NASZE HISTORIE ciąg dalszy do wpisu z dn. 15.11.08
Na forum jestem codziennie ale dopiero dzisiaj odnalazłam swój wpis
w tej kategorii - NASZE HISTORIE i przyszedl czas, żebym dopisała
jak nasza się skończyła.
Jak wipsywałam się 15.11.2008 to było bardzo dobrze, o Boże jak to
boli porównać to co pisałam tego dnia z tym co się wydarzyło za 10
dni. 25.11.2008 odeszła moja mama. W czasie, kiedy opisywałam to co
mama przeszła, była w szpitalu na podaniu krwi - to była wersja
rodziny i mamy dla mnie. Za 2 tygodnie miałam rodzić więc podano
mi "lżejszą" wersję wydarzeń. Później dowiedziałam się, ze mama
miała od 4 dni krwotoki z jamy ustnej i przewodu pokarmowego. Wzięli
ją do szpitala na zatamowanie krwotoków i podanie krwi celem
polepszenia wyników: anemia po chemii i KRYTYCZNIE NISKIE PŁYTKI
KRWI!!!! Gdybym o tym wtedy wiedziała to moze bym coś jeszcze
zrobiła :-( Potem, jak pojechałam z mamy wynikami z tego pobytu w
szpitalu do onkologa prowadzacego - mama leczyła się na nowotwór w
innym mieście i w innym mieszkała: odległośc 200km, to postawił
hipotezę, że tak niskie płytki mogły być wynikiem przerzutów do
szpiku. Po wyjściu ze szpitala: 19.11.2008 mama zaczęła się
uskarżać, że boli ją wszystko a najbardziej głowa!!! Minęło 1,5 dnia
a weszło hospicjum domowe i zaczęto podawać mamie leki przeciwbólowe
wg. schematu walki z bólem nowotworowym. Nie pamiętam co dokładnie
ale wiem, ze morfina pojawiła się 2 dni przed śmiercią. Minął
kolejny dzien i mama przestala wstawć z łóżka, jeszcze jeden i mama
przestała mówić. Była świadoma, porozumiewała się przez gesty i
mruczenie. Następnego dnia pojawił się paraliż prawej strony ciała.
A ja się już tylko modliłam, żeby Pan wziął ją do siebie jak
najszybciej. Wysłuchał mnie. Tydzień po tym jak zaczęła boleć ją
głowa była juz po lepszej stronie świata. Z jednej strony bardzo
chciałam, zeby wytrzymała - lada dzień miala przyjść na świat jej
piewsza wnuczka - i przyszła tydzien po jej odejściu -z drugiej nie
chcialam, zeby cierpiała i jestem wdzięczna Bogu, że cierpiala
stosunkowo krótko.
Wszędzie czytałam, ze rak płuc jest podstępną chorobą, że
drobnokomórkowy świetnie odpowiada na leczenie ale potrafi szybko
sie odezwać i jak uderza ponownie to z kilkakrotnie większą siłą.
Ale nie sądziłam, że jest aż tak podstępny i aż tak szybki. No i
oczywiście nadzieja umiera ostatnia chociaż są takie przypadki -
piszecie o nich na tym forum - i taki właśnie jest przypadek mojej
mamy, że nadzieja umiera przed chorym. Wtedy to modlimy się o
skrócenie jego cierpienia.
Wszystkim, którzy zmagają się z tą chorobą, z chorobą nowotworową
życzę wiary i pogody ducha, a z tymi, których ukochani są już po
drugiej stronie, łączę się w bólu.
Kaśka