Dodaj do ulubionych

NASZE HISTORIE

18.11.08, 09:22
Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
estelka1 05.07.06, 07:35 Odpowiedz

W wielu przypadkach nowotwór -także płuc- zaczyna dawać
jakiekolwiek objawy, kiedy jest już bardzo zaawansowany.
Profilaktyczne
prześwietlenia płuc nie zawsze wyłapią na czas chorobę. Czasem
diagnozuje się
raka przez przypadek. Tak było z moja mamą. Trafiła do szpitala z
powodu
zaburzeń serca. Guza (w prawym płucu !!!) zauważyli lekarze przy
rutynowym
prześwietleniu klatki piersiowej. Później dopiero po fakcie mama
zaczęła
kojarzyć, że jakieś dwa miesiące wcześniej miała dziwne bóle w
klatce
piersiowej - lekarze wyleczyli to z dobrym skutkiem środkami
przeciwzapalnymi,
mama zaczęła też się bardziej męczyć. Pewnie gdyby nie problemy z
sercem,
historia choroby mojej mamy byłaby podobna do historii Twojego taty.
Trzymaj
się dzielnie i mimo wszystko nie trać nadziei, Mój lekarz rodzinny
powiedział
mi kiedyś coś ważnego i fajnego. Cuda w onkologii też się zdarzają i
dotyczą
one właśnie tych najbardziej złośliwych nowotworów.

Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
tolka3 05.07.06, 08:42 Odpowiedz
Warto być wyczulonym na pewne objawy, które mogą
sugerować poważną chorobę.

Moja mama miewała silne bóle brzucha. Króciutkie ataki bólu, same
lub po lekach
przeciwbólowych przechodziły. Bywały też stany bólowe dłużej
trwające, ale
lżejsze. Ot bóle brzucha jakie każdy miewa (tak myślała moja mama).
Zaniedbywała niestety kontrolne wizyty u ginekologa i cytologię. Ale
w końcu
się wybrała. Lekarka nie widziała nic niepokojącego, także od tej
strony
czujność mamy została uśpiona (zresztą mama nigdy nie chorowała,
była jedną z
tych osób, których nie łapało nawet przeziębienie, nie mówiąc o
poważniejszych
chorobach). Pewnego razu dostała krwawienia z pochwy. I teraz już
szybko:
szpital, pobranie wycinka i diagnoza nowotwór szyjki macicy, stadium
IIa. Tak
się zaczęło (miała wtedy 66 lat) i trwa do dziś. Po chemio i
radioterapii
spokój na rok, póżniej dokładnie te same objawy: ból, następnie
krwawienie.
Tylko tym razem lekarka odsyłała ją z kwitkiem mówiąc, że tak ma
być, że nic się nie dzieje. A to był nawrót. Moja rada (oprócz tych,
które już zostały
wymienione) jest też oczywista: stosować metodę ograniczonego
zaufania do lekarzy, czytać, pytać, wnikać i samemu robić badania,
nawet, jeśli lekarze twierdzą, że są zbędne.

Edytor zaawansowany
  • 18.11.08, 09:24
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    natalka071 01.03.08, 06:05 Odpowiedz

    Mój mąż nigdy nie miał kłopotów z wypróżnianem.Zawsze wstawał rano i
    szedł do toalety.Ja niestety ciagłe zaparcia (mam niedoczynność
    tarczycy) i nie mogę schudnąć.Od maja 2007 r zaczęły się
    biegunki.Poniewaz mielismy w naszym miescie w wodzie bakterie coli
    to on tłumaczył,że od wody.Śmiał się ze mnie że jesli ktoś chce to
    schudnie bo on zaczął chudnąć.Nie słuchał jak go namawiałam na
    wizytę u rodzinnego.Poszedł dopiero w listopadzie i zaczęło się
    leczenie biegunki bez jakichkolwiek badań .Po trzech seriach leków
    przeciw biegunce wreszcie skierowanie na kolonoskopie.Wtedy szok guz
    jelita grubego, konieczna operacja i prawdopodobieństwo stomii.Udało
    się bez stomii i bez przerzutów .Wtej chwili nasz rodzinny jak ktos
    mówi mu że schudł to zaraz pyta czy nie ma czasami biegunki.

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    marta_h_1 23.05.08, 15:50 Odpowiedz
    witaj
    Mam nadzieję, ze u Twojego męża wszystko w porządku i że wraca do
    zdrowia. Historia mojego taty była podobna, choć potoczyła się
    trochę gorzej. Dokładnie tak jak twój maż żadnych problemów z
    wypróżnaniem,wszystko z zegarkiem w ręku, a wszyscy w domu takie
    problemy mieli. Tata czuł jednak ból w podbrzuszu, ale wszystko
    zwalał na przepłuklinę. Postanowił więc ją zoperować, jednak po
    zagojeniu się rany ból dalej nie mijał i to go zaniepokoiło. Poszedł
    do lekarza, który zbadał go palcami i powiedział że wszystko w
    porządku. tata jednak uparł się przy kolonoskopii. No i zaczą sie
    koszmar. Guz wilkości pięści, złośliwy. W szpitalu onkologicznym
    przeprowadzono operację, udało sie bez stomii, jakaż była wtedy
    nasza radość. Lekarze zadecydowali żeby nie podawać chemii, poniewaz
    wszystko zostało usunięte, chemia według nich byłaniekonieczna.
    Zaczęły sie wizyty kontrolne co 3 miesiące. Wszystko było w
    porządku. tata chodził do poradni onkologicznej a także równocześnie
    chodził prywatnie do lekarza (na szczęście). Gdy mijał już prawie
    rok od operacji tata był w ośrodku na wizycie, wszystko wyszło w
    porządku. jak zwykle poszedł też prywatnie i tam lekarz badając go
    palcami wyczuł coś pod palcem, zdecydował o tomografii za dwa
    miesiące (zastanawiam sie czemu tak długi termin dał, skoro mógł dać
    od razu, bo to nie była kwestia wolnego miejsca). Nie doczekaliśmy
    jednak do tego terminu, bo w dwa tygodnie później tata miał
    krwawienie z odbytu. Od razu zgłosiliśmy się do lekarza ten wysłał
    tate do szpitala, zrobili tomografię jamy brzusznej. Czekaliśmy
    długo na wyniki, nikt nie chciał nic powiedzieć. Dopiero lekarz
    porozmawiał z mamą, były przerzuty do wątroby, stan bardzo zły.
    lekarz podjał się jednak operacji. Była bardzo trudna i rozległa.
    Wyłoniono kolostomię, tata wracał szybko do zdrowia. Skierowano go
    na chemioterapię. Przed rozpoczęciem chemii zrobiono znów
    tomografię, okazały się liczne nacieki, przerzut do wątroby. teraz
    jest po piątym kursie i na razie stop. czekamy na kontrolną
    tomografię a co będzie dalej to zadecydują jak będą wyniki.
    Piszę to nie po to żeby was wystraszyc i żebyście nie mogli spać
    spokojnie. Piszę żebyście wiedzieli, że trzeba uważac bo to bardzo
    podstępna choroba. My przez ten rok zapomnieliśmy że tata jest
    chory, niestety lekarze wylali nam kubeł zimnej wody nagłowę.
    Rokowania nie są najlepsze.
    To straszne że będąc pod okiem lekarzy rak rozwijał się tak
    spokojnie. mam tyle żalu do lekarzy ze zapewniali tatę że wsyzstko
    super. Kierowali się tym że markery sa dobre. Jak się wszystko
    spieprzyło to dowiedziałam się ze markery nie zawsze są
    jednoznaczne. Nikt nie zrobił mu tomografii, gdyby zrobili wcześniej
    wyszło by to. Robili tylko kolonoskopię, która wychodziła dobrze.
    Nagle lekarz który się cały czas uśmiechał że jest super, zaczął nie
    mówić o wyzdrowieniu tylko o wydłuzeniu życia pacjenta, a to
    wszystko zmieniło się zaledwie w przeciągu dwóch miesięcy.
    Szkoda słów. Ne wiem kogo obwiniać.
    Jestem pełna wiary że wam się to nie przydaży, jednak warto być
    czujnym. Życzę dużo zdrowia.
    Pozdrawiam
    P.S. Przeopraszam za ew błędy i literówki, tak to jest jak człowiek
    jest pełen emocji.

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    monique_1 05.07.06, 11:46 Odpowiedz

    Moja mama, chora na raka żołądka, zaczęła strasznie chudnąc i nie
    mogła jeść bo
    wymiotowała.
    Wcześniej przez kilka lat od czasu do czasu miała silny ból, taki
    jak od serca,
    ale prawdopodobnie nie był on bólem sercowym bo po usunięciu żołądka
    takie
    dolegliwości zupełnie ustapiły:-/
    20 lat wcześniej mama prawdopodobnie miała wrzód żołądka, albo coś
    takiego bo
    trafiła z bardzo silny bólem brzucha do lekarza, który podał jej
    bardzo silny
    środek przeciwbólowy w zastrzyku i to pomogło, więc może to był to
    wrzód który
    pękł? Nie wiem tak sobie teraz gdybamy.
    W fazie silnego chudnięcia mama była na kilku gastroskopiach, miała
    pobrane
    wycinki i te badania nic nie wykazały!!! W encyklopedii z lat 60
    było napisane,
    ze w takim przypadku należy przeprowadzić inne badania wykluczające
    nowotwór,
    ale najwyraźniej lekarz badający mamę jeszcze nie posiadł wiedzy
    medycznej na
    takim poziomie.
    Dopiero jak schudła 20 kilo lekarz stwierdził, że trzeba może
    chirurgicznie coś
    zrobić, żeby udrożnić ujście z żołądka.
    W trakcie operacji okazało się, że jest to nowotwór a nie zgrubienie
    odźwiernika żołądka....
    No i jeszcze kilka osób z mojej rodziny chorowało na ten typ
    nowotworu,
    genetyczna skłonność do tego rodzaju schorzeń na razie nie jest
    udowodniona,
    ale myślę, że to kwestia czasu.
    W sprawie badań profilaktycznych polecam artykuł:
    www.mediweb.pl/mens/wyswietl.php?id=273

  • 18.11.08, 09:27
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    mariken 05.07.06, 16:51 Odpowiedz

    Historia mojej mamy nie skończyła się niestety dobrze - właśnie
    przez
    zaniedbanie leczenia. J5-6 lat temu mama zaczęła mieć problemy z
    trawieniem, na
    przemian pojawiały się zaparcia z biegunkami. Trwało to jakiś czas,
    potem
    mijało. Mama, nie słuchając rad, bagatelizowała sprawę. W końcu, we
    wrześniu
    2002 r. do tych objawów dołączyły wymioty. Mama zaczęła jeść tylko
    gotowane
    warzywa - wszystko inne zwracała. Kiedy zdecydowała się pójść do
    szpitala,
    okazało się, że być może jest to zapalenie wyrostka. Za chwilę -
    nie, to nie
    wyrostek. Mamę przewieziono do Świętokrzyskiego Centrum Onkologii,
    gdzie
    została otoczona fantastyczną opieką zarówno lekarzy, jak i
    pielęgniarek. Tam,
    po dokładnych badaniach okazało się, że to jakby ropny guz jelita
    grubego.
    Pierwsza operacja, wycięcie guza. Za tydzień, zamiast się poprawiać,
    stan się
    pogarsza. Druga operacja, guz się odnawia. Badanie hist-pat pokazuje
    dziwny
    obraz, specjaliści zarówno z Kielc jak i Warszawy nie wiedzą co to
    jest. Niby
    nowotwór, ale jakiś dziwny. Podejrzenie choroby Crohna, za kilka dni
    wykluczenie tej diagnozy. Mama na lekach przeciwbólowych i
    kroplówkach, nic nie
    je, bo wszystko zwraca. Pojawiają się obrzęki - guz uciska na aortę
    brzuszną.
    Mija kilka dni. Koniec. Od momentu, kiedy mama trafiła do szpitala
    minęło
    dokładnie 6 tygodni.
    Dotąd nie wiemy co to tak naprawdę było. Jeden z lekarzy wysunął
    hipotezę, że
    być może ten jakby stan zapalny miał związek z boreliozą, którą mama
    przechodziła dwa lata wcześniej. Udało się ustalić tyle, że ani ja,
    ani moja
    siostra nie będziemy - i nie jesteśmy - obciążone żadnym genem
    powodującym
    nowotwór jelita grubego.

    joaśka
    --
    -----------
    mała rośnie!!

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    emgoro 05.07.06, 19:54 Odpowiedz
    Rak jajnika to podstępny nowotwór, który często daje objawy, kiedy
    choroba jest
    juz zaawansowana. U Gosi tez były objawy, ale raczej uwidoczniły się
    w ostatnim
    stadium kilka tygodni przed rozponaniem choroby. Występował
    dyskomfort w jamie
    brzusznej i w ostatniej fazie narastanie obwodu brzucha z uwagi na
    postepujące
    wodobrzusze, no i towarzyszący ból przypominający skurcze mieśni lub
    nawet
    podobny do bolów porodowych. Brak apetytu i uczucie najedzenia. W
    przypadku
    Gosi przybieranie masy ciała, co wydaje się niespecyficzne w
    onkologii.

    Przede wszystkim aby ustrzec sie przed postepem nierozpoznanej
    choroby lub
    wykryć nowotwór jajnika we wczesnym stadium nalezy przynajmniej raz
    w roku lub
    nawet dwa razy pójśc do ginekologa i zrobić podstawowe badania
    cytologia,
    markery nowotworowe CA125 i przede wszystkim USG przezpochwowe
    bezwględnie, no
    i oczywiście zwyczajowe badanie ginekologiczne. Każda podejrzana
    zmiana na
    jajnikach powyżej 5cm i nie cofające się mniejsze zmiany pod wpływem
    farmakologii zaleconej przez lekarza powinna skończyć się zabiegiem
    operacyjnym. Dobry radiolog w USG może rozpoznać zmianę mogącą mieć
    charakter
    onkologiczny. Oczywiście, że nalezy być ostroznym w podejmowaniu
    radykalnych
    ingerencji w organizm, ale nie należy lekcewazyć objawów, których
    wcześniej nie
    było lub budzą jakiś niepokój ogólny i nie dają spokoju. Nalezy
    pamiętać, że w
    przypadku obciązenia genetycznego kiedy wystepował w rodzinie rak
    piersi lub
    jajnika powinno sie byc pod bezpośrednia opieka poradni genetycznej,
    gdzie
    wszystkie te badania mozna w odpowiednim czasie wykonać. Nalezy byc
    czujnym, bo
    rak jajnika jest poostrzegany jako cichy zabójca. Pisze, to ku
    przestrodze, by
    w odpowiednim czasie zareagować. Zdarza się, że wymienione objawy są
    często
    szczególnie przez lekarzy rodzinnych rozpoznanwane jako dolegliwości
    gastrologiczne np. nadwrażliwość jelita grubego lub przejedzenie
    się. Bez
    wskazanych badań nie będzie możliwe wstepne postawienie diagnozy, że
    to może
    być rak jajnika. Miłe Panie mam nadzieję, że będziecie
    odpowiedzialne, bo to
    jest bardzo ważne, gdyz życie jest tylko jedno, a zdrowie mozna
    stracić bardzo
    szybko. Rak jajnika najcześciej pojawia się między 40 a 50 rokiem
    życia, ale i
    dotyczy osób o wiele młodszych (Gosia zachorowała jak miała 26 lat),
    jak
    równiez starszych.
    Jestem zbudowany, że taki temat w ogóle powstał.
    pozdrawiam
    Robert

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    kalinosia 05.07.06, 21:29 Odpowiedz
    no cóż, a ja jestem "przypadkiem", który pozkazuje, jak wazna jest
    profilaktyka. Mi nic nie dolegało, kompletnie NIC, po prostu na
    wizycie lekarz
    pobrał mi rutynową cytologię. I dopiero cytologia pokazała, że coś
    się
    dzieje :/. Dzięki Bogu, szczęscie w nieszczęsciu, że to było
    początkowe stadium
    ( w którym to własnie najczęsciej nie ma jeszcze żadnych objawów
    choroby).
    Dlatego tak często apeluję do kobiet, aby robiły to badanie...I tak
    jak
    historia Gosi i moja pokazuje - raki ginekologiczne atakują coraz to
    młodsze
    kobiety :-(. Ja miałam 27 lat (3 lata po operacji jestem). Życzę
    zdrowia -
    agnieszka


    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    ulaw2 06.07.06, 07:46 Odpowiedz

    Profilaktyka jak najbardziej ale ........
    Niestety przypadek mojej mamy(rak szyjki macicy)pokazuje jak ta
    profilaktyka
    wygląda.Cytologia robiona co rok i wszystko okay.Kiedy pojawiły się
    upławy i
    bóle krzyża leczenie objawowe.Bez rezultatu.Pojawiają się
    krwawienia, szpital i
    dalej leczenie w zupełnie innym kierunku.Cały czas robiona jest
    kontrolna
    cytologia która uspakaja lekarzy.Na moją wyraźną sugestię że być
    może to jednak
    coś niedobrego lekarz decyduje się na operację no i wyszło szydło z
    worka.Niestety mamę otworzono i zaszyto bo zmiana była dośc
    duża.Dopiero
    później pobranie wycinków i diagnoza :zaawansowany rak szyjki
    macicy.Pytam więc
    lekarza :cytologia wychodziła dobra a rak zaawansowany?.Niestety tak
    wykonuje
    się u nas cytologię, z oszczędności byle jak i byle czym.
    A nowotwór rósł sobie przez 6 miesięcy pod okiem lekarzy.Niestety
    nie dało się
    zmiany usunąć, radioterapia (paliatywna niestety),jakieś parę
    miesięcy spokoju
    i nawrót (naciek w pochwie),ciężko wywalczona brachyterapia i dalej
    zobaczymy.
    Moja rada: nie ufać bezgranicznie lekarzom bo nawet oni są tylko
    ludźmi i im
    też zdarzają się pomyłki.
    "Uczyć się" choroby aby wiedzieć jak najwięcej, przekonałam się na
    własnej
    skórze że jak się tę wiedzę posiada to inaczej się rozmawia z
    lekarzami, więcej można zdziałać w kwestii leczenia.
  • 18.11.08, 09:29
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    morelka29 06.07.06, 22:38 Odpowiedz
    czesc!!!

    U mnie wszystko zaczelo sie w marcu tego roku! Poszlam do lekarza
    domowego z
    zapaleniem pecherza. Przy okazji pokazalam Pani Doktor "cos" co
    uroslo mi na
    plecach bo nie wiedzialam co o tym myslec! Gdy to zobaczyla chwycila
    za telefon
    i zrobila mi termin u dermatologa. Tam juz Pan Doktor powiedzial ze
    trzeba to
    wyciac i wyslac do badania (dzisiaj mijaja 3 miesiace od wyciecia).
    No i badanie niestety wykazalo ze to czerniak! Dermatolog staral sie
    mnie
    uspokajac ze czerniak byl bardzo maly, bo mial 0,8 mm i jego zdaniem
    nie
    powinno sie wiecej nic zdarzyc! Wszystkie zalecone badania zrobilam
    natychmiast
    i nic nie wykazaly! Ale tego co czulam dowiedziawszy sie o wyniku
    badania nie
    jest w stanie nikt zrozumiec kto tego nie przezyl! To taki wszech-
    ogarniajacy
    strach, czujesz sie jakbys byla w porozni (przynajmniej ja tak
    mialam). Ogarnia
    cie taki bezwlad, nie potrafisz o niczym myslec. Przez pierwsze dni
    chodzilam
    caly czas i plakalam! a najgorzej bylo jak zostalam sama w domu. W
    nocy
    budzilam sie cala spocona a serce chcialo mi z piersi wyskoczyc!
    Na dzien dzisiejszy sobie mysle ze to Bog zeslal mi zapalenie
    pecherza, bo
    gdyby nie to to chodzilabym dalej nieswiadoma zagrozenia a do
    lekarza byloby
    jakos nie po dordze. W tej chorobie kazdy dzien jest wazny. Lekarz
    powiedzial
    mi ze gdybym przyszla 2-3 miesiace pozniej to..............byloby za
    pozno! To
    koszmar! A wszytko wydarzylo sie u mnie akurat w tym momencie jak
    staralismy
    sie z mezem o dziecko..... Takze sami widzicie ze los zsyla nam
    takie
    niespodzianki (i nie tylko takie) w najbardziej niespodziewanym
    momencie zycia!
    Ale zawsze trzeby byc czujnym i nie bac sie isc do lekarza, nawet z
    jakas "pierdolka" ktora nas niepokoi!

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    kizi10 08.07.06, 11:27 Odpowiedz

    u nas nie było żadnej możliwości trafienia nawet przypadkiem na
    rozwijający się
    nowotwór. zaczęłyśmy obserwować tatę na początku września 2004, bo
    trochęinaczej się zachwywał. myślałyśmy, że jest przemęczony -
    własna firma, robota
    12-14 godz dziennie a wrzesień u taty to pełnia sezonu - mało się
    odzywał, a jak
    już to przeważnie był wściekły, poirytowany, obrażał się z byle
    powodu, albo
    spał. dopiero jak odłożył papierosy, bo "zapomniał" że pali, to
    przestraszyłyśmy
    się naprawdę. jakiś rok, czy dwa wcześniej,- nie mogłyśmy sobie
    przypomnieć-
    lekarz podejrzewał u taty zapalenie płuc, a raczej na zdjęciu
    znalazł ślady po
    zapaleniu. czy wtedy był początek ? Bóg jeden raczy wiedzieć. w
    każdym razie to
    był jedyny epizod z płucami. nigdy nie kaszlał, nie przeziębiał się,
    chorował od
    wielu lat na cukrzycę, ale poza tym był zdrowy jak byk. i kiedy
    wreszcie w 2004
    roku udało się nam zapakować tatę do szpitala - a bronił się przed
    tym okropnie,
    nie chciał do psychologa, czy psychiatry, ani do neurologa, ani w
    ogóle do
    nikogo - po dwóch dniach szok- guzy w płucach i mózgu. TYLKO
    przerzuty. do dziś
    nie wiadomo gdzie ognisko pierwotne. najbardziej prawdopodobne były
    płuca, ale z
    histopatologii wyciętego z głowy guza nic nie wynikało. pół roku
    przepuszczali
    go przez każdą dostępną maszynę w bydgoszczy, robili bronchoskopie,
    BAC płuc
    nawet przeleciał przez PETa i nic. nie ma śladu ogniska pierwotnego.
    efekt jest
    taki, że jak podają mu chemię to wpisują na chybił trafił jaki to
    nowotwór - raz
    drobno raz niedrobnokomórkowy płuc, raz guz mózgu, raz nowotwór
    okolic głowy i
    szyi, bo z chemii muszą się rozliczyć dla danej jednostki
    chorobowej. jestem za
    regularnymi badaniami bo można wyłapać wiele patologii, zanim stanie
    się
    najgorsze, niestety uważm, że w wielu przypadkach to nadal rosyjska
    ruletka.
    pozdrawiam wszystkich kaśka

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    gemini09 08.07.06, 17:14 Odpowiedz

    -Styczeń 2004; na przedłużajacy się kaszel lekarz przepisuje mojemu
    tacie
    tabletki do ssania( dobre ubezpieczenie , Chicago).
    - Sierpień 2004 j.w
    - 20 listopad 2004 -po mojej namowie, tato robi RTG pluc ( 40 lat
    palił) i od
    razu diagnoza; rak!
    -24 grudzień 2004 Wigilia- Wiadomość;niedrobnokomórkowy rak płuca
    prawego, 11
    cm, IIIA.
    -między 20 listapada 2004 a 30 marca 2005 ; badania, potwierdzenia,
    chemia
    indukcyjna.
    -31 marzec 2005, dzień po Wielkanocy- usunięcie jednego płata płuca
    prawego i
    szybki powrót do zdrowia. Radość i euforia. Na krótko.
    - 15 sierpień 2005( znowu świeto)- pojedyńczy przerzut w mózgu( w
    móżdzku,
    nieoperacyjny), radość taty, że nie będą go ciąc.
    - Koniec sierpnia 2005; Szpital Uniwersytecki Loyolla w Chicago;
    zastosowali
    Gamma Knife; ponoć rewelacja!
    - Wszystich świętych 2005; kolejne dwa przerzuty w mózgu
    - Styczeń 2006; chemia bezpośrednio do mózgu raz w tygodniu(
    rewelacja, u nas
    ponoć się nie robi),
    - Styczeń- luty 2006 dołączono do chemi naświetlania
    - 27 luty 2006 tato wraca na stałe do Polski po 19 latach na
    emigracji!
    -20 marzec 20006- po 20 dniach pobytu w Polsce tato umiera na
    niedrożność
    jelit.Miał zator kreski,serce wysiadło. Nie obudził się po operacji.
    -8 lipiec 2006 ; cały czas myślę , że zadzwoni i zapyta córciu co
    słychać?. Jak
    przeżyć teraz te wszystkie święta? Tęsknię za nim.Pozdrawiam



  • 18.11.08, 09:29


    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    sandra-31 14.07.06, 15:49 Odpowiedz
    Moja historia trwala 6 dlugich lat.Mama zachorowala na raka jajnika
    w wieku 44 lat.Podobnie jak w przypadku Gosi mamie urosl brzuch(6
    litrow plynu).Od razu wiedzialam co to jest nie musialam czekac na
    diagnoze.Szereg operacji,niezliczona ilosc chemioterapii,wzloty i
    upadki.Potem autoprzeszczep we wroclawskiej klinice
    hematologii.Polepszenie stanu zdrowia na 2 miesiace.Kiedy
    zaproponowali mamie drugi autoprzeszczep nie wyrazila
    zgody.Powiedziala mi wtedy ze go nie przezyje.Od stycznia 2005 roku
    stan zdrowia mamy ulegl na tyle pogorszeniu ze nie mogla jak dotad
    prowadzic normalnego zycia.Ciagle wymiotowala i prawie nic nie
    jadla.Gasla.Zmarla w kwietniu.Po tym wszystkim wiem ze nowotwora sie
    niewyleczy lekarze sami nie wiedza co robic dzialaja na
    zasadzie"metoda prob i bledow",ucza sie.Ta podstepna choroba wygrywa
    niestety pojedynek z czlowiekiem.Od smierci mamy mina niewiele ponad
    rok i cigle czuje jej brak.Byla mloda pelni zycia kobieta.
    Tyle mowy o profilaktyce.tyle przez ten okres poznalam lekarzy i
    zaden nie poinformowal mnie o tym ze powinnam sie badac bo jestem w
    grupie ryzyka zachorowania na nowotwory jajnika i piersi,ze moge
    zrobic badania genetyczne.Nic.Ani slowa.Dobrze ze czlowiek jest sam
    tego swiadom ale ile jest takich ludzi nie wszyscy musza to wiedziec.
    Pozdrawiam
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    kalinosia 14.07.06, 16:00 Odpowiedz
    witaj, bardzo mi przykro z powodu Mamy :( Tak, to okropna choroba,
    nie da się
    ukryć. Ale nie możesz pisać (zwłaszcza na tym forum), że z rakiem
    się nie
    wygra. Bo da się wygrać! Tylko choroba musi być wykryta w I stadium,
    a to jest
    największy problem, bo w tym stadium najczęściej nie ma objawów,
    więc nie wiem,
    że chorujemy i nie idziemy do lekarza(dlatego tak ważna jest
    profilaktyka). TU
    na forum jest wiele osób które wygrały z tą chorobą (np. ja) .Znam
    też wiele
    osób, które wygrały walkę, a miały wykrytą chorobę w stadium
    bardziej
    zaawansowanym. Pozdrawiam Cię ciepło i Wszystkich forumowiczów - aga
    --
    Kobiety trzeba kochać w każdym wieku, zwłaszcza w XXI :-D
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    xprinczix 18.07.06, 23:12 Odpowiedz
    Historia mojej mamy: rok temu postawiono diagnozę - rak płuc
    płaskonabłonkowy-
    gruczołowy i rozpoczęła się walka. Chemia, operacja, naświetlania, a
    do tego
    psychika mamy. Moja mama sie kompletnie załamała. Samotnie
    wychowywała mnie i
    mojego brata więc więź pomiędzy nami jest bardzo silna. Pierwsze
    starcie z
    rakiem wygraliśmy. Operacja miała miejsce rok temu w czerwcu w
    Instytucie
    Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie. Chemia i naświetlania odbyły się
    na Śląsku
    gdzie mieszka moja mama. Moja sytuacja jest utrudniona ponieważ ja
    od kilku lat
    mieszkam w Warszawie więc trasę KCE-WWA-KCE znam na pamięć. RTG
    klatki
    piersiowej podobno już 2 lata temu pokazywał że jest guz na płucu
    ale lekarz
    jakoś tego nie zauważył. Na szczęście mama badała się co roku. Tacy
    sa lekarze,
    nie interesuje ich pacjent tylko pieniądze.
    Teraz czeka nas kolejne starcie. Rak po roku czasu dał przerzut do
    kości.
    Kolejne załamanie i szukanie lekarza onkologa ortopedy, który wskaże
    co robić
    dalej. I znowu pomyłka lekarza. Mama od pół roku skarżyła się na ból
    ręki i
    lekarze leczyli ja na REUMATYZM! Brak mi sił już do lekarzy. Gdyby
    guz był
    wykryty pół roku temu zwiększyłoby to szanse.
    Trzymajcie za moją mamę kciuki i tym razem musi wygrać!

  • 18.11.08, 09:30
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    marta11 18.07.06, 23:48 Odpowiedz
    Twoja Mama napewno wygra. Wierze w to. I moja tez! U mojej wykryto
    raka pluc w
    I stadium. Miala tylko operacje. Jak bylo u Ciebie? Jakie stadium?
    Wiesz u
    mojej Mamy rtg sprzed 2 lat tez okazuje sie pokazywal juz raka.
    Straszne. Jak
    objawil sie przerzut do kosci? Jakie badanie to wykazalo?
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    xprinczix 19.07.06, 11:59 Odpowiedz
    Hey,
    u mojej may było niestety stadium IIIA. Ostatni moment żeby
    przeprowadzić
    operację.
    Teraz przerzut w kości i potforny ból ręki. Mama od stycznia
    odczuwała bóle tej
    reki i chodziła od lekarza do lekarza. Wszyscy stwierdzali że nie ma
    sie czym
    niepokoić bo są to wyłacznie sprawy reumatologiczne. Aż do czerwca
    kiedy
    znalazł się lekarz który natychmiast skierował mamę do Centrum
    Onkologii i tak
    się zaczęło. Badania tylko potwierdziły że jest to guz z naciekiem.
    Zastosowali
    leczenie paliatywne, a ja wiem że to leczenie tylko zmniejszajace
    ból. Dlatego
    szukam innej drogi. Byłam w Centrum Onkologii w Warszawie. Obecnie
    poszukuję
    jakiegoś specjalisty ortopedy onkologa. Może znasz kogoś takiego? A
    gdzie mama
    się leczy?
    Pozdrawiam
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    marta11 19.07.06, 22:08 Odpowiedz
    Hej Xprinczix,
    Niestety nie znam zadnego lekarza onkologa ortopedy. Mama chodzi co
    3 miesiace
    do lekarza w Instytucie Gruzlicy i Chorob Pluc w Warszawie. Tam tez
    byla
    operowana. Martwie sie bo Mama uskrza sie ostatnio na bole reki i
    nogi prawej.
    Operacja byla w styczniu, mowia ze ma prawo bolec. Mama ma teorie,
    ze boli ja
    to od czasu biopsji raczej, ze naruszyli jej jakis nerw. Wolalabym
    jednak
    sprawdzic czy to nie przerzut, ile kosztuje takie badanie by to
    sprawdzic?
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    dorotkabp 08.08.07, 11:08 Odpowiedz
    natychmiast polecam scyntygrafię kości. Badanie można bezpłatnie
    zrobić ze skierowaniem lub odpłtanie za ok 200 PLN.

    Jeśli masz pytania dorotkabp@o2.pl gg 311 98 00

    Ściskam
  • 18.11.08, 09:32
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    ania_bania76 19.07.06, 12:27 Odpowiedz
    W 2004 r. mój Tato, nie odchudzając się, gwałtownie schudł ok. 25
    kg. O
    lekarzach nie chciał słyszeć, twierdził, że nic Mu nie jest (zawsze
    uparty). W
    grudniu 2004 miał krwotok z odbytu. Lekarze w szpitalu stwierdzili
    uchyłkowatość
    jelita grubego. My z mamą i bratem przeczuwaliśmy, że to może być
    rak. Tato
    wyszedł ze szpitala, dalej twierdząc, że nic Mu nie jest. Nasze
    tłumaczenia i
    błagania, żeby poszedł do innego lekarza, nie pomagały.
    Któregoś dnia nie wytrzymałam, bo nie mogłam patrzeć, jak niknie w
    oczach i
    zrobiłam Mu straszną awanturę. Nawrzeszczalam, że zachowuje się
    nieodpowiedzialnie, że chyba już Mu na nas nie zależy, że nas chyba
    nie kocha,
    że nie myśli o mamie (mama po opercji na by-passy, chora na
    nadciśnienie).
    Zglosił się do szpitala, gdzie bad. hist-potol jelita grubego
    wykazało nowotwór
    II stopnia zaawansowania. Przeszedł pomyślnie operację, obyło się
    bez stomii,
    ale raczysko zaatakowalo przeponę i śledzionę. Wszystko wycięli, pod
    wzgl.
    chirurgicznym był czysty.
    Po operacji, mama Go podtuczyla, miał apetyt, czuł się bardzo
    dobrze.
    Zalecono jednak konsultację z onkologiem, który zalecił półroczną
    serię
    profilaktycznej chemii. Po każdej serii, Tato mówił, że drętwieją Mu
    opuszki
    palców prawej ręki. Ponadto, kulal na prawa nogę, ale my myśleliśmy,
    że to
    choroba dziedziczna, na którą zapadali mężczyźni w Taty rodzinie.
    W listopadzie 2005 skończyliśmy chemię, wyniki badań były dobre
    (!!!). W grudniu
    powiększał się niedowład prawej strony ciała.
    Od stycznia znów szpital i diagnoza: przerzut do mózgu,
    nieoperacyjny.
    Radioterapia miejscowa - zero skuteczności, potem naświetlanie całej
    głowy - też
    nie zatrzymało.
    Świństwo rośnie i zabiera mi ukochanego Tatę! Ale to odbywa się
    takimi etapami
    pogarszania zdrowia, jakby ktoś (Bóg?) chciał nas stopniowo
    przygotować na
    najgorsze.
    Teraz Tato jest w domu, pod opieką hospicjum domowego. Jesteśmy z
    Nim cały czas.
    Od 4 tyg. nie je, nie pije, jest na zastrzykach p-bólowych i
    kroplówkach, bo ma
    juz zaatakowane węzły chłonne (dlataego nie może przełykać; a
    słyszymy, jak
    burczu Mu w brzuchu z głodu!).
    Tato gaśnie, bardzo przy tym cierpiąc i mając świadomość całej
    sytuacji, kontakt
    z Nim zanika...
    Miesiąc temu odwołałam swój ślub, który był przyspieszony z
    października na
    sierpień, bo miał pomóc Tacie zapomnieć o chorobie i zaangażować Go w
    przygotowania. Myśleliśmy, że zdążymy. Nie wiedzieliśmy, że to
    będzie tak
    gwałtownie postępować.
    Nie zdążyliśmy, przegrywamy... :(
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    jakema1984 21.07.06, 11:23 Odpowiedz
    Mama prawie cale życie palila. Jej praca byla "na siedzaco", z
    materialami, wiec
    mnostwo pylkow (czesto syntetycznych). Pracodawca, aby bylo
    szybciej, przysylal
    do swojecgo zakladu lekarza med.pracy, tkory pracownikom mierzyl
    cisnienie i
    ewentualnie ich osluchiwal, po czym podpisywal, iz badania okresowe
    zostaly
    wykonane. Zadnych zdjec RTg przez kilka lat. Podczas jesiennych
    porzadkow w
    ogrodzie cos mamie strzyknelo w plecach i od tego momentu sie
    zaczela nasz
    kontakt z lekarzami. Lek. pierwszego kontaktu przez szereg miesiecy
    przepisywal
    mamie przerozne srodki przeciwbolowe, ale zadne nie dzialaly. Bol
    plecow, a
    raczej jakby lopatki nadal byl. Byly wizyty u znanego ortopedy i
    zdjecia rtg
    lopatki, ale nic nie wykazywaly. Teoretcznie mama byla zdrowa. W
    maju lek.
    rodzinny skierowal na przeswietlenie pluc i usg jamy brzusznej.
    Postawiono
    diagnoze- nowotwor pluca. Nastepnego dnia mama trafila do szpitala i
    tam po 3
    dniach zmarla. Do dzis czuje sie winna, ze moglam cos zrobic...

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    magdusiek2 23.07.06, 17:32 Odpowiedz

    kilka zdań o moim tacie i badaniach przesiewowych.
    na 50 urodziny "zafundował" sobie badanie poziomu PSA (badanie z
    krwi, marker
    specyfczny dla gruczołu krokowego), wynik był nieznacznie powyżej
    normy. dzięki
    moim namowom i uporowi urologa z przychodni rejonowej (!)doszło do
    wykonania
    biopsji prostaty i rozpoznania choroby nowotworowej. Dodam tylko, że
    u taty nie
    było żadnych objawów powiększenia prostaty. 3 miesiące później
    operacja. teraz
    mija już trzeci rok- tata czuje się dobrze (odpukać ;-), badania
    kontrolne- bez
    zarzutu. ufam, że tak już pozostanie.

    wnioski? kazdy lekarz POZ ma OBOWIĄZEK i możliwości kierować
    pacjentów na
    zalecane badania przesiewowe (czyli obowiązkowe dla WSZYSTKICH
    pacjentów,
    zdrowych, bez zadnych objawów.Badania przesiewowe mają na celu
    wykrycie
    nowotworu we wczesnej fazie, kiedy nie daje jeszcze objawów, a
    wiadomo, że w
    danej populacji, grupie wiekowej zdarza się częściej)
    dla mężczyzny po 50 r.ż oznacza to raz w roku badanie PSA oraz
    badanie per
    rectum. dla wszystkich po 50r.ż, nawet zupełnie zdrowych oznacza to
    również
    kolonoskopię, czyli badanie jelita grubego. no i oczywiście
    cytologia i
    mammografia dla kobiet. Przypominajcie o tych badaniach swoim
    lekarzom,
    lekarzom waszych rodziców. naprawdę warto!!!


  • 18.11.08, 09:33
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    kwiecinska 07.08.06, 21:35 Odpowiedz
    Historia Mojej Mamy.
    5 lat wcześniej :
    bóle w klatce piersiowej. Badania, diagnoza : skrzywienie kregoslupa
    na odcinku
    szyjnym, leczenie : operacja........
    Mama nie zdecydowala sie na operacje.
    Kolejne lata : te same bole, lekarze mówią : proszę chodzic na
    basen, ćwiczyć,
    moze operacja szyi nie bedzie potrzebna.. Mama ćwiczy, plywa, dba o
    siebie.
    Mijają kolejne lata.. Bole nasilają się..
    Boli na tyle, ze lekarze przepisują ketonal, nie kierujac na zadne
    inne
    badania.. diagnoza wciaz taka sama - kregoslup...
    Zeszly rok , wakacje - mama na skraju wyczerpania trafia do
    szpitala, wymioty,
    nudnosci, omdlenia.. Diagnoza lekarzy : wrzód żołądka..
    diagnoza po 3 tygodniach : Rak zolądka najbardziej niebezpieczne
    stadium.
    2 tygodnie pozniej Mama jest juz po operacji - calkowite wyciecie
    zoladka,
    wszystkich wezlow chlonnych w jego okolicy oraz sledziony i czesci
    trzustki
    (byly nacieki).
    Zmeczona, ale szzesliwa, ze najgorsze juz za nia - Mama wraca do
    siebie.
    PO odebraniu badan wycietego gada - lekarze kierują mame na
    onkologie celem
    leczenia chemia. Mama trafia na oddzial, po trzech dniach wychodzi -
    lekarze
    stwierdzaja, ze chemia niepotrzebna, ze Mama czuje sie swietnie, nie
    ma zadnych
    innych obaw. Mama przyjezdza na badania kontrolne. Na drugich (po 5
    miesiacach)
    lekarz kieruje na TK i USG bo Mame boli brzuch. Badania niczego nie
    wykazują.
    Lekarz twierdzi, ze wszystko w porzadku, ale na owe bole przepisuje
    plastry z
    morfina....
    Miesiac pozniej - Mama trafia do szpitala, wymioty, silne bole
    brzucha,
    omdlenia itd.
    Dwa dni pozniej zostaje jej podana juz chemia. Lekarz stwierdza
    rozsiew choroby
    w otrzewnej..
    (kika miesiecy po pierwszej chemii wpada mi w rece wypis ze szpitala
    po
    pierwszej chemii - " zastosowano leczenie paliatywne chemią"... jak
    dobrze, że
    Mama tego nie czytala..
    Kolejne chemie, stan bardzo zly. Po trzeciej - zauwazamy rosnacy
    brzuch.
    Problemy z oddychaniem, wlasciwie ze wszystim.
    Trafiamy do szpitala w Wielki piatek - lekarz patrzy na Mame, potem
    smutnym
    wzrokiem patrzy na mnie. Spuszcza chlonke z brzucha. Mowi mamie,
    zeby duzo
    odpoczywala. Zeby nie przyjezdzala na kolejną chemie, zeby sie
    relaksowala i o
    nic nie martwila..
    Nastepnego dnia rano - lekarz na korytarzu w ciagu dwoch sekund
    informuje mnie,
    ze to juz koniec, zeby przygotowac sie na najgorsze. Pytam ile to
    moze potrwac -
    odpowiada, ze nie wie..
    Dostaję wypis ze szpiatala, zabieram go i wybiegam z sali z placzem.
    Mama mija
    mnie w drzwiach. Wracam po kilku minutach, Mama spokojnie siedzi na
    lozku,
    bierze wypis i czyta. Mowi do mnie : nie martw sie, jeszcze nigdzie
    sie nei
    wybieram..
    Po kilku dniach Mama trafia do szpitala (tym razem w miejscu
    zamieszkania)
    spuscic ponownie chlonke. Zostaje tam juz do konca. Czuwamy przy jej
    lozku do
    konca. Umiera 1.5 tygodnia pozniej, 2 tygodnie po swietach.
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    emagda 08.08.06, 12:45 Odpowiedz
    6 XII 1999r. jestem na V roku. 3 lata wcześniej wyszłam za mąż i
    wyjechałam 300
    km od cały czas najważniejszej osoby w moim życiu Mamusi. Jak co
    tydzień
    dzwonię do niej żeby powiedzieć, że od stycznia zaczynam pracę na
    Uczelni (ale
    się ucieszy. Dowiaduję się, że była u lekarza bo boli ją brzuch i
    jakby się
    powiększał.Jestem zaniepokojona, ale jeszcze niczego się nie
    domyślam, mama
    też.Badanie USG nic nie wykazuje, być może jakieś kamienie w
    woreczku żółciowym-
    nie potwierdza się nadal szukają, wreszcie trafia do ginekologa USG
    niby nic.
    Znajoma daje adres prof. mama jedzie (jadę do mamy,prof. dał warunek
    (1,5 tys.)
    szukamy pieniędzy aby mogła mieć operację )15 XII operacja - rak
    jajnika III z
    siecią na narządach wewnętrznych i naciekami, otworzyli, wylali płyn
    i zaszyli.
    Pan prof. nie wie czy jest sens podawać chemię ale ze względu na
    wiek mamy 46
    lat podaje PAC. Mama czuje się świetnie nie miała żadnych objawów
    poza
    opisanymi wcześniej. Wysłała mnie na wywiad do prof. i teraz czeka
    na sali na
    wiadomości. Jak mam jej powiedzieć i co? Proszę prof. żeby nie mówił
    mamie
    prawdy, żeby powiedział że usunłą większą część nowotworu i dla
    rozbicia reszty
    daje chemię. Zgadza się. Idę do mamy mówię co uzgodniliśmy z
    lekarzem, mama
    nie płacze jest uśmiechnięta (ja też) obecuje mi że będzie walczyć
    jak lew i
    się nie podda będzie walczyć jak lew. Pierwsza chemia mama znosi
    jakby dostała
    witaminy, nie zdaje sobie sprawy z poważnego stanu, ja chyba też nie
    wierzę w
    to co powiedział lekarz, mama czuje się świetnie, bardzo dobrze
    (zresztą jak
    zwykle) wygląda, mimo rany pooperacyjnej przygorowuje wigilię dla
    całej rodziny
    (mnie do kuchni nie dopuszcza). Pierwszy kryzys - wypadają włosy.
    Niestety
    muszę wracać na uczelnię. Dzwonię codziennie, kolejne chemie - nadal
    bardzo
    dobre samopoczucie (niewielkie nudności pierwszego dnia po podaniu.
    I tak do
    kwietnia, badania b. dobre, prof. decyduje się na drugą operaję - i
    euforia gdy
    z nim rozmawiam mówi, że gdyby nie operował za pierwszym razem by
    nie uwierzył
    makroskopowo nie ma śladu po raku, wycinają macicę z przydatkami.
    Mikroskopowo
    pojedyncze komórki rakowe. Walczymy o podanie wtedy nowej chemii
    taksol. (Walka
    polega na zbieraniu odpowiedniej sumy dla prof. po jego sugestii).
    Nic to mama
    żyje i ma szansę. Bieże cylk chemiimarkery CA-125 spada z
    kilkutysięcznej
    wartości do 3. Jestem taka szczęśliwa , minął rok a miały nie minąć
    nawet
    miesiąc, co miesiąc badania wszystko OK, są wakacje jadę do mamy
    cieszymy się
    piecze pyszne ciasta, wspaniale gotuje, gadamy, gadamy,gadamy.
    Wrzesień wracam
    do pracy, okazuje się że jestem w ciąży, cudowna wiadomość mama w
    skowronkach,
    dzwonię co tydzień badania OK, snujemy plany. Mam termin porodu na
    maj mama ma
    przyjechać do mnie, po macierzyńskim będzie zajmowała się dzieckiem,
    żebym
    mogła wrócić do pracy. Choroba wydaje nam się tylko snem. W kwietniu
    na
    badaniach wzrosły markery Ca 125. Mama nic mi nie mówi, żeby mnie
    nie
    denerwować. 6 maj jadę na porodówkę, mama ma ślicznego wnuczka i
    wtedy
    dowiaduję się że nie przyjedzie do mnie, bo idzie do szpitala, że
    rosną
    markery. Lekarze decydują o podaniu chemii w tabletkach (chyba
    Vepesid).
    Wracają czarne myśli... mama przyjeżdża do mnie na kilka dni, czuje
    się dobrze.
    Bierze tabletki, ale markery nadal rosną lekarze nic nie robią
    (dziś, kiedy
    mamy już nie ma pytam dlaczego) ma łykać dalej, mijają dwa kolejne
    miesiące
    markery nadal rosną robimy kolejną składkę dla prof. prosząc o inną
    chemię - po
    motywacji dostaje. Niestety jest już za późno, tato dzwoni, żebym
    przyjechała,bo mama słabnie. Biorę 10-miesięcznego malucha i jadę.
    Mama nie
    może utrzymać łyżki - tomograf przerzut do mózgu - nieoperacyjny.
    Bardzo ludzki
    lekarz mówi mamie że to nie koniec, podaje leki antyobrzękowe i
    niedowład
    ustępuje. Mama jest pełna nadziei, że jeszcze może się udać, jedzie
    na kolejną
    chemię i wraca, nie dostała mówi mi że już ją skreślili, nie rokuje.
    Nadzieja
    gaśnie, zostaję w domu do końca, gasła kilka miesięcy do 6 VII 2002
    (ale to
    oddzielna historia)
    Bardzo tęsknię za TOBĄ MAMUSIU
  • 18.11.08, 09:34

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    malgosiader 17.08.06, 21:16 Odpowiedz
    Witam, jestem na tym forum od tygodnia, dopiero niestety....
    Chciałabym przedstawić historię mojej Mamusi.
    Poczatek kwietnia 2005 moja Mama wyczuwa na piersi guzka. Zgłasza
    się do
    lekarza rodzinnego. Ten nie każe Jej czekać. Umawia Ją na wizytę u
    swojego
    kolegi- ginekologa. Trafia tam w maju 2005. Na poczatku leczenie
    antybioteykiem
    przez dwa tygodnie. Potem kontrola, na którą miała zabrać piżamkę,
    bo możez być
    tak, że zostanie w szpitalu. 29 czerwiec 2005 - dzień Jej 55
    urodzin. Jedzie do
    kontroli z piżamką. Na miescu dowiaduje się, że przybrało to taki
    kształt, że
    ma sie natychmiast zgłośić na onkologii. 30 czerwiec 2005, dzień Jej
    imienin.
    Chyba najgorszy w jej życiu. Po biopsji dowiaduje sie, że ma raka i
    że trzeba
    amputować pierś. Boże, jak Ona wtedy płakała, na chodniku. Jedyne co
    mogłam Jej
    obiecać, że Jej nie zostawię i że będziemy walczyć dalej. 01 lipca
    2005
    pierwsza chemia. W międzyczasie staram się załatwić jej jakiegoś
    lekarza,
    który zaopiekuje sie nami. Mamusia ma robiony tomograf płuc i
    scyntygraf
    kości. Ja juz wiem, że na stół operacynjy nie trafi, bo są przerzuty
    do płuc i
    kości. Ona o tym nie wie i dalej walczy o siebie. O byt z nami, ze
    swoją
    rodziną. Lekarze mówią mi tylko opieka paliatywna, nic innego nie
    możemy
    zaoferować. Ja to wszystko chowam przed Nią. Ona wie, że nie może
    miec
    operacji, bo sa czopy na płucach, które muszą zniknąć, żeby można
    było
    cokolwiek zrobić. Ja wiem , że to już kwestia kilka miesięcy. W
    lispotadzie po
    8 chemiach i czterech (o,ile dobrze pamiętam) naświetlaniach
    lampami, organizm
    mojej Mamusi mówi dość. Mamusia z wymiotami i biegunką trafia na
    oddział
    wewnętrzny szpitala najbliżej położonego. Tam traktują Ją jak gdyby
    przyjechała
    z jakąś choroba tropikalną. Nikt nic nie wie. Ordynator podczas
    wizyty omija
    Jej pokój duuużym łukiem. W nocy z soboty na niedzielę leukocyty tak
    spadły,
    że na sygnale w nocy przewożą Ją karetką do Wojew. Szpitala.
    Onkolgicznego. Tam
    już ma fachową opiekę. Podkurowana wraca do domu. I jest ok. do
    stycznia 2006.
    W grudzniu w Sywlestra składamy sobie życzenia, żę damy mu radę i
    zwyciężymy
    go. W Dzień Babci jest u nas bardzo wesoło. Moja Mamusia bawi się
    dobrze. Pod
    koniec stycznia zaczyna czuć bezwład w nodze. Szybko telefon.
    Trafiamy do
    szpitala. My myślimy, że podadzą Jej tylko kroplówkę i wróci o
    własnych siłach.
    Rzeczywistość okazuje się gorsza. Moja Mamusia traci czucie w
    obydwóch nogach,
    aż do pasa. Tydzień jest w szpitalu. Pomomo protestów lekarzy i
    pielęgniarek i
    pukania się w głowę podejmujemy decyzję, że zabieramy Ją do domu.
    Lekarze
    staszą nas dusznościami, padaczkami ( w międzyczasie tomogaf głowy
    wykazał, że
    są przerzuty do głowy). My jesteśmy innego zdania, jest nas trzech -
    ja , Tatko
    i moja siostra. Jakoś damy radę. Ona na to nie zasłużyła, żeby
    resztę swoich
    dni przerzyć z daleka od swoich bliskich. Od swoich ukochanych
    wnuków, które
    dla Niej były całym światem. 02 lutego 2006 zabieramy Ją do domu. W
    międzyczasie jeżdżę jak wiariatka 100 km. dalej z Jej zdjęciem,
    zamawiam zioła
    z Peru, śćiągam bioenergoterapeutę do domu (płacoąc mu bajońskie
    stawki). Ja,
    osoba bardzo nowoczesna, która zawsze wierzyła w naukę i niechciała
    słyszeć o
    innym sposobie leczenia. Po tym jak usłyszałam od leakrzy "proszę
    Mamy już nie
    przywozić, to jest kwestia tygodni. My już wszystko zrobiliśmy co
    się dało",
    zaczynam wierzyc w różne rzeczy. Kupuję sobie nadzieję. Mama jednak
    codziennie
    po trochu odchodzi. Coraz więcej śpi. Tracimy z Nią kontakt. To już
    nie jest
    nasza energiczna Mamusia, to jest bardzo schorowany człowiek, który
    ma spanie
    na zawołanioe (efekt przrzutów do mózgu). 27 lutego jeszcze zamawia
    Biblię dla
    mojego dziecka na Komunię. 04 marca 2006 odchodzi we śnie. Wszyscy,
    którzy Ją
    kochali najbardziej są przy Niej. Tato trzyma Ją za rękę, za drugą
    Jej siostra.
    Ja z moją siostra stoimy obok. Moja Mamusia jest już ze swoimi
    rodzicami. Boże
    jak to boli, dzisiaj jeszcze. Dlaczego Ona o siebnie nie dbała?
    Dlaczego nie
    robiła mammografii, tak jak Jej koleżanki? Przecież ten guz można
    było znależć
    wcześniej. Dlaczego ja Jej nigdy nie zmobilizowałam do tego żeby
    zadbała o
    siebie. My zawsze byliśmy najważniejsi, Ona w tle, bo przecież Ona
    nie ma czasu
    chorować, bo jest tyle rzeczy do zrobienia.
    Badajcie sie wszyscy, to jest podstawa. PROFILAKTYKA, PROFILAKTYKA.
    Niech inni
    przewracają oczami, lepiej pięć razy usłyszeć, że jest wszstko ok.
    niż raz, że
    jest za późo.
    Wierzcie mi, wiem coś na ten temat.
    Mojej Mamie nic już życia nie wróci... jak to noli, dlaczego my o
    Nią nie
    zadbaliśmy tak jak Ona o nas dbała?

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    ila222 18.08.06, 01:31 Odpowiedz
    Czytam... i strasznie wzrusza mnie każda historia.
    Niestety ja też mam jedną do opowiedzenia...
    Moja Mamusia żyje, ale... już niedługo.
    Czerniak złośliwy bez ogniska pierwotnego.
    Nic bardziej potwornego! W takim przypadku nie ważne ile robisz
    badań w życiu,
    ile chodzisz do lekarza ile czytasz o chorobach. Tutaj nic nie ma
    znaczenia, bo
    ta choroba jest nie do przewidzenia. Nie daje pierwszych oznak.
    Zaczyna się od
    przerzutów. I tak właśnie było. Guzek pod pachą, nigdy do głowy mi
    nie przyszło
    że mama może mieć raka. Przecież chodziła do lekarzy, nie
    zaniedbywała się. Tak
    myślałam gdy czekaliśmy na wynik biopsji. Rzeczywistość okazała się
    tak
    okrytna... Leekarze mówili że bedzie ok. Ale tak naprawdę od samego
    początku
    nie można było nic zrobić. Teraz Mamausia jest na chemii. Nie wiem
    czy jutro
    dostanie kolejną. Jest w bardzo kiepskim stanie. Tak bardzo schudła,
    nic nie
    chce jeść, nie chce już rozmawiac, ona juz nic nie chce. A ja chce
    już chyba
    żeby to wszystko się skończyło. To takie okrutne, wstyd mi takich
    myśli ale tak
    będzie już lepiej. Ona cierpi, każdy dzień jest coraz gorszy,
    marnieje i znika
    nam z oczu i to na naszych oczach. Umiera nam każdego dnia po
    troszku. I nic
    nie możemy zrobić. Myślę o tym jak to będzie gdy już jej nie
    będzie.. Nie
    potrafię sobie tego wyobrazić. Moja Mamusia niedawno została babcią,
    miała iść
    na emeryturę. Wszystko miało być tak pięknie. Ale nie będzie. Jej
    też nie
    będzie.
    Ale kiedyś się z nią spotkam.
    ilona

  • 18.11.08, 09:35
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    karioka111 21.08.06, 18:32 Odpowiedz

    Jestem na forum dziś pierwszy raz , siedzę czytam te wszystki
    historie i łzy
    ciurkiem kapią mi po brodzie. W zeszłym roku mój tato zaczął
    stopniowo tracic
    słuch w jednym uchu ,potem pojawiła się w gardle biała narośl coś w
    rodzaju
    czopów.Po namowach zdecydował się pójśc do laryngologa, i tam po
    pierwszych
    oględzinach bez jakich kolwiek badań powiedziano mu że to
    prawdopodobnie
    nowotwór nosogardła, badania i wycinek wszystko potwierdziły -
    nowotwór złosliwy...
    Pierwszym etapem leczenia było naświetlanie i chemia jednocześnie co
    tato bardzo
    zle znosił, dużo schudł ( teraz wazy 50kg/182cm) Leczenie zakończono
    pomyślnie
    powiedziano nam ze na tomografie guz zniknął całkowicie kazano
    przyjechac za
    dwa miesiące do kontroli .Jednak po miesiąću pojawiły się mocne bóle
    głowy

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    karioka111 21.08.06, 18:50 Odpowiedz

    cdn. Okazało sie że lekarz zle odczytał tomograf guz nie zniknął
    całkiem i przez
    ten miesiąc znowu się odrósł, potem była brachoterapia która nic nie
    pomogła i
    znowu chemia. A wczoraj powiedziano mi że chemia podawana była
    bardziej
    paliatywnie niż leczniczo i że mój Tatuś nie ma szans na wyleczenie
    i że to
    kwestia czasu. Powiedziałam Mu ze chwilowo wstrzymali chemię zeby
    nabrał sił a
    On mi wierzy jest słaby ,lezy ale wierzy że będzie zył ....
    A ja nie wiem ,odkąd mi powiezdieli nie mogę sie sama pozbierać,
    przy nim
    próbuje być silna i się usmiecham
    To okropne uczucie patrzyć jak ktoś bliski cierpi , gaśnie a my
    jestesmy
    bezradni. Kilka lat temu odeszła moja Mamusia też w cierpieniu teraz
    odchodzi
    Tata...

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    malgosiader 22.08.06, 08:26 Odpowiedz

    Bardzo Ci współczuję.
    Jak ja to znam..., ja też usłyszałam od lekarzy "nie ma szans, to
    kwestia
    tygodni, no może miesięcy, ale nie lat". Ale mimo wszystko walczyłam
    do końca,
    a ze mną moja Mamusia, która (co spotkało się z wielką krytyka u
    lekarzy) nie
    wiedziała jak jest z Nia krytycznie. Oni uważali, że pacjent
    powinien być
    świadomy swego stanu, a ja nawet teraz po pieciu miesiącach od Mamy
    śmierci nie
    żałuję, że tak postapiłam.
    Bądź dzielna Kochana,
    Małgosia

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    karioka111 22.08.06, 19:33 Odpowiedz
    Bardzo Ci dziękuje za te kilka słów, to bardzo trudne powiedziec
    bliskiej osobie
    że umiera tym bardziej ze ja sama jeszcze w to nie wierze. Dzis Tata
    poczuł się
    lepiej zjadł pierwzszy raz od jakiegoś czasu normalne śniadanie ,
    nawet żartował
    i się usmiechał, mówi że nabiera sił do walki. W tych smutnych
    chwilach to taki
    promyk nadziei. Bardzo CI współczuje z powodu smierci Mamy jedyne
    pocieszenie że
    już nie boli . Moja Mama zmarła osiem lat temu miała poważną wade
    serca długo
    chorowała zmarła przy nas z grymasem bólu i cierpienia na twarzy,
    ten obraz będe
    miała przed oczami do końca zycia Ale staram się ją pamiętań jak się
    usmiechała,
    żartowała , nasze wspólne rozmowy i przekomarzania i wtedy tak nie
    boli
    Pozdrawiam Cie bardzo mocno

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    brightfuture 22.08.06, 09:06 Odpowiedz
    Jako osoba obciążona genetycznie skłonnością do nowotworu piersi
    zostałam
    skierowana do doskonałej specjalistki ginekologa-onkologa!!!. Byłam
    jej
    pacjentką przez ponad 10 lat, zazwyczaj dwa razy w roku
    (cytologia+badanie
    piersi). W listopadzie 2001 wyczułam zgrubienie w piersi, które nie
    zniknęło po
    okresie, poszłam więc do mojej specjalistki. Orzekła, że to nic
    groźnego, ale
    na wszelki wypadek trzeba zrobić USG u równie wybitnego specjalisty.
    Po
    tygodniu, z rozpoznaniem USG "zgrubienie w wyniku zmian
    hormonalnych" ląduję
    ponownie u ginekologa. Diagnoza: okłady piersi, a jeśli po dwóch
    miesiącach (!)
    nie będzie poprawy, trzeba zrobić badania hormonalne. Wytrzymałam
    miesiąc,
    zrobiłam badania, które nie wykazały odchyleń od normy i wtedy
    dopiero dostałam
    skierowanie do onkologa. Trafił mi się najlepszy specjalista pod
    słońcem. Słów,
    które wywrzeszczał pod adresem swoich kolegów po fachu, czytając
    rozpoznanie
    nie powtórzę, bo się nie nadają do druku. Po 3 dniach miałam
    zrobioną biopsję,
    wynik był oczywisty (rak złośliwy), po tygodniu pierwsza chemia,
    potem następne
    cztery, operacja, następne chemie, radioterapia - czyli dokładnie
    według
    zapowiedzi lekarza. Natomiast "moja" pani "specjalistka" zapytała
    mniej więcej
    po roku przez osobę trzecią(!), czy nie mam do niej pretensji...
    Podejrzewam,
    że bała się sprawy sądowej i zaszargania reputacji. Wtedy nie miałam
    do tego
    głowy, a teraz tym bardziej - już mi się nie chce wracać do tamtych
    chwil. W
    każdym razie minęły już cztery lata od operacji, czuję się bardzo
    dobrze, na
    kontrole chodzę już tylko raz do roku (od dwóch lat), co mnie
    ogromnie cieszy.
    Mój apel: nie dajcie się zwodzić, jeśli coś Was niepokoi, pytajcie,
    konsultujcie, bądźcie namolni - to w końcu Wasze zdrowie i życie.

  • 18.11.08, 09:36
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    ka_s_ka1 26.08.06, 09:25 Odpowiedz
    Witajcie
    i ja chce opowiedziec naszą historię z walki z nowotworem .Choc to
    nie była
    walka bo od dnia postawienia diagnozy stalismy na przegranej pozycji.
    I jeszcze jedno taka mało istotna informacja ,taka sobie malo
    znacząca pracuje
    w służbie zdrowia a na dodatek aby było ................ zwiazana
    byłam z
    onkologią. powinnam byc w tym temacie madra,otrzaskana,wiedziec
    wiele i byc
    przewidualna osoba bo jak inaczej O Boże .
    A jednak okazało sie ,żem durna ,niedouczona,i powinam iśc do
    diabła,.Teraz
    moje życie jest tylko cieniem,taki robot ,który robi to co musi a i
    czasem tego
    nie robie .........
    Od kilku lat mój mąz skarżyl sie na bóle w okolicy pępka i w tym
    miejscu miał
    wypuklenie to przepuklina pepkowa bo podczas wysiłku Go bolało, fakt
    nieraz
    mówiłam ,prosiłam idz do chirurga ,zoperuje i będzie spokój,ale on
    nie
    chciał.mam do siebie ogromny żal ,powinam Go wziąśc za szmaty i
    zaprowadzić do
    lekarza .......to trwało nawet z 10 lat. Czasem mówiłam choc a on
    nie ,poprostu
    bał sie albo za mało naciskałam .napewno na nowotwór miało wiele
    istotnych
    przyczyn ,jednym z nich jest stres,złe odżywiane,palenie zły tryb
    życia,uaktywnienie komórek nowotworowych i takie tam inne ble ble i
    cholera
    wie co jeszcze
    pamietam jak ktos w jego rodzinie mial problemy z trzustką (jaki
    mały
    guz),przerażona ta informacją wiedziałam ,że smierć ja capnie.Dużo
    wiedziałam
    na ten temat.
    Ale los ,okazał sie okrutny,to mój mąż odszedł z tego powodu choć na
    diagnozie
    pisało ,ze nowotwór z przerzutami prawdobnie pochodzi od trzustki.Od
    wielu lat
    mój ukochany mąz nie mógl znaleśc pracy ,czasem pracował dorywczo
    albo na
    czarno ,wiadomo prywaciarze nie chcieli rejestrowac bo ZUZ szkoda im
    było
    forsy.często skarżyl sie na ból w tej okolicy zwłaszcza po wysiłku
    ale do
    lekarza nie chciał iść.......byl czas ,że miał kłopoty z sercem i
    zaciągłam go
    na siłe do kardiologa,udało mi sie ,byl badany ,rozbierał sie i
    widac było tą
    przepukline ale dr. popatrzył i nic (i to tak jest doktory badaja
    serce a
    resztę maja w dupie)sorry.w czerwcu roku 2005 dostał prace i jaki on
    był
    szczęsliwy, i jakie miał plany ... a ja jemu je
    zburzyłammmmmmmmmmm ,
    zdeptałam,wysadziłam jego prace bombą.
    A dlaczego / bo pomyslałam ,że wreszcie musze cos zrobić,bo za
    czesto sie
    skarży na bóle i ,że dośc mam jego nie pojde....
    No i sie zaczęło a własciwie sie skończyło.było USg i TK i tam juz
    był wyrok
    :((((mam do siebie wstręt ,że za mało naciskałam ,że czułam sie
    wygodna jak on
    wcześnie chodził spac,o ja w tym czasie mogłam robic inne
    rzeczy,fakt czasem
    nieraz myslałam dlaczego ?Do czasu pobrania wycinka on byl
    sprawny ,aktywny,żywotny ,wesoły, no i pracujący wreszcie,jaki on
    był
    szczęśliwy łomatko.Do wycinka rozcieli jego brzuch a miała byc tylko
    laparoskopia........a było to koncem lipca 2005 i od tego dnia nie
    wrócil juz
    do dawnego "zdrowia",chudł , marmiał,a na jego licu zero uśmiechu .
    Oskarżał mnie ,że ............................. ale wiecej nie
    napiszę.
    Potem chemia paliatywna, durna ,niepotrzebna dieta, badanie lekarzy
    onkologów
    przedmiotowo,kiwanie głowami itp.a potem jego wiara w życie i mój
    ból
    rozdzierający serce.niemoc,zal,oskarżanie sie ,ze za mało
    zrobiłam,że to moja
    wina,że jestem beznadziejna i nic niewarta
    Zostawił mnie i moje dzieci w styczniu tego roku ,czyli żyl
    praktycznie 5
    miesięcy od zabiegu pobrania wycinków.Żyl ale w cięzkich bólach
    mimo ,plastrów
    i leków p.bólowych a potem Dolarganu dom, który musiałam wybłagac u
    lekarzy, bo
    on tak cierpiał ,że nic mu nie pomagało.Wiele razy było
    pogotowie,fakt jak
    podawali leki to nawet wstawał ,tak to go stawiało na nogi.Ale tylko
    dlatego
    byli bo jestem pracownikiem Zozu ,bo dyspożytorka mówiła ,że do
    raków nie jadą .
    Odszedl przy mnie i przy dzieciach,był krzyk,płacz,modlitwa .
    Wiecie co !!!!nawet nie wiem jak ja to przeżyłam, te załatwianie
    spraw
    pogrzebowych,sam pogrzeb to nie byłam ja tylko jakis automat,byłam
    jak w
    transie,do dzis nie wierze ,że jego nie ma ,ciagle czekam ,jak wróci
    z pracy,
    słysze jego kroki, i jego szczególne powitanie jak wracal do
    domu.Jestem
    katoliczką, inni mówia ,że Bóg go bardziej ukochal i dlatego Go
    zabral no
    dobrze a co ze mna ??? mnie nie kocha? a co z dziećmi ,które cierpia
    i płacza
    po katach ,abym tego niewidziała, choc ja i tak to widze .On
    powiniem jeszcze
    życ ,tak bardzo chciał bawic wnuki ,wiele razy opowiadal jak to
    będzie ...
    a teraz Jego nie ma ,nie ma życia a mnie każdy kąt ,każde miejsce
    kojarzy sie z
    nim ale wszedzie głucho i pusto ,jego ulubiony kubek stoi pusty,
    jego miejsce w
    szafie.. jego buty ,które juz nigdy nie pójda w droge .jakie to
    życie jest
    okrutne .................. Kaska

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    malgosiader 26.08.06, 21:37 Odpowiedz

    Kochana, znam to, moja Mamusia odeszła w marcu. Po ośmiu miesiącach
    walki. i
    mimo, że jest to już prawie pół roku, to boli to coraz bardziej, nie
    mniej.
    Pytanie, za pytaniem bez odpowiedzi.... Dlaczego nie zrobiliśmy nic
    wcześniej,
    kiedy nie było by za późno? Też jestem katoliczką praktykującą, ale
    fale buntu
    i żalu do Boga, a potem wstyd za takie myśli dopadają mnie jeszcze
    do dzisiaj.
    Trzymaj się dzielnie....
    Małgosia
  • 02.12.08, 08:33
    Gdy to czytam - to tak jak bym niemal własną historię czytała.
    Mój mąż skarżył sie na bóle brzucha, mówiłam ,żeby poszedł do
    lekarza - troche naciskałam- ale facet to facet -nie i tyle po co ma
    opowiadać lekarzom ,że go boli.Po blisko trzech miesiącach niby
    chodzenia po lekarzach wreszcie skierowali Go na chirurgię z
    podejżeniem wyrostka- ja w to nie wierzyłam - medycyne studiuje z
    zainteresowaniem choć nie na uniwersytecie, objawy nie te co przy
    wyrostku....Ale dobrze ,że trafi do szpitala- tak myślałam.Dzwonił
    ze szpitala o 23 w nocy, a o 2 już Go położyli na stół.Pierwotnie
    miły pan chirurg powiedział,że to góz oplótł jelito i pękło na
    szczęście niepełnościennie ale usuneli więcej niz trzeba było ,że
    wygląda nie groźnie a histo to tylko rutyna....
    Diagnoza po histo- III stopień złośliwy jak jasny piorun.
    Potem na ostatnią chwilę chemia , bo w sekretariacie zagineły
    badania.Słaba chemia , bo słabe serce męża po zawale i angioplastyce-
    według markerów- ok.Ale tomografia- rozpacz- kilkanaście przerzutów-
    jelita , wątroba, węzły chłonne, nadnercza i płuca.
    A w domu małe dzieci- mamy 4 własnych i moją siostrę,ja po szpitalu
    mam marskość wątroby i 8 grudnia kolejny turnus chemii- z jakim
    skutkiem?Tyle razy przekładany,że aż zwatpienie mnie ogarnia.Boję
    się- chyba pierwszy raz w życiu.Już nie raz traciłam wszystko - ile
    razy można zaczynac od nowa???
    Najpierw zmarli dziadkowie, potem matka, potem straciliśmy dziecko-
    ktoś powie poronienie- ja powiem wyczekany człowiek, potem
    zachorowałam i każda ciąża to ryzyko a tu bliźniaki w międzyczasie i
    o mało nie pożegnałam się z życiem-teraz tracę męża.Chcę wieżyć ,że
    się uda ale widzę że i On traci nadzieję.Niedawno zaczeły się bóle-
    trudno patrzeć jak cierpi-nie umiem pomóc - nie mam siły a muszę
    udawać silną...
  • 02.12.08, 23:21
    Ile razy masz zaczynać wszystko od nowa? Choć osobiście jestem
    zdania, że szklanka jest do połowy pełna, ale trucizny:)...
    odpowiedź mam jedną - do skutku. Przy czym warto pamiętać, że
    skutkiem wcale nie musi być osiągnięcie stanu pełnego spełnienia
    wszystkich łatwo definiowalnych potrzeb. Może nim natomiast być samo
    dążenie do jego osiągnięcia. Kroczenie drogą - nawet wybitnie
    wyboistą - bardzo często ma znaczenie większe, niż szczęśliwe
    dochodzenie do jej kresu... Brzmi pokrętnie i jest trudne do
    zaakceptowania przez ludzi, którzy urodzili się, żeby mieć wyniki,
    czytaj: osiągać bardzo konkretne cele. Ale z własnego doświadczenia
    mogę powiedzieć, że nawet taka z pozoru absurdalna logika ma/ może
    przy głębszym zastanowieniu mieć naprawdę wielki sens...
  • 18.11.08, 09:36
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    rima 30.08.06, 15:13 Odpowiedz
    Wielokrotnie pisałam już na forum, ale pomyślałam sobie że w tym
    wątlku jeszcze
    głosu nie zabierałam:)) Podsumuję tutaj wszystko:
    - grudzień 2002 - mama miała operację na miażdżyce w Szpotalu
    Wojewódzkim w
    Olsztynie, żadnych dodatkowych badań, ani RTG płuc, ani innych,
    prawdopodobne
    już wtedy proces nowotworowy był...
    - sierpień 2003 - mamuś idzie po raz drugi do rodzinnego bo ma
    nieustający
    kaszel, myślimy do pewnego moementu że to z powodu palenia
    papierosów, gdy
    trzecia dawka antybiotyków nie pomaga rodzinny wysyła mamę na rtg i
    konsultację
    pulmonologiczną,
    - środek września 2003 - pulmonolog sugeruje że to może być rak
    (przemiła,
    przeciepła i pozytywnie naenergetyzowana, emerytowana Pani dr Kosek
    z Biskupca,
    żeby się nie martwić, umawia szpital w Olsztynie,
    - koniec września 2003 - mam jest po większości badań, TK, RTG,
    Bronchoskopia,
    spirometria, morfologia, badanie sliny, i ma zaleczone zapalenie
    oskrzeli.
    Wszyscy mamę pocieszaja że guz jest świetnie umiejscowiosny do
    operacji, że nie
    ma się czym martwic, operacja i po sprawie będzie. W pierwszym
    tygodniu
    października przychodzi wynik TK i już wiemy że żadnej operacji nie
    będzie, bo
    są mikroguzki na prawym płucu i jakaś zmiana na wątrobie. Wszyscy w
    szoku.
    - paździenrik przenoszą mamę do Polikliniki na biopsję, wszystko
    trwa
    niemiłosiernie długo. Najpierw biopsja guza macierzystego, Rak
    płaskonabłonkowy, następnie wątroby - i tutaj największy niewypał,
    USG nic nie
    wykazuje, było to jakieś 3 tygodnie po TK, lekarze szuką,
    przekładają - nic,
    wątrioba czysta. Kłują mamę w kilku miejscach żeby nie było, bo
    jakiś
    przełozony nie chce podpisac dokumentów, wynik nie wykazuje nic,
    wątroba
    czysta. Biopsaj prawego płuca, okazuje się że guzki zbyt małe żeby
    je nakłuwac,
    więc lekarze decydują się że będą śródoperacyjnie badać. Z każdego
    guzka
    pobierają wycinek. Chirurdzy uspokjają, mówią żeto raczje nie są
    guzy
    przerzutowe ale jakieś zwapnienia, albo zmiany pogruźlicze, bo tak
    się raczje
    guzy nie umiejscawiają. Mama leży z sączkiem w szpitalu. Ma wyjśćw
    poniedziałek, od czwartku nikt jej nie zmienia opatrunków po wyjęciu
    sączka. Ma
    gorączkę już w sobotę rano, nie może spać, boli ją, ubłagałam kogoś
    w niedzielę
    żeby zajrzeli do tej rany, okazuje się że stan zapalny, ropa, mama
    leży kolejne
    dwa tygodnie bo znów musza założyć sączek. Niestety wynik hist.-pat.
    potwierdza
    guzki przerzutowe na prawym płucu. Operacja wykluczona.
    - grudzień 2003 - marzec 2004 - mama otrzymuje 5 kursów chemii wg
    schematu PE -
    znosi ją tragicznie, przez dwa tygodnie po chemii chodzi pościanach,
    lezy
    wszystko ja boli, rzyga, ma albo rozwolnienia albo zatwardzenia... w
    międzyczasie ma dwa razy podawaną krew i tym samtym przesuwaną
    cvhemie o
    tydzień...
    - koniec kweitnia 2004 mamma ląduje w szpitalu bo słabnie z godizny
    na godiznę -
    słabe wyniki krwi, zatrzymują ja na wzocnienie w szpitalu na dwa
    tygdonie.
    - początek czerwca 2004 - pierwsza kontrola po chemii - lekarkamówi
    że wszyskto
    ok, każe się zgłosić we wrześniu, mamie zaczynają odrastać włoski...
    - przełom czewrca lipca 2004 - mamie zaczynaja puchnąć nogi, odczuwa
    ból w
    kościach.. idziemy do lekarza naczyniowego, każe zrobić usg zył
    kończyn
    dolnych... wszyskto ok, po porstu miażdzyca... Nastepnie RTG
    kręgosłupa,
    rezonans magnetyczny odcinka peirsiowego, inne badania wreszcie
    trafiamy na
    lekarkę która zabiera mamę na scyntygrafię - czyste wszystko, kamień
    z serca -
    telefonicznie dowiadujemy się że to był po prostu efekt po chemiotera
    [pii - dr
    prowadząca zdzwiona że nam nie powiedziała że takie stany do roku
    się moga
    utrzymywać...
    - wrzesień 2004 - dwa dni przed moim weselem mama na kontroli
    dowiaduje się że
    nastapiła progresja guza i po weselu ma się zgłosić na leczenie...
    Lekarka
    nuieśmiało powiedziała że już w czerwcu widziała że guz zaczyan
    rosną ale nie
    chciała mamy denerwować bo tak niedanwo kończyła jedną chemię... PO
    weselu ma
    się zgłosić na leczenie.....
    - przełom września/października 2004 - jedziemy z bratem na
    konsultacje do Dr
    Orłwoskiego, w szpitalu czekają na decyzje lekarztyz warszawy czy
    się podejmą
    leczenia, jak nie to daja chemię... Nie podjęli się...
    - październik 2004 - pierwsza chemii wg schematu PG - pierwsza i
    ostatnia, mama
    znosi ją jeszcze gorzej, mówi że nie przeżyje tej chemii... decyduje
    się
    odmówić kolejnych dawek... jeździmy do bioenergoterapeutów,
    przechodzimy na
    olej dr Budwig, na diete makrobiotyczną, stosujemy relaksjację,
    masaż dźwiękiem
    mis tybetańskich, Organizuje szkolenie wg simontona -dużo tego
    było...
    - styczeń 2005 - kolejna kontrola... Guz nie rośnie, wszystko w
    porządku, mama
    kwitnąca... wyniki krwi rewelacyjne...pełna euforia - jedna z
    nielicznych
    podczas tego okresu...
    - maj 2005 - kolejna kontrola, mama dalejw fantastycznym humorze,
    żadnych
    dolegliwości, niestety RTG pokazuje progresję guza... Mama trafia do
    szpitala,
    tam powtarzają jej wszystkie badania bo niemożliwe że tak dobrze się
    czuje...
    TK< RTG, bronchoskopia, spirometrie, etc,. etc,. Zbiera się
    konsylium,
    rozpatrują operację, może naświetlanie, może chemię, może nic...
    ZOstają
    na "nic" - będziemy obserwować dalej, bo jak pani sie tak dobrze
    czuje to może
    rzeczywiście nie róbmy nic a jak zacznie się krwioplucie lub
    duszności to damy
    naświetlanie paliatywne... Jasne...
    - koniec 2maja 2005 - odbywaja się warstzaty psychoterapeutyczne wg
    simontona w
    Olsztynie - rodzice ida razem, podbudowani , szczęśliwi że im się
    uda etc. dwa
    dni po wasrzratach bylismy umówieni na konsultację z
    torakochirurguiem, nie
    rpzebierałw słowach: niech sie pani cieszy bo ma pani od Boga i tak
    dwa lata
    darowane... zreflektował się gdy mama powstrzymała łzy.. Od niego
    wychdozimy i
    idziemy do poradni onkologicznej... Dr nas przyjmuje i obiecuje
    rewelacyjny lek
    Taxotere - nie ma lepszego, prawie nowośc i działa cuda...
    - czerwiec - sierpień 2005 - mama otrzymuje 4 kuirsy chemii
    Taxotere -znosi
    rewelacyjnie, bez żadnych objawów ubocznych, włosy też nie
    wypadają... Dotej
    pory sobie zadaje pytanie dlaczego 4 a nie 6 tych kursów??
    powiedzieli nam że
    ta chemia jest na 4 kursy przewidziana - wolę w to wierzyć na ślepo
    bo
    widziałam w inetrnecie notki że daje się jej również 6.
    - listopad 2005 - kolejna kontrola z badaniem tomografu... Wyniki są
    przerażające - guz prawie 10 cm, mama już gorzej oddycha... -
    decydują się na
    naświetalnia paliatywne 6 dawek...
    - grudzień 2005 - mama jeżdżać ode mnie na naświetlania klatki coraz
    częściej
    uskarża się na ból ręki... Idzie na pgootwie, mówi że jest
    onkologiczna, że
    boli ręka, lekarz daje maść, tabletki i mówi że to zmiany
    zwyrodnieniowe na
    pewno... podczas naświetlań mamie wyskakuje na ramieniu guzek -
    lekarka mówi
    żeby się nie przejmować, że naświetlą... naświetlają -guzek się
    cofa... Reka
    dalej boli - inny ortopeda daje mamie zastrzyk w tę rękę,mówi że
    przejdzie...
    Nie przechodzi... mama robi rpześwietlenie idzie do sowjego onkologa
    pokazać te
    zdjęcia i żeby ją onkolożka pokierowaała coz ta ręką, ta jej mówi,
    żę ona się
    na zdjęcia RTG nie zna, ale jak lekarze mówią że zwyrodnienie to
    pewnie
    zwyrodnienie... Daje jej wapno do łykania. KOlejny ortopeda daje
    dużo tabletek
    do łykania... Przed Bożym Narodzenie mama z bólu wzywa karetkę,
    zabieraja ją,
    robią jeszcze jedno prześwietlenie, mówią że ubytek kości - wynik
    cvhemioterapii... Leży w Biskupcu... Zakładają jej gipps i każą
    przyjśc w Nowym
    Roku na operację... Po naświetlaniach Lekarka obiecuje mamie nową
    chemie, ale
    dopiero gdy mina 4 tygodnie od naświetlania, ze to beda tabletki
    Tarceva, ze
    sie dobrze sklada, bo terqz fudnyszy nie maja a w styczniu juz beda
    mieli i ona
    je je
  • 18.11.08, 09:37
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    attenna11 01.09.06, 19:22 Odpowiedz
    Moja historia jest bardzo krótka. Mama ma cukrzycę, stara się o
    sanatorium,robi
    rutynowe badania, lekarzowi nie podba się echo serca, kieruje do
    szpitala. Po
    24 godzinnym pobycie pod monitoringiem serca , dodatkowo
    gastroskopia....bo
    mamę coś boli przy przełykaniu wypis z "guzowate zmiany w przełyku
    brak dojścia
    do żołądka" i wskazania "mierzyc ciśnienie dwa razy dziennie ,
    zapisywa w
    zeszycie samokontroli".Nic więcej. Prwatna wizyta u gastrologa bo
    objawy bólu
    przy przełykaniu się nasilają. Badania od gastrologa....Markery ,
    RTG,
    tomograf.....lekarz pierwszego kontaktu stwierdził , że nie
    potrzebnie bo jest
    guz ale to sie leczy tabletkami......Badania wychodzą złe. Mama ma
    operację.
    Otwierają i zaszywają. Zakładają rurkę do żoładka....jest przez nią
    karmiona...Wszystko szybko i nagle od połowy lipca. Jest to
    nowowtwór
    złośliwy...jaki jeszcze nie wiem....czekamy na badanie
    histopatologiczne. Nie
    było co wycinac, z tego co powiedział lekarz raczej chemia nic nie
    zdziała..tylko pogorszy. Powiem wam tylko tyle, że mam olbrzymia
    ochotę iśc do
    tego lekarza pierwszego kontaktu i poprosic go aby tymi tabletakmi
    wyleczył
    mają mamę. Mama o tym nie wie, o tym , że to rak , że złośliwy....ja
    nie wiem
    co dalej nie wiem jak życ nie wiem po prostu nic i bardzo się
    boję.Nie smierci
    nie opieki boję się zycia , że już nie bedzie takie samo jak było.
    jak sobie
    poradzic z tą bezsilnością. Jak zyc? Czy jest jeszcze
    nadzieja........???
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    pdragun 18.10.06, 14:01 Odpowiedz
    O to historia mojej mamusi która zmarła niecałe 6 miesięcy temu.
    Bole reki lewej
    tak od łopatki prominiujace do dłoni. Lekarz pierwszego kontaktu
    zrobił zdjęcie
    zdjęcie barku i nic. mama jest faszerowana lekami przeciwbolowymi,
    przeciwzapalnymi ale nie jest lepiej wrecz przeciwnie coraz gorzej.
    Bol
    uniemozliwia mamusi normalne funkcjonowanie. Mama była odporna n ból
    bardzo ale
    to zaczyna byc nie do zniesienia. Wkońcu decyzja po 4 miesiącach
    tomografia
    kregosłupa górenj cześci i szyjnego. Wynik mała przepuklinka na w
    odcinku
    szyjnym i jakiś wyrostek kostny kóry byc może ucisjkając na spol
    nerwowy w braku
    powoduje bol. Leki przeciwbolowe i rehabilitacja masaże u znanego
    rehabilitanta.
    On mówi że juz nie powinno bolec a boli wkońcu wycieczka do
    Bydgoszczy bo tam
    najlepiej operowac kregosłup szyjny. Pan profesor robi tomografie
    oglada przez 2
    godziny po czym pada termin operacji 25 grudnia 2005. Wyznaczył
    lecznie lekami
    przeciwzapalnymi typu ketoanl nawet doszło już do tramalu. Mamusia
    bardzo się
    meczy bol jest nie dozniesiania dzwonimy i udaje sie przełozyc
    operację na 25
    pazdziernika( dzień 30 rocznicy slubu moich rodziców). Tata jedzie z
    mamą 24
    pazdziernika do Bydgoszczy ja nie mogę bo musze zając ise bratem w
    domu. am
    robią rutynowe badani tuż przed operacją rtg klatki piersiowej
    wykazuje guz na
    lewym płucu.Operacji nie bedzie. Zaraz biopsja tomograf całego
    ciałai niestety
    pada diagnoza rak niedrobnokomorkowy płuca lewego naciekajacy splot
    barkowy
    żebra i tetnice podobojczykowa nieopoeracyjny zaawnasowanie IIIA.
    Koszmar
    najpierw radioterapia w Bydgoszczy aby zmniejszyc bol tzw palitaywna
    duzo
    naswietlań morfina coraz wieksze dawki mamusia coraz gorzej to
    znosiła. Po 30
    answietlaniach czuje sie lepiej nowa siła w nią wstapiła bo nie
    odczuwa bolu ma
    tak ustawione leki i ta radioterpaia pomogła. Powrót do Warszawy
    styczeń 2006
    pierwsze chemie. Mamusia przeszła 2 i niby poprawa guza w płucu juz
    prawie nie
    ma radosć huraaaaa. niestety nie długo po drugiej chemii bole w
    lędżwiowej
    czesci kregosłupa tomograf i nic niestety pogarszający się stan
    mamusia słabła
    wymiotowała nie jadła. W ciągu tygodnia zmarła.Okazało się że miała
    przerzuty
    najprawdopodobniej do kregosłupa i do mózgu. Bol cieprienie mamusia
    miała 56 lat
    zmarła dokładnie 6 miesięcy od daty diagnozy 27 kwietnia2006 roku a
    ile
    wczesniej wlaczyła zbolem niewiadomogo pochodzenia około roku.
    Koszmar.
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    magda2123 04.11.06, 17:40 Odpowiedz
    W naszym przypadku wszystko zaczęlo się od bólu brzycha i
    wymiotów ,pojechaliśmy do szpitala,lekarze stwierdzili że to atak
    woreczka
    żłciowego . Potem zabieg,mama po operacjii szybko wracała do
    zdrowia,wróciła do
    domu. Potem rutynowa kontrola,lekarz powiadamia że wyniki
    chistopatologignie
    nie są dobre. Mama znów trafia do szpitala mimo iż dobrze się czuła.
    Kolejna
    poeracj wycięto kawałek wątroby i węzły chłonne. I znowu powrót do
    domu zaczyna
    sie normalne życie .Wszyscy cieszyliśmy sie że najgorsz jest już za
    nami i
    teraz będzie tylko lepiej. Mama regularnie chodziła na wizyty do
    poradni
    onkologiczniej, miała wykonywane badani. Za każdym razem kiedy
    wracała
    czekaliśmy wszyscy zniecierpliwieni.A ona mówiła że wszystko ok.
    Minął rok jak mama miała pierwszą operacje,a po nim kolejne miesiące.
    I zaczynają się jakieś dziwne bóle, z dnia na dzień coraz mocniejsze.
    Jedniak badania są dobre lekarze rozkładają ręce mówią że to napewno
    zrosty.
    mijają kolejne tygodnie konsultacji. Mama trafia do szpitala z
    powodu wyymiotów
    i biegunki. I znowu zaczynają się badnia.Które niesą
    jednoznaczne,mame wypisują
    ze szpitala, amy szukamy pomocy na własną ręke.
    Aż trafimy do Warszawy od kliniki onkologicznej na Banacha, i tam
    zapada
    diagnoza:
    GUZ WĄTROBY
    Przestrzegam wszystkich nielekceważcie tych najlżejszych objawów
    jakiej kolwiek
    choroby i jakich kolwiek bóli, bo czasami jest już zapózno żeby się
    wyleczyć.
    My się niepoddajemy szukamy jakiegoś rozwiązania,leczymy ból który
    jest
    najgorszy, i żyjemy nadzieją bo to ona umiera ostatnia!!

  • 18.11.08, 09:38
    Re: Jak wszystko się zaczęło ...
    majo-m2 04.11.06, 22:59 Odpowiedz

    U nas podobnie zaczęło się od bólu brzucha.Mąż od pewnego czasu
    wyglądał
    niezbyt dobrze,był bez takiej energii.Ciągle siedział i rozwiązywał
    krzyzówki.Nidgy nie mogł usiedzieć bez zajecia a tu takie dziwne
    zachowanie.Do
    tego schudł i tak "zczerniał" na twarzy.Ponieważ miał problemy w
    pracy ,sądziłam,żejego zachowanie i wygląd są z tym związane.
    W maju 2003 r. poraz pierwszy w życiu zaczął się skarżyć,że boli go
    żołądek.Krople nie pomagały.
    Wreszcie po wielu namowach poszedł do lekarza rodzinnego.Pani doktor
    przepisał
    No-Spa i kazała zrobić podstawowe badania. Wyszły dobrze,a ból już
    teraz
    brzucha nie ustępował.Zatem pani doktor przepisała silniejszy lek
    przeciwbólowy
    i antybiotyk.Nic nie pomagało.ból stał się tak silny,że mąż po
    przyjściu z
    pracy tylko leżał na kanapie z pokurczonymi nogami.Następna wizyta u
    lekarza i
    następny antybiotyk.Bez zmian i coraz silniejszy ból.Mąż w tym
    czasie schudł.
    Wreszcie w sierpniu poszedł do innego lekarza.Ten skierował go do
    szpitala na
    badania,aby stwierdzić przyczynę bólu.Mąż czekał dwa tygodnie na
    przyjęcie.
    Jest już wrzsień.Wreszcie, pamiętam jak dziś to był wtorek ,poszedł
    do tego
    szpitala.W czwartek miał robione badania/wlewka/.Przedtem
    rozmawiałam z
    lekarzem z ordynatorem ,który stwierdził,że przez powłoki brzuszne
    wyczuwa guz.
    Badanie powierdziło obecność guza w jelicie grubym.I pytanie
    ordynatora ,dlaczego nie zrobiliście państwo badania kału na krew
    utajoną?
    przecież to podstawowe badanie.A przecież to lekarz męża leczył i on
    powinien
    wiedzięć na jakie badania skierować.Minęło tyle miesięcy
    niepotrzebnego bólu i
    zmarnowanego czasu.Błyskawiczne skierowanie do szpitala
    wojewódzkiego na
    onkologię i operacja. Wynik nowotwór prawej połowy okrężnicy T3N2
    C18.Po
    operacji strach i niepokój ciagle nam towarzyszący.Mąż nie miał
    chemii,chodzi
    na badania kontolne.Ale ja już nie wierzę lekarzom.Niepokoję się ,bo
    ciągle ma
    biegunkę,bo boli go ręka ,bo pokasłuje.Ostatnio miał robioną
    kolonoskopię i
    wykazała polipy w jelicie.We wtorek idzie z wynikami do
    lekarza.Markery ma w
    normie,ale jeszcze przed operacją też miał markery w normie.Badania
    jakie ma
    robione kontrolnie to właśnie markery,USG jamy brusznej i teraz ta
    kolonoskopia.
    Kiedyś radiolog powiedział,że ten rodzaj nowotwora daje przerzuty do
    płuc,
    wątroby,mózgu ,kości.A lekarz prowadzący nie kieruje męża na takie
    badania. Nie
    wiem co robić.czekać czy iśc do lekarza i porozmawiać z nim.Mąż tak
    jakby nie
    chciał wiedzieć ,że miał raka.Ale to tylko tak na zewnątrz.Zaczął
    dużo pić
    alkohoholu.I znowu schudł.Znowu nie ma energii.Boję się chyba
    bardziej niż on.
    Tak naprawdę czuję się bardzo osamotniona z tym problemem.Potrzebuję
    pomocy
    abym mogła pomóc mężowi.
    Może ktoś mi powie jakie badania mąż powinien jeszcze zrobić.
    Nie umiem już zaufać lekarzowi w kwestii leczenia męża.
    Wiem,że teraz nalezy cieszyć się z tego,że żyje i ze nowotwór został
    usunięty w
    całości.Ale lęk pozostał,bo to przecież nowotwór i to zaawansowany.
    czy naprawdę pozostało nam czekać czy choroba przeszła, czy mogę
    jeszcze coś
    zrobić aby zapobiec nawrotowi choroby.?Proszę poradżcie co robić.

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    aniawx 07.11.06, 19:38 Odpowiedz

    Witam,
    Ja tez napiszę, jak to było w przypadku mojego Patryka (co
    poniektórzy wiedzą o
    kogo chdzi:).
    - Wrzesien 2003 usunięcie guzka z okolic pachwiny. Mały guzek, który
    zacząl sie
    powiększać, wiec Patryk zdecydował sie iśc do lekarza. Okazało się,
    ze to
    złośliwy nowotwór skóry (dermatofibrosarcoma). Po usunięciu guza
    lekarze
    powiedzieli, ze nie potrzeban jest żadna chemia i że już wszystko
    jest wycięte
    i będzie dobrze. Jedem lekarz powiedział Patrykowi, ze jest dwa lata
    życia
    przed nim. Zupełnie nie rozumieliśmy o co chodzi - przeciez inni
    powiedzieli,
    ze jest i będzie dobrze. Wybraliśmy się do innego lekarza, ale
    odesłał nas z
    kwitkiem - nie rozumiem o co chodzi. Jeszcze jedno - wykryto komórki
    CD34, jak
    się okazało to był początek białaczki, która po prostu jeszcze nie
    była w
    szpiku.Wówczas własnie należało zastosowac leczenie i podac chemię
    (ale lekarze
    twierdzili coś innego, wiec nic nie robiliśmy).
    - wrzesień 2004, Patryk miał zwykłe przeziebienie. Oczywiście był u
    lekarza, no
    ale jak to przeziębienie, syropek pare tabletek i koniec. Ja jednak
    wysłałm go
    na badania morfologii, bo nie podobało mi się, ze on cały czas
    kaszlał (przez 3
    tygodnie). No i tego samego dnia już o 23 wiozłam go do szpitala. Po
    trzech
    dniach orzekli - białaczka ostra szpikowa - M4. Oczywiście za dwa
    dni już
    chemia (najpierw chemia konsolidacyjna, następnie 2 chemie
    indukcyjne, no a
    potem co 6 tygodni chemie podtrzymujące).
    - czerwiec 2005 informacja z Katowic, ze znalazł się dawca!!! Radość
    i
    przerażenie jednocześnie.
    - 2 wrzesień 2005 przeszczep szpiku. Udało sie!!! Przeszczep przyjął
    sie w
    100%!!!! Radość nie do opisania. 12 październik Patryk wyszedł ze
    szpitala. W
    końcu mogłam Go przytulić!!! Niesamowite uczucie nadzieji na lepszą
    przyszłość.
    Nie było żadnych powikłań. Wszystko sie udało!!! Kontrole co 2
    tygodnie,
    później co miesiąc. Wszystko było w porządku!
    - marzec 2006 nagły nawrót choroby:(( Załamanie, mnóstwo łez, bojaźń
    przed tym
    co będzie dalej. Okazało się, ze szpik przyjął się, ze nadal jest w
    organiźmie,
    ale niestety nie walczy z komórkami nowotworowymi, co powinien
    robić. Próba
    wywołania choroby GVHD (przeciw gospodarzowi szpiku). Niestety nic
    to nie dało,
    wiec - kolejna chemia konsolidacyjna, 2 indukcyjne. Szpik odbudował
    się dawcy w
    100%. Nadzieja na dalsze leczenie. Kolejne kwalifikjacje do
    przeszczepu
    drugiego (żeby wzmocnić szpik dawcy). Udane kwalifikacje - radość,
    że juz w
    krótce jeszcze jedna szansa na życie. W między czasie co 6 tygodni
    chemie
    podtrzymujące.
    - czerwiec 2006 odmowa dawcy:(( Nie zgodził się oddać drugi raz
    szpiku:((
    Panika co dalej. Przeszczep od innego dawcy nie wchodzi w gre, bo w
    POlsce
    zrobili tylko jeden taki i niestety sie nie udał. Wiec pisaliśmy
    pisma do Banku
    Szpiku we Włoszech (dawca był Włochem). Nic to jednak nie pomogło -
    cały czas
    odmowy:((
    - sierpień 2006 kolejna chemia podtrzymujaca. Postanowienie, że po
    tej chemii,
    jedziemy do Katowic i będziemy załatwić przeszczep za granicą
    (niektórzy na tym
    forum pomagali nam w tym, za co im serecznie dziękuję!!!).
    Przeszczep miał by
    byc od innego dawcy (bo to norma za granicą), tylko pieniędzy
    trzeba, ale i to
    udało nam się załatwić.
    -4 wrzesień 2006 miało być spotkanie w Katowicach, ale niestety rano
    Patryk źle
    się czuje. Odwoże Go do szpitala. Okazuje się że wartości krwi
    zerowe:((
    Zosttaje w szpitalu.
    Godzina 15 widze, ze jest bardzo źle, traci kontakt ze mną:((
    Godzina 17 już zupełny brak kontaktu:(( Tomografia i... wylew do
    mózgu, nacieki
    do móżdżku białaczkowe:((
    Godzina 23.30 przewiezienie Go na neurotraumatologie (po wielkich
    załatwieniach
    i znajomościach) - podpięcie do respiratora.
    - 11 wrzesień 2006 próba wybudzenia (obrzęk z mózgu zszedł),
    niestety nie udało
    się tego dnia nawiązac kontaktu.
    12 wrzesień - zatrzymanie akcji serca - reanimacja i powrót do
    życia. Kolejne
    podpięcie pod respirator.
    15 wrzesień 2006 godzina 18.10 - kolejne zatrzymanie akcji serca ale
    już mimo
    reanimacji niestety nie zaczęło bić:(((((((
  • 18.11.08, 09:39
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    meggy4 07.12.06, 11:10 Odpowiedz
    Witam, prawie rozpoczelam kurs tanca gdy zaczelam miec problemy z
    noga, bolala
    mnie po wisilku a w nocy cala dretwiala myslalam ze to przez
    zmeczenie,
    zwiekszony wisilek. Potem pojawilo sie niewielkie zgrubienie i coraz
    wiekszy
    bol. Poszlam do lekarza, zrobilam przeswietlenie i natychmiast
    skierowali mnie
    do szpitala. Okazalo sie ze to nowotwor kosci cruris dex proter
    osteosarcoma.Wzieli wycinek do badania okazalo sie ze zlosliwy,
    bardzo
    zaawansowany, natychmiastowa operacja, amputacja nogi i moditwy zeby
    nie dal
    przezutow do pluc, potem bralam dwa lata chemii, ciagle kontrole
    wizyty w
    szpitalach do tego anemia po chemii.I calkiem nowe zycie, jak
    niemowle musialam
    sie uczyc tez chodzic na nowo, niestety tylko ze juz z proteza.
    Wazne ze ja bylam silniejsza niz on, moze dlatego ze nigdy nie
    myslalam ze ja z
    tego moge nie wyjsc. Lekarze ciagle mowili moim rodzica zeby sie
    przygotowali
    na najgorsze, bo nowotwor byl bardzo zaawansowany i juz z gory
    przesadzili ze
    da przezuty bo tak bywa, ale prosze jak widac zawsze sa jakies
    wyjatki, i o
    tym kazdy chory powinien pamietac i nigdy nie tracic nadzieji i woli
    walki bo
    zawsze moze sie udac.
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    manuskrypt 11.01.07, 22:13 Odpowiedz
    Może ja się jeszcze dopiszę. Nie wiem czy ktoś to przeczyta i jaka z
    tego
    przestroga? Z historii mojego męża wypływa wniosek, że gdy cokolwiek
    nas zaboli
    powinniśmy wykonywać od razu rezonans magnetyczny, tomografię
    komputerową i
    inne bardzo szczegółowe badania, bo inaczej w krótkim czasie czeka
    nas...
    Na początku maja 2006 roku mój mąż "wymacał" sobie na głowie guza.
    Od razu
    udaliśmy się do naszej ukochanej, zaufanej Pani doktor, która
    skierowała nas do
    onkologa, mimo, że sądziła, że to nic groźnego. Ten rutynowo wywiad.
    I
    skierowanie na biopsję cieńkoigłową. W trakcie wywiadu mąż mówi, że
    miewa bóle
    kręgosłupa. Lekarz pyta od jak dawna i jakiego typu bóle. Mąż
    opowiada, że od
    kilku lat. Bardzo silne, utrzymujące się przez kilka tygodni, potem
    ustępujące
    i znów nawracające. Mówi również, że zgłaszał te bóle lekarzom, ale
    każdy
    stwierdzał: dyskopatia. W Pana zawodzie nic szczególnego (mąż jest
    informatykiem). Onkolog stwierdza, że nie należy wiązać guza na
    głowie z owymi
    bólami. Dwa dni potem biopsja guza. Wynik niejednoznaczny. Komórki
    atypowe.
    Wskazanie do usunięcia guza celem wykonania badania
    histopatologicznego.
    Wyznaczony zostaje termin zabiegu. 12 maja mąż dostaje bardzo
    wysokiej
    temperatury. I pojawiają się bóle kręgosłupa (odcinek lędźwiowo-
    krzyżowy).
    Temperatura nie spada, bólu nie można niczym złagodzić. Mąż wyje z
    bólu, nie
    śpi. Konsultacja neurologiczna zlecona przez lekarza rodzinnego
    niczego nie
    wnosi. 15 maja mąż dostaje skierowanie do szpitala na oddział
    zakaźny z wpisem
    wysoka temperatura i bóle kręgosłupa. Przyjmują go na oddział. Przez
    trzy
    kolejne doby nic się nie dzieje. Podawany antybiotyk nie zbija
    temperatury.
    Leki przeciwbólowe nie skutkują. Brak jakichkolwiek badań celem
    postawienia
    rozsądnej diagnozy. Mąż cierpi okrutnie. Po mojej awanturze lekarze
    decydują
    się wykonać rezonans magnetyczny kręgosłupa. W czwartej dobie pobytu
    w szpitalu
    wiemy już, że bóle są wynikiem tego, że cały kręgosłup na tym
    odcinku jest
    nacieczony. Konsultacja neurochirurgiczna i decyzja o przeniesieniu
    na oddział
    neurochirurgii. 20 maja lekarze usuwają guza z głowy by wykonać
    badanie
    histopatologiczne i dowiedzieć się z czym mają do czynienia. Mówią,
    że to co w
    kręgosłupie jest tak rozległe, że nie mogą usunąć w całości, ale
    chcieli by się
    tego podjąć by przynieść pacjentowi ulgę i ułatwić ewentualne
    naświetlania i
    chemioterapię, ale muszą wiedzieć co to jest, a zatem ewentualna
    operacja po
    otrzymaniu wyników guza głowy. By było szybciej wiozę guza do
    badania do
    Poznania, gdzie płacę za jego zbadanie, ale wiem, że już w trzeciej
    dobie
    będzie wstępny wynik. Mąż po operacji odzyskuje powoli siły. 22 maja
    schodzimy
    nawet razem do szpitalnej kawiarenki. 23 maja ból się nasila,
    lekarze decydują
    o rozpoczęciu podawania morfiny. 24 maja przychodzi faksem wynik.
    Sarcoma
    (mięsak). Ordynator neurochirurgii odstępuje od operacji. Walczy o
    przeniesienie pacjenta na onkologię (co u nas nie jest takie łatwe,
    mówi się,
    że ordynator onkologii przyjmuje pacjentów młodych i dobrze
    rokujących. Mój mąż
    młody (niecałe 32 lata, ale nierokujący). Opór ordynatora ogromny.
    Walka między
    oddziałami, ordynatorami. Ordynator neurochirurgii wykonuje szereg
    dodatkowych
    badań. Tomografię komputerową. Kilkukrotne usg, prześwietlenia płuc
    itp. dzięki
    niemu wiemy, że przerzuty występowały z chwili na chwilę. Jednego
    dnia robione
    usg nie wykazywało żadnych zmian, drugiego dnia zmiany już były. I
    tak ze
    wszystkimi badaniami. 26 maja w piątek po południu mąż trafia na
    onkologię.
    Skoro piątek to już nikt nikogo nie leczy, a zatem czekamy do
    poniedziałku. W
    poniedziałek decyzja radioterapia paliatywna odcinka kręgosłupa. Nie
    będę pisać
    o koszmarze radioterapii to temat na inną historię. W każdym bądź
    razie w
    poniedziałek 29 maja wykonują pierwszy raz naświetlanie. Po czym we
    wtorek rano
    lekarka prowadząca informuje, że więcej naświetlań nie będzie, bo
    szkodzi to
    pacjentowi i że w zasadzie to oni mogą pacjenta wypisać. W tym
    czasie mąż jest
    już zacewnikowany, otrzymuje co trzy godziny morfinę plus mnóstwo
    kroplówek.
    Organizm zatrzymuje wodę. Już samodzielnie się nie przemieszcza. We
    wtorek 30
    maja trafiamy dzięki cudownej kobiecie dyrektorce hospicjum pod jej
    skrzydła.
    Dostajemy własny pokój (który sama wybierałam). Wybrałam go, bo był
    symboliczny
    miał numer 9, a to numer naszego mieszkania. Mąż pyta czy już
    nigdzie nie
    będzie musiał się przenosić. Oddycha z ulgą na wiadomość, że nie.
    Rzecz dziwna
    po południu przychodzi lekarz-onkolog (prowadząca z onkologii) i
    pyta męża czy
    chciałby i jest na siłach by kontynuować radioterapię. Mąż mówi, że
    tak, a
    zatem kontynuujemy. Do czwartku. W czwartek mąż mówi mi, że w piątek
    już nie
    chce jechać na naświetlania, że nie ma już sił. Umiera w niedzielę 4
    czerwca o
    13.05 (2,5 roku wcześniej o tej samej godzinie urodziła się nasza
    córeczka).
    Trzymam Go za rękę. Ale na drugą stronę przechodzi sam.
    Pytanie: Czy jakakolwiek wcześniejsza diagnostyka uratowała by mu
    życie? Czy
    gdyby ktokolwiek kilka lat wcześniej zlecił rezonans kręgosłupa, to
    dało by się
    toto wyciąć i zapobiec reszcie? Pytania retoryczne bez odpowiedzi.
    Można
    gdybać. Mi jednak jedno utkwiło w pamięci. Pół roku przed smiercią
    mąż był w
    szpitalu (z zupełnie innego powodu) i tam w nocy bardzo go zaczął
    boleć ów
    nieszczęsny kręgosłup (łącznie z odrętwieniem nóg). Zgłosił to
    lekarzowi
    (ordynatorowi), a ten na to: "Proszę Pana, ja mogę dać Panu tabletkę
    przeciwbólową. Każdego z nas od czasu do czasu boli kręgosłup, to
    nic
    poważnego".
    Na ile było poważne oceńcie sami.



  • 18.11.08, 09:40
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    ila222 12.01.07, 00:49 Odpowiedz
    manuskrypt tak strasznie mi przykro... tak bardzo mi przykro..
    Jak nasza córeczka miała jakies 5 miesięcy mój mąz dowiedzial się że
    ma guza na
    kregoslupie. miewał bóle już kilka ladnych lat. W nocy nie dawaly mu
    spokoju,
    spać nie mógł, chodził do lekarzy, ale nie każdy kieruje na
    rezonans, nawet nie
    doradzają żeby chociaż prywatnie sobie zrobić. A jak się czlowiekowi
    nie powie
    to skąd ma wiedzieć??? W końcu ktoś mu zalecił że dobrze bybylo
    zrobić takie
    badanie. Zrobił, wynik nie był jasny. Jednym słowem mial dwie opcje
    na wyniku
    badania. Albo nowotwór złośliwy albo niezłośliwy.
    W tym samym czasie na nowotwór złośliwy zachorowała moja mamusia, o
    czym już
    wyzej pisalam...
    W każdym razie, trafiliśmy na dobrych lekarzy i wspanialego
    profesora. Operacja
    się odbyla pomyslnie. Wynik był wspaniały..niezłośliwy!!!
    Wiem jak dużo szczęsia mieliśmy, wiem że Twój mąż jego nie miał.
    wiem też że jakaś mała świadomość jest lekarzy, że nie mówia co sie
    powinno
    robic, jakie badania. Czy jest to kwestia oszczednosci? Nawet nie
    informuja ze
    mozna sobie chociaz prywatnie zrobic badanie...
    Bardzo ciepło Cie pozdrawiam

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    zamszowa 12.01.07, 21:35 Odpowiedz
    manuskrypt po pierwsze jestes silna wspaniala kobieta, brak mi slow.
    po drugie
    jednak: az mi sie wierzyc nie chce, jak to mzoliwe ze maz byl 6
    miesiecy przed
    smiercia w szpitalu i NIC u niego nie stiwrdzono??? przeciez w
    kazdnym szpitalu
    robi sie standardowo badania krwi, nowotwor musial byc juz
    rozwiniety i nie dal
    zadnych odchylen w morfologii??? jelsi tak bylo to przy alym
    zrozumieniu
    pretensji jakie masz do sluzby zdrowia - po prsotu nikt niczego nie
    pdoejrzewal. bole ledzwiowe w tym wieku sa bardzo bardzo czeste, nie
    wiem wiec
    czy do konca sprawiedliwie oceniasz prace lekarzy. to niestety
    rzadki
    przypadek , tak zlosliwy guz w tak mlodym wieku, lekazre ze zwyklego
    szpitala
    po prostu nie maja stycznosci z takimi przypadkami. to tragiczne ale
    nie sposon
    zadac aby kazdy lekarz w tym kraju znal wszystkie typy nowotworow
    zlosliwych.
    oczywisice nic ci meza nie wroci. zycze ci szczescia i zebyc
    odnalazla spokoj
    ducha.
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    zamszowa 12.01.07, 21:38 Odpowiedz
    ps. przeczytalam sporo o tym guzie wlasnie, niestety nic nie daloby
    sie zrobic.
    marne to pocieszenie ale to wyjatkowo zlosliwy i szybko zabijajacy
    rak. bardzo
    bardzo ci wspolczuje ze trafilo wlasnie na was.
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    manuskrypt 12.01.07, 21:58 Odpowiedz
    Zamszowa - Nowotwór nie dał żadnych odchyleń w morfologii. I pewnie
    takie
    myślenie jak Twoje, że bóle kręgosłupa są częste, pewnie
    towarzyszyło wszystkim
    lekarzom. Nikogo nie oceniam. Jak napisałam moje pytania były czysto
    retoryczne. Nie oczekuję dyskusji. A w młodym wieku nowotwory
    szczególnie
    szybko zabijają (mają bowiem szerokie możliwości). Wiem, że nowotwór
    mojego
    męża był bardzo złośliwy. Jest też dośc rzadki. Szczęście mają tylko
    Ci u
    których zaatakuje kończyny, te bowiem można amputować. Jest to
    bowiem jedyny
    sposób walki z tym nowotworem. Jest bowiem odporny i na radio- i na
    chemioterapię. O tym, że szansa jest żadna wiedziałam już po
    otrzymaniu wyniku
    badania histopatologicznego, ale jak wiesz nadzieja umiera ostatnia.
    Ja do
    ostatniej chwili czekałam na cud. Na spokój ducha już nie liczę, ale
    mimo
    wszystko dziękuję.
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    gontcha 12.01.07, 22:36 Odpowiedz
    Manuskrypt..

    Wiesz co mnie najbardziej wstrząsneło historii Twojego Męża...

    Nie to, że nowotwór tak szybko i agresywnie postępował.

    A słowa lekarza pól roku wcześniej: "Proszę Pana, ja mogę dać Panu
    tabletkę
    przeciwbólową. Każdego z nas od czasu do czasu boli kręgosłup, to
    nic
    poważnego"...
    Rutyna. A to często gubi i drogo kosztuje - czasem i życie pacjenta :
    ( To mną
    wstrząsnęło bardzo.

    Jak dobrze napisałaś - pytania są retoryczne.
    Trzymaj się dzielnie, córcię uściskaj i mimo wszystko życzę ukojenia
    i spokoju
    ducha.
    Anka

    --
    mieux vaut tuer le diable
    que le diable no vous tue
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    manuskrypt 12.01.07, 21:50 Odpowiedz
    Dziękuję. Ucałuję córeczkę. Ona potrzebuje teraz morza miłości.
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    zamszowa 14.01.07, 22:14 Odpowiedz
    kochane dziewczyny, mi tez sie nie pdooba ze na bol nam proponuja
    tabletki, ze
    rutyna. tez chcialabym zeby wszyscy lekarze zatrzymali sie choc
    pzrez chwile,
    pomysleli" taki mlody facet a tak go boli, moze zlece mu badania".
    wyglada na
    to ze lekazre sami sa w tej bezdusznej machinie trybikami. jest tu
    hosoria
    dziewczyny na maxa obciazaonej genetycznie, ktorej mowia wszedzie ze
    usg
    profilaktycznie nie wykonuja bo sie limity wyczerpaly.mysle sobie ze
    g..o
    prawda z tymi limitami. ja po odsylaniu mnie z kwitkiem po prostu
    zmienialm
    przychdonię, tam jakos limitow nie ma, mialam juz szereg badan z
    ubezpieczenia,. bo lekarka nawet z bolacym gardlem nie wypusci ot
    tak sobie.
    zleca badania, laryngologa. wiec macie racje, wszystko zalezy od
    czlowieka.
    wymowa mojego postu miala byc taka, ze ten nowotwor to jeden z
    nazlosliwszych
    wiec nie ma co sobie zarzucac ze mozna bylo cos zrobic. a postawa
    lekarza jest
    oburajaca i chcialabym manuskrypt zebys wiedziala ze tez tak to
    odczuwam.
    calus dla corenki
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    gontcha 14.01.07, 23:06 Odpowiedz
    Zamszowa...
    No własnie ta rutyna. I podejście czasem - młody to zdrowy, a stary
    swoje
    przeżył.. Nie uogólniam oczywiście, bo sa różni lekarza, tak jak i
    rózni są
    ludzie.
    Tylko czasem ktoś ma cholernego pecha, że trafia...no właśnie.
    Ja miałam i mam szczęście. Podobnie jak Ty jestem pod doskonała
    opieką
    lekarską - żadnych problemów z badaniami, skierowaniami etc...Choć
    trafiłam też
    na takich 'bezdusznych, lub niedouczonych'.
    Pewnie wielu z nas mogłoby napisać i pozytywy i negatywy swoich
    kontaktów ze
    służba zdrowia. Jest jak jest i nie zawsze można na to zaradzić (czy
    pacjent,
    czy lekarz). Nasz system opieki zdrowotnej ma wiele wad, dziur i
    braków (z kasa
    na pierwszym miejscu), ych :(
    Ale takie historie mimo wszystko wstrząsają.

    Mansukrypt uściskaj córcię mocno :)

    Pozdrawiam,
    Anka


  • 18.11.08, 09:41
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    dak33 15.01.07, 19:18 Odpowiedz

    Opiszę swoją chorobę. Nie jest ona typowa dla ludzi w wieku 30 lat a
    jednak mi
    się przytrafiła, mimo, że nikt w najbliższej rodzinie nie chorował
    na nowotwór.
    W wieku 25 lat miałam krwawienia z odbytnicy. Poszłam do szpitala na
    badania,
    miałam rektoskopię i wlew konstrastowy. Badania nic nie wykryły. Pan
    ordynator
    stwierdził, że mam słabe naczynia krwionosnie i dał leki na ich
    wzmocnienie.
    Krwawienia co jakiś czas wracały a ja stosowałam to co wczesniej
    zapisano. Na
    początku 2006 roku zaczęłam znowu krwawić, więc zaczełam stosować
    czopki oraz
    leki doustne jak wcześniej. Nic nie przechodziło. Wybrałam się do
    lekarza na
    rektoskopię 30 czerwca 2006 ... Po badaniu lekarz powiedział mi, że
    mam guza w
    odbytnicy... Szok, łzy, niedowierzanie. 13 lipca przyszedł wynik
    histopatologiczny, tego dnia umiera także zona kolegi z pracy na
    raka piersi w
    wieku 39lat. Myslę, że to zły znak. Jadę do lekarza, odbieram wynik.
    Wyrok
    brzmi Adenocarcinoma recti G2. Nie znam łaciny ale domyslam się,
    słowo
    carcinoma oznacza rak. Płaczę i cisną mi sie słowa, które
    wypowiadane są w
    każdym takim momencie, "dlaczego ja i w tym wieku" i co przegapiłam,
    dlaczego
    lekarz który mi robił badania w wieku 25 lat nie powiedział, bym
    sobie
    kontrolnie co jakiś czas wykonała rektoskopię... Przed przyjęciem do
    szpitala,
    kazo mi zrobić usg... wynik - jest ognisko mające cechy meta... A
    więc są
    podejrzenia o przerzuty.. Ile mi zostało czasu?...Jadę na wizytę do
    lekarza
    ustalającego terminy zabiegów w szpitalu w Poznaniu. Lekarz patrzy
    to na
    wyniki, to na mnie, w końcu się mnie pyta mimochodem skąd je
    wzięłam...
    Odpowiadam: Ukradłam... 25 lipca mam operację, wątroba okazuje się
    wolna od
    przerzutów a ognisko o cechach meta okazało się naczyniakiem,
    niestety mam
    przerzut w węźle chłonnym, więc czeka mnie chemia. W czasie pobytu w
    szpitalu i
    po wyjściu mam cały czas problem z wydalaniem, nie umiem się
    załatwić, brzuch
    wielki jak u ciężarnej kobiety...Przez miesiąc się męczę, jestem u
    lekarza na
    kontroli ... okazuje się że jelito w miejscu połaczenia się zarosło.
    Więc je
    rozrywają, ból straszliwy, co parę dni jest to powtarzane, za kazdym
    razem to
    strasznie boli.... W miesiąc po operacji idę do WCO w Poznaniu,
    zaczynam brac
    chemię w tabletkach. Wracam do pracy życie zaczyna się trochę
    normalizować
    aczkolwiek nie omijają mnie skutki uboczne chemii ( straszliwe
    biegunki)... Po
    czwartej chemii pytam się Onkolożki, kiedy będę miała kontrolną
    rektoskopię a
    ona na to, że mam sobie takimi rzeczami nie zawracać głowy, bo to
    oni są od
    tego by pamiętać o badaniach kontrolnych i nic nie zleca( dziwi mnie
    ta
    odpowiedź , bo w wytycznych POU rektoskopię po usunięciu raka
    odbytnicy powinno
    się wykonywac co 3 m-ce)... Jedyne co mi zleca to badanie markerów..
    21 grudnia
    CEA jest równy 1,5 ale CA19-9 jest na poziomie 37, czyli granica...
    Z własnej
    inicjatywy idę na rektoskopię 2 stycznia 2007, okazuje się że mam
    guza za
    ścianą jelita, wielkości 1 cm, tuż nad zespoleniem, mówi że może być
    to również
    zrost.. Idę do onkolozki i jej to mówię, zleca mi jeszcze raz
    markiery wynik
    CA19-9 jest równy 47, daje zlecenia na wykonanie TK miednicy,-
    badanie jest 11
    stycznia i znowu badanie markerów, CA19-9 urósł do poziomu 54....Po
    badaniu
    sekretarka z TK mówi mi, że wynik do odbioru za tydzień... Zaczynam
    się
    targować, przecież to moje życie , muszę wiedzieć czy to wznowa...
    jak mam
    przez ten tydzien żyć ????Pani odpowiada, że ona nie ma na to
    wpływu. Idę do
    onkolożki, ona dzwoni do pracownik TK, mówi , że wynik będzie dziś
    tj
    15.01.2007... Oczywiście dzwonię dziś wyniku nie ma... Jestem zła i
    rozgoryczona, wkurza mnie takie olewactwo... W prywatnej firmie za
    niedotrzymanie terminu jest sie ukaranym, a w Polskiej Słuzbie
    Zdrowia, mozna
    rózne rzeczy robić i nie ponosić za to konsekwencji, nawet nie ma do
    kogo
    skierować zażalenia, bo kogo interesuje jakies tam życie... Znowu
    mnie czeka
    bezsenna noc z myslami co będzie ... I jak ma się wygrać z rakiem,
    jeżeli "wisi" to osobom, które mają pomóc z nim walczyć?

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    mania60 15.01.07, 19:42 Odpowiedz

    Czytam twoją historię i poraz kolejny zastanawiam się dlaczego to,
    co powinno być normą w postępowaniu z Nami chorymi na raka, jest
    wyjątkiem . Mówią ,że ciężkie warunki , że niskie płace, że brak
    dofinansowania . Tak , to prawda, ale prawdą jest też i to , że w
    tych samych warunkach pracują wspaniali , oddani , bezinteresowni
    ludzie. Ja na takich trafiłam i dzięki nim żyję , a przecierz
    czerniak IV Clark to właściwie wyrok. Dak !!! Niepoddawaj się!!!
    Walcz o to, co Ci się należy. Trzymaj się dzielnie. Mam nadzieję ,
    że to będzie tylko zrost. Musi być dobrze.Myślami jestem z Tobą .
    Daj znać jak będą wyniki.mania

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    dak33 22.01.07, 18:49 Odpowiedz

    Mam wyniki... nie ma zmian o charakterze nowotworowym, zrobiły sie
    zrosty.
    Najadłam się strachu. Dziś również miałam robione markery i CA19-9
    wrócił do
    normy:). Nie muszę chyba mówic jaka byłam szczęsliwa. Pozdrawiam i
    dziekuję za
    słowa otuchu.

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    attenna11 22.01.07, 20:39 Odpowiedz

    Gratuluje ...jak miło czyta sie takie wpisy. mam nadzieje , że u nas
    tez
    wszystko dobrze się skończy. Pozdrawiam .

  • 18.11.08, 09:43
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    dak33 26.09.07, 17:55 Odpowiedz
    ciąg dalszy... 09 kwiecień 2007 zakończenie chemiterapii. 13
    kwietnia przyjęcie na oddział onkologii ginekologicznej, podejrzenie
    wznowy raka odbytnicy w jajniku. Przede mną perespektywa usunięcia
    wszystkich narządów kobiecych oraz stomia... 16 kwietnia 07 operacja
    usunięcia lewego jajnika i lewego przydatka... Zmiany okazują się
    łagodne - endometrioza. Rozpoczynam leczenie hormonalne i
    zastanawiam skąd się ona u mnie wzięła... wczesniej tego nie miałam.
    Skutek uboczny chemii?
    lipiec 07 - wizyta u endokrynologa, usg tarczycy potwierdzające, że
    cały jej obszar zajmują guzy... biopsja nie wykazuje zmian
    złośliwych... wole guzowate obojętne..
    17 wrzesnia 07 operacja totalnej resekcji tarczycy... Czekam na
    hispat... Biorę eutyroxN75, nie śpię 4 noc. Zastanawiam się co
    dalej....

    Re: Heh , popatrz jak prędko mija czas

    marika78 24.01.07, 15:23 Odpowiedz
    mój tatko kochany...
    było tak: tato zdrowy jak rydz, 71 lat, za tydzien skonczy 72 lata,
    jest
    wzorem czlowieka, ktory dba o siebie, jada dobrze, spi w ciagu dnia,
    odpoczywa,
    nie stresuje sie, w zeszlym roku przechodzil ze trzy grypy i zostal
    zaszczepiony ale mimo tego chorowal...
    czasem kaszlal, zwykly suchy kaszel, byl trzy razy u lekarki, ktora
    za kazdym
    razem przepisywala mu antybiotyki ale nie bylo poprawy wiec w koncu
    po POL ROKU
    skierowanie na prezswietlenie pluc noi cien okragly,
    tato czuje sie swietnie, nie schudl ani nie stracil apetytu, nigdy
    nie
    palil!!!!!!!
    pierwsza bronchoskopia przed swietami nie wyszla, bo guz jest bardzo
    nisko,
    wypisali go do domu bez diagnozy i kazali przyjsc za trzy tyg wiec
    poszlam do
    ordynatora by to przesunac, z polecenia kogos!
    rzecz dzieje sie w krakowie w szpitalu Jana Pawła II a ordynator na
    to, ze
    skoro tato jest juz chory od dwoch lat to tydzien w ta czy w ta nie
    pomoze mu i
    zebym szla do domu swietowac, bo to sa ostatnie swieta taty a w
    ogole to zebym
    sie lepiej soba zajela, bo tato i tak umrze a ja mloda jestem i
    szkoda
    nerwow!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    w styczniu tato poszedl znow na bronchoskopie, ktora znow nie
    wyszla, dopiero
    zdecydowali sie zrobic mu punkcje noi wyniki znamy od wczoraj czyli
    niedrobnokomorkowy rak pluc, stadium nieoperacyjne, bo za blisko
    aorty i juz
    oba pluca zajete...
    RTG byl 30.11.06 a diagnoza dopiero 23.01.07 czy wam sie nie wydaje,
    ze to
    przegiecie paly...
    dzis siostra byla z tata u onkologa i wiem tylko tyle, ze na
    naswietlania sie
    nie kwalifikuje bo zmiany zbyt rozlegle, bedzie mial podana chemie

    to tyle mojej historii...
    modlcie sie jak i ja sie modle za was wszytskich
    niech Bog ma nas w swojej opiece
    pozdrawiam wszytskich cieplo

    Re: Heh , popatrz jak prędko mija czas
    marika78 24.01.07, 15:26 Odpowiedz
    aha, by nie krzywdzis ludzi zlym osodem, opieka w tym szpitalu byla
    swietna
    jesli chodzi o lekarzy, lekarki bardzo mile i przejmowaly sie a
    siostry na
    kazde zawolanie i duza dyscyplina, tylko tak sobie mysle, ze nawet
    ordynator,
    mimo iz diagnozuje on takie choroby na porzadku dziennym powinien
    miec nieco
    milosierdzia ludzkiego i nie wspolczucia ale empatii z drugim
    czlowiekiem i
    wazyc slowa...

  • 18.11.08, 09:44
    Re: Heh , popatrz jak prędko mija czas
    k111 06.04.07, 22:48 Odpowiedz
    To może ja też opowiem.
    w listopadzie 2006 tata przeziębił się (a należał do tych osób co to
    nie
    wiedzą co to grypa). Leczenie trwało i trwało tak do połowy grudnia,
    niestety
    coś jakoś nie wracał do pełni sił. Lekarz pierwszego kontaku
    skierował na RTG.
    Na zdjęciu wyszedł guz. Skierowanie na oddział onkologiczny w celu
    przeprowadzenia badań. Jeszcze przed Bożym Narodzeniem wszystko
    wykonano. Całe
    szczęście, że wyniki przyszły dopiero po Nowym Roku.
    Diagnoza: niedrobnokomórkowy rak prawego płuca stadium IIIB. Z
    objawów jakie
    miał tata to tylko takie uczucie, opisywał to tak: że jak leżał w
    łóżku i
    chciał się z boku na bok przełożyc to czuł takie przelewanie się
    wody jakby. No
    i przez 30 lat palił papierosy.
    Jak narazie miał 3 chemie. Zniósł je bardzo dobrze (dosłownie
    żadnych objawów
    poza lekką utrata apetytu). Niestety żadnych skutków w leczeniu też
    nie było.
    Teraz jest w trakcie naświetlań. Znosi je bardzo dobrze, żadnych
    skutków
    ubocznych poza tym, że tęskni za nami. Wynik poznamy dopiero za
    miesiąc.
  • 18.11.08, 09:46
    Re: Opowiem Wam - jeszcze kilka historii
    judi40 07.07.07, 15:00 Odpowiedz
    Witajcie! 18 lat temu przeszłam operację usunięcia torbiela, jednak
    badanie
    śródoperacyjne wykazało nowotwór, lekarze zdecydowali o usunięciu
    przydatków.
    po ok miesiacu skierowano mnie na naświetlanie-nie podano mi żadnej
    chemii
    nie było przy mnie ani psychologa ani dietetyka,a po naswietlaniach
    jadlam
    ogromne ilości cytusów/trwało to ok 5lat/Dziś tryskam energią i
    jestem
    bardzoooo szczęśliwa!!!! pozdrawiam

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    devilyn 12.08.07, 18:27 Odpowiedz
    hmm u mnie zaczelo sie calkiem niewinnie od wypadku po ktorym
    stracilam przytomnosc, obrzek mozgu, zlamany nos uszkodzona kosc
    sitowa, wybite 4zeby i calkowicie sparalizowany blednik. ale mimo
    uplywu ciagle mi bylo niedobrze, mialam na okraglo czkawke i bol
    lewego ramienia, glownie obojczyka ktory nie dawal mi spac, zaczal
    mi rowniez puchnac brzuch i mialam ciagle wrazenie jakby mi ktos go
    wiazal zylka. chodzilam do "konowałów" co 2tygodnie i nic. od
    lekarza do lekarza (wówczas nie byłam tylko chyba u psychiatry)
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    devilyn 12.08.07, 18:31 Odpowiedz
    i tak chodzilam dalej od lekarza do lekarza, zachely dochodzic
    nastepne objawy: chudly mi nogi, utracilam apetyt i zaczynalam sie
    dusic w nocy i co lekarka mi pow. (spec.chorob wew) NIE ZRYJ TYLE TO
    BEBECH NIE BEDZIE CI ROSL (bez komentarza) to byl styczen 2003. w
    grudniu trafilam w stanie agonalnym z zatrzymaniem akcji serca na
    blok operacyjny z... rakiem jajnika (chodzilam do ginekologa i
    zawsze bylo pani X wszystko w porzadku) to byl rzadko spotykany
    nowotwor sluzak ktory siegal mi az do pluc i byl ogran.do jednego
    jajnika a jajowd mialam rozciagniety na 28cm.
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    devilyn 12.08.07, 18:35 Odpowiedz
    operacja trwala 4godziny, ciecie mam piekne do mostka (razem jakies
    40cm) badanie histo wykazalo graniczna zlosliwosc ale po komisji
    onkologicznej w szczecinie zalecono 3cykle pc (tylko bo organizm byl
    na wycienczeniu) no i poprawkowa operacja bo...zaomnieli mi usunac
    sieci. w trakcie drugiej operacji (po chemi malo co orla nie
    wywinelam, bo w trakcie operacji dostalam silnego krwotoku) na
    pomorzanach milam porownanie ze stargardem (umieralnia), gdzie
    pomorzany pod wzgledem lekarzy i opieki w skali 1-10 dostaja 100.
    gdy zachorowalam mialam 22lata. bilans 2operacje i 2laparoskopie.
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    devilyn 12.08.07, 18:38 Odpowiedz
    i jestem caly czas pod kontrola klinikii gdzie znana jestem jako ich
    stala klientka, glownie z cietych uwag i dociekliwych pytan odnosnie
    leczenia, poprostu lubie wiedziec co bede miala robione etc etc.
    dzis mam 26lat i strach ktory pozostanie do konca zycia i wiem ze
    nic juz mi nie grozi. testy dna nie wykazaly zadnej mutacji
    (pozdrawiam Prof. Lubińskiego i jego zespół)i pracuje co nadaje
    mojemu zyciu sens i szczesliwie kocham, czlowieka ktory to
    zaakceptowal. zycze wszystkim duzo zdrowia wiary nadzieji i
    wspanaialych lekarzy ktorzy sie znaja na swojej robocie. devilyn



  • 18.11.08, 09:48
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    kk-82 04.09.07, 09:53 Odpowiedz
    To i ja się dołączę. Niestety również przestrzegam przed
    bezgranicznym zaufaniu
    lekarzom.
    W 2001 roku zaczęła zanikać mi miesiączka. Poszłam do lekarza. Ta
    przepisała mi
    tabletki wywołujące/ regulujące miesiączkę. No i chodziłam do pani
    doktor co
    jakiś czas jak zabraklo mi tabletek. W czasie jednej z wizyt zrobiła
    mi badanie
    przez odbyt (październik 2001r) ale wszystko bylo w porządku.
    Boże Narodzenie 2001roku - od rana okropny ból brzucha, nie mogłam
    ani siedzieć
    ani chodzić. Zaraz po świętach poszłam do innej lekarki, ona równiż
    zrobiła mi
    badanie. Stwierdziła, że coś wyczuwa i kazała zrobić USG. W czasie
    USG okazało
    się, że na lewym jajniku jest guz wielkości 14cm. Później była
    wizyta u
    kolejnego lekarza, podstawowe badania do operacji (EKG, krew
    itd).Przed operacją
    (koniec stycznia 2002roku) lekarze robili mi jeszcze USG, nie byli
    pewni czy to
    mieśniak czy coś innego i co dokładnie będą wycinać. Pamiętam jak
    lekarz
    przyszedł do mnie i spytał czy wyrażam zgodę na usuniecie macicy.
    Miałam wtedy
    20lat. Zrobili operację, operował mnie ordynator który później
    stwierdził że
    "pozwolił sobie nie usuwać mi macicy". Tydzień poleżałam w szpitalu.
    Za miesiac
    kazali się zgłosić po wyniki histopatologiczne. Poszłam, okazało
    się, ze są w
    porządku. Miesiąc póżniej przyszło zawiadomienie , że w spitalu
    czekają na
    odbiór moje wyniki z operacji. Myślałam, ze to pomyłka bo przecież
    już
    odebrałam. Poszłam, odebrałam i pośród całego tekstu w oczy rzuciły
    mi się tylko
    dwa słowa: guz złośliwy jajnika. To było ponad 5 lat temu.
    Potem wysłali mnie do przychodni onkologicznej. 27marca poszłam na 5
    dni do
    szpitala na chemioterapię. Zastosowano leczenie (przepiszę z karty
    szpitalnej) 1
    cykl CHE: BEP
    Cis-Platyna 10mh i.v, Vepesid 170mg i.v, BLM 10mg i.v. W sumie
    miałam 4 takie
    chemioterapie. Po pierwszej czułam sie dobrze, tylko włosy wypadły.
    3 i 4 cykl
    to był koszmar. Przez pierwsze dni po powrocie do domu ze szpitala
    nie mogłam
    patrzeć na jedzenie ani nawet go czuć. Jak cos zjadłam od razu
    wymiotowałam.
    Cykle chemioterapii były co miesiac.Ostatnia chemia była
    18.06.2002roku. Od
    tamtej pory powinnam chodzić co 4 miesiaće do przychodni
    onkologicznej. Tam dwa
    razy w roku daja mi skierowanie na markery i usg, częściej na RTG.
    Badanie USG
    robię prywatnie gdyż te w przychodni nie jest robione przez
    ginekologa i jest
    nie dopochwowe- nie rozumiem dlaczego! Tak naprawdę czuję sie nie
    doinformowana.
    Rok czy dwa po chemioterapii powiedziałam lekarkom, ze bardzo czesto
    boli mnie
    brzuch na co usłyszałam, ze "to na zmianę pogody, albo zrosty".
    Zastanawiam się
    też czy nie powinnam brać tabletek hormonalnych. Mam 25 lat, nie mam
    obydwu
    jajników (17 lat temu miałam na prawym jajniku potworniaka). Kiedyś
    rozmawiałam
    z endokrynologiem (mam niedoczynność tarczycy) i powiedziała mi, ze
    jestem tak
    jakby w menopauzie a onkolodzy boją sie tabl. hormonalnych.
    No i to chyba tyle.

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    yago997 14.08.07, 10:29 Odpowiedz
    witajcie,
    i ja dopiszę pare słów
    Właściwie już od grudnia 2006 moja mama źle się czuła, była
    osłabiona i zmęczona.
    od lutego męczyły ją najpierw stany podgorączkowe, później już
    wysokie gorączki, bardzo sie pociła, bolała ją bardzo często głowa.
    Rozpoczęła wizyty u /hahaha/ lekarza /hahaha/ rodzinnego - diagnozy:
    grypa, angina, przeziębienie, menopauza, nadczynnośc tarczycy,
    wiosenne przesilenie. Leczył gripexem, ibupromem, witamina C
    Mama słabła i chudła..ale lekarz mówił, iz to przy tarczycy
    normalne /nie skierował na badania do poradni endokryn., nie
    zastosował leczenia/, wyznaczył zabieg podania jodu na 30 lipca!
    W maju mama znowu bardzo schudła - łącznie 10 kg - lekarz stwierdził
    iz to tarczyca i że musi wytrzymać do lipca..Gorączke miała juz
    prawie codziennie, straciła apetyt, miała wstręt do mięsa, zgagi,
    pobolewania
    Na początku czerwca zauważyliśmy, że mama jakby lekko zżółkła,
    zwłasza białka oczu,
    natychmiast poszła do lekarki się pokazać - a pani "doktor" na to że
    NIC nie widzi!!!Mama zażądała skierowania na badania krwi, wynik na
    drugi dzień - pani doktor lekko wytracona z równowagi gdyz mamie
    wyszła pokaźna żółtaczka - dała skierowanie na ostry dyżur do
    szpitala. I tu własnie rozpoczyna się nowy etap w naszym życiu, RAK.

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    rysinska.k 16.08.07, 15:16 Odpowiedz

    Może moja historia nauczy, że nie można wierzyć ślepo lekarzom ale
    także podczas leczenia trzeba kierować się swoją intuicją.
    We wrześniu 2006 w 37 tyg. ciąży wykryto u mnie polipa ma szyjce
    macicy, którego po 6 tyg. połogu usunięto. W badaniu hist. wykryto
    rozpoznanie:carcinoma lymphoepithelioma - like colli uterii. Był to
    stopień 1b, ale bardzo
    mało zróżnicowany G3.Mój onkolog powiedział że jest to bardzo rzadka
    odmiana
    nowotwotu(kilka przypadków na świecie).18 października poddałam się
    operacj usunięcia wszystkich narządów rodnych, oprócz jajników,
    dodam że mam
    27 lat. w badaniu histopatologicznym po opracji brak nacieku raka na
    wyciętych
    narządach
    ( węzły także są usunięte). Nie zostałam skierowana na radioterapie.
    Lekarz powiedział że jestem zdrowa. Nie dawało mi to
    spokoju.Postanowiłam jesze raz iść do tego lekarza i zapytać czy
    dodatkowe leczenie pooperacyjne nie jest mi naprawdę potrzebne.
    Stwierdził nie było raka w mat. pooperacyjnym - nie potrzeba
    naświetlań. Postanowiłam pojechać na konsultację do konsultanta
    krajowego. Zostałam skierowana przez niego na brachyterapie ze
    względu na G3.
    Gdy zjawiłam się na brachyterapii lekarz dyżurny przejżał wszyskie
    moje dokumenty i stwierdził że ja muszę mieć zastosowaną najpierw
    radioterapię ponieważ nowotwór był bardzo złośliwy i skierował mnie
    na oddział radioterapii. Wyznaczyłam sobie termin pierwszego
    naświetlania i wtedy dowiedziałm się o tym że lekarze zdecydowali o
    chemii (5 kursów cysplatyna 69).Całe leczenie ukończyłam 22 lutego
    2007. Jednak cały czas żyje w niepewności i obawie, że nie wszystkie
    komórki rakowe z mojego organizmu zostały "wypędzone"
    Co mogę jeszcze zrobić? Czekać co los przyniesie...

  • 18.11.08, 09:49
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    aa47 14.09.07, 09:25
    Witam,
    Mojej mamie zaczęła puchnąć noga, była czerwona itd napierw kazano
    jej robić
    okłady itd w końcu jej lekarz wypisał skierowanie do szpitala na
    badania, z
    podejrzeniem nowotworu. I tak sobie myślę że moja mama miała dużo
    szczęścia, i
    też że mamy rodzinę daleką lekarską, zrobili szybciej badania,i sama
    prywatnie
    też robiła, i wyszło: guz w brzuchu, i rak węzłów chłonnych. Mama
    jest w
    szpitalu drugi dzień, czekała na to miejsce miesiąc czasu, ...
    Co dalej będę pisać...
    uwaga ode mnie: trzeba ufać sobie robić badania podstawowe nawet na
    własną rękę,
    i tak sobie myślę że i o sobie też trzeba zadbać i robić sobie
    badania, domagać
    się ich.
    I dla naszych bliskich trzeba być egoistą, i za nich walczyć o
    badania, itd.
    Jesteśmy na początku drogi walki z rakiem, i ciesze się że trafiłam
    na forum...
    --
    "Drogę wytycza się idąc"

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    mariola19761 17.09.07, 18:46 Odpowiedz
    Mojej siostry mąż miał od zawsze odkąd pamiętam małą czarną plamkę
    na torsie ,nikt nie zwracał na to uwagi ani nikt by się nie
    spodziewał że to może byc cos złego .Po pewnym czasie czarna plamka
    zniknęła ,nie zostało po niej nic wchłonęła sie chyba do srodka ,za
    jakies 4 tygodnie od zniknięcia pod pachą wyrosła mu gula wielkosci
    pomaranczy . Wtedy siostra zareagowała od razu najpierw udała się z
    mężem do chirurga ,ten od razu skierował ich do onkologa . Lekarze
    długo nie wiedzieli co to jest ,podejrzewali grużlicę węzłów
    chłonnych i wtym kierunku go leczono -leczenie jednak nie przynosiło
    rezultatów .Szwagier tracił apetyt ,był coraz chudszy i
    slabszy ,wtedy zdecydowano się go operowac . Wynik operacji wykazał
    czerniaka złosliwego w ostatniej fazie rozwoju , chemioterapia juz
    nie wchodziła w grę ,na wszystko było zapóżno ,rokowania tragiczne (
    3 miesiące życia ). Przeżył dokladnie pół roku w lutym operacja w
    sierpniu śmierc . Umarł nieswiadomy tego że odchodzi kilka dni przed
    smiercią czerniak dał przerzuty do mozgu ,stracilismy z nim kontakt.
    Miał 33 lata zostawił żonę i córeczkę z zespołem Dawna ,która do
    dzisiaj nie rozumie dlaczego nie ma tatusia ! Nowotwór to ogromna
    tragedia ,dla chorego i calej najbliższej rodziny ! Wszystkim Wam
    życzę tylko dobrych wiadomosci w walce z tą okrutną chorobą i dużo ,
    dużo siły .

    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    akado 25.09.07, 12:46 Odpowiedz
    Moja mama (ma raka gruczołowego płuca lewego) przez 1 miesiąc miała
    uporczywu kaszel. Lakarka internistka myslała że to zapalenie
    tchawicy i dała antybiotyk ale nic nie pomagało, w końcu po całym
    tym miesiącu kaszlu dała skierowanie na prześwietlenie płuc i wynik
    wyszedł zły, powtórzono rentgen z boku i też zły. Na cito
    skierowanie do Poradni chorób płuc - a tu specjalistka od razu dała
    skierowanie do szpitala. W szpitalu bronchoskopia i tomografia no i
    wyszła z bronchoskopii że to nowotwór niestety.... MAMA NIGDY NIE
    PALIŁA PAPIEROSÓW (co za ironia losu...)

  • 18.11.08, 09:50
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    kreseczka781 13.10.07, 20:31 Odpowiedz
    Witam!
    Niestety, ja tez tu trafiam z powodu nowotworu. Zaatakował
    podstępnie płuca mojego taty.
    Choroba postępowała bezobjawowo. Żadnego kaszlu, utraty wagi. Nic. W
    połowie wrzesnia tata zaczal sie uskarżać na to, że go coś w boku
    kłuje. Był przekonany, że to jakiś nerwoból, albo od noszenia
    plecaka na prawym ramieniu. Poszedł do lekarza pierwszego kontaktu,
    który nie zlecił(!!!) rtg, tylko oznajmił, że to rzeczywiscie
    nerwobol. Przez tydzien namawialismy tatę, żeby zrobił mimo wszystko
    rentgen. Ta wyszła zmiana 5x10cm, podejrzenie twardziny układowej.
    Zrobilismy pilnie tomografię. Tam wyszło, że to nowotwór. Dodatkowo -
    przerzuty na wątrobę.
    Tata trafil od razu do szpitala. Tu zrobili kolejne badania - usg,
    rentgen, bronchoskopie. Wszystko potwierdza diagnoze. Dodatkowo
    wykryli, ze jest zespol zyly glownej (nowotwor uciska aortę) i
    podejrzewaja przerzuty do kosci - tate bola "korzonki", bol
    promieniuje do prawej nogi.
    Tata jeszcze nie wie o przerzutach. W poniedzialek mamy miec rozmowe
    z lekarzem - oficjalne postawienie diagnozy i ustalenie leczenia.
    Boje sie okropnie. Mam nadzieje, wierze w to, ze sie uda. Ale po
    przeczytaniu tych wszystkich postów tutaj skrzydełka mi odpadły... :
    (
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    brosik-2 18.10.07, 12:04 Odpowiedz
    Historia mojego taty: Rok 2005 -listopad - kłopoty z wypróżnianiem.
    Lekarz rodzinny przepisuje wszystko, co możliwe. Nic nie pomaga.
    Stwierdza w końcu, że w wieku starszym to normalne. Próbujemy
    wszystkiego co możliwe, poprzez suszone śliwki, rycynę itd. Nic nie
    pomaga.Tata wypróżnia się minimalnie. Trzydziestego grudnia jedziemy
    do szpitala na lewatywę, zgłaszamy lekarzowi dyżurującemu problemy i
    stwierdzenie lekarza rodzinnego. Lekarz zaleca wykonanie
    kolonoskopii. Kolonoskopia, USG i wyrok - guz na jelicie grubym -
    wielkości pięści. Luty 2006 r. operacja. Po operacji skierowanie na
    chemioterapię, której tata z racji wieku się nie poddaje. Jest
    dobrze do listopada 2006r. W listopadzie 2006 r. rak atakuje
    ponownie - przerzuty na płuca i wątrobę. Wizyty u profesorów i
    zażywanie różnych specyfików. W czerwcu 2007 r. już jest źle,
    zażywane leki nie pomagają. Zalecenie profesora - leczenie
    paliatywne. W międzyczasie szpital, tata bardzo osłabiony, brak
    apetytu, wysadzona wątroba itd. Po wyjściu ze szpitala, a więc od
    czerwca do października br.leczenie paliatywne i niewiarygodna
    poprawa stanu zdrowia. Tata funkcjonuje jak gdyby nigdy nie
    chorował.Pisałam zresztą o tym na "Forum" bo było to dla mnie wręcz
    niewiarygodne. Tak było aż do dnia dzisiejszego. Znowu "zło"
    powróciło. Narzeka na bóle w klatce piersiowej i pod łopatkami, nie
    ma apetytu i słabnie, puchną mu nogi, a nam pomału umyka iskierka
    nadziei jaką nas obdarował przez około 3 miesiące. I co dalej? A tak
    na marginiesie tej mojej historii powiem, że mój kuzyn - młody
    człowiek, przejął się diagnozą mojego taty i mając podobne problemy
    z wypróżnianiem, zażądał wręcz od lekarza rodzinnego skierowania na
    kolonoskopię. Okazało się, że ma na jelicie polipy, ale tylko
    polipy, które po latach mogłyby przekształcić się w nowotwory
    złośliwe.I to jest morał mojej historii, domagajcie się, wręcz
    żądajcie w takich przypadkach skierowania na badania
    specjalistyczne, bo niestety od lekarzy rodzinnych trzeba je po
    prostu wymuszać.

  • 18.11.08, 09:50
    Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
    marinka52 26.10.07, 21:52 Odpowiedz
    kochani...
    szosty rok jestem po leczeniu na raka piersi..
    nie amtutowano mi-tylko wycieto guzek tycisienki,zlosliwiec, "

    i wycieto wezly chlonne ,zeby spr na wszelki wypadek,czy" gosc"
    nie zamiszkal .. no i nie zamieszkal ,byl tylko i wyczcznie w guzku
    ok 19mm -trowym..
    ale!!!!!!!!
    od czego sie zaczelo, od pierwszej momografii,profilaktycznej bo
    menopaza juz wowczas rozpoczela. ginekolog zazt\yczyl, wiec po chyba
    1,5 miesiacu pojawilam w tej sprawie olsztynie..owczywiscie nie
    moglam od 4 lat sluchac opowiesci matki mojego ucznia,ze w jej
    piersi jest guz, pracujac zawodowo, wciaz prosilam ja zeby sama
    pojechala jak najszybciej i spr co ma w tej piersi..wielkosci
    mirabelki,,,-tak mi mowila, ja jej giza nie doytykalam, ja przeciez
    nie fachowiec od macania jej piersi...
    okazja do wyjazdu bylo to ze z rodziny mnie ktos odwiedzil
    fiacikiem, i zdzwonilam ze jade na momografie do kolezanki, za pol
    godzinki byla juz gotowa i pojechalismy--ok 7k do stolicy warmii i
    mazur na momografie, beplatnie i tylko rano zapisalam siebie i ja na
    wyznaczona godzine..
    ... pierwza weszla kolezanka..
    wyszla.. ja zaraz po niej.. no i czekamy, gr radiolog wzywa
    mnie, ... na rozmowe, pokazuje mi guzka... mojego? ja mowi ja? ? p
    gr nie pomylila sie? NIE! odpowiada --widzi pani ta malutka plame
    koloru bia;lutkiego--to pani guzek!
    patrze, no widze.. ale ja??????
    pytam o moja kolezanke,? wxale do mnie nie dociera ze to moj ju jest
    w piersi ..uroniety ok 2cm... mniej wiecej guzek....
    pytam znow, ..wola p dr radiolog moja kolezanke.. i pokazuje jej
    gosxcia,,ok 5 cm.. duza owalna sliwa!pokazje na piersi nam ten guz,
    zwyczajna goreczka sliwkowa,,na wierzchu pod skora widac,, owalny
    RAK!chyba? rak? boprzeciez trzeba biopsje zrobic-badania i bedzie
    dopiero wiadomo!
    patrzymy dwie na siebie ,, 50latki!!
    nogi mmy z waty.. blade.. co tam mowic..wiadomosc .. :(((((((((((
    sprawda ska jestesmy i pyata nas czyu mamy gdzie przenocowac bo
    jutro raniutko o 6 trzeba byc na biobsjii.. no tak . ani koszulek
    nocnych anitoaletowychprzyborow,,, ide do budki yelefonicznejdzwonie
    do mego brata ktory nas przywiozl,czy mozemy na noc zostac bo mamy
    jutro obydwie biobsje guzkow... a wczesniej[rzed biobsja moje
    usg!!!!!
    bo!~~~~~~Dazdjeciu momografii moj guzwidoczny,ale gdzie on jest zeby
    z niego pobrac.. usg musi wskazac w dorodnej mojej piersi,,miesce
    klucia igla do povrania ,, materialu na badania..
    klezance bez zadnego nic pobieraja biopsje robia cyk i juz... a usg
    favhowcw trzech lata po moim cycu w roznych miejscach ikierunkach i
    nic!!!!!!! USG nie moze wykryc umiejscowienia Guzka, odsylaja mnie z
    niczym!!!
    WRACAMY AUTOBUSEM DO DOMU, ONA CZEKA NA WYNIK A JA MUSZE POJAWIC W
    KOLEJCE CZEKAJAC W SZPITWOJEWODZ.. I TAM MAJA MI OD NOWA SZUKAC
    GDZIE TRN CO DOTYLU CODZI JEST UMIESZCZONY, MI NIC NIE BOLI,JA GO
    TEZ I FAVJPWCY RECZNIE OBMACUJAC MOJA PIERS,,NIGDZIE NADAL NIE MOGA
    ZNALEZC,,,
    nastepnawizyta w Olsztynie moja, bo spejalisa z Gdanska mamnie
    ogladnac w celu ustalenia miejsca---
    klopot niesamowity mieszkam w gdansku od pol roku pilnuje
    polrocznego wnuka!
    i takich wyjzdow w ciagu polroku bez efektow w olszynie zaliczylam 6!
    Ginekolog chirurg,, mowi mi ze prosze bardzo w tej chwili moge go
    pani wyciac,,tylko w ktorym on mieszka miejscu?
    Jestem juz zmeczona ym wszystkim,mowie dajcie mi swiety spokoj,moze
    on mnie tak kocha,ze nie chce ujawnic miejsca? i chce na zawsze we
    mnie siedziec?
    ALE !!!
    nardzamy z ta sama jedyna wciaz radiolog od mmografii, i ..
    zapada decyzja na poczatku grudnia, ze ,,wezme promese.. i pojade
    na Rentgena do WARsZAWY!...
    kombinuje, odwlekam , z dniem 1 stycznia konczy mi sie temin
    promesy,,, JADE!!! intersity z gdanska.. wnusio synowa pilnuje..ok..
    no i jestem..klejka pierwszej wizyty to 60osob! w kolejce!
    jestem juzzapisana i czekam pod gapinetem pierwszego widzenia!
    pni dr.. patrzy i mowi,a pani po co mitu potrzbna??????/
    Pani ma byc u chirurga odrazu ,a ja i tak operacji zadnych nie
    przeprowadzam!
    o masz!!!!!
    lzy mi ciekna.. podroz meczaca ok 2000tys ludzi chodzi w calutkim
    onkologicznym gigancie,aja:( nie dostane mimo ze jechalam taki kawal
    dogi z gdanska do stolicy:(
    litosc, chyba ja owlanela,,dzwoni do chiruga .. i widac
    wyraznie1!!!!! jest piatek ok 14stej,,chirurg mowi obrazony na
    nia,,co ona sobie mysli,ja juz dzis skonczylem przyjmowac... :(
    slysze jak o tym mowia!
    ale.. dr ,,mowiidzie pani sama, powie zejechala taki szmat drogi,
    moze chirurgowi cos odmieni i pania chociaz zobaczy...
    pukam,, grzecznie, pacjentek w kolejce nie widac.mysle moze iskierke
    szansy bede miala...
    Dziendobry, bbbb przepraszam,, patrze na wazatego pana.. mine ma
    straszna--nic mysle tylko wyrzuci mnie z gabinetu,ma juz zaliczonych
    kilka operacji,koniec tygodnia, i poprostu czlowiek chce miec
    weeekend -spieszy -teczka juz zapieta,, tylko garniturek bialy
    jeszcze na sobie ma...
    i dzieje rzecz dziwna?... spojrzal w moje czarne slipia zaplakane,ze
    szmat rogi przyjechalam i mowi..trudno.. przyjme pania,a do
    pielegniarki mowi,,wpisujepani dane pacjentki do komputera, pani
    szykuje do badania,, zaraz wracam... i wrocil ,, pachnialo lanym
    zapachem papieroska..aha--poprawil sobie humorek,,
    spokojniutko ,grzecznie maca na rozne strony moja piers i nic...
    guz na sdjeiu jest! a wyszukac nie da sie umiejscowienia i juz!
    dzwopni do usg,, przujac mnie maja natychmiast! I MOMOGRAFIE ROCBIC
    TEZ ODRAZU>!!!

    POSZLAM.. WROCILAM DO NIEGO,,USG NIC NIE ZNALAZLO A MOMOGRAFIA JAK Z
    OLSZTYNA TAK Z WARSZAWY --JEST GUZEK!JEST!

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.