Halley, Presley nie kończą się w zapisie niemą samogłoską,
jak u Francuzów choćby, nie ma więc potrzeby apostrofowania.
Też mnie bawi ta niekonsekwencja w polskiej fleksji owych nazwisk z
tym "-y" na końcu.
Ale ortografowie tak sobie ubzdurali, wiedząc o polskim zwyczaju
upraszczania wymowy takich nazwisk.
"Presley'go" - Presleya to może już nie poruszy, ale kiboli może
zmusi do prawidłowej wymowy - i [re]fleksji - takiego np.
Rooneya/"Rooney'go".
---
No cóż, lubię zapis
Szekspir, Szopen, Skłodowsa-Kiri, nic nie
poradzę.
Nasi tam byli, spolszczyli...