• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
Dodaj do ulubionych

Gałczyński - Przed zapaleniem choinki

  • 25.12.09, 00:24
    Wstęp

    Już się dzień jak tragarz pochyla.
    Trzeba wyjść na miasto. Wigilia.
    Trzeba się trochę powłóczyć
    zamglonymi ulicami Krakowa.
    A Kraków jest dama fędesjeklowa
    w biżuterii świateł sztucznych.

    II
    Przemówienie do ulic
    (w mimowolnej formie piosenki)

    Siostry moje, ulice,
    chcę wam dziś miłość wyznać:
    wy jesteście moja ojczyzna,
    mój deszcz i wiatr, i śnieg.
    śnieg tak pachnie jak lilia,
    deszcz jak wino upija,
    idąc wami słyszę, jak mija
    szalony XX wiek.
    W dali, na wzgórzu przystanę,
    gdzie miasto zaczarowane,
    wy płyniecie tam ze mną, piękniejsze
    od najpiękniejszych rzek.
    Siostry sny zsyłające,
    Siostry moje, ulice,
    w dzień na szybach ze słońcem,
    w noc z wiszącym księżycem.
    W was puszczałem w rynsztokach
    małe łódki z papieru,
    o, złote dźwięków szuflady,
    o, filharmonie szmeru.
    Któż tak potrafi rzewnie
    mgłami zasnuć i osnuć?
    Któż tak do ucha szepnie:
    "Nie smuć się, bracie, nie smuć".
    Wiosną ptaszki i listki,
    latem jest kurz złocisty,
    jesienią koncert dżdżysty,
    a zimą wiatr i śnieg
    i śnieg tak pachnie jak lilia,
    wiatr jak wino upija,
    idąc wami słyszę, jak mija
    szalony XX wiek.

    (W ten sposób, pojmujecie,
    mam milion sióstr na świecie,
    bo w każdym mieście
    jest moje szczęście:
    ulice, ulice, ulice.)
    III
    Anormalny chiromanta
    Gdzie wzejdzie Gwiazdka? w niebie.
    Gdzie są dziewczyny? w sklepie.
    Dziewczyny ciastka sprzedają.
    W sklepie jest lepiej niż w niebie.
    Właśnie do sklepu wszedł chiromanta
    oraz chiromanty cień -
    i rzecze chiromanta: "Niech da mi panna
    dwa miliony rurek z kremem".

    "Przepraszam pana. Bez głupich żartów.
    Ile żąda dobrodziej?",
    "Cztery miliony, a zresztą - nie warto".
    I tak jak wszedł, Wychodzi.
    IV
    Straszne skutki pijaństwa
    Ulicą jedzie dorożka,
    dorożkarz jest wlany troszkę,
    i w dodatku śpiewa ten nicpoń:
    "Nie przesadzajmy z prohibicją...
    Nie przesadzajmy... tararara..."
    Więc wnet spotyka go kara:
    nagłą śmiercią umiera na koźle.
    Dobrze ci tak, stary ośle.
    Koń łeb odwraca. Przez smutne oko
    patrzy - o, dolo gorzka.
    i mówi: "Jeszcze jeden dorożkarz
    odszedł nie wiadomo dokąd".
    A lekarz stwierdza. I dzwonią z dziennika.
    A śnieg tańczy walczyka.
    V
    80 strażaków i 1 (jedno) bluźnierstwo
    Inną ulicą z wielkim wysiłkiem
    tirli-bum-tiritomba
    idą strażacy i tak przez pomyłkę
    grają na pożyczonych trąbach:
    JESTEM DZIŚ TAKI SENTYMENTALNY,
    ŻE MÓGŁBYM SPRZEDAWAĆ ŁZY.
    ADRESIK: HOTEL "FENOMENALNY"
    POKÓJ NR 303.

    I śnieg pada przez pomyłkę.
    I topnieje na jezdni.
    I wiatr wieje przez pomyłkę.
    A inaczej było w przepowiedni.
    Bo miało być słońce we dnie
    i lekkie mgiełki z rana.
    Oto są przepowiednie
    świętego Korbiniana.
    A tutaj śnieg monstrualny
    i pada, i pada, i...
    JESTEM DZIŚ TAKI SENTYMENTALNY,
    ŻE MÓGŁBYM SPRZEDAWAĆ ŁZY.
    VI
    Zamieć
    Zamieć, zamieć na bożym świecie,
    na całym świecie zamieć.
    Śnieg, powiadacie? A cóż wy wiecie,
    co to jest zamieć?
    Strach? A cóż wy możecie poradzić
    na taki strach?
    Na śnieżnej chmurze jak na białym byku sadzi
    tłusty Sebastian Bach.
    Liryka, muzyka coraz to wyższa,
    do nieba by się szło,
    właśnie tak, gdym Bacha w zamieć słyszał
    w Paryżu, w PALAIS CHAILLOT:
    Organy w chmury, w chmurach cherubin
    chmurom krzyczący. "Grajcie".
    . . . . . . . . . . . . . . . . .
    Wszystko, coś stracił, wszystko, coś zgubił,
    w Bachu, bracie, odnajdziesz.
    VII
    Powrót
    A podobno jest gdzieś ulica
    (lecz jak tam dojść? którędy?)
    ulica zdradzonego dzieciństwa,
    ulica Wielkiej Kolędy.
    Na ulicy tej taki znajomy,
    w kurzu z węgla, nie w rajskim ogrodzie,
    stoi dom jak inne domy,
    dom, w którymżeś się urodził.
    Ten sam stróż stoi przy bramie.
    Przed bramą ten sam kamień.
    Pyta stróż: "Gdzieś pan był tyle lat?"
    "Wędrowałem przez głupi świat."
    Więc na górę szybko po schodach.
    Wchodzisz. Matka wciąż taka młoda.
    Przy niej ojciec z czarnymi wąsami.
    I dziadkowie. Wszyscy ci sami.
    I brat, co miał okarynę.
    Potem umarł na szkarlatynę.
    Właśnie ojciec kiwa na matkę,
    że już wzeszła Gwiazdka na niebie,
    że czas się dzielić opłatkiem,
    więc wszyscy podchodzą do siebie
    i serca drżą uroczyście,
    jak na drzewie przy liściach liście.
    Jest cicho. Choinka płonie.
    Na szczycie cherubin fruwa.
    Na oknach pelargonie
    blask swieczek złotem zasnuwa,
    a z kąta, z ust brata płynnie
    kolęda na okarynie:
    LULAJŻE, JEZUNIU
    MOJA PEREŁKO,
    LULAJŻE, JEZUNIU,
    ME PIEŚCIDEŁKO.

    Konstanty Ildefons Gałczyński
    1947
    --
    Głupsi i w Paryżu rozumu nie kupsi

    (Z polskiej Warmii)
    Edytor zaawansowany
  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.