Dodaj do ulubionych

Humor w Nauce i Sztuce

    • 3bezatu Re: Humor w Nauce i Sztuce: J.Brzechwa 21.10.06, 16:53
      Jan Brzechwa
      (1898-1966)
      Właściwie Jan Wiktor Lesman, stryjeczny brat Bolesława Leśmiana. Poeta,
      prozaik, satyryk, tłumacz. Z zawodu adwokat, zanim na dobre zajął się
      literaturą, do czasów powojennych pracował jeszcze w innych zawodach.
      Zadebiutował w roku 1926 tomem poezji Oblicza zmyślone. Wydał kilkadziesiąt
      książek, w tym głównie utwory przeznaczone dla dzieci.


      Bolesław Leśmian po przeczytaniu wczesnych wierszy swojego kuzyna zawyrokował,
      że są nic niewarte. Radził Brzechwie, aby czym prędzej wszystkie je wrzucił do
      pieca i raz na zawsze wybił sobie z głowy marzenia o byciu poetą.
      Dopiero, kiedy powstały pierwsze wierszyki dla dzieci („Tańcowała igła z
      nitką”) uznał, że te wiersze są dobre i oryginalne.
      • 3bezatu Re: Humor w Nauce i Sztuce: J.Brzechwa 21.10.06, 17:18
        Ze wspomnień Janiny Brzechwy:

        Panicznie bał się niemowląt tudzież małych dzieci.
        Pewnego razu odwiedziła nas znajoma młoda mama ze swoją niespełna trzyletnią
        córeczką. Dziewczynka była fizycznie nad wiek rozwinięta, ale jeszcze zbyt
        mała, aby można było nawiązać z nią kontakt słowny. Natomiast rozbierał ją
        temperament, a zachęcona przez mamusię zachowywała się wobec Janka agresywnie.
        Wdrapywała się mu na kolana, całowała go, głaskała, zburzyła mu tak zawsze
        starannie przygładzone włosy, pomięła i pośliniła gors koszuli, a zachwycona
        rodzicielka zdawała się nie dostrzegać zniecierpliwienia gospodarza, który
        rozpaczliwie bronił się przed atakami tej małej ludzkiej poczwarki. Kiedy
        wreszcie drzwi zamknęły się za nimi, Janek powiedział zirytowany:
        - Co wy mi za bajki opowiadacie, że ta mała ma trzy lata.
        - Jak to? – zdziwiłam się – A ile według ciebie?
        - Dwadzieścia trzy – Omal mnie nie zgwałciła.
        Nawiasem mówiąc, ta mała poczwarka wypoczwarzyła się z czasem w śliczną pannę,
        ale wtedy nie chciała już Jankowi siadać na kolana, co z kolei miał jej za złe.

        ****

        Jan Brzechwa również nie posiadał predyspozycji do zrobienia kariera w armii.
        Jego siostra pisała:

        „W czasie pełnienia służby wojskowej w Warszawie przydarzały mu się niemiłe
        przygody. Kiedyś na przykład otrzymał rozkaz odprowadzenia kilku koni do innej
        jednostki wojskowej. Na Krakowskim Przedmieściu konie rozbiegły się w różne
        strony i przechodnie pomagali mu je łapać. Kiedy indziej stał na warcie pod
        Belwederem. Mijały jałowe godziny. Myślami bujał w obłokach, gdy w pobliżu dały
        się słyszeć kroki. Ocknął się z zadumy i miał zapytać o hasło, ale zapomniał
        jego brzmienia…”


        • Gość: Onufry Re: Maksymy i wierszyki Brzechwy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.10.06, 11:15
          * A to feler - westchnął seler.

          * Co głowa to rozum, co rozum to głowa,
          I woda sodowa, i woda sodowa.

          * Mam rodzinę wyjątkową:
          Tato mój do pieca sięga,
          Moja mama - taka tęga,
          Moja siostra - taka mała
          A ja jestem - samochwała!

          * Na tapczanie siedzi leń,
          Nic nie robi cały dzień.

          * Niech mi każdy powie szczerze,
          Skąd się wzięły dziury w serze?

          * Tańcowała igła z nitką,
          Igła - pięknie, nitka - brzydko.

          * W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie
          i Szczebrzeszyn z tego słynie.

          * Nie pieprz, Pietrze, pieprzem wieprza.
          wtedy szynka będzie lepsza.


          ;-)))
    • pyziulka Re: Humor w Nauce i Sztuce 21.10.06, 18:48
      Oj wspaniały wątek. Śledzę od dłuższego czasu zarówno poprzedni a teraz ten.
      Niestety nie znam anegdot o sławnych uczonych. Myslę jednak że tak jak w
      poprzednim wątku i tu można zamieszczać śmieszne cytaty i opowiastki nie tylko o
      sławnych uczonych ale o uczonych w ogóle. Jako że studiuję biologię przytoczę tu
      dwie historie które spotkały mnie w zeszłym semestrze:

      Zajęcia terenowe z botaniki systematycznej prowadzone przez naszego ukochanego
      opiekuna. Zbieranie roślinek do zielnika odbywało się w dość szybkim tempie i
      nie każdy był w stanie zerwać wyzanczoną roslinkę, nazwać ja, zabezpieczyć i
      jeszcze opisać wszystkie potrzebne dane. Spacerujemy (raczej biegamy) juz tak ok
      3-4h i wszyscy są potwornie zmęczeni a końca nie widać. Znaleźliśmy sie na
      skarju lasku, widok piekny bo to już koniec wiosny więc wszystko się ładnie
      zieleni - w zasadzie poza korą drzew i ziemią nie mozna było dojrzeć innej
      barwy. Nasz opiekun oczywiście nie dał nam czasu na delektowanie się widokiem
      tylko podał kolejna trudną do zapamietania łacińską nazwe i palcem wskazał co
      mamy zerwac. Kolega jednak nie zwrócił uwagi więc zapytał sie szybko:
      - która roslinę mamy zerwac?
      - tą z zielonymi liścmi - odowiedzial opiekun.
      Dopiero widząc jego niewyraźną minę i słysząc salwy smiechu z tyłu zorientował
      sie iż musi uściślić nieco bardziej ;)

      Innym razem mamy wykład z botaniki ogólnej z szanowanym profesorem z tej
      dziedziny, który tak sie złożyło jest naszym dziekanem;) Wykłady były ogólnie
      nudne ale zdarzyła sie jedna ciekawa sytuacja. Otóz sala wykładowa w której
      odbywały sie zajęcia była świerzo wyremontowana i zainstalowano w niej
      niespotykane gdzie indziej na naszym wydziale zdobycze nowej techniki. Jedną z
      nowosci były male mikrofoniki które wykładowcy mieli przypięte, dzieki czemu
      swobodnie spacerowali po sali a studenci wszystko słyszeli;) Pewnego dnia
      profesor jak zwykle zakończył wykład po równych 90 minutach i ruszył do wyjścia,
      po kilku schodkach prowadzących w gore. Niestety potkną się a ponieważ nie
      wyłączył mikrofonu my usłyszelismy najpierw jak przeprasza schody a potem mówi
      swoim niezwykle spokojnym i flegmatycznym tonem:
      - Oj ale się nieładnie przewróciłem.

      Popłakałam się, a powstrzymując wybuch smiechu dostałam czkawki ;)

      Jesli przypomnę sobie jeszcze jakies sytuacje umieszczę je tutaj jesli tylko
      można ;)
      • 3bezatu Re: Humor w Nauce i Sztuce 21.10.06, 21:41

        Jednym z najwcześniejszych dzieł botanicznych jest napisane około 300 r. p.n.e
        dzieło "Historia Plantarum" Teofrasta. Sformułował w nim m. in. różnice między
        światem zwierzęcym, a roślinnym, dokonał podziału systematycznego roślin na 4
        grupy oraz opisał wiele gatunków roślin. Uważany jest w związku z tym za ojca
        botaniki.


        Znane są następujące jego wypowiedzi, bardzo użyteczne:
        „Raczej nieujarzmionemu koniowi można zaufać niż niechlujnej mowie.”
        Do sąsiada zachowującego milczenie w czasie uczty powiedział:
        ”Jeżeli jesteś niewykształcony, rozumnie czynisz milcząc, jeżeli zaś jesteś
        wykształcony, milcząc, czynisz niemądrze.”

        ***

        Ostatnia wypowiedź Teofrasta jest odpowiedzią na ostatnie zdanie z poprzedniego
        postu :-))
        Pisz, jeśli tylko coś Ci się przypomni, lub nowego przydarzy. Chętnie
        poczytamy.
        :-))
      • 3bezatu Re: Humor w Nauce i Sztuce: Franc Fiszer 22.10.06, 18:39
        Przepraszam, za szybko mi sie wysłało :-))
        Miało być:

        Franc Fiszer to postać legendarna międzywojennej Warszawy. Filozof i smakosz,
        przyjaciel artystów i poetów, bywalec kawiarni i rezydent ziemiańskich dworów.
        Większość życia spędził na twórczym nicnierobieniu. Nigdy nie zapisał swoich
        teorii, poglądów czy żartów. Wspomnienie o nim zachowało się jedynie w
        relacjach, dziennikach ludzi z tamtych czasów.

        Fiszer niejako przejadł swój majątek ziemski i spędzał czas pomieszkując u
        przyjaciół tudzież żywiąc się i goszcząc w ten sam sposób. Był uwielbiany przez
        wielu dzięki swojej żywotności, humorowi i sposobowi bycia. Erudyta i żartowniś
        oraz smakosz, nie interesował się sprawami przyziemnymi, a dzięki licznym
        przyjaciołom nie musiał martwić się o tak zwany BYT, który zgodnie z wyznawaną
        przez niego filozofią nie istniał.

        Fiszer był znanym smakoszem i obżartuchem, jego potężna sylwetka o wybujałym
        brzuchu zachowała się w licznych rysunkach z epoki.
        Ponoć postać Pana Kleksa była na nim właśnie wzorowana.
        :-))
        • 3bezatu Re: Humor w Nauce i Sztuce: Franc Fiszer 22.10.06, 18:48
          Do kanonu polskich anegdot przeszło odezwanie nieśmiertelnego Franca Fiszera,
          który podczas wielce ceremonialnego pogrzebu, słysząc istotne przejęzyczenie
          się celebransa, zahuczał tubalnym głosem: "ale się sypnął - i cały pogrzeb na
          nic!"

          ***

          On też właśnie opowiadał kiedyś z przejęciem: „Przyjechała pusta doróżka i
          wysiadł z niej Leśmian!” Tak się bowiem składa, że Bolesław Leśmian, choć poetą
          był wielkim, to jednak posturę miał wyjątkowo wątłą i mizerną.

          ***

          Franc Fiszer, smakosz i grubas, ostatni prawdziwy żarłok Rzeczpospolitej,
          zapytany niegdyś przez mądrego ichtiologa, do jakiej rodziny należy śledź,
          wypalił bez namysłu: "Należy do rodziny przekąsek!"
          • Gość: Onufry Re: Humor w Nauce i Sztuce: Franc Fiszer IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.10.06, 19:33
            Jednym z wspomnień o F. Fiszerze jest „Moja wielka miłość” Izabeli Stachowicz.
            Ta niewielka książeczka, licząca sobie 130 stron, jest swoistym hołdem i zarazem
            ciepłym wspomnieniem o Francu, z którym Izabela, sama niesłychanie barwna i
            oryginalna postać, zaprzyjaźniła się pod koniec jego życia.

            ***

            Tak oto Izabela Stachowicz opisuje pierwsze wrażenia:

            „Drżąc z zachwytu wpatrywałam się w jego oblicze. Tyle lat spędziłam na
            Montparnassie – tym jednym miejscu na ziemi, gdzie spotkać można dziwaków z
            całego świata – malarzy, poetów, wariatów, oryginałów, pomyleńców. Nie!
            Przysięgam! Takiego tam nie było! A teraz tu w Ziemiańskiej, w Warszawie –
            siedział naprzeciw mnie w małym kapelusiku cokolwiek odchylonym na tył głowy – w
            ustach trzymał fajeczkę. Głos jego wstrząsnął moją wyobraźnią. Jeśli to nie był
            głos samego Jehowy, przemawiającego w krzaku gorejącym do Mojżesza, to co
            najmniej głos proroków Eliasza, Hillela, Jeremiasza. A broda? Czarno-zielona, o
            wszystkich odcieniach rdzawej czerwieni, miejscami przechodząca w lekki seledyn.
            Mały nosek, nad którym lśniły szkła binokli, wielka ostrzyżona kula głowy i
            kłęby niebieskiego dymu, rozsnuwającego się wokół jego twarzy. Monumentalny tors
            godny dłuta Michała Anioła”(2).

            ***

            Tak oto Izabela opisuje pierwszą kolację, na której gościł u niej Fiszer:

            „Weronka wniosła na półmisku pieczoną kaczkę. Kaczka, wiadomo, ptak nieduży –
            dla Jerzyka i dla mnie starczyłoby, ale...
            - Co za wspaniale pachnąca kaczuszka – twarz Franciszka poczerwieniała.
            Trzymając duży widelec do nakładania drobiu, Franciszek utkwił oczy w półmisku.
            – Hm, nieporęcznie poćwiartowane – mruknął, odebrał z rąk Weronki półmisek i
            postawił przed sobą.
            - Ależ prosimy, prosimy, niech pan się nie krępuje, ja, ja jestem
            niedysponowany, a Belusia, zdaje się, w ogóle nie lubi kaczki... – ratował
            sytuację Jerzy.
            - Cóż to za naiwne i niemądre stworzenie. Nie lubić kaczki. Można nie lubić
            pewnych teorii, można nie lubić pewnych znajomych, można, cholera, nie lubić
            kobiet. Ale kaczki? Od początku zaobserwowałem u niej niedorozwój umysłowy”.

            ***

            Pewnego dnia Franca potrąciła taksówka, w rezultacie miał złamaną nogę.
            Taksówkarz próbował umknąć, ale został złapany i doprowadzony przez
            przechodniów. A oto co relacjonował świadek, czyli pani Antosia - Izabeli:

            „- Sprowadzono taksiówkarza, żeby nazwisko podał, że niby wedle sprawy sądowej.
            A tu Franciszek tym swoim wielkim głosem, jak nie krzyknie: »- Zadnego
            pretokołu. Zadnej policji. Zadnego procesu...«. I leżąc na chodniku, wyciąga
            rękę do zielono-sinego ze strachu szofera: »Dziękuję ci, przyjacielu, żeś mnie
            zostawił przy życiu« – powiada. – »Dziękuję ci, żeś mnie zostawił przy życiu«”.

            ***

            I jeszcze jeden fragment:

            „Wróciłam do domu późno wieczorem (...). Otworzyłam kluczem frontowe drzwi. W
            przedpokoju słyszałam już wspaniały baryton mojego przyjaciela.
            Do kogo on o tej porze przemawia – Na palcach podeszłam pod uchylone drzwi do
            pracowni Jerzyka. Moje zdumienie nie miało granic. Na krzesłach, poustawianych w
            rzędy, rozsiadły się koleżanki i przyjaciółki Weronki i Józefowej. Słowem, pokój
            był przepełniony wszystkimi kucharkami i pokojówkami z kamienicy. Naprzeciw tej
            publiczności siedział w głębokim fotelu, przytaskanym z mojego pokoju,
            Franciszek. Pięknie, z uczuciem czytał na głos »Pana Tadeusza«. Słuchałam i ja.
            Bałam się poruszyć, nie chciałam przerywać. Franek czytał dobrze mi znane strofy
            z taką miłością i wyczuciem każdego słowa, że, zdawało mi się, słyszę na nowo
            odkrytego »Pana Tadeusza«.
            Klara, leżąca obok fotela, podniosła łeb i nagle z wizgiem rzuciła się w stronę
            drzwi. – Przed nią nie mogłam się ukryć. Przyjaciółki, koleżanki Weronki
            powstały z miejsc, gorąco dziękując Franciszkowi za tak wspaniały wieczór,
            tłoczno i rojno opuszczały pokój.
            - Fantastyczne! Co za inteligencja, jaka wrażliwość tkwi w narodzie – Franek
            upojony powodzeniem zacierał ręce. – A może by panna Weroncia podała dwie
            herbaty i ten kawałek zimnego ozora, który zostawiłem z kolacji. Chciałbym
            jeszcze, hm, hm, trochę z naszą panią porozmawiać.
            W chwileczkę potem siedzieliśmy już przy stole.
            - Czy wiesz – powiedział smarując musztardą duże płaty ozora. – Jedno słowo
            tylko okazało się niezrozumiałe, »magnat« pomieszał im się z »magnesem« i
            »nadmanganianem potasu«. Weroncia wyjaśniała, że »magnata« kupuje się w aptece i
            on to zabarwia wodę na fioletowo”.

            ;-)))
            • eilean_donan Re: Humor w Nauce i Sztuce: Franc Fiszer 22.10.06, 20:05
              Franc Fiszer , właściwie Niemiec z pochodzenia, ale do przesady spolonizowany,
              biorąc pod uwagę zarówno zamiłowanie do dobrego jedzenia, no i ten słowiański
              polot „hulaj dusza, piekła nie ma”…
              Istotnie , jak piszecie, praktycznie utrzymywali do przyjaciele, co ciekawe,
              bywał, przyjmował zaproszenia na obiady, ale nigdy nie przyjął pieniędzy.
              Czasami umiejętnie się wpraszał - któryś z jego licznych znajomych wspominał,
              jak to spotkał się na ulicy z Fiszerem w porze obiadowej:
              "Dokad idziesz?" - pyta Fiszer. "Na obiad" - odpowiada znajomy "Szcześliwy –
              Fiszer zawiesza głos - a ja już po obiedzie!".
              U przyjaciół zawsze zjawiał się wcześniej, z zawiniątkiem, w którym miał
              koszulę, szczoteczkę do zębów i książki. Wielbiciel poezji – podobno zmarł
              recytując Baudelaire'a. Złośliwi mówili, że nigdy nie umiał się na tyle
              skupić, by sformułować swoje koncepcje o istocie bytu, więc maskował to
              nieustającymi żartami i ironią.
              Mnie się bardzo podoba jego koncepcja uzdrowienia sytuacji politycznej w II
              Rzeczpospolitej (ale do IV RP też by się nadawała) – „ trzeba rozstrzelać z
              1000 szubrawców, a jeśli zabraknie łajdaków, to nic nie szkodzi, dobierze się z
              tych uczciwych”
              • 3bezatu Re: Humor w Nauce i Sztuce: Franc Fiszer 22.10.06, 20:44
                Fiszer rzekł kiedyś o G. B. Shaw: "Mówią, że ględzi, ale wolę, żeby on
                ględził, niż ktokolwiek inny".

                ***

                Jeszcze jedna anegdota o Francu Fiszerze mówi, że swego czasu prowadził bodajże
                z Wieniawą zagorzałą dyskusję o prozie Prousta. Emocje coraz bardziej rosły i
                Wieniawa robił się coraz bardziej czerwony, kiedy Franc niespodziewanie uciął
                dyskusję:
                - Ja mam nad Panem tę przewagę, że Pan książkę czytał, a ja nie!

                ;-)

                • Gość: L-4 Re: Humor w Nauce i Sztuce: Franc Fiszer IP: *.chello.pl 23.10.06, 20:16
                  W międzywojennej Warszawie niezwykle barwną i popularną postacią w środowisku
                  stołecznej bohemy był Franciszek Fiszer, zwany Francem- mistrz błyskotliwej
                  konwersacji, autor niezliczonych dowcipów, bohater licznych anegdot. Kiedyś
                  będąc na przedstawieniu "Balladyny", rozpierając się w jednym z pierwszych
                  rzędów, opowiadał coś tubalnym szeptem sąsiadowi.
                  -Może by pan się uspokoił...Przecież nie słychać ani słowa- zwraca się doń
                  któryś z oburzonych widzów.
                  Na to Fiszer z godnością odpowiada:
                  -Słowackiego trzeba znać na pamięć, mój panie!



                  Franciszkowi Fiszerowi przedstawiono pewnego lekkotletę. Franc, nie wstydząc
                  się swojej ignorancji, zapytał:
                  -Czym się ten gość zajmuje?
                  -To słynny lekkoatleta- wyjaśniono.
                  -No dobrze, lekkoatleta...ale co on właściwie robi?
                  -Jak to co robi? Biega!
                  Ta odpowiedź zdumiała filozofa.
                  -Biega, powiadacie. Ciekawe! A w którą stronę?



                  Na pogrzebie Mieczysława Frenkla jedna z aktorek wystąpiła we wspaniałej
                  toalecie żałobnej; w kapeluszu z czarnymi strusimi piórami, sukni z czarnej
                  mory, naszyjniku białych pereł, z nareczem białych chryzantem na
                  ręku...Oszołomiło to nawet Fiszera. Po uroczystości więc podszedł do aktorki i
                  całując ją w czerń rekawiczki, wyszeptał w zachwycie:
                  -Bez żadnych wątpliwości, droga pani, bez żadnych...była pani prawdziwą królową
                  dzisiejszego pogrzebu.



                  Pewna znajoma oburzyła się na Fiszera, iż jej nie poznaje. Fiszerowi ta
                  pretensja wydała się co najmniej dziwna.
                  -Na Boga!- krzyknął- po czymże mam panią poznać? Żeby pani miała jakiś pryszcz
                  na nosie albo wąsy, to jeszcze...A tak- twarz goła jak pięść, codziennie inny
                  kapelusz i uczesanie, po czymże mam w końcu panią poznawać?



                  Zapytany przez pewną damę, co sądzi o sztuce, której premiera odbyła się
                  właśnie w Warszawie, Fiszer powiedział:
                  -Sztuka jest bzdurą i koszmarem, a jej autor to kretyn i grafoman...
                  W tym momencie rozpoznawszy w damie żonę autora sztuki, całuje ją w rękę i mówi:
                  -Łaskawa pani, gdybyśmy teraz byli sami we dwoje w lesie, udusiłbym panią i nie
                  byłoby gafy!
                    • Gość: L-4 Re: Humor w Nauce i Sztuce: Franc Fiszer IP: *.chello.pl 23.10.06, 22:47
                      Bawiąc w Krakowie, bywał Fiszer w jednej ze słynnych restauracji. Kraków- jak
                      to Kraków- lubi tytułować. Starszy kelner, zachęcony sutym napiwkiem, zapytuje
                      uniżenie:
                      -Jak mam szanownego pana tytułować? Prezes, dziedzic, dyrektor?
                      -Nie, możesz do mnie ostatecznie mówić "Boże Ojcze"- odpowiedział Fiszer,
                      gładząc swą rozwichrzoną brodę.



                      Fiszer toczył spór, czy jest Bóg, czy nie. Kiedy uzbrojony w doświadczenie i
                      świetny w dialektyce przeciwnik nie dawał za wygraną, Fiszer oświadczył, że za
                      chwilę da argument miażdżący i najbardziej przekonywujący, nie do odparcia, że
                      Bóg osobowy nie istnieje. Kiedy z zapartym tchem wszyscy czekali na ten
                      argument, Fiszer zagrzmiał:
                      -No więc daje wam na to słowo honoru!



                      Edward Słoński- poeta i powieściopisarz- chciał kiedys przekonac Fiszera, że
                      celowość w przyrodzie istnieć musi. Szli wtedy po ulicy i słuchając ze
                      zniecierpliwieniem wywodów Słońskiego, Fiszer odburknął:
                      -Panie Edwardzie! gdyby jakaś celowość naprawdę istniała w obiektywnym świecie,
                      to przecież dawno już pierwsza lepsza cegła byłaby spadła z dachu i zabiła
                      pana, żeby mnie pan nie nudził!



                      Podczas antraktu poszedł Fiszer na scenę Teatru Rozmaitości, aby się przyjrzeć
                      z bliska dekoracjom. A że palił przy tym swą nieodłączną fajkę, dyżurny strażak
                      zwrócił mu uwagę.
                      -Tu palić nie wolno, proszę pana.
                      Franc zapytał chłodno, nie przerywając zajecia:
                      -A dlaczegóż to, łaskawy panie?
                      -Bo, bo...może pan spalić teatr.
                      Fiszer przyglądając się mu dalej pilnie wycedził:
                      -Phi! Ja już niejeden taki teatr w życiu spaliłem...
                      • Gość: L-4 Re: Humor w Nauce i Sztuce: Franc Fiszer IP: *.chello.pl 24.10.06, 09:09
                        Gdy pewna bardzo miła pani domu przerwała Francowi, który grzmiał na
                        pedantycznych i ograniczonych pedagogów, że wszak i ona jest równiez
                        nauczycielką, odrzekł jej z kurtuazyjnym ukłonem:
                        -Przepraszam, to co mówię, pani nie tyczy- pani chyba nikogo, jako żywo,
                        niczego jeszcze nie nauczyła.



                        Fiszer namiętnie lubił dyskutować, obojętnie na jaki temat; używał przy tym
                        niezwykłych argumentów. Słynna była na przykład dysputa o Prouście z Wieniawą -
                        Długoszowskim, który dowodził, że ten pisarz to geniusz, subtelny artysta.
                        Franc zaś dowodził, że to tępy matoł, grafoman i kretyn. Wieniawa bronił sie
                        zacięcie, przytaczając recenzje najznakomitszych krytyków. Znudzony
                        przedłużającą się dyskusją Fiszer najspokojniej oświadczył:
                        -Widzisz kochany, ja mam tę przewagę nad tobą, że ty czytałeś Prousta, a ja nie.



                        Kiedyś podczas kolacji posadzono Fiszera obok słynnego profesora-ichtiologa
                        (Fiszer nie lubił naukowców). Profsor po parokrotnych próbach nawiązania
                        rozmowy, wyczuwając, że jest ignorowany, usiłuje pognębić Franca zapytaniem:
                        -Założę się, że mistrz nie wie, do jakiej rodziny ryb należą śledzie?
                        -Owszem- odpowiada Fiszer z sarkazmem- wiem doskonale: śledzie należą do
                        rodziny zakąsek.



                        W stosunku do szczególnie natrętnych i pedantycznych przeciwników Franc używał
                        niezawodnego chwytu retorycznego. W odpowiednim momencie przerywał potok ich
                        mowy, i mówił beznamiętnie:
                        -No tak, wszystko to owszem, całkiem słuszne. Ale niech mi pan odpowie najpierw
                        na to zasadnicze pytanie: czy chaotyczne kombinacje efemerycznych pryncypów są
                        w stanie zdeterminować neutralną cywitatywę absolutu dobrego i złego, czy nie
                        są w stanie, bo ostatecznie wszystko tylko od tego zależy.



                        • 3bezatu Re: Humor w Nauce i Sztuce: Franc Fiszer 24.10.06, 10:57
                          W ciągu paru lat Fiszer przejadł i przepił odziedziczoną przez niego rodzinną
                          posiadłość Ławy. Szczodrą też ręką rozdawał pieniądze przyjaciołom.

                          Gdy wyczerpała się gotówka - odetchnął. Teraz mógł zająć się metafizyką. Na
                          pytanie naiwnych, co robią metafizycy - niezmiennie odpowiadał: Nic nie robią. -
                          A co by było gdyby i inni tak postępowali? - Odpowiadał: - Wszyscy?! Od
                          wszystkich nikt tak trudnej rzeczy nie wymaga.
                          :-))


                          ***


                          Do L-4 – jesteś niesamowity(a) ! Takiej ilości anegdot o jednej postaci jeszcze
                          w tym wątku chyba nie było. Swoją drogą postać to szczególna, której życiorys
                          składa się w większości właśnie z anegdot...:-))))
                          Ja mogę dodać jeszcze tylko sonet:


                          Jan Stanisław Skorupski

                          Sonet portretowy z Fiszerem

                          napisałbym coś o Fiszerze
                          o Franzu z czerwonym goździkiem
                          lecz po co? z pamięci zanikiem...
                          "nie znałeś go przecież frajerze!"

                          to było dawno rzeczywiście
                          na rok przed moim urodzeniem
                          "nie wtrącaj się za przeproszeniem"
                          gdy szampan bulgotał perliście

                          nie napisał ani cyferki
                          chociaż podobno nieźle liczył
                          lubiły go za to kelnerki

                          zamiłowanie do kieliszka
                          i dowcip po kim odziedziczył?
                          spytajcie świętego Franciszka

                          Zurych, 23 listopada 2002





      • Gość: ewa Re: Humor w Nauce i Sztuce IP: *.d4.club-internet.fr 22.10.06, 23:46
        Halloween ma tradycje europejska.Pochodzi z okresu przed nasza era i odnosi sie
        do swieta celtyckiego Samain. Swieto to w ciagu wiekow wzbogacilo sie o
        wierzenia pochodzace z antycznego Rzymu, z Polnocnej Europy i Irlandii. W
        kalendarzu celtyckim(Gaulois) rok konczyl sie z koncem lata, ktore wypadalo 31
        pazdziernika w dniu swieta Samaina.Swieto to zapowiadalo nadejscie zimy i
        zwiazyny z nia smutek, z rownoczesna redoscia ze zbiorow letnich i pomnozenia
        zwierzyny domowej.
        Wedlug legendy tego dnia duchy zmarlych mieszaly sie z zywymi. Dla zmarlych
        podawano zywnosc i przebierano sie za odeszlych,duchy i czarownice. W XIX wieku
        pod wplywem Irlandczykow swieto zostalo importowane do Stanow Zjednoczonych,
        gdzie stalo sie bardzo popularne.Aktualnie wrocilo do Europy z niestety
        zapomniana tradycja celtycka.
      • Gość: Onufry Re: Systemy liczbowe IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.10.06, 19:37
        Gość portalu: Onufry napisał(a):

        > Dlaczego programisci i matematycy maja problem w odroznieniu
        > Halloween od Bozego Narodzenia?
        >
        > - Poniewaz OCT 31 = DEC 25.

        ================================

        Wprawdzie tu nikt nie prosil o wyjasnienie na czym polega ten dowcip,
        ale z reakcji znajomych nie-matematykow i nie-programistow wiem,ze
        mogly byc klopoty.

        Otoz ludzkosc stosuje rozne SYSTEMY LICZBOWE. Krotki wyklad:

        ***

        Do zapisywania liczb zawsze używa się pewnego skończonego zbioru znaków -
        zwanych cyframi (np. arabskimi lub rzymskimi), które jednak można zestawiać ze
        sobą na różne sposoby otrzymując nieskończoną liczbę kombinacji.

        Najbardziej prymitywnym systemem liczbowym, jaki sobie można wyobrazić, to
        jedynkowy system liczbowy, w którym występuje tylko jeden znak (np. 1, albo
        słowo "hau"). W systemie tym kolejne liczby są tworzone przez proste powtarzanie
        tego znaku. Np. 3 w tym systemie jest równe 111, a pięć 11111. Systemem takim
        posługują się np. Pigmeje.

        Bardziej złożone systemy liczbowe można już podzielić na:

        * addytywne - które posiadają osobne symbole dla pierwszych kilku małych
        liczb, a następnie posiadają kolejne symbole dla ich wielokrotności. W systemach
        tych liczby tworzy się przez "dodawanie" kolejnych symboli i stąd ich nazwa (np.
        jeśli "X"=10,"V"=5,"I"=1 to XVI = 10+5+1 = 16).

        Najstarszym tego rodzaju systemem liczbowym był aramejski system liczbowy, w
        którym podstawowymi wielokrotnościami były 12 i 60, natomiast najbardziej znanym
        i wciąż stosowanym jest rzymski system liczbowy z podstawowymi wielokrotnościami
        10 i 5.

        * pozycyjne - które posiadają pojedyncze symbole tylko dla kilku pierwszych
        liczb. Cyfry te są kolejno umieszczane w ściśle określonych pozycjach i
        oznaczają mnożnik potęgi liczby n+1, gdzie n=najwyższa liczba reprezentowana
        pojedynczą cyfrą. W momencie gdy dana potęga nie jest potrzebna do zapisu danej
        liczby, zostawia się w zapisie puste miejsce, lub częściej specjalny symbol
        oznaczający zbiór pusty- współcześnie jest to cyfra "0", np. liczba 5004 w
        dziesiętnym systemie liczbowym, w którym podstawą pozycji jest właśnie 10
        odczytuje się jako:

        5x10^3+0x10^2+0x10^1+4x10^0=5x1000+0*100+0*10+4*1=5004.

        Liczbę cyfr(znaków) użytych do zapisu liczb nazywamy podstawą systemu.

        ***

        Otoz OCT to oznaczenie na system osemkowy. W tym systemie: 31 = 3x8+1x1
        DEC to system dziesietny. W tym systemie 25 = 2x10+5x1

        Teraz widac, ze OCT 31 = DEC 25

        :-)))
    • Gość: Onufry Re: Wiceminister Edukacji RP a Teoria Ewolucji IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.10.06, 18:39
      Cytuje z GW:

      Wydział Nauk Biologicznych Polskiej Akademii Nauk wyraża stanowczy protest
      przeciwko nieodpowiedzialnej wypowiedzi wiceministra Edukacji Narodowej
      Mirosława Orzechowskiego na temat teorii ewolucji przedstawionej w "Gazecie
      Wyborczej" 14 października 2006 r. Teoria ewolucji stanowi niekwestionowany
      naukowo fundament współczesnej wiedzy biologicznej i żaden kompetentny uczony
      dzisiaj jej nie kwestionuje. Stwierdzenie, że "teoria ewolucji to kłamstwo",
      ujawnia ignorancję wiceministra Orzechowskiego i dyskwalifikuje go jako
      wysokiego urzędnika państwowego odpowiedzialnego za edukację. Teoria ewolucji,
      jak każda teoria naukowa, podlega oczywiście stałej weryfikacji i stanowi ważny
      obszar badań w naukach biologicznych. Badania nad ewolucją, prowadzone również w
      Polsce na światowym poziomie, systematycznie dostarczają nowych dowodów na jej
      poparcie. Bez wykorzystania wiedzy o ewolucji postęp nauk biologicznych i ich
      zastosowań, między innymi w ochronie przyrody, medycynie, rolnictwie,
      weterynarii i biotechnologii, byłby bardzo ułomny. Kwestionowanie teorii
      ewolucji jest społecznie szkodliwe i na gruncie wiedzy naukowej całkowicie
      nieuprawnione. Szerzenie zaś takich poglądów, jak te wyrażone przez wiceministra
      Orzechowskiego, przynosi wstyd polskiemu rządowi i szkodzi opinii o Polsce w
      świecie.

      Warszawa, 17 października 2006 roku


        • 3bezatu Re: Wiceminister Edukacji RP a Teoria Ewolucji 23.10.06, 19:44
          W GW możemy też przeczytać artykuł: „Dinozaury żyły w czasach ludzi” o sobotnim
          wykładzie prof.Macieja Giertycha dla wszechpolaków z Akademii Orła, ich
          nieformalnej „uczelni”.

          Cytuję:

          „Druga poszlaka wskazująca na słabość teorii ewolucji - zdaniem Giertycha - to
          dinozaury. - Badania pokazują, że dinozaury były współczesne ludziom. Ze
          wszystkich kultur docierają informacje, że je pamiętamy. Szkoci - potwora z
          Loch Ness, my - smoka wawelskiego, a Marco Polo pisał, że smok był zaprzężony
          do karety cesarskiej w Chinach - przekonywał Giertych.”

          ***


          Kiedyś , dawno temu, byłam w pewnej pracowni krawieckiej i usłyszałam, jak
          jedna z pań komentując wczoraj obejrzany film „Krzyżacy” mówi:
          „A mówia, że dawniej to technika nie była rozwinięta! A tu proszę – ktoś jednak
          siedział tam na drzewie i filmował tą bitwę pod Grunwaldem!” :-)))))

          Cóż, ona jednak była krawcową… (zresztą przemiłą osobą)

        • Gość: Onufry Re: Humor w Nauce i Sztuce: wskazowka2 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.10.06, 22:32
          O naszym bohaterze X:

          Kiedy Stany Zjednoczone przystąpiły do II wojny światowej, X poświęcił swoje
          zdolności wojsku. X w laboratoriach marynarki wojennej w Waszyngtonie pracował
          nad sposobami wykrywania okrętów podwodnych i min. Po zakończeniu wojny X
          rozpoczął prace w laboratorium Bell Telephon. Tam w 1947 roku - wraz z dwoma
          kolegami skonstruował pierwszy na świecie tranzystor z cienkiej płytki
          półprzewodnika. Wynalezienie tranzystora można porównać do wynalezienia silnika
          parowego w 19. wieku - zapoczątkowało miniaturyzację i karierę półprzewodników w
          życiu codziennym. W roku 1956, X poprawnie wytłumaczył zjawisko nadprzewodnictwa
          (zaobserwowane po raz pierwszy już w 1911 roku), w pracy badawczej prowadzonej
          na Uniwersytecie w Illinois.

          Trudno sobie dziś wyobrazić świat bez tranzystorów, ale bywają one czasem
          zawodne. Jak choćby tego dnia, gdy X miał odebrać swą drugą Nagrodę Nobla ale
          nie mógł otworzyć drzwi garażu, bo w pilocie zepsuły się ... tranzystory.

          :-)))

          Kto sie kryje za X ?
          • Gość: ewa Re: Humor w Nauce i Sztuce: wskazowka2 IP: *.d4.club-internet.fr 23.10.06, 22:52
            X=John Bardeen
            Prosze o nieoklaskiwanie mnie. Nigdy tego nazwiska nie znalam i za chwile
            zapomne. Znalazlam na podstwaie wskazowki nr.2, poslugujac sie internetem.
            Moj tato czesto powtarzal, ze wiedza polega m.in. na swiadomosci w ktorej
            ksiazce i na ktorej ,mniej wiecej, stronie znajduje sie notatka à propos.
            Zgodnie ze zdaniem mojego taty, zadnej wiedzy o J.B. nie posiadam.
            • Gość: Onufry Re: Humor w Nauce i Sztuce: John Bardeen IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.10.06, 23:11
              No dobra. Nie bedzie oklaskow. Na niemieckich uniwersytetach jest zwyczaj,
              ze po (udanym) wykladzie sie nie klaszcze tylko wali piastka w stol.
              A wiec uwaga: na trzy cztery walimy wszyscy w stol :-)))))

              Odpowiedz jest poprawna. O bohaterze zagadki jest sympatyczny artykulik Andrzeja
              Kajetana Wroblewskiego w 10 (pazdziernikowym) numerze "Wiedzy i Zycia" 2006
              na str. 67. Polecam - po przeczytaniu cyklu anegdot o nicnierobieniu
              Franca Fiszera, postanowilem w temacie Johna Bardeena nicnierobic :-)))
              • Gość: Alicja Re: Humor w Nauce i Sztuce: John Bardeen IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.10.06, 23:25
                Dobry Wieczor
                Chce Panstwu powiedziec,ze ja znalam od razu odpowiedz,ale
                sie nie zglosilam bo to by bylo nieuczciwe. Prosze sobie
                przypomniec co napisalam:

                ++++++++++++++=
                Re: Wiedza i Zycie 10/2006
                Autor: Gość: Alicja IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
                Data: 19.10.06, 17:52

                Dzien Dobry,

                Chcialabym zwrocic Panstwa uwage na artykul:
                "Uczeni w anegdocie: Prawdziwy geniusz, Andrzej Kajetan Wróblewski"
                w najnowszym numerze "Wiedzy i Zycia".

                Pozdrawiam serdecznie,
                Alicja
                ++++++++++++++++++++

                To jest ten tekst o ktorym mowi Pan Onufry.

                Dobranoc

                Alicja
    • onufry_na_wyjezdzie Re: Humor w Nauce i Sztuce: Wigner/Wagner 24.10.06, 11:53
      Eugene Wigner (1902-1995) Fizyk węgierski naturalizowany w USA, dostał Nagrodę
      Nobla z fizyki w 1963 roku za podanie zasad rządzących oddziaływaniami protonów
      i neutronów w jądrze. U niego w Princeton doktorat pisal bohater naszej
      poprzedniej zagadki.

      Podczas drugiej wojny światowej Wigner brał udział w Projekcie Manhattan. Ze
      względu na tajność badań zatrudnieni tam uczeni otrzymali pseudonimy. Wigner i
      Fermi otrzymali prawdziwe amerykańskie nazwiska. Wigner nosił nazwisko Eugene
      Wagner, a Fermi Henry Farmer. Pewnego dnia gdy jechali razem drogą dostępną
      tylko dla nielicznych, na punkcie kontrolnym strażnik zapytał Wignera o
      nazwisko.
      - Wigner, nie, przepraszam, Wagner.
      Strażnik oczywiście zauważył węgierski akcent Wignera. Spojrzał na niego
      podejrzliwie i zapytał surowo:
      - Czy Pan się naprawdę nazywa Wagner? Wigner zaniemówił, ale Fermi wyratował
      jego. Z przekonaniem i naciskiem powiedział:
      - Jeżeli on się nie nazywa Wagner, to ja nie jestem Farmer - i strażnik ich
      przepuścił.

      ;-)))
      • onufry_na_wyjezdzie Re: Humor w Nauce i Sztuce: E. Wigner 24.10.06, 12:53
        Wigner wyróżniał się niezwykłą skromnością. Był kompletnie zaskoczony, kiedy w
        grudniu 1963 roku przyznano mu Nagrodę Nobla z fizyki. We wspomnieniach napisał:
        - Miałem wątpliwość, czy zasłużyłem na Nagrodę Nobla. Przyszło mi wtedy na myśl
        stare niemieckie przysłowie: głupi mają szczęście.

    • 3bezatu Re: Humor w Nauce i Sztuce 24.10.06, 14:27
      Pewien młodzieniec szydził w towarzystwie z języka polskiego,
      wychwalając poezję obcojęzyczną. Wreszcie obcesowo zagadnął
      obecnego przy tym sędziwego poetę Franciszka Karpińskiego (1741-
      1825) z prośbą o wymyślenie rymu dla słowa cietrzew. Na to
      Karpiński:
      "Spomiędzy drzew wyleciał cietrzew. Szukał bałwana, siadł na
      waćpana"

    • Gość: Onufry Re: Humor w Nauce i Sztuce: Jerzy Waldorff IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.10.06, 19:40
      Chce w tym poscie przypominiec wielkiego czlowieka kultury polskiej - Jerzego
      Waldorffa. Dlaczego to dzis robie? Ano dlatego, ze Jerzy Waldorff byl i
      poznaniakiem i warszawiakiem jednoczesnie, bez najmniejszej sprzecznosci.

      Dzis w watku "Kawaly o poznaniakach" pewien nick obrazil poznaniakow.
      Protestowalem (niestety sam ...).

      Jerzy Waldorff byl zawsze przykladem taktu i kultury, pomostem miedzy
      Poznaniem i Warszawa. Dlatego go dzis przypominam :-)

      ***

      Jerzy Waldorff-Preyss (ur. 4 maja 1910 w Warszawie - zm. 29 grudnia 1999 tamże)
      - polski pisarz, publicysta, krytyk muzyczny i działacz społeczny, w XX-leciu
      międzywojennym luźno związany z obozem "młodokonserwatystów".

      Po zdaniu matury w Gimnazjum im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu (wcześniej
      uczył się także w Gimnazjum w Trzemesznie) studiował na Wydziale Prawa
      Uniwersytetu Poznańskiego i w Konserwatorium Muzycznym w Poznaniu.

      W latach 1936-1939 był recenzentem muzycznym "Kuriera Porannego". Po roku 1945
      związany z tygodnikiem "Przekrój". Komentator muzyczny Polskiego Radia i
      felietonista tygodników "Świat" i "Polityka". Autor 20 książek, głównie
      poświęconych muzyce poważnej. Inicjator powstania Muzeum Karola Szymanowskiego w
      Zakopanem i Muzeum Teatralnego w Warszawie. Jego staraniem odrestaurowano pałac
      książąt Radziwiłłów w Antoninie k. Ostrowa. Współorganizował też odbywający się
      w Antoninie i Ostrowie Międzynarodowy Festiwal "Chopin w barwach jesieni".

      W roku 1974 Waldorff założył Społeczny Komitet Opieki na rzecz Ochrony Starych
      Powązek. Z jego inicjatywy corocznie odbywa się tam 1 listopada kwesta na ten
      cel prowadzona przez znane osobistości kultury i mediów. Honorowy obywatel
      Warszawy od 1992 r. Był członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Pochowany na
      Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

      Niestrudzony popularyzator kultury muzycznej na łamach prasy, w radiu i
      telewizji. Barwna postać PRL-u, wybijająca się nietuzinkowym zachowaniem,
      polorem i językiem. Przyjaciel Stefana Kisielewskiego, po śmierci którego
      napisał książkę "Słowo o Kisielu".

      ***

      I kilka maksym J. Waldorffa:

      * Dzięki Bogu Pan Bóg uderzył mnie po nogach, a nie po głowie.

      * Jak świat światem, rozrywka zawsze miała stokroć większe powodzenie od
      wielkiej sztuki.

      * Muzyka łagodzi obyczaje.

      * Zmienić takt 3/4 na 4/4 to tak, jak przypiąć bażantowi krowi ogon.

      * Z muzyką powinno być właśnie tak jak z życiem i dobrze, i źle, i poważnie,
      i śmiesznie.


      ;-)))
      • Gość: Alicja Re: Humor w Nauce i Sztuce: Zagadka IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.10.06, 21:03
        Dobry Wieczor

        Znam przypadkiem odpowiedz,bo powiedzial mi o tym Tato,
        ktory w czasie swoich studiow byl na spotkaniu z tym autorem
        w Duszpasterstwie Akademickim. On to wtedy przypomnial.
        To Stefan Kisielewski.

        Pozdrawiam Wszystkich
        Alicja

        Ps. Zgadzam sie z Panem Onufrym, ze tak poznaniakow nie powinno
        sie obrazac i bardzo sie dziwie nickowi the_dzidka z watku
        o poznaniakach
        • Gość: Onufry Re: Stefan Kisielewski "Kisiel" IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.10.06, 21:39
          Gość portalu: Alicja napisał(a):

          > To Stefan Kisielewski.

          ==========================
          Tak, brawo!!!

          Troche informacji z Wikipedii:

          ***

          Stefan Kisielewski, pseud. Kisiel (ur. 7 marca 1911 w Warszawie, zm. 27
          września 1991 w Warszawie), polski prozaik, publicysta, kompozytor, krytyk muzyczny.

          Syn Zygmunta i Salomei, bratanek Jana Augusta Kisielewskiego, satyryka i
          współzałożyciela kabaretu Zielony Balonik. :-))) W latach 1929-1931 studiował
          polonistykę i filozofię na Uniwersytecie Warszawskim, a także w Konwersatorium
          Warszawskim, gdzie w latach 1934-1937 uzyskał dyplomy z teorii muzyki,
          kompozycji i fortepianu. W latach 1938-1939 przebywał w Paryżu, gdzie miał
          zamiar kontynuować studia muzyczne.

          Po wybuchu wojny brał udział w kampanii wrześniowej, podczas okupacji
          uczestniczył w tajnym życiu muzycznym. Był żołnierzem Armii Krajowej, walczył w
          powstaniu warszawskim.

          Po wojnie wykładał w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Krakowie, usunięty
          przez władze komunistyczne w 1949 r. Założył pismo "Ruch Muzyczny", którego był
          redaktorem naczelnym w latach 1945-1948, aż do likwidacji pisma przez władze. Od
          1945 r. związany ze środowiskiem "Tygodnika Powszechnego", do którego aż do 1989
          roku pisywał felietony w cyklach Głową w ściany, Bez dogmatu, Pod włos, Łopatą
          do głowy, Gwoździe w mózgu i Wołanie na puszczy. W latach 1957-1965 był posłem
          na Sejm PRL, razem z m.in. Tadeuszem Mazowieckim, w ramach grupy Znak. W 1964 r.
          był jednym z sygnatariuszy Listu 34. W 1968 za krytykę cenzury zabroniono mu
          publikacji na trzy lata, został także pobity przez tzw. "nieznanych sprawców". W
          1976 podpisał list 14 przeciwko represjonowaniu uczestników radomskiego czerwca.
          Reprezentował poglądy konserwatywno-liberalne.

          Po 1989 r. po nieporozumieniach z redakcją "Tygodnika Powszechnego", odmówił
          publikowania swoich felietonów w tygodniku "Wprost". Jednak zgodził się na
          udzielanie krótkich wywiadów, komentujących aktualne i nie tylko, wydarzenia. W
          1990 r. ustanowił nagrodę swojego imienia, przyznawaną corocznie najpierw przez
          niego samego, a po jego śmierci przez kapitułę złożoną z jego syna Jerzego i
          laureatów z lat poprzednich.

          W latach 1968-80 pisał osobisty dziennik, który objął kilka brulionów. Dziennik
          został wydany po jego śmierci, pod nazwą Dzienniki. Jego syn Wacław był
          współtwórcą duetu fortepianowego Marek i Wacek.

          Stefan Kisielewski skomponował wiele utworów muzycznych, utrzymanych w stylu XX
          wiecznego neoklasycyzmu, za które był wielokrotnie nagradzany w kraju i za
          granicą. Był również autorem szeregu powieści, książek o muzyce, a także setek
          felietonów i publikacji politycznych.

          ***

          W nastepnym poscie, garsc aforyzmow Kisiela.


          • Gość: Onufry Re: Stefan Kisielewski "Kisiel" - maksymy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.10.06, 21:46
            * Czas zmarnowany nie istnieje we wspomnieniach.

            * Gdyby dureń zrozumiał, że jest durniem, automatycznie przestałby być
            durniem. Z tego wniosek, że durnie rekrutują się jedynie spośród ludzi pewnych,
            że nie są durniami.

            * Kłamstwo to poprawianie prawdy.

            * Nie możesz być kimś innym, choć nie wiesz dobrze kim jesteś.

            * Niepełna, nie całościowa informacja, czyli dezinformacja, czyli w
            rezultacie kłamstwo praktykowane na co dzień, wzrasta nam w krew, staje się
            druga naturą, ba, nieraz wręcz powinnością moralną czy narodową.

            * Miłość bez wzajemności zawsze jest najsilniejsza.

            * Polemika z głupstwem nobilituje je bez potrzeby.

            * Walenie głową w mur to czynność o dużym znaczeniu poznawczym: uzmysławia
            ona walącemu siłę muru w sposób niezwykle dobitny i plastyczny - inaczej znałby
            ją tylko ze słyszenia.

            * Złe nie śpi, natomiast dobre zasypia bardzo często.

            * Herbata od mieszania nie zrobi się słodsza.

            (podobno ten ostatni aforyzm Kisiel wymyslil do spolki z J. Mycielskim)

            ;-)))
            • Gość: Onufry Re: Stefan Kisielewski "Kisiel" - maksymy c.d. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.10.06, 22:00
              * Lenistwo przedłuża czas, pracowitość go skraca, czy czas sam przez się jest
              walorem?

              * Nie wiemy, co było przedtem, nie wiemy, co będzie potem, a spieramy się o
              teraźniejszość.

              * Życie jest pościgiem za czymś, co chcielibyśmy ścigać w nieskończoność.

              * Biednym nic z tego nie przyjdzie, że bogaci też zbiednieją.

              * Pieniądz symbolizuje pracę. pożywienie, najrozmaitsze rodzaje energii.
              Człowiek wymyślił ten symbol dla wygody.

              * Czas to bogactwo, którego nie można zaoszczędzić: trzeba je wydawać.

              * Pieniądze szczęścia nie dają, lecz każdy chce to sprawdzić osobiście.

              * Czy dobroć bezinteresowna, czy też interesowna przynosi światu więcej korzyści?

              * Demokracja to przede wszystkim prawo do sprawiedliwej nierówności.
              • Gość: Onufry Re: Stefan Kisielewski "Kisiel" IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.10.06, 23:05
                Kisielowi trzeba poswiecic sporo postow bo bez niego ten kraj wygladalby
                inaczej. Tak to prawda - dzialanie jednego czlowieka moze zdefiniowac cala
                epoke! To byla prawdziwa instytucja... Ale zamiast moralizowac, opowiedzmy
                prawdziwa historie o nim i Mrozku.

                ***

                "Nieco pozniej, na poczatku lat 50. zamieszkal na Krupniczej Slawomir Mrozek,
                wtedy jeszcze szczerze przejety entuzjasta Polski Ludowej i wyznawca najlepszego
                na swiecie ustroju. Pracowal w krakowskim "Dzienniku Polskim" i demaskowal
                reakcje. Kiedy uslyszal w radio audycje o corso kwiatowym w Nicei, zdemaskowal
                corso. W Indochinach wojna, na polach ryzowych gina kobiety i dzieci, grzmial,
                a burzuazja bawi sie beztrosko w corso. Po ukazaniu sie tekstu, spotkal nieco
                wstawionego Kisiela.
                - Byl pan w Nicei? - uslyszal.
                - No skadze, ja w Nicei?
                - A ja bylem. To co pan pie..?!

                [Dlaczego ten Kisielewski taki ordynarny? Dobry felieton napisalem. Wszystkim
                sie podoba, a Kisiel takie slowa ... Tak wtedy myslalem. - Ale sie zawstydzilem
                ten wstyd mnie pozniej drazyl, laczyl sie z roznymi innymi krysztalkami mysli
                i wreszcie mnie uratowal - przynajmniej w pewnym stopniu. - S.M.]

                Po wielu latach, gdy Slawomir Mrozek byl juz zupelnie innym Mrozkiem, spotkali
                sie w Paryzu i poszli na spacer nad Sekwane. "Powiedzialem mu wtedy, ze
                serdecznie dziekuje i nigdy mu nie zapomne tamtej krotkiej rozmowy" - wspominal
                Mrozek.

                Ot.
                • Gość: Onufry Re: Stefan Kisielewski "Kisiel" IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.10.06, 23:20
                  Edytor znieksztalcil tekst poprzedniego postu. Chodzi o kluczowy dialog:

                  > - Byl pan w Nicei? - uslyszal.
                  > - No skadze, ja w Nicei?
                  > - A ja bylem. To co pan pie..?!

                  Ostatnie slowo, otrzymasz Czytelniku czytajac pierwsze litery imion:

                  Pawel
                  Ilona
                  Edmund
                  Robert
                  Danuta
                  Ola
                  Lidia
                  Irena

                  Niniejszym protestuje przeciw takim znieksztalcenim tekstu!
                  Za hipokryzje uwazam tolerowanie chamstwa na FH (np. dzisiejszy
                  "kawal" o poznaniakach autorstwa "pozy") przy jednoczesnym
                  "dbaniu o czystosc jezyka" jak wyzej.

                  PROTESTUJE!!!

                  O.
                      • Gość: ewa Re: Stefan Kisielewski "Kisiel" IP: *.d4.club-internet.fr 24.10.06, 23:47
                        Kisiel, którego znałem. był przede wszystkim i nade wszystko uosobioną
                        przekorą. Czasem, ot, dla sportu. Kiedyś w alei Szucha, niedaleko jego domu,
                        spotkałem go roześmianego od ucha do ucha. Mrugnął do mnie łobuzersko - "Ale
                        naintrygowałem". Oczywiście musiałem spytać, co też zmajstrował. Opowiedział,
                        jak niemal przed chwilą, na tejże ulicy, spotkawszy kolejno dwóch
                        nietuzinkowych sąsiadów ze swego domu, obu dość drażliwych na swoim punkcie,
                        powiedział każdemu z nich, co ten drugi o nim mówi. "Skłóciłem ich na amen" -
                        powiedział, zacierając ręce. "Wymyśliłeś, czy oni naprawdę to mówili?" -
                        zapytałem. "Powiedziałem im trochę tego, co mówili, i to, co naprawdę o sobie
                        myślą" - odparł.

                        Puenta być może czytelnika zaskoczy: obaj panowie się znali i znali dobrze
                        Kisiela; spotkawszy się, powtórzyli sobie, co odeń usłyszeli. A potem
                        opowiedzieli jemu
                        opowiedzial S. Bratkowski
                        • Gość: Onufry Re: Stefan Kisielewski "Kisiel" IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.10.06, 00:02
                          Alez Ewo, anegdotka Bratkowskiego swietnie oddaje styl Kisiela.
                          On zmienil Polske wielokrotnie stosujac: "Krol jest nagi" - on uzdrawial
                          humorem ;-)

                          Bylem kiedys na spotkaniu z nim. Powiedzial, ze po wojnie zaczal sie zastanawiac
                          co dalej bedzie robil w zyciu. Byl muzykiem, owszem, ale to nie wystarczalo
                          by nasycic jego temperament. A z temperamentu byl publicysta. Jego wzorem
                          byl jakis Francuz, ktorego nazwiska nie pamietam w tej chwili.
                          Jego felietony byly genialne, czytala je cala Polska, znajdujac w nich
                          swoj punkt odniesienia. Pisal tez powiesci. Wielki skandal wywolalo
                          "Sprzysiezenie". Tu jest dobra anegdota do opowiedzenia. Ksiadz Piwowarczyk -
                          szef "Tygodnika Powszechnego" mial mu powiedziec: "Panie Kisiel to ze piszesz
                          Pan pornografie to pol biedy, ale to ze piszesz Pan pornografie nudna,
                          to jest niewybaczalne!"

                          No to na tym skoncze. Dobranoc ;-)))

                          • Gość: Onufry Re: Stefan Kisielewski "Kisiel" IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.10.06, 23:41
                            > A z temperamentu byl publicysta. Jego wzorem
                            > byl jakis Francuz, ktorego nazwiska nie pamietam w tej chwili.

                            ====================

                            Przypomnialem sobie: Henri Rochefort - filozof dokuczania znienawidzonej wladzy
                            przy pomocy zlosliwej satyry i jatrzacej aluzji. To on byl wzorem dla Kisiela,
                            ktory dolozyl do sprawy jeszcze ... zwykly humor.

                            Hipoteza: Komunizm upadl dzieki Kisielowi.
                            Wniosek: Pokojowy Nobel nalezal sie Kisielowi.

                            ;-)))
                      • Gość: ewa Re: Stefan Kisielewski "Kisiel". O robieniu jaj IP: *.d4.club-internet.fr 24.10.06, 23:52
                        20 powodów dla których warto robić jaja
                        Jaja są bardzo ważne w życiu człowieka dlatego istnieje bardzo wiele powodów,
                        dla których warto i trzeba robić sobie jaja. Oto 20 podstawowych:
                        1. Dla jaj.
                        2. Bo twoja kobieta do dziś tego nie potrafi.
                        3. Aby mieć coś na twardo.
                        4. Bo hodowla świń chłopom nadal się nie opłaca.
                        5. Bo lepiej robić jaja, niż podkładać świnie.
                        6. Aby lud pracujący miast i wsi oraz młodzież szkolna mieli czym rzucać w
                        urzędników państwowych.
                        7. Aby nie dać się ujaić.
                        8. Aby trenować malowanie pisanek.
                        9. Aby dać komuś te jaja do wysiadywania.
                        10. Bo co dwa jaja to nie jedno.
                        11. Nawet Kolumb miał swoje jajko.
                        12. Orły i sokoły robią jaja, nie bądź gorszy, rób jaja i ty.
                        13. Zrób sobie z kogoś jaja, zanim zrobią je z ciebie.
                        14. Bo wszystko zaczyna się od jaja.
                        15. Być może jajo, które zrobisz, będzie złotym jajem.
                        16. Jajogłowi będą zakłopotani.
                        17. Niestraszny będzie ci makaron czterojajeczny.
                        18. Jajem muru nie przebijesz, ale mniej go szkoda nić głowy.
                        19. Jajo jest ciekawsze niż jojo.
                        20. Ja, ja naturlich.

    • Gość: 6UL DV8 Bertolt Brecht IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.10.06, 00:14
      Znalazłem chwilkę czasu, żeby przejrzeć wpisy w tym wątku. Fajne :-))
      Szczególnie poruszył mnie post z maksymami Bertolta Brechta. Kiedy je czytałem,
      zrobiło mi się "i smieszno, i straszno"... Dlaczego? Ano, porównajmy jedną z
      zacytowanych maksym Brechta

      "Kto nie zna prawdy, ten jest tylko głupcem. Ale kto ją zna i nazywa
      kłamstwem, ten jest zbrodniarzem"

      z innym jego cytatem:

      "Zorganizowane elementy faszystowskie próbowały nadużyć tego niezadowolenia
      [robotników - przyp. mój] dla swych krwawych celów. Przez kilka godzin Berlin
      był na krawędzi III wojny światowej. Tylko dzięki szybkiej i sprawnej
      interwencji oddziałów radzieckich próby te się nie udały. Oczywiste jest, że
      interwencja oddziałów w żadnej mierze nie była skierowana przeciw demonstracjom
      robotniczym. Doskonale było widoczne, że była ona skierowana jedynie przeciw
      próbie rozpoczęcia nowej masakry".

      Ten tekst Brechta ukazał się w "Neues Deutschland" (urzędowym organie partyjnym
      byłego NRD) w kilka dni po krwawym stłumieniu przez armię radziecką tzw.
      powstania berlińskiego (1953 rok), kiedy to głodujący robotnicy protestowali
      przeciwko zaostrzeniu polityki żywnościowej...
    • 3bezatu Re: Humor w Nauce i Sztuce 25.10.06, 09:53
      W związku z trwającym w Poznaniu Konkursem Skrzypcowym im. Henryka
      Wiemiawskiego pojawił się w GW wywiad z Kają Danczowską – bardzo ciekawy.
      Na koniec zapytano Panią Danczowską, co dziś powiedziałaby stającym do
      konkursowych zmagań młodym skrzypkom?
      Odpowiedź warta jest przytoczenia:

      - Może to, co przed każdym graniem powtarzała mi prof. Eugenia Umińska: "Nie
      staraj się grać lepiej niż ktokolwiek. Staraj się grać tak, jak ty umiesz
      najlepiej". To jest klucz do każdego egzaminu życia.
      • Gość: Onufry Re: Humor w Nauce i Sztuce IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.10.06, 10:49
        Chcialbym przypomniec opowiastke Zen, majaca scisly zwiazek z poprzednim
        postem 3bezatu. Stosuje sie ona i do Nauki i do Sztuki:

        ***

        Pewien czlowiek, ktory odwiedzil Mistrza, chcial zostac jego uczniem.
        Mistrz powiedzial do niego:
        - Mozesz ze mna zamieszkac, ale nie staraj sie isc za mna.
        - Za kim wiec mam isc?
        - Za nikim. W dniu, w ktorym pojdziesz za kims, przestaniesz isc za Prawda.

        ***

        ;-)
        • 3bezatu Re: Konkurs Wieniawskiego: Ida Haendel 25.10.06, 14:14
          Do Poznania wczoraj przybyła długo oczekiwana Ida Haendel, światowej sławy
          skrzypaczka i jurorka finału obecnego konkursu.
          Ida Haendel jest rodowitą Chełmianką, co podkreśla w każdej swojej biografii.
          Jest jedną z najbardziej znanych skrzypaczek na świecie. Ogromna ilość
          koncertów i mnóstwo nagrań płytowych, z niezwykle bogatym i wszechstronnym
          repertuarem, uczyniły z niej jedną z pierwszoplanowych postaci światowej
          wiolinistyki.

          ***

          W swojej biografii "Woman with Violin" Ida opowiada o trudach bycia cudownym
          dzieckiem. Bardzo wcześnie musiała zrezygnować z zabaw lalkami i dojrzeć do
          swojego talentu, który był darem i wymagał od niej takiego poświęcenia.

          3,5 letnia Ida wzięła pewnego dnia skrzypce do ręki i zagrała piosenkę, którą
          jej matka przed chwilą zaśpiewała. Natan Haendel od razu rozpoznał talent. W
          chełmskich archiwach istnieje dokument, w którym Haendel zwraca się z prośbą o
          odstąpienie od opodatkowania dochodów z koncertu małej Idy (który miał się
          odbyć w ówczesnym kinie Wersal, obecnie Zorza). Pieniądze z koncertu miały być
          przeznaczone na dalszą edukację dziewczynki.

          Jako 9-cio latka debiutowała w Queen’s Hall w Londynie.
          Co ciekawe - ten koncert stał się przyczyną sfałszowania daty urodzenia Idy. W
          owym czasie w Wielkiej Brytanii dzieciom poniżej lat 14 nie wolno było
          pracować . Aby młoda skrzypaczka mogła wystąpić - w dokumentach dodano jej pięć
          lat, omijając w ten sposób surowe przepisy.

          W 1935 roku znalazła się wśród finalistów Konkursu Wieniawskiego - rozgrywanego
          wtedy w Warszawie. Pierwsze miejsce zajęła 17-letnia wtedy Ginnette Neveu.

          • 3bezatu Re: Konkurs Wieniawskiego: Ida Haendel 25.10.06, 14:29
            W jednym z wywiadów Ida Haendel powiedziała:

            Opowiem anegdotę o Jaschy Heifetzu. Krążyły o nim opinie, że jest zimny i
            nieprzystępny. Pewna chińska skrzypaczka opowiadała mi, że spytała go, czy
            mogłaby przed nim zagrać. Zgodził się. Przyszła pięć minut przed umówioną porą -
            wyrzucił ją i powiedział: "Przyjdź za pięć minut". Myślę, że nie był gburem,
            tylko miał specyficzne poczucie humoru. Poznałam go, kiedy miałam siedem lat,
            ale dopiero kilka lat później w Los Angeles poznaliśmy się bliżej. Zaprosił
            mnie na lekcję. Przyszłam w kapeluszu z dużym rondem - zwykle w takich chodzę -
            a on spojrzał i zapytał: "Dlaczego nosisz taki wielki kapelusz?". A ja na
            to: "Bo to jest taki mój body guard - nikt za blisko do mnie nie podejdzie".
            Bardzo się śmiał. Jestem przekonana, że był niezrozumiany - wszyscy się go
            bali, bo myśleli, że jest taki surowy. A on nieźle się tym bawił.
              • 3bezatu Re: Jascha Heifetz 25.10.06, 15:02
                Przytoczę tu opowieść o Jaschy Heifetzu: podczas gdy niektórzy skrzypkowie
                grają na Stradivariusie i ten Stradivarius brzmi pod ich palcami jak pudełko od
                zapałek, Heifetz potrafi zagrać na pudełku od zapałek tak, że będzie ono
                brzmieć, jak prawdziwy Stradivarius.

                ***

                Jascha Heifetz, słysząc komplementy na temat wspaniałego dźwięku swojego
                instrumentu, podniósł skrzypce do ucha i odrzekł: ...to zabawne, ale ja nic nie
                słyszę...

                ;-)))
      • 3bezatu Re: Humor w Nauce i Sztuce: jeszcze o dyrygentach 25.10.06, 19:24
        Dyrygent Leopold Stokowski powiedział po jednym z koncertów: - Ta orkiestra
        dokonała cudu! Utwór, w nieśmiertelność którego głęboko wierzyłem, unicestwiła
        w półtorej godziny.


        ***


        Francuski dyrygent Pierre Monteux był zawsze bardzo dumny ze swojego młodego
        wyglądu. Kiedy miał 85 lat i poproszono go o autograf, na odwrocie swojego
        zdjęcia napisał: "Pierre Monteux za 10 lat".


        ***


        Jean Baptiste Lully dyrygował zwykle półtorametrową batutą, którą wystukiwał
        takt o podłogę. Niestety, stała się ona przyczyną... jego śmierci. Pewnego razu
        podczas koncertu na dworze królewskim dyrygował bowiem z takim temperamentem,
        że uderzył batutą w nogę, kalecząc się aż do krwi. Wkrótce wywiązało się
        zakażenie, w wyniku którego umarł.
        • 3bezatu Re: Humor w Nauce i Sztuce: jeszcze o dyrygentach 25.10.06, 19:57
          Krótko przed rozpoczęciem koncertu Bülow śpiesznie podążał schodami do swej
          garderoby. Na zakręcie schodów zderzył się ze schodzącym z góry obcym
          mężczyzną. - Osioł - powiedział nieznajomy. - Von Bülow - odpowiedział
          grzecznie dyrygent.


          ****


          I jeszcze o dwóch kompozytorach i dyrygentach:

          Max Bruch prowadził kiedyś w Wiedniu próbę orkiestrową własnej przeróbki
          słynnej żydowskiej pieśni religijnej "Kol Nidrei". Próba szła składnie prócz
          jednego miejsca, gdzie Żyd wiolonczelista stale grał inaczej, niż było w
          nutach. Kompozytor zwrócił się wreszcie do muzyka: - Czemu u licha, nie gra pan
          tak, jak napisane? Musi pan koniecznie zmieniać? A na to wykonawca: - Ja
          właśnie nie zmieniam, grałem to już 25 lat przedtem, nim pan to skomponował...


          ***


          Picasso namalował kiedyś portret Igora Strawińskiego. Wyjeżdżając, kompozytor
          zabrał go ze sobą. Jakież było jego zdziwienie, gdy na granicy został
          zatrzymany, właśnie z powodu... portretu. Kiedy starał się wytłumaczyć
          celnikowi, że wiezie po prostu dzieło sztuki, ten odpowiedział: - Jakie dzieło
          sztuki, przecież to plan fortecy!

          :-)))
    • Gość: Alicja Re: Humor w Nauce i Sztuce IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.10.06, 19:32
      Dobry Wieczor

      Oto kolejna ciekawa :) informacja z "Wiedzy i Zycia"

      +++++++++++

      Chrapiący źle się uczą

      Jeśli twoje dziecko ma słabe wyniki w nauce, sprawdź, czy chrapie. Prof. Albert
      Martin Li z Uniwersytetu Chińskiego w Hongkongu zbadał 6471 dzieci w wieku 6-13
      lat i stwierdził, że chrapiąca młodzież dwukrotnie częściej cierpi na
      nadaktywność i słabo radzi sobie w szkole. Ma też 75% więcej "szans" na obniżony
      stopień ze sprawowania.

      ++++++++++

      Wszystkich pozdrawiam
      Alicja
        • Gość: Onufry Re: E. Galois IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.10.06, 20:29
          3bezatu napisała:

          > Ewaryst Galois

          Tak, brawa dla 3bezatu i Ewy !!!

          ===========================

          Evariste Galois

          Evariste Galois urodził się w 1811 roku w miasteczku Bourg la Reine niedaleko
          Paryża. W 1823 roku rozpoczął naukę w klasie retoryki w paryskim Liceum Ludwika
          Wielkiego. Matematyka w tej klasie była przedmiotem nieobowiązkowym, ale on tak
          zainteresował się tą dziedziną nauki, że inne przedmioty przestały być dla niego
          ciekawe. Samodzielnie przestudiował między innymi geometrię Adrien'a Legendre'a.

          Mimo nieprzeciętnych uzdolnień, dwukrotnie nie zdał egzaminu do paryskiej Ecole
          Polytechnique. Podobno odpowiedzi jakich udzielał były tak zwięzłe, że
          niezrozumiałe dla egzaminatorów. ;-)))
          W końcu dostał się do l'Ecole Normale.

          Francja (po Wielkiej Rewolucji i czasach Napoleona), w której żył Galois była
          niespokojna i pełna konfliktów. Młody Evariste nie pozostawał obojętny na sprawy
          kraju i brał czynny udział w życiu politycznym. Za publiczne wystąpienia
          przeciwko panującemu królowi był dwukrotnie uwięziony.

          31-go maja 1832 roku zmarł na skutek ran odniesionych w pojedynku. Przypuszcza
          się, że incydent ten został sprowokowany przez francuskie władze.

          Mając 17 lat Evariste Galois zajął się problemami, nad którymi bezskutecznie
          pracowało wiele matematycznych znakomitości XVIII i XIX wieku. Swoje wyniki
          przesłał do paryskiej Akademii Nauk, ale nie zostały one docenione.

          W noc przed pojedynkiem napisał listy do przyjaciół (swoisty matematyczny
          testament), w których prosił by jego prace przedstawić Carlowi Gaussowi bądź
          Carlowi Jacobiemu. Galois chciał, aby wydali oni opinię "nie o prawdziwości
          wyników, lecz o ich ważności".

          W 1843 roku francuski matematyk Joseph Liouville zebrał wszystkie prace Galois i
          wraz z komentarzem przesłał do Akademii Nauk w Paryżu. Opublikowano je dopiero w
          14 lat po śmierci autora.

        • Gość: Onufry Re: Ruffini-Abel-Galois IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.10.06, 20:52
          Zobaczcie jak prosta jest matma:

          Twierdzenie Abela-Ruffiniego:

          Znany wszystkim wzór

          x = (-b - \sqrt(b2 - 4ac))/(2a)

          podaje jeden z pierwiastków wielomianu ax2 + bx + c. Współczynnikami tego
          wielomianu są litery (zmienne) a,b,c. Innymi słowy, ax2 + bx + c jest "ogólnym"
          trójmianem kwadratowym, czyli wzorem na wszystkie trójmiany kwadratowe.

          Twierdzenie Abela-Ruffiniego dotyczy rozwiązalności równania ogólnego, to znaczy
          takiego, które ma współczynniki "literowe". Mowi ono, ze wzory na pierwiastki
          istnieja tylko dla rownania do stopnia 4 (wlacznie). Juz dla rownania stopnia 5
          nie ma ogolnych wzorow algebraicznych na pierwiastki.

          Oto zarys idei teorii Galois:

          Wyobraźmy sobie kwadrat i jego zbior symetrii. Ma on osiem elementów. Dla
          prostokąta [nie będącego kwadratem!] odpowiedni zbior symetrii ma tylko cztery
          elementy. Prostokąt jest jakby "mniej symetryczny" niż kwadrat. Grupa symetrii
          okręgu, jednej z "najbardziej symetrycznych" figur, jest nieskończona. Okazało
          się, że podobne związki występują w równaniach. Możliwość i sposób wyliczenia
          pierwiastków równania zależy od stopnia jego "symetrii". Galois zauważył pewne
          symetrie wystepujące w równaniach (dokładniej: w zbiorach rozwiazań) i potrafił
          je precyzyjnie zinterpretowac w jezyku algebry. Odkryl on, ze w algebraicznej
          strukturze zbioru symetrii ogolnego rownania zakodowana jest informacja
          czy rownanie to mozna rozwiazac przy pomocy wzorow algebraicznych!

          Galois byl niewatpliwie genialny (a mimo to, albo dlatego ;-) dwukrotnie nie
          dostal sie do Ecole Polytechnique).

          ;-)))
    • Gość: Onufry Re: Liczba "pi", fortuna i Polska ;-))) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.10.06, 21:26
      Zapytano kiedys Hugona Steinhausa, na jakiejs zagranicznej konferencji,
      jak to sie dzieje, ze liczba "pi", ktora pojawia sie przy obliczaniu
      obwodu kola, pojawia sie tez we wzorach teorii prawdopodobienstwa.
      Ano - odparl Steinhaus - dla znajacych jezyk polski to jest bardzo
      proste. Teoria prawdopodobienstwa to nauka o szczesciu w hazardzie,
      a Polacy maja takie przyslowie:

      FORTUNA KOLEM SIE TOCZY!
      • onufry_na_wyjezdzie Re: anegdotka o H. Steinhausie 26.10.06, 09:00
        Chyba warto przypomniec taka anegdotke o H. Steinhausie.

        Byl on czlonkiem Polskiej Akademii Nauk. Kiedys nie byl obecny na Walnym
        Zgromadzeniu PAN. Sekretarz PAN wyslal do niego list, proszac by usprawiedliwil
        swoja nieobecnosc. Steinhaus w odpowiedzi napisal:

        "Dopoki pewni czlonkowie Akademii nie usprawiedliwia swojej obecnosci,
        ja nie widze potrzeby usprawiedliwiania swojej nieobecnosci."

        ;-)))
        • 3bezatu Re: anegdotka o H. Steinhausie 26.10.06, 09:35
          Gdy Hugo Steinhaus był już w podeszłym wieku, zadzwoniono doń pewnego
          jesiennego, lodowatego i ponurego wieczoru, a telefonujący wołał:
          - Panie profesorze, za godzinę na dworcu zjawi się delegacja radzieckich
          uczonych i proszono, żeby pan ich powitał..!
          - Drogi kolego - odpowiedział Steinhaus - jestem zdrowy na umyśle, natomiast
          słaby na ciele. Gdyby było na odwrót, pospieszyłbym niezwłocznie!

          ;-))
          • 3bezatu H. Steinhaus- cytaty (niektóre) :-)) 26.10.06, 10:06
            Niektóre dzieci tak lubią szkołę, że chcą w niej pozostać przez całe życie.
            Matematycy rekrutują się z tych infantylistów.

            Za granicą mówią: "X to dobry matematyk; z pewnością Polak". U nas mówią: "Y to
            prawdziwy Polak; z pewnością słaby matematyk".

            Najdziwniejszy jest zawód urzędnika administracyjnego instytutu matematycznego:
            nie wie, czym administruje!

            Łatwo z domu rzeczywistości zajść do lasu matematyki, ale nieliczni tylko
            umieją wrócić.

            Matematyka nie może wypełnić życia, ale nieznajomość matematyki już niejednemu
            wypełniła.

            Plato wierzył, że istnieje idealna kula. Ale jedynym jej modelem jest bańka
            mydlana.

            Młodzieniec gonił dziewczynę po kolistej drodze - nie mógł jej doścignąć, bo
            biegła szybciej.

            Znalezienie kwadratury koła przez Kanta - pi-kanteria

            • Gość: Onufry Re: H. Steinhaus IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.10.06, 13:20
              H. Steinhaus mial poprowadzic cotygodniowy wyklad. Na sali, oprocz niego, bylo
              2 sluchaczy. Wywiazala sie mala dyskusja, czy warto by dla tak malej liczby
              sluchaczy wyklad sie odbyl. Wtedy Steinhaus rzekl:
              - Troje czyni kolegium.
              I wyklad sie odbyl. Za tydzien, na sali, oprocz Steinhausa, byl tylko jeden
              sluchacz. Steinhaus zaczal wyklad no i ten sluchacz zaprotestowal, przywolujac
              sytuacje z poprzedniego tygodnia. Na to Steinhaus spokojnie odrzekl:
              - Bog jest zawsze.

              ***

              P.S. Do 3bezatu: Dziekuje za przypomnienie o istnieniu hugonotek.
              Mysle, ze warto bedzie do nich wrocic, w szczegolnosci oglosic
              konkurs na najlepsza hugonotke o humorze w Nauce i Sztuce ;-)))
              • Gość: Onufry Re: H. Steinhaus: maksymy :-))) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.10.06, 14:20
                * Dowcipem nie należy celować, tylko trafiać

                * Dziennikarze nie interesują się wcale wiadomościami, które podają, tak jak
                kelnerzy nie mają apetytu na potrawy, które przynoszą.

                * Dzięki rozpowszechnieniu oświaty można dziś czytać, pisać i publikować,
                nie przestając być analfabetą.

                * Jedną z cech głupstwa jest logika.

                * Kula u nogi – ziemia.

                * Mędrzec widzi w lustrze głupca, głupiec przeciwnie.

                * Między duchem a materią pośredniczy matematyka.

                * Moim największym odkryciem matematycznym jest Stefan Banach.

                * Władca nadaje ordery małym ludziom, żeby widziano, iż może ich wywyższyć,
                nadaje je wielkim, aby wywyższyć ordery. Tak spełnia się prawo zachowania
                wartości: mali zyskują tyle, ile wielcy tracą.

                * Żadna nauka nie wzmacnia tak wiary w potęgę umysłu ludzkiego, jak matematyka.
    • Gość: Onufry Re: Straz graniczna zaaresztowala skrzypce ?!?! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.10.06, 13:51
      Cytuje z GW:

      Mari Lee z Korei Południowej przyleciała do Poznania niecałe dwa tygodnie temu
      na XIII Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego. Zagrała w
      trzech etapach, ale nie dostała się do finału. W środę miała wrócić do Anglii,
      gdzie uczy się w szkole muzycznej. Po południu pojechała na lotnisko razem ze
      skrzypcami - J. Gagliano z XVIII w.

      Do samolotu jednak nie wsiadła. Straż graniczna zarekwirowała jej instrument!
      Okazało się, że nie ma dokumentów niezbędnych do wywiezienia zabytkowego
      instrumentu z Polski. - W sumie głupia sytuacja, ale nie mieliśmy wyboru -
      tłumaczy ppłk Wojciech Zacharjasz, rzecznik prasowy Nadwiślańskiego Oddziału
      Straży Granicznej (kierownik zmiany na Ławicy nie chciał rozmawiać o całej
      sprawie). - Z formalnego punktu widzenia sytuacja wygląda tak, że pani Mari Lee
      nie zgłosiła do oclenia skrzypiec, które chciała wywieźć z Polski.

      - Jak to? Przecież to jej instrument. Nie musi płacić za niego cła - zauważamy.

      - Zgadza się. Ale powinna była zgłosić je do oclenia, wjeżdżając do naszego
      kraju. Nic by oczywiście nie zapłaciła, bo nie przywiozła ich tutaj na sprzedaż,
      ale sprawa byłaby formalnie załatwiona. A tak - nie jest.

      Sprawę komplikuje fakt, że instrument jest własnością The Yehudi Menuhin School
      - brytyjskiej szkoły, w której uczy się Mari Lee. Koreanka wypożyczyła go na
      czas konkursu. Dokumentów, które by to potwierdzały, jednak nie przywiozła. -
      Zajmujemy się tym. Dokumenty dotrą do Poznania jeszcze w czwartek - usłyszeliśmy
      wczoraj wieczorem w biurze Konkursu im. Wieniawskiego. Dzisiejszą noc instrument
      spędził "zaaresztowany" na lotnisku.

      Ppłk Zacharjasz: - Skrzypaczka zniosła całe zamieszanie ze spokojem.
      Przebukowała bilet na piątek i wróciła do hotelu. Takie incydenty zdarzają się,
      bo obcokrajowcy często nie znają naszego prawa.

      ***

      No comments! No moze poza tym, ze "nasze prawo" to brzmi dumnie ;-)))
    • Gość: Onufry Re: Czy 7 jest liczba pierwsza? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.10.06, 14:30
      Edmund Niziurski
      Sposób na Alcybiadesa
      (fragment)

      (...)

      Wezwał do tablicy Pędzelkiewicza i kazał mu napisać pięć kolejnych liczb
      "pierwszych". Pędzelkiewicz najpierw się długo zastanawiał, rozdziawiwszy
      paszczę i wytrzeszczywszy z przerażenia oczy, a potem napisał: 1, 2, 3, 4, 5.
      Dziadzia zadrżał, ale zapytał, wciąż jeszcze spokojnie:
      - Czy naprawdę te wszystkie liczby są pierwsze?
      - Nie, nie - odparł niepewnie Pędzelkiewicz.
      - A które?
      - No, te na początku: jeden, dwa... - odparł Pędzelkiewicz i utknął.
      Dziadzia zaśmiał się wtedy straszliwie. Podszedł do tablicy i napisał:
      2, 3, 5, 7.
      - A może zgodzisz się łaskawie, chłopassju, że to są liczby pierwsze?
      Pędzelkiewicz nie zgodził się i z uporem twierdził, że liczba siedem jest ...
      liczbą ostatnią.

      (...)

      ***
    • Gość: Onufry Re: o matematyce powiedzieli: IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.10.06, 17:34
      Matematyka jest drzwiami i kluczem do nauki.
      - Roger Bacon

      Tyle jest w każdym poznaniu nauki, ile jest w nim matematyki.
      - Immanuel Kant

      Słodko spożywamy matematykę i dzieje się nam jak Lotofagom: bo skosztowawszy jej
      nie chcemy już od niej odstąpić i owłada nami jak kwiat lotosu.
      - Arystoteles

      Matematycy są jak Francuzi: cokolwiek im powiesz, przekładają to na swój język
      i wtedy natychmiast staje się to czymś zupełnie innym.
      - Johann Wolfgang Goethe

      W matematyce raz udowodnione twierdzenie na zawsze zachowuje swoją prawdziwość.
      - Roman Sikorski

      Rozkwit i doskonałość matematyki są ściśle związane z dobrobytem państwa.
      - Napoleon

      Matematyka jest alfabetem, przy pomocy którego Bóg opisał Wszechświat.
      - Galileusz

      Powszechne nieuctwo w zakresie matematyki oraz nauk ścisłych i przyrodniczych
      przekłada się na wymuszane przez populistów błędne decyzje polityczne i gospodarcze.
      - Krzysztof Łoziński

      Matematyka nie na darmo nazywana jest królową nauk. Nie będę się wiele wymądrzał
      na ten temat, ale czuję, że cztery lata studiów polonistycznych dały mi mniej,
      niż licealna matematyka.
      - Andrzej Krzysztof Wróblewski

      Nigdy nie byłem orłem z matematyki. Ale maturę z niej spokojnie zdałem. (...)
      Matematyka uczy ścisłego, logicznego myślenia, co przydaje się praktycznie w
      codziennym życiu każdemu, a może humanistom zwłaszcza. Maturę zdawałem w 1959 r.
      Zawsze przed tym i jeszcze kilka lat później był to przedmiot obowiązkowy na
      egzaminie dojrzałości; tak pisemnym, jak i ustnym. Nie pamiętam kiedy ją
      zniesiono. I nie wiem, co za idiota (najłagodniejsze słowo) ją zlikwidował.
      - Marek Arpad Kowalski

      Chińczycy, Hindusi, a zwłaszcza Japończycy, uważają, że przyznanie się do
      niemożności opanowania matematyki na poziomie szkolnym kompromituje każdego, kto
      chce uchodzić za światłego człowieka.
      - Krzysztof Łoziński


      • 3bezatu Re: o matematyce powiedzieli: 26.10.06, 17:58
        ZWARIOWANA GEOMETRIA

        Zachodziło kółko w głowę,
        czemu nie może być kwadratowe.

        Jeśli rogi na głowę włożę,
        wtedy kwadratem będę być może

        lub prostokątem, gdy mi się uda.
        Bo wciąż być kółkiem -to straszna nuda

        Rozmyślał trójkąt: -jeśli rogi wyrzucę
        lub odłożę na półkę,
        wtedy być może mi się uda być choć przez chwilę kółkiem.

        I marzył kwadrat: -Jeśli jeden z mych rogów schowam gdzieś do kąta,
        to wtedy może choć przez moment podobny będę do trójkąta.

        Lecz jak to dobrze, że to tylko są sny tych figur i marzenia,
        bo jaka będzie geometria gdy wszystko w niej tak się pozmienia.

        A. Asnyk
    • Gość: Onufry Re: Byl taki ksiadz Jan Dzierzon ... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.10.06, 18:04
      To jest troche powazniejszy post niz inne w tym watku (moze na miare obecnych
      dni ...) Jest on zwiazany z Nauka i bezkompromisowym szukaniem prawdy.


      Cytuje za GW:

      ***

      "Prawda, prawda ponad wszystko..." - powtarzał sędziwy ks. Jan Dzierżon,
      odkrywca zjawiska dzieworództwa krytykowany przez luminarzy nauki schyłku XIX
      w., wyklęty przez Kościół za odrzucenie dogmatu o nieomylności papieża. Nauka w
      końcu przyznała mu rację, ale Kościół po stu latach od śmierci wciąż nie przebaczył.

      Dziś mija setna rocznica śmierci jednego z najbardziej zasłużonych dla świata
      Ślązaków. Swego epokowego odkrycia dokonał niedługo po tym, jak jako 24-letni
      kapłan objął parafię w Karłowicach pod Opolem. Wyjaśnił zjawisko rodzenia trutni
      bez udziału nasienia, w czasie gdy w nauce obowiązywała zasada: "sine semine
      nulla vita", czyli "bez zapłodnienia nie ma życia".

      Nauka przyznała mu rację dopiero w roku jego śmierci. Miał już 88 lat, gdy na
      dorocznym zjeździe pszczelarzy w Kolonii, odpierając kolejne zarzuty uznanych
      naukowców, wypowiedział słynne słowa: "Wahrheit, Wahrheit über alles" (prawda,
      prawda ponad wszystko).

      Był już wówczas naukowcem znanym na całym świecie m.in. dzięki swemu drugiemu
      najważniejszemu osiągnięciu - wynalezieniu stosowanego po dzień dzisiejszy ula z
      łatwo wyjmowanymi plastrami miodu. Za swe pszczelarskie odkrycia otrzymał tytuł
      doktora honoris causa Królewskiego Uniwersytetu Monachijskiego oraz dziesiątki
      odznaczeń - od cesarza Austrii, króla Szwecji, cara Rosji i księcia Hesji. Na
      jego 90. urodziny do maleńkiej podopolskiej wioski nadeszło ponad tysiąc listów
      gratulacyjnych z wszystkich krajów Europy.

      "Herezje" o dzieworództwie ściągały na ks. Dzierżona restrykcje kościelne. Jakby
      tego było mało, publicznie skrytykował dogmat o nieomylności papieża uchwalony w
      1870 r. W "Schlesische Zeitung" napisał m.in.: "Nie ma chyba większego grzechu
      jak przypisywać boskie właściwości komuś, kto jest zwykłym śmiertelnikiem, a ten
      absurd jest fanatycznie popierany przez przedstawicieli Kościoła. Chciałem
      wykształconej i myślącej społeczności katolickiej dać dowód, że nie wszyscy
      duchowni katoliccy postradali rozum, że nie wszyscy stali się bezwolnymi
      narzędziami w ręku jednej, zaślepionej, fanatycznej partii".

      Został za to w 1873 r. ekskomunikowany. Jego następca w Karłowicach - ks. Pabel
      - nakazał nawet kościelnemu wyprowadzać "wyklętego" proboszcza, gdy ten pojawiał
      się na mszy. Mówił: "Chrząkanie świń jest mi sto razy milsze niż śpiew
      nieprawowiernego księdza". Katolicka prasa nazywała Dzierżona szyderczo "małym
      prorokiem z Karłowic", podważając autorytet nie tylko kapłana, ale także znanego
      na całym świecie badacza pszczół.

      Dzierżon przez ponad 30 lat nie wykazał skruchy. Dopiero półtora roku przed
      śmiercią dzięki zabiegom miejscowego proboszcza Wiktora Scholtysska udało się
      przyjąć ponownie księdza naukowca na łono Kościoła.

      Nielojalności Kościół nie zapomniał mu jednak nawet po stu latach. Opolska kuria
      nie przyłączyła się do obchodów Roku Dzierżonowskiego. - Kościół nie będzie
      składał hołdu kapłanowi, który tak wiele bólu mu zadał. Dzierżon nie był
      księdzem, którym moglibyśmy się szczycić - powiedział bp Jan Kopiec. Abp Alfons
      Nossol: - Był to ksiądz zbyt kontrowersyjny, aby hierarchowie kościelni
      wypowiadali się na jego temat.

      ***

      Jak podaje GW:

      Znamy pełną sekwencję genów kolejnego zwierzęcia. Tym razem pszczoły. To już
      trzeci owad, którego DNA rozszyfrowano, ale pierwszy żyjący społecznie:


      www.gazetawyborcza.pl/1,75476,3703324.html
      • Gość: ewa Re: Humor w Nauce i Sztuce. O prawdzie IP: *.d4.club-internet.fr 26.10.06, 19:35
        Wydaje mi sie ze Onufry jest czlowiekiem poszukujacym Prawdy. Lecz zaiste
        nadaremno!Ani ludzie nauki, ani kosciol jej nie odkryli.Rozne religie, w rozny,
        aczkolwiek przyblizony sposob, usiluja ja przekazac mniej lub bardziej wiernym.
        Nauka, przez wiele lat malymi kroczkami, a ostatnimi czasy, coraz wiekszymi,
        usiluje do niej sie przyblizyc. Ale jedynie przyblizyc. Za kilka lat predkosc
        swiatla przestanie byc predkoscia absolutna i... wszystkie dotyczasowe prawa
        fizyki runa niczym Twin Towers. Nasi potomkowie beda sobie obijac boki ze
        smiechu wspominajac XX wiek i jego niezwykla odkrycia.W obliczu naszej swiado-
        nieswiadomosci o Prawdzie nalezy mowic z dystansem i poczuciem niedoskonalosci
        zarowno naszych zmyslow jak i instrumentow.Tak mi sie wydaje. Ale z pewnoscia
        myle sie, bo daleka jestem od Prawdy:-)
        • Gość: Onufry Re: Humor w Nauce i Sztuce. O prawdzie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.10.06, 20:21
          Na post Ewy reaguje powtorzeniem takiego oto postu:

          ***

          Re: Humor w nauce
          Autor: Gość: Onufry
          Data: 01.11.05

          John von Neumann (1903-1957), wybitny matematyk węgiersko-amerykański
          żydowskiego pochodzenia staje po śmierci przed obliczem Pana Boga.
          - Johnnny, tak naprawdę to ty nie masz do końca czystego sumienia; będzie
          trzeba dokładnie prześwietlić twoje życie - mówi Bóg.
          - Ależ Panie Boże, jesli taka będzie Twoja wola to gotów jestem nawet pójść
          do piekła, ale proszę zdradź mi odpowiedź na jedno pytanie, bo wprost umieram
          z ciekawości - odpowiada Johnny.
          - Jakie to pytanie?
          - Czy Hipoteza Riemanna jest prawdziwa?!


          ;-)))

          PS. Tak, sklaniam sie za naiwnym von Neumannem, niz za dekadencja Ewy.

    • Gość: Onufry Re: Eksperymenty Lorda Kelvina ;-))) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.10.06, 22:02
      Wiliam Thomson (Lord Kelvin)(1824-1907)- fizyk angielski zajmujący się
      termodynamiką i elektromagnetyzmem.

      ***

      Kelwin wymyślał wiele pomysłowych doświadczeń. Ale niejednokrotnie mogły
      zakończył się tragicznie. Kiedy Kelwin demonstrował nowy pomysł Helmholtzowi
      ofiarą został kapelusz Helmholtza. Kelwin wprawił w ruch obrotowy ciężką płytę
      metalową, obracającą się na ostrzu. Aby pokazać jak dzięki obrotowi staje się
      ona nieruchoma, uderzył ją młotem. Płyta jednak wzięła mu to za złe , gdyż
      odleciała w jednym kierunku, podstawa żelazna zaś w drugim. Podstawa ta porwała
      kapelusz Helmholtza i rozpłatała go. Sama płyta szczęśliwie rozbiła tylko kilka
      szyb.

      ***

      Innego razu Kelvin demonstrował działanie wahadła balistycznego. Był to jeden z
      bardziej ulubionych jego pokazów i wymagał strzelby, z której strzelał do
      wahadła. Zdarzyło się jednak, że Kelvin chybił i kula przeszła przez ścianę do
      sąsiedniej sali wykładowej, gdzie utkwiła w tablicy. Przerażony Kelvin pobiegł
      zobaczyć co się stało. Na szczęście wykładający tam profesor nie poniósł
      szwanku, ale wbiegający Kelvina studenci powitali okrzykiem:
      - Nie trafił go pan, proszę spróbować jeszcze raz.

      ***
    • Gość: Onufry Re: Humor w Nauce i Sztuce IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.10.06, 23:23
      Sir Thomas Beecham (wielki dyrygent angielski) - 3 maksymy:

      ***

      Muzykolog to osoba ktora umie czytac muzyke, ale nie potrafi jej sluchac.

      ***

      Byc moze Anglicy nie lubia muzyki, ale napewno uwielbiaja halas jaki ona
      wywoluje.

      ***

      Sa 2 zlote reguly dla orkiestry: rozpoczac wspolnie i zakonczyc wspolnie.
      Publicznosci nie obchodzi co jest pomiedzy.
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka