Dodaj do ulubionych

kto wyszedl z ...

26.05.09, 07:48
szukam wytrwale dobrych wiesci, egoistycznie licze, ze czyjas
pomyslna historia wzmocni rowniez mnie...moja mama choruje na raka
szyjki stopien IIIB. czy komus z was badz waszych bliskich udalo sie
pokanac potwora w tym stadium? a moze innego wrednego zaawansowanego
raka? wierze, ze diagnoza nowotworu to jeszcze nie ostateczny wyrok,
tak bardzo chce w to wierzyc...
Edytor zaawansowany
  • 26.05.09, 12:00
    Moja mama wyszła z tego stadium. Miała chemię, radioterapię i już 5
    lat nie ma nic. Ostatnie badanie PET nie wykazalo żadnych zmian.
    Myśl pozytywnie !
  • 26.05.09, 13:45
    droga kor_niku, czy moglabys opisac jak wygladalo leczenie mamy i
    jak sie czula ona sama? wlasnie sie dowiedzialam, ze mama ma miec
    jutro biopsje w pachwinie (cos tam znalezli wielkosci 1cm) i ze
    lekarze zdecydowali na 5 lamp i chemie.5 lamp to przeciez nic - pani
    co lezy z mama w pokoju miala ich chyba okolo 40! boje sie, ze to
    jakies paliatywne dzialania. i akurat przyjechalam od mamy i nie mam
    bezposredniego kontaktu z lekarzmai, przez telefon pewnie nic nie
    powiedza, a moj tato zupelnie sobie juz teraz nie radzi. twoj post
    mnie natchnal naprawde pozytywnie, moze masz informacje ktorep omaga
    mi jakos slusznie zadzialac? dziekuej ci z gory mocniutko!!!!
  • 27.05.09, 08:00
    Twoje podejrzenia są słuszne, lekarze zdecydowali o radioterapii
    paliatywnej.Stopień IIIB to duży stopień zaawansowania, nie rokujący
    najlepiej.U mojej Mamy było takie samo leczenie.5lamp,po miesiącu
    kontrola i następne 5.Dało to nam parę miesięcy względnego
    spokoju.Później było już tylko coraz gorzej.
    Niestety nam się nie udało.
  • 27.05.09, 10:27
    najgorsze jest zem oja mama ma bardzo dobre wyniki krwi, OB spadlo z
    90 do 40, bole sa w miare do opanowania, nerki, sledziona, watroba w
    porzadku. powiedzieli matuli, ze te lampy to sa bardzo silne i ze
    wystarczaja na 6 miesiecy (????), co wydaje mi sie jakims zerowaniem
    na nadzieji chorego - wmowic mu cos i umyc rece. gdybym mogla jakos
    wplynac na decyzje lekarza, ale mam do dyspozycji tylko telefon. nie
    rozumiem dlaczygo nie chca sprobowac czegos bardziej radykalnego,
    jelsi mama czuje sie dobrze. czuje sie tak zupelnie bez sensu myslac
    o mojej mamie. moze rzeczywiscie nic sie nie da zrobic, ale jakos
    nie moge w to uwierzyc. na sali obok mamy jest ktos, kto wzial 40
    lamp - owszem, mlodszy od mamy, mama ma 59 lat, pewnie to tez
    wplynelo na te ich niezrozumiala dla mnie decyzje.
    przykro mi ulaw2...
  • 27.05.09, 11:07
    Kwiatuszku, tak bardzo przypominasz mi mnie samą kiedy moja Mama
    zaczynała leczenie.Tak bardzo chciałam i wierzyłam ze będzie dobrze.
    I podobnie jak Ty oburzałam się na sposób podejścia lekarzy,
    chodziłam, prosiłam, płakałam.Też nie mogłam zrozumieć dlaczego nie
    chcą jej leczyć radykalnie.
    Mama początkowo też bardzo dobrze się czuła, dobre wyniki, miała
    wiarę i siłę. Do końca.Bo migdy jej nie powiedziałam tego co sama
    wiedziałam od początku.Nawet jak ostatni raz szła do szpitala.Ja
    wiedziałam że do nas już nie wróci.
    Nie wiem skąd jesteś, ale może warto poszukać innego osrodka, może
    tam zaproponują inne leczenie. Bardzo dużo dobrego słyszałam o prof.
    Emerichu z Gdańska.

    Pozdrawiam i przytulam.Ula.
  • 27.05.09, 11:37
    Ulu, mama jest w gliwicach, wszyscy potwierdzaja ze osrodek jest
    dobry, lekarze wyszkoleni, najlepsze centrum onkologiczne w
    regionie.mama jest na oddziale pani dr Sylwii Jedrus, lekarz
    prowadzacy to dr Cofalik. mysle, ze musze zorganizowac chyba jakies
    konsultacje z innym ginekologiem onkologiem, ale nie wiem czy mama
    sie zgodzi, a tez nie moge jej powiedziec wszystkiego, bo chce by
    nie opuszczala ja wola walki. jest wlasnie jak opisalas w twoim
    wypadku, lepiej, zeby nie wiedziala wszystkiego, to raczej oddala od
    nadzieji niz wspiera. Rozmumiem, ze twoje lzy u lekazy ich nie
    skruszyly - czy or jakas procedury by przy stadium IIIB mimo dobrego
    samopoczucia pacjenta jednak poprzestac na leczeniu paliatywny, czy
    to wiek mamy? (59 lat) w dodatku ordanator zarzadzila biopsje w
    rejonie, ktory ma byc naswietlany (cos w pachwinie) - lekarz
    prowadzacy powiedzial, ze wolaby nie pobierac wycinka, bo to zawsze
    jest interwencja chirurgiczna, a naswietlenia trzeba juz zaczac.
    trudno czasem ich pojac, ale pewnie oni tez nie wiedza wszystkiego.
    a moze, jak mowi moja mama, jest ciekawym przypadkiem?! dziekuje za
    rade, to dobry pomysl skonsultowac sie z kims jeszcze, trzeba skads
    wziac sile na wiare!
  • 27.05.09, 11:53
    To ja powiem z perspektywy kogos kto stracil juz bliskiego - tez
    upieralam sie (wszyscy sie uperalismy ) na lecznie radykalne (wielka
    operacja bo byly juz powazne nacieki i zajete wezly chlonne) - w
    jednym osrodku nam powiedzieli ze nie, ze w tym stadium operacja nie
    wchodzi w gre, ze moze chemia a potem sie zobaczy, w drugim tak
    samo. Ale znalazl sie trzeci, w ktorym (nie onkologia tylko oddzial
    urologii) powiedzieli, ze oczywiscie operacja. No i prawda jest taka
    ze na operacje tata pojechal o wlasnych silach prowadzac auto a
    potem juz nigdy nie wstal. Od operacji (i reoperacji ratunkowej
    ktora byla konieczna po 2 tygodniach od pierwszej), w bolach i w
    bardzo zlym stanie przezyl tylko 3 miesiace.

    Teraz juz wiem ze upieranie sie na leczenie radykalne w sytuacji gdy
    lekarze widza ze nie ma ono sensu to nie jest madre podejscie. moze
    gdybysmy zostali przy tej chemii ktora proponowano tata jeszcze
    bylby z nami. Moze zadzialalaby tak ze po niej operacja bylaby mniej
    drastyczna i obciazajaca organizm.

    Pisze to po to zebys zrozumiala ze nie trzeba patrzec na lekarzy
    proponujacych wylacznie leczenie paliatywne jak na mordercow bez
    serca. Oni z doswiadczenia moga wiedziec ze takie lecznie i tak nie
    przyniesie wyleczenia za to spowoduje wielkie cierpienie chorego.

    Nie wiem wiele o raku szyjki i moze tu jest inaczej. Pisze tylko o
    tym jak bylo u nas.
    --
    Oczy mam, mówisz mi, tak przejrzyste
    ...
  • 27.05.09, 20:08
    Wasze wpisy niestety nie sa zbyt pocieszajace. Glupia liczylam na
    same pozytywy. Coz zycie...:(
  • 28.05.09, 13:04
    Żeby nie było tak całkiem pesymistycznie.Mnie się udało co prawda z raka jelita
    grubego ale się udało.Stan był zostało panu do 6 m-cy a żyje już 9 lat.
    Pozdrawiam
  • 28.05.09, 19:55
    ja też chcę coś pozytywnego powiedzieć. jeszcze kilka dni, bo
    dokładnie w połowie czerwca minie 2 lata od leczenia i ...i jest OK
    (ale ciiii......, bo niechce zapeszyć).
    tak w skrócie:Rak jajnika stopnia IIIC z przerzutami, radykalna
    operacja, chemioterapia 6 cylki.
    Niepodawaj się! wsparcie rodziny jest bardzo ważne, mnie podniosło z
    choroby - tak uważam - wszyscy ze członków rodziny za mnie biegali
    od lekarza do lekarza...BOŻE! JAKA JA JESTEM IM WDZIECZNA! DZIĘKUJE!
    Powodzenia. Gosia
  • 28.05.09, 21:27
    Dokladnie, Nie poddawac sie! roznie bywa wielu osobm sie nie udaje ale jest tez wiele przypadkow gdzie z rakiem wygrywaja albo chociaz choroba wstrzymuje sie nawet na pare ladych lat. Siedzenie, zamartwianie sie i myslenie o najgorszym nie pomoze. Wiara zawsze dodaje sily by w miare normalnie funkcjonowac i nie pozwol jej sobie odebrac. Moze akurat mama ma silny organizm i jakos poradzi sobie z ta choroba. Ja mimo ze zdaje sobie swietnie sprawe z powagi sytuacji wierzę w mojego Ojca ze przynajmniej na jakis dluzszy czas da rade i modlę sie. To pomaga
  • 28.05.09, 23:26
    Ja tez nauczylam sie tak zyc. Radosc z zycia juz nie ta sama,
    usmiech juz nie tak szczery i szeroki, ale jakos trzeba zyc dalej. A
    dopoki moj taka jest z nami to wierze (mimo, ze tez sa przerzuty).
    Wierze, ze nas to nie spotka, ze za rok za dwa bedzie ze mna, w
    najwazniejszych momentach mojego zycia. Jejku jak to zmienia
    człowieka, jego podejscie do zycia, do ludzi. Ech temat rzeka:(
  • 29.05.09, 06:58
    sa chwile, kiedy ciezko jest siebie samego przekonac, ze bedzie
    dobrze, dzownie wtedy do matuli i przez pol godziny wypytuje ja co
    dzis jadla, jak sie czuje, czy dobrze spala, a pozniej daje jej
    liste zadan do wkyonania- zjesc solidne sniadanie, pic duzo wody
    (tylko tyle wypilas, no to musisz jeszcze), zjesc obiad (nie,
    zadnego marudzenia), wciac podwieczorek (tlyko mne nie denerwuj),
    postarac sie przespac po poludniu, poczytac pozytywna ksiazke, etc.
    i jakos splywa nam nie wiara, przez to "klocenie sie " z mama jak z
    dzieckiem. wtedy naprawde czuje sie silna i wierze! dlatego mimo, ze
    na poczytku choroby czytajac rozne rady o pozytywnym mysleniu i
    optmyistycznym obrazowaniu pzyslzosci, troche sie wsciekalam, a
    teraz wiem, ze mieliscie racje. moja mama zaraz po diagnozie schudla
    3kg, szczegolnie po pobrnaiu biopsji z szyjki, tuz przed wielkanoca -
    jak przyjechalam na swieta byla blada i msutna - kilka dni
    mojego "terroru" jadlospisowego i aktywnosci babkskich jak male
    zakupy, wizyta u fryzjera czy spacer z psem wrocily ja do zycia. po
    swietach odzyskala kg, a nawet ciut wiecej. chce naprawde wierzyc,
    ze mama ufa mi i moim staraniom i ze sie do nich stosuje. wciaz
    tlkyo szczegolnie mi ciezko, ze na codzien dzieli nas 1000km!
    no cos pozytywnego - u mnie w pracy jest babeczka, ktora wyszlz
    bardzo ciezkiego raka mozgu - dwie operacje ratujace i od 3 lat
    cieszy sie dobrym samopoczuciem (miala ozniej kilka plastycznych
    rekonstrukcji czola tez bardzi powaznych ale ise udalo).
    powiedziala, ze wyeliminowala najpierw ze lsownika, a pozniej
    stopniowo ze swiadomosci takie slowa jak stres i mnie sie nie uda.
    polecam, jesli dacie rade - kolezanka naprawde ma sie dobrze! (mnie
    na razie trudno wdrozyc jej metode, ale moze z czasem!!!)
  • 29.05.09, 10:58
    kwiatku, nie martw się. moja mama dostała na początek taką leciutka
    chemię, bo było za późno na operację radykalną. Po chemii okazało
    się, że ten nowotwór zareagował i zdecydowano o radioterapii. Potem
    byla jeszcze brachyterapia (wiele osób twierdzi, ze juz nie była
    potrzebna). Cały czas mama miała pozytywne podejście. Stosowała
    dodatkowo probiotyki i zioła, żeby odbudować florę jelit po
    naświetlaniach. Niestety pojawiły się powikłania w postaci choroby
    popromiennej i z tego powodu głównie teraz cierpi, ale raka już nie
    ma. Konsekwencje są tekie tego leczenia, że ma żywienie pozajelitowe
    i stomię (źle dobrana dawka promieniowania moim zdaniem to
    spowodowała) ale żyje, funkcjonuje w miarę normalnie (wychodzi po
    drobne zakupy, spaceruje) i nadal myśli pozytywnie. Ja nie powiem Ci
    wszystkiego o całym jej leczeniu, ale jeśli chcesz to zapytam, czy
    nie może odpowiedzieć na kilka Twoich pytań na GG lub w mailu.
    Trzymaj się ciepło ! Moja mama jest dowodem na to, że i ja z moim
    rakiem mam szansę wygrać. I tegi się będę trzymać !
  • 29.05.09, 11:40
    Do Kor_nika:
    Nie chcę sie tu broń Boze wymądrzać ani pozbawiać nikogo nadziei,
    ale mam pytanie czy Twoja Mama na pewno miała stadium IIIB ( bo o
    takim tu mówimy)i leczenie takie jak opisałaś?
    Przypadek Mamy Kwiatka a także i mojej czyli stadium IIIB to duże
    stadium zaawansowania i w wiekszości przypadków leczenie tylko
    paliatywne.Piszesz o powikłaniach popromiennych, stomii Twojej Mamy
    co wskazuje na bardziej radykalną terapię.A może to było stadium IIB
    (też już nieoperowalne)ale jednak szanse dużo większe.
    Zapytaj Mamę i napisz proszę, jeśli możesz.

    Pozdrawiam. Ula.
  • 29.05.09, 12:33
    zapytałam i na pewno IIIB. I leczenie mniej więcej jak podałam. Na
    początku zastosowano chemię paliatywną,potem radioterapię i
    brachyterapię. Nie pamiętam dokładnie, ale po około dwóch latach
    zaczęły się komplikacje z chorobą popromienną. tak naprawdę kilka
    razy w tym czasie była jedną noga po drugiej stronie. Na razie jest
    ok.
  • 01.06.09, 18:37
    kwiatku2210
    Nam się jak dotychczas udaje skutecznie walczyć z rakiem złośliwym jajnika G3,
    stopień zaawansowania III już 4 rok.
    Od stycznia 2009 roku markery Ca125 systematycznie spadają.
    W styczniu marker Ca125 wnosił 1415, 1 czerwca marker Ca125 wynosi 484.
    Chemia na moją żonę nie działała dlatego z niej zrezygnowała.
    Obecnie stosujemy Bioterapię jako podstawę leczenia, dożywiamy organizm na
    poziomie komórki.
    Muszę przyznać, że nigdy nie dopuszczałem do siebie i żony negatywnych myśli.
    Choroba żony zmotywowala mnie do poszukiwań innych rozwiązań niż te które
    proponuje medycyna klasyczna.
    Moja żona dzięki moim wysiłkom i wytrwałym poszukiwaniom wspaniale funkcjonuje i
    czuje się tak jakby choroba opuściła jej ciało.
    Namawiam żonę żeby to ona opisała swoją historię i mam nadzieję, że wkrótce to
    uczyni.
    Wcześniej kiedy nie było tak widocznych oznak zwycięstwa nie chciała czytać o
    chorobach innych ludzi a tym bardziej pisać o swojej. chorobie.
  • 01.06.09, 23:45
    A mozesz tak po krotce powiedziec w jaki sposob jeszcze sie bronicie
    przed ta choroba???
  • 06.06.09, 22:02
    Jak wcześniej wspomniałem dożywiamy bardzo mocno organizm na poziomie komórki,
    dostarczamy organizmowi wszystkie niezbędne składniki odżywcze. Dożywiony
    organizm rozpoznaje wszystkie nieprawidłowości, które występują w organizmie i
    zaczyna bardzo skutecznie z nimi walczyć.
    Chemia bardzo mocno wyniszcza organizm i jeżeli nie wzmocnimy organizmu następna
    chemia dokonuje zniszczeń, które w końcowym efekcie w bardzo wielu przypadkach
    doprowadzają do zejścia.
    My nie poddaliśmy się ślepo leczeniu chemicznemu, wielokrotnie żona przerywała
    leczenie chemiczne i stosowała jedynie suplementy, koncowy etap żona
    zrezygnowała całkowicie z leczenia paliatywnego i zaczęła chodzić do
    bioenergoterapeuty.
    Bioenergią leczy się od lutego 2009 roku .
    Początkowo żona chodziła na zabiegi półgodzinne .
    Następne zabiegi były godzinne, półtoragodzinne i 2 godzinne.
    Zabiegi bioenergetyczne przynoszą nadspodziewane rezultaty, ustąpiły bole nóg,
    skończyły sie problemy z nerkami, brzuch nie rośnie, nie wystepuje wodobrzusze.
    Moja żona jest w bardzo dobrej kondycji fizycznej i psychicznej je wszystko, nie
    musi stosować diet.
    Jeżeli chcielibyście zapoznać się z historią choroby mojej żony i z nią
    osobiście służymy pełną dokumentacją.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.