to możliwe, spróbuj się jeszcze pocieszyć tym,
    że mama jest i dać jej tyle życia, ile jest możliwe. Pozdrawiam Cię serdecznie.


    O jedno jedynie proszę by nie
    musiała cierpieć.

    A więc, wracając do głównego tematu wątku, pomyśl wcześniej o dobrej opiece
    hospicyjnej - jeżeli to możliwe, o hospicjum domowym, bo w takich jednostkach
    pracują specjaliści od walki z bólem, dusznością i wszelkimi innymi złymi
    objawami chorób w stanie terminalnym.
  • 20.01.08, 16:39
    włącze się i ze swoją sugestią.... przede wszystkim sam musisz
    szukac wiedzy na temat leczenia bólu , wymiotów ,pracy nerek ,na co
    byc wyczulonym i o wszystko pytac lekarza. W tej chorobie w jednej
    chwili człowiek czuje sie dobrze za parę minut jest żle, wszystko
    zmienia się jak w kalejdoskopie.
    Mój tato był od razu poinformowany bez żadnych ogródek o swojej
    chorobie , przerzutach i rokowaniu przez ordynatora oddziału chorób
    płuc zaraz gdy przyszły wyniki.Pani doktor nawet nie wysiliła się na
    stopniowanie negatywnych wiadomości, wywaliła kawę na ławę jakby
    mówiła o pogodzie na następny dzień.
    Opieka hospicyjna...rzeczywistośc tutaj nie wyglada dobrze.
    Lekarzowi niejednokrotnie sama mówiłam żeby zmienił leki , przepisał
    leki w kroplówce , gdy tato nie mógł łykac,. Moja walka o życie taty
    była walką z lekarzami o pomoc. Fakt,że pacjent ma raka płuc w
    zaawansowanym stadium dla lekarzy,i tych z opieki hospicyjnej znaczy
    tyle co przepisanie leków przeciwbólowych ,gdy było zle i dzwoniłam
    po pomoc a pani doktor odpowiadała ,że tato umiera a ona nie
    przyjedzie,bo teraz nie może. Wzywałam pogotowie gdzie się
    okazywało ,że tato miał spadek cukru i po podaniu glukozy dochodził
    do siebie.
    TO nie była przecież juz walka o cudowne leki ..., tylko godne
    przetrwanie ostatnich , dni bez bólu , bez męczących wymiotów, a ja
    byłam przy nim, patrzyłam na jego walkę i co ...moze miałam mówi to
    nie ma sensu , nie róbmy następnych badań, bo tylko sie zmęczysz
    niepotrzebnie.
    Mój tato był człowiekiem energicznym ,mądrym ,oczytanym ,świadomy
    swojej choroby, ale nadzieja którą miał w sobie promieniowała na
    nas , nie pozwalała bym usiadła .Martwił się że przez chore serce
    nie może wziąc następnego kursu chemii.
    Walka tak !to walka o godne przetrwanie , komfort życia , uśmiech.
    Życzę przede wszystkim życzliwych lekarzy, nadziei , usmiechu na
    twarzy mamy ,a siła przyjdzie, dasz radę. Pozdrawiam.
  • 20.01.08, 17:15
    Witaj.
    Obecność na tym forum jest poniekąd spowodowana próba zdobycia wiedzy, nie
    medycznej, ale tej potrzebnej w byciu z osobą, którą dopadła ta straszna
    choroba. Jestem wdzięczny za to, że dzielicie się z mną wszystkim przez co
    przeszli Wasi bliscy i Wy sami. I dziękuję za wszystko. Jutro odbieram mamę ze
    szpitala po I-szej chemii. A jeszcze 3 tyg. temu rak i wszystko z co z nim
    związane był pojęciem tak abstrakcyjnym. Jeszcze raz dziękuje.
  • 20.01.08, 17:16
    Aajka podpisuje sie dwoma rekami pod tym co napisalas, jesli sami
    nie wychodzimy, wyzebramy pewnych rzeczy to nawet na przyjazd
    pogotowia liczyc nie mozemy bo do "rakow nie przyjezdzaja". Ja
    uslyszalam niedawno taka opinie- prosze pani, gdybysmy tak dalece
    zajmowali sie diagnostyka to sluzba zdrowia poszlaby z torbami. Nic
    dodac nic ujac.
  • 20.01.08, 17:40
    Witaj
    Nie chciałbym by znowu to co jest powodem mojej obecności z Wami stało się
    następnym tematem do polemiki na temat, który może jest ważny ale nie był moja
    intencją. Tak jak ocena moralna mówić czy nie. Masz racje, gdyby 8 miesięcy
    pulmunolg mając zdjęcie RTG na którym były już wyraźnie widoczne zmiany
    nowotworowe nie zapytał " i z czym pani do mnie tu przyszła" przypisując jakiś
    lek w respiratorze na zapalenie oskrzeli, sytuacja medyczna mojej mamy wyglądała
    być może całkiem inaczej. Dziś pisałbym o resekcji płuca. Jak wygląda opieka
    medyczna w RP tez mam pełną wiedzę. Czytając to co piszecie o swojej walce z
    rakiem jest dla mnie bezcenne. Tak samo jak Wasza wiedza i doświadczenie
    okupione Waszymi z każdym z osobna wielkim dramatem, jest potrzebna takim osobom
    jak mi teraz, stojącemu na początku tej drogi. Wierzcie mi, Wasza życzliwość
    zainteresowanie taka jaką np. otrzymałem od osoby o niku justa74 jest równie
    porażająca w swym dobrym obliczu jak sama choroba.
  • 20.01.08, 17:54
    Aaron, faktycznie moze zbyt osobiscie podeszlam do tego watku, ale
    sam zaczynasz wiedziec co znaczy zetkniecie sie z ta cholerna
    choroba. Twoja mama mialaby wieksze szanse na wyleczenie gdyby 8
    miesiecy temu ktos bardziej pochylil sie nad jej wynikami badan i
    nie bagatelizowal ich. Moj tata nie znalazlby sie w takiej sytuacji
    gdyby zaraz po operacji raka prostaty w 2004 rok zostal skierowany
    pod opieke onkologow i raz na jakis czas mial zlecone podstawowe
    badania. U kogos kto pali papierosy znacznie czesciej mozna sie
    spodziewac zmian w plucach i innych narzadach, ale moj tata zostal
    skierowany pod opieke internisty w rejonie i tyle. Przeczytaj sobie
    moj post w "jak to sie wszystko zaczelo" i zobaczysz, ze moj tata
    majac raka prostaty tez nie chcial znac calej prawdy, nikogo nie
    prosil o wyjawienie mu wszystkich szczegolow choroby. Mysle, ze ze
    swiadomoscia powagi sytuacji czy bez stawial czolo chorobie z taka
    sama sila. Trzymaj sie cieplo!
  • 20.01.08, 21:17
    Witam,
    My ciągle walczymy. Tato jest w podobnym wieku do Twojej Mamy, ma 56 lat. Diagnozę postawiono w czerwcu. Już wtedy rak był zaawansowany,plus zespół żyły głównej. Przeszedł 2 chemie. Zniósł je bardzo dobrze, ale u niego chemia nie pomogła. Ostatnią miał w sierpniu, potem w październiku naświetlania. I muszę Cię pocieszyć, że tato ciągle jest z nami. Guz nie rośnie, są problemy oddechowe, ale da się z tym żyć. Tato wie wszystko o swojej chorobie, ale on jest silny psychicznie i od początku lepiej zdawał sobie sprawę ze swego stanu niż my. Nie ukrywam przed nim prawdy, ale też nie mówię o szczegółach choroby, o tym co wyczytam, o tym czego dowiem się tu na forum. Jesteśmy zapisani do hospicjum domowego i może dlatego że mieszkamy w małym mieście gdzie wszyscy się znają, to opieka jest bardzo dobra. Żyjemy z tą chorobą już 8 miesięcy, ciężko jest, ale bałam się, że nawet tyle nie będzie nam dane.
    Staramy się żyć normalnie, i mam wielką nadzieję, że tato będzie z nami ja najdłużej.
    Pozdrawiam, Agnieszka
  • 20.01.08, 22:12
    Witaj Aga
    z góry przepraszam za pytania, nie mam na celu niczego porównywać a jedynie
    samemu się zorientować w tej chorobie. Moja mama ma raka już z przerzutami z
    lewego na prawe płuco plus drobne przerzuty na węzły chłonne środpiersie.
    Wykryto w lewym płucu 2 zmiany nowotworowe jeden daje wysięk. Dzis skończyła
    I-szą chemię, juro przywożę ją do domu. Psychiczne trzyma sie b. dobrze bo
    nadzieję na życie. Diagnoza tego raka to najwyżej parę miesięcy w/g lekarzy i to
    opcja optymistyczna. My mamy nadzieję na więcej. Pobyt w sanatorium zabrał jej
    sporo czasu. Leczono ją cięgle na stany zapalne oskrzeli na przewlekłe zapalenie
    płuc a sanntarium miała zabiegi wysiłkowe. Rak w naszej rodzinie to standard ale
    nie w tak młodym wieku. Czy staraliście się
    o Selol? U Twojego taty nastąpiły dalsze przerzuty?

    Trzymaj się Aga

    Artur
  • 21.01.08, 10:21
    Witaj Artur, widzialam, ze w poprzednim poscie pytales o Selol. Ja
    juz od dawna sie nad nim zastanawiam i pytalam kilku lekarzy o
    opinie. Niestety kazdy z nich strasznie neguje zasadnosc jego
    przyjmowania, slyszalam nawet opinie, ze gdyby byl to taki cudowny
    lek to pomysl zostalby podkupiony przez Amerykanow i nikt nie
    zajmowalby sie badaniami nad tym juz tyle lat. To mnie calkowicie
    zdezorientowalo...
  • 21.01.08, 14:49
    Selol w naszym przypadku dał nam wiele nadziei ,tato juz nie
    wstawał . Pojechałam po selol do dr. oczywiście pytajac się i
    lekarza prowadzącego i dr. z hospicjum czy może przyjmowac
    preparat.Albo nie słyszeli albo mówili ,że w tym przypadku to nawet
    rumianek można podawac jako lek. Nie zważajac na lekceważace opinie,
    tato przyjmował selol , który jeszcze budził w nim nadzieję ,
    cieszył się że może go brac, że przyczyni się w ten sposób też do
    badań nad tym preparatem . dodatkowo dr. mówił żeby nacierac nim
    miejsca zmienione nowotworowo , czyli przrzuty do kości,są już
    potwierdzające wyniki badań o jego skuteczności .I tak też
    robiłam.Jednocześnie trwają badania nad selolem w kilku osrodkach na
    świecie.
    Selol nie można przyjmowac z chemią (gdzie jednym ze składników
    jest cispaltyna)Trzeba odczekac pewien czas.
    Rak niedrobnokomórkowy z tego co wiem jest mniej inwazyjny i
    postępujący niż drobnokomórkowy(u mojego taty),przy tym jeżeli można
    go jeszcze usunąc operacyjnie to jeszcze więcej jest szansy na
    dłuższe przeżycie.
    Pozdrawiam .Asia
  • 21.01.08, 20:01
    Witaj

    Niestety nie jest operacyjny za późno.Dzisiaj zabrałem mamę po I-szej chemii.
    Wie, że ma przerzuty. Pomimo ustaleń przy wypisie dano jej kartę choroby. Mama
    na szczęście traktuje chemię jako odpowiedź na przerzut i czeka na operację.
    Trzyma się dzielnie, następna chemia 06.02 i chyba już ostatnia. Jakie
    dawkowanie przyjmuje tato Seolu?
    Trzymaj się Asiu

    Pozdrawiam.

    Artur
  • 21.01.08, 17:53
    Chętnie pomogę. Ja również szukałam i ciągle szukam informacji. U taty to konkretnie gruczolakorak płuca i oskrzela prawego. Ma też zespół żyły głównej. W sierpniu kiedy wypisano go z pulmonologii, po 2 chemiach, tomografia wykazała przerzuty do wątroby i nadnerczy. Jednak nie jestem pewna gdyż tata nie chciał tego diagnozować, nie chciał dokładniejszych badań. Powiedziano mu w sierpniu, że w ciągu kilku tyg. jego stan się pogorszy. Jednak do teraz nic się nie działo. W październiku miał naświetlania w Centrum Onkologii w Bydgoszczy. Robiliśmy rtg w styczniu i guz nie wzrósł. To daje nadzieję, tyle, że problemy z oddychaniem są, z powodu stanu zapalnego oskrzeli. Antybiotyki za bardzo nie pomagają. Od 3 dni ma też problemy z chodzeniem, boję się,że to przerzut. Strasznie się boję, że jak będzie musiał leżeć w łóżku to się podda...
    Nie starliśmy się o selol.
    Agnieszka
  • 21.01.08, 23:08
    Będę jednak upier...wa Artur próbowałeś skonsultowac diagnozę o
    nieoperacyjności z innym onkologiem ?
    Może warto , może niech jeszcze jakis dobry specjalista się wypowie
    na ten temat.
    Mój tato nieżyje. Przegraliśmy ta walkę
    Od dnia kiedy stwierdzono u niego raka płuc ale drobnokomórkowego
    z przerzutami do wątroby przeżył tylko 3 miesiące i 10 dni.Nie
    wierzyłam ,że tak szybko nas pokona. Tato miał zawał w trakcie
    pierwszej chemii i to zabrało nam szanse na leczenie onkologiczne i
    dalsze kursy.
    Dawkę selolu dr. ustala dla każdego indywidualnie w zależności od
    stopnia zaawansowania choroby i wagi ciała.
    Pozdrawiam .Trzymam kciuki za wszystkich . Asia
  • 22.01.08, 00:49
    Witaj Asiu.

    Mama jest dziś po I-szej chemii, wiesz ile bym dał by ten cholerny rak był
    operacyjny, a nie czytał "złe wartości spirograficzne oraz zaawansowane zmiany
    (przerzuty do płuca prawego) uniemożliwiają podjęcie leczenia operacyjnego".
    Naturalnie po tych dwóch chemiach zrobimy ponowne badania, pełna diagnostykę.
    Zrozum dla mnie jest to nie pojęte, że tutaj wystarczyło prawidłowo zdiagnozować
    zdjecie RTG
    (gdzie student medycyny określiłby zmiany) w marcu, prawie cały rok pozwolono na
    rozwój raka a dziś była by po operacji. Widzisz rak niedrobnokomórkowy jest
    "lepszy" w leczeniu bo operacyjnemu dając większe szanse pod jednym warunkiem
    braku przerzutów na inne narządy. Ja miałem nadzieję, że sie najwyżej przerzuci
    w obrębie tego samego płuca. Jest inaczej, ale czytając o Waszej walce, wiem, że
    walczy sie do końca.

    Dziękuję Joanno. Artur
  • 22.01.08, 10:10
    to co teraz przechodzisz, ja przeszłam kilka miesięcy temu. I może
    trudno w to uwierzyć, ale wydaje mi się, że sytuacja Twojej mamy
    jest lepsza niż mojej, bo moja chemii nie doczekała. Od wstępnej
    diagnozy wydanej przez "zwykłego" chirurga żyła 3 miesiące i 13 dni.
    Trzy tygodnie później diagnozę potwierdził onkolog, ale nie to było
    najgorsze, że to rak (bo z nim można walczyć, można próbować, jeśli
    ma się szansę); najgorsze było to, że nie można zrobić operacji.
    Pamiętam, jak pani doktor weszła do gabinetu po obejrzeniu zdjęć TK
    (jeszcze nie było opisu,)zrobiła smutną minę i pokręciła do mnie
    głową. Jak dobrze, że mama tego nie widziała.Od tamtej pory mamusia
    żyła nadzieją, bo bardzo, ale to bardzo chciała żyć. I prawie
    wszystko wiedziała o swoim stanie, zadawała pytania lekarzom, mi; a
    ja nie bardzo umiem kłamać, więc przekazywałam jej część prawdy,
    dawkowałam to i starałam się od razu podać dobrą nowinę, dać
    nadzieję. Myślę, że lekarze nie wszystko jej jednak mówili.To
    dobrze. Wydaje mi się jednak, że nawet kiedy nie mówimy bliskim, co
    się z nimi dzieje, oni i tak się tego domyślają,ale nie przyznają
    sie do tego. Raz mama powiedziała mi, że nie chcce mi się żalić, bo
    ja i tak przez nią nie śpię w nocy, nie jem i płaczę po cichu-a
    wydawało mi się, że nieźle się z tym kryję. Pocieszam się tym, że
    pomimo zaawansowania choroby i ogromnej inwazyjności tego nowotworu
    (rak pęcherzyka żółciowego) ona żyła jednak nadzieją. Była w tym
    lepsza niż ja-po ostniej wizycie w COI (pierwszej u chemioterapeuty)
    myślę, że się załamała (lekarz wyprosił ją z gabinetu bo nie ma
    jeszcze wyniku a mi kazał zostać-powiedział mi,że chemii nie będzie,
    bo NFZ nie refunduje chemi dla tego nowotworu).A potem mama wprost
    zapytała się mnie, ile daje jej ten lekarz. Ale w domu po 2
    godzinach powiedziała "Może nie ma się co martwić na zapas-jak
    będzie wynik, pójdziemy do profesora". Tydzień później trafiła do
    szpitala w ciężkim stanie. Nie doczekała wyniku, nie doczekała
    dobrej nowiny-miała dostać chemię, bo w dniu jej śmierci wywalczono
    program leczenia dla jej raka w NFZ.
    Teraz minęło już 3 miesiące, jak jej nie ma. Ja w myślach szukam
    winnych. I choć wiem, że mamy rak jest podstępny, że nie daje
    żadnych oznak, to jednak mam pretensje do lekarza. Bo przecież mógł
    jej powiedzieć 2-3 lata temu, kiedy wykryli kamienie na woreczku,że
    trzeba go usunąć nie tylko ze względu na same kamienie ale właśnie
    ze względu na raka. Że rak-rzadko, bo rzadko, może się pojawić.
    Wtedy na pewno mama poszłaby na operację,bo jej koleżanka zmarła na
    to samo,ale my o tej chorobie nic nie wiedzieliśmy; przecież tyle
    ludzi latami żyje z kamieniami na woreczku i nic się nie dzieje.
    Ponadto w kwietniu mama była na USG, gdzie wyszedł nieciekawy obraz
    wątroby a radiolog zalecił TK-lekarz rodzinny mamy na badanie nie
    skierował tylko powiedział "trzeba zrobić porządek z tymi
    kamieniami"-tylko tyle zamiast "musi pani natychmiast iść na
    operację".
    Arturze. Jesteś w bardzo trudnym położeniu. Wiem co czujesz i mam
    nadzieję, że nigdy już nie będę tego czuć. Starch i bezradność
    rządzą teraz Twoim życiem. A Ty musisz być przy mamie. Siłę
    znajdziesz na pewno. Nie wiem skąd ona się bierze, ale człowiek może
    znieść jednak wiele, kiedy ktoś bardzo bliski jest bardzo chory.
    Szukaj pomocy może u innych lekarzy. Oni różnie reagują-jeden chce
    zaryzykować, inny mówi "nie ma sensu". Lekarz opiekujący się mamą w
    szpitalu na Ursynowie powiedział,że drugiej endoskopii nie da się
    raczej zrobić, a jego zwierzchnik, profesor do którego chodziliśmy
    prywatnie z kolei stwierdził,że to jest najmniejszy problem,bo można
    zrobić endoskopię przezskórną.
    Życzę Twojej mamie powodzenia. A Tobie siły i wytrwałości.
    Pozdrawiam
    Ewelina
  • 22.01.08, 13:57
    Arturze, mozesz tez wyszukac moje posty sprzed roku. Moj Tata walczyl z ta sama choroba i mialam wtedy mnostwo pytan. Niektore posty moga dotyczyc raka prostaty bo tego najpierw zdiagnozowano u mojego Taty. Dopiero cztery miesiace pozniej lekarze raczyli wypatrzec guz o rozmiarach 9x10x11 cm! A byl on juz widoczny rok wczesniej na regularnie, co miesiac powtarzanych zdjeciach RTG. Z tym ze ja wtedy w kwestii raka bylam totalnie zielona a lekarz co wizyte powrarzal mojemu Ojcu, ze nie moze sie nadziwic jak po tylu latach palenia mozna miec pluca w tak dobrym stanie. Tak minal rok a guz rozrosl sie do czwartego stadium i nikt juz nie patrzyl czy liczne przerzuty w calym ciele pochodza z pluc czy z prostaty. Zadne leczenie praktycznie nie bylo mozliwe.

    Pozdrawiam Cie serdecznie. trzymaj sie.
    Kasia
  • 23.01.08, 01:19
    Witaj Joanno.

    Tak, zrobiłem to dzisiaj tzn 22.01. Wróciłem po 22 ze szpitala. Teraz już
    jesteśmy na etapie godnego odejścia mamy. Zostało jej parę tygodni życia. Wyniki
    spirometrii nie pozostawiają złudzeń. Nawet jakby nie miała tych przerzutów, nie
    ma szans. Wynik poniżej 50% a dokładnie 43%. Nawet jakby zrobili resekcje płuca
    to na 20% nie dałaby rady żyć. Rak jest w ostatnim stadium. Teraz to już
    leczenie bólu i godne odejście. Nie mam siły już dziś więcej napisać.

    Dziękuje.

    Artur
  • 23.01.08, 10:05
    Artur,
    Nie zalamuj sie, moze w wyniku zastosowanej chemioterapii guz sie
    zmniejszy i wydolnosc pluc tez sie podniesie. Tego nie wie nikt i
    nie mozemy tracic nadziei. U nas na przyklad dzisiaj okazalo sie, ze
    jest odpowiedz na leczenie chemia tak wiec glowa do gory!!!
  • 23.01.08, 12:20
    Artur
    tak jak napisała osoba przede mną moze byc odpowiedż na chemię i
    nowotwór się zmniejszy . Pokażą to badania.U mojego taty też się po
    pierwszej chemii zmniejszył guz,tylko tato przeszedł wtedy zawał
    miał koronografię i nie mógł przyjmowac następnych kursów ani
    naświetlań ze względu na serce. Jest nadzieja! Nie trac jej. Nikt z
    nas , ani lekarzy nie wie przecież jak będzie dalej, każdy jest inny.
    Jak Twoja mama się czuje, jak jej nastrój po chemii?
    Pozdrawiam .Asia
  • 23.01.08, 17:24
    Witaj Joanno.

    Nastrój wspaniały, nie poddaje się. Ma duży apetyt, bierze środek przeciw
    wymiotom, więc je wszystko co można. Zmieniła się, wyciszyła. Jedyna dolegliwość
    to ból lewej strony ciała. Pilnujemy by piła dużo płynów. Nawet bardzo znacząco
    ograniczyła palenie. Jak na nią to już jest cud. Zwiększyliśmy dziś dawkę
    tramalu do 200. Jak nie pomoże przejdziemy na coś silniejszego albo plastry, ale
    to już uzgadniam z lekarzem prowadzącym. Bardzo wierzy w tę chemię. Podziwiam
    ją. Prowadzi normalny tryb życia, no może trochę sie podniósł standard ale jak
    to z chorym. Bardzo uważnie słucha wszystkiego co się mówi o jej chorobie. I
    jest bardzo zdyscyplinowana. Zamieszkała z nią jej siostra więc nie jest sama.
    Jak na nią patrze to jakby nie było choroby. Pozostaje jedynie nasza jej
    świadomość. Jest tak źle, że jestem już wstanie we wszystko uwierzyć. Ta
    cholerna niska życiowa wydolność płuc, bez tego raka jest na granicy życia. Całe
    życie miała problemy ze zdrowiem i pomimo palenia dbała o nie, okresowe badania
    i zawsze pod stałą opieką. Nigdy nie znosiła tak dobrze żadnej choroby jak
    teraz. Rak jest w ostatnim stadium wiec się otworzył jak mi tłumaczono to z
    drugiej strony dobrze po jest bardziej podatny na działanie chemii.
    Staram się myśleć jak ona. Ze strony medycznej zapewniliśmy wszystko. W razie
    pogorszenia od razu trafi na oddział gdzie już wszystko zapewnione.

    Dziękuje Asiu.

    Ps.
    Teraz ważna jest ona. Tak bardzo bym chciałbym pisać same dobrze rzeczy.
  • 23.01.08, 17:28
    Dziekuje.

    Mam nadzieję, ze się zmniejszy, ze wysuszy wysięk. Dzięki Wam, że walczy się do
    końca nawet jak ten koniec jest bliski.

    Ps.
    Jak masz na imię, bo chciałbym ci imiennie podziękować ze wszystkie słowa
    wsparcia jakie otrzymuję od Ciebie. Cieszę się, że u Was jest poprawa, dziś wiem
    co to znaczy.

    Trzymajcie się

    Artur
  • 23.01.08, 17:41
    Dziekuje.

    Mam nadzieję, ze się zmniejszy, ze wysuszy wysięk. Dzięki Wam, że walczy się do
    końca nawet jak ten koniec jest bliski.

    Ps.
    Jak masz na imię, bo chciałbym ci imiennie podziękować ze wszystkie słowa
    wsparcia jakie otrzymuję od Ciebie. Cieszę się, że u Was jest poprawa, dziś wiem
    co to znaczy.

    Trzymajcie się

    Artur
  • 23.01.08, 19:08
    Artur, jesli zwracasz sie do mnie w swoim ostatnim poscie to nazywam
    sie Ania.
    Masz racje, trzeba cieszyc sie z kazdego malutkiego nawet kroku do
    przodu, to duzo daje i na pewno mocno podnosi morale. My
    uslyszelismy dzisiaj, ze jest lepiej bo rak zareagowal na chemie.
    Brzmi to dosyc enigmatycznie bo zadnych szczegolow nam nie podano,
    ale w sytuacji kiedy tylko 40% chorych reaguje na chemioterapie ( to
    uslyszalam od lekarza, nie jestem taka madra) jest to wielki sukces
    i trzeba trzymac kciuki o dalsze powodzenie leczenia. Swoim
    pozytywnym mysleniem tez wiele mozemy zdzialac. Na poczatku naszej
    historii bardzo sie balam nawet mysli o chemioterapii kojarzac ja z
    rzecza ostateczna, ktora wykancza, ale w tej chwili widze sporo
    pozytywow. Pozdrawiam niezmiennie trzymajac kciuki za wyleczenie
    Waszych bliskich.
  • 23.01.08, 19:21
    Witaj Aniu

    Tak, zwracałem się do Ciebie, nie wiem dlaczego nie podpięło tego pod Twoja
    wypowiedź. Jeżeli stwierdzili, że rak zareagował na chemię tzn. chemia działa na
    niego, niszcząc jego komórki. Dzisiaj lek. prowadząca podtrzymywała mnie na
    duchu bo ma pacjentkę w takim samym stanie co moja mama. I prognozy były takie
    same. Ta osoba jest już po 6 chemii i dziś opuściła szpital. Wiesz tutaj
    walczymy o każdy już miesiąc, tydzień czy dzień. I o tzw. godne i bezbolesne
    odejście. Docenia się czas który pozostał naszym bliskim. Nigdy tak długi nie
    stawał sie tydzień czy miesiąc. Nie ma co prawda mowy o wyleczeniu w naszym
    przypadku ale co innego staje się już ważne.

    Trzymaj się Aniu
  • 23.01.08, 21:08
    Moze faktycznie o wyleczeniu nie ma mowy, ale moza opoznic rozwoj
    choroby, zatrzymac ja chociaz na jakis czas.. Nie wiem czy dotarles
    do watku napisanego przez Jedrucha o drobnokomorkowym raku pluc?
    Opisal on przypadek pacjenta od 8 lat chorujacego na
    drobnokomorkowego raka, facet przeszedl chemioterapie, radioterapie
    i zyje. Wiem, ze nie nalezy chwalic dnia przed zachodem slonca, ale
    jednak ten czlwiek zyje juz 8 lat.. I niby dlaczego nie mialaoby to
    nas spotkac??? :-)
  • 23.01.08, 23:56
    Witaj Aniu

    tak Aniu jak mówimy drobnokomórkowym gorzej kiedy ma się niedrobnokomórkowego.
    Trzymam kciuki za Twojego tatę, masz rację zatrzymać może nie zatrzymamy tak jak
    nie wiemy ile my nie mający raka, będziemy żyli. Ważne teraz jest jakość tego
    życia a nie jego długość. Ważne jak przechodzimy przez to z naszymi bliskimi. I
    tutaj nie będzie przegranych. Chociażby to kiedy mówię komuś, że życzę mu aby
    udało się pokonać tę chorobę, to nie są już jedynie słowa ale naturalna i
    szczera chęć tego życzenia. Bo sam chciałbym by mi tego życzono. Pozdrów tatę od
    mnie ok kogoś kto walczy z ta cholerną chorobą o równie mu bliską osobę.

    Głowa do góry Aniu.

    Artur
  • 24.01.08, 14:28
    nie wiem co Ci napisać,może tak, w mojej rodzinie bardzo bliska mi
    osoba bardzo młoda ,zachorowała na raka złośliwego ,mięsaka .lekarze
    dawali jej jej rok życia ,zyła dłużej z przerzutami na płuca zyła
    ponad rok między czsie pojawiał się płyn ,który odciągano .Do czego
    zmierzam ,do tego że nie wolno się poddawac każdy przypadek jest
    inny .W tym przypadku lekarze stwierdzili,że to siła ,chęc zycia
    pozwoliła jej trwać........miała 18 lat
    czy można przygotować się na odejście bliskiej osoby ,można,choroba
    stopniowo pozwala się z tym oswoić ,aż w końcu przychodzi chwila w
    której patrząc na cierpienie bliskiej osoby ,mowisz dośc ......
    a ten czas to niewiadoma i póki co trzebA walczyć bo każda chwila
    jest droga .Tak szybko nawet w tej chorobie się nie umiera .Wiem co
    piszę ,w mojej rodzinie chorowało sześc osób ..........pozdrawiam
  • 24.01.08, 22:36
    Nie potrafię zgodzić się z teorią, że na śmierć bliskiej osoby można
    się przygotować, że choroba stopniowo pozwala się z tym oswoić. Może
    tak by było, gdyby wszyscy chorzy cierpieli, a śmierć była wyłącznie
    wybawieniem. A przecież sama dobrze wiesz, że nawet w chorobie
    nowotworowej nie każdy ma dokuczliwe dolegliwości. Bywa że ktoś mimo
    zaawansowanego raka żyje zupełnie normalnie. Co człowiek, to
    historia. A nawet jeśli ktoś nam bliski cierpi okropnie, rozsądek
    mówi nam że śmierć jest dla niego lepszym wyjściem, ale serce
    buntuje się przeciwko temu. Na śmierć ukochanej osoby, nawet jeśli
    ma ona 100 lat zawsze jest za wcześnie i zawsze się ma nadzieję że
    uda się ukraść się jeszcze trochę czasu
  • 24.01.08, 23:25
    Witaj,

    wiem, że każdy inaczej przechodzi tę chorobę, każdy jest inny i niepowtarzalny.
    Serce zawsze będzie się buntować przed stratą i zawsze jest za wcześnie. W
    tamtym roku odszedł mój dziadek, był wspaniałym człowiekiem, kochałem go
    bardziej niż własnych rodziców. Siedząc przy jego łóżku na tydzień przed
    odejściem, mówiłem mu, że chce by był, by nie odchodził. Wtedy powiedział mi, że
    ma umysł ciągle młody (do końca zachował pełną sprawność intelektualną i
    psychiczną) ale jego organizm mówi mu, że już ma dość. Zmarł z powodu
    niewydolności nerek (ogólne zatrucie organizmu).
    W ostatniej naszej rozmowie powiedział, "przeżyłem ciężkie ale wspaniałe życie a
    teraz pozwól mi już odpocząć". Pozwoliłem, w ciągu tygodnia jego organizm zgasł.
    Mówimy, że na pewnym etapie, myślimy już o pewnej formie odejścia, odejścia
    godnego i bez niepotrzebnego bólu. Nie myślę o tym dniu, łapie każdą chwilę
    która nam została, nie wybiegam naprzód (jak radziła mi wspaniała osoba z tego
    forum, kóra ma tę drogę już za sobą. Tutaj nauczyłem się, ze nie ma mądrych
    słów, uczuć czy myśli. Każdy z nas przechodzi tę drogę tak naprawdę sam z bliska
    mu osobą. Każdy inaczej, wspólny jest jedynie ból to i to, że spotykamy się na
    podobnych ścieżkach, inaczej już rozumiemy wiele spraw. Samo życia nabiera
    innego smaku, niestety okupionego cierpieniem tych których kochamy.
  • 26.01.08, 21:41
    pamiętam jak moja mama kiedyś mi powiedziała że nie boi się umierać choć by nie
    chciała tylko boi się tego bolu - wtedy jej ibiecałam że gdyby się tak zdarzyło
    że nadejdzie koniec będę przy niej i zrobię wszystko żeby nie bolało..myślę że
    słowa dotrzymałam

    mam nadzieje ze jeszcze nie szybko u Was to nadejdzie ale chce Ci powiedzieć jak
    to wyglądało żebyś był spokojny że możesz coś zrobić żeby odeszła w spokoju

    cała doba wczesniej leki uspokajające i otumiające, choć była bardzo świadoma,
    leki na oddychanie, kroplówki usmierzajace ból, zastrzyki przeciwbólowe i cały
    czas plastry - pytalam w szpitalu co pół godziny czy boli jeśli tak
    interweniowałam, około 3 rano lekarka powiedziała że może podać podskórnie
    morfinę wtedy mama straci świadomość i nie będzie bolało, zgodziłam się na to
    choć tak się nie chciałam z nią żegnać, a jednak nie bolało a świadomość
    zachowała, nawet wtedy porozmawiałyśmy na tzw ostatnią drogę i zapewniłyśmy się
    o wielkiej miłości, o 6 poprosiłam o podanie drugiej dawki morfiny podskórnie,
    wtedy trochę mamę skołowało, ale do 8 była przytomna, zmarła 9.10 myślę że ją
    nic nie bolało,

    wiesz dobrze że życzę aby wszystko było dobrze, chciałam Ci tylko napisać żebyś
    miał świadomość że możesz coś zrobic, trzymaj się
    --
    13.06.2007 zmarła moja teściowa - rak jelita grubego z przerzutami
    30.06.2007 zmarła moja mamusia - rak płuc
    10.10.2007 zmarła moja ciocia - rak żołądla
  • 26.01.08, 21:44
    aco do lęku czy będziesz miał dosyć sił... też o tym myslałam i tego sie bałam
    - ale uwierz będziesz miał siły pomóc, nie spać dwie doby, tulić całować i nawet
    nie płakać, będziesz bo kochasz
    --
    13.06.2007 zmarła moja teściowa - rak jelita grubego z przerzutami
    30.06.2007 zmarła moja mamusia - rak płuc
    10.10.2007 zmarła moja ciocia - rak żołądla
  • 26.01.08, 22:56
    Witaj,

    czytałem Twoje posty wiem ile straciłaś. Powiedz ile opłynęło czasu od ostatniej
    chemii do przejścia na druga stronę. Wiem każdy ma inny organizm inaczej walczy
    z chorobą inaczej choroba z nim. Mojej mamie dają już tylko tygodnie nawet nie
    miesiące. Ja wiem, że walczy się do końca ale ten koniec jest tak blisko jeszcze
    3 tyg temu myślałem o miesiącach od ostatniej konsultacji przeszło w tygodnie.
    Joasiu i jeszcze jedno jesteś tu często i często dzielisz się radami pomocą i
    wiedzą zdobytą i okupioną tak wielką stratą. Jest jeszcze jeden wymiar odejścia
    Twojej mamy. To nie są jedynie słowa czy komplementy, ich droga w tej chorobie
    dała Was. Teraz Wy pomagacie innym na tej drodze, to tak jakby Ci którzy odeszli
    za Waszym pośrednictwem pomagali nam przejść ją ze swoimi bliskimi. Wiem to,
    pamiętam swoje przerażenie, chaos, ból i wtedy pojawiali się justa74, lucyper3,
    sobrina,kol32 i można by wymieniać bez końca. Ich obecność wiedza, nadzieja i
    rady pomagają każdego dnia. Ze strony medycznej mam wsparcie od rodzin, ale to
    ja jestem z matką, słucham jak sie czuje, co je czy przyjmuje jedzenie itd. Od
    Was wiem, jak i co można a czego nie, czego unikać etc. Jak się znosi chemie
    jakie są jej skutki i objawy. Ta wiedza i poczucie, że nie jest się już samemu,
    że są ludzie którzy służą radą i pomocą jest bezcenna. Wiem to, dla mnie rak 3
    tyg temu był abstrakcją. Minęło mało czasu od Iszych wyników po chemię. Często
    wspominacie, ze macie teraz swoich aniołów w niebie, nie wiem czy tak jest, nie
    wierzę w Boga, ale wierzę w te anioły na tym forum.

    Dziękuję.

    Ps.

    Jestem pod nr gg 6647181 ja nie mogę Cię prosić o Twój. Jeżeli będziesz miała
    ochotę się odezwać nr znasz. Ja mam tak dużo pytań i tak mało czasu. Swoją drogą
    jak kiedyś pisałaś, tak masz racje, powinno być takie "gg" dla tych co są, będą
    i byli na tej drodze, by być bliżej siebie, kiedy jedno potrzebuje drugiego.

    Artur

  • 27.01.08, 18:13
    Arturze, masz rację, każdy organizm sobie radzi inaczej mojej teściowej dawali
    rok żyła 4 lata, mojej mamie kiedy przyleciała ze stanów w CO odtsawili chemię w
    3 tygodnie po ostatniej chemii. Kiedy poszłyśmy na zmianę leków do szpitala
    odrazu na prześwietleniu wyszedł przerzut na lewe płuco (choć dopiero co się
    cieszyłyśmy że zmniejszył się na prawym) lekarz w szpitalu bez ogródek powiedz
    że daje góra 3 miesiące zycia, wyszłam z mocnym postanowieniem wzięcia urlopu
    bezpłatnego żeby ten czas spędzić z nią, umarła 2 doby później....nieraz się
    zastanawiałam dlaczego tak szybko była tak silną kobietą, w stanach tak czarno
    tego jak byłam nie widzieli, może to podróże, może wyrwanie z tamtego życia,
    może lekarz który powiedział zbyt ostro wszystko, a może to już był ten czas,
    tego się nigdy nie dowiem, choć nie powiem zebym o tym nie myślałam
    odpisałam na @, pisz cieszę się jeśli tylko będę mogła Ci w czymś pomóc, pytaj
    się o wszystko - nawet o to co Co Ci się wydaje głupie i trzymaj się
    --
    13.06.2007 zmarła moja teściowa - rak jelita grubego z przerzutami
    30.06.2007 zmarła moja mamusia - rak płuc
    10.10.2007 zmarła moja ciocia - rak żołądla
  • 01.02.08, 22:55
    Witaj Arturze,
    moj tato na te sama chorobe zmarl koncem listopada 2007, w chwili
    wykrycia bylo to IV stadium niedrobnokomorkowca, lewe pluco zajete
    duzym guzem i w prawym liczne drobne przerzuty. Tato mial 72 lata,
    nigdy nie palil, byl czlowiekiem, ktory nie znal slowa stres, zyl
    bardzo higienicznie a mimo to nie uchornilo go to przed tym
    chorobskiem. Stadium bylo nieoperacyjne, dowiedzielismy sie o
    chorobie w ubiegle Swieta Bozego Narodzenia, choc pierwsze zdjecie z
    tzw cieniami odebral w listopadzie ze smiechem na ustach, ze pewnie
    sie przeziebil i pozostalosci na plucach sa...
    Potem byla chemia - 6 cykli do czerwca, cisplatyna i nevalbina
    bodajze, znosil ja dobrze, czasem mial lekkie niestrawnosci ale
    generalnie nie bylo zle, jak mial zle wyniki krwi dostawal leki i
    bral kolejna chemie, wygladal dobrze, nie chudl, wlosow nie stracil,
    nikt nie poznawal, ze jest chory...
    wiedzial co mu jest ale nie wdawalismy sie w szczegoly, bo i tak
    bardzo sie zalamal ale po pierwszym szoku odzyskal sily i wlaczyl
    nadal... po tej pierwszej chemii guz sie zmniejszyl i my wszyscy
    mielismy duza nadzieje na to, ze bedzie z nim taka samo jak z
    jego "kolega" z sali szpitalnej, ktory z takim samym chorobskiem i
    bez operacji zyl juz 6 rok i czasem jezdzil do szpitala na kroplowki
    i inne zabiegi...
    no ale szybko pojawil sie bol po lewej stronie pluc - w zasadzie
    bylo to 3 tygodnie po zakonczeniu chemii i tak sobie mysle, ze ten
    gad juz wtedy zaczal odrastac ale poniewaz to byl pierwszy przypadek
    choroby nowotworowej w naszej rodzinie nie bardzo wiedzielismy co
    to, no ale siostra przez swoje koneksje zalatwila mu kolejna juz
    wiele slabsza chemie, ktora bral od konca wrzesnia...
    generalnie powiem Ci, ze jedyny blad jaki zrobilismy to taki, ze nie
    zafbalismy o przepisanie tacie lekow na depresje, bo uwazam, ze
    przez to tak szybko odszedl, cale leczenie bylo do przejscia,
    bylismy stale z nim na zmiany, nie spedzil w szpitalu ani jednego
    dnia za wyjatkiem chemii i wiem jakie to dla niego bylo cenne, bo
    widac bylo zadowolenie na jego twarzy kazdorazowo jak opuszczal
    szpital...
    otatnie 2 miesiace choroby bardzo sie meczyl, przestawal chodzic i w
    sumie nie wiadomo, czy z powodu chemii, czy z powodu nowotwora, bo
    pozniej to juz jest takie kolo zamkniete...
    mial bardzo duze leki w nocy stale nas wolal i nie dalo sie spac a
    rano czlowiek taki wykonczony do pracy szedl ale nie chcialabym nic
    cofnac ani nic zmienic, nie wyobrazam sobie oddania go do
    hospicjum...
    przeszlismy znim na te druga strone, bylo trudno ale dalismy rade,
    czasem przytulalam go placzacego i mowilam, ze bedzie dobrze,
    siadalam kolo niego i trzymalam go za rece, cieszylo mnie jak zjadl,
    choc pod koniec sie wszystkim krztusil...
    nie mogl spac przez cala chorobe ale w ostatnim tygodniu spal caly
    czas, z reszta na samym koncu Bog odbiera czlowiekowi siwdomosc, by
    nie wiedzial co sie z nim dzieje tak naprawde...
    obiecywalam mu, ze bedzie dobrze i jak odchodzil mimo ogromnego bolu
    i smutku byla tez ulga,ze juz nie bedzie cierpial...
    odkad odszedl w moim zyciu nastapilo tyle pozytywnych zmian w
    krotkim czasie, ze nie sposob inaczej tego tlumaczyc jak tylko tym,
    ze nade mna czuwa i nadal jest wspanialym tata!
    jutro ma urodziny, znow pojde do Niego, bo wcale nie odszedl a jest,
    jeszcze bardziej czuje Jego obecnosc niz kiedykolwiek!
    Korzystaj z tego czasu z mama, zyjcie normalnie, na ile to mozliwe,
    niech wie jak ja kochacie, nie mysl o jutrze, bo to daleko, kazda
    chwila sie liczy, nie przejmuj sie, ze moze nie jestes na jakas
    okolicznosc przygotowany, bo jak cos sie bedzie dzialo okaze sie, ze
    doskonale sobie poradzisz i staniesz na wysokosci zadania!
    Zycze Wam wytrwalosci i sily, nadziei i pamietaj bedzie dobrze, mama
    zawsze i tak bedzie przy Tobie wiec Ty badz teraz przy niej!

    Pozdrawiam cieplo
  • 02.02.08, 00:05
    Witaj Marika

    bardzo Ci dziękuję za kontakt. Moja jak pojechała do szpitala to stan był
    następujący: Dwa duże guzy na lewym płucu, jeden dający duży wysięk, który
    powodował po przez stan zapalny ból całej lewej strony. Występował przewlekły
    kaszel i krwioplucie. Po TK stwierdzono liczne przerzuty do prawego płuca i
    śródpiersia. W/g onkologa przerzuty w tym stadium są już wszędzie. Wyniki ogólne
    miała bardzo dobre (teraz nie wiem bo jest po Iszej chemii).Zmiany nowotworowe
    było widać wraz z wysiękiem już na zdjęciu RTG w listopadzie. Niestety opisano
    to jako drobne zmiany w oskrzelach. Mama trafiła do szpitala 02.01.08. Wyniki po
    badaniach histopatologicznych i TK mieliśmy 10.01 08. Tak więc widzisz, kontakt
    z tą choroba to początek tego roku. Lekarze dają jej nie miesiące a tygodnie.
    Spirometria niecałe 40%. Faktem jest, że moja paliła papierosy. 06.02 ma mieć
    drugą chemię i na tym chcą zakończyć. Ja mam nadzieję ( bo tylko ona mi
    została), ze się mylą w diagnozach. Twój tato walczył prawie rok z tym cholernym
    rakiem. Obecnie mama świetnie znosi chemię tzn były wymioty, ale ustępowały po
    tabletkach. Je, ma apetyt fakt, że je (tak jak mi radziły osoby z forum) często
    a mało. Jedyna dolegliwość to ból. Jest obecnie na maksymalnej dawce tramalu 600
    m mg czyli 3 razy po 200. Robimy wszystko by w dobrej kondycji doszła do drugiej
    chemii.Psychicznie znosi to dobrze, bo ma nadzieję, ze wszystko będzie dobrze.
    Wczoraj powiedziała mi boi się tej drugiej chemii pogorszenia stanu zdrowia.
    Naturalnie jedzie tylko na chemię i wraca do domu. Nie wybiegam już w przód, nie
    myślę co będzie dalej, ciesze się z każdego dnia> Nie modle się ( bo nie wierze
    w Boga) ale chciałbym by nie cierpiała by odeszła bez bólu. Była jak odchodził
    je jej ojciec też na raka. Jego odejście było okupione cierpieniem, chciałbym by
    dobry los jej tego oszczędził, by to przejście było jak najlepsze. Dziękuję Ci,
    że jesteś, dzięki Waszej wiedzy i doświadczeniu lepiej poznaję i godzę się z ta
    drogą na której jesteście lub byliście. Godzę się z tym co się stało staram sie
    akceptować i uczyć sie żyć w świecie, który nigdy nie powinien spotkać żadnego z
    nas.

    Trzymaj się.

    Ps.
    Czytając wiele postów za każdym razem wyłania się jeden i ten sam obraz. Osoby
    które przeszły na drugą stronę pozostawiły tutaj tylu wspaniałych i dobrych ludzi.

    Dziękuję Marika
  • 02.02.08, 01:30
    Witaj Arturze,
    z tego co piszesz wyglada na to, ze proces chorobowy jest faktycznie
    juz bardzo zaawansowany ale mimo wszytsko nie powtarzaj sobie w
    kolko, ze to sa jej ostatnie tygodnie...
    zycze Wam, by gad zareagowal na chemie i wtedy moze lekarze
    zdecyduja o podaniu kolejnej, ktora go na chwile uspi...
    niepokoi mnie ten bol, ktory tak naprawde nie powwinien miec
    miejsca, dawka tramalu juz mocna co prawda ale moze by tak siegnac
    po plastry np. a tramal podawac doraznie dodatkowo?...
    ciezko mi radzic nie jestem lekarzem ale medycyna jest na takim
    etapie, ze mozna pacjentowi zapewnic komfort leczenia nawet tak
    groznych chorob...
    bardzo pozytywne jest, ze mama je i ogolnie sie nie poddaje, bo to
    na pewno nie jest bezn znaczenia...
    nie bede takze wchodzi z Toba w dyskusje o wierze, bo nie ma to dla
    mnie znaczenia, czy i w co kto wierzy powiem Ci tylko jedno, ze
    kiedys tez nie bardzo wierzylam w zycie pozagrobowe a odkad tato
    odszedl po prostu dzieja sie male cudy w moim zyciu i nie umiem a
    nawet nie chce sobie ich inaczej wyjasnic jak tylko w ten sposob, ze
    to wszystko Jego sprawka!
    moze znalazlam sobie taki wlasnie sposob na oswojenie sie z Jego
    smiercia i tak jest mi dobrze:)
    poradze Ci tylko, ze jakby nagle zaczelo sie pogarszac to koniecznie
    zglos mame do hospicjum domowego, bo w sumie tylko tam znajdziesz
    lekarzy, ktorzy maja ogromna wiedze i sa zawsze pomocni przez co
    czlowiek nie czuje sie zostawiony na pastwe losu, choc pewnie skoro
    to nie pierwszy przypadek nowotworow w twojej rodzinie to juz to
    wiesz.
    W razie czego pisz, pytaj, obiecuje, ze bede zagladac, bo od smierci
    taty robilam to rzadko, potrzebowalam zebrania mysli i spokoju, o
    ktory bylo bardzo ciezko w tych ostatnich chwilach...

    Spij slodko
  • 02.02.08, 01:39
    musze jeszcze cos dodac bo jednak tak calkiem pogodzona z tym
    wszytskim nie jestem a czytajac w jakim stadium twoja mama zostala
    zdiagnozowana to mi sie po prostu scyzoryk w kieszeni otwiera, co za
    nieuki jedne...
    sa trzy biale smierci - sol, cukier i lekarz pierwszego kontaktu i
    to niestety mialo tez miejsce w przypadku mojego taty, ktorego stale
    meczyl kaszel i chodzil do jednej i tej samej lekarki, ktora nie
    wpadla przez 1,5 roku na pomysl zeby go wyslac na RTG pluc tylko go
    do roznych specjalistow wysylala...
    a tu wystarczylo otworzyc internet nawet jak nie wiedziala co
    zrobic, by przeczytac, ze po 3 tygodniach kaszlu bezapelacyjnie
    nalezy wyslac na RTG klatki piersiowej...
    a u was to w ogole juz mistrzostwo swiata, ze nawet zdjecia nie
    umieli odczytac jak nalezy, no po prostu slow brak!!!!!
  • 02.02.08, 11:32
    Witaj,

    moja mama skarżyła sie ból przez parę miesięcy. Zrobione jej w końcu zdjęcie ale
    osoba sprawna inaczej, źle opisała zdjęcie. Moją mamą skierowano do sanatorium w
    październiku ( a już w marcu na zdjęciu było widać dwa guzy na lewym płucu)
    wróciła z tego sanatorium w tragicznym stanie. Nie dość, że całkowicie
    przeziębiona ze stale wysoką temperaturą i już z ciągłym kaszlem. Zaraz
    nastąpiło krwioplucie, które utrzymywało się prawie 2 miesiące. W sanatorium
    leczono jej płuca (osobie już zaawansowanym rakiem zdjęcie z Listopada
    wykazywały już duży guz z naciekiem). Lekarz Iszego kontaktu w końcu dał jej
    skierowanie na pulmonologię po tym jak przyjechał jej brat (lekarz) zbadał i
    natychmiast kazał iść po skierowanie szpitala. I jak już pisałem wtedy zaczęło
    się ... Naturalnie posypały sie pytania dlaczego tak późno. Najtragiczniejsze w
    tym jest to, że mama naprawdę dbała o zdrowie. Ciągle była u lekarzy. Leczono
    jej wątrobę (ból z powodu nacieku. Nawet lekarz z pogotowia wpadł na to że
    pewnie się jej kamień przesuwa stąd te bóle w okolicach nerek. I te komentarze
    "proszę panią nerki i płuca nie mogą boleć. I gdyby nie brat mamy to pewnie by
    dziś była na kolejnej konsultacji ale już na chirurgi twardej. Ustalałem już te
    plastry, jak będzie występował ból po max dawce tramalu, podadzą plastry. I ten
    koronny argument lekarzy, nie ma pani raka bo nie ma dużego spadku masy ciała.
    jasne ciekwae o jakim spadku myśleli ( o ile taki proces myślenei się pojawił) u
    kobiety ze wzrostem 158cm i naturalnej wadze 46 kg. Pewnie mysleli ze ok 30 kg.

    Dziękuję Marika

    Wiesz, myśle o tym co piszesz o tym "wsparciu" jak niektórzy określają, że mają
    teraz swojego Anioła. I cieszę się, że masz opiekę
    ( nie wiem kogo, ale ważne, że jest)nad sobą.

    Trzymaj się.
  • 02.02.08, 13:22
    Marika słusznie napisała, że lekarz pierwszego kontaktu to też 'biała śmierć'.
    Mój tata z niedrobnokomórkowym rakiem płuca prawego, zespołem żyły głównej i
    licznymi przerzutami do wątroby został zdiagnozowany za późno... Przez kilka
    miesięcy leczyli mu nerwóbóle w klatce piersiowej. Tata faktycznie nie miał
    żadnych innych (oprócz bólu) objawów raka płuca - ani kaszlu nie było, ani
    krwioplucia, nie schudł...

    My przegraliśmy walkę zanim tak naprawdę się ona zaczęła. Gdy wreszcie ustalono
    co to jest za draństwo w tych płucach, tata dostał udaru (zapewne z winy ucisku
    guza na aortę). Na szczęście skutki udaru nie były groźne, ale jasne było, że
    zostało nam tylko leczenie paliatywne. Zespół żyły głównej dyskwalifikował
    operację, chemia odpadała ze względu na duże zniszczenie wątroby, zostały
    naświetlania. Czekaliśmy, aż neurolodzy zaleczą udar, by można było zacząć
    radioterapię. W miedzyczasie widac bylo, ze jest coraz gorzej. Dawala o sobie
    znac wątroba i płuca. Ból narastał, aż w końcu podawano morfinę. Tatuś nie
    doczekał. W dniu, w którym miał jechać na pierwsze naświetlania, był jego pogrzeb.

    To wszystko, od momentu zrobienia przeswietlenia i TK, trwało 28 dni. I czasem
    tak bardzo tu wszystkim zazdroszę, że dane Wam jest/było razem przygotowywać się
    do tego, co nieuniknione. Że macie szanse stawić tej chorobie czoła razem, że
    walczycie.
    My nie zdążyliśmy nawet podnieść miecza...

    Artur, Ty się trzymaj i nie mysl, ze koniec jest bliski. Mysl o tym, ze masz
    szanse kolejny dzien spedzic razem z mamą. Przecież to w tym wszystkim jest
    najważniejsze.
    Trzymaj sie!
    Joasia
  • 08.02.08, 15:41
    Dzis mama dostała drugą chemię. Jeszcze wczoraj wstrzymali podanie z powodu
    złych wyników krwi. Na szczęście, po zastrzykach sie poprawiły na tyle by ją
    podać. Mam nadzieję, że wygraliśmy parę tygodni życia w walce z tym cholernym
    rakiem pomimo wielu przerzutów. Ważny jest każdy nowy dzień. Cieszę się, że mama
    trzyma sie psychicznie dobrze. Nadzieja
    choć złudna stała się najlepszym i jedynym już lekarstwem.
  • 08.02.08, 23:39
    Hej Artur,
    dobrze, ze podali jednak chemie, sa leki na poprawe krwi wiec na pewno jej podadza jak tylko cos bedzie nie tak! Nie martw sie o to. Jestem pewna, ze chocby na jakis czas gad sie schowa do nory i da wam troche czasu, by sie soba nacieszyc, zobaczysz!
    Nadzieja to cos najcudowniejszego w co jestesmy wyposazeni, daje sile do walki i wiare w jej sens...
    Arturze, trzymajcie sie!
    Pozdrawiam cieplo!
  • 09.02.08, 01:10
    Dziękuje Marika.

    Tak się bałem kiedy jechała na te chemię, te raczysko zaczęło już tak ją
    wyniszczać. W ciągu tego miesiąca każdy dzień to jakby przybywało jej lat. Mam
    nadzieję, że ta druga chemia choć na trochę go powstrzyma.Dla niej chemia to
    znak, że walczy się z nim i ma nadzieję na go pokonanie. I ta nadzieja ją
    trzyma. I jak mówiła justa74 nie patrzmy w przyszłość a cieszmy się każdym danym
    dniem.

    Trzymaj się Marika.

    Artur
  • 19.02.08, 08:45
    Artur, jak Mama??

    na początku się dopisałam, potem moje zycie strasznie się pochrzaniło i w
    zasadzie nie mialam glowy do pisania. Ale zaglądałam co u Was słychać. No i
    ostatnie wieści są z rozpoczęcia chemii, jak Mama się czuje? A Ty? Jak sobie
    radzisz??

    pozdrawiam i trzymam kciuki
    Kaska
  • 19.02.08, 11:07
    Witaj Kasiu. Dziękuje za pamięć. Mama jest już prawie tydzień po drugiej chemii.
    Jak na jej stan to zniosła dobrze drugi wlew i nawet wyniki nie poszły aż tak w
    dół jak się obawiałem. Ciągnie siłą w całkowite wyzdrowienie. 27.02 ma jechać
    na kontrolę do szpitala, jeżeli wyniki sie utrzymają planują ewentualną 3
    chemię. Nie wybiegam już myślami dalej niż parę dni, ona żyje tak jakby się nic
    nie stało i tak jest dobrze dopóki... .

    Jak chcesz pogadać jestem pod nr gg 664 71 81.

    Trzymaj się Kasiu.

    Artur
  • 20.02.08, 08:28
    No i widzisz, cieszę się, że Mama się dobrze czuje - nie wiem czy nie
    najważniejsze z tego wszystkiego jest Jej podejscie. Podobnież lekarze mają
    powiedzenie że jak pacjent chce zyć, to medycyna jest bezsilna;)

    Trzymajcie się, na gg pewnie zapukam, ale raczej wieczorkiem.

    pozdrawiam
  • 21.02.08, 23:48
    U mojego Taty wykryto raka niedrobnokomórkowego płuca lewego ze
    zmianami naciekowymi i drobnoguzkowymi. Pierwszą chemioterapię miał
    21.01. Okazało się, że jest już za póżno na operację, bo są
    powiększone węzły chłonne i za blisko serca. Obecnie zakończyliśmy
    drugą chemioterapię 21.02, która była opóźniona z powodu neutropeni.
    Tata czuje się dobrze ma apetyt, pije bardzo dużo w szczególności
    kefir - mówi, że to najlepsze na oddtrucie. Bardzo się męczy, dużo
    śpi. Jest to stadium T3N2MO. Dostaliśmy skierowanie do laryngologa
    (krtań - naciek guzowaty). Po pierwszej chemioterapii jest znaczna
    regresja guza przy wnęce lewej, ale jak czytam inne posty, to widzę,
    że tak było u wszystkich. Następną chemioterapię mamy 06.03.
    Jeśli ktoś może mi napisac coś więcej na temat tego stadium..... to
    bardzo proszę.
    Pozdrawiam
  • 22.02.08, 00:32
    Witaj.
    Moja mama ma IV stopień czyli leczenie już tylko paliatywne. W waszym przypadku
    to wygląda na III A. Mniej zaawansowane stadium N2 przerzuty do węzłów
    śródpiersiowych po stronie guza i węzłów pod ostrogą tchawicy, u nas są
    przerzuty odległe. Niestety, czyli rak "złamał" 4 barierę i przedostał sie dalej
    z krwiobiegiem. W waszym przypadku jest duża szansa na dłuższa walkę z tym
    cholerstwem. Moja mojej mamie tez przesuwali chemię z powodu neutropeni, to
    normalne, że przy raku spada ilość granulocytów czyli komórek obronnych krwi.
    Teraz niech sie dobrze odżywia i wzmacnia krew. Będzie dobrze. Z rakiem da sie
    walczyć i głowa do góry. Trzymajcie się.

    Artur
  • 23.02.08, 11:16
    Hej Artur,
    tak mi przyszlo do glowy czytajac Twoj ostatni post i wspominajac
    poprzednie, ze i Ciebie zmienila ta choroba...
    kiedys zalamany i zrezygnowany dzis patrzysz inaczej, masz w sobie
    pokore, nadzieje i cieszysz sie z kazdego dnia mamy...
    widzisz, napisales raz, ze Ci co odeszli zostawili cala mase dobrych
    ludzi i dziwnym trafem tak sie dzieje, ze to cierpienie, mimo iz
    okrutne i czasem na granicy ludzkiej wytrzymalosci zmienia ludzi -
    uszlachetnia...

    ciesze sie, ze mama juz po kolejnen chemii i ze jest dzielna a Ty z
    nia! warto walczyc o kazdy kolejny dzien!

    pozdrawiam Was cieplo
  • 25.02.08, 22:45
    Witaj Mariko.
    ... tak, to jest walka o każdy dzień. To jest życie jak w Matrixie, moja mama
    wierzy w pełne wyleczenie. Rozmawiamy co będzie robić za miesiąc, jaką będzie
    miała fryzurze jak odrosną jej włosy. I to ciągłe zawieszenie pomiędzy jej wiarą
    w terapię a wiedzą jak to się kończy. Czasami, jak na nią patrzę zapominam, ze
    jest rak, sam zaczynam wierzyć i żyć tym w co ona wierzy. Chwilami jedynie tylko
    wpisy osób na forum, że tato lub mama przeszli na druga stronę przypomina jak
    kończy sie ta droga. Nie wiem, czy ja już sam nie zobojętniałem, że już nie
    przeżywam tego tak intensywnie jak na samym początku. Poddałem się, przyjąłem
    obraz życia, którym idzie moja mama, zapominam o chorobie.Jedynie wszystkie
    działania w obszarze medycznym jak chemia, leki, dieta czy ból utrzymują mnie w
    tym świecie raka. Ten stan to jak letarg, jak inny poziom rzeczywistości. I
    tylko takie chwile jak odejście taty Agnieszki powodują przeszywający ból.
    Tutaj, nie trudno o empatię,życie każdej z obecnej tu osoby to jak kopia tego,
    przez co sam przechodzę. Szkoda tylko, ze jej wiara, odwaga i cierpienie nie
    zostaną wynagrodzone życiem. Tak, jak tej nagrody nie otrzymali wszyscy, których
    już nie ma z nami. Jak wspaniale jest czytać o tych którzy wygrali.
    A czy nas to uszlachetnia? Nie wiem. Wiem jedno, że to spotkało wielu, zbyt
    wielu wspaniałych ludzi, którzy pomagali swym bliskim przejść jak najlepiej
    można,na druga stronę.
    Dziękuję Marika. Trzymaj się.

    Artur
  • 26.02.08, 20:04
    Arturze
    Serdecznie pozdrawiam, nasza droga już się skończyła, ale wy walczcie. Wiem,że liczyłeś że nam sie uda i wam również
    Od diagnozy u nas minęło 8 miesięcy, to wcale nie tak mało. Strasznie mi taty brakuje, ciągle wydaje mi się, że wyjechał i zaraz wróci. Jednak te 8 miesięcy spędziliśmy razem, bardzo blisko, rozmawiając i robiąc to na co tato miał ochotę. Jutro muszę wrócić do pracy i boję się kondolencji, pytań. Nie lubię jak mi mówią, że jemu jest lepiej...może nie cierpi, ale lepiej byłoby mu z nami...
    Trzymajcie się...jeśli chciałbyś kiedyś porozmawiać to moje gg 3024848 nie jestem za często ale pisz gdybyś potrzebował, nawet jak nie jestem online
    Agnieszka
  • 01.03.08, 16:16
    witaj Arturze...
    jak sie macie?
    wiesz pamietam taki stan o ktorym piszesz, ze czlowiek jakby wypiera
    tego raka za swiadomosci i jakby sam do konca nie wierzy, ze to
    naprawde on a jedynie leki i dzialania medyczne utwierdzaja nas w
    przekonaniu, ze jednak zaatakowal...
    mysle, ze twoje zachowanie w tym momencie nie wynika wcale ze
    zobojetnienia, to chyba calkiem normalne, ze po pierwszej fazie
    wstrzasu, gdy czlowiek dowiaduje sie o chorobie bliskiego i
    towarzyszacej temu fazie zalamania i myslenia - TO KONIEC wlacza sie
    kolejna faza - realizacji i rozwiazania problemu, czyli odpowiadamy
    sobie na pytanie -co mozna zrobic i to robimy niezaleznie od
    efektow... stan bezradnosci bylby niczym innym jak depresja podczas
    ktorej nie jestesmy w stanie zrobic nic a zatem to, ze dzialamy
    oznacza, ze mamy nadzieje i chcemy walczyc...
    i mnie minely wlasnie 3 miesiace od smierci taty, wszytsko jest jak
    bylo- jego ubrania wisza w szafie i nadal smiejemy sie z niego przy
    okazji rodzinnych uroczystosci... kiedys smial sie z nami, bo jak
    nieliczni potrafil smiac sie z samego siebie...
    nigdy nie przyszedl do mnie we snie, nie siedzi w pokoju i nie wola
    o herbate jak zawsze ale mimo wszytsko JEST...
    niezaleznie od kwestii wiary jest, bo o Nim pamietam!
    czasem tu zagladam i czytam o nastepnych, ktorzy odeszli - smutne
    to, kiedys myslalam, ze my wygramy, ze nas to nie spotka...
    walczylismy do konca, nawet gdy tato juz sie poddal i jedno co
    uchowalo nas przy zdrowych zmyslach to po prostu akceptacja i
    pogodzenie sie z tym co nas spotkalo...
    zycze Ci zatem sily do walki i sily do akceptacji tego, czego
    zmienic sie nie da!
    trzymam kciuki!
  • 01.03.08, 18:42
    Witaj Marika.

    Od wczoraj mama jest na trzeciej chemii, to już jest cud. Nie planowano więcej
    niż dwie, ale wyniki są na tyle dobre, że podano jej trzecią. Robiliśmy
    wszystko, by dotrwała do niej. Parę dni temu mieliśmy spory kryzys i już
    naprawdę sie bałem, ze to równia pochyła a dół. Doszło do takiego osłabienia
    organizmu, że dzisiejszy stan ( pomimo, że jest bardzo słaba) rozważam już w
    kategoriach cudu jakim jest broniący sie organizm ludzki.
    Doskonale wiesz sama, ze kondycja organizmu to jedno a psychika, która w/g mnie
    w tej chorobie odgrywa największa role to drugie. Zostawiamy lekarzom to co jest
    w ich gestii i skupiamy się na tym co możemy zrobić najlepiej dla swoich
    najbliższych.
    Podczas tego kryzysu "siadła" i psychika. Podniosła się i to była zasługa jej
    siostry, która była z nami tych chwilach. Ta siła i wola życia jest wręcz
    zdumiewająca, i tak walczymy na tym tylko sobie znanym poziomie, tak innym jak
    ten medyczny. Nie myślę o końcu, on kiedyś nastąpi a myślę o życiu o tym co dane
    tu i teraz. I zrobić wszystko by nie dać tak łatwo rakowi jego ofiary.
    Dziękuję Marika, że.... że jesteś.

    Artur
  • 02.03.08, 15:37
    witaj,
    to jednak pozytywne, ze udalo sie wam dostac trzecia chemie, znaczy
    zatem, ze organizm sie nie poddaje...
    wiesz, my tez przezywalismy zalamanie psychiczne taty i prawda jest
    taka, ze gdyby nie to, ze byl w depresji przez wiekszosc choroby, to
    pewnie zylby dluzej...
    no coz, nie potrafilismy do niego dotrzec, byl introwertykiem i na
    krotko funkcjonowalo tylko czasami ochrzanienie go przez mame, wtedy
    zabieral sie do roboty i mobilizowal...
    w wiekszosci czasu jednak byl zalamany i stale mial lzy w oczach,
    wiedzial, ze zegna sie z zyciem mimo, iz nie przypusczal kiedy
    nastapi koniec...
    dobrze zatem, ze jest z wami siostra mamy, i ze na nia wplywa
    pozytywnie dodajac jej otuchy, to bardzo wazne w tych trudnych dla
    niej chwilach kiedy czlowiek tak naprawde sam do konca nie wie co
    sie z nim dzieje...
    zycze Wam, zeby organizm tak szybko nie slabl, zebyscie mieli jak
    najwiecej czasu, ktory pozostal...
    przed Wami najtrudniejszy czas, jestem z Wami myslami i pozdrawiam
    cieplo z ponurego Krakowa
  • 22.03.08, 01:19
    Dawno nic nie pisałem, przechodząc z mamą przez kolejne jej chemie. Dziś jest
    w szpitalu przed kolejna czwartą chemią.
    Po trzeciej nastąpiła regresja raka pierwotnego i już tak sie cieszyłem, że
    wygraliśmy kolejne tygodnie a nawet, łudząc się (pomimo całej wiedzy i rokowań)
    na dalsze miesiące.
    Nauczyłem się, że w tej chorobie nie ma nic pewnego i wystarczył jeden
    tydzień, by po raz kolejny uświadomić sobie z czym przyszło nam walczyć. Jak
    bumerang lub jak klątwa wszystko powróciło. Powoli przyzwyczajać się do widoku
    gasnącego życia mama ponownie przechodzi przez ból lewej strony ciała co w
    początkowej fazie (po zdiagnozowaniu choroby) było przyczyną nacieku guza. Teraz
    mama bierze Tramal do tego plastry Durogesic i ból nie ustępuje. Pojawiły sie
    objawy słabej wydolności oddechowej. Jeszcze dwa tygodnie chodziła na dłuższe
    spacery dziś poruszanie sie po mieszkaniu i to już powoduje duże osłabienie.
    Przesypia już sporą cześć dnia. I tak powoli gaśnie w niej życie wraz nią samą.
    To fakt,że na odejście, pomimo całej wiedzy medycznej i wiedzy czerpanej z
    doświadczenia tych wszystkich, którzy przeszli tę drogę, nie można się
    przygotować. Im bliżej, tym staje się tragiczniejsza świadomość końca tej drogi.
    Moja mama opiekowała sie swoimi rodzicami, którzy odeszli w wieku 90 i 100
    lat. Dlaczego jej los daje tak mało czasu na cieszenie się życiem?
    I teraz nie wiem, czyj jest większy strach, tych co pomagają przejść na druga
    stronę czy tych, co przez nią przechodzą.

    Pragnę życzyć Wam Wszystkim spotkanym na tej drodze pomimo tego na jakim etapie
    Jesteście:
    Zdrowych,Rodzinnych i Spokojnych Świąt. Dziękując Wszystkim i z Osobna za Waszą
    pomoc w walce o jakość choroby i jakość życia. I dziękuję w imieniu mojej mamy,
    bo Wasza obecność, dzielenie się doświadczeniem i wsparciem pomagała i pomaga mi
    stworzeniu jak tylko to możliwe największego komfortu w walce a tą chorobą.

    Artur
  • 23.03.08, 02:11
    Bardzo trudny czas przed Tobą Artur, ale dasz radę. Kochasz mamę i
    ta wielka miłość do niej wzmocni Cie na tyle, żeby Ją przeprowadzić
    na drugą stronę. Mama potrzebuje Twojej siły i znajdziesz tę moc w
    sobie, tak jak mama miała siłę, żeby czuwać przy Tobie kiedy byłeś
    mały, bałes się czegoś, albo byłeś chory. Ten czas, kiedy mama
    będzie odchodzić z tego świata, jest trudny, ale też jednocześnie
    piękny, wręcz magiczny. Ostatni miesiąc życia mojej mamy obiektywnie
    był koszmarny. Miotałam się miedzy pracą, swoim domem, a domem
    rodziców. Ciągnęłam resztką sił, ale widziałam dużo pięknych rzeczy.
    Miłość taty do mamy, kiedy opiekował sie nią najczulej jak potrafił,
    karmił, mył, prowadził do toalety i do końca zapewniał że kocha ją
    ponad życie. Moja 13 - letnia córcia, która "odstawiła" koleżanki,
    przyjemności, żeby być z ukochaną babcią i odciążyć trochę dziadka.
    Wreszcie sama mama, tracąca z dnia na dzień świadomość, ale do końca
    rozpoznająca tatę, moją córeczkę, siostrę i mnie. Wiesz co jest dla
    mnie największą pamiątką? To było trzy dni przed śmiercią mamy.
    Poznosiłam Ją z toalety, a Ona pocałowała mnie w czubek nosa i choć
    już prawie nie mogła mówić, powiedziała, że mnie kocha. No i
    wreszcie sam moment śmierci. Byliśmy przy Mamie we trójkę, tata,
    siostra i ja. Mama zmarła w momencie kiedy tata i siostra na moment
    wyszli. Wiedziała (bo jej to obiecałam) że pozwolę Jej odejść. Ufała
    mi do końca. I choć boli mnie że Jej nie ma (ryczę teraz jak bóbr)
    to jednocześnie jestem dumna, że mnie obdarzyła takim zaufaniem. To
    jest właśnie ta magia. Ból i duma. Szczęście i rozpacz jednocześnie.
    Artur, dasz radę. Teraz mama jest najważniejsza i musi to czuć.
    Jeśli to już jest kres Jej życia na ziemi, musi odchodzić ze
    świadomością, że nie zmarnowała swojego czasu, że gdyby dostała
    jeszcze jedno życie, przeżyłaby je tak samo. Ty jesteś jednym ze
    świadectw Jej udanego życia. A wychowała Cię na wspaniałego
    wrażliwego człowieka. Niejedna kobieta może Jej pozazdrościć takiego
    syna. Artur, na Twój ból przyjdzie czas później, ale poradzisz
    sobie. Pomoże Ci świadomość, że nie zawiodłeś mamy i pomogą Ci
    bliscy Tobie ludzie, także tu na forum. Trzymaj się i łap te chwile
    z mamą, zwłaszcza że ich już coraz mniej przed Wami. Trzymaj się i
    jeśli tylko potrzebujesz, pisz do mnie. Pozdrawiam Cię i ściskam
    serdecznie
  • 26.03.08, 12:25
    W dniu dzisiejszym kończymy leczenie chemią. Doszliśmy do czwartej chemii na i
    na tym kończymy. Nie ma już żadnej potrzeby dodatkowego obciążania organizmu.
    Święta spędziliśmy w szpitalu, mamie podano krew bo wyniki były już tak złe i
    środki na wzmocnienie. Weszliśmy w etap, w którym pozostajemy już tylko w
    świecie chory i jego rak. Pomimo, że święta spędzone w szpitalu na stołku, to
    były najpiękniejszy okres( choć sam nie przepadam za żadnymi z nich). Mama tak
    sie bała, czy wyniki będą dobre czy dostanie chemię, że nie jest z nią tak źle.
    Dostała placebo. Zwłaszcza, ze miała pierwsze objawy niewydolności oddechowej.
    Podanie krwi "postawiło ją trochę na nogi, mogła już bez dużego wysiłku pójść do
    WC. Jestem z niej tak dumny, z jej walki z tą chorobą. Tej akceptacji
    wszystkiego. Teraz jedynie proszę los by pozwolił jej odejść bez bólu i duszenia
    się, tak po prostu we śnie. Teraz każdy dzień każda godzina ma już inny wymiar i
    inną magię.
    Jeżeli ktoś czyta ten post to proszę o modlitwę dla mojej Mamy by spokojnie
    przeszła na druga stronę. I dziękuję wszystkim za Waszą obecność i za wsparcie.

    Artur
  • 26.03.08, 12:49
    modlę się za Twoja mamusię, modlę się o to, by odeszła jak moja, we
    śnie, bez bólu, w obecności najbliższych...bardzo Wam współczuję
  • 26.03.08, 15:39
    Arturze.
    Czytam Twoje posty regularnie i bardzo Ci współczuje. A zwłaszcza
    Twojej mamie. Nie wiem, jak można tak żyć z myślą, że lekarze już
    nic nie zrobią. Ja z taką myślą żyłam w zasadzie jeden dzień i
    wspominam to jak jeden wielki koszmar. Mój płacz a w zasadzie szloch
    obudził moją mamę. I to ona do mnie przyszła, zaczęła pocieszać,
    mówić,że damy sobie bez niej radę a w razie czego jej brat i siostry
    nam pomogą. Ale w końcu dodała, żeby nie matwić się na zapas, bo
    przecież czekamy na wyniki histopat i przecież pewnie dostanie
    chemię. I jeszcze trochę pożyje. Bo wiedziała, że zdrowia już nie
    odzyska. Wtedy nastąpiła w niej taka przemiana-była radosna,
    uśmiechała się, nawet pojechaliśmy na urodziny brata i mama
    wyglądała na taką szczęśliwą. Może przeczuwała,że to już ostatnie
    urodziny syna, na których będzie. A tydzień później... trafiła do
    szpitala, pojawiły się trudości z oddechem, przestała nas poznawać i
    powoli zapadała w śpiączkę. Myślałam, że odejdzie w nocy. A ona,
    taka kochana, silna, dalej chciała żyć i chciała chemii-nie poznała
    mnie, myślała, że jestem lekarzem "Ja chcę się leczyć pani doktor,
    chcę żyć, zdecydowałam się na chemię". W środę powiedziałam jej, że
    może odejść. I odeszła w czwartek rano, sama. Widać tak chciała. Ale
    te wszystkie godziny spędzone w szpitalu przy niej to tak jak
    napisałeś "magia". Radość, że jest, że oddycha, że ją widzę. I tak
    wielki ból niemocy. Choroba mamy tak bardzo nas wszystkich do siebie
    zbliżyła. Ona sama stała się bardziej asertywna, zaczęła domagać się
    swego. I cały czas żyła nadzieją. Czasami myślę, że dobrze, iż nie
    doczekała tego cholernego wyniku. Bo jak moglibyśmy żyć z
    informacją, że na chemię jest za późno. Jak żyć bez nadziei. I
    czekać - a może to jutro... Tak, mama zakwalifikowała się na chemię
    ale na podstawie wyników z września. A kto wie, co ten potworny rak
    uczynił z jej ciałem w ciągu 3 tygodni? Przecież w dniu wypisu miała
    świetne wyniki. A 3 tygodnie później...
    Pomodlę się za Twoją mamę. Chociaż od śmierci mojej przestałam ufać
    Bogu. Bo jak ufać komuś, kto zabrał mi taki skarb. Ale w trakcie
    choroby modlitwa mi dużo pomogła. A teraz o pomoc proszę moją mamę.
    Bo wiem,że nad nami czuwa. od jej śmierci zdarzyło się tyle dobrego.
    Niedawno dowiedziałam się, ze spodziewam się dziecka. Szkoda,że nie
    pozna babci, ale ona będzie nad nim czuwać.
    Arturze, nie myśl cały czas o najgorszym. Teraz ciesz się każdą
    chwilą spędzoną z mamą. Na zmartwienia i czarne myśli przyjdzie
    jeszcze czas. Żyj chwilą...
    Ewelina
  • 26.03.08, 23:54
    Arturze z wielkim podziwem czytam Twoje wpisy,śledzę je od
    początku ,tak madre i rozsądne podejscie do tego co w tej chorobie
    jest nieuniknione chyba rzadko się zdarza.Łącze się z Toba w
    modlitwie o życie Twojej mamy i o lekką smierć.
    Mój tata odszedł prawie 7 miesiecy temu na raka płuc,na 3 dni przed
    śmiercią zdążył się wyspowiadac i przyjął komunię.Nie był gorliwym
    katolikiem.Zrozumiałam ,że to na jego dalsza drogę jest , było
    najważniejszym zdobytym lekarstwem.
    Razem z nim odmówiŁam pokutę, było to dla mnie ogromne
    przeżycie.Zapadł w sen z którego sie juz nie wybudził, powtarzał
    szeptem czasami "...o mój Boże"Wiedziałam,że już jest po tamtej
    stronie , chociaż ciałem jeszcze z nami.

    Trzymam za Was kciuki oby ten czas był dla Was łaskawy jak najdłużej.
    Asia
  • 27.03.08, 11:24
    Arturze,
    modliłam się o wszelkie potrzebne Łaski dla Twojej mamy i całej
    Waszej rodziny. Odwagi.
    Ilona
    --
    www.pajacyk.pl/
  • 27.03.08, 11:39
    Witajcie
    Od ilu tygodni uważnie czytam to forum, jednak do dnia dzisiejszego
    nie miałam odwagi się do Was dołączyć. Niby wiem o chorobie mojego
    taty, wiem jakie są rokowania, a jednak wydawało mi się, że jeśli o
    tym napiszę to będzie to już coś naprawdę nieodwracalnego. Choroba
    mojego taty zaczęła się od krtani, po kilku latach, rak zaatakował
    jedno płuco, po roku drugie, a na początku tego roku dowiedzieliśmy
    się, że są już przerzuty do mózgu. Niestety nie było szans na
    operacje pozostała jedynie chemia i naświetlania. Po wykonanych
    zabiegach wydawało się, że jest poprawa, niestety było to bardzo
    złudne. Jeszcze kilka tygodni temu tata walczył ze swoją chorobą,
    niestety niedawno zupełnie się poddał. A co najgorsze zupełnie
    zamknął się w sobie, widać, że cierpi lecz nie mówi że go boli, a
    przecież gdyby coś powiedział można by mu było jakoś pomóc – ale to
    nie mój tata. Zawsze pełen werwy i siły, zawsze samodzielny, a teraz
    całkowicie zdany na moja mame. Pomocy mojej i mojej siostry (nawet w
    bardzo błahych sprawach jak np. podtrzymanie przy wstawaniu) nie
    chce, myślę, że przy nas krępuje się swojej słabości. Od tygodnia
    praktycznie cały czas leży w łóżku. Nie chce rozmawiać, nie chce
    słuchać rozmów innych, każdy głośniejszy dźwięk sprawia mu ból.
    Straszne jest to, że gdy przyjadę do rodziców i tak praktycznie nie
    spędzam czasu z tatą, bo te wizyty strasznie go męczą. Wczoraj
    siostra zgłosiła tate do hospicjum domowego, dwa razy w tygodniu ma
    przyjeżdżać do taty pielęgniarka, a co dwa tygodnie lekarz. Jak
    będzie dalej zobaczymy, straszne jest to, że wiem o tym, że będzie
    już tylko gorzej….
  • 27.03.08, 13:50
    witaj Artur,
    ja tez pamietam tez dzien, kiedy zblizal sie kolejny termin chemii
    ale my wiedzielismy, ze i tak taty tam nei zawieziemy, bo nie byl w
    stanie stac o wlasnych silach...
    wtedy nie zastanawialam sie co bedzie dalej, obserwowalam jedynie
    jak slabnie z kazdym dniem, zycie toczylo sie dalej - ciagla
    bieganina, praca, dom, dom, praca...
    bylo ogromne zmeczenie, wyczerpanie kilkukrotnym wstawaniem w nocy
    po wolaniach taty, podkrazone oczy, zawroty glowy...
    bylo to wszytsko i czasami czlowiek pytal sie samego siebie ile
    mozna jeszcze wytrzymac...
    a jak przyszedl ten czas wszytsko ucichlo, tato zasnal i spaaaal bez
    konca...
    i nagle do nas dotarlo, ze to koniec i nagle brakowalo Jego ciaglego
    wolania do tego stopnia, ze zaczelo mi sie to snic po nocach i
    budzilam sie zlana potem...
    Arturze trzymaj sie, jestem z Toba, zrob wszytsko, by ulzyc mamie,
    bo dzisiejsza medycyna przynjamniej tyle moze zrobic...
    zglos ja moze do hospicjum domowego, morfina podawana w malych
    dawkach zwieksza wydolnosc oddechowa...
    modle sie za Twoja mame i Ciebie
  • 01.04.08, 23:15
    dzisiaj mama odebrała wyniki PET-a. Guz pierowtny w lewym płucu
    (ovczywiście niedrobnokomórkowy, drugie płuco też zajęte. Nigdzie
    poza tym ognisk nie ma. 14 kwietania tata ma zgłoscić się na
    oddziale onkologicznym szpitala pulmonologicznego w Bydgoszczy -
    leżał już tam i tam chce się dalej leczyć. Mają być dwa cykle
    chemioterapii po który\ch nastąpi ocena postępów leczenia. Kazałam
    jej dowiedzieć się jakie to leki. Jest to dla mnie o tyle istotne,
    że tata jest bardzo schorowany neurologicznie i neurotoksyczności
    bardzo się boję. Schemat leczenia ma wyglądać następująco - 1 dawka
    chemioterapii poprzedzona kroplówka przygotowującą dzień wcześniej a
    po tygodniu jednak 1/2 godzinna.
    Boję się, tym bardziej, że obie z siostrą mieszkamy w Krakowie a
    rodzice w okoliczach Bydgoszczy. Wybieramy się tam na początku maja.
    Boję się.
    --
    danka
    1% dla KOLIBRA
  • 03.04.08, 14:07
    Witaj Danka.

    Wiem jak wygląda ten pierwszy strach i to odrętwienie. Pisz na tym forum o
    wszystkim. Nie ukrywam, ze tutaj znalazłem wiele wsparcia rad ciepłych słów od
    wspaniałych ludzi. To pomaga tym którzy są ze swoimi bliskimi ale przede
    wszystkim to wsparcie i wiedza przekłada sie na komfort uleczania naszych bliskich.

    powtórzę to co sam tutaj dostałem, ze rak to choroba i bez względu na rokowania
    da się z nim walczyć.

    Trzymaj się i głowa do góry.

    Artur
  • 03.04.08, 20:21
    off topik - Mamoadama, jesli chcesz namiary na dobrego chemioterapeutę w RCO w
    bydgoszczy - daj znać.
  • 06.05.08, 02:04
    Dawno nic nie pisałem o mojej mamie i jej walce z tym cholernym rakiem. Mama
    jest po 5 nie planowej chemii, która zniosła wspaniale jak całą chorobę.
    Podziwiam ją każdego dnia, jak z nią walczy z jej wszystkimi skutkami i samym
    procesem leczenia Od paru dni borykamy z niewydolnością krążeniową. Mama ma
    coraz większe problemy z chodzeniem, dochodzi opuchlizna i problemy z
    oddychaniem. Pomimo to tak spokojnie przyjmuje wszystko co niesie każdy dzień.
    Już nie mam pytań .. ta droga tak wiele uczy ... . Jeszcze raz dziękuję Wam
    wszystkim za Waszą obecność, która ma i miała wpływ na jakość choroby mamy.


    Artur

    Artur
  • 09.05.08, 12:32
    hej Artur,

    wlasnie sie zastanawialam co u was...
    nie bede udzielac zadnych rad, bo sam instynktownie na pewno dobrze
    wiesz co robic...
    zycze Ci duzo sily na ten trudny czas, sciskam Cie mocno, jestem z
    Wami myslami

  • 10.05.08, 00:30
    Witaj Marika.

    Dziękuję. Wiem, że jesteś. Wasza pomoc w tej chorobie stała sie nieoceniona.
    Smutne jest to, że wiedza czerpana z Waszego życia tak cenna w chorobie mojej
    mamy musiała być okupiona taką stratą. Jak Ty sie trzymasz teraz? I naprawdę
    dziękuje, że jesteś.

    Artur
  • 09.05.08, 19:20
    mija czwarty miesiac od odejscia mojego ukochanego tatusia, zcytajac
    C
    --
    chcę morze zarzucić na głowę, by nikt nie dojrzał łez moich...
  • 09.05.08, 19:24
    za szybko enter,


    mija czawarty miesiac od odejscia mojego ukochanego tatusia,
    czytajac Ciebie widze siebie, mame, i swojego tate w tym
    cierpieniu...nie napisze nic madrego, musisz po prostu byc i wierzyc
    w to niebo po drugiej stronie...
    pzrytulam mocno do serca, pamietaj ze my tutaj znamy ten ból, nie
    jesteś sam...
    M.
    --
    chcę morze zarzucić na głowę, by nikt nie dojrzał łez moich...
  • 10.05.08, 00:40
    Witaj.

    Szkoda, że to niebo nie może być tutaj. Choroba zmieniła mamę, nauczyła sie
    cieszyć każdą najmniejszą radością. Każdym dniem i bolesne jest jak słyszę o jej
    planach na przyszłość, wiedząc jak kończy się ta droga. Jest taka wyciszona
    pogodzona nie z choroba a z życiem. Wiem, że dzięki Wam nie jest się samemu.
    Szkoda, że przy takiej tragedii dane mi było poznać tyle wspaniałych osób.
    Naprawdę jestem wdzięczny wszystkim i każdemu z osobna za Waszą pomoc.
    Wdzięczny, bo wiem, że dzięki niej udaje mi się przedłużyć to co nieuniknione i
    zaraz zwiększyć ile sie da komfort choroby. Jak Ty się teraz trzymasz?

    Jeszcze raz dziękuję.

    Artur
  • 13.05.08, 14:51
    Arturze,
    tato odszedl 5 miesiecy temu... Po jego smierci pierwszy etap oprocz
    ogromnego smutku i uczucia pustki byl dochodzeniem do siebie, w
    sensie psychicznym i fizycznym. Walka z tym chorobskiem i ciagla
    niewiadoma co bedzie dalej wykancza dokumentnie nie tylko czlowieka,
    ktory choruje ale wszystkich z jego najblizszego otoczenia. Opieka
    nad tata i praca zawodowa jednoczesnie polaczona z nerwowa
    bezsennoscia lub brakiem czasu na sen szybko dala sie odczuc i po
    smierci taty tygodniami spalam tak mocno, ze z lozkiem mogliby mnie
    wyniesc. Uczucie pustki w domu poczatkowo bylo nie do zniesienia, z
    czasem oswoilam go, poustawialam wszedzie zdjecia taty. Wiem, ze
    bardzo byl ze mnie i z rodzenstwa dumny wiec cokolwiek sie nie
    przydarza jade na cmentarz by mu o tym powiedziec...
    Ale i tak stale czuje jego obecnosc, wszedzie i zawsze, czuje, ze
    mnie ochrania i ostrzega. Czasem jednak ogarnia mnie takie
    niewypowiedziane uczucie smutku, ze nie doczekal pewnych rzeczy, z
    ktorych na pewno by sie cieszyl i ze nie moge wziac go za reke i
    czegos mu pokazac i wtedy lzy plyna mi po policzkach bez opamietania
    i czuje sie jak mala osierocona dziewczynka. Wiem jednak, ze bardzo
    wiele z Niego mam w sobie, jego pogode ducha, usmiech i to, ze umial
    smiac sie z samego siebie i to staram sie w sobie pielegnowac. Na
    pewno nie chcialby zeby ktokolwiek z nas sie zalamal i smucil bez
    konca. Ale ten ogarniajacy czlowieka nagle zal w roznych sytuacjach
    jest niemozliwy do unikniecia i mysle, ze jeszcze dlugo bedzie mi
    towarzyszyl...
    Sciskam Cie mocno
  • 07.06.08, 00:39
    Od tygodnia mama cierpi na ból klatki piersiowej. Odebrałem dziś wyniki badania
    izotopowego kości. Są zmiany w 6 i 7 żebrach i z stąd ten ból, którego nie
    możemy opanować od tygodnia. Podawana jest morfina co 4 godziny, obecnie
    przebywa w szpitalu. Od poniedziałku załatwię opiekę hospicjum domowe i będziemy
    ustalać ścieżkę bólu, by na ten koniec tak strasznie nie cierpiała. Los mógłby
    naprawdę oszczędzić jej tego cierpienia. tak wspaniale walczy z tym rakiem.
    Nadchodzą te najgorsze dni oby dobry los był łaskawy.

    Artur
  • 07.06.08, 19:00
    Artur, modlę się, aby Twoja mama nie cierpiała.... Jesteś wspaniałym
    synem, bo jak zauważyłam zazwyczaj piszą córki, żony. Mężczyźni
    pewnie duszą wszystko w sobie, trudniej nawet im zapytac się,
    poprosic o radę... Ty jesteś bardzo wrażliwy, dźwigasz wielki
    ciężar, ale wiem, że takie poświęcenie i miłośc do matki Bóg
    wynagradza. Teraz jest Ci ciężko, później będzie jeszcze gorzej, ale
    za jakiś czas wszystko się unormuje, może to jest opieka naszych
    bliskich....

    Pozdrawiam. Bądź przy mamie i trzymaj się jakoś.
  • 09.06.08, 21:34
    Artur, a plastry? probowaliscie ich? morfina bardzo otępia
    caly czas mysle o Was, jak dajecie sobie rade... duzo sily Wam zycze i sle cala
    energie!
    wieczorem pomodle sie za Twoja mame
    Pozdrawiam, Joasia
  • 09.06.08, 23:18
    Witaj Joanno.

    Tak, mama bierze plastry Durogesic już od 3 chemii, bez nich nie dałaby rady.
    Teraz ma 170 durogesicu plus kroplówkę dwa razy dziennie z ketanolem i morfina.
    Teraz na odbudowę kości bierze syndronat ale ból jest. Cholerny rak tak ją
    umęczył, mama ciągle wierzy w wyzdrowienie i walczy. Dziś załatwiłem już
    wszystko w hospicjum i ustawiamy ją bólowo. Najważniejsze by nie cierpiała bólu
    reszta już nie ma dla mnie znaczenia. Dziękuję za modlitwę bo już sadzę, ze Bóg
    zrobił sobie wakacje.

    Dziękuje za wszystko.

    Artur
  • 17.06.08, 16:31
    Artur,
    jestem z wami myslami...
  • 17.06.08, 19:50
    I ja Ciebie pozdrawiam i życzę wiele, wiele siły i odwagi, od
    długiego czasu czytam ten wątek, siły, siły życzę z całego serca.
    --
    www.pajacyk.pl/
  • 18.06.08, 09:09
    jestem z Tobą całym sercem ..... też cały czas się zastanawiam dlaczego Bóg chce
    , żeby takie osoby tak cierpiały ? co One takiego zrobiły ???? jakieś mendy
    chodzą po świecie, umierają nie cierpiąc ....a nasze bliskie osoby muszą się tak
    męczyć :-((((
    wczoraj pochowałam swoją mamusię ..... jest mi strasznie ciężko :-(


    Artur trzymaj się dzielnie !!!!
  • 26.06.08, 10:58
    U mojej mamy wykryto raka pluc z przerzutami na kosci. Lekarz mowi o
    statystykach: na 100 osob 50 umiera a 50 zyje od 12 miesiecy do 4
    lat ale w przypadku mojej mamy nie wie jak bedzie. Wszystko zalezy
    od chemioterapii ktora zaczyna sie w poniedzialek. Tak bardzo sie
    boje. Czy jest jeszcze jakas szansa? Wierze ze tak.
  • 26.06.08, 11:03
    Witaj Arturze
    U mojej mamy wykryto raka pluc z przerzutami do kosci
    Nie wiem jakie ma szanse ja wierze ze duze,
    przeciez ona ma dopiero 50 lat!!!!
    Bardzo Cie prosze napisz jak sobie radzisz z tym bolem
    Ja chyba nie potrafie

  • 26.06.08, 15:04
    Witaj.

    Nie będę sie wypowiadał na temat rokowań szans, nie jestem lekarzem. Co do
    bólu, dziś mama miała Iszą wizytę u lekarza w hospicjum. Mam nadzieję, że uda mu
    sie zminimalizować ból kości, bo więcej nie da ie już przyjmować środków
    przeciwbólowych zachowując jednocześnie świadomość. Nie chcę Cię straszyć ale
    rak kości to najbardziej bolesna choroba.
    Ja już sobie z niczym nie radzę, robie wszystko by mama jak najmniej cierpiała.
    I im dłużej trwa ta choroba mogę coraz mniej.

    Jeżeli chcesz porozmawiać jestem pod gg 6647181.

    Najważniejsze to walczyć do końca jaki nie miałby być ten koniec i zrobić
    wszystko dokładnie wszystko by ulżyć w cierpieniu.

    A na koniec to wystarczy już być z tą osobą.

    Trzymaj się.


    Artur

  • 26.06.08, 15:51
    Witajce,

    Jestem kolejna osobą, która dołącza do waszego grona. Mamusia moja ma raka płuc
    niedrobnokomórkowego z przerzutami na kosc ramienna, kosc krzyzowo biodrowa i
    mózg (o tym dowiedzielismy sie wczoraj)A tak bardzo sie modliłam, żeby nie było
    gorzej...czemu to nas spotyka, dlaczego...
  • 28.06.08, 00:51
    Witaj Kasiu.

    Nie zadawaj sobie takiego pytania, bo chyba nie ma na nie odpowiedzi. Teraz jest
    walne by walczyć z tym cholernym rakiem tak by mama nie cierpiała, zwłaszcza jak
    są przerzuty na kości. Ból można opanować a najważniejsze byś była z mamą tak
    często jak to tylko możliwe. Yo nie jest łatwa walka a co w tym życiu jest łatwe?

    Trzymaj się i nie jesteś w tym już sama.

    Artur
  • 28.06.08, 09:16
    Witaj Arturze,

    Właśnie zbieram sie do mamusi do szpitala, dobrze ze dzis sobota to przynajmniej
    moge spedzic tam caly dzień. Narazie mam ogromny żal, sama nie wiem do kogo
    ...do wszytkich wkoło..dlaczego to moja mama nie może chodzić usmiechnieta,
    szczęśliwa, tak bardzo lubiłyśmy chodzic na spacery.. a teraz co pozostało...ja
    naprawdę wierzyłam w cuda, myślałam, że ..bedzie dobrze..jejciu jak to wszytko
    boli...a łzy mamci mojej najbardziej...

    Pozdrawiam,
    Kasia
  • 29.06.08, 12:05
    Witaj Kasiu.

    Nie myśl co będzie "kiedyś" ciesz się każdym dniem i bądź z nią, tak naprawdę t
    jedyne co my możemy zrobić kiedy medycyna się "poddała" Naucz sie żyć tym dniem
    co jest nie wybiegaj w przyszłość. Bądź z mamą rozmawiajcie o wszystkim ciesz
    się kiedy będzie mogla wyjść na spacer zjeść i kiedy nie będzie ją nic boleć. To
    inna jakość życia ale wcale nie gorsza bolesna itd inna ale równie cenna.
    Boli wiem znam ten ból ale...

    Trzymaj się i głowa do góry.

    Artur
  • 08.07.08, 18:07
    Witaj Arturze,

    Jak u Was??? Moja mamusia dziś wróciła do domu, miała 5 naświetleń na głowę.
    Cieszę sie, bo ona sie cieszy, że wróciła... mówi cały czas o wycieczce do
    Krakowa, żeby chciała pojechać...a ja bym tak bardzo chciała, żeby to było
    możliwe...Ale to życie jest ulotne.. nawet człowiek nie zdawał sobie nigdy
    sprawy z tego ile warty jest jeden dzień... teraz to już wiemy..

    Pozdrawiam,
    Kasia
  • 08.07.08, 20:16
    Witaj Kasiu.

    U nas zbliżamy się końca tego pobytu. Mama jest pod opieką hospicjum domowego i
    wspaniałego lekarza dr Mariusza Sałamachy, który ustawił ją bólowo. Po
    przerzutach na kości odczuwała bardzo duży ból, dzięki w/w lekarzowi nie
    poszliśmy w zwiększanie morfiny a w leki uśmierzające bóle neurologiczne. Mama
    ma b. duże problemy z chodzeniem spacer z sprzed tygodnia (jeżeli chodzi i
    dystans) wydaje sie jakby był wyprawa w Himalaje.Brak czucia w nogach i dłoniach
    do tego doszły drgawki po części tez opanowane. Mama nadal wierzy, że wyjdzie z
    tego i nich tak zostanie. Najważniejsze, że jest wydolna oddechowo tzn. nie dusi
    się a odchodzi nam krążeniowo. Teraz bez tej całej świadomości swojego stanu
    zdrowia nie jest już ważne co robi i co jej może zaszkodzić. "Daliśmy" jej 6
    miesięcy życia wiec teraz nie ma już znaczenia ile zostało dni. Ważne (taka mam
    nadzieję), że odejdzie we śnie nie przechodząc rozstania z tym światem. Leki
    antydepresyjne anty lękowe powodują, że ma dobry nastrój. O taki koniec
    walczyliśmy i oby taki nastąpił.

    Dziekuję jeszcze raz wszystkim z forum, że dzięki ich wsparciu wiedzy i
    doświadczeniu brali pośredni udział w walce mojej mamy z ta cholerną chorobą.

    Trzymaj się Kasiu.

    Ps. Jak będziesz miała ochotę pisz na gg 664 71 81 i głowa do góry. Będzie dobrze.

    Artur
  • 12.07.08, 10:56
    aron - cieszę się , że Twoja mama ma dobry nastrój, i że sa jeszcze lekarze
    którzy umieją pomóc w tych ostatnich dniach .... 9 lipca minął miesiąc od
    śmierci mojej mamy a ja czym dalej tym czuje sie gorzej, cały czas mam przed
    oczami te ostatnie miesiące, dni i zastanawiam się , czy jakbym postąpiła
    inaczej to może jeszcze moja mama by żyła ....
    jest mi źle :-(
  • 12.07.08, 21:12
    Witaj Arturze,

    Wczoraj i dzisiaj byłam na spacerze z mamą... pewnie niektórym wydawało by się
    to niczym, a dla mnie ...dla nas jest to coś pięknego...wiem, że teraz nie mogę
    zmarnować żadnej minuty...człowiek w takiej sytuacji jest w stanie wszytko
    pogodzić, prace, życie prywatne i chorobę mamy. Czasami jest bardzo
    ciężko..zmęczenie daje się odczuć, ale widok mamy siedzącej w kuchni i robiącej
    sobie śniadanie jest czyś takim niby zwyczajnym a zarazem cudownymm...i
    chciałoby sie mieć takie widoki codziennie. Moja mamusia też jest na lekach
    antydepresyjnych- przynajmniej ma spokojny sen. Jeśli chodzi o ból przerzutów na
    kości na razie stosujemy tylko plastry..nie skarży się. Wiem, ze w naszej
    syttuacji teraz nagrozniejsze są przerzuty na mózg. Zapisaliśmy sie do hospicjum
    domowego. Ale nie wiem jak to jest w waszym mieście - nas poinformowali, że
    pierwsza wizyta będzie wówczas, gdy się będzie cos "poważnego" działo. Jakoś tu
    na forum jest to troszkę innaczej opisywane - muszę chyba sie jeszcez dopytać.

    Pozdrawiam,

    KAsia
  • 13.07.08, 00:24
    Witaj Kasiu.

    Nie mogę się wypowiadać na temat jak jest u Was w hospicjum, u nas pierwsza
    wizyta musiała się odbyć aby mamę przyjęli pod względem medycznym. Czas
    oczekiwania na wizytę domową jest długi ze względu na to , że jest ona
    czasochłonna i wielu potrzebujących. Ja zawiozłem mamę do hospicjum tłumacząc
    jej, ze tam przyjmuje lekarz z fundacji leczenia bólu. Łatwiej było lekarzowi
    przyjąć mamę na miejscu. Tam ustawiono ból potem po tygodniu po dwóch wizytach
    pielęgniarki przyjechał lekarz by mamę zbadać ponownie i sprawdzić jak się
    trzyma. Ja miałem szczęście, że trafiłem na wspaniałego człowieka nie tylko jako
    lekarza ale również psychologa. Ja się pogodziłem z tym co ma nastąpić,powoli
    się sam wyciszam nie myślę 24 godz na dobę o tym raku o jej chorobie. Nie
    dawałem już rady. Wygraliśmy ponad 6 miesięcy wydarliśmy tej cholernej chorobie
    tyle czasu i to jest ważne. WIem co czujesz i przez co przechodzisz. Niestety wiem.

    Trzymaj się i pamiętaj, że nie jesteś z tym sama. Życzę Twojej mamie samych
    najwspanialszych dni.

    Artur
  • 27.08.08, 14:59
    Przegrywamy walkę już nie tylko z tym rakiem ale i z bólem. Mama ma podawane już
    maksymalne dawki i nadal nie ustępuje uporczywy ból. Pozostają nam już tylko
    zastrzyki z morfiny co 4 godziny. Najgorsze, ze ja już nie znajduję pomysłów na
    tłumaczenie dlaczego jest gorzej skoro ma być lepiej. Nadal mama nie wie, jak
    jest naprawdę. Z prawdą i kłamstwem jest jest jak z każdą droga z tą różnica, ze
    kłamstwem nie da się wrócić. "Modliłem" się, by nie cierpiała, by ją nic nie
    bolało, jakoś los nie bardzo chce słuchać. Mama psychicznie i emocjonalnie
    trzyma się jakby nie było zdanej choroby. Rak natomiast zbiera swoją daninę i
    bólem niewydolnością krążeniową przypomina o sobie. obym nigdy nie musiał
    przeprowadzić tej ostatniej rozmowy o tym co się stało i co nadchodzi już tak
    dużymi krokami.

    Ma być dobrze, tylko nie wiem kiedy gdzie i komu ale początek już obiecujący.

    Artur
  • 27.08.08, 16:08
    Witaj,
    jak czytam o takich reakacjach chorych, że negują swoją chorobą, że
    mimo że widzą, że jest gorzej ciągle czekają na poprawę, to dziwi
    mnie to. Przeszłam chorobę i śmierć taty i też miał długo
    nadzieję,ale pewnego dnia powiedział:"nie dam rady tej chorobie".
    Miał świadomość,że jest źle i będzie gorzej.
    Teraz choruje jego siostra, dzis z nią rozmawiałam przez telefon,
    powiedziała:"to już koniec". Romzwiała ze mną o pamiątkach, oddała
    ludziom pod opiekę swoje zwierzęta, dopatrzyła spraw spadkowych. Nie
    wiem co jest lepsze? Chyba mieć nadzieję jest łatwiej jakoś z tym
    żyć, niż tak racjonalnie widzieć, że śmierć się zbliża. Nie wiem jak
    rozmawiać o śmierci, zawsze się to neguje, odsuwa od bliskich...
    Czemu to wszystko jest takie trudne?
    Sciskam Was z calego serca! Asia
  • 27.08.08, 16:23
    Witaj Arturze,

    Bardzo mi przykro, że nie jest lepiej.. u nas tak samo. Powoli mamusia wyłącza
    sie z naszego życia... chodzi ale prawie nic już nie mówi lub tylko powtarza po
    kimś słowa. Ostatnio nie śpi nocami, nie wiem dlaczego bo nic nie powie,..nie
    wiem czy coś ją boli czy może przydusza..potrafi zasnąć na siedząco a na leżąco
    nie... tak bardzo bym chciała, żeby jeszcze do nas " wróciła'i z nami
    porozmawiała, żeby powiedziała czy coś ja boli czy nie.

    Kasia
  • 23.09.08, 16:04
    Dzisiaj w nocy o 23.30 odeszła moja mama. Odeszła w hospicjum bez bólu i
    świadomości, ze odchodzi. Była w nim niecały dzień pod wspaniała opieka ludzi,
    którzy przez miesiąc robili wszystko by zwiększyć komfort życia w tej chorobie.
    Dziękuję wszystkim wspaniałym osoba na tym forum w imieniu mojej mamy Bożenny bo
    te dzięki Wam i waszej wiedzy mogłem sprawić by przeszła przez tego cholernego
    raka jak można było najlepiej, by nie umierała a żyła z nim tak jak bez niego.


    Artur
  • 23.09.08, 16:30
    Arturze ogromnie Ci wspolczuje. Dobrze wiem, jak trudne chwile za Toba i
    przed Toba. Trzymaj sie , mama zawsze bedzie przy Tobie , jestem tego pewna.
    Marzena
    --
    Żaden dobry uczynek nie ujdzie bezkarnie ...
  • 23.09.08, 17:01
    Artur

    ogromnie Ci wspolczuje. Mozesz tylko dziekowac Bogu, ze miales taka
    wspaniala mame, ktora teraz jest w niebie.

    Strasznie mi przykro i smutno.

    Sciskam Cie mocno
    Ola
  • 23.09.08, 21:46
    Artur,
    Przez te 9 miesięcy dzielnie wspierałeś mamę w chorobie. To dzięki Tobie i
    Twojej wiedzy mniej cierpiała, nie była sama i odeszła godnie. Jestem pewna że
    była szczęśliwa, że miała takiego syna. Rano poprosiłam moją mamę aby się Twoją
    zaopiekowała.

    justyna
  • 23.09.08, 23:50
    Artur,
    Przyjmij moje najszersze wyrazy współczucia. Jedynym pocieszeniem jest to, że
    Twoja Mama już nie będzie cierpiała.
    Trzymaj się, bo jeszcze niejedna ciężka chwila bedzie na Ciebie czekac.
    Myślami jestem z Tobą.
    Joasia
  • 24.09.08, 13:15
    Arturze,

    Jest mi ogromnie przykro z powodu Twojej mamy. Dzilnie walczyłeś o
    mamę, dzielnie ją wspomagałeś. To straszne, że nasze ukochane mamy
    odchodzą takie młode, że patrzymy na ich cierpienie i jesteśmy tacy
    bezsilni. Współczuję Ci bardzo.
    Ewelina
  • 24.09.08, 17:11
    Składam najszczersze kondolencje.
    Brysia
  • 25.09.08, 01:26
    Arturze
    razem z mamą pięknie przeszliście najtrudniejszą z dróg jaką była
    jej choroba,najwazniejszy egzamin z człowieczeństwa, miłości. Od
    poczatku podziwiałam Twoją rozwagę, mama na pewno jest z Ciebie
    dumna. Powiększyła grono naszych kochanych aniołów -rodzicow.
    Z całego serca przyjmij moje glębokie wrazy współczucia.
    Asia
  • 25.09.08, 23:14
    Artur, wiem dobrze ile serca, energii i siebie wlozyles w ten
    ostatni okres w zyciu Twojej mamy. Wiem jak wiele poswieciles i ile
    Cie to kosztowalo. Twoja mama zawsze bedzie Ci wdzieczna i dumna, ze
    ma takiego syna a przede wszystkim juz zawsze bedzie nad Toba
    czuwac. Badz dzielny i trzymaj sie cieplo, A.
  • 26.09.08, 15:17
    Artur mam gęsią skórkę jak to przeczytałam ...znowu następna osoba z tym
    podstępnym rakiem odeszła ..... przytulam Ciebie mocno ..... trzymaj się
    dzielnie !!!! dobrze, że Twoja mamusia nie cierpiała !!!! widać ,że są sposoby
    na to ( nie tak jak u mojej mamy - jeszcze płaczę ...ciągle to jest we mnie )
  • 02.10.08, 21:34
    hej Artur,
    bardzo jest mi przykro, ze Twoja mam odeszla...
    znam to uczucie kiedy niesamowity bol przeplata sie z ulga, ze chory juz nie
    cierpi i pewnie tak sie teraz czujesz...jestem z Toba, zapalam dla Twojej mamy
    swiatelko (*), sciskam Cie mocno

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.