NASZE HISTORIE

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    estelka1 05.07.06, 07:35 Odpowiedz

    W wielu przypadkach nowotwór -także płuc- zaczyna dawać
    jakiekolwiek objawy, kiedy jest już bardzo zaawansowany.
    Profilaktyczne
    prześwietlenia płuc nie zawsze wyłapią na czas chorobę. Czasem
    diagnozuje się
    raka przez przypadek. Tak było z moja mamą. Trafiła do szpitala z
    powodu
    zaburzeń serca. Guza (w prawym płucu !!!) zauważyli lekarze przy
    rutynowym
    prześwietleniu klatki piersiowej. Później dopiero po fakcie mama
    zaczęła
    kojarzyć, że jakieś dwa miesiące wcześniej miała dziwne bóle w
    klatce
    piersiowej - lekarze wyleczyli to z dobrym skutkiem środkami
    przeciwzapalnymi,
    mama zaczęła też się bardziej męczyć. Pewnie gdyby nie problemy z
    sercem,
    historia choroby mojej mamy byłaby podobna do historii Twojego taty.
    Trzymaj
    się dzielnie i mimo wszystko nie trać nadziei, Mój lekarz rodzinny
    powiedział
    mi kiedyś coś ważnego i fajnego. Cuda w onkologii też się zdarzają i
    dotyczą
    one właśnie tych najbardziej złośliwych nowotworów.

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    tolka3 05.07.06, 08:42 Odpowiedz
    Warto być wyczulonym na pewne objawy, które mogą
    sugerować poważną chorobę.

    Moja mama miewała silne bóle brzucha. Króciutkie ataki bólu, same
    lub po lekach
    przeciwbólowych przechodziły. Bywały też stany bólowe dłużej
    trwające, ale
    lżejsze. Ot bóle brzucha jakie każdy miewa (tak myślała moja mama).
    Zaniedbywała niestety kontrolne wizyty u ginekologa i cytologię. Ale
    w końcu
    się wybrała. Lekarka nie widziała nic niepokojącego, także od tej
    strony
    czujność mamy została uśpiona (zresztą mama nigdy nie chorowała,
    była jedną z
    tych osób, których nie łapało nawet przeziębienie, nie mówiąc o
    poważniejszych
    chorobach). Pewnego razu dostała krwawienia z pochwy. I teraz już
    szybko:
    szpital, pobranie wycinka i diagnoza nowotwór szyjki macicy, stadium
    IIa. Tak
    się zaczęło (miała wtedy 66 lat) i trwa do dziś. Po chemio i
    radioterapii
    spokój na rok, póżniej dokładnie te same objawy: ból, następnie
    krwawienie.
    Tylko tym razem lekarka odsyłała ją z kwitkiem mówiąc, że tak ma
    być, że nic się nie dzieje. A to był nawrót. Moja rada (oprócz tych,
    które już zostały
    wymienione) jest też oczywista: stosować metodę ograniczonego
    zaufania do lekarzy, czytać, pytać, wnikać i samemu robić badania,
    nawet, jeśli lekarze twierdzą, że są zbędne.

    • 18.11.08, 09:24 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      natalka071 01.03.08, 06:05 Odpowiedz

      Mój mąż nigdy nie miał kłopotów z wypróżnianem.Zawsze wstawał rano i
      szedł do toalety.Ja niestety ciagłe zaparcia (mam niedoczynność
      tarczycy) i nie mogę schudnąć.Od maja 2007 r zaczęły się
      biegunki.Poniewaz mielismy w naszym miescie w wodzie bakterie coli
      to on tłumaczył,że od wody.Śmiał się ze mnie że jesli ktoś chce to
      schudnie bo on zaczął chudnąć.Nie słuchał jak go namawiałam na
      wizytę u rodzinnego.Poszedł dopiero w listopadzie i zaczęło się
      leczenie biegunki bez jakichkolwiek badań .Po trzech seriach leków
      przeciw biegunce wreszcie skierowanie na kolonoskopie.Wtedy szok guz
      jelita grubego, konieczna operacja i prawdopodobieństwo stomii.Udało
      się bez stomii i bez przerzutów .Wtej chwili nasz rodzinny jak ktos
      mówi mu że schudł to zaraz pyta czy nie ma czasami biegunki.

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      marta_h_1 23.05.08, 15:50 Odpowiedz
      witaj
      Mam nadzieję, ze u Twojego męża wszystko w porządku i że wraca do
      zdrowia. Historia mojego taty była podobna, choć potoczyła się
      trochę gorzej. Dokładnie tak jak twój maż żadnych problemów z
      wypróżnaniem,wszystko z zegarkiem w ręku, a wszyscy w domu takie
      problemy mieli. Tata czuł jednak ból w podbrzuszu, ale wszystko
      zwalał na przepłuklinę. Postanowił więc ją zoperować, jednak po
      zagojeniu się rany ból dalej nie mijał i to go zaniepokoiło. Poszedł
      do lekarza, który zbadał go palcami i powiedział że wszystko w
      porządku. tata jednak uparł się przy kolonoskopii. No i zaczą sie
      koszmar. Guz wilkości pięści, złośliwy. W szpitalu onkologicznym
      przeprowadzono operację, udało sie bez stomii, jakaż była wtedy
      nasza radość. Lekarze zadecydowali żeby nie podawać chemii, poniewaz
      wszystko zostało usunięte, chemia według nich byłaniekonieczna.
      Zaczęły sie wizyty kontrolne co 3 miesiące. Wszystko było w
      porządku. tata chodził do poradni onkologicznej a także równocześnie
      chodził prywatnie do lekarza (na szczęście). Gdy mijał już prawie
      rok od operacji tata był w ośrodku na wizycie, wszystko wyszło w
      porządku. jak zwykle poszedł też prywatnie i tam lekarz badając go
      palcami wyczuł coś pod palcem, zdecydował o tomografii za dwa
      miesiące (zastanawiam sie czemu tak długi termin dał, skoro mógł dać
      od razu, bo to nie była kwestia wolnego miejsca). Nie doczekaliśmy
      jednak do tego terminu, bo w dwa tygodnie później tata miał
      krwawienie z odbytu. Od razu zgłosiliśmy się do lekarza ten wysłał
      tate do szpitala, zrobili tomografię jamy brzusznej. Czekaliśmy
      długo na wyniki, nikt nie chciał nic powiedzieć. Dopiero lekarz
      porozmawiał z mamą, były przerzuty do wątroby, stan bardzo zły.
      lekarz podjał się jednak operacji. Była bardzo trudna i rozległa.
      Wyłoniono kolostomię, tata wracał szybko do zdrowia. Skierowano go
      na chemioterapię. Przed rozpoczęciem chemii zrobiono znów
      tomografię, okazały się liczne nacieki, przerzut do wątroby. teraz
      jest po piątym kursie i na razie stop. czekamy na kontrolną
      tomografię a co będzie dalej to zadecydują jak będą wyniki.
      Piszę to nie po to żeby was wystraszyc i żebyście nie mogli spać
      spokojnie. Piszę żebyście wiedzieli, że trzeba uważac bo to bardzo
      podstępna choroba. My przez ten rok zapomnieliśmy że tata jest
      chory, niestety lekarze wylali nam kubeł zimnej wody nagłowę.
      Rokowania nie są najlepsze.
      To straszne że będąc pod okiem lekarzy rak rozwijał się tak
      spokojnie. mam tyle żalu do lekarzy ze zapewniali tatę że wsyzstko
      super. Kierowali się tym że markery sa dobre. Jak się wszystko
      spieprzyło to dowiedziałam się ze markery nie zawsze są
      jednoznaczne. Nikt nie zrobił mu tomografii, gdyby zrobili wcześniej
      wyszło by to. Robili tylko kolonoskopię, która wychodziła dobrze.
      Nagle lekarz który się cały czas uśmiechał że jest super, zaczął nie
      mówić o wyzdrowieniu tylko o wydłuzeniu życia pacjenta, a to
      wszystko zmieniło się zaledwie w przeciągu dwóch miesięcy.
      Szkoda słów. Ne wiem kogo obwiniać.
      Jestem pełna wiary że wam się to nie przydaży, jednak warto być
      czujnym. Życzę dużo zdrowia.
      Pozdrawiam
      P.S. Przeopraszam za ew błędy i literówki, tak to jest jak człowiek
      jest pełen emocji.

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      monique_1 05.07.06, 11:46 Odpowiedz

      Moja mama, chora na raka żołądka, zaczęła strasznie chudnąc i nie
      mogła jeść bo
      wymiotowała.
      Wcześniej przez kilka lat od czasu do czasu miała silny ból, taki
      jak od serca,
      ale prawdopodobnie nie był on bólem sercowym bo po usunięciu żołądka
      takie
      dolegliwości zupełnie ustapiły:-/
      20 lat wcześniej mama prawdopodobnie miała wrzód żołądka, albo coś
      takiego bo
      trafiła z bardzo silny bólem brzucha do lekarza, który podał jej
      bardzo silny
      środek przeciwbólowy w zastrzyku i to pomogło, więc może to był to
      wrzód który
      pękł? Nie wiem tak sobie teraz gdybamy.
      W fazie silnego chudnięcia mama była na kilku gastroskopiach, miała
      pobrane
      wycinki i te badania nic nie wykazały!!! W encyklopedii z lat 60
      było napisane,
      ze w takim przypadku należy przeprowadzić inne badania wykluczające
      nowotwór,
      ale najwyraźniej lekarz badający mamę jeszcze nie posiadł wiedzy
      medycznej na
      takim poziomie.
      Dopiero jak schudła 20 kilo lekarz stwierdził, że trzeba może
      chirurgicznie coś
      zrobić, żeby udrożnić ujście z żołądka.
      W trakcie operacji okazało się, że jest to nowotwór a nie zgrubienie
      odźwiernika żołądka....
      No i jeszcze kilka osób z mojej rodziny chorowało na ten typ
      nowotworu,
      genetyczna skłonność do tego rodzaju schorzeń na razie nie jest
      udowodniona,
      ale myślę, że to kwestia czasu.
      W sprawie badań profilaktycznych polecam artykuł:
      www.mediweb.pl/mens/wyswietl.php?id=273

    • 18.11.08, 09:27 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      mariken 05.07.06, 16:51 Odpowiedz

      Historia mojej mamy nie skończyła się niestety dobrze - właśnie
      przez
      zaniedbanie leczenia. J5-6 lat temu mama zaczęła mieć problemy z
      trawieniem, na
      przemian pojawiały się zaparcia z biegunkami. Trwało to jakiś czas,
      potem
      mijało. Mama, nie słuchając rad, bagatelizowała sprawę. W końcu, we
      wrześniu
      2002 r. do tych objawów dołączyły wymioty. Mama zaczęła jeść tylko
      gotowane
      warzywa - wszystko inne zwracała. Kiedy zdecydowała się pójść do
      szpitala,
      okazało się, że być może jest to zapalenie wyrostka. Za chwilę -
      nie, to nie
      wyrostek. Mamę przewieziono do Świętokrzyskiego Centrum Onkologii,
      gdzie
      została otoczona fantastyczną opieką zarówno lekarzy, jak i
      pielęgniarek. Tam,
      po dokładnych badaniach okazało się, że to jakby ropny guz jelita
      grubego.
      Pierwsza operacja, wycięcie guza. Za tydzień, zamiast się poprawiać,
      stan się
      pogarsza. Druga operacja, guz się odnawia. Badanie hist-pat pokazuje
      dziwny
      obraz, specjaliści zarówno z Kielc jak i Warszawy nie wiedzą co to
      jest. Niby
      nowotwór, ale jakiś dziwny. Podejrzenie choroby Crohna, za kilka dni
      wykluczenie tej diagnozy. Mama na lekach przeciwbólowych i
      kroplówkach, nic nie
      je, bo wszystko zwraca. Pojawiają się obrzęki - guz uciska na aortę
      brzuszną.
      Mija kilka dni. Koniec. Od momentu, kiedy mama trafiła do szpitala
      minęło
      dokładnie 6 tygodni.
      Dotąd nie wiemy co to tak naprawdę było. Jeden z lekarzy wysunął
      hipotezę, że
      być może ten jakby stan zapalny miał związek z boreliozą, którą mama
      przechodziła dwa lata wcześniej. Udało się ustalić tyle, że ani ja,
      ani moja
      siostra nie będziemy - i nie jesteśmy - obciążone żadnym genem
      powodującym
      nowotwór jelita grubego.

      joaśka
      --
      -----------
      mała rośnie!!

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      emgoro 05.07.06, 19:54 Odpowiedz
      Rak jajnika to podstępny nowotwór, który często daje objawy, kiedy
      choroba jest
      juz zaawansowana. U Gosi tez były objawy, ale raczej uwidoczniły się
      w ostatnim
      stadium kilka tygodni przed rozponaniem choroby. Występował
      dyskomfort w jamie
      brzusznej i w ostatniej fazie narastanie obwodu brzucha z uwagi na
      postepujące
      wodobrzusze, no i towarzyszący ból przypominający skurcze mieśni lub
      nawet
      podobny do bolów porodowych. Brak apetytu i uczucie najedzenia. W
      przypadku
      Gosi przybieranie masy ciała, co wydaje się niespecyficzne w
      onkologii.

      Przede wszystkim aby ustrzec sie przed postepem nierozpoznanej
      choroby lub
      wykryć nowotwór jajnika we wczesnym stadium nalezy przynajmniej raz
      w roku lub
      nawet dwa razy pójśc do ginekologa i zrobić podstawowe badania
      cytologia,
      markery nowotworowe CA125 i przede wszystkim USG przezpochwowe
      bezwględnie, no
      i oczywiście zwyczajowe badanie ginekologiczne. Każda podejrzana
      zmiana na
      jajnikach powyżej 5cm i nie cofające się mniejsze zmiany pod wpływem
      farmakologii zaleconej przez lekarza powinna skończyć się zabiegiem
      operacyjnym. Dobry radiolog w USG może rozpoznać zmianę mogącą mieć
      charakter
      onkologiczny. Oczywiście, że nalezy być ostroznym w podejmowaniu
      radykalnych
      ingerencji w organizm, ale nie należy lekcewazyć objawów, których
      wcześniej nie
      było lub budzą jakiś niepokój ogólny i nie dają spokoju. Nalezy
      pamiętać, że w
      przypadku obciązenia genetycznego kiedy wystepował w rodzinie rak
      piersi lub
      jajnika powinno sie byc pod bezpośrednia opieka poradni genetycznej,
      gdzie
      wszystkie te badania mozna w odpowiednim czasie wykonać. Nalezy byc
      czujnym, bo
      rak jajnika jest poostrzegany jako cichy zabójca. Pisze, to ku
      przestrodze, by
      w odpowiednim czasie zareagować. Zdarza się, że wymienione objawy są
      często
      szczególnie przez lekarzy rodzinnych rozpoznanwane jako dolegliwości
      gastrologiczne np. nadwrażliwość jelita grubego lub przejedzenie
      się. Bez
      wskazanych badań nie będzie możliwe wstepne postawienie diagnozy, że
      to może
      być rak jajnika. Miłe Panie mam nadzieję, że będziecie
      odpowiedzialne, bo to
      jest bardzo ważne, gdyz życie jest tylko jedno, a zdrowie mozna
      stracić bardzo
      szybko. Rak jajnika najcześciej pojawia się między 40 a 50 rokiem
      życia, ale i
      dotyczy osób o wiele młodszych (Gosia zachorowała jak miała 26 lat),
      jak
      równiez starszych.
      Jestem zbudowany, że taki temat w ogóle powstał.
      pozdrawiam
      Robert

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      kalinosia 05.07.06, 21:29 Odpowiedz
      no cóż, a ja jestem "przypadkiem", który pozkazuje, jak wazna jest
      profilaktyka. Mi nic nie dolegało, kompletnie NIC, po prostu na
      wizycie lekarz
      pobrał mi rutynową cytologię. I dopiero cytologia pokazała, że coś
      się
      dzieje :/. Dzięki Bogu, szczęscie w nieszczęsciu, że to było
      początkowe stadium
      ( w którym to własnie najczęsciej nie ma jeszcze żadnych objawów
      choroby).
      Dlatego tak często apeluję do kobiet, aby robiły to badanie...I tak
      jak
      historia Gosi i moja pokazuje - raki ginekologiczne atakują coraz to
      młodsze
      kobiety :-(. Ja miałam 27 lat (3 lata po operacji jestem). Życzę
      zdrowia -
      agnieszka


      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      ulaw2 06.07.06, 07:46 Odpowiedz

      Profilaktyka jak najbardziej ale ........
      Niestety przypadek mojej mamy(rak szyjki macicy)pokazuje jak ta
      profilaktyka
      wygląda.Cytologia robiona co rok i wszystko okay.Kiedy pojawiły się
      upławy i
      bóle krzyża leczenie objawowe.Bez rezultatu.Pojawiają się
      krwawienia, szpital i
      dalej leczenie w zupełnie innym kierunku.Cały czas robiona jest
      kontrolna
      cytologia która uspakaja lekarzy.Na moją wyraźną sugestię że być
      może to jednak
      coś niedobrego lekarz decyduje się na operację no i wyszło szydło z
      worka.Niestety mamę otworzono i zaszyto bo zmiana była dośc
      duża.Dopiero
      później pobranie wycinków i diagnoza :zaawansowany rak szyjki
      macicy.Pytam więc
      lekarza :cytologia wychodziła dobra a rak zaawansowany?.Niestety tak
      wykonuje
      się u nas cytologię, z oszczędności byle jak i byle czym.
      A nowotwór rósł sobie przez 6 miesięcy pod okiem lekarzy.Niestety
      nie dało się
      zmiany usunąć, radioterapia (paliatywna niestety),jakieś parę
      miesięcy spokoju
      i nawrót (naciek w pochwie),ciężko wywalczona brachyterapia i dalej
      zobaczymy.
      Moja rada: nie ufać bezgranicznie lekarzom bo nawet oni są tylko
      ludźmi i im
      też zdarzają się pomyłki.
      "Uczyć się" choroby aby wiedzieć jak najwięcej, przekonałam się na
      własnej
      skórze że jak się tę wiedzę posiada to inaczej się rozmawia z
      lekarzami, więcej można zdziałać w kwestii leczenia.
    • 18.11.08, 09:29 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      morelka29 06.07.06, 22:38 Odpowiedz
      czesc!!!

      U mnie wszystko zaczelo sie w marcu tego roku! Poszlam do lekarza
      domowego z
      zapaleniem pecherza. Przy okazji pokazalam Pani Doktor "cos" co
      uroslo mi na
      plecach bo nie wiedzialam co o tym myslec! Gdy to zobaczyla chwycila
      za telefon
      i zrobila mi termin u dermatologa. Tam juz Pan Doktor powiedzial ze
      trzeba to
      wyciac i wyslac do badania (dzisiaj mijaja 3 miesiace od wyciecia).
      No i badanie niestety wykazalo ze to czerniak! Dermatolog staral sie
      mnie
      uspokajac ze czerniak byl bardzo maly, bo mial 0,8 mm i jego zdaniem
      nie
      powinno sie wiecej nic zdarzyc! Wszystkie zalecone badania zrobilam
      natychmiast
      i nic nie wykazaly! Ale tego co czulam dowiedziawszy sie o wyniku
      badania nie
      jest w stanie nikt zrozumiec kto tego nie przezyl! To taki wszech-
      ogarniajacy
      strach, czujesz sie jakbys byla w porozni (przynajmniej ja tak
      mialam). Ogarnia
      cie taki bezwlad, nie potrafisz o niczym myslec. Przez pierwsze dni
      chodzilam
      caly czas i plakalam! a najgorzej bylo jak zostalam sama w domu. W
      nocy
      budzilam sie cala spocona a serce chcialo mi z piersi wyskoczyc!
      Na dzien dzisiejszy sobie mysle ze to Bog zeslal mi zapalenie
      pecherza, bo
      gdyby nie to to chodzilabym dalej nieswiadoma zagrozenia a do
      lekarza byloby
      jakos nie po dordze. W tej chorobie kazdy dzien jest wazny. Lekarz
      powiedzial
      mi ze gdybym przyszla 2-3 miesiace pozniej to..............byloby za
      pozno! To
      koszmar! A wszytko wydarzylo sie u mnie akurat w tym momencie jak
      staralismy
      sie z mezem o dziecko..... Takze sami widzicie ze los zsyla nam
      takie
      niespodzianki (i nie tylko takie) w najbardziej niespodziewanym
      momencie zycia!
      Ale zawsze trzeby byc czujnym i nie bac sie isc do lekarza, nawet z
      jakas "pierdolka" ktora nas niepokoi!

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      kizi10 08.07.06, 11:27 Odpowiedz

      u nas nie było żadnej możliwości trafienia nawet przypadkiem na
      rozwijający się
      nowotwór. zaczęłyśmy obserwować tatę na początku września 2004, bo
      trochęinaczej się zachwywał. myślałyśmy, że jest przemęczony -
      własna firma, robota
      12-14 godz dziennie a wrzesień u taty to pełnia sezonu - mało się
      odzywał, a jak
      już to przeważnie był wściekły, poirytowany, obrażał się z byle
      powodu, albo
      spał. dopiero jak odłożył papierosy, bo "zapomniał" że pali, to
      przestraszyłyśmy
      się naprawdę. jakiś rok, czy dwa wcześniej,- nie mogłyśmy sobie
      przypomnieć-
      lekarz podejrzewał u taty zapalenie płuc, a raczej na zdjęciu
      znalazł ślady po
      zapaleniu. czy wtedy był początek ? Bóg jeden raczy wiedzieć. w
      każdym razie to
      był jedyny epizod z płucami. nigdy nie kaszlał, nie przeziębiał się,
      chorował od
      wielu lat na cukrzycę, ale poza tym był zdrowy jak byk. i kiedy
      wreszcie w 2004
      roku udało się nam zapakować tatę do szpitala - a bronił się przed
      tym okropnie,
      nie chciał do psychologa, czy psychiatry, ani do neurologa, ani w
      ogóle do
      nikogo - po dwóch dniach szok- guzy w płucach i mózgu. TYLKO
      przerzuty. do dziś
      nie wiadomo gdzie ognisko pierwotne. najbardziej prawdopodobne były
      płuca, ale z
      histopatologii wyciętego z głowy guza nic nie wynikało. pół roku
      przepuszczali
      go przez każdą dostępną maszynę w bydgoszczy, robili bronchoskopie,
      BAC płuc
      nawet przeleciał przez PETa i nic. nie ma śladu ogniska pierwotnego.
      efekt jest
      taki, że jak podają mu chemię to wpisują na chybił trafił jaki to
      nowotwór - raz
      drobno raz niedrobnokomórkowy płuc, raz guz mózgu, raz nowotwór
      okolic głowy i
      szyi, bo z chemii muszą się rozliczyć dla danej jednostki
      chorobowej. jestem za
      regularnymi badaniami bo można wyłapać wiele patologii, zanim stanie
      się
      najgorsze, niestety uważm, że w wielu przypadkach to nadal rosyjska
      ruletka.
      pozdrawiam wszystkich kaśka

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      gemini09 08.07.06, 17:14 Odpowiedz

      -Styczeń 2004; na przedłużajacy się kaszel lekarz przepisuje mojemu
      tacie
      tabletki do ssania( dobre ubezpieczenie , Chicago).
      - Sierpień 2004 j.w
      - 20 listopad 2004 -po mojej namowie, tato robi RTG pluc ( 40 lat
      palił) i od
      razu diagnoza; rak!
      -24 grudzień 2004 Wigilia- Wiadomość;niedrobnokomórkowy rak płuca
      prawego, 11
      cm, IIIA.
      -między 20 listapada 2004 a 30 marca 2005 ; badania, potwierdzenia,
      chemia
      indukcyjna.
      -31 marzec 2005, dzień po Wielkanocy- usunięcie jednego płata płuca
      prawego i
      szybki powrót do zdrowia. Radość i euforia. Na krótko.
      - 15 sierpień 2005( znowu świeto)- pojedyńczy przerzut w mózgu( w
      móżdzku,
      nieoperacyjny), radość taty, że nie będą go ciąc.
      - Koniec sierpnia 2005; Szpital Uniwersytecki Loyolla w Chicago;
      zastosowali
      Gamma Knife; ponoć rewelacja!
      - Wszystich świętych 2005; kolejne dwa przerzuty w mózgu
      - Styczeń 2006; chemia bezpośrednio do mózgu raz w tygodniu(
      rewelacja, u nas
      ponoć się nie robi),
      - Styczeń- luty 2006 dołączono do chemi naświetlania
      - 27 luty 2006 tato wraca na stałe do Polski po 19 latach na
      emigracji!
      -20 marzec 20006- po 20 dniach pobytu w Polsce tato umiera na
      niedrożność
      jelit.Miał zator kreski,serce wysiadło. Nie obudził się po operacji.
      -8 lipiec 2006 ; cały czas myślę , że zadzwoni i zapyta córciu co
      słychać?. Jak
      przeżyć teraz te wszystkie święta? Tęsknię za nim.Pozdrawiam



    • 18.11.08, 09:29 Odpowiedz


      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      sandra-31 14.07.06, 15:49 Odpowiedz
      Moja historia trwala 6 dlugich lat.Mama zachorowala na raka jajnika
      w wieku 44 lat.Podobnie jak w przypadku Gosi mamie urosl brzuch(6
      litrow plynu).Od razu wiedzialam co to jest nie musialam czekac na
      diagnoze.Szereg operacji,niezliczona ilosc chemioterapii,wzloty i
      upadki.Potem autoprzeszczep we wroclawskiej klinice
      hematologii.Polepszenie stanu zdrowia na 2 miesiace.Kiedy
      zaproponowali mamie drugi autoprzeszczep nie wyrazila
      zgody.Powiedziala mi wtedy ze go nie przezyje.Od stycznia 2005 roku
      stan zdrowia mamy ulegl na tyle pogorszeniu ze nie mogla jak dotad
      prowadzic normalnego zycia.Ciagle wymiotowala i prawie nic nie
      jadla.Gasla.Zmarla w kwietniu.Po tym wszystkim wiem ze nowotwora sie
      niewyleczy lekarze sami nie wiedza co robic dzialaja na
      zasadzie"metoda prob i bledow",ucza sie.Ta podstepna choroba wygrywa
      niestety pojedynek z czlowiekiem.Od smierci mamy mina niewiele ponad
      rok i cigle czuje jej brak.Byla mloda pelni zycia kobieta.
      Tyle mowy o profilaktyce.tyle przez ten okres poznalam lekarzy i
      zaden nie poinformowal mnie o tym ze powinnam sie badac bo jestem w
      grupie ryzyka zachorowania na nowotwory jajnika i piersi,ze moge
      zrobic badania genetyczne.Nic.Ani slowa.Dobrze ze czlowiek jest sam
      tego swiadom ale ile jest takich ludzi nie wszyscy musza to wiedziec.
      Pozdrawiam
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      kalinosia 14.07.06, 16:00 Odpowiedz
      witaj, bardzo mi przykro z powodu Mamy :( Tak, to okropna choroba,
      nie da się
      ukryć. Ale nie możesz pisać (zwłaszcza na tym forum), że z rakiem
      się nie
      wygra. Bo da się wygrać! Tylko choroba musi być wykryta w I stadium,
      a to jest
      największy problem, bo w tym stadium najczęściej nie ma objawów,
      więc nie wiem,
      że chorujemy i nie idziemy do lekarza(dlatego tak ważna jest
      profilaktyka). TU
      na forum jest wiele osób które wygrały z tą chorobą (np. ja) .Znam
      też wiele
      osób, które wygrały walkę, a miały wykrytą chorobę w stadium
      bardziej
      zaawansowanym. Pozdrawiam Cię ciepło i Wszystkich forumowiczów - aga
      --
      Kobiety trzeba kochać w każdym wieku, zwłaszcza w XXI :-D
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      xprinczix 18.07.06, 23:12 Odpowiedz
      Historia mojej mamy: rok temu postawiono diagnozę - rak płuc
      płaskonabłonkowy-
      gruczołowy i rozpoczęła się walka. Chemia, operacja, naświetlania, a
      do tego
      psychika mamy. Moja mama sie kompletnie załamała. Samotnie
      wychowywała mnie i
      mojego brata więc więź pomiędzy nami jest bardzo silna. Pierwsze
      starcie z
      rakiem wygraliśmy. Operacja miała miejsce rok temu w czerwcu w
      Instytucie
      Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie. Chemia i naświetlania odbyły się
      na Śląsku
      gdzie mieszka moja mama. Moja sytuacja jest utrudniona ponieważ ja
      od kilku lat
      mieszkam w Warszawie więc trasę KCE-WWA-KCE znam na pamięć. RTG
      klatki
      piersiowej podobno już 2 lata temu pokazywał że jest guz na płucu
      ale lekarz
      jakoś tego nie zauważył. Na szczęście mama badała się co roku. Tacy
      sa lekarze,
      nie interesuje ich pacjent tylko pieniądze.
      Teraz czeka nas kolejne starcie. Rak po roku czasu dał przerzut do
      kości.
      Kolejne załamanie i szukanie lekarza onkologa ortopedy, który wskaże
      co robić
      dalej. I znowu pomyłka lekarza. Mama od pół roku skarżyła się na ból
      ręki i
      lekarze leczyli ja na REUMATYZM! Brak mi sił już do lekarzy. Gdyby
      guz był
      wykryty pół roku temu zwiększyłoby to szanse.
      Trzymajcie za moją mamę kciuki i tym razem musi wygrać!

    • 18.11.08, 09:30 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      marta11 18.07.06, 23:48 Odpowiedz
      Twoja Mama napewno wygra. Wierze w to. I moja tez! U mojej wykryto
      raka pluc w
      I stadium. Miala tylko operacje. Jak bylo u Ciebie? Jakie stadium?
      Wiesz u
      mojej Mamy rtg sprzed 2 lat tez okazuje sie pokazywal juz raka.
      Straszne. Jak
      objawil sie przerzut do kosci? Jakie badanie to wykazalo?
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      xprinczix 19.07.06, 11:59 Odpowiedz
      Hey,
      u mojej may było niestety stadium IIIA. Ostatni moment żeby
      przeprowadzić
      operację.
      Teraz przerzut w kości i potforny ból ręki. Mama od stycznia
      odczuwała bóle tej
      reki i chodziła od lekarza do lekarza. Wszyscy stwierdzali że nie ma
      sie czym
      niepokoić bo są to wyłacznie sprawy reumatologiczne. Aż do czerwca
      kiedy
      znalazł się lekarz który natychmiast skierował mamę do Centrum
      Onkologii i tak
      się zaczęło. Badania tylko potwierdziły że jest to guz z naciekiem.
      Zastosowali
      leczenie paliatywne, a ja wiem że to leczenie tylko zmniejszajace
      ból. Dlatego
      szukam innej drogi. Byłam w Centrum Onkologii w Warszawie. Obecnie
      poszukuję
      jakiegoś specjalisty ortopedy onkologa. Może znasz kogoś takiego? A
      gdzie mama
      się leczy?
      Pozdrawiam
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      marta11 19.07.06, 22:08 Odpowiedz
      Hej Xprinczix,
      Niestety nie znam zadnego lekarza onkologa ortopedy. Mama chodzi co
      3 miesiace
      do lekarza w Instytucie Gruzlicy i Chorob Pluc w Warszawie. Tam tez
      byla
      operowana. Martwie sie bo Mama uskrza sie ostatnio na bole reki i
      nogi prawej.
      Operacja byla w styczniu, mowia ze ma prawo bolec. Mama ma teorie,
      ze boli ja
      to od czasu biopsji raczej, ze naruszyli jej jakis nerw. Wolalabym
      jednak
      sprawdzic czy to nie przerzut, ile kosztuje takie badanie by to
      sprawdzic?
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      dorotkabp 08.08.07, 11:08 Odpowiedz
      natychmiast polecam scyntygrafię kości. Badanie można bezpłatnie
      zrobić ze skierowaniem lub odpłtanie za ok 200 PLN.

      Jeśli masz pytania dorotkabp@o2.pl gg 311 98 00

      Ściskam
    • 18.11.08, 09:32 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      ania_bania76 19.07.06, 12:27 Odpowiedz
      W 2004 r. mój Tato, nie odchudzając się, gwałtownie schudł ok. 25
      kg. O
      lekarzach nie chciał słyszeć, twierdził, że nic Mu nie jest (zawsze
      uparty). W
      grudniu 2004 miał krwotok z odbytu. Lekarze w szpitalu stwierdzili
      uchyłkowatość
      jelita grubego. My z mamą i bratem przeczuwaliśmy, że to może być
      rak. Tato
      wyszedł ze szpitala, dalej twierdząc, że nic Mu nie jest. Nasze
      tłumaczenia i
      błagania, żeby poszedł do innego lekarza, nie pomagały.
      Któregoś dnia nie wytrzymałam, bo nie mogłam patrzeć, jak niknie w
      oczach i
      zrobiłam Mu straszną awanturę. Nawrzeszczalam, że zachowuje się
      nieodpowiedzialnie, że chyba już Mu na nas nie zależy, że nas chyba
      nie kocha,
      że nie myśli o mamie (mama po opercji na by-passy, chora na
      nadciśnienie).
      Zglosił się do szpitala, gdzie bad. hist-potol jelita grubego
      wykazało nowotwór
      II stopnia zaawansowania. Przeszedł pomyślnie operację, obyło się
      bez stomii,
      ale raczysko zaatakowalo przeponę i śledzionę. Wszystko wycięli, pod
      wzgl.
      chirurgicznym był czysty.
      Po operacji, mama Go podtuczyla, miał apetyt, czuł się bardzo
      dobrze.
      Zalecono jednak konsultację z onkologiem, który zalecił półroczną
      serię
      profilaktycznej chemii. Po każdej serii, Tato mówił, że drętwieją Mu
      opuszki
      palców prawej ręki. Ponadto, kulal na prawa nogę, ale my myśleliśmy,
      że to
      choroba dziedziczna, na którą zapadali mężczyźni w Taty rodzinie.
      W listopadzie 2005 skończyliśmy chemię, wyniki badań były dobre
      (!!!). W grudniu
      powiększał się niedowład prawej strony ciała.
      Od stycznia znów szpital i diagnoza: przerzut do mózgu,
      nieoperacyjny.
      Radioterapia miejscowa - zero skuteczności, potem naświetlanie całej
      głowy - też
      nie zatrzymało.
      Świństwo rośnie i zabiera mi ukochanego Tatę! Ale to odbywa się
      takimi etapami
      pogarszania zdrowia, jakby ktoś (Bóg?) chciał nas stopniowo
      przygotować na
      najgorsze.
      Teraz Tato jest w domu, pod opieką hospicjum domowego. Jesteśmy z
      Nim cały czas.
      Od 4 tyg. nie je, nie pije, jest na zastrzykach p-bólowych i
      kroplówkach, bo ma
      juz zaatakowane węzły chłonne (dlataego nie może przełykać; a
      słyszymy, jak
      burczu Mu w brzuchu z głodu!).
      Tato gaśnie, bardzo przy tym cierpiąc i mając świadomość całej
      sytuacji, kontakt
      z Nim zanika...
      Miesiąc temu odwołałam swój ślub, który był przyspieszony z
      października na
      sierpień, bo miał pomóc Tacie zapomnieć o chorobie i zaangażować Go w
      przygotowania. Myśleliśmy, że zdążymy. Nie wiedzieliśmy, że to
      będzie tak
      gwałtownie postępować.
      Nie zdążyliśmy, przegrywamy... :(
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      jakema1984 21.07.06, 11:23 Odpowiedz
      Mama prawie cale życie palila. Jej praca byla "na siedzaco", z
      materialami, wiec
      mnostwo pylkow (czesto syntetycznych). Pracodawca, aby bylo
      szybciej, przysylal
      do swojecgo zakladu lekarza med.pracy, tkory pracownikom mierzyl
      cisnienie i
      ewentualnie ich osluchiwal, po czym podpisywal, iz badania okresowe
      zostaly
      wykonane. Zadnych zdjec RTg przez kilka lat. Podczas jesiennych
      porzadkow w
      ogrodzie cos mamie strzyknelo w plecach i od tego momentu sie
      zaczela nasz
      kontakt z lekarzami. Lek. pierwszego kontaktu przez szereg miesiecy
      przepisywal
      mamie przerozne srodki przeciwbolowe, ale zadne nie dzialaly. Bol
      plecow, a
      raczej jakby lopatki nadal byl. Byly wizyty u znanego ortopedy i
      zdjecia rtg
      lopatki, ale nic nie wykazywaly. Teoretcznie mama byla zdrowa. W
      maju lek.
      rodzinny skierowal na przeswietlenie pluc i usg jamy brzusznej.
      Postawiono
      diagnoze- nowotwor pluca. Nastepnego dnia mama trafila do szpitala i
      tam po 3
      dniach zmarla. Do dzis czuje sie winna, ze moglam cos zrobic...

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      magdusiek2 23.07.06, 17:32 Odpowiedz

      kilka zdań o moim tacie i badaniach przesiewowych.
      na 50 urodziny "zafundował" sobie badanie poziomu PSA (badanie z
      krwi, marker
      specyfczny dla gruczołu krokowego), wynik był nieznacznie powyżej
      normy. dzięki
      moim namowom i uporowi urologa z przychodni rejonowej (!)doszło do
      wykonania
      biopsji prostaty i rozpoznania choroby nowotworowej. Dodam tylko, że
      u taty nie
      było żadnych objawów powiększenia prostaty. 3 miesiące później
      operacja. teraz
      mija już trzeci rok- tata czuje się dobrze (odpukać ;-), badania
      kontrolne- bez
      zarzutu. ufam, że tak już pozostanie.

      wnioski? kazdy lekarz POZ ma OBOWIĄZEK i możliwości kierować
      pacjentów na
      zalecane badania przesiewowe (czyli obowiązkowe dla WSZYSTKICH
      pacjentów,
      zdrowych, bez zadnych objawów.Badania przesiewowe mają na celu
      wykrycie
      nowotworu we wczesnej fazie, kiedy nie daje jeszcze objawów, a
      wiadomo, że w
      danej populacji, grupie wiekowej zdarza się częściej)
      dla mężczyzny po 50 r.ż oznacza to raz w roku badanie PSA oraz
      badanie per
      rectum. dla wszystkich po 50r.ż, nawet zupełnie zdrowych oznacza to
      również
      kolonoskopię, czyli badanie jelita grubego. no i oczywiście
      cytologia i
      mammografia dla kobiet. Przypominajcie o tych badaniach swoim
      lekarzom,
      lekarzom waszych rodziców. naprawdę warto!!!


    • 18.11.08, 09:33 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      kwiecinska 07.08.06, 21:35 Odpowiedz
      Historia Mojej Mamy.
      5 lat wcześniej :
      bóle w klatce piersiowej. Badania, diagnoza : skrzywienie kregoslupa
      na odcinku
      szyjnym, leczenie : operacja........
      Mama nie zdecydowala sie na operacje.
      Kolejne lata : te same bole, lekarze mówią : proszę chodzic na
      basen, ćwiczyć,
      moze operacja szyi nie bedzie potrzebna.. Mama ćwiczy, plywa, dba o
      siebie.
      Mijają kolejne lata.. Bole nasilają się..
      Boli na tyle, ze lekarze przepisują ketonal, nie kierujac na zadne
      inne
      badania.. diagnoza wciaz taka sama - kregoslup...
      Zeszly rok , wakacje - mama na skraju wyczerpania trafia do
      szpitala, wymioty,
      nudnosci, omdlenia.. Diagnoza lekarzy : wrzód żołądka..
      diagnoza po 3 tygodniach : Rak zolądka najbardziej niebezpieczne
      stadium.
      2 tygodnie pozniej Mama jest juz po operacji - calkowite wyciecie
      zoladka,
      wszystkich wezlow chlonnych w jego okolicy oraz sledziony i czesci
      trzustki
      (byly nacieki).
      Zmeczona, ale szzesliwa, ze najgorsze juz za nia - Mama wraca do
      siebie.
      PO odebraniu badan wycietego gada - lekarze kierują mame na
      onkologie celem
      leczenia chemia. Mama trafia na oddzial, po trzech dniach wychodzi -
      lekarze
      stwierdzaja, ze chemia niepotrzebna, ze Mama czuje sie swietnie, nie
      ma zadnych
      innych obaw. Mama przyjezdza na badania kontrolne. Na drugich (po 5
      miesiacach)
      lekarz kieruje na TK i USG bo Mame boli brzuch. Badania niczego nie
      wykazują.
      Lekarz twierdzi, ze wszystko w porzadku, ale na owe bole przepisuje
      plastry z
      morfina....
      Miesiac pozniej - Mama trafia do szpitala, wymioty, silne bole
      brzucha,
      omdlenia itd.
      Dwa dni pozniej zostaje jej podana juz chemia. Lekarz stwierdza
      rozsiew choroby
      w otrzewnej..
      (kika miesiecy po pierwszej chemii wpada mi w rece wypis ze szpitala
      po
      pierwszej chemii - " zastosowano leczenie paliatywne chemią"... jak
      dobrze, że
      Mama tego nie czytala..
      Kolejne chemie, stan bardzo zly. Po trzeciej - zauwazamy rosnacy
      brzuch.
      Problemy z oddychaniem, wlasciwie ze wszystim.
      Trafiamy do szpitala w Wielki piatek - lekarz patrzy na Mame, potem
      smutnym
      wzrokiem patrzy na mnie. Spuszcza chlonke z brzucha. Mowi mamie,
      zeby duzo
      odpoczywala. Zeby nie przyjezdzala na kolejną chemie, zeby sie
      relaksowala i o
      nic nie martwila..
      Nastepnego dnia rano - lekarz na korytarzu w ciagu dwoch sekund
      informuje mnie,
      ze to juz koniec, zeby przygotowac sie na najgorsze. Pytam ile to
      moze potrwac -
      odpowiada, ze nie wie..
      Dostaję wypis ze szpiatala, zabieram go i wybiegam z sali z placzem.
      Mama mija
      mnie w drzwiach. Wracam po kilku minutach, Mama spokojnie siedzi na
      lozku,
      bierze wypis i czyta. Mowi do mnie : nie martw sie, jeszcze nigdzie
      sie nei
      wybieram..
      Po kilku dniach Mama trafia do szpitala (tym razem w miejscu
      zamieszkania)
      spuscic ponownie chlonke. Zostaje tam juz do konca. Czuwamy przy jej
      lozku do
      konca. Umiera 1.5 tygodnia pozniej, 2 tygodnie po swietach.
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      emagda 08.08.06, 12:45 Odpowiedz
      6 XII 1999r. jestem na V roku. 3 lata wcześniej wyszłam za mąż i
      wyjechałam 300
      km od cały czas najważniejszej osoby w moim życiu Mamusi. Jak co
      tydzień
      dzwonię do niej żeby powiedzieć, że od stycznia zaczynam pracę na
      Uczelni (ale
      się ucieszy. Dowiaduję się, że była u lekarza bo boli ją brzuch i
      jakby się
      powiększał.Jestem zaniepokojona, ale jeszcze niczego się nie
      domyślam, mama
      też.Badanie USG nic nie wykazuje, być może jakieś kamienie w
      woreczku żółciowym-
      nie potwierdza się nadal szukają, wreszcie trafia do ginekologa USG
      niby nic.
      Znajoma daje adres prof. mama jedzie (jadę do mamy,prof. dał warunek
      (1,5 tys.)
      szukamy pieniędzy aby mogła mieć operację )15 XII operacja - rak
      jajnika III z
      siecią na narządach wewnętrznych i naciekami, otworzyli, wylali płyn
      i zaszyli.
      Pan prof. nie wie czy jest sens podawać chemię ale ze względu na
      wiek mamy 46
      lat podaje PAC. Mama czuje się świetnie nie miała żadnych objawów
      poza
      opisanymi wcześniej. Wysłała mnie na wywiad do prof. i teraz czeka
      na sali na
      wiadomości. Jak mam jej powiedzieć i co? Proszę prof. żeby nie mówił
      mamie
      prawdy, żeby powiedział że usunłą większą część nowotworu i dla
      rozbicia reszty
      daje chemię. Zgadza się. Idę do mamy mówię co uzgodniliśmy z
      lekarzem, mama
      nie płacze jest uśmiechnięta (ja też) obecuje mi że będzie walczyć
      jak lew i
      się nie podda będzie walczyć jak lew. Pierwsza chemia mama znosi
      jakby dostała
      witaminy, nie zdaje sobie sprawy z poważnego stanu, ja chyba też nie
      wierzę w
      to co powiedział lekarz, mama czuje się świetnie, bardzo dobrze
      (zresztą jak
      zwykle) wygląda, mimo rany pooperacyjnej przygorowuje wigilię dla
      całej rodziny
      (mnie do kuchni nie dopuszcza). Pierwszy kryzys - wypadają włosy.
      Niestety
      muszę wracać na uczelnię. Dzwonię codziennie, kolejne chemie - nadal
      bardzo
      dobre samopoczucie (niewielkie nudności pierwszego dnia po podaniu.
      I tak do
      kwietnia, badania b. dobre, prof. decyduje się na drugą operaję - i
      euforia gdy
      z nim rozmawiam mówi, że gdyby nie operował za pierwszym razem by
      nie uwierzył
      makroskopowo nie ma śladu po raku, wycinają macicę z przydatkami.
      Mikroskopowo
      pojedyncze komórki rakowe. Walczymy o podanie wtedy nowej chemii
      taksol. (Walka
      polega na zbieraniu odpowiedniej sumy dla prof. po jego sugestii).
      Nic to mama
      żyje i ma szansę. Bieże cylk chemiimarkery CA-125 spada z
      kilkutysięcznej
      wartości do 3. Jestem taka szczęśliwa , minął rok a miały nie minąć
      nawet
      miesiąc, co miesiąc badania wszystko OK, są wakacje jadę do mamy
      cieszymy się
      piecze pyszne ciasta, wspaniale gotuje, gadamy, gadamy,gadamy.
      Wrzesień wracam
      do pracy, okazuje się że jestem w ciąży, cudowna wiadomość mama w
      skowronkach,
      dzwonię co tydzień badania OK, snujemy plany. Mam termin porodu na
      maj mama ma
      przyjechać do mnie, po macierzyńskim będzie zajmowała się dzieckiem,
      żebym
      mogła wrócić do pracy. Choroba wydaje nam się tylko snem. W kwietniu
      na
      badaniach wzrosły markery Ca 125. Mama nic mi nie mówi, żeby mnie
      nie
      denerwować. 6 maj jadę na porodówkę, mama ma ślicznego wnuczka i
      wtedy
      dowiaduję się że nie przyjedzie do mnie, bo idzie do szpitala, że
      rosną
      markery. Lekarze decydują o podaniu chemii w tabletkach (chyba
      Vepesid).
      Wracają czarne myśli... mama przyjeżdża do mnie na kilka dni, czuje
      się dobrze.
      Bierze tabletki, ale markery nadal rosną lekarze nic nie robią
      (dziś, kiedy
      mamy już nie ma pytam dlaczego) ma łykać dalej, mijają dwa kolejne
      miesiące
      markery nadal rosną robimy kolejną składkę dla prof. prosząc o inną
      chemię - po
      motywacji dostaje. Niestety jest już za późno, tato dzwoni, żebym
      przyjechała,bo mama słabnie. Biorę 10-miesięcznego malucha i jadę.
      Mama nie
      może utrzymać łyżki - tomograf przerzut do mózgu - nieoperacyjny.
      Bardzo ludzki
      lekarz mówi mamie że to nie koniec, podaje leki antyobrzękowe i
      niedowład
      ustępuje. Mama jest pełna nadziei, że jeszcze może się udać, jedzie
      na kolejną
      chemię i wraca, nie dostała mówi mi że już ją skreślili, nie rokuje.
      Nadzieja
      gaśnie, zostaję w domu do końca, gasła kilka miesięcy do 6 VII 2002
      (ale to
      oddzielna historia)
      Bardzo tęsknię za TOBĄ MAMUSIU
    • 18.11.08, 09:34 Odpowiedz

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      malgosiader 17.08.06, 21:16 Odpowiedz
      Witam, jestem na tym forum od tygodnia, dopiero niestety....
      Chciałabym przedstawić historię mojej Mamusi.
      Poczatek kwietnia 2005 moja Mama wyczuwa na piersi guzka. Zgłasza
      się do
      lekarza rodzinnego. Ten nie każe Jej czekać. Umawia Ją na wizytę u
      swojego
      kolegi- ginekologa. Trafia tam w maju 2005. Na poczatku leczenie
      antybioteykiem
      przez dwa tygodnie. Potem kontrola, na którą miała zabrać piżamkę,
      bo możez być
      tak, że zostanie w szpitalu. 29 czerwiec 2005 - dzień Jej 55
      urodzin. Jedzie do
      kontroli z piżamką. Na miescu dowiaduje się, że przybrało to taki
      kształt, że
      ma sie natychmiast zgłośić na onkologii. 30 czerwiec 2005, dzień Jej
      imienin.
      Chyba najgorszy w jej życiu. Po biopsji dowiaduje sie, że ma raka i
      że trzeba
      amputować pierś. Boże, jak Ona wtedy płakała, na chodniku. Jedyne co
      mogłam Jej
      obiecać, że Jej nie zostawię i że będziemy walczyć dalej. 01 lipca
      2005
      pierwsza chemia. W międzyczasie staram się załatwić jej jakiegoś
      lekarza,
      który zaopiekuje sie nami. Mamusia ma robiony tomograf płuc i
      scyntygraf
      kości. Ja juz wiem, że na stół operacynjy nie trafi, bo są przerzuty
      do płuc i
      kości. Ona o tym nie wie i dalej walczy o siebie. O byt z nami, ze
      swoją
      rodziną. Lekarze mówią mi tylko opieka paliatywna, nic innego nie
      możemy
      zaoferować. Ja to wszystko chowam przed Nią. Ona wie, że nie może
      miec
      operacji, bo sa czopy na płucach, które muszą zniknąć, żeby można
      było
      cokolwiek zrobić. Ja wiem , że to już kwestia kilka miesięcy. W
      lispotadzie po
      8 chemiach i czterech (o,ile dobrze pamiętam) naświetlaniach
      lampami, organizm
      mojej Mamusi mówi dość. Mamusia z wymiotami i biegunką trafia na
      oddział
      wewnętrzny szpitala najbliżej położonego. Tam traktują Ją jak gdyby
      przyjechała
      z jakąś choroba tropikalną. Nikt nic nie wie. Ordynator podczas
      wizyty omija
      Jej pokój duuużym łukiem. W nocy z soboty na niedzielę leukocyty tak
      spadły,
      że na sygnale w nocy przewożą Ją karetką do Wojew. Szpitala.
      Onkolgicznego. Tam
      już ma fachową opiekę. Podkurowana wraca do domu. I jest ok. do
      stycznia 2006.
      W grudzniu w Sywlestra składamy sobie życzenia, żę damy mu radę i
      zwyciężymy
      go. W Dzień Babci jest u nas bardzo wesoło. Moja Mamusia bawi się
      dobrze. Pod
      koniec stycznia zaczyna czuć bezwład w nodze. Szybko telefon.
      Trafiamy do
      szpitala. My myślimy, że podadzą Jej tylko kroplówkę i wróci o
      własnych siłach.
      Rzeczywistość okazuje się gorsza. Moja Mamusia traci czucie w
      obydwóch nogach,
      aż do pasa. Tydzień jest w szpitalu. Pomomo protestów lekarzy i
      pielęgniarek i
      pukania się w głowę podejmujemy decyzję, że zabieramy Ją do domu.
      Lekarze
      staszą nas dusznościami, padaczkami ( w międzyczasie tomogaf głowy
      wykazał, że
      są przerzuty do głowy). My jesteśmy innego zdania, jest nas trzech -
      ja , Tatko
      i moja siostra. Jakoś damy radę. Ona na to nie zasłużyła, żeby
      resztę swoich
      dni przerzyć z daleka od swoich bliskich. Od swoich ukochanych
      wnuków, które
      dla Niej były całym światem. 02 lutego 2006 zabieramy Ją do domu. W
      międzyczasie jeżdżę jak wiariatka 100 km. dalej z Jej zdjęciem,
      zamawiam zioła
      z Peru, śćiągam bioenergoterapeutę do domu (płacoąc mu bajońskie
      stawki). Ja,
      osoba bardzo nowoczesna, która zawsze wierzyła w naukę i niechciała
      słyszeć o
      innym sposobie leczenia. Po tym jak usłyszałam od leakrzy "proszę
      Mamy już nie
      przywozić, to jest kwestia tygodni. My już wszystko zrobiliśmy co
      się dało",
      zaczynam wierzyc w różne rzeczy. Kupuję sobie nadzieję. Mama jednak
      codziennie
      po trochu odchodzi. Coraz więcej śpi. Tracimy z Nią kontakt. To już
      nie jest
      nasza energiczna Mamusia, to jest bardzo schorowany człowiek, który
      ma spanie
      na zawołanioe (efekt przrzutów do mózgu). 27 lutego jeszcze zamawia
      Biblię dla
      mojego dziecka na Komunię. 04 marca 2006 odchodzi we śnie. Wszyscy,
      którzy Ją
      kochali najbardziej są przy Niej. Tato trzyma Ją za rękę, za drugą
      Jej siostra.
      Ja z moją siostra stoimy obok. Moja Mamusia jest już ze swoimi
      rodzicami. Boże
      jak to boli, dzisiaj jeszcze. Dlaczego Ona o siebnie nie dbała?
      Dlaczego nie
      robiła mammografii, tak jak Jej koleżanki? Przecież ten guz można
      było znależć
      wcześniej. Dlaczego ja Jej nigdy nie zmobilizowałam do tego żeby
      zadbała o
      siebie. My zawsze byliśmy najważniejsi, Ona w tle, bo przecież Ona
      nie ma czasu
      chorować, bo jest tyle rzeczy do zrobienia.
      Badajcie sie wszyscy, to jest podstawa. PROFILAKTYKA, PROFILAKTYKA.
      Niech inni
      przewracają oczami, lepiej pięć razy usłyszeć, że jest wszstko ok.
      niż raz, że
      jest za późo.
      Wierzcie mi, wiem coś na ten temat.
      Mojej Mamie nic już życia nie wróci... jak to noli, dlaczego my o
      Nią nie
      zadbaliśmy tak jak Ona o nas dbała?

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      ila222 18.08.06, 01:31 Odpowiedz
      Czytam... i strasznie wzrusza mnie każda historia.
      Niestety ja też mam jedną do opowiedzenia...
      Moja Mamusia żyje, ale... już niedługo.
      Czerniak złośliwy bez ogniska pierwotnego.
      Nic bardziej potwornego! W takim przypadku nie ważne ile robisz
      badań w życiu,
      ile chodzisz do lekarza ile czytasz o chorobach. Tutaj nic nie ma
      znaczenia, bo
      ta choroba jest nie do przewidzenia. Nie daje pierwszych oznak.
      Zaczyna się od
      przerzutów. I tak właśnie było. Guzek pod pachą, nigdy do głowy mi
      nie przyszło
      że mama może mieć raka. Przecież chodziła do lekarzy, nie
      zaniedbywała się. Tak
      myślałam gdy czekaliśmy na wynik biopsji. Rzeczywistość okazała się
      tak
      okrytna... Leekarze mówili że bedzie ok. Ale tak naprawdę od samego
      początku
      nie można było nic zrobić. Teraz Mamausia jest na chemii. Nie wiem
      czy jutro
      dostanie kolejną. Jest w bardzo kiepskim stanie. Tak bardzo schudła,
      nic nie
      chce jeść, nie chce już rozmawiac, ona juz nic nie chce. A ja chce
      już chyba
      żeby to wszystko się skończyło. To takie okrutne, wstyd mi takich
      myśli ale tak
      będzie już lepiej. Ona cierpi, każdy dzień jest coraz gorszy,
      marnieje i znika
      nam z oczu i to na naszych oczach. Umiera nam każdego dnia po
      troszku. I nic
      nie możemy zrobić. Myślę o tym jak to będzie gdy już jej nie
      będzie.. Nie
      potrafię sobie tego wyobrazić. Moja Mamusia niedawno została babcią,
      miała iść
      na emeryturę. Wszystko miało być tak pięknie. Ale nie będzie. Jej
      też nie
      będzie.
      Ale kiedyś się z nią spotkam.
      ilona

    • 18.11.08, 09:35 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      karioka111 21.08.06, 18:32 Odpowiedz

      Jestem na forum dziś pierwszy raz , siedzę czytam te wszystki
      historie i łzy
      ciurkiem kapią mi po brodzie. W zeszłym roku mój tato zaczął
      stopniowo tracic
      słuch w jednym uchu ,potem pojawiła się w gardle biała narośl coś w
      rodzaju
      czopów.Po namowach zdecydował się pójśc do laryngologa, i tam po
      pierwszych
      oględzinach bez jakich kolwiek badań powiedziano mu że to
      prawdopodobnie
      nowotwór nosogardła, badania i wycinek wszystko potwierdziły -
      nowotwór złosliwy...
      Pierwszym etapem leczenia było naświetlanie i chemia jednocześnie co
      tato bardzo
      zle znosił, dużo schudł ( teraz wazy 50kg/182cm) Leczenie zakończono
      pomyślnie
      powiedziano nam ze na tomografie guz zniknął całkowicie kazano
      przyjechac za
      dwa miesiące do kontroli .Jednak po miesiąću pojawiły się mocne bóle
      głowy

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      karioka111 21.08.06, 18:50 Odpowiedz

      cdn. Okazało sie że lekarz zle odczytał tomograf guz nie zniknął
      całkiem i przez
      ten miesiąc znowu się odrósł, potem była brachoterapia która nic nie
      pomogła i
      znowu chemia. A wczoraj powiedziano mi że chemia podawana była
      bardziej
      paliatywnie niż leczniczo i że mój Tatuś nie ma szans na wyleczenie
      i że to
      kwestia czasu. Powiedziałam Mu ze chwilowo wstrzymali chemię zeby
      nabrał sił a
      On mi wierzy jest słaby ,lezy ale wierzy że będzie zył ....
      A ja nie wiem ,odkąd mi powiezdieli nie mogę sie sama pozbierać,
      przy nim
      próbuje być silna i się usmiecham
      To okropne uczucie patrzyć jak ktoś bliski cierpi , gaśnie a my
      jestesmy
      bezradni. Kilka lat temu odeszła moja Mamusia też w cierpieniu teraz
      odchodzi
      Tata...

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      malgosiader 22.08.06, 08:26 Odpowiedz

      Bardzo Ci współczuję.
      Jak ja to znam..., ja też usłyszałam od lekarzy "nie ma szans, to
      kwestia
      tygodni, no może miesięcy, ale nie lat". Ale mimo wszystko walczyłam
      do końca,
      a ze mną moja Mamusia, która (co spotkało się z wielką krytyka u
      lekarzy) nie
      wiedziała jak jest z Nia krytycznie. Oni uważali, że pacjent
      powinien być
      świadomy swego stanu, a ja nawet teraz po pieciu miesiącach od Mamy
      śmierci nie
      żałuję, że tak postapiłam.
      Bądź dzielna Kochana,
      Małgosia

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      karioka111 22.08.06, 19:33 Odpowiedz
      Bardzo Ci dziękuje za te kilka słów, to bardzo trudne powiedziec
      bliskiej osobie
      że umiera tym bardziej ze ja sama jeszcze w to nie wierze. Dzis Tata
      poczuł się
      lepiej zjadł pierwzszy raz od jakiegoś czasu normalne śniadanie ,
      nawet żartował
      i się usmiechał, mówi że nabiera sił do walki. W tych smutnych
      chwilach to taki
      promyk nadziei. Bardzo CI współczuje z powodu smierci Mamy jedyne
      pocieszenie że
      już nie boli . Moja Mama zmarła osiem lat temu miała poważną wade
      serca długo
      chorowała zmarła przy nas z grymasem bólu i cierpienia na twarzy,
      ten obraz będe
      miała przed oczami do końca zycia Ale staram się ją pamiętań jak się
      usmiechała,
      żartowała , nasze wspólne rozmowy i przekomarzania i wtedy tak nie
      boli
      Pozdrawiam Cie bardzo mocno

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      brightfuture 22.08.06, 09:06 Odpowiedz
      Jako osoba obciążona genetycznie skłonnością do nowotworu piersi
      zostałam
      skierowana do doskonałej specjalistki ginekologa-onkologa!!!. Byłam
      jej
      pacjentką przez ponad 10 lat, zazwyczaj dwa razy w roku
      (cytologia+badanie
      piersi). W listopadzie 2001 wyczułam zgrubienie w piersi, które nie
      zniknęło po
      okresie, poszłam więc do mojej specjalistki. Orzekła, że to nic
      groźnego, ale
      na wszelki wypadek trzeba zrobić USG u równie wybitnego specjalisty.
      Po
      tygodniu, z rozpoznaniem USG "zgrubienie w wyniku zmian
      hormonalnych" ląduję
      ponownie u ginekologa. Diagnoza: okłady piersi, a jeśli po dwóch
      miesiącach (!)
      nie będzie poprawy, trzeba zrobić badania hormonalne. Wytrzymałam
      miesiąc,
      zrobiłam badania, które nie wykazały odchyleń od normy i wtedy
      dopiero dostałam
      skierowanie do onkologa. Trafił mi się najlepszy specjalista pod
      słońcem. Słów,
      które wywrzeszczał pod adresem swoich kolegów po fachu, czytając
      rozpoznanie
      nie powtórzę, bo się nie nadają do druku. Po 3 dniach miałam
      zrobioną biopsję,
      wynik był oczywisty (rak złośliwy), po tygodniu pierwsza chemia,
      potem następne
      cztery, operacja, następne chemie, radioterapia - czyli dokładnie
      według
      zapowiedzi lekarza. Natomiast "moja" pani "specjalistka" zapytała
      mniej więcej
      po roku przez osobę trzecią(!), czy nie mam do niej pretensji...
      Podejrzewam,
      że bała się sprawy sądowej i zaszargania reputacji. Wtedy nie miałam
      do tego
      głowy, a teraz tym bardziej - już mi się nie chce wracać do tamtych
      chwil. W
      każdym razie minęły już cztery lata od operacji, czuję się bardzo
      dobrze, na
      kontrole chodzę już tylko raz do roku (od dwóch lat), co mnie
      ogromnie cieszy.
      Mój apel: nie dajcie się zwodzić, jeśli coś Was niepokoi, pytajcie,
      konsultujcie, bądźcie namolni - to w końcu Wasze zdrowie i życie.

    • 18.11.08, 09:36 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      ka_s_ka1 26.08.06, 09:25 Odpowiedz
      Witajcie
      i ja chce opowiedziec naszą historię z walki z nowotworem .Choc to
      nie była
      walka bo od dnia postawienia diagnozy stalismy na przegranej pozycji.
      I jeszcze jedno taka mało istotna informacja ,taka sobie malo
      znacząca pracuje
      w służbie zdrowia a na dodatek aby było ................ zwiazana
      byłam z
      onkologią. powinnam byc w tym temacie madra,otrzaskana,wiedziec
      wiele i byc
      przewidualna osoba bo jak inaczej O Boże .
      A jednak okazało sie ,żem durna ,niedouczona,i powinam iśc do
      diabła,.Teraz
      moje życie jest tylko cieniem,taki robot ,który robi to co musi a i
      czasem tego
      nie robie .........
      Od kilku lat mój mąz skarżyl sie na bóle w okolicy pępka i w tym
      miejscu miał
      wypuklenie to przepuklina pepkowa bo podczas wysiłku Go bolało, fakt
      nieraz
      mówiłam ,prosiłam idz do chirurga ,zoperuje i będzie spokój,ale on
      nie
      chciał.mam do siebie ogromny żal ,powinam Go wziąśc za szmaty i
      zaprowadzić do
      lekarza .......to trwało nawet z 10 lat. Czasem mówiłam choc a on
      nie ,poprostu
      bał sie albo za mało naciskałam .napewno na nowotwór miało wiele
      istotnych
      przyczyn ,jednym z nich jest stres,złe odżywiane,palenie zły tryb
      życia,uaktywnienie komórek nowotworowych i takie tam inne ble ble i
      cholera
      wie co jeszcze
      pamietam jak ktos w jego rodzinie mial problemy z trzustką (jaki
      mały
      guz),przerażona ta informacją wiedziałam ,że smierć ja capnie.Dużo
      wiedziałam
      na ten temat.
      Ale los ,okazał sie okrutny,to mój mąż odszedł z tego powodu choć na
      diagnozie
      pisało ,ze nowotwór z przerzutami prawdobnie pochodzi od trzustki.Od
      wielu lat
      mój ukochany mąz nie mógl znaleśc pracy ,czasem pracował dorywczo
      albo na
      czarno ,wiadomo prywaciarze nie chcieli rejestrowac bo ZUZ szkoda im
      było
      forsy.często skarżyl sie na ból w tej okolicy zwłaszcza po wysiłku
      ale do
      lekarza nie chciał iść.......byl czas ,że miał kłopoty z sercem i
      zaciągłam go
      na siłe do kardiologa,udało mi sie ,byl badany ,rozbierał sie i
      widac było tą
      przepukline ale dr. popatrzył i nic (i to tak jest doktory badaja
      serce a
      resztę maja w dupie)sorry.w czerwcu roku 2005 dostał prace i jaki on
      był
      szczęsliwy, i jakie miał plany ... a ja jemu je
      zburzyłammmmmmmmmmm ,
      zdeptałam,wysadziłam jego prace bombą.
      A dlaczego / bo pomyslałam ,że wreszcie musze cos zrobić,bo za
      czesto sie
      skarży na bóle i ,że dośc mam jego nie pojde....
      No i sie zaczęło a własciwie sie skończyło.było USg i TK i tam juz
      był wyrok
      :((((mam do siebie wstręt ,że za mało naciskałam ,że czułam sie
      wygodna jak on
      wcześnie chodził spac,o ja w tym czasie mogłam robic inne
      rzeczy,fakt czasem
      nieraz myslałam dlaczego ?Do czasu pobrania wycinka on byl
      sprawny ,aktywny,żywotny ,wesoły, no i pracujący wreszcie,jaki on
      był
      szczęśliwy łomatko.Do wycinka rozcieli jego brzuch a miała byc tylko
      laparoskopia........a było to koncem lipca 2005 i od tego dnia nie
      wrócil juz
      do dawnego "zdrowia",chudł , marmiał,a na jego licu zero uśmiechu .
      Oskarżał mnie ,że ............................. ale wiecej nie
      napiszę.
      Potem chemia paliatywna, durna ,niepotrzebna dieta, badanie lekarzy
      onkologów
      przedmiotowo,kiwanie głowami itp.a potem jego wiara w życie i mój
      ból
      rozdzierający serce.niemoc,zal,oskarżanie sie ,ze za mało
      zrobiłam,że to moja
      wina,że jestem beznadziejna i nic niewarta
      Zostawił mnie i moje dzieci w styczniu tego roku ,czyli żyl
      praktycznie 5
      miesięcy od zabiegu pobrania wycinków.Żyl ale w cięzkich bólach
      mimo ,plastrów
      i leków p.bólowych a potem Dolarganu dom, który musiałam wybłagac u
      lekarzy, bo
      on tak cierpiał ,że nic mu nie pomagało.Wiele razy było
      pogotowie,fakt jak
      podawali leki to nawet wstawał ,tak to go stawiało na nogi.Ale tylko
      dlatego
      byli bo jestem pracownikiem Zozu ,bo dyspożytorka mówiła ,że do
      raków nie jadą .
      Odszedl przy mnie i przy dzieciach,był krzyk,płacz,modlitwa .
      Wiecie co !!!!nawet nie wiem jak ja to przeżyłam, te załatwianie
      spraw
      pogrzebowych,sam pogrzeb to nie byłam ja tylko jakis automat,byłam
      jak w
      transie,do dzis nie wierze ,że jego nie ma ,ciagle czekam ,jak wróci
      z pracy,
      słysze jego kroki, i jego szczególne powitanie jak wracal do
      domu.Jestem
      katoliczką, inni mówia ,że Bóg go bardziej ukochal i dlatego Go
      zabral no
      dobrze a co ze mna ??? mnie nie kocha? a co z dziećmi ,które cierpia
      i płacza
      po katach ,abym tego niewidziała, choc ja i tak to widze .On
      powiniem jeszcze
      życ ,tak bardzo chciał bawic wnuki ,wiele razy opowiadal jak to
      będzie ...
      a teraz Jego nie ma ,nie ma życia a mnie każdy kąt ,każde miejsce
      kojarzy sie z
      nim ale wszedzie głucho i pusto ,jego ulubiony kubek stoi pusty,
      jego miejsce w
      szafie.. jego buty ,które juz nigdy nie pójda w droge .jakie to
      życie jest
      okrutne .................. Kaska

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      malgosiader 26.08.06, 21:37 Odpowiedz

      Kochana, znam to, moja Mamusia odeszła w marcu. Po ośmiu miesiącach
      walki. i
      mimo, że jest to już prawie pół roku, to boli to coraz bardziej, nie
      mniej.
      Pytanie, za pytaniem bez odpowiedzi.... Dlaczego nie zrobiliśmy nic
      wcześniej,
      kiedy nie było by za późno? Też jestem katoliczką praktykującą, ale
      fale buntu
      i żalu do Boga, a potem wstyd za takie myśli dopadają mnie jeszcze
      do dzisiaj.
      Trzymaj się dzielnie....
      Małgosia
      • 02.12.08, 08:33 Odpowiedz
        Gdy to czytam - to tak jak bym niemal własną historię czytała.
        Mój mąż skarżył sie na bóle brzucha, mówiłam ,żeby poszedł do
        lekarza - troche naciskałam- ale facet to facet -nie i tyle po co ma
        opowiadać lekarzom ,że go boli.Po blisko trzech miesiącach niby
        chodzenia po lekarzach wreszcie skierowali Go na chirurgię z
        podejżeniem wyrostka- ja w to nie wierzyłam - medycyne studiuje z
        zainteresowaniem choć nie na uniwersytecie, objawy nie te co przy
        wyrostku....Ale dobrze ,że trafi do szpitala- tak myślałam.Dzwonił
        ze szpitala o 23 w nocy, a o 2 już Go położyli na stół.Pierwotnie
        miły pan chirurg powiedział,że to góz oplótł jelito i pękło na
        szczęście niepełnościennie ale usuneli więcej niz trzeba było ,że
        wygląda nie groźnie a histo to tylko rutyna....
        Diagnoza po histo- III stopień złośliwy jak jasny piorun.
        Potem na ostatnią chwilę chemia , bo w sekretariacie zagineły
        badania.Słaba chemia , bo słabe serce męża po zawale i angioplastyce-
        według markerów- ok.Ale tomografia- rozpacz- kilkanaście przerzutów-
        jelita , wątroba, węzły chłonne, nadnercza i płuca.
        A w domu małe dzieci- mamy 4 własnych i moją siostrę,ja po szpitalu
        mam marskość wątroby i 8 grudnia kolejny turnus chemii- z jakim
        skutkiem?Tyle razy przekładany,że aż zwatpienie mnie ogarnia.Boję
        się- chyba pierwszy raz w życiu.Już nie raz traciłam wszystko - ile
        razy można zaczynac od nowa???
        Najpierw zmarli dziadkowie, potem matka, potem straciliśmy dziecko-
        ktoś powie poronienie- ja powiem wyczekany człowiek, potem
        zachorowałam i każda ciąża to ryzyko a tu bliźniaki w międzyczasie i
        o mało nie pożegnałam się z życiem-teraz tracę męża.Chcę wieżyć ,że
        się uda ale widzę że i On traci nadzieję.Niedawno zaczeły się bóle-
        trudno patrzeć jak cierpi-nie umiem pomóc - nie mam siły a muszę
        udawać silną...
        • 02.12.08, 23:21 Odpowiedz
          Ile razy masz zaczynać wszystko od nowa? Choć osobiście jestem
          zdania, że szklanka jest do połowy pełna, ale trucizny:)...
          odpowiedź mam jedną - do skutku. Przy czym warto pamiętać, że
          skutkiem wcale nie musi być osiągnięcie stanu pełnego spełnienia
          wszystkich łatwo definiowalnych potrzeb. Może nim natomiast być samo
          dążenie do jego osiągnięcia. Kroczenie drogą - nawet wybitnie
          wyboistą - bardzo często ma znaczenie większe, niż szczęśliwe
          dochodzenie do jej kresu... Brzmi pokrętnie i jest trudne do
          zaakceptowania przez ludzi, którzy urodzili się, żeby mieć wyniki,
          czytaj: osiągać bardzo konkretne cele. Ale z własnego doświadczenia
          mogę powiedzieć, że nawet taka z pozoru absurdalna logika ma/ może
          przy głębszym zastanowieniu mieć naprawdę wielki sens...
    • 18.11.08, 09:36 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      rima 30.08.06, 15:13 Odpowiedz
      Wielokrotnie pisałam już na forum, ale pomyślałam sobie że w tym
      wątlku jeszcze
      głosu nie zabierałam:)) Podsumuję tutaj wszystko:
      - grudzień 2002 - mama miała operację na miażdżyce w Szpotalu
      Wojewódzkim w
      Olsztynie, żadnych dodatkowych badań, ani RTG płuc, ani innych,
      prawdopodobne
      już wtedy proces nowotworowy był...
      - sierpień 2003 - mamuś idzie po raz drugi do rodzinnego bo ma
      nieustający
      kaszel, myślimy do pewnego moementu że to z powodu palenia
      papierosów, gdy
      trzecia dawka antybiotyków nie pomaga rodzinny wysyła mamę na rtg i
      konsultację
      pulmonologiczną,
      - środek września 2003 - pulmonolog sugeruje że to może być rak
      (przemiła,
      przeciepła i pozytywnie naenergetyzowana, emerytowana Pani dr Kosek
      z Biskupca,
      żeby się nie martwić, umawia szpital w Olsztynie,
      - koniec września 2003 - mam jest po większości badań, TK, RTG,
      Bronchoskopia,
      spirometria, morfologia, badanie sliny, i ma zaleczone zapalenie
      oskrzeli.
      Wszyscy mamę pocieszaja że guz jest świetnie umiejscowiosny do
      operacji, że nie
      ma się czym martwic, operacja i po sprawie będzie. W pierwszym
      tygodniu
      października przychodzi wynik TK i już wiemy że żadnej operacji nie
      będzie, bo
      są mikroguzki na prawym płucu i jakaś zmiana na wątrobie. Wszyscy w
      szoku.
      - paździenrik przenoszą mamę do Polikliniki na biopsję, wszystko
      trwa
      niemiłosiernie długo. Najpierw biopsja guza macierzystego, Rak
      płaskonabłonkowy, następnie wątroby - i tutaj największy niewypał,
      USG nic nie
      wykazuje, było to jakieś 3 tygodnie po TK, lekarze szuką,
      przekładają - nic,
      wątrioba czysta. Kłują mamę w kilku miejscach żeby nie było, bo
      jakiś
      przełozony nie chce podpisac dokumentów, wynik nie wykazuje nic,
      wątroba
      czysta. Biopsaj prawego płuca, okazuje się że guzki zbyt małe żeby
      je nakłuwac,
      więc lekarze decydują się że będą śródoperacyjnie badać. Z każdego
      guzka
      pobierają wycinek. Chirurdzy uspokjają, mówią żeto raczje nie są
      guzy
      przerzutowe ale jakieś zwapnienia, albo zmiany pogruźlicze, bo tak
      się raczje
      guzy nie umiejscawiają. Mama leży z sączkiem w szpitalu. Ma wyjśćw
      poniedziałek, od czwartku nikt jej nie zmienia opatrunków po wyjęciu
      sączka. Ma
      gorączkę już w sobotę rano, nie może spać, boli ją, ubłagałam kogoś
      w niedzielę
      żeby zajrzeli do tej rany, okazuje się że stan zapalny, ropa, mama
      leży kolejne
      dwa tygodnie bo znów musza założyć sączek. Niestety wynik hist.-pat.
      potwierdza
      guzki przerzutowe na prawym płucu. Operacja wykluczona.
      - grudzień 2003 - marzec 2004 - mama otrzymuje 5 kursów chemii wg
      schematu PE -
      znosi ją tragicznie, przez dwa tygodnie po chemii chodzi pościanach,
      lezy
      wszystko ja boli, rzyga, ma albo rozwolnienia albo zatwardzenia... w
      międzyczasie ma dwa razy podawaną krew i tym samtym przesuwaną
      cvhemie o
      tydzień...
      - koniec kweitnia 2004 mamma ląduje w szpitalu bo słabnie z godizny
      na godiznę -
      słabe wyniki krwi, zatrzymują ja na wzocnienie w szpitalu na dwa
      tygdonie.
      - początek czerwca 2004 - pierwsza kontrola po chemii - lekarkamówi
      że wszyskto
      ok, każe się zgłosić we wrześniu, mamie zaczynają odrastać włoski...
      - przełom czewrca lipca 2004 - mamie zaczynaja puchnąć nogi, odczuwa
      ból w
      kościach.. idziemy do lekarza naczyniowego, każe zrobić usg zył
      kończyn
      dolnych... wszyskto ok, po porstu miażdzyca... Nastepnie RTG
      kręgosłupa,
      rezonans magnetyczny odcinka peirsiowego, inne badania wreszcie
      trafiamy na
      lekarkę która zabiera mamę na scyntygrafię - czyste wszystko, kamień
      z serca -
      telefonicznie dowiadujemy się że to był po prostu efekt po chemiotera
      [pii - dr
      prowadząca zdzwiona że nam nie powiedziała że takie stany do roku
      się moga
      utrzymywać...
      - wrzesień 2004 - dwa dni przed moim weselem mama na kontroli
      dowiaduje się że
      nastapiła progresja guza i po weselu ma się zgłosić na leczenie...
      Lekarka
      nuieśmiało powiedziała że już w czerwcu widziała że guz zaczyan
      rosną ale nie
      chciała mamy denerwować bo tak niedanwo kończyła jedną chemię... PO
      weselu ma
      się zgłosić na leczenie.....
      - przełom września/października 2004 - jedziemy z bratem na
      konsultacje do Dr
      Orłwoskiego, w szpitalu czekają na decyzje lekarztyz warszawy czy
      się podejmą
      leczenia, jak nie to daja chemię... Nie podjęli się...
      - październik 2004 - pierwsza chemii wg schematu PG - pierwsza i
      ostatnia, mama
      znosi ją jeszcze gorzej, mówi że nie przeżyje tej chemii... decyduje
      się
      odmówić kolejnych dawek... jeździmy do bioenergoterapeutów,
      przechodzimy na
      olej dr Budwig, na diete makrobiotyczną, stosujemy relaksjację,
      masaż dźwiękiem
      mis tybetańskich, Organizuje szkolenie wg simontona -dużo tego
      było...
      - styczeń 2005 - kolejna kontrola... Guz nie rośnie, wszystko w
      porządku, mama
      kwitnąca... wyniki krwi rewelacyjne...pełna euforia - jedna z
      nielicznych
      podczas tego okresu...
      - maj 2005 - kolejna kontrola, mama dalejw fantastycznym humorze,
      żadnych
      dolegliwości, niestety RTG pokazuje progresję guza... Mama trafia do
      szpitala,
      tam powtarzają jej wszystkie badania bo niemożliwe że tak dobrze się
      czuje...
      TK< RTG, bronchoskopia, spirometrie, etc,. etc,. Zbiera się
      konsylium,
      rozpatrują operację, może naświetlanie, może chemię, może nic...
      ZOstają
      na "nic" - będziemy obserwować dalej, bo jak pani sie tak dobrze
      czuje to może
      rzeczywiście nie róbmy nic a jak zacznie się krwioplucie lub
      duszności to damy
      naświetlanie paliatywne... Jasne...
      - koniec 2maja 2005 - odbywaja się warstzaty psychoterapeutyczne wg
      simontona w
      Olsztynie - rodzice ida razem, podbudowani , szczęśliwi że im się
      uda etc. dwa
      dni po wasrzratach bylismy umówieni na konsultację z
      torakochirurguiem, nie
      rpzebierałw słowach: niech sie pani cieszy bo ma pani od Boga i tak
      dwa lata
      darowane... zreflektował się gdy mama powstrzymała łzy.. Od niego
      wychdozimy i
      idziemy do poradni onkologicznej... Dr nas przyjmuje i obiecuje
      rewelacyjny lek
      Taxotere - nie ma lepszego, prawie nowośc i działa cuda...
      - czerwiec - sierpień 2005 - mama otrzymuje 4 kuirsy chemii
      Taxotere -znosi
      rewelacyjnie, bez żadnych objawów ubocznych, włosy też nie
      wypadają... Dotej
      pory sobie zadaje pytanie dlaczego 4 a nie 6 tych kursów??
      powiedzieli nam że
      ta chemia jest na 4 kursy przewidziana - wolę w to wierzyć na ślepo
      bo
      widziałam w inetrnecie notki że daje się jej również 6.
      - listopad 2005 - kolejna kontrola z badaniem tomografu... Wyniki są
      przerażające - guz prawie 10 cm, mama już gorzej oddycha... -
      decydują się na
      naświetalnia paliatywne 6 dawek...
      - grudzień 2005 - mama jeżdżać ode mnie na naświetlania klatki coraz
      częściej
      uskarża się na ból ręki... Idzie na pgootwie, mówi że jest
      onkologiczna, że
      boli ręka, lekarz daje maść, tabletki i mówi że to zmiany
      zwyrodnieniowe na
      pewno... podczas naświetlań mamie wyskakuje na ramieniu guzek -
      lekarka mówi
      żeby się nie przejmować, że naświetlą... naświetlają -guzek się
      cofa... Reka
      dalej boli - inny ortopeda daje mamie zastrzyk w tę rękę,mówi że
      przejdzie...
      Nie przechodzi... mama robi rpześwietlenie idzie do sowjego onkologa
      pokazać te
      zdjęcia i żeby ją onkolożka pokierowaała coz ta ręką, ta jej mówi,
      żę ona się
      na zdjęcia RTG nie zna, ale jak lekarze mówią że zwyrodnienie to
      pewnie
      zwyrodnienie... Daje jej wapno do łykania. KOlejny ortopeda daje
      dużo tabletek
      do łykania... Przed Bożym Narodzenie mama z bólu wzywa karetkę,
      zabieraja ją,
      robią jeszcze jedno prześwietlenie, mówią że ubytek kości - wynik
      cvhemioterapii... Leży w Biskupcu... Zakładają jej gipps i każą
      przyjśc w Nowym
      Roku na operację... Po naświetlaniach Lekarka obiecuje mamie nową
      chemie, ale
      dopiero gdy mina 4 tygodnie od naświetlania, ze to beda tabletki
      Tarceva, ze
      sie dobrze sklada, bo terqz fudnyszy nie maja a w styczniu juz beda
      mieli i ona
      je je
    • 18.11.08, 09:37 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      attenna11 01.09.06, 19:22 Odpowiedz
      Moja historia jest bardzo krótka. Mama ma cukrzycę, stara się o
      sanatorium,robi
      rutynowe badania, lekarzowi nie podba się echo serca, kieruje do
      szpitala. Po
      24 godzinnym pobycie pod monitoringiem serca , dodatkowo
      gastroskopia....bo
      mamę coś boli przy przełykaniu wypis z "guzowate zmiany w przełyku
      brak dojścia
      do żołądka" i wskazania "mierzyc ciśnienie dwa razy dziennie ,
      zapisywa w
      zeszycie samokontroli".Nic więcej. Prwatna wizyta u gastrologa bo
      objawy bólu
      przy przełykaniu się nasilają. Badania od gastrologa....Markery ,
      RTG,
      tomograf.....lekarz pierwszego kontaktu stwierdził , że nie
      potrzebnie bo jest
      guz ale to sie leczy tabletkami......Badania wychodzą złe. Mama ma
      operację.
      Otwierają i zaszywają. Zakładają rurkę do żoładka....jest przez nią
      karmiona...Wszystko szybko i nagle od połowy lipca. Jest to
      nowowtwór
      złośliwy...jaki jeszcze nie wiem....czekamy na badanie
      histopatologiczne. Nie
      było co wycinac, z tego co powiedział lekarz raczej chemia nic nie
      zdziała..tylko pogorszy. Powiem wam tylko tyle, że mam olbrzymia
      ochotę iśc do
      tego lekarza pierwszego kontaktu i poprosic go aby tymi tabletakmi
      wyleczył
      mają mamę. Mama o tym nie wie, o tym , że to rak , że złośliwy....ja
      nie wiem
      co dalej nie wiem jak życ nie wiem po prostu nic i bardzo się
      boję.Nie smierci
      nie opieki boję się zycia , że już nie bedzie takie samo jak było.
      jak sobie
      poradzic z tą bezsilnością. Jak zyc? Czy jest jeszcze
      nadzieja........???
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      pdragun 18.10.06, 14:01 Odpowiedz
      O to historia mojej mamusi która zmarła niecałe 6 miesięcy temu.
      Bole reki lewej
      tak od łopatki prominiujace do dłoni. Lekarz pierwszego kontaktu
      zrobił zdjęcie
      zdjęcie barku i nic. mama jest faszerowana lekami przeciwbolowymi,
      przeciwzapalnymi ale nie jest lepiej wrecz przeciwnie coraz gorzej.
      Bol
      uniemozliwia mamusi normalne funkcjonowanie. Mama była odporna n ból
      bardzo ale
      to zaczyna byc nie do zniesienia. Wkońcu decyzja po 4 miesiącach
      tomografia
      kregosłupa górenj cześci i szyjnego. Wynik mała przepuklinka na w
      odcinku
      szyjnym i jakiś wyrostek kostny kóry byc może ucisjkając na spol
      nerwowy w braku
      powoduje bol. Leki przeciwbolowe i rehabilitacja masaże u znanego
      rehabilitanta.
      On mówi że juz nie powinno bolec a boli wkońcu wycieczka do
      Bydgoszczy bo tam
      najlepiej operowac kregosłup szyjny. Pan profesor robi tomografie
      oglada przez 2
      godziny po czym pada termin operacji 25 grudnia 2005. Wyznaczył
      lecznie lekami
      przeciwzapalnymi typu ketoanl nawet doszło już do tramalu. Mamusia
      bardzo się
      meczy bol jest nie dozniesiania dzwonimy i udaje sie przełozyc
      operację na 25
      pazdziernika( dzień 30 rocznicy slubu moich rodziców). Tata jedzie z
      mamą 24
      pazdziernika do Bydgoszczy ja nie mogę bo musze zając ise bratem w
      domu. am
      robią rutynowe badani tuż przed operacją rtg klatki piersiowej
      wykazuje guz na
      lewym płucu.Operacji nie bedzie. Zaraz biopsja tomograf całego
      ciałai niestety
      pada diagnoza rak niedrobnokomorkowy płuca lewego naciekajacy splot
      barkowy
      żebra i tetnice podobojczykowa nieopoeracyjny zaawnasowanie IIIA.
      Koszmar
      najpierw radioterapia w Bydgoszczy aby zmniejszyc bol tzw palitaywna
      duzo
      naswietlań morfina coraz wieksze dawki mamusia coraz gorzej to
      znosiła. Po 30
      answietlaniach czuje sie lepiej nowa siła w nią wstapiła bo nie
      odczuwa bolu ma
      tak ustawione leki i ta radioterpaia pomogła. Powrót do Warszawy
      styczeń 2006
      pierwsze chemie. Mamusia przeszła 2 i niby poprawa guza w płucu juz
      prawie nie
      ma radosć huraaaaa. niestety nie długo po drugiej chemii bole w
      lędżwiowej
      czesci kregosłupa tomograf i nic niestety pogarszający się stan
      mamusia słabła
      wymiotowała nie jadła. W ciągu tygodnia zmarła.Okazało się że miała
      przerzuty
      najprawdopodobniej do kregosłupa i do mózgu. Bol cieprienie mamusia
      miała 56 lat
      zmarła dokładnie 6 miesięcy od daty diagnozy 27 kwietnia2006 roku a
      ile
      wczesniej wlaczyła zbolem niewiadomogo pochodzenia około roku.
      Koszmar.
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      magda2123 04.11.06, 17:40 Odpowiedz
      W naszym przypadku wszystko zaczęlo się od bólu brzycha i
      wymiotów ,pojechaliśmy do szpitala,lekarze stwierdzili że to atak
      woreczka
      żłciowego . Potem zabieg,mama po operacjii szybko wracała do
      zdrowia,wróciła do
      domu. Potem rutynowa kontrola,lekarz powiadamia że wyniki
      chistopatologignie
      nie są dobre. Mama znów trafia do szpitala mimo iż dobrze się czuła.
      Kolejna
      poeracj wycięto kawałek wątroby i węzły chłonne. I znowu powrót do
      domu zaczyna
      sie normalne życie .Wszyscy cieszyliśmy sie że najgorsz jest już za
      nami i
      teraz będzie tylko lepiej. Mama regularnie chodziła na wizyty do
      poradni
      onkologiczniej, miała wykonywane badani. Za każdym razem kiedy
      wracała
      czekaliśmy wszyscy zniecierpliwieni.A ona mówiła że wszystko ok.
      Minął rok jak mama miała pierwszą operacje,a po nim kolejne miesiące.
      I zaczynają się jakieś dziwne bóle, z dnia na dzień coraz mocniejsze.
      Jedniak badania są dobre lekarze rozkładają ręce mówią że to napewno
      zrosty.
      mijają kolejne tygodnie konsultacji. Mama trafia do szpitala z
      powodu wyymiotów
      i biegunki. I znowu zaczynają się badnia.Które niesą
      jednoznaczne,mame wypisują
      ze szpitala, amy szukamy pomocy na własną ręke.
      Aż trafimy do Warszawy od kliniki onkologicznej na Banacha, i tam
      zapada
      diagnoza:
      GUZ WĄTROBY
      Przestrzegam wszystkich nielekceważcie tych najlżejszych objawów
      jakiej kolwiek
      choroby i jakich kolwiek bóli, bo czasami jest już zapózno żeby się
      wyleczyć.
      My się niepoddajemy szukamy jakiegoś rozwiązania,leczymy ból który
      jest
      najgorszy, i żyjemy nadzieją bo to ona umiera ostatnia!!

    • 18.11.08, 09:38 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ...
      majo-m2 04.11.06, 22:59 Odpowiedz

      U nas podobnie zaczęło się od bólu brzucha.Mąż od pewnego czasu
      wyglądał
      niezbyt dobrze,był bez takiej energii.Ciągle siedział i rozwiązywał
      krzyzówki.Nidgy nie mogł usiedzieć bez zajecia a tu takie dziwne
      zachowanie.Do
      tego schudł i tak "zczerniał" na twarzy.Ponieważ miał problemy w
      pracy ,sądziłam,żejego zachowanie i wygląd są z tym związane.
      W maju 2003 r. poraz pierwszy w życiu zaczął się skarżyć,że boli go
      żołądek.Krople nie pomagały.
      Wreszcie po wielu namowach poszedł do lekarza rodzinnego.Pani doktor
      przepisał
      No-Spa i kazała zrobić podstawowe badania. Wyszły dobrze,a ból już
      teraz
      brzucha nie ustępował.Zatem pani doktor przepisała silniejszy lek
      przeciwbólowy
      i antybiotyk.Nic nie pomagało.ból stał się tak silny,że mąż po
      przyjściu z
      pracy tylko leżał na kanapie z pokurczonymi nogami.Następna wizyta u
      lekarza i
      następny antybiotyk.Bez zmian i coraz silniejszy ból.Mąż w tym
      czasie schudł.
      Wreszcie w sierpniu poszedł do innego lekarza.Ten skierował go do
      szpitala na
      badania,aby stwierdzić przyczynę bólu.Mąż czekał dwa tygodnie na
      przyjęcie.
      Jest już wrzsień.Wreszcie, pamiętam jak dziś to był wtorek ,poszedł
      do tego
      szpitala.W czwartek miał robione badania/wlewka/.Przedtem
      rozmawiałam z
      lekarzem z ordynatorem ,który stwierdził,że przez powłoki brzuszne
      wyczuwa guz.
      Badanie powierdziło obecność guza w jelicie grubym.I pytanie
      ordynatora ,dlaczego nie zrobiliście państwo badania kału na krew
      utajoną?
      przecież to podstawowe badanie.A przecież to lekarz męża leczył i on
      powinien
      wiedzięć na jakie badania skierować.Minęło tyle miesięcy
      niepotrzebnego bólu i
      zmarnowanego czasu.Błyskawiczne skierowanie do szpitala
      wojewódzkiego na
      onkologię i operacja. Wynik nowotwór prawej połowy okrężnicy T3N2
      C18.Po
      operacji strach i niepokój ciagle nam towarzyszący.Mąż nie miał
      chemii,chodzi
      na badania kontolne.Ale ja już nie wierzę lekarzom.Niepokoję się ,bo
      ciągle ma
      biegunkę,bo boli go ręka ,bo pokasłuje.Ostatnio miał robioną
      kolonoskopię i
      wykazała polipy w jelicie.We wtorek idzie z wynikami do
      lekarza.Markery ma w
      normie,ale jeszcze przed operacją też miał markery w normie.Badania
      jakie ma
      robione kontrolnie to właśnie markery,USG jamy brusznej i teraz ta
      kolonoskopia.
      Kiedyś radiolog powiedział,że ten rodzaj nowotwora daje przerzuty do
      płuc,
      wątroby,mózgu ,kości.A lekarz prowadzący nie kieruje męża na takie
      badania. Nie
      wiem co robić.czekać czy iśc do lekarza i porozmawiać z nim.Mąż tak
      jakby nie
      chciał wiedzieć ,że miał raka.Ale to tylko tak na zewnątrz.Zaczął
      dużo pić
      alkohoholu.I znowu schudł.Znowu nie ma energii.Boję się chyba
      bardziej niż on.
      Tak naprawdę czuję się bardzo osamotniona z tym problemem.Potrzebuję
      pomocy
      abym mogła pomóc mężowi.
      Może ktoś mi powie jakie badania mąż powinien jeszcze zrobić.
      Nie umiem już zaufać lekarzowi w kwestii leczenia męża.
      Wiem,że teraz nalezy cieszyć się z tego,że żyje i ze nowotwór został
      usunięty w
      całości.Ale lęk pozostał,bo to przecież nowotwór i to zaawansowany.
      czy naprawdę pozostało nam czekać czy choroba przeszła, czy mogę
      jeszcze coś
      zrobić aby zapobiec nawrotowi choroby.?Proszę poradżcie co robić.

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      aniawx 07.11.06, 19:38 Odpowiedz

      Witam,
      Ja tez napiszę, jak to było w przypadku mojego Patryka (co
      poniektórzy wiedzą o
      kogo chdzi:).
      - Wrzesien 2003 usunięcie guzka z okolic pachwiny. Mały guzek, który
      zacząl sie
      powiększać, wiec Patryk zdecydował sie iśc do lekarza. Okazało się,
      ze to
      złośliwy nowotwór skóry (dermatofibrosarcoma). Po usunięciu guza
      lekarze
      powiedzieli, ze nie potrzeban jest żadna chemia i że już wszystko
      jest wycięte
      i będzie dobrze. Jedem lekarz powiedział Patrykowi, ze jest dwa lata
      życia
      przed nim. Zupełnie nie rozumieliśmy o co chodzi - przeciez inni
      powiedzieli,
      ze jest i będzie dobrze. Wybraliśmy się do innego lekarza, ale
      odesłał nas z
      kwitkiem - nie rozumiem o co chodzi. Jeszcze jedno - wykryto komórki
      CD34, jak
      się okazało to był początek białaczki, która po prostu jeszcze nie
      była w
      szpiku.Wówczas własnie należało zastosowac leczenie i podac chemię
      (ale lekarze
      twierdzili coś innego, wiec nic nie robiliśmy).
      - wrzesień 2004, Patryk miał zwykłe przeziebienie. Oczywiście był u
      lekarza, no
      ale jak to przeziębienie, syropek pare tabletek i koniec. Ja jednak
      wysłałm go
      na badania morfologii, bo nie podobało mi się, ze on cały czas
      kaszlał (przez 3
      tygodnie). No i tego samego dnia już o 23 wiozłam go do szpitala. Po
      trzech
      dniach orzekli - białaczka ostra szpikowa - M4. Oczywiście za dwa
      dni już
      chemia (najpierw chemia konsolidacyjna, następnie 2 chemie
      indukcyjne, no a
      potem co 6 tygodni chemie podtrzymujące).
      - czerwiec 2005 informacja z Katowic, ze znalazł się dawca!!! Radość
      i
      przerażenie jednocześnie.
      - 2 wrzesień 2005 przeszczep szpiku. Udało sie!!! Przeszczep przyjął
      sie w
      100%!!!! Radość nie do opisania. 12 październik Patryk wyszedł ze
      szpitala. W
      końcu mogłam Go przytulić!!! Niesamowite uczucie nadzieji na lepszą
      przyszłość.
      Nie było żadnych powikłań. Wszystko sie udało!!! Kontrole co 2
      tygodnie,
      później co miesiąc. Wszystko było w porządku!
      - marzec 2006 nagły nawrót choroby:(( Załamanie, mnóstwo łez, bojaźń
      przed tym
      co będzie dalej. Okazało się, ze szpik przyjął się, ze nadal jest w
      organiźmie,
      ale niestety nie walczy z komórkami nowotworowymi, co powinien
      robić. Próba
      wywołania choroby GVHD (przeciw gospodarzowi szpiku). Niestety nic
      to nie dało,
      wiec - kolejna chemia konsolidacyjna, 2 indukcyjne. Szpik odbudował
      się dawcy w
      100%. Nadzieja na dalsze leczenie. Kolejne kwalifikjacje do
      przeszczepu
      drugiego (żeby wzmocnić szpik dawcy). Udane kwalifikacje - radość,
      że juz w
      krótce jeszcze jedna szansa na życie. W między czasie co 6 tygodni
      chemie
      podtrzymujące.
      - czerwiec 2006 odmowa dawcy:(( Nie zgodził się oddać drugi raz
      szpiku:((
      Panika co dalej. Przeszczep od innego dawcy nie wchodzi w gre, bo w
      POlsce
      zrobili tylko jeden taki i niestety sie nie udał. Wiec pisaliśmy
      pisma do Banku
      Szpiku we Włoszech (dawca był Włochem). Nic to jednak nie pomogło -
      cały czas
      odmowy:((
      - sierpień 2006 kolejna chemia podtrzymujaca. Postanowienie, że po
      tej chemii,
      jedziemy do Katowic i będziemy załatwić przeszczep za granicą
      (niektórzy na tym
      forum pomagali nam w tym, za co im serecznie dziękuję!!!).
      Przeszczep miał by
      byc od innego dawcy (bo to norma za granicą), tylko pieniędzy
      trzeba, ale i to
      udało nam się załatwić.
      -4 wrzesień 2006 miało być spotkanie w Katowicach, ale niestety rano
      Patryk źle
      się czuje. Odwoże Go do szpitala. Okazuje się że wartości krwi
      zerowe:((
      Zosttaje w szpitalu.
      Godzina 15 widze, ze jest bardzo źle, traci kontakt ze mną:((
      Godzina 17 już zupełny brak kontaktu:(( Tomografia i... wylew do
      mózgu, nacieki
      do móżdżku białaczkowe:((
      Godzina 23.30 przewiezienie Go na neurotraumatologie (po wielkich
      załatwieniach
      i znajomościach) - podpięcie do respiratora.
      - 11 wrzesień 2006 próba wybudzenia (obrzęk z mózgu zszedł),
      niestety nie udało
      się tego dnia nawiązac kontaktu.
      12 wrzesień - zatrzymanie akcji serca - reanimacja i powrót do
      życia. Kolejne
      podpięcie pod respirator.
      15 wrzesień 2006 godzina 18.10 - kolejne zatrzymanie akcji serca ale
      już mimo
      reanimacji niestety nie zaczęło bić:(((((((
    • 18.11.08, 09:39 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      meggy4 07.12.06, 11:10 Odpowiedz
      Witam, prawie rozpoczelam kurs tanca gdy zaczelam miec problemy z
      noga, bolala
      mnie po wisilku a w nocy cala dretwiala myslalam ze to przez
      zmeczenie,
      zwiekszony wisilek. Potem pojawilo sie niewielkie zgrubienie i coraz
      wiekszy
      bol. Poszlam do lekarza, zrobilam przeswietlenie i natychmiast
      skierowali mnie
      do szpitala. Okazalo sie ze to nowotwor kosci cruris dex proter
      osteosarcoma.Wzieli wycinek do badania okazalo sie ze zlosliwy,
      bardzo
      zaawansowany, natychmiastowa operacja, amputacja nogi i moditwy zeby
      nie dal
      przezutow do pluc, potem bralam dwa lata chemii, ciagle kontrole
      wizyty w
      szpitalach do tego anemia po chemii.I calkiem nowe zycie, jak
      niemowle musialam
      sie uczyc tez chodzic na nowo, niestety tylko ze juz z proteza.
      Wazne ze ja bylam silniejsza niz on, moze dlatego ze nigdy nie
      myslalam ze ja z
      tego moge nie wyjsc. Lekarze ciagle mowili moim rodzica zeby sie
      przygotowali
      na najgorsze, bo nowotwor byl bardzo zaawansowany i juz z gory
      przesadzili ze
      da przezuty bo tak bywa, ale prosze jak widac zawsze sa jakies
      wyjatki, i o
      tym kazdy chory powinien pamietac i nigdy nie tracic nadzieji i woli
      walki bo
      zawsze moze sie udac.
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      manuskrypt 11.01.07, 22:13 Odpowiedz
      Może ja się jeszcze dopiszę. Nie wiem czy ktoś to przeczyta i jaka z
      tego
      przestroga? Z historii mojego męża wypływa wniosek, że gdy cokolwiek
      nas zaboli
      powinniśmy wykonywać od razu rezonans magnetyczny, tomografię
      komputerową i
      inne bardzo szczegółowe badania, bo inaczej w krótkim czasie czeka
      nas...
      Na początku maja 2006 roku mój mąż "wymacał" sobie na głowie guza.
      Od razu
      udaliśmy się do naszej ukochanej, zaufanej Pani doktor, która
      skierowała nas do
      onkologa, mimo, że sądziła, że to nic groźnego. Ten rutynowo wywiad.
      I
      skierowanie na biopsję cieńkoigłową. W trakcie wywiadu mąż mówi, że
      miewa bóle
      kręgosłupa. Lekarz pyta od jak dawna i jakiego typu bóle. Mąż
      opowiada, że od
      kilku lat. Bardzo silne, utrzymujące się przez kilka tygodni, potem
      ustępujące
      i znów nawracające. Mówi również, że zgłaszał te bóle lekarzom, ale
      każdy
      stwierdzał: dyskopatia. W Pana zawodzie nic szczególnego (mąż jest
      informatykiem). Onkolog stwierdza, że nie należy wiązać guza na
      głowie z owymi
      bólami. Dwa dni potem biopsja guza. Wynik niejednoznaczny. Komórki
      atypowe.
      Wskazanie do usunięcia guza celem wykonania badania
      histopatologicznego.
      Wyznaczony zostaje termin zabiegu. 12 maja mąż dostaje bardzo
      wysokiej
      temperatury. I pojawiają się bóle kręgosłupa (odcinek lędźwiowo-
      krzyżowy).
      Temperatura nie spada, bólu nie można niczym złagodzić. Mąż wyje z
      bólu, nie
      śpi. Konsultacja neurologiczna zlecona przez lekarza rodzinnego
      niczego nie
      wnosi. 15 maja mąż dostaje skierowanie do szpitala na oddział
      zakaźny z wpisem
      wysoka temperatura i bóle kręgosłupa. Przyjmują go na oddział. Przez
      trzy
      kolejne doby nic się nie dzieje. Podawany antybiotyk nie zbija
      temperatury.
      Leki przeciwbólowe nie skutkują. Brak jakichkolwiek badań celem
      postawienia
      rozsądnej diagnozy. Mąż cierpi okrutnie. Po mojej awanturze lekarze
      decydują
      się wykonać rezonans magnetyczny kręgosłupa. W czwartej dobie pobytu
      w szpitalu
      wiemy już, że bóle są wynikiem tego, że cały kręgosłup na tym
      odcinku jest
      nacieczony. Konsultacja neurochirurgiczna i decyzja o przeniesieniu
      na oddział
      neurochirurgii. 20 maja lekarze usuwają guza z głowy by wykonać
      badanie
      histopatologiczne i dowiedzieć się z czym mają do czynienia. Mówią,
      że to co w
      kręgosłupie jest tak rozległe, że nie mogą usunąć w całości, ale
      chcieli by się
      tego podjąć by przynieść pacjentowi ulgę i ułatwić ewentualne
      naświetlania i
      chemioterapię, ale muszą wiedzieć co to jest, a zatem ewentualna
      operacja po
      otrzymaniu wyników guza głowy. By było szybciej wiozę guza do
      badania do
      Poznania, gdzie płacę za jego zbadanie, ale wiem, że już w trzeciej
      dobie
      będzie wstępny wynik. Mąż po operacji odzyskuje powoli siły. 22 maja
      schodzimy
      nawet razem do szpitalnej kawiarenki. 23 maja ból się nasila,
      lekarze decydują
      o rozpoczęciu podawania morfiny. 24 maja przychodzi faksem wynik.
      Sarcoma
      (mięsak). Ordynator neurochirurgii odstępuje od operacji. Walczy o
      przeniesienie pacjenta na onkologię (co u nas nie jest takie łatwe,
      mówi się,
      że ordynator onkologii przyjmuje pacjentów młodych i dobrze
      rokujących. Mój mąż
      młody (niecałe 32 lata, ale nierokujący). Opór ordynatora ogromny.
      Walka między
      oddziałami, ordynatorami. Ordynator neurochirurgii wykonuje szereg
      dodatkowych
      badań. Tomografię komputerową. Kilkukrotne usg, prześwietlenia płuc
      itp. dzięki
      niemu wiemy, że przerzuty występowały z chwili na chwilę. Jednego
      dnia robione
      usg nie wykazywało żadnych zmian, drugiego dnia zmiany już były. I
      tak ze
      wszystkimi badaniami. 26 maja w piątek po południu mąż trafia na
      onkologię.
      Skoro piątek to już nikt nikogo nie leczy, a zatem czekamy do
      poniedziałku. W
      poniedziałek decyzja radioterapia paliatywna odcinka kręgosłupa. Nie
      będę pisać
      o koszmarze radioterapii to temat na inną historię. W każdym bądź
      razie w
      poniedziałek 29 maja wykonują pierwszy raz naświetlanie. Po czym we
      wtorek rano
      lekarka prowadząca informuje, że więcej naświetlań nie będzie, bo
      szkodzi to
      pacjentowi i że w zasadzie to oni mogą pacjenta wypisać. W tym
      czasie mąż jest
      już zacewnikowany, otrzymuje co trzy godziny morfinę plus mnóstwo
      kroplówek.
      Organizm zatrzymuje wodę. Już samodzielnie się nie przemieszcza. We
      wtorek 30
      maja trafiamy dzięki cudownej kobiecie dyrektorce hospicjum pod jej
      skrzydła.
      Dostajemy własny pokój (który sama wybierałam). Wybrałam go, bo był
      symboliczny
      miał numer 9, a to numer naszego mieszkania. Mąż pyta czy już
      nigdzie nie
      będzie musiał się przenosić. Oddycha z ulgą na wiadomość, że nie.
      Rzecz dziwna
      po południu przychodzi lekarz-onkolog (prowadząca z onkologii) i
      pyta męża czy
      chciałby i jest na siłach by kontynuować radioterapię. Mąż mówi, że
      tak, a
      zatem kontynuujemy. Do czwartku. W czwartek mąż mówi mi, że w piątek
      już nie
      chce jechać na naświetlania, że nie ma już sił. Umiera w niedzielę 4
      czerwca o
      13.05 (2,5 roku wcześniej o tej samej godzinie urodziła się nasza
      córeczka).
      Trzymam Go za rękę. Ale na drugą stronę przechodzi sam.
      Pytanie: Czy jakakolwiek wcześniejsza diagnostyka uratowała by mu
      życie? Czy
      gdyby ktokolwiek kilka lat wcześniej zlecił rezonans kręgosłupa, to
      dało by się
      toto wyciąć i zapobiec reszcie? Pytania retoryczne bez odpowiedzi.
      Można
      gdybać. Mi jednak jedno utkwiło w pamięci. Pół roku przed smiercią
      mąż był w
      szpitalu (z zupełnie innego powodu) i tam w nocy bardzo go zaczął
      boleć ów
      nieszczęsny kręgosłup (łącznie z odrętwieniem nóg). Zgłosił to
      lekarzowi
      (ordynatorowi), a ten na to: "Proszę Pana, ja mogę dać Panu tabletkę
      przeciwbólową. Każdego z nas od czasu do czasu boli kręgosłup, to
      nic
      poważnego".
      Na ile było poważne oceńcie sami.



    • 18.11.08, 09:40 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      ila222 12.01.07, 00:49 Odpowiedz
      manuskrypt tak strasznie mi przykro... tak bardzo mi przykro..
      Jak nasza córeczka miała jakies 5 miesięcy mój mąz dowiedzial się że
      ma guza na
      kregoslupie. miewał bóle już kilka ladnych lat. W nocy nie dawaly mu
      spokoju,
      spać nie mógł, chodził do lekarzy, ale nie każdy kieruje na
      rezonans, nawet nie
      doradzają żeby chociaż prywatnie sobie zrobić. A jak się czlowiekowi
      nie powie
      to skąd ma wiedzieć??? W końcu ktoś mu zalecił że dobrze bybylo
      zrobić takie
      badanie. Zrobił, wynik nie był jasny. Jednym słowem mial dwie opcje
      na wyniku
      badania. Albo nowotwór złośliwy albo niezłośliwy.
      W tym samym czasie na nowotwór złośliwy zachorowała moja mamusia, o
      czym już
      wyzej pisalam...
      W każdym razie, trafiliśmy na dobrych lekarzy i wspanialego
      profesora. Operacja
      się odbyla pomyslnie. Wynik był wspaniały..niezłośliwy!!!
      Wiem jak dużo szczęsia mieliśmy, wiem że Twój mąż jego nie miał.
      wiem też że jakaś mała świadomość jest lekarzy, że nie mówia co sie
      powinno
      robic, jakie badania. Czy jest to kwestia oszczednosci? Nawet nie
      informuja ze
      mozna sobie chociaz prywatnie zrobic badanie...
      Bardzo ciepło Cie pozdrawiam

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      zamszowa 12.01.07, 21:35 Odpowiedz
      manuskrypt po pierwsze jestes silna wspaniala kobieta, brak mi slow.
      po drugie
      jednak: az mi sie wierzyc nie chce, jak to mzoliwe ze maz byl 6
      miesiecy przed
      smiercia w szpitalu i NIC u niego nie stiwrdzono??? przeciez w
      kazdnym szpitalu
      robi sie standardowo badania krwi, nowotwor musial byc juz
      rozwiniety i nie dal
      zadnych odchylen w morfologii??? jelsi tak bylo to przy alym
      zrozumieniu
      pretensji jakie masz do sluzby zdrowia - po prsotu nikt niczego nie
      pdoejrzewal. bole ledzwiowe w tym wieku sa bardzo bardzo czeste, nie
      wiem wiec
      czy do konca sprawiedliwie oceniasz prace lekarzy. to niestety
      rzadki
      przypadek , tak zlosliwy guz w tak mlodym wieku, lekazre ze zwyklego
      szpitala
      po prostu nie maja stycznosci z takimi przypadkami. to tragiczne ale
      nie sposon
      zadac aby kazdy lekarz w tym kraju znal wszystkie typy nowotworow
      zlosliwych.
      oczywisice nic ci meza nie wroci. zycze ci szczescia i zebyc
      odnalazla spokoj
      ducha.
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      zamszowa 12.01.07, 21:38 Odpowiedz
      ps. przeczytalam sporo o tym guzie wlasnie, niestety nic nie daloby
      sie zrobic.
      marne to pocieszenie ale to wyjatkowo zlosliwy i szybko zabijajacy
      rak. bardzo
      bardzo ci wspolczuje ze trafilo wlasnie na was.
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      manuskrypt 12.01.07, 21:58 Odpowiedz
      Zamszowa - Nowotwór nie dał żadnych odchyleń w morfologii. I pewnie
      takie
      myślenie jak Twoje, że bóle kręgosłupa są częste, pewnie
      towarzyszyło wszystkim
      lekarzom. Nikogo nie oceniam. Jak napisałam moje pytania były czysto
      retoryczne. Nie oczekuję dyskusji. A w młodym wieku nowotwory
      szczególnie
      szybko zabijają (mają bowiem szerokie możliwości). Wiem, że nowotwór
      mojego
      męża był bardzo złośliwy. Jest też dośc rzadki. Szczęście mają tylko
      Ci u
      których zaatakuje kończyny, te bowiem można amputować. Jest to
      bowiem jedyny
      sposób walki z tym nowotworem. Jest bowiem odporny i na radio- i na
      chemioterapię. O tym, że szansa jest żadna wiedziałam już po
      otrzymaniu wyniku
      badania histopatologicznego, ale jak wiesz nadzieja umiera ostatnia.
      Ja do
      ostatniej chwili czekałam na cud. Na spokój ducha już nie liczę, ale
      mimo
      wszystko dziękuję.
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      gontcha 12.01.07, 22:36 Odpowiedz
      Manuskrypt..

      Wiesz co mnie najbardziej wstrząsneło historii Twojego Męża...

      Nie to, że nowotwór tak szybko i agresywnie postępował.

      A słowa lekarza pól roku wcześniej: "Proszę Pana, ja mogę dać Panu
      tabletkę
      przeciwbólową. Każdego z nas od czasu do czasu boli kręgosłup, to
      nic
      poważnego"...
      Rutyna. A to często gubi i drogo kosztuje - czasem i życie pacjenta :
      ( To mną
      wstrząsnęło bardzo.

      Jak dobrze napisałaś - pytania są retoryczne.
      Trzymaj się dzielnie, córcię uściskaj i mimo wszystko życzę ukojenia
      i spokoju
      ducha.
      Anka

      --
      mieux vaut tuer le diable
      que le diable no vous tue
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      manuskrypt 12.01.07, 21:50 Odpowiedz
      Dziękuję. Ucałuję córeczkę. Ona potrzebuje teraz morza miłości.
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      zamszowa 14.01.07, 22:14 Odpowiedz
      kochane dziewczyny, mi tez sie nie pdooba ze na bol nam proponuja
      tabletki, ze
      rutyna. tez chcialabym zeby wszyscy lekarze zatrzymali sie choc
      pzrez chwile,
      pomysleli" taki mlody facet a tak go boli, moze zlece mu badania".
      wyglada na
      to ze lekazre sami sa w tej bezdusznej machinie trybikami. jest tu
      hosoria
      dziewczyny na maxa obciazaonej genetycznie, ktorej mowia wszedzie ze
      usg
      profilaktycznie nie wykonuja bo sie limity wyczerpaly.mysle sobie ze
      g..o
      prawda z tymi limitami. ja po odsylaniu mnie z kwitkiem po prostu
      zmienialm
      przychdonię, tam jakos limitow nie ma, mialam juz szereg badan z
      ubezpieczenia,. bo lekarka nawet z bolacym gardlem nie wypusci ot
      tak sobie.
      zleca badania, laryngologa. wiec macie racje, wszystko zalezy od
      czlowieka.
      wymowa mojego postu miala byc taka, ze ten nowotwor to jeden z
      nazlosliwszych
      wiec nie ma co sobie zarzucac ze mozna bylo cos zrobic. a postawa
      lekarza jest
      oburajaca i chcialabym manuskrypt zebys wiedziala ze tez tak to
      odczuwam.
      calus dla corenki
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      gontcha 14.01.07, 23:06 Odpowiedz
      Zamszowa...
      No własnie ta rutyna. I podejście czasem - młody to zdrowy, a stary
      swoje
      przeżył.. Nie uogólniam oczywiście, bo sa różni lekarza, tak jak i
      rózni są
      ludzie.
      Tylko czasem ktoś ma cholernego pecha, że trafia...no właśnie.
      Ja miałam i mam szczęście. Podobnie jak Ty jestem pod doskonała
      opieką
      lekarską - żadnych problemów z badaniami, skierowaniami etc...Choć
      trafiłam też
      na takich 'bezdusznych, lub niedouczonych'.
      Pewnie wielu z nas mogłoby napisać i pozytywy i negatywy swoich
      kontaktów ze
      służba zdrowia. Jest jak jest i nie zawsze można na to zaradzić (czy
      pacjent,
      czy lekarz). Nasz system opieki zdrowotnej ma wiele wad, dziur i
      braków (z kasa
      na pierwszym miejscu), ych :(
      Ale takie historie mimo wszystko wstrząsają.

      Mansukrypt uściskaj córcię mocno :)

      Pozdrawiam,
      Anka


    • 18.11.08, 09:41 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      dak33 15.01.07, 19:18 Odpowiedz

      Opiszę swoją chorobę. Nie jest ona typowa dla ludzi w wieku 30 lat a
      jednak mi
      się przytrafiła, mimo, że nikt w najbliższej rodzinie nie chorował
      na nowotwór.
      W wieku 25 lat miałam krwawienia z odbytnicy. Poszłam do szpitala na
      badania,
      miałam rektoskopię i wlew konstrastowy. Badania nic nie wykryły. Pan
      ordynator
      stwierdził, że mam słabe naczynia krwionosnie i dał leki na ich
      wzmocnienie.
      Krwawienia co jakiś czas wracały a ja stosowałam to co wczesniej
      zapisano. Na
      początku 2006 roku zaczęłam znowu krwawić, więc zaczełam stosować
      czopki oraz
      leki doustne jak wcześniej. Nic nie przechodziło. Wybrałam się do
      lekarza na
      rektoskopię 30 czerwca 2006 ... Po badaniu lekarz powiedział mi, że
      mam guza w
      odbytnicy... Szok, łzy, niedowierzanie. 13 lipca przyszedł wynik
      histopatologiczny, tego dnia umiera także zona kolegi z pracy na
      raka piersi w
      wieku 39lat. Myslę, że to zły znak. Jadę do lekarza, odbieram wynik.
      Wyrok
      brzmi Adenocarcinoma recti G2. Nie znam łaciny ale domyslam się,
      słowo
      carcinoma oznacza rak. Płaczę i cisną mi sie słowa, które
      wypowiadane są w
      każdym takim momencie, "dlaczego ja i w tym wieku" i co przegapiłam,
      dlaczego
      lekarz który mi robił badania w wieku 25 lat nie powiedział, bym
      sobie
      kontrolnie co jakiś czas wykonała rektoskopię... Przed przyjęciem do
      szpitala,
      kazo mi zrobić usg... wynik - jest ognisko mające cechy meta... A
      więc są
      podejrzenia o przerzuty.. Ile mi zostało czasu?...Jadę na wizytę do
      lekarza
      ustalającego terminy zabiegów w szpitalu w Poznaniu. Lekarz patrzy
      to na
      wyniki, to na mnie, w końcu się mnie pyta mimochodem skąd je
      wzięłam...
      Odpowiadam: Ukradłam... 25 lipca mam operację, wątroba okazuje się
      wolna od
      przerzutów a ognisko o cechach meta okazało się naczyniakiem,
      niestety mam
      przerzut w węźle chłonnym, więc czeka mnie chemia. W czasie pobytu w
      szpitalu i
      po wyjściu mam cały czas problem z wydalaniem, nie umiem się
      załatwić, brzuch
      wielki jak u ciężarnej kobiety...Przez miesiąc się męczę, jestem u
      lekarza na
      kontroli ... okazuje się że jelito w miejscu połaczenia się zarosło.
      Więc je
      rozrywają, ból straszliwy, co parę dni jest to powtarzane, za kazdym
      razem to
      strasznie boli.... W miesiąc po operacji idę do WCO w Poznaniu,
      zaczynam brac
      chemię w tabletkach. Wracam do pracy życie zaczyna się trochę
      normalizować
      aczkolwiek nie omijają mnie skutki uboczne chemii ( straszliwe
      biegunki)... Po
      czwartej chemii pytam się Onkolożki, kiedy będę miała kontrolną
      rektoskopię a
      ona na to, że mam sobie takimi rzeczami nie zawracać głowy, bo to
      oni są od
      tego by pamiętać o badaniach kontrolnych i nic nie zleca( dziwi mnie
      ta
      odpowiedź , bo w wytycznych POU rektoskopię po usunięciu raka
      odbytnicy powinno
      się wykonywac co 3 m-ce)... Jedyne co mi zleca to badanie markerów..
      21 grudnia
      CEA jest równy 1,5 ale CA19-9 jest na poziomie 37, czyli granica...
      Z własnej
      inicjatywy idę na rektoskopię 2 stycznia 2007, okazuje się że mam
      guza za
      ścianą jelita, wielkości 1 cm, tuż nad zespoleniem, mówi że może być
      to również
      zrost.. Idę do onkolozki i jej to mówię, zleca mi jeszcze raz
      markiery wynik
      CA19-9 jest równy 47, daje zlecenia na wykonanie TK miednicy,-
      badanie jest 11
      stycznia i znowu badanie markerów, CA19-9 urósł do poziomu 54....Po
      badaniu
      sekretarka z TK mówi mi, że wynik do odbioru za tydzień... Zaczynam
      się
      targować, przecież to moje życie , muszę wiedzieć czy to wznowa...
      jak mam
      przez ten tydzien żyć ????Pani odpowiada, że ona nie ma na to
      wpływu. Idę do
      onkolożki, ona dzwoni do pracownik TK, mówi , że wynik będzie dziś
      tj
      15.01.2007... Oczywiście dzwonię dziś wyniku nie ma... Jestem zła i
      rozgoryczona, wkurza mnie takie olewactwo... W prywatnej firmie za
      niedotrzymanie terminu jest sie ukaranym, a w Polskiej Słuzbie
      Zdrowia, mozna
      rózne rzeczy robić i nie ponosić za to konsekwencji, nawet nie ma do
      kogo
      skierować zażalenia, bo kogo interesuje jakies tam życie... Znowu
      mnie czeka
      bezsenna noc z myslami co będzie ... I jak ma się wygrać z rakiem,
      jeżeli "wisi" to osobom, które mają pomóc z nim walczyć?

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      mania60 15.01.07, 19:42 Odpowiedz

      Czytam twoją historię i poraz kolejny zastanawiam się dlaczego to,
      co powinno być normą w postępowaniu z Nami chorymi na raka, jest
      wyjątkiem . Mówią ,że ciężkie warunki , że niskie płace, że brak
      dofinansowania . Tak , to prawda, ale prawdą jest też i to , że w
      tych samych warunkach pracują wspaniali , oddani , bezinteresowni
      ludzie. Ja na takich trafiłam i dzięki nim żyję , a przecierz
      czerniak IV Clark to właściwie wyrok. Dak !!! Niepoddawaj się!!!
      Walcz o to, co Ci się należy. Trzymaj się dzielnie. Mam nadzieję ,
      że to będzie tylko zrost. Musi być dobrze.Myślami jestem z Tobą .
      Daj znać jak będą wyniki.mania

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      dak33 22.01.07, 18:49 Odpowiedz

      Mam wyniki... nie ma zmian o charakterze nowotworowym, zrobiły sie
      zrosty.
      Najadłam się strachu. Dziś również miałam robione markery i CA19-9
      wrócił do
      normy:). Nie muszę chyba mówic jaka byłam szczęsliwa. Pozdrawiam i
      dziekuję za
      słowa otuchu.

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      attenna11 22.01.07, 20:39 Odpowiedz

      Gratuluje ...jak miło czyta sie takie wpisy. mam nadzieje , że u nas
      tez
      wszystko dobrze się skończy. Pozdrawiam .

    • 18.11.08, 09:43 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      dak33 26.09.07, 17:55 Odpowiedz
      ciąg dalszy... 09 kwiecień 2007 zakończenie chemiterapii. 13
      kwietnia przyjęcie na oddział onkologii ginekologicznej, podejrzenie
      wznowy raka odbytnicy w jajniku. Przede mną perespektywa usunięcia
      wszystkich narządów kobiecych oraz stomia... 16 kwietnia 07 operacja
      usunięcia lewego jajnika i lewego przydatka... Zmiany okazują się
      łagodne - endometrioza. Rozpoczynam leczenie hormonalne i
      zastanawiam skąd się ona u mnie wzięła... wczesniej tego nie miałam.
      Skutek uboczny chemii?
      lipiec 07 - wizyta u endokrynologa, usg tarczycy potwierdzające, że
      cały jej obszar zajmują guzy... biopsja nie wykazuje zmian
      złośliwych... wole guzowate obojętne..
      17 wrzesnia 07 operacja totalnej resekcji tarczycy... Czekam na
      hispat... Biorę eutyroxN75, nie śpię 4 noc. Zastanawiam się co
      dalej....

      Re: Heh , popatrz jak prędko mija czas

      marika78 24.01.07, 15:23 Odpowiedz
      mój tatko kochany...
      było tak: tato zdrowy jak rydz, 71 lat, za tydzien skonczy 72 lata,
      jest
      wzorem czlowieka, ktory dba o siebie, jada dobrze, spi w ciagu dnia,
      odpoczywa,
      nie stresuje sie, w zeszlym roku przechodzil ze trzy grypy i zostal
      zaszczepiony ale mimo tego chorowal...
      czasem kaszlal, zwykly suchy kaszel, byl trzy razy u lekarki, ktora
      za kazdym
      razem przepisywala mu antybiotyki ale nie bylo poprawy wiec w koncu
      po POL ROKU
      skierowanie na prezswietlenie pluc noi cien okragly,
      tato czuje sie swietnie, nie schudl ani nie stracil apetytu, nigdy
      nie
      palil!!!!!!!
      pierwsza bronchoskopia przed swietami nie wyszla, bo guz jest bardzo
      nisko,
      wypisali go do domu bez diagnozy i kazali przyjsc za trzy tyg wiec
      poszlam do
      ordynatora by to przesunac, z polecenia kogos!
      rzecz dzieje sie w krakowie w szpitalu Jana Pawła II a ordynator na
      to, ze
      skoro tato jest juz chory od dwoch lat to tydzien w ta czy w ta nie
      pomoze mu i
      zebym szla do domu swietowac, bo to sa ostatnie swieta taty a w
      ogole to zebym
      sie lepiej soba zajela, bo tato i tak umrze a ja mloda jestem i
      szkoda
      nerwow!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
      w styczniu tato poszedl znow na bronchoskopie, ktora znow nie
      wyszla, dopiero
      zdecydowali sie zrobic mu punkcje noi wyniki znamy od wczoraj czyli
      niedrobnokomorkowy rak pluc, stadium nieoperacyjne, bo za blisko
      aorty i juz
      oba pluca zajete...
      RTG byl 30.11.06 a diagnoza dopiero 23.01.07 czy wam sie nie wydaje,
      ze to
      przegiecie paly...
      dzis siostra byla z tata u onkologa i wiem tylko tyle, ze na
      naswietlania sie
      nie kwalifikuje bo zmiany zbyt rozlegle, bedzie mial podana chemie

      to tyle mojej historii...
      modlcie sie jak i ja sie modle za was wszytskich
      niech Bog ma nas w swojej opiece
      pozdrawiam wszytskich cieplo

      Re: Heh , popatrz jak prędko mija czas
      marika78 24.01.07, 15:26 Odpowiedz
      aha, by nie krzywdzis ludzi zlym osodem, opieka w tym szpitalu byla
      swietna
      jesli chodzi o lekarzy, lekarki bardzo mile i przejmowaly sie a
      siostry na
      kazde zawolanie i duza dyscyplina, tylko tak sobie mysle, ze nawet
      ordynator,
      mimo iz diagnozuje on takie choroby na porzadku dziennym powinien
      miec nieco
      milosierdzia ludzkiego i nie wspolczucia ale empatii z drugim
      czlowiekiem i
      wazyc slowa...

    • 18.11.08, 09:44 Odpowiedz
      Re: Heh , popatrz jak prędko mija czas
      k111 06.04.07, 22:48 Odpowiedz
      To może ja też opowiem.
      w listopadzie 2006 tata przeziębił się (a należał do tych osób co to
      nie
      wiedzą co to grypa). Leczenie trwało i trwało tak do połowy grudnia,
      niestety
      coś jakoś nie wracał do pełni sił. Lekarz pierwszego kontaku
      skierował na RTG.
      Na zdjęciu wyszedł guz. Skierowanie na oddział onkologiczny w celu
      przeprowadzenia badań. Jeszcze przed Bożym Narodzeniem wszystko
      wykonano. Całe
      szczęście, że wyniki przyszły dopiero po Nowym Roku.
      Diagnoza: niedrobnokomórkowy rak prawego płuca stadium IIIB. Z
      objawów jakie
      miał tata to tylko takie uczucie, opisywał to tak: że jak leżał w
      łóżku i
      chciał się z boku na bok przełożyc to czuł takie przelewanie się
      wody jakby. No
      i przez 30 lat palił papierosy.
      Jak narazie miał 3 chemie. Zniósł je bardzo dobrze (dosłownie
      żadnych objawów
      poza lekką utrata apetytu). Niestety żadnych skutków w leczeniu też
      nie było.
      Teraz jest w trakcie naświetlań. Znosi je bardzo dobrze, żadnych
      skutków
      ubocznych poza tym, że tęskni za nami. Wynik poznamy dopiero za
      miesiąc.
    • 18.11.08, 09:44 Odpowiedz
    • 18.11.08, 09:46 Odpowiedz
      Re: Opowiem Wam - jeszcze kilka historii
      judi40 07.07.07, 15:00 Odpowiedz
      Witajcie! 18 lat temu przeszłam operację usunięcia torbiela, jednak
      badanie
      śródoperacyjne wykazało nowotwór, lekarze zdecydowali o usunięciu
      przydatków.
      po ok miesiacu skierowano mnie na naświetlanie-nie podano mi żadnej
      chemii
      nie było przy mnie ani psychologa ani dietetyka,a po naswietlaniach
      jadlam
      ogromne ilości cytusów/trwało to ok 5lat/Dziś tryskam energią i
      jestem
      bardzoooo szczęśliwa!!!! pozdrawiam

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      devilyn 12.08.07, 18:27 Odpowiedz
      hmm u mnie zaczelo sie calkiem niewinnie od wypadku po ktorym
      stracilam przytomnosc, obrzek mozgu, zlamany nos uszkodzona kosc
      sitowa, wybite 4zeby i calkowicie sparalizowany blednik. ale mimo
      uplywu ciagle mi bylo niedobrze, mialam na okraglo czkawke i bol
      lewego ramienia, glownie obojczyka ktory nie dawal mi spac, zaczal
      mi rowniez puchnac brzuch i mialam ciagle wrazenie jakby mi ktos go
      wiazal zylka. chodzilam do "konowałów" co 2tygodnie i nic. od
      lekarza do lekarza (wówczas nie byłam tylko chyba u psychiatry)
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      devilyn 12.08.07, 18:31 Odpowiedz
      i tak chodzilam dalej od lekarza do lekarza, zachely dochodzic
      nastepne objawy: chudly mi nogi, utracilam apetyt i zaczynalam sie
      dusic w nocy i co lekarka mi pow. (spec.chorob wew) NIE ZRYJ TYLE TO
      BEBECH NIE BEDZIE CI ROSL (bez komentarza) to byl styczen 2003. w
      grudniu trafilam w stanie agonalnym z zatrzymaniem akcji serca na
      blok operacyjny z... rakiem jajnika (chodzilam do ginekologa i
      zawsze bylo pani X wszystko w porzadku) to byl rzadko spotykany
      nowotwor sluzak ktory siegal mi az do pluc i byl ogran.do jednego
      jajnika a jajowd mialam rozciagniety na 28cm.
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      devilyn 12.08.07, 18:35 Odpowiedz
      operacja trwala 4godziny, ciecie mam piekne do mostka (razem jakies
      40cm) badanie histo wykazalo graniczna zlosliwosc ale po komisji
      onkologicznej w szczecinie zalecono 3cykle pc (tylko bo organizm byl
      na wycienczeniu) no i poprawkowa operacja bo...zaomnieli mi usunac
      sieci. w trakcie drugiej operacji (po chemi malo co orla nie
      wywinelam, bo w trakcie operacji dostalam silnego krwotoku) na
      pomorzanach milam porownanie ze stargardem (umieralnia), gdzie
      pomorzany pod wzgledem lekarzy i opieki w skali 1-10 dostaja 100.
      gdy zachorowalam mialam 22lata. bilans 2operacje i 2laparoskopie.
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      devilyn 12.08.07, 18:38 Odpowiedz
      i jestem caly czas pod kontrola klinikii gdzie znana jestem jako ich
      stala klientka, glownie z cietych uwag i dociekliwych pytan odnosnie
      leczenia, poprostu lubie wiedziec co bede miala robione etc etc.
      dzis mam 26lat i strach ktory pozostanie do konca zycia i wiem ze
      nic juz mi nie grozi. testy dna nie wykazaly zadnej mutacji
      (pozdrawiam Prof. Lubińskiego i jego zespół)i pracuje co nadaje
      mojemu zyciu sens i szczesliwie kocham, czlowieka ktory to
      zaakceptowal. zycze wszystkim duzo zdrowia wiary nadzieji i
      wspanaialych lekarzy ktorzy sie znaja na swojej robocie. devilyn



    • 18.11.08, 09:48 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      kk-82 04.09.07, 09:53 Odpowiedz
      To i ja się dołączę. Niestety również przestrzegam przed
      bezgranicznym zaufaniu
      lekarzom.
      W 2001 roku zaczęła zanikać mi miesiączka. Poszłam do lekarza. Ta
      przepisała mi
      tabletki wywołujące/ regulujące miesiączkę. No i chodziłam do pani
      doktor co
      jakiś czas jak zabraklo mi tabletek. W czasie jednej z wizyt zrobiła
      mi badanie
      przez odbyt (październik 2001r) ale wszystko bylo w porządku.
      Boże Narodzenie 2001roku - od rana okropny ból brzucha, nie mogłam
      ani siedzieć
      ani chodzić. Zaraz po świętach poszłam do innej lekarki, ona równiż
      zrobiła mi
      badanie. Stwierdziła, że coś wyczuwa i kazała zrobić USG. W czasie
      USG okazało
      się, że na lewym jajniku jest guz wielkości 14cm. Później była
      wizyta u
      kolejnego lekarza, podstawowe badania do operacji (EKG, krew
      itd).Przed operacją
      (koniec stycznia 2002roku) lekarze robili mi jeszcze USG, nie byli
      pewni czy to
      mieśniak czy coś innego i co dokładnie będą wycinać. Pamiętam jak
      lekarz
      przyszedł do mnie i spytał czy wyrażam zgodę na usuniecie macicy.
      Miałam wtedy
      20lat. Zrobili operację, operował mnie ordynator który później
      stwierdził że
      "pozwolił sobie nie usuwać mi macicy". Tydzień poleżałam w szpitalu.
      Za miesiac
      kazali się zgłosić po wyniki histopatologiczne. Poszłam, okazało
      się, ze są w
      porządku. Miesiąc póżniej przyszło zawiadomienie , że w spitalu
      czekają na
      odbiór moje wyniki z operacji. Myślałam, ze to pomyłka bo przecież
      już
      odebrałam. Poszłam, odebrałam i pośród całego tekstu w oczy rzuciły
      mi się tylko
      dwa słowa: guz złośliwy jajnika. To było ponad 5 lat temu.
      Potem wysłali mnie do przychodni onkologicznej. 27marca poszłam na 5
      dni do
      szpitala na chemioterapię. Zastosowano leczenie (przepiszę z karty
      szpitalnej) 1
      cykl CHE: BEP
      Cis-Platyna 10mh i.v, Vepesid 170mg i.v, BLM 10mg i.v. W sumie
      miałam 4 takie
      chemioterapie. Po pierwszej czułam sie dobrze, tylko włosy wypadły.
      3 i 4 cykl
      to był koszmar. Przez pierwsze dni po powrocie do domu ze szpitala
      nie mogłam
      patrzeć na jedzenie ani nawet go czuć. Jak cos zjadłam od razu
      wymiotowałam.
      Cykle chemioterapii były co miesiac.Ostatnia chemia była
      18.06.2002roku. Od
      tamtej pory powinnam chodzić co 4 miesiaće do przychodni
      onkologicznej. Tam dwa
      razy w roku daja mi skierowanie na markery i usg, częściej na RTG.
      Badanie USG
      robię prywatnie gdyż te w przychodni nie jest robione przez
      ginekologa i jest
      nie dopochwowe- nie rozumiem dlaczego! Tak naprawdę czuję sie nie
      doinformowana.
      Rok czy dwa po chemioterapii powiedziałam lekarkom, ze bardzo czesto
      boli mnie
      brzuch na co usłyszałam, ze "to na zmianę pogody, albo zrosty".
      Zastanawiam się
      też czy nie powinnam brać tabletek hormonalnych. Mam 25 lat, nie mam
      obydwu
      jajników (17 lat temu miałam na prawym jajniku potworniaka). Kiedyś
      rozmawiałam
      z endokrynologiem (mam niedoczynność tarczycy) i powiedziała mi, ze
      jestem tak
      jakby w menopauzie a onkolodzy boją sie tabl. hormonalnych.
      No i to chyba tyle.

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      yago997 14.08.07, 10:29 Odpowiedz
      witajcie,
      i ja dopiszę pare słów
      Właściwie już od grudnia 2006 moja mama źle się czuła, była
      osłabiona i zmęczona.
      od lutego męczyły ją najpierw stany podgorączkowe, później już
      wysokie gorączki, bardzo sie pociła, bolała ją bardzo często głowa.
      Rozpoczęła wizyty u /hahaha/ lekarza /hahaha/ rodzinnego - diagnozy:
      grypa, angina, przeziębienie, menopauza, nadczynnośc tarczycy,
      wiosenne przesilenie. Leczył gripexem, ibupromem, witamina C
      Mama słabła i chudła..ale lekarz mówił, iz to przy tarczycy
      normalne /nie skierował na badania do poradni endokryn., nie
      zastosował leczenia/, wyznaczył zabieg podania jodu na 30 lipca!
      W maju mama znowu bardzo schudła - łącznie 10 kg - lekarz stwierdził
      iz to tarczyca i że musi wytrzymać do lipca..Gorączke miała juz
      prawie codziennie, straciła apetyt, miała wstręt do mięsa, zgagi,
      pobolewania
      Na początku czerwca zauważyliśmy, że mama jakby lekko zżółkła,
      zwłasza białka oczu,
      natychmiast poszła do lekarki się pokazać - a pani "doktor" na to że
      NIC nie widzi!!!Mama zażądała skierowania na badania krwi, wynik na
      drugi dzień - pani doktor lekko wytracona z równowagi gdyz mamie
      wyszła pokaźna żółtaczka - dała skierowanie na ostry dyżur do
      szpitala. I tu własnie rozpoczyna się nowy etap w naszym życiu, RAK.

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      rysinska.k 16.08.07, 15:16 Odpowiedz

      Może moja historia nauczy, że nie można wierzyć ślepo lekarzom ale
      także podczas leczenia trzeba kierować się swoją intuicją.
      We wrześniu 2006 w 37 tyg. ciąży wykryto u mnie polipa ma szyjce
      macicy, którego po 6 tyg. połogu usunięto. W badaniu hist. wykryto
      rozpoznanie:carcinoma lymphoepithelioma - like colli uterii. Był to
      stopień 1b, ale bardzo
      mało zróżnicowany G3.Mój onkolog powiedział że jest to bardzo rzadka
      odmiana
      nowotwotu(kilka przypadków na świecie).18 października poddałam się
      operacj usunięcia wszystkich narządów rodnych, oprócz jajników,
      dodam że mam
      27 lat. w badaniu histopatologicznym po opracji brak nacieku raka na
      wyciętych
      narządach
      ( węzły także są usunięte). Nie zostałam skierowana na radioterapie.
      Lekarz powiedział że jestem zdrowa. Nie dawało mi to
      spokoju.Postanowiłam jesze raz iść do tego lekarza i zapytać czy
      dodatkowe leczenie pooperacyjne nie jest mi naprawdę potrzebne.
      Stwierdził nie było raka w mat. pooperacyjnym - nie potrzeba
      naświetlań. Postanowiłam pojechać na konsultację do konsultanta
      krajowego. Zostałam skierowana przez niego na brachyterapie ze
      względu na G3.
      Gdy zjawiłam się na brachyterapii lekarz dyżurny przejżał wszyskie
      moje dokumenty i stwierdził że ja muszę mieć zastosowaną najpierw
      radioterapię ponieważ nowotwór był bardzo złośliwy i skierował mnie
      na oddział radioterapii. Wyznaczyłam sobie termin pierwszego
      naświetlania i wtedy dowiedziałm się o tym że lekarze zdecydowali o
      chemii (5 kursów cysplatyna 69).Całe leczenie ukończyłam 22 lutego
      2007. Jednak cały czas żyje w niepewności i obawie, że nie wszystkie
      komórki rakowe z mojego organizmu zostały "wypędzone"
      Co mogę jeszcze zrobić? Czekać co los przyniesie...

    • 18.11.08, 09:49 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      aa47 14.09.07, 09:25
      Witam,
      Mojej mamie zaczęła puchnąć noga, była czerwona itd napierw kazano
      jej robić
      okłady itd w końcu jej lekarz wypisał skierowanie do szpitala na
      badania, z
      podejrzeniem nowotworu. I tak sobie myślę że moja mama miała dużo
      szczęścia, i
      też że mamy rodzinę daleką lekarską, zrobili szybciej badania,i sama
      prywatnie
      też robiła, i wyszło: guz w brzuchu, i rak węzłów chłonnych. Mama
      jest w
      szpitalu drugi dzień, czekała na to miejsce miesiąc czasu, ...
      Co dalej będę pisać...
      uwaga ode mnie: trzeba ufać sobie robić badania podstawowe nawet na
      własną rękę,
      i tak sobie myślę że i o sobie też trzeba zadbać i robić sobie
      badania, domagać
      się ich.
      I dla naszych bliskich trzeba być egoistą, i za nich walczyć o
      badania, itd.
      Jesteśmy na początku drogi walki z rakiem, i ciesze się że trafiłam
      na forum...
      --
      "Drogę wytycza się idąc"

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      mariola19761 17.09.07, 18:46 Odpowiedz
      Mojej siostry mąż miał od zawsze odkąd pamiętam małą czarną plamkę
      na torsie ,nikt nie zwracał na to uwagi ani nikt by się nie
      spodziewał że to może byc cos złego .Po pewnym czasie czarna plamka
      zniknęła ,nie zostało po niej nic wchłonęła sie chyba do srodka ,za
      jakies 4 tygodnie od zniknięcia pod pachą wyrosła mu gula wielkosci
      pomaranczy . Wtedy siostra zareagowała od razu najpierw udała się z
      mężem do chirurga ,ten od razu skierował ich do onkologa . Lekarze
      długo nie wiedzieli co to jest ,podejrzewali grużlicę węzłów
      chłonnych i wtym kierunku go leczono -leczenie jednak nie przynosiło
      rezultatów .Szwagier tracił apetyt ,był coraz chudszy i
      slabszy ,wtedy zdecydowano się go operowac . Wynik operacji wykazał
      czerniaka złosliwego w ostatniej fazie rozwoju , chemioterapia juz
      nie wchodziła w grę ,na wszystko było zapóżno ,rokowania tragiczne (
      3 miesiące życia ). Przeżył dokladnie pół roku w lutym operacja w
      sierpniu śmierc . Umarł nieswiadomy tego że odchodzi kilka dni przed
      smiercią czerniak dał przerzuty do mozgu ,stracilismy z nim kontakt.
      Miał 33 lata zostawił żonę i córeczkę z zespołem Dawna ,która do
      dzisiaj nie rozumie dlaczego nie ma tatusia ! Nowotwór to ogromna
      tragedia ,dla chorego i calej najbliższej rodziny ! Wszystkim Wam
      życzę tylko dobrych wiadomosci w walce z tą okrutną chorobą i dużo ,
      dużo siły .

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      akado 25.09.07, 12:46 Odpowiedz
      Moja mama (ma raka gruczołowego płuca lewego) przez 1 miesiąc miała
      uporczywu kaszel. Lakarka internistka myslała że to zapalenie
      tchawicy i dała antybiotyk ale nic nie pomagało, w końcu po całym
      tym miesiącu kaszlu dała skierowanie na prześwietlenie płuc i wynik
      wyszedł zły, powtórzono rentgen z boku i też zły. Na cito
      skierowanie do Poradni chorób płuc - a tu specjalistka od razu dała
      skierowanie do szpitala. W szpitalu bronchoskopia i tomografia no i
      wyszła z bronchoskopii że to nowotwór niestety.... MAMA NIGDY NIE
      PALIŁA PAPIEROSÓW (co za ironia losu...)

    • 18.11.08, 09:50 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      kreseczka781 13.10.07, 20:31 Odpowiedz
      Witam!
      Niestety, ja tez tu trafiam z powodu nowotworu. Zaatakował
      podstępnie płuca mojego taty.
      Choroba postępowała bezobjawowo. Żadnego kaszlu, utraty wagi. Nic. W
      połowie wrzesnia tata zaczal sie uskarżać na to, że go coś w boku
      kłuje. Był przekonany, że to jakiś nerwoból, albo od noszenia
      plecaka na prawym ramieniu. Poszedł do lekarza pierwszego kontaktu,
      który nie zlecił(!!!) rtg, tylko oznajmił, że to rzeczywiscie
      nerwobol. Przez tydzien namawialismy tatę, żeby zrobił mimo wszystko
      rentgen. Ta wyszła zmiana 5x10cm, podejrzenie twardziny układowej.
      Zrobilismy pilnie tomografię. Tam wyszło, że to nowotwór. Dodatkowo -
      przerzuty na wątrobę.
      Tata trafil od razu do szpitala. Tu zrobili kolejne badania - usg,
      rentgen, bronchoskopie. Wszystko potwierdza diagnoze. Dodatkowo
      wykryli, ze jest zespol zyly glownej (nowotwor uciska aortę) i
      podejrzewaja przerzuty do kosci - tate bola "korzonki", bol
      promieniuje do prawej nogi.
      Tata jeszcze nie wie o przerzutach. W poniedzialek mamy miec rozmowe
      z lekarzem - oficjalne postawienie diagnozy i ustalenie leczenia.
      Boje sie okropnie. Mam nadzieje, wierze w to, ze sie uda. Ale po
      przeczytaniu tych wszystkich postów tutaj skrzydełka mi odpadły... :
      (
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      brosik-2 18.10.07, 12:04 Odpowiedz
      Historia mojego taty: Rok 2005 -listopad - kłopoty z wypróżnianiem.
      Lekarz rodzinny przepisuje wszystko, co możliwe. Nic nie pomaga.
      Stwierdza w końcu, że w wieku starszym to normalne. Próbujemy
      wszystkiego co możliwe, poprzez suszone śliwki, rycynę itd. Nic nie
      pomaga.Tata wypróżnia się minimalnie. Trzydziestego grudnia jedziemy
      do szpitala na lewatywę, zgłaszamy lekarzowi dyżurującemu problemy i
      stwierdzenie lekarza rodzinnego. Lekarz zaleca wykonanie
      kolonoskopii. Kolonoskopia, USG i wyrok - guz na jelicie grubym -
      wielkości pięści. Luty 2006 r. operacja. Po operacji skierowanie na
      chemioterapię, której tata z racji wieku się nie poddaje. Jest
      dobrze do listopada 2006r. W listopadzie 2006 r. rak atakuje
      ponownie - przerzuty na płuca i wątrobę. Wizyty u profesorów i
      zażywanie różnych specyfików. W czerwcu 2007 r. już jest źle,
      zażywane leki nie pomagają. Zalecenie profesora - leczenie
      paliatywne. W międzyczasie szpital, tata bardzo osłabiony, brak
      apetytu, wysadzona wątroba itd. Po wyjściu ze szpitala, a więc od
      czerwca do października br.leczenie paliatywne i niewiarygodna
      poprawa stanu zdrowia. Tata funkcjonuje jak gdyby nigdy nie
      chorował.Pisałam zresztą o tym na "Forum" bo było to dla mnie wręcz
      niewiarygodne. Tak było aż do dnia dzisiejszego. Znowu "zło"
      powróciło. Narzeka na bóle w klatce piersiowej i pod łopatkami, nie
      ma apetytu i słabnie, puchną mu nogi, a nam pomału umyka iskierka
      nadziei jaką nas obdarował przez około 3 miesiące. I co dalej? A tak
      na marginiesie tej mojej historii powiem, że mój kuzyn - młody
      człowiek, przejął się diagnozą mojego taty i mając podobne problemy
      z wypróżnianiem, zażądał wręcz od lekarza rodzinnego skierowania na
      kolonoskopię. Okazało się, że ma na jelicie polipy, ale tylko
      polipy, które po latach mogłyby przekształcić się w nowotwory
      złośliwe.I to jest morał mojej historii, domagajcie się, wręcz
      żądajcie w takich przypadkach skierowania na badania
      specjalistyczne, bo niestety od lekarzy rodzinnych trzeba je po
      prostu wymuszać.

    • 18.11.08, 09:50 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      marinka52 26.10.07, 21:52 Odpowiedz
      kochani...
      szosty rok jestem po leczeniu na raka piersi..
      nie amtutowano mi-tylko wycieto guzek tycisienki,zlosliwiec, "

      i wycieto wezly chlonne ,zeby spr na wszelki wypadek,czy" gosc"
      nie zamiszkal .. no i nie zamieszkal ,byl tylko i wyczcznie w guzku
      ok 19mm -trowym..
      ale!!!!!!!!
      od czego sie zaczelo, od pierwszej momografii,profilaktycznej bo
      menopaza juz wowczas rozpoczela. ginekolog zazt\yczyl, wiec po chyba
      1,5 miesiacu pojawilam w tej sprawie olsztynie..owczywiscie nie
      moglam od 4 lat sluchac opowiesci matki mojego ucznia,ze w jej
      piersi jest guz, pracujac zawodowo, wciaz prosilam ja zeby sama
      pojechala jak najszybciej i spr co ma w tej piersi..wielkosci
      mirabelki,,,-tak mi mowila, ja jej giza nie doytykalam, ja przeciez
      nie fachowiec od macania jej piersi...
      okazja do wyjazdu bylo to ze z rodziny mnie ktos odwiedzil
      fiacikiem, i zdzwonilam ze jade na momografie do kolezanki, za pol
      godzinki byla juz gotowa i pojechalismy--ok 7k do stolicy warmii i
      mazur na momografie, beplatnie i tylko rano zapisalam siebie i ja na
      wyznaczona godzine..
      ... pierwza weszla kolezanka..
      wyszla.. ja zaraz po niej.. no i czekamy, gr radiolog wzywa
      mnie, ... na rozmowe, pokazuje mi guzka... mojego? ja mowi ja? ? p
      gr nie pomylila sie? NIE! odpowiada --widzi pani ta malutka plame
      koloru bia;lutkiego--to pani guzek!
      patrze, no widze.. ale ja??????
      pytam o moja kolezanke,? wxale do mnie nie dociera ze to moj ju jest
      w piersi ..uroniety ok 2cm... mniej wiecej guzek....
      pytam znow, ..wola p dr radiolog moja kolezanke.. i pokazuje jej
      gosxcia,,ok 5 cm.. duza owalna sliwa!pokazje na piersi nam ten guz,
      zwyczajna goreczka sliwkowa,,na wierzchu pod skora widac,, owalny
      RAK!chyba? rak? boprzeciez trzeba biopsje zrobic-badania i bedzie
      dopiero wiadomo!
      patrzymy dwie na siebie ,, 50latki!!
      nogi mmy z waty.. blade.. co tam mowic..wiadomosc .. :(((((((((((
      sprawda ska jestesmy i pyata nas czyu mamy gdzie przenocowac bo
      jutro raniutko o 6 trzeba byc na biobsjii.. no tak . ani koszulek
      nocnych anitoaletowychprzyborow,,, ide do budki yelefonicznejdzwonie
      do mego brata ktory nas przywiozl,czy mozemy na noc zostac bo mamy
      jutro obydwie biobsje guzkow... a wczesniej[rzed biobsja moje
      usg!!!!!
      bo!~~~~~~Dazdjeciu momografii moj guzwidoczny,ale gdzie on jest zeby
      z niego pobrac.. usg musi wskazac w dorodnej mojej piersi,,miesce
      klucia igla do povrania ,, materialu na badania..
      klezance bez zadnego nic pobieraja biopsje robia cyk i juz... a usg
      favhowcw trzech lata po moim cycu w roznych miejscach ikierunkach i
      nic!!!!!!! USG nie moze wykryc umiejscowienia Guzka, odsylaja mnie z
      niczym!!!
      WRACAMY AUTOBUSEM DO DOMU, ONA CZEKA NA WYNIK A JA MUSZE POJAWIC W
      KOLEJCE CZEKAJAC W SZPITWOJEWODZ.. I TAM MAJA MI OD NOWA SZUKAC
      GDZIE TRN CO DOTYLU CODZI JEST UMIESZCZONY, MI NIC NIE BOLI,JA GO
      TEZ I FAVJPWCY RECZNIE OBMACUJAC MOJA PIERS,,NIGDZIE NADAL NIE MOGA
      ZNALEZC,,,
      nastepnawizyta w Olsztynie moja, bo spejalisa z Gdanska mamnie
      ogladnac w celu ustalenia miejsca---
      klopot niesamowity mieszkam w gdansku od pol roku pilnuje
      polrocznego wnuka!
      i takich wyjzdow w ciagu polroku bez efektow w olszynie zaliczylam 6!
      Ginekolog chirurg,, mowi mi ze prosze bardzo w tej chwili moge go
      pani wyciac,,tylko w ktorym on mieszka miejscu?
      Jestem juz zmeczona ym wszystkim,mowie dajcie mi swiety spokoj,moze
      on mnie tak kocha,ze nie chce ujawnic miejsca? i chce na zawsze we
      mnie siedziec?
      ALE !!!
      nardzamy z ta sama jedyna wciaz radiolog od mmografii, i ..
      zapada decyzja na poczatku grudnia, ze ,,wezme promese.. i pojade
      na Rentgena do WARsZAWY!...
      kombinuje, odwlekam , z dniem 1 stycznia konczy mi sie temin
      promesy,,, JADE!!! intersity z gdanska.. wnusio synowa pilnuje..ok..
      no i jestem..klejka pierwszej wizyty to 60osob! w kolejce!
      jestem juzzapisana i czekam pod gapinetem pierwszego widzenia!
      pni dr.. patrzy i mowi,a pani po co mitu potrzbna??????/
      Pani ma byc u chirurga odrazu ,a ja i tak operacji zadnych nie
      przeprowadzam!
      o masz!!!!!
      lzy mi ciekna.. podroz meczaca ok 2000tys ludzi chodzi w calutkim
      onkologicznym gigancie,aja:( nie dostane mimo ze jechalam taki kawal
      dogi z gdanska do stolicy:(
      litosc, chyba ja owlanela,,dzwoni do chiruga .. i widac
      wyraznie1!!!!! jest piatek ok 14stej,,chirurg mowi obrazony na
      nia,,co ona sobie mysli,ja juz dzis skonczylem przyjmowac... :(
      slysze jak o tym mowia!
      ale.. dr ,,mowiidzie pani sama, powie zejechala taki szmat drogi,
      moze chirurgowi cos odmieni i pania chociaz zobaczy...
      pukam,, grzecznie, pacjentek w kolejce nie widac.mysle moze iskierke
      szansy bede miala...
      Dziendobry, bbbb przepraszam,, patrze na wazatego pana.. mine ma
      straszna--nic mysle tylko wyrzuci mnie z gabinetu,ma juz zaliczonych
      kilka operacji,koniec tygodnia, i poprostu czlowiek chce miec
      weeekend -spieszy -teczka juz zapieta,, tylko garniturek bialy
      jeszcze na sobie ma...
      i dzieje rzecz dziwna?... spojrzal w moje czarne slipia zaplakane,ze
      szmat rogi przyjechalam i mowi..trudno.. przyjme pania,a do
      pielegniarki mowi,,wpisujepani dane pacjentki do komputera, pani
      szykuje do badania,, zaraz wracam... i wrocil ,, pachnialo lanym
      zapachem papieroska..aha--poprawil sobie humorek,,
      spokojniutko ,grzecznie maca na rozne strony moja piers i nic...
      guz na sdjeiu jest! a wyszukac nie da sie umiejscowienia i juz!
      dzwopni do usg,, przujac mnie maja natychmiast! I MOMOGRAFIE ROCBIC
      TEZ ODRAZU>!!!

      POSZLAM.. WROCILAM DO NIEGO,,USG NIC NIE ZNALAZLO A MOMOGRAFIA JAK Z
      OLSZTYNA TAK Z WARSZAWY --JEST GUZEK!JEST!

    • 18.11.08, 09:51 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      marinka52 26.10.07, 21:59 Odpowiedz
      ciag dalszy nastapi...
      zmeczylam .. wybaczcie...opisze co bylo dalej! opisze,lecz.. spatku
      mi dzus juz chce.. jesli nie zdaze.. do niedzieli,to wroce z gdanska
      z chrztu mego wnusia.. i postaram opisac...
      plonie swieca, bo moja kolezanka mniala juz zaatakowany caly
      organizm,gdy zrobila pierwszy raz mammografie:((((
      o 4lata za dlugo!!!wlaciwie,4 to ona palcami go wycziwala, a lekarze
      powiedzieli ze on mieszkal w niej ok 15lat!

      Bardzo, bardzo przezylam jej smierc,,szybko .. bardzo szybko mi jej
      zabraklo po tej mammografii,, :(((([***********************........]

      brakuje miejsca dla mnie w szpitalunaleczenie powiklan zwyklego
      wczsnojesiennego wirusowego zchorzenia,,serce boli.. poprostu cos mu
      wirusy uszkodzily.. te moje wiencowe serduszko, i cukrzyca od
      wirusow oszalala,,,jak nigdy nie wiadomo co moze nam sie dolozyc
      jeszcze,od tego co juz mamy!
      i sil mi brak na pisanie dalszej historiii... ale opisze..przydzie
      vena i opisze....
      blagam was ! nie chorujcie!!!!
      nie dawajcie stresom!!! do zycia wprowadzac, bo to to!!!!onklodzy z
      warszawy mi powiedzieli najnajnaj wieksze paskudztwo,,a matenka mi
      mowila --corciu dbaj o swoja dusze,, czyli stron od stresow,,a zycie
      i tak swoje uczynilo,, ale nie daje sie jak tylko moge!! i Wy tez
      walczcie .. nie zapraszajcie przenigdy stresow..ok..pa

      • 29.01.09, 08:48 Odpowiedz
        Witam.Jestem nowa na tym forum ale czytam Wasze historie juz od jakiegoś czasu
        razem z Wami uczę się na nowo życ.Nasz historia zaczęła się we wrześniu
        2005r.Moja mamusia dużo paliła a do tego miała chore serce i często zapadała na
        zapalenie płuc i oskrzeli.Wtedy na początku pięknej złotej jesieni znów to
        samo,a potem lekarz rodzinny ,antybiotyk,ziółka i ...wszystko bo mama nie
        chciała słysze o szpitalu.Jednak miało byc inaczej.Następnego dnia z bardzo
        niskim ciśnieniem,anemią i ciężką sepsą mama trafiła na reanimację do
        koszalińskiego szpitala.Uratowali ją.Leżała na OIOM i wyszła z ciężkiego
        zapalenia płuc.Odetchnęliśmy z ulgą.Wyszła ze szpitala na początku
        pażdziernika.Cieszyła się a my z nią,ale jedna rzecz nie dawała nam spokoju.Mimo
        wyleczenia choroby wynik ob i morfologia wciąż były kiepskie.Dwa tygodnie
        póżniej powtórka z rozrywki i znów rozpacz mamy i kolejny tydzień w szpitalu.Tam
        wyniki,biopsja,bronchoskopia i znów wszystko w porządku...prawie w porządku.Mama
        znów dochodziła do siebie chociaż szybko się męczyła,była blada i morfologia
        wciąz była kiepska.I tak dotrwaliśmy do świąt.Dwa dni przed wigilią gdy mama
        robiła zakupy odbierałam jej wyniki kontrolne z przychodni i ...usłyszałam że
        ich nie dostanę bo mama ma natychmiast stawi się do p.dr i że wynik jest
        alarmujący:morfologia leży a ob ponad 120.Potem wszystko potoczyło się szybko za
        szybko bo to dziadostwo dało nam tylko 6 miesięcy.Po natychmiastopwej wizycie u
        hematologa i kolejnych wynikach w styczniu padła diagnoza szpiczak mnogi i 40%
        komórek rakowych a więc rokowania kiepskie o ile wogole o jakiś ostatecznych
        rokowaniach w tej chorobie można mówic.Mama zawsze była konkretna i waleczna bo
        życie jej raczej nie oszczedzało.Zdecydowała że pogonimy dziada.Pierwsze 3
        chemie raz w miesiącu w klinice w SZczecinie nie przyniosły rezultatu a wręcz
        namnożyły komórki i mama dostała silniejszą chemię na zasadzie albo zadziała
        albo....i niestety było to albo.Druga chemia podziałała zabójczo na schorowany i
        słabiutki mamusiny organizm.Staraliśmy się wykorzysta te miesiące jakie los nam
        dał,wspieraliśmy mamę jak tylko się dało jednocześnie umierając z
        trwogi.Niestety 24.06.2006 mamusia przegrała z własną psychiką i z tą przeklętą
        chorobą.Dzisiaj bardzo,bardzo nam jej brakuje.Niestety los albo Bóg albo jak
        chca niektórzy natura nie zna umiaru w zsłaniu nieszczęśc.Tym razem będzie to
        historia mojego owdowiałego taty.W grudniu 2007 tatuś trafił na chirurgię po tym
        jak w ciągu tygodnia bardzo (do 700!!!)skoczył mu poziom cukru i konieczna
        okazała się operacja palucha.Ciężko Go było zawsze namówi na wizytę u lekarza
        mimo że od lat chorował na cukrzycę.Myśleliśmy że to ta zaniedbana cukrzyca.Noga
        goiła się dobrze.Tata wrócił na wigilię do domu.Znów wszyscy odetchnęliśmy z
        ulgą.Co miesiąc tata jeździł do kontroli.Potem jeszcze dwa razy trafił do
        szpitala i wydawalo się że mimo trudności wszystko idzie w dobrym kierunku ale
        niestety wróg już szykował się do ataku.Latem tata gwałtownie stracił na
        wadze.Na początku myśleliśmy że to od wielkiej ilości antybiotyków i pobytów w
        szpitalu.Jednak z dnia na dzień było coraz gorzej tatuś słabł,chudł i tracił
        apetyt.Błagaliśmy go o wizytę lekarską ale Tatuś miał już doś szpitali.Dopiero
        jak już całkiem opadł z sił ,spadło mu cisnienie,pojawiły się bolesne
        zaparcia,brak apetytu i wreszci omdlenia siostra(gdyż ja od września zaczęlam
        pracę w innym mieście)siłą zaciągnęł tate do szpitala.Tatuś trafił tam
        5.09.08.Zrobili mu wszystkie możliwe badania i 10.09.08...padł wyrok
        zaawansowane ostatnie stadium raka jelita z przerzutami do wątroby,woreczka i
        naciekami na trzustkę i żołądek.Rokowania beznadziejne najwyżej dwa miesiące i
        .....wypis do domu z zaleceniem opieki paliatywnej.Tatuś kompletnie się
        załamał.Mowi sie że nadzieja umiera ostatnia ale wtedy chyba ją
        stracilismy.Tydzień pożniej po interwencji taty przyjaciela tata trafił na
        odżywianie do szpitala i miał mie robioną operację przedłużającą życie ale jej
        już nie doczekał.Jego stan pogarszał się bardzo szybko.Ze względu na
        wyniszczenie organizmu nie było mowy o żadnej chemi.Pojawiło się wodobrzusze i
        bóle nowotworowe.Tatuś gasł w oczach ku naszej rozpaczy.Na dodatek już bez
        przytomności bo dostawał wielkie ilości morfiny.Mimo że lekarze traktowali
        tatusia jak własnego ojca z tkliwością i takim jakimś zawzięciem to jednak
        bolało nas że ta choroba nie tylko zabierała nam go na raty ale na dodatek nie
        pozwoliła by umarł w domu.Jeszcze dzień przed pójściem do szpitala mój zawsze
        odważny tata powiedział że boi sie że wie że już tu nie wróci...Niestety miał
        rację bo nie mogliśmy już taty zabra do domu ze względu na jego stan/po prostu
        nie przezył by podróży na drugi koniec miasta;((((/W szpitalu byliśmy po kilka
        razy dziennie,szturmowaliśmy niebo,wydzieraliśmy tatę chorobie ale ten cholerny
        rak zwyciężył.Tatuś umarł na naszych rękach 10.10.08.Okazało się że gdyby dwa
        lata wcześniej gdy żegnał żonę poddał się badaniu wykryto by to cholerstwo,nawet
        rok wcześniej gdy trafił do szpitala z rzekomym atakiem cukrzycy/w
        rzeczywistości była to reakcja trzustki na nacieki nowotworowe/badanie i
        operacja przedłużyłyby tacie życie,ale to pewnie tylko gdybanie...Został okropny
        ból,tęsknota i żal bo to nie jest tak że dorosły człowiek nie potrzebuje
        rodziców,zwłaszcza gdy oboje umierają w sile wieku(57 i 60 lat)Dwa miesiące
        przed tata umarła jego najstarsza siostra i tak z ogromnej rodziny zostaliśmy z
        rodzeństwem niemal sami.:(((((
        Prośba do wszystkich:badajcie się ,dbajcie o siebie bo nie żyjecie sami.Nie
        skazujcie się na cierpienie.Rak zawsze przychodzi podstępnie i często nie daje
        szans ale trzeba z nim walczy.Walczcie dla siebie i bliskich badając się i
        odbierając mu przewagę.Nie pozwólcie by cmentarz czy hospicjum były jedynymi
        miejscami w których spotyka będziecie się z najdroższymi osobami.pozdrawiam
        serdecznie.dobrze że jesteście:)
    • 18.11.08, 09:52 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      kolorowa_karteczka 22.12.07, 20:42 Odpowiedz
      Jak się zaczęło? Banalnie. Niewinnie.
      Gorączka, powiększony węzeł chłonny, czasem jakiś ból głowy, czasem
      nudności,
      czasem wstałam z nocy cała zlana potem. Długo bagatelizowałam te
      objawy. Szkoda.
      Po namowach rodziny wybrałam się do lekarza. Nie trafiłam na lekarzy
      domyślnych
      i pomocnych. Jeden zdiagnozował grypę żołądkową i wysłał do domu z
      antybiotykiem. Drugi zdiagnozował anginę, wysłał do domu z
      antybiotykiem. Ani
      jeden ani drugi nie skojarzył faktów, nie wziął pod uwagę moich
      objawów
      dosłownie. Trafił się 3 lekarz i tu się potoczyło wszystko szybko i
      zwinnie.
      Skierowanie na Morfologie, USG I RTG. Morfologia (OB -32) USG -
      wykazało
      powiększoną śledzionę, lekarz bez ogródek stwierdził, że może
      białaczka?
      Skierowanie do kliniki hematologii. tam wycięcie węzła do analizy.
      Czekanie na
      wyniki jakieś 3 tygodnie i diagnoza lekarza. Ziarnica Złośliwa NS CS
      IIB :(
      Cholera. Jestem chora? Poważnie chora? Nie pozwolę żeby jakiś śmieć
      mi się w
      organizmie szlajał!! Walczymy. Chemia, ciężko przeszłam, nie
      wspominam o żyłach,
      ale jest!! Szybka remisja!! Udało się, śmieciuch zutylizowany. W
      remisji byłam 2
      lata. badania kontrolne. Coś jest nie tak.(13.12.2007)
      Mariczko...przykro mi...
      w polu widzenia komórki ziarnicy, to nawrót. Co? Jak to? Jaki
      nawrót? :( Proszę,
      przyjedź jutro do kliniki, podejmiemy jakieś decyzje i od razu
      podamy chemię.
      (14.12.2007) Stawiłam się potulnie w klinice. Morfologia. Wyniki. I
      drinkujemy.
      Nienawidzę tego zapachu, tego widoku :/. W końcu koniec. Znam już
      decyzje. Silna
      chemia i autoprzeszczep. Walczę znowu. Męczy mnie już to, ale co
      zrobić?
      Walczymy i nie marudzimy :D
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      lucyper.3 23.12.07, 13:41 Odpowiedz
      Postanowilam umiescic tego posta w tym miejscu, mysle, ze jest ono
      bardziej
      adekwatne.

      Moze troche sie spoznilam z odpowiadaniem na tego posta, ale chce
      dorzucic kilka
      slow odnosnie profilaktyki. Pod koniec 2003 roku u mojego taty przez
      przypadek (
      trafil do szpitala z krwotokami z nosa) wykryto raka prostaty (
      bedac w szpitalu
      prywatnie zrobil PSA). W zasadzie wszystko potoczylo sie
      blyskawicznie, nie
      ustalono
      przyczyn krwotokow, ale po wielu wizytach u specjalistow tata wybral
      usuniecie
      guza poprzez laparoskopie w Bydgoszczy. Musze jeszcze dodac, ze
      zdecydowal sie
      na ta metode tylko dlatego, ze bal sie nietrzymania moczu czesto
      zwiazanego z
      innymi sposobami leczenia. Po operacji lekarz zajmujacy sie tata
      zalecil badanie
      PSA raz w roku i poza opieka zwyklej przychodni nic. Dlugo nie
      trzeba bylo
      czekac na kolejna tragedie- w listopadzie tego roku przy okazji
      badan okresowych
      okazalo sie, ze tata ma guza na plucu. Po pobycie w szpitalu na
      Plockiej i
      badaniach diagnoza sie potwierdzila- niedrobnkomorkowy rak pluc z
      przerzutami do
      watroby.
      Na koniec cisnie mi sie tylko na usta jedno pytanie- jak mozna nie
      zlecic
      szczegolnej opieki onkologicznej po zabiegu usuniecia nowotworu
      zlosliwego? Jak
      mozna bagatelizowac dolegliwosci? Jakis czas temu tate bolaly
      ramiona, dostal
      srodki przeciwbolowe i masci a jest to wynki naciekania guza w srone
      ramienia.
      Nie wspomne juz o bolach stawow i kosci.

    • 18.11.08, 09:53 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      kurczak1 31.01.08, 14:53 Odpowiedz
      Mój tato zauważył u siebie krew w moczu bodaj w październiku. Był u
      urologa, zrobił wyniki, został wysłany na USG pecherza. Nic nie
      wykazało. Bardzo juz wtedy był słaby a został wypisany ze szpitala
      w "stanie ogólnym dobrym". Po powrocie do domu dostał skierowanie na
      tomografię nerki, mimo że juz podczas usg było wiadomo że to będzie
      konieczne, ale wciaz leczy sie chorobe a nie pacjenta. Wynik był
      jednoznaczny: zaatakowana nerka, wątroba, nadnercze. Na operację
      (dzis uwazam e zupełnie zbędną) czekał chyba 2 tygodnie, w każdym
      razie cały okres świateczno- noworoczny. To były najgorsze świeta w
      naszy,m życiu. Po operacji wstał kilka razy. Któregoś dnia sie
      przewrócił. Dziś nie wstaje, rzadko kojarzy rzeczywistosc, ostatnie
      wyniki wykazały przerzuty do kosci. Na chemie za późno. Gaśnie w
      zatrwazajacym tempie. Jest w hospicjum.

      Od siebie: Nie wiem co dodać .Nie obwiniam nikogo. Ta choroba taka
      jest. Myśle jednak o bezsilności jego i nas wszystkich. Bezsilnosci
      wobec choroby i papierk,ów, które czesto przysaniaja człowieka. Nie
      powiem ze gdyby...to..., bo byłaby to zabawa w obwinianie. Poweim
      jeszcze że osoby cierpiace i ich rodziny są częśto same z bólem. Mój
      tato trafił na naprawde dobrą opieke w malutkim ślicnym hospicjum,
      na psycholog, która pomaga rwnież mojej mamie, na wolontariuszy i
      wspaniałych ludzi. Codziennie ktoś z bliskicch go odwiedza, rodzina
      mu pomaga sobie wzajemnie tez.
      Ale dlaczego dopiero teraz gdy umiera? Dlaczego wczesniej w szpitalu
      nie bylo psychologa? Dlaczego brak wsparcia ze strony lekarzy dla
      mamy, która wpadła w depresje? Dlaczego ksiądz nie potrafi pomoc?

      I wreszcie dlaczego ja sama zblizyłam siedo taty, porozmawiałam z
      nim i powiedziałam ze go kocham dopiero teraz, gdy umiera...?

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      kolia24 17.03.08, 20:53 Odpowiedz
      witam
      Hisotria mojego dziadka byla dosc krotka, raka zoladka wykryto na
      poczatku stycznia 2007 roku natomiast dziadek zmarl po 6 tygodniach.
      Po prostu wykryto, kiedy bylo juz za pozno na cokolwiek. Mial
      przerzuty do kosci, do watroby. Strasznie sie meczyl ale zmarl w
      domu, otoczony rodzina.
      Ja nie bede tutaj opisywac calej histori leczenia, bo nawet jej nie
      ma. Boli mnie inna sprawa. I z tym nie moge sie pogodzic.
      W 1993( a wiec 14 lat przed smiercia) u dziadka, wykryto podczas
      rutynowych badan malutkiego 1 cm guza(jak sie okazalo rak zlosliwy)
      w prawym plucu. Wtedy szybkie badania , operacja- usuniecie polowy
      pluca. Po tej operacji dziadek szybko doszedl do siebie. Nie mial
      zadnych naswietlen, chemioterapii, po prostu rak byl tak malutki ze
      nie bylo to konieczne.dziadek byl osoba bardzo pogodna, wesola , nie
      lubial chorowac, lezec w lozku , wiec szybko powrocil do swoich
      zajec-glownie dzialka. Cieszyl sie zyciem.
      Kiedy opuszczal szpital po operacji, szpital w Zabrzu- dostal
      zalecenie co pol roku kontrolne rtg pluc i wizyta w zabrzu na
      kontroli. I to jest to co mnie boli. Wizyta ta trwala ok 5 minut.
      Lekarz sprawdzil zdjecie, czyste , wiec ok. Pgratulowal dziadkowi i
      zapisal wizyte za pol roku. Poniewaz nic sie u dziadka zlego w
      plucach nie dzialo, z czasem wizyty ograniczono do kontroli raz w
      roku. I tak sobie dziadek raz do roku jezdzil do zabrza na kontrole.
      My jako rodzina cieszylismy sie, dziadek mial raka ,pokonal go,
      jedzil na kontrole ,wszystko bylo ok. Ale jednak nie bylo. Bo rak
      zaatakowal , zaatakowal po kilku latach w inne miejsce.
      Przed kazda wizyta dziadek robil rtg pluc i morfologie. W ostatnim
      roku - wyniki mial slabe, na pewno mial podwyzszone OB. No i juz
      bole zoladka, kosci. Ale mimo to kontrolna wizyte w Zabrzu przeszedl
      bez problemu.
      I wlasnie to mnie najbardziej boli. Dlaczego czlowiek , ktory
      pokonal nowotwor, nie jest objety jakims specjalnym programem
      kontrolnym raz do roku. Przeciez wiadomo , ze jak choroba wroci, to
      zaatakuje w inne miejsce. Dlaczego takich osob, nie wysyla sie
      profilaktycznie na kontrole calego organizmu.
      I tutaj moja prosba do osob, ktore pokonaly nowotwor, sprawdzajcie,
      kazdy najmniejszy bol,kazda drobnostke.
      Pozdrawiam wszystkich i zycze duzo sily !


    • 18.11.08, 09:54 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      karmiaca777 26.05.08, 19:36 Odpowiedz
      CHOROBA TATY ZACZĘŁA SIĘ OD SILNEGO BÓLU GŁOWY.GLOWA BOLAŁA GO DZIEŃ
      PO DNIU , NAWET W NOCY BUDZIŁ SIĘ BY ŁYKNĄĆ COŚ
      PRZECIWBÓLOWEGO.POMIMO TEGO TATA CHOCIAŻ NIERAZ NALEGALIŚMY DO
      LEKARZA NIEPOSZEDŁ.KUPOWAŁ PACZKAMI TABLETKI PRZECIWBÓLOWE A KIEDY
      BYŁA MOWA O LEKARZU REAGOWAŁ ZŁOŚCIĄ.MINĘŁO KILKA MIESIĘCY I BOLE
      GŁOWY USTĄPILY.ZAMIAST TEGO POJAWIŁA SIĘ CHRYPKA , GORĄCZKA , BOLE
      MIĘŚNI I OSŁABIENIE.MYŚLĄC ŻE TO GRYPA ZNOWU LECZYŁ SIĘ SAM.DOPIERO
      PO MIESIĄCU KIEDY ZEMDLAŁ W PRACY POSTANOWIŁ IŚĆ DO LEKARZA.LEKARZ
      DAŁ SKIEROWANIE NA BADANIA PŁUC.WYNIK - RAK . POTEM OKAZAŁO SIĘ ŻE
      MA PRZEŻUTY NA WĄTROBIE.ZE WZGLĘDU NA CHORE SERCE ( O CZYM TEŻ NIE
      WIEDZIELIŚMY ) TATA NIE MOŻE BYĆ OPEROWANY A CHEMIA I RADIOTERAPIA
      TEŻ NIE WCHODZĄ W GRE.DZIŚ, CHOCIAŻ TATA JEST PODŁĄCZONY DO TLENU
      CZĘSTO SIĘ DUSI I MUSZĄ GO RATOWAĆ.LEKARZ POWIEDZIAŁ ŻEBY NIE MÓWIĆ
      TACIE W JAK BEZNADZIEJNEJ JEST SYTUACJI.TATA MA CIĄGLE NADZIEJĘ ...
      ( I JAK MI KIEDYŚ POWIEDZIAŁ " NADZIEJA UMIERA OSTATNIA" ).
      MOŻE GDYBY TATA NAS POSŁUCHAŁ TERAZ BYŁOBY INNACZEJ....TATA PALIŁ
      PAPIEROSE OD 15 ROKU ŻYCIA.PRZEZ OSTATNIE DWA LATA PRACOWAŁ NA
      TARTAKU , GDIE BYŁO DUŻO PYŁU ,A POMIESZCZENIA TE NIE BYŁY
      WENTYLOWANE.Z TEGO CO WIEM TO BYŁ OBCIĄŻONY GENETYCZNIE (DZIADEK I
      PRADZIADEK RÓWNIEŻ ZMARLI NA RAKA PŁUC ).
      " S Z L A C H E T N E Z D R O W I E
      N I K T S I Ę N I E D O W I E
      J A K O S M A K U J E S Z
      A Ż S I Ę Z E P S U J E S Z ."
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      atina693 07.08.08, 21:30 Odpowiedz
      Mój Tata wybrał się po 30 latach na operację przepukliny....mądry,
      inteligentny człowiek, którego tyle lat błagałam, by to
      zoperował..jednakże przez ostatnie miesiące bardzo schudł, naście
      kg, coś było nie tak, nieustępowałam i prosiłam.Wreszcie gdy
      naprawdę opadł z sił poszedłdo szpitala 1,5 tygodnia temu Zaczęto
      szukać przyczyna nagłego spadku wagi...i ..znaleziono...znaleziono
      zaawansowanego guza nerki z .....przerzutem na kręgosłup i płuca. Tę
      bombę wycięto,ale ...reszty...Narazie cieszę się tym , że Tata
      żyje,że druga nerka w miarę pracuje, ze nie ma gorączki, że
      ciśnienie w normie.., że zjadł kleik i głodny jest...że prztrwał tę
      bardzo ciężką operację, co pokaże przyszłość, cóż...nadzieja umiera
      ostatnia. Goraco pozdrawiam uczestników forum...ono daje mi siłę....
      --

    • 18.11.08, 09:54 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      mariola19761 25.08.08, 17:00 Odpowiedz
      Witajcie ponownie !!!rok temu opisałam Wam historię mojego szwagra
      który zmarła na czerniaka złosliwego ,a dzis opiszę Wam moją
      historię i walkę z nowotworem .....


      Kilka dni temu wygrałam walkę a rakiem szyjki macicy. Wprawdzie
      krótką bo tylko 2 miesięczną ale były to najdłuzsze i najgorsze dwa
      miesiące w moim krótkim zyciu. Mam 33 lata od 4 lat regularnie
      odwiedzałam ginekologa, cytologię miałam robioną co roku zawsze było
      wszystko ok.
      Problemy zaczęły się (tak przypuszczam ) rok temu wtedy to wyszła mi
      III gr. cytologiczna, kazano powtórzyc badanie po 3 miesiącach,
      powtórzyłam i ponownie wyszła III wtedy lekarz zastosował leczenie
      dostałam czopki i globulki, po leczeniu zrobiłam następną cytologię
      po której odetchnęłam z ulgą wreszcie było upragnione II. I tak
      minął rok..... przyszła pora na kolejne badanie cytologiczne
      zrobiłam je ale czułam w sobie jakąs dziwną obawę po tygodniu
      zadzwonił telefon, cyt IV byłam w szoku, przerazona, załamana a w
      głowie jedno pytanie dlaczego ja??? Potem juz wszystko toczyło się
      błyskawicznie pobrano mi wycinki które wykazału CIN III HGSLI rak
      przedinwazyjny, przeszłam operację amputacje całkowitą szyjki. Nie
      chcę opisywac mojego stanu psychicznego, bo to nie ma sensu, kazda z
      Was wie co się wtedy czuje i ile łez się wylewa! Mam 2 małych dzieci
      a mysl ze mogą zostac same była druzgocząca ,tego się nie da
      opisac...
      Dokładnie 2 tygodnie temu otrzymałam wynik pooperacyjny Linia cięcia
      czysta z limitem chirurgicznym 1 cm (to ponoc bardzo dożo) i
      usłyszałam od mojego lekarza słowa "gratuluję jest pani zdrową
      kobietą "poryczałam się w gabinecie... nerwy mi pościły ....Dostałam
      w prezencie drugie życie, tak się czuję od kilku dni.

      Mój apel do kobiet!
      Dziewczyny kontrolujcie cytologię , to badanie ratuje zycie !!!!
      kazdy nowotwór we wczesnym stadium jest w 100% wyleczalny .Ta
      choroba spada jak przysłowiowy "grom z jasnego nieba" ... zero
      objawów ,dolegliwosci , nic kompletnie ,przewaznie zaczyna się od
      telefonu z przychodni ze cytologia jest nieprawidłowa . To moze
      spotkac kazdą z WAS !!!!

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      0nna 09.09.08, 20:09 Odpowiedz

      Po porodzie, 27lat temu, uczepilo sie zapalenie piersi.Bolalo
      potwornie,
      stracilam pokarm.
      Po kilku latach zaczęły się bardzo dotkliwe bóle prawej piersi,
      wyczułam kilka
      zgrubień. Kontrolowałam sytuację przez wiele lat, potem coraz
      łatwiej było o USG
      i mammografię. Trzy lata temu przeżyłam prywatne trzęsienie ziemi i
      nie
      podniosłam sie do dziś, wiedziałam, czytałam że to tak sie skończy
      jeśli nie
      usunę z pamięci tych zdarzeń.
      Rok temu na badaniu usg moja pani doktor zwróciła mi uwagę na
      zmiany, bo miała
      poprzednie badania.Jestem w tej chwili po serii badań, natychmiast
      muszę usunąć
      guzka-zmienil sie na tyle,że ma inną budowę.
      Od pierwszych badań minęło ćwierć wieku, a moja prywatna szarpanina i
      nieumiejętność zdystansowania się do pewnych spraw zniszczyla moją
      odporność,
      więc mogę zapytać-czy boli usuwanie guzka na godzinie 12?
      Czy muszę robić biopsję i dlaczego nie można go od razu usunąć?
      To tyle...

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      2tramal 09.10.08, 17:23 Odpowiedz
      Witam.
      Usuwnie guzka nie boli, mnie usuwali przy miejscowym znieczuleniu.
      Nie robiono mi żadnej biobsji, ale to było w 1993r. na miejscu w
      szpitalu było robione badanie histopatologiczne i ono decytowało czy
      bedzie powrót na salę operacyjna i usunięcie piersi. Na wyniki
      biobsji trzeba czekać ok. 2 tygodni. W tamtym czasie lekarze
      uważali, że każdy dzień jest cenny. Mnie z guzkiem się udało, czego
      i Pani życzę.

    • 18.11.08, 09:55 Odpowiedz
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      dusz-nik 21.10.08, 17:42 Odpowiedz
      Witajcie.Moje poczatki byly normalne zaczelo sie rok temu.zrobilam
      cytologie
      wynik nieprawidlowe komorkinablonkowe, nie mozna wykuczyc
      zmianysrodplaskonablonkowej duzego stopnia.Lekarz ktory wydawal mi
      wynik w
      sposob chamski skwitowal "jesli nie bedzie sie pani leczyc bedzie
      miala pani
      raka".Moj swiat legl w grozach.Kilka dni wczesniej zmarl moj
      ojczym.Wszystko sie
      sypalo a tu jeszcze to.Nie wiedzac co dalej pojeczalam do mojego
      ginekologa.Szybko kolposkopia ,wycinki wynik cinIII. Stan przed
      rakowy no to
      konizacja,chistopat i linia ciecia nie dochodzi do tkanek zdrowych,
      amputacja
      wynik chistopatologiczny nie ma komorek rakowych linia ciecia
      dochodzi do tkanek
      zdrowych jednak margines jest za waski.Zostalam skierowana do
      usuniecia macicy,
      jednak lekarz ktory mial mnie operowac nie podjal sie operacji ze
      wzgledu na
      mlody wiek.A ja wiedzialam ze cos jest nie tak.Minelo pol roku
      badania.wynik
      taki sam operacja i tu niespodzianka "rak zlosliwy nacieka scianke
      szyjki macicy
      na glebokosc 6 mm" Nik nie spodziewal sie raka zaden wynik nie
      wykazywal komorki
      rakowej.Strach rozpacz panika.Moja ciocia miala raka szyjki macicy
      po 8 latach
      utworzyl sie nowy szczep raka nerki zmarla po 3 miesiacach.Jestem 2
      tygodnie po
      radio terapii czekam na badania i decyzje o chemioterapii.Boje sie
      mam dzieci
      wychowuje je sama.To wstretne raczysko rozwijalo sie bez wiekszych
      objawow bolal
      mnie kregoslop i odbyt.Po operacjach bole odbytu ustaly.Teraz
      pojawiaja sie
      powoli od nowa,nie wiem co bedzie dalej ale wiem ze cytologie
      powinno robic sie
      co pol roku.Zmiany tak szybko niekiedy postepuja ze rok to za duzo.I
      nieraz ma
      sie pecha jak ja,nic nie wskazywalo na raka zmiany wycieto juz za
      pierwszym
      razem a on usadowil sie jeszcze wyzej..Mialam wiele szczescia bo
      wiekszosc
      kobiet dowiaduje sie kiedy juz jest za pozno.Ucze moja corke ze
      zawsze mosi miec
      czas dla siebie ze bez niej nie bedzie rodziny.Bo my myslimy w
      pierwszej
      kolejnosci o rodzinie domu, pracy mezu, dzieciach.A same dla siebie
      nie mamy
      czasu....I to nalezy zmienic.

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      kakoka 15.11.08, 21:40 Odpowiedz
      Dzień dobry wieczór :-)
      U nas wszystko zaczęło się na początku tego roku. Oczywiście
      to "wszystko" zaczęło się o wiele wcześniej ale było lepiej nie
      myśleć, że takie coś może dotknąć moją mamę chociaż paliła i to duże
      ilości. Po ostrym zapaleniu oskrzeli mojej mamy i jej pobycie w
      szpitalu przyszedł wynik: drobnokomórkowy rak płuca; C-III bez
      przerzutów. Tydzień po otrzymaniu tej wiadomości mama była na 1-
      wszej chemii; miała ich 6. Następnie 25 naświetlań klatki
      piersiowej. Czekają ją jeszcze profilaktyczne naświetlania głowy.
      Narazie odpoczywa po radioterapii.
      Onkologicznie nie jest źle: guz się cofnął, nie ma przerzutów ale
      psychicznie i internistycznie jest kiepsko: duże osłabienie, anemia,
      problemy z sercem, zmęczenie leczeniem i pewnie wiele innych odczuć
      i emocji, które odczuwa tylko osoba chora na nowotwór. Ze swojej
      strony staram się nie mysleć o tym, co wiem i co tu jest napisane na
      forum o tym typie raka (szybkość rozrostu i przerzutów). Staram się
      cieszyć tym, co jest dzisiaj i mam nadzieję, że przed mamą jeszcze
      kilka lat normalnego życia. Może ten typ zaśnie na kilkadziesiąt
      miesięcy. Przecież guz miał też tylko zmaleć.
      Pozdrawiam wszystkich forumowiczów i życzę zdrowia oraz pogody ducha.
      kakoka
    • 31.01.09, 00:44 Odpowiedz
      Nasza historia jak każdego z was ma swoj tragizm i często poszukuje
      odpowiedzi na to najtrudniejsze pytanie "DLACZEGO!!!" Zaczeło się
      jakieś dwa lata temu mój nażyczony zostal poddany wycięciu znamienia
      na ramieniu i po zbadaniu szok "czerniak".Musze zaznaczyć że kilka
      miesięcy wcześniej urodził się jego synek troszkę za wcześnie i
      bardzo malutki ważył 1800 gram,a tu niespelna kilka miesięcy i
      kolejna smutna wiadomość.Pierwszej pomocy szukali wraz z swoją żoną
      w szpitalu w Olsztynie tylko tam nie oplacało się dla jednego
      pacjęta otwierać kapsulki z kontrastem bo to jest dla trzech osób
      więc propozycja trzeba wyciąć jak najgłębiej??? Całe szczęście żona
      mojego nażyczonego szybo zareagowała i nie pozwoliła na taki
      precedens.Natrafili na Centrum Onkologi w Warszawie tam też podjęto
      się operacji usunięcia węzlów wartowniczych pod lewą pachą i
      docięcie blizny gdzie czerniaka nie znaleziono a w węzłach
      rozproszone komórki.Wynik CLARK IV BRESLOW 3,0mm wyciętego
      czerniaka.Zlecono wizyty kontrolne co trzy miesiące.Było wszystko w
      pożądku z każdą kolejną wizytą coraz więcej optymizmu.Tym bardziej
      że mój nażyczony ma bielactwo a to podobno walczy z czerniakiem i
      wygrywa tę walkę w wielu przypadkach.Żeby życie nie bylo taką
      sielanką na początku ubieglego roku umiera żona mojego nażyczonego
      po wylewie i zostaje malutkie dziecko i on taki załamany tym życiem
      i ciągle to samo pytanie DLACZEGO!! W takim wlaśnie stanie go
      poznaje i zaczynamy razem rozmawiać a wreszcie także ukladać sobie
      jakoś razem życie, dzidzia szybko się do mnie przyzwyczaiła a i ja
      nie oddała bym go już nigdy nikomu. Przez chwilę byliśmy szczęśliwi
      bo tuż przed wigilją jego lekarz dopatrzył się że zwapnienie na
      płucach pozostałe po zapaleniu zaczyna się zmieniać i taką
      informacje przekazał do Centrum Onkologi tam analiza zdjęć RTG i
      termin badania tomografem(to już dzieje się w styczniu).Po badaniu
      tomografem wynik dwa guzki w płacie dolnym lewym meta. Ktoś kiedyś
      by mnie zapytał co to meta też bym nie wiedziała dzisiaj jeszcze nie
      pytałam ale wiem lub się domyślam że to oznacza przerzut.Zaczeliśmy
      chemie,jest właśnie po pierwszej czuje się bardzo źle bo w dniu
      kiedy dostał piewszą dawkę rozchorował się GRYPA.Dzisiaj to trzeci
      dzień po i dopiero zaczął się troszkę poruszać.Strasznie bolą go
      plecy i nie ma apetytu choć staram żeby miał wszystko co lubi albo
      co może mu smakować, już dzisiaj coś wreszcie zjadł
      troszeczke.Powiedzcie czy to normalna reakcja na chemie? Czy on
      będzie się musiał tak męczyć za każdą dawką? Co ja mogę zrobić żeby
      jemu było łatwiej? Tak bardzo chciałabym pomóc nie mam żadnego
      doświadczenia z tą chorobą i tak bardzo mało o niej wiem.Czytam
      wasze historie i wszystkie do tej pory przeczytane dostarczają mi
      jakieś informacje.Pozdrawiam
      • 01.02.09, 19:06 Odpowiedz
        sylvi_grzes napisała:

        > Nasza historia jak każdego z was ma swoj tragizm i często
        poszukuje
        > odpowiedzi na to najtrudniejsze pytanie "DLACZEGO!!!" Zaczeło się
        > jakieś dwa lata temu mój nażyczony zostal poddany wycięciu
        znamienia
        > na ramieniu i po zbadaniu szok "czerniak".Musze zaznaczyć że kilka
        > miesięcy wcześniej urodził się jego synek troszkę za wcześnie i
        > bardzo malutki ważył 1800 gram,a tu niespelna kilka miesięcy i
        > kolejna smutna wiadomość.Pierwszej pomocy szukali wraz z swoją
        żoną
        > w szpitalu w Olsztynie tylko tam nie oplacało się dla jednego
        > pacjęta otwierać kapsulki z kontrastem bo to jest dla trzech osób
        > więc propozycja trzeba wyciąć jak najgłębiej??? Całe szczęście
        żona
        > mojego nażyczonego szybo zareagowała i nie pozwoliła na taki
        > precedens.Natrafili na Centrum Onkologi w Warszawie tam też
        podjęto
        > się operacji usunięcia węzlów wartowniczych pod lewą pachą i
        > docięcie blizny gdzie czerniaka nie znaleziono a w węzłach
        > rozproszone komórki.Wynik CLARK IV BRESLOW 3,0mm wyciętego
        > czerniaka.Zlecono wizyty kontrolne co trzy miesiące.Było wszystko
        w
        > pożądku z każdą kolejną wizytą coraz więcej optymizmu.Tym bardziej
        > że mój nażyczony ma bielactwo a to podobno walczy z czerniakiem i
        > wygrywa tę walkę w wielu przypadkach.Żeby życie nie bylo taką
        > sielanką na początku ubieglego roku umiera żona mojego nażyczonego
        > po wylewie i zostaje malutkie dziecko i on taki załamany tym
        życiem
        > i ciągle to samo pytanie DLACZEGO!! W takim wlaśnie stanie go
        > poznaje i zaczynamy razem rozmawiać a wreszcie także ukladać sobie
        > jakoś razem życie, dzidzia szybko się do mnie przyzwyczaiła a i ja
        > nie oddała bym go już nigdy nikomu. Przez chwilę byliśmy
        szczęśliwi
        > bo tuż przed wigilją jego lekarz dopatrzył się że zwapnienie na
        > płucach pozostałe po zapaleniu zaczyna się zmieniać i taką
        > informacje przekazał do Centrum Onkologi tam analiza zdjęć RTG i
        > termin badania tomografem(to już dzieje się w styczniu).Po badaniu
        > tomografem wynik dwa guzki w płacie dolnym lewym meta. Ktoś kiedyś
        > by mnie zapytał co to meta też bym nie wiedziała dzisiaj jeszcze
        nie
        > pytałam ale wiem lub się domyślam że to oznacza
        przerzut.Zaczeliśmy
        > chemie,jest właśnie po pierwszej czuje się bardzo źle bo w dniu
        > kiedy dostał piewszą dawkę rozchorował się GRYPA.Dzisiaj to trzeci
        > dzień po i dopiero zaczął się troszkę poruszać.Strasznie bolą go
        > plecy i nie ma apetytu choć staram żeby miał wszystko co lubi albo
        > co może mu smakować, już dzisiaj coś wreszcie zjadł
        > troszeczke.Powiedzcie czy to normalna reakcja na chemie? Czy on
        > będzie się musiał tak męczyć za każdą dawką? Co ja mogę zrobić
        żeby
        > jemu było łatwiej? Tak bardzo chciałabym pomóc nie mam żadnego
        > doświadczenia z tą chorobą i tak bardzo mało o niej wiem.Czytam
        > wasze historie i wszystkie do tej pory przeczytane dostarczają mi
        > jakieś informacje.Pozdrawiam
        Witajcie moi drodzy.
        Tylko cierpliwość w tym wypadku jest najbardziej pomocna.
        Nie zawsze po chemi są złe reakcje.
        One zazwyczaj szybko ustępują.
        Zyczę dla Ciebie wiele wytrwałości,po burzy zawsze świeci
        słońce.Wiara i nadzieja , o jakże to jest potrzebne człowiekowi
        w utrapieniu. Ja wierzę że wszystko dobrze się zakończy.
        Macie przed sobą całe życie.
        Ja równiez doświadczyłam tej udręki.Nowotwór szyjki macicy.
        Było to niespełna 2 lata temu.Dwie bardzo poważne operacje.
        Lekarz który mnie leczył, mówił tak:myśl tylko o dobrych rzeczach
        które spotkały cię w życiu.Nie zatruwaj swoich myśli rakiem.
        A zobaczysz że bedzie tylko lepiej.
        I tak zaczęłam.Zajmowałam swoje myśli wszystkim tylko nie myślą o
        raku.I to odniosło dobry skutek.Poczułam w sobie witalnosc,dużą chęć
        do życia.Stwierdziłam że to nie koniec świata.
        Udało się.W chwili obecnej jest dobrze.
        Wiele osób które leżały ze mną na dzień dzisiejszy naprawdę cieszą
        się życiem.A wtedy, wracając myślami sami siebie skreślalyśmy.
        Jak mało było w nas wiary.
        Pozdrawiam Was bardzo cieplutko.
        • 27.05.09, 20:45 Odpowiedz
          miałam 15 lat kiedy moja mama urodziła bliźniaki , Lekarz zasugerował jej
          czeste wizyty u niego ze względu na obniżającą sie macice. Wiec jezdziła mineło
          kilka lat zaczeły sie u mojej mamy nieregularne miesiączki długie krwawienia po
          moich namowach pojechała do szpitala lekarz ja wyczyscił pobrał próbki z
          szyjki Wszystko było ok Po pewnym czasie znów to samo sie powtórzyło tylko ze
          bół paralizował mamie noge pojechaliśmy do szpitala lekarz powiedział ...
          zapalenie rwy kulszowej.... dostała leki po 2 tyg mineło.. moja mame z pracy
          przywiózł kolega tak bolało .. no i znów te krwawienia. Poszła do rodzinnego
          lekarka powiedziała nawrót rwy kulszowej dostanie pani tramal i przejdzie
          dostała 20 zastrzyków tramal a dalej ja bolało po nich miała sie zgłosic do
          ginekologa ból nie przechodził sąsiadka powiedziała chodz do tego ginekologa
          co ja chodze bo cos mi sie u ciebie nie podoba Wiec pojechała ... lekarz
          zrobił usg i Powiedział my tu na cito bedziemy sie kładli w szpitalu
          13.03.2006 Operacja ... miała trwać góre połtora godz a trwała 6 mama sie
          obudziła na stole operacyjnym w srodku operacji . Pękł mięsniak i musieli
          wszystko czyscic.Lekarz powiedział że mama diabłu z ogona spadła nie dawali jej
          szans 20.03.2006 mama wyszła ze szpitala z zaleceniami : Kontrola w poradni K
          Zgłosi sie po wynik badania histo
          kiedy szła wyciagnąc szwy lekarz zawołał mnie do gabinetu dał raport hist(Guz
          jajnika prawego Guz jajnika Lewego rozfragmentowany )powiedział Przykro mi
          zapytałam ile..... max 4 miesiace. Ale ze wzgledu na bardzo młody wiek
          dostaniecie przekaz do instytutu onkologii w Gliwicach.24.03.2009 byliśmy juz w
          Gliwicach Mama osłabiona bo zaledwie 11 dni po operacji Lekarz zbadał powiedział
          ze sie super goi och wreszcie 1 dobra wiadomosc zaproponował chemioterapie pod
          opieką oddziału w Rybniku tam gdzie mieszkam 11.04.2006 jestesmy na oddziale
          Mame przejmuje ordynator Rozpoznanie Rak jajników IIIc CA 125-19,93 podana
          chemia ,kolejny wlew 09.05.2006 wyniki krwi super 31.05.2006 nastepny mama
          zaczyna tracic włosy śmiejemy sie że mamy mame Kojaka robimy wszystko zeby nie
          myslała nie wie ze zostalo jej 4 miesiace ja chodze z kąta w kat nie wierze ze
          to sie dzieje szukam po necie co ma jesc pic mama lezy źle sie czuje na
          szczescie po paru dniach mija 21.06.2006 nastepny wlew z badaniem usg wszystko
          ok CA 125- 14,77 RAdośc w oczach lekarz sie jednak mylił przecież wszystko idzie
          ku lepszemu 14.07.2006 znów na chemii Mama juz w nowej peruce wygląda super ma
          pełno sił nikt nie wierzy ze jest chora 09.08.2006 ostatni wlew po 21 dniach
          badania kontrolne poradni onkologicznej jedziemy do wisły odpoczac mama biega
          po górach szybciej niz ja wróciła pełna wiary i nadzieji no i sił wizyta w
          poradni wszystko dobrze cieszymy sie jak dzieci i znow odpoczynek u mamy sił
          witalnych za dwóch to samo z apetytem nastepna wizyta poszłysmy z lekkim
          sercem a tu wbili nam nóz CA-125 wzrosło na tyle ze spowrotem na szpital
          27.03.2007 przyjeta na oddzial mysleli ze płuca zrobili usg potem tomograf
          wiemy co przerzut cel ataku ... Wątroba.... 8 miesiecy był spokoj a tu
          znów wracamy do poczatku znow chemia a juz peknie włoski odrosły 08.05.2006
          nastepny wlew wyniki krwi super cisne w mame szpinak i sałate do tego suszone
          owoce przychodza kłopoty z wypróznianiem nestatyna do jamy ustnej i milion ton
          soków z warzyw z ogródka do tego hepatil 29.05.2006 znów zjawiamy sie w
          szpitalu mama zartuje z pielegniarkami skad ona ma tyle sil wyniki CA125-38,06
          15.06.2007 badania na prawym płacie 3 owalne obszary dwa ok 20mm jeden 5mm usg
          płuc -- ok 13.07.2007 kolejny wlew i CA125-33.94 uff spada całe szczescie
          obiecujemy sobie ze jak sie to tylko skączy znów jedziemy w góry 03.08.2007
          kolejny wlew CA125- 36,25 dlaczego wzroslo strach ból Tato nie wie co ma robić
          mama rozdrazniona w domu napieta sytuacja musimy dac rade.... mama czasem tak
          jest ze markey wzrastaja...... nie martw sie to nie tys... mówie ze smiechem a
          płacz rozrywa płuca 27.08.2007 kolejny wlew i leki na katar i kaszel wyniki
          krwi super kolejna wizyta 25.09.2007 tolerancja leczenia dobra nastepna wizyta
          w moje urodziny 17.10.2007 kolejny wlew i esetiale forte na watrobe i tak
          mogłabym pisać sama w koncu nie wiem ile mama wzieła tych chemii 3 razy
          wyleciały jej włosy miała chemie w tabletkach i zadnej poprawy markery rosły
          zeszłego roku miała dotaczana krew na tyle chemii tylko raz organizm sie
          regenerowal w trybie rekordowym ale chemia nie działała na tego cichego zabójce
          z watroby przezucil sie na wezły chłonne CA-125 to przeszło 8 tys w W mamy
          urodziny czyli 1 stycznia pojechałysmy na plotki wieczorem mama sie zle
          poczula wymiotowała pojechalismy na oddzial 2dni na obserwacji silne leki
          ..zalecenia opieka poradni paliatywnej Dla mnie strach poprosiłam lekarza zeby
          mamie nie mówil całej prawdy wiec oboje wymyslilismy ze narazie mamy organizm
          za duzo mial chemi i teraz musi odpoczac a ze leki ktore dostanie nie sa w
          posiadaniu szpitala bedzie je wypisywał lekarz z poradni uff uwierzyła zaczyna
          boleć ja brzuch podaje jej lekko strawne potrawy siemie lniane i duzo wołowiny
          gotuje rosołki siedze rozmawiam nie wychodze z domu ciesze sie kazdą chwilą Nie
          wiem co bedzie jutro podaje plastry przeciwbólowe w polowie lutego nastepuje
          pogorszenie wymioty sa tak straszne ze boje sie ze mama sie odwodni..dzwonie do
          lekarza i pielegniarki z prychodni paliatywnej przyjezdzaja zakladaja mamie
          podskórnie motylek podaje jej co 6 godz leki przeciwymiotne do tego no spa
          escumisam i leki przeciwbólowe serwedol ketonal mama nic nie je biegne do
          apteki i kupuje nutri drinki pije... 4 dni bez wymiotów ulga jest silniejsza
          bol opanowany mama prosi o herbate ziolowa bo ma zatwardzenie od 4 dni nie
          puszcza gazów jedziemy na wizyte do ordynatora do gabinetu na usg nic nie widac
          zagazowane musiał jednak cos zobaczyc bo przepisał dexonal widziałam wyraz jego
          twarzy mama bardzo słaba nie potrafi sama do łazienki przenosze sie na kanape
          bylo mi niewygodnie ale co tam jestem blisko niej Mama czuje sie ze mna
          bezpiecznie kiedy jadlam obiad nie wiem moja waga 46 mamy podobna brzuch
          wzdety zaczyna bolec 2 w nocy podaje leki o 6 nastepna dawka o 11 przychodzi
          pielegniarka pyta czy cos potrzebujemy mierzy cisnienie zmienia motylek mama
          zaczyna wymiotować na czarno do ubikacji idziemy z 5 przystankami juz wiem ( w
          sobote zaczeło tak bolec ze zadzwoniłam po pogotowie podali jej jakis zastrzyk
          nawet nie wiem co...pytam czy morfina... odpowiedział nie..po 20znów dzwonie
          mama ma trudnosci w oddychaniu przyjezdzaja znów cos podaja mama mnie o 24 pyta
          o ksiedza opierdzieliłam ja .. ze gdzie jej w głowie ksiadz jesli chce zamówie
          jej wizyte u chorego zgodziła sie zastrzyki zaczeły dzialac zasneła 6 rano znów
          ból przelewy w brzuchu i ten cholerny głod 11 popołudniu lece po sąsiadke co
          mam robić nie kontaktuje juz zupełnie dzwonimy po pielegniarke podaje mamie
          morfine a mi w drugim pokoju mówi ze mama umiera zemdlałam lece do mamy ma
          majaki przyjechali do niej bracia z kwiatami na dzien kobiet zostali w szoku 2
          tyg temu była u nich na kawie tato jedzie po ksiedza ostatnie namaszczenie nie
          mam łez siedze koło niej głaszcze jej reke i z umiechem do nie mówie ...chciała
          zeby isc jej do sklepu po wode a miała jej az za duzo chyba nie chciała
          zebysmy widzieli jak odchodzi ciocia poprosiła mnie o swieczke tylko poszłam po
          nia a z pokoju slychac placz zdązyła sobie ja jeszcze chwycic chyba myslała ze
          to moja Reka odeszła spokojnie jakby zasypiała krzyknełam Kocham Cie
          Wierzyłysmy obie do Konca wiem napewno ze mama juz nie cierpi ale mi jej
          brakuje mam polowe serce druga zabrała ze soba i tak z 4 miesiecy zrobiło sie 4
          lata gdyby ten 1 ginekolog nie traktowałby sprawy jak traktował mama by dzis
          żyła 01.01.1955-08.03.2009 Kocham Cie Mamo [*] opoczywaj w pokoju wieczym
          • 20.06.09, 16:21 Odpowiedz
            sama nie wiem od czego zacząć.diagnozę-ziarnica złośliwa,usłyszałam w lutym tego
            roku i było to dla mnie...wybawienie.dlaczego-ponieważ najpierw wykryto u mnie
            raka płuc i dawano 3%szans na przeżycie...po tej diagnozie swiat się załamał,bo
            mamy troje małych dzieci,od jakiegoś czasu zaczęło się nam wreszcie dobrze
            żyć.ale na szczęście dość szyko postawiono właściwa diagnozę i od tego czasu
            jest lżej...w tej chwili jestem po 8 chemiach,4 przede mną.potem kontrolny
            tomograf i,jeśli będzie trzeba,naświetlania.nie mogę się załamać,dzieci i mąż
            pomagają w przeżyciu kolejnego dnia.nie jest źle...
            paradoksem jest to,że jestem pielęgniarką i pracowałam w hospicjum,a tu przyszło
            mi stanąć po drugiej stronie barykady...
            --
            www.ankegroener.de/anke1/Bilder/ralph_fiennes.jpg
            • 30.06.09, 08:44 Odpowiedz
              Hej!
              Nie wiem czy jeszcze tu zaglądasz ... ale mąż mojej Kuzynki zmagał
              się z ZZ. Dokładnie 3 lata temu zakończył leczenie ... nie powiem,
              że było miło i przyjemnie (cała terapia trwała 9 miesięcy) ;-) Ale
              teraz jest ZDROWY ! Tak więc uszy do góry i DASZ RADĘ.
              Pozdrawiam serdecznie
              Pam
    • 21.06.09, 11:00 Odpowiedz
      Na forum jestem codziennie ale dopiero dzisiaj odnalazłam swój wpis
      w tej kategorii - NASZE HISTORIE i przyszedl czas, żebym dopisała
      jak nasza się skończyła.
      Jak wipsywałam się 15.11.2008 to było bardzo dobrze, o Boże jak to
      boli porównać to co pisałam tego dnia z tym co się wydarzyło za 10
      dni. 25.11.2008 odeszła moja mama. W czasie, kiedy opisywałam to co
      mama przeszła, była w szpitalu na podaniu krwi - to była wersja
      rodziny i mamy dla mnie. Za 2 tygodnie miałam rodzić więc podano
      mi "lżejszą" wersję wydarzeń. Później dowiedziałam się, ze mama
      miała od 4 dni krwotoki z jamy ustnej i przewodu pokarmowego. Wzięli
      ją do szpitala na zatamowanie krwotoków i podanie krwi celem
      polepszenia wyników: anemia po chemii i KRYTYCZNIE NISKIE PŁYTKI
      KRWI!!!! Gdybym o tym wtedy wiedziała to moze bym coś jeszcze
      zrobiła :-( Potem, jak pojechałam z mamy wynikami z tego pobytu w
      szpitalu do onkologa prowadzacego - mama leczyła się na nowotwór w
      innym mieście i w innym mieszkała: odległośc 200km, to postawił
      hipotezę, że tak niskie płytki mogły być wynikiem przerzutów do
      szpiku. Po wyjściu ze szpitala: 19.11.2008 mama zaczęła się
      uskarżać, że boli ją wszystko a najbardziej głowa!!! Minęło 1,5 dnia
      a weszło hospicjum domowe i zaczęto podawać mamie leki przeciwbólowe
      wg. schematu walki z bólem nowotworowym. Nie pamiętam co dokładnie
      ale wiem, ze morfina pojawiła się 2 dni przed śmiercią. Minął
      kolejny dzien i mama przestala wstawć z łóżka, jeszcze jeden i mama
      przestała mówić. Była świadoma, porozumiewała się przez gesty i
      mruczenie. Następnego dnia pojawił się paraliż prawej strony ciała.
      A ja się już tylko modliłam, żeby Pan wziął ją do siebie jak
      najszybciej. Wysłuchał mnie. Tydzień po tym jak zaczęła boleć ją
      głowa była juz po lepszej stronie świata. Z jednej strony bardzo
      chciałam, zeby wytrzymała - lada dzień miala przyjść na świat jej
      piewsza wnuczka - i przyszła tydzien po jej odejściu -z drugiej nie
      chcialam, zeby cierpiała i jestem wdzięczna Bogu, że cierpiala
      stosunkowo krótko.
      Wszędzie czytałam, ze rak płuc jest podstępną chorobą, że
      drobnokomórkowy świetnie odpowiada na leczenie ale potrafi szybko
      sie odezwać i jak uderza ponownie to z kilkakrotnie większą siłą.
      Ale nie sądziłam, że jest aż tak podstępny i aż tak szybki. No i
      oczywiście nadzieja umiera ostatnia chociaż są takie przypadki -
      piszecie o nich na tym forum - i taki właśnie jest przypadek mojej
      mamy, że nadzieja umiera przed chorym. Wtedy to modlimy się o
      skrócenie jego cierpienia.
      Wszystkim, którzy zmagają się z tą chorobą, z chorobą nowotworową
      życzę wiary i pogody ducha, a z tymi, których ukochani są już po
      drugiej stronie, łączę się w bólu.
      Kaśka
    • 04.04.10, 22:38 Odpowiedz
      nie bagatelizujcie zadnych dziwnych objawow. nie dajecie sie splawic lekarzom.

      moja historia


      Część 1:
      img203.imageshack.us/img203/4885/62410371.jpg

      Część 2:
      img691.imageshack.us/img691/211/64626450.jpg

      Część 3:
      img378.imageshack.us/img378/8425/69017971.jpg

      --
      <Mama Maćka (7 marca 2006 r.) i Mai (17 marca 2008 r.)>
      • 20.12.10, 23:54 Odpowiedz
        Witam.Jestem z Wami pierwszy raz. Nie bedeb opisywala calej swojej historii. Wyszlam z raka. Dalam rade. Trafilam na cudownych, wspanialych lekarzy. Zycze Wam byscie tez dali rade. Opisujecie tez historie Swoich bliskich. Im tez zycze powrotu do zdrowia. Trzymam za Was wszystkich kciuki.
    • 19.08.11, 22:57 Odpowiedz
      Mama od lat ma mięśniaki- nie zdecydowała się na ich usunięcie. 3 lata temu była 3 razy na oddziale ginekologicznym szpitala na Lutyckiej w Poznaniu, miała krwawienia i najpierw dopatrywano się endometriozy, podwójnej macicy, a to był polip. Usunięto połowę - druga "wyszła" w domu, cud, że nie doszło do krwotoku. W wypisie jest info: brak wyraźnych wskazań do operacji.
      W tym roku również zaczęły się krwawienia, lekarze stwierdzili, że jeden z mięśniaków gwałtownie się powiększył i trzeba usunąć całą macicę. Po badaniach histopatologicznych wyszło, że to nowotwór. To był czerwiec tego roku.
      W Centrum Onkologicznym na Garbarach w Poznaniu zrobiono jej badania, w tym rezonans, który wykazał przerzuty do kości oraz powiększone węzły chłonne.
      Mama jest po pierwszej chemii.
    • 09.09.13, 09:24 Odpowiedz
      witam,

      mój Tata od kilku lat regularnie chodzący do lekarzy,
      także prześwietlenia klatki piersiowej,
      żaden z lekarzy niczego nie zauważył
      W czerwcu / lipcu Tata źle się czuł, miał gorączkę i krwioplucie , o czym powiedział tylko swojej siostrze.
      Był u innej/nie swojej lekarki i ta pilnie skierowała go do szpitala chorób wewn.
      Tutaj inna młoda lekarka obejrzała zdjęcie klatki robione u nich i szybko dała skierowanie do następnego szpitala chorób płuc. Tutaj po bronchoskopii dostaliśmy wynik, który nie jest dobry.
      Niedrobnokomórkowy, płaskonabłonkowy.
      Robią badania i szykują do chemii.
      Głowa czysta.
      Dodatkowo lekarz proponuje program: lek ze St. Zjedn.
      Cóż.. jest mi ciężko.
      I niepotrzebnie przewertowałam internet.


      --
      "Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat"

      http://dl7.glitter-graphics.net/pub/1089/1089777hdgpm0tht2.gif
    • 21.10.13, 15:10 Odpowiedz
      Kiedy prosiłam o przyjęcie na forum, nawet do głowy mi nie przyszło, że za kilka dni będzie po wszystkim. Mój tata zmarł 26.09.2013, zaledwie dwa tygodnie po przyjęciu do szpitala. Początkowa diagnoza: rak trzustki. Potem każdego dnia dochodziło coś nowego: przerzuty na płuca, wątrobę, nadnercza, węzły chłonne, kręgosłup. I to prawdopodobnie przerzut na kręgosłup spowodował tak szybką śmierć. Tata miał zniszczone przez raka kręgi szyjne, praktycznie niewiele z nich zostało. miał zakaz wstawania z łóżka, a jezeli już to na bardzo krótko i w kołnierzu ortopedycznym, bo istaniało ryzyko uszkodzenia a nawet przerwania rdzenia. Niestety w nocy z 25 na 26.09 będąc pod wpływem morfiny nieświadomie wstał bez kołnierza, poszedł do łazienki, bo w końcu po dwóch tygodniach leżenia chciał się normalnie załatwić... Tam znaleziono go martwego. Do dziś nie wiadomo dokładnie co się stało. Lekarze lakonicznie poinformowali nas, że doszlo do zatrzymania krążenia i wydolności oddechowej. Prawdopodobnie te nieszczęsne kręgi nie wytrzymały...
      Tak na marginesie: przykro mi to pisać, ale moderacja mogłaby trochę szybciej reagować na prośby o przyjęcie, bo wielu z nas wchodząc na to forum potrzebuje wsparcia w trudnych chwilach a nie dobrej zabawy... Mnie przyjęto prawie trzy tygodnie po zgłoszeniu... Trochę za późno...
      --
      "Całujcie mnie wszyscy..." www.youtube.com/watch?v=EdmZYu9Lths&feature=related
      • 05.11.13, 22:30 Odpowiedz
        strasznie to przykre.
        co napisać?

        nie da się tak po prostu...
        siły Ci życzę, jedyne co mi przychodzi do głowy..

        --
        "Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat"

        http://dl7.glitter-graphics.net/pub/1089/1089777hdgpm0tht2.gif
        • 07.11.13, 08:01 Odpowiedz
          w związku z powyższym postem - nasuwa mi się pytanie - do adminek - dlaczego to forum nie jest ogólnie dostępne? , że każdy w potrzebie chwili, nawet obcy, może tu coś napisać, nie musi wysyłać zgłoszenia, czekać itp.. , bo taką ma w tej chwili potrzebę? i tak forum jest widoczne i wszyscy widzą, co każdy pisze.. Tylko teraz nie każdy może napisać. Są to bardzo intymne i trudne sprawy więc też nasuwa mi się pytanie dlaczego nie jest ukryte? ale to ludzka ciekawość...
          pozdrawiam
          --
          "Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat"

          http://dl7.glitter-graphics.net/pub/1089/1089777hdgpm0tht2.gif
          • 09.11.13, 22:39 Odpowiedz
            bbb21,
            Kiedyś (na samym początku) forum było w formule otwartej, czyli każdy czytał, każdy pisał. Niestety zaczęło się spamowanie, szarlatani, handlarze i w ogóle młyn. Podjęliśmy decyzję o zamknięciu forum, tzn. czytać może każdy, ale pisać po zalogowaniu i akceptacji zgłoszenia. Nie chcemy ukrywać forum - temat jest poważny i powinien być dostępny, ale potrzebujemy mieć kontrolę nad tym by nieodpowiedzialni ludzie tutaj nie pisali i jeśli trafi się ktoś taki to zostaje usunięty z listy uczestników. Taki schemat ma wiele forów.
            Mam nadzieję, że moje wytłumaczenie jest zadowalające.
            --
            Aequam memento rebus in arduis servare mentem !

            Fundacja SAMARYTANIN - Opole

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.