Dodaj do ulubionych

FRENSZKOWKI Klemens

05.04.06, 21:43
FRENSZKOWKI Klemens

Urodził się 20 lipca 1899 roku w Tuławkach, w dawnych granicach dekanatu
wartemborskiego, w rodzinie Jakuba i Elżbiety. Folklorysta i działacz
warmiński. W 1920 roku w Reszlu ukończył gimnazjum i rozpoczął w Olsztynie
pracę jako urzędnik pocztowy. W tym samym roku za działalność patriotyczną w
okresie plebiscytu władze niemieckie zmusiły go do opuszczenia Warmii.
Zamieszkał i pracował w Grudziądzu. Następnie w Lidzbarku Welskim i Fordonie,
gdzie kontynuował działalność w Polskim Związku Zachodnim. W obawie przed
aresztowaniem we wrześniu 1939 r. przeniósł się do Skierniewic. Na początku
marca 1945 r. wrócił do Olsztyna. Brał udział przy organizowaniu Urzędu
Pocztowego, którego był naczelnikiem. Wspomagał organizowanie Urzędu
Pocztowego w Wartemborku. W latach 1947-1957 pracował jako urzędnik w
Olsztynie. Od 1947 r. współpracował z Pracownią Dialektologiczną PAN w
Warszawie. Spisywał słownictwo gwarowe, wierzenia i obyczaje z terenu dekanatu
wartemborskiego. Opracował (w rękopisie) słowniczek gwary warmińskiej. Jest
autorem zbioru opowiadań folklorystycznych Brunaczki stanowiący dokument
polskości kultury ludowej Warmiaków oraz powieści Janek osnutej na tle dziejów
rodziny warmińskiej. Zmarł 4 czerwca 1964 r. w Olsztynie.
Edytor zaawansowany
  • rita100 05.04.06, 21:50
    "Spisywał słownictwo gwarowe, wierzenia i obyczaje z terenu dekanatu
    wartemborskiego. Opracował (w rękopisie) słowniczek gwary warmińskiej. Jest
    autorem zbioru opowiadań folklorystycznych Brunaczki stanowiący dokument
    polskości kultury ludowej Warmiaków oraz powieści Janek osnutej na tle dziejów
    rodziny warmińskiej."

    I jak Tralala, nie znamy tego Klemensa chyba. Ciekawe gdzie sa jego dzieła ?
    To jest okres powojenny, był naczelnikiem Poczty tam gdzie mój ojciec pracował
    jako magazynier. Musiał go choć w przejściu widzieć w tych czasach.
  • tralala33 05.04.06, 22:00
    Znamy go tyci tyci - rok temu ukazał się jego 'Pamiętnik Warmiaka'. Wtedy w
    Gazecie Olsztyńskiej ukazała się taka rozmowa:
    www.wm.pl/index.php?ct=olsztyn&id=827511
  • rita100 05.04.06, 22:13
    Ten 'Pamiętnik Warmiaka' ma byc chyba dopiero wydany i czekamy na te własnie
    wieści. Teraz sobie kojarzę. Może Gajowy cos więcej bedzie wiedział w tej
    sprawie ? Kiedy ten pamietnik wyjdzie i jakie są splytki na ten temat wśród
    Warmniaków.
  • tralala33 13.04.06, 21:14
    Klemens Frenszkowski tuż po powrocie do Olsztyna, w kwietniu 1945 roku został
    pierwszym naczelnikiem urzedu pocztowego, dziś Poczta Główna przy ul.
    Pieniężnego. Obok budynku poczty zorganizował stołówkę, bo w Olsztynie bieda
    była wtedy okrutna.
    Wstąpił do Stronnictwa Ludowego i został wiceprezesem Zarządu na powiat
    olsztyński. Z tego powodu był inwigilowany przez Urząd bezpieczeństwa i
    ostatecznie aresztowany. W wieżieniu spędził pół roku. Nie wrócił już na
    pocztę - znalazł inną pracę, lecz nie dano mu spokoju. Wielokrotnie próbowano
    go wraz z rodziną eksmitować. zamierzano nawet wysiedlić rodzinę Frenszkowskich
    do Bisztynka.
    Klemens Frenszkowski nie doczekał się druku żadnej ze swoich książek. Jego
    pamiętnik został wydany dopiero w ubiegłym roku.
  • rita100 13.04.06, 22:06
    Smutny los go spotkał w Olsztynie, zresztą gdzie jak gdzie ale na Warnmii było
    bardzo cięzko przetrwać lata tuż po wojnie.
  • rita100 17.11.06, 21:36
    - Ale po ten pamiętnik i tak warto sięgnąć?
    - Warto, bo jest tu przedstawiony obraz Warmii z początku XX wieku. Pamiętnik
    napisany ciekawie i przedstawiający kilka ważnych wydarzeń. Autor dość wiernie
    ukazał sytuację polskich Warmiaków w okresie poprzedzającym plebiscyt w 1920
    roku i tak samo opisał trudy tworzenia Poczty Polskiej po 1945 roku.

    Tyle czasu mineło - ma ktos tą książkę ?
  • rita100 30.10.07, 22:20
    Mowam go tu - to łuż ni brok rychtować nowego kóntka. Tero i mowam jygo
    pamniantniki.
    --
    Brumejza chodziuła mi w zambach jek taka zoga a pufoła am jek ta lokomotywa
    »¸¸.•*¨`•»uf jek gorónco uf»¸¸.•*¨`•»"
  • rita100 31.10.07, 21:16
    Barzo psianknie pisze Frenszkowski w swoich pamnientnikach. Nawet trasiuła am na
    łopowieśc ło sławnej bitwie pod Sedanem. Gwołt ważnych ziadomości noma przekazuje.
    --
    Brumejza chodziuła mi w zambach jek taka zoga a pufoła am jek ta lokomotywa
    »¸¸.•*¨`•»uf jek gorónco uf»¸¸.•*¨`•»"
  • rita100 02.11.07, 19:45
    Dzisioj taki uryweczek ze wspomnień Frenszkowskiego, taki maluski za czam sia
    rozpisze na całego, bo tan Frenszkowski to popisoł tyle, a kożdy cytelek to jygo
    żucie.

    Kedy Frenszkowski pracował w 1919 roku w Urzędzie Pocztowo- Telekomunikacyjnym w
    Olsztinie, to pracowało z niam ziele kobziet, ale jena z nich mniała na nazwisko
    Polak. Do dzisioj Frenszkowski zastanawia się czy mając takie nazwisko kobieta
    ta znała język polski ?
    I mym sia tyż nie doziemy.
    --
    Brumejza chodziuła mi w zambach jek taka zoga a pufoła am jek ta lokomotywa
    »¸¸.•*¨`•»uf jek gorónco uf»¸¸.•*¨`•»"
  • rita100 04.11.07, 19:48
    1964- Zmarł w Olsztynie Klemens Frenszkowski, folklorysta warmiński, autor
    powieści „Janek” i tomu opowiadań mazurskich „Śmierć Brunaczki”.
    --
    Brumejza chodziuła mi w zambach jek taka zoga a pufoła am jek ta lokomotywa
    »¸¸.•*¨`•»uf jek gorónco uf»¸¸.•*¨`•»"
  • gajowy555 07.11.07, 13:55
    rita100 napisała:

    > 1964- Zmarł w Olsztynie Klemens Frenszkowski, folklorysta warmiński, autor
    powieści „Janek” i tomu opowiadań mazurskich „Śmierć Brunaczki”.

    schlesien.nwgw.de/foto/albums/userpics/normal_foto%20066.jpg
    --
    ..............
    Jo pon i ty pon, a kto bandzie świnie pas?
  • rita100 07.11.07, 22:00
    Jo eszcze tych dwóch ksiójżeczek am ni cytoła, ale "Pamnientnik Warnijaka" -
    rychtycznie warto buło. Fejn co Jan Chłosta wydobył jó z archiwów i do ludzi
    posłoł.
    Ale najbardziej się dziwie opisowi Warmii po wojnie i to nagłe jej zakończenie
    opisu, jakby urwany. Tajemnicza to postać, bo nie wiadomo czy nie chciał, czy
    się bał opisywać dalej ? Ale tym pewnie zajmą się historycy i literaci.
    --
    Brumejza chodziuła mi w zambach jek taka zoga a pufoła am jek ta lokomotywa
    »¸¸.•*¨`•»uf jek gorónco uf»¸¸.•*¨`•»"
  • rita100 14.11.07, 22:17
    Słynny "Pamiętnik Warmiaka" Klemensa Frenszkowskiego był przechowywany ponad
    czterdzieści lat z Zbiorach Specjalnych Ośrodka Badań Naukowych im. Wojciecha
    Kętrzyńskiego w Olsztynie. Dziś jest dostępny dla wszystkich dzięki Janie
    Chłoscie wydana i udostepniona w formie książki.

    Klemens Frenszkowski urodził się w Tułakach k/Barczewa 20 lipca 1899 roku.
    Uczęszczał do niemieckich szkół ludowych w Tuławkach i Barczewku, następnie do
    gimnazjum w Reszlu. Był świadkiem wielu wydarzeń.

    "Przed plebiscytem w 1920 roku, mieszkając w Olsztynie przy ul. Warszawskiej 2,
    wiele razy był gosciem w redakcji "Gazety Olsztyńskiej" i rozmawiał z samym
    Sewerynem Pienieżnym. Rozmawiał też z Janem Baczewskim pełniący wtedy obowiązki
    kierownika Komitetu Plebiscytowego. Obserwował prowokacyjne demonstracje Niemców
    i brał udział w pamiętnym koncercie Felksa Nowowiejskiego w sali
    "Schlossgarten", przy dzisiejszej ulicy Okopowej. Był świadkiem napadu bojówek
    niemieckich na Dom Polski, znajdujący się przy ul Partyzantów i uczestniczył w
    uroczytym spotkaniu z przybyłym do Olsztyna 30 maja 1920 roku Janem Kasprowiczem.
    W dniu głosowania , naczelnik poczty wyznaczył mu dyżur. Zdołał na krótko wyjśc
    z lokalu i zagłosować za Polską. Po plebiscycie otrzymał zwolnienie z pracy.
    W październiku 1920 roku wyjechał z Olsztyna. Pracował kolejno w urzędach
    pocztowych w Grudziądzu, Lidzbarku Welskim, Koscierzynie, Golubiu, Jabłonowie
    Pomorskim i Fordonie.
    W momencie wybuchu drugiej wojny światowej był kierownikiem urzędu pocztowego w
    Fordonie. Placówkę tą opuścił jako ostatni z urzędników kilka godzin przed
    wkroczeniem Niemców. Przeżył naloty niemieckich samolotów i śmierć kilkunastu
    mieszkańców Fordonu.
    Znalazł schronienie wraz z rodziną w Skierniewicach, gdzie jego szwagier
    prowadził zakład zegarmistrzowski. W tym czasie obsługiwał klientów , jak
    również pisał Polakom podania po niemiecku oraz listy do obozów koncentracyjnych."

    Tero ziyta jeke to só wspomnienie, wspomnienia z życia wziante, take wspomnienie
    chtóre nijedni majó w sobzie, tlo nie potrasili tak to łopisać jek Klemens
    Frenszkowski. Barzo ciykawie i nie je to komudne.
    --
    »¸¸Ty sobzie łusiójdź, psiwko abo limónode popsij i pomyśl.•*»
    »¸¸.•*¨`•»" Bandzie lepsi. No toć jenaczy być ni może »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 14.11.07, 22:28
    Jek łuż Tralala napisoła, po wojnie Klemens wrócił zara do Uolstina. Potam
    doznał wiele upokorzeń. Był dwa razy aresztowany, nigdy go nie zrehabilitowano,
    był zaaresztowany pod fikcyjnym pretekstem. Zwolniony z pracy, prawie wyrzucany
    z Uolsztyna - niestety nie wiemy dlaczego jak inni, nie opóścił w bólu tej ziemi
    , jak inni, ktorzy z łatwością wyjechali do Niemiec? Może, dlatego, że przezył
    wojnę, widział wiele, pomagał Polakom - miałby zyć w Niemczech ? Tak głośno
    sobie dywaguję. Ale rozumię jego wewnętrzyn ból. Za to należy się
    Frenszkowskiemu specjalny ukłon i podziw.
    Zmarł 2 czerwca 1964 roku w Olsztynie, w dzień imienin Erazma.
    --
    »¸¸Ty sobzie łusiójdź, psiwko abo limónode popsij i pomyśl.•*»
    »¸¸.•*¨`•»" Bandzie lepsi. No toć jenaczy być ni może »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 15.11.07, 21:12
    Słuchajta, mniano Frenszkowski buło barzo rzadko na Warniji. "Łojczulek mój
    godał co psiyrsze zapisy w aktach amtu brzmiało French abo tyż Frencz, tygo
    dokumnatnie nie pamnientom - goda Klemens. Potam nazwisko łostało zmnienione na
    wprzódy na Freczkowski, a potam mniemniecki amtung zmnienił na Frenschkowski, a
    łostatecznie łostało na Frenszkowskim. Jakem łoboczył metryke jeburstagu łojca i
    tam stało napsiane Fręczkowski tom chcioł zmnienić siuła lot przed wojną na
    Fręczkowskiego, ale bezskutecznie. Amtung sia nie zgodziuł."

    Tak zidzita, co noleź swoje korzenie na Warniji i Mazurach je barzo ciajżko, a
    to potamu co mniana ludziów prazie zawdy buły zmnieniane.
    --
    »¸¸Ty sobzie łusiójdź, psiwko abo limónode popsij i pomyśl.•*»
    »¸¸.•*¨`•»" Bandzie lepsi. No toć jenaczy być ni może »¸¸.•*¨`•»
  • gajowy555 16.11.07, 15:01
    No jó, tak eśta napsisali, co "Znalazł schronienie wraz z rodziną w
    Skierniewicach, gdzie jego szwagier prowadził zakład zegarmistrzowski. W tym
    czasie obsługiwał klientów , jak również pisał Polakom podania po niemiecku oraz
    listy do obozów koncentracyjnych."

    Tam am sobzie przybaczuł, co mowam famelyjo we Skierniewicach i łuż am wici
    rozpuściuł, coby tygo zygormnistrza, abo śladów po nim posznupali. Łobaczywa,
    czy najdó...
    --
    ..............
    Jo pon i ty pon, a kto bandzie świnie pas?
  • rita100 16.11.07, 20:57
    Joł, to je barzo ciykawy rozdział w żuciu Frenszkowskiego, bo tam łón pracował i
    do tygo warsztatu przychodzili Niemcy w czasie wojny i łopoziada niesamowite
    historie, wszystko co zidzioł w Skierniewicach. Ale poczkaj, łopoziesz to jek
    bandziem ło tam psisać. Dokumantna adresa dostoniesz. To je jekby ksiójżka no
    Skierniewic tyż.
    Przaydzie na to cizas, przydzie cias na........ smile
    --
    »¸¸Ty sobzie łusiójdź, psiwko abo limónode popsij i pomyśl.•*»
    »¸¸.•*¨`•»" Bandzie lepsi. No toć jenaczy być ni może »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 16.11.07, 21:49
    Frenszkowski łurodziuł sia w Tuławkach (Tollack). Pewno jesteście ciykawi łod
    czego je to mniano.
    W 1538 roku kanonik Achasy von Trenck kupał łod biskupa Jana Dantyszka za 400
    grzywien wieś Tuławki, a w testamencie zapsisoł tenże kanonik na łutrzymanie
    przytułku w Łolsztinie.
    Ale co barzo ciykawe to w Tuławkach dzie tero stoi kapelka (kapliczka), na
    skrzyżowaniu ulic dawni wznosiuł sia murowany kościół, na co wskazują stare
    fundamenty i zwony pozostałe po tym kościele. A jek głosi lygenda, kościół ten
    łostał spalony bez wojsko szwedzkie.
    A buło to tak:
    Szwedzi inc-pinc, nagle wlyźli do kościoła, a w kościele buło gwołt ziernych i
    krew sia polała, tak zielga co zrobziuło sia bagienko, dzisioj łuż zasypany i
    las na niam rośnie. Tlo pozostało eszcze głeboczkie wygłabzienie. Podług tyj
    lygandy łostały tamój zatopsione zwony tygo kościoła. Dwa z nich wykopano i do
    dzisioj ziszó na wieży kaplicy. Z jenygo w 1958 wypadło syrce, bo uchwyt buł tak
    stary co sia przetorł, a to łoznacza co barzo stary był tan zwon.
    --
    »¸¸Ty sobzie łusiójdź, psiwko abo limónode popsij i pomyśl.•*»
    »¸¸.•*¨`•»" Bandzie lepsi. No toć jenaczy być ni może »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 18.11.07, 10:56
    A dali Frenszkowski psisze tak:
    Ciajżkie cziasy buły, bo Polacy sia nimczyli. Po prowdzie doma godali po polsku,
    ale w amtungach i w mnieście po mnieniecku. Buli łuż tacy co cołkam sia
    zniemczyli i nowet nie chcieli się przyznawać do znajomości jajzyka polskiego.
    Ale na targach i jarmarkach to łuż buło jenaczej, tam potoczno rozmowa buło gromka.
    A tero napsisze woma cytat, psiankny cytot Frenszkowskiego do noju - to cytojta
    "Może to, co pisze o dialekcie warmińskim będzie dla przyszłych pokoleń już
    tylko jakąś pamiatką i dokumentem archiwalnym z przeszłych czasów, ponieważ z
    przywróceniem ludowi warmińskiemu przez wieki wydzieranej przynależności
    narodowej spowoduje równocześnie, że język tu używany ulegnie stopniowemu
    przystosowaniu do języka, ktorym posługuje się ludnośc polska w całym kraju, tym
    bardziej, ze młodzież w szkołach uczy sie jezyka polskiego już w poprawnym
    brzmieniu.
    Zaginą nie tylko naleciałości z jezyka niemieckiego, których jest zresztą nie
    tak wiele, ale zaginą również piękne slowa: 'bziałka', 'pacze', 'skorznie',
    'ględy', 'kokosz', 'pódziewa', 'poziem', 'robziwa', 'żegawka' i tak dalej."

    No i jek ? Zaginą ?
    Ni, Ponoczku Frenszkowski, łobacz jeno. Ni pomro te psiankne słózieczka, ale
    trzymajó noju kety praw autorskich, chtórych dzisioj w tej dziedzinie mowam zawarte.
    --
    »¸¸Ty sobzie łusiójdź, psiwko abo limónode popsij i pomyśl.•*»
    »¸¸.•*¨`•»" Bandzie lepsi. No toć jenaczy być ni może »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 19.11.07, 21:15
    "Gdy miałem około 10 lat, gospodarstwo nasz stało się przedmiotem ogólnego
    zainteresowania. Ojciec mój postanowił bowiem zaprowadzić wodociąg bez pompy, co
    wówczas było rzeczą niespotykaną we wsi. Wyjątek stanowią jedynie Kajny w
    pobliżu Bukwałdu w powiecie olsztyńskim, miejsce urodzenia znanych działaczy:
    Stanisława Żurawskiego i mego kuzyna Jana Moryca.
    Wymagało to oczywiście dużo pracy, zwłaszcza przy pogłębieniu stawu, kopaniu
    studni i głebokiego rowu, z czym jednak przy pomocy sąsiadów uporano się w
    krótkim czasie.
    Ważnym momentem było odkręcenie głównego kranu w studni i oczekiwanie na
    pierwszą wodę, ktora popłynąć miała z kranów, zainstalowanych w kuchni i w
    chlewach, co odbywało się z wielką pompą. Poschodziło się dużo sąsiadów i
    znajomych, by być światkiem tej uroczystej chwili.
    Sceptyków było nie mało, ale gdy popłynęła pierwsza czysta i srebrzysta woda,
    uwierzyli w to cudo ówczesnej techniki."
    --
    »¸¸Ty sobzie łusiójdź, psiwko abo limónode popsij i pomyśl.•*»
    »¸¸.•*¨`•»" Bandzie lepsi. No toć jenaczy być ni może »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 19.11.07, 21:16
    "Doniosły ten w dziejach gospodarstwa fakt postanowił ojciec uczcić małą
    uroczystością. Poleciałem kupić do oberży kilka halb sznapsów. Wieczorem gdy
    sobie już podochocono, niektórzy poszli po swe bziałki, kawalerowie zaś po
    dziewczyny - niektórzy po brutki (narzeczone) - i zaczęła sie zabawa, do której
    przygrywano na harmonii ręcznej i organkach. Najczęściej tańczono polkę z
    przytupaniem nogą, a poza tym walczyka, krakowiaka i nadreńczyka. Pomiedzy
    biesiadnikami znaleźli się i tacy, którzy urozmaicali wieczór grą na grzebieniu
    i listku."
    --
    »¸¸Ty sobzie łusiójdź, psiwko abo limónode popsij i pomyśl.•*»
    »¸¸.•*¨`•»" Bandzie lepsi. No toć jenaczy być ni może »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 20.11.07, 21:13
    "Pisząc o urządzeniach wodociągowych muszę wspomnieć o Stanisławie Żurawskim i
    moim kuzynie Janie Morycu.
    Oni za miłość do ojczyzny przepłacili życiem.
    Stanisław Żurawski przez długie lata był członkiem Zarządu Banku Ludowego w
    Olsztynie. Był radnym sejmiku powiatowego. Należał do Związku Polaków w Niemczech.
    On to z ojcem był projektantem urządzenia wodociągowego w Kajnach, budowa trwała
    10 lat i ukończono w 1900 roku.
    Stanisław Żurawski umarł w 1943 roku po bestialskim pobiciu przez dwóch
    hitlerowców. Miał liczną rodzinę. Jeden z jego synów Alfons studiował na
    uniwersytecie we Wrocławiu, studia musiał przerwać z powodu powołania go do
    Werhmachtu w 1939 roku. Musiał nałożyć mundur niemiecki pod którym biło polskie
    serce. Toteż, kiedy w roku 1940 otrzymał urlop i przyjechał do rodzinnej wsi
    Kajny, skontaktował się z jeńcami wojennymi i polskimi robotnikami, pracującymi
    na gospodarstwach rolnych u tak zwanych bauerów. Chodziuł do nich, rozmawiał z
    nimi i podtrzymywał na duchu. W niedzielę zebrali się w umówionym miejscu,
    miedzy innymi spotkali się też u Jana Moryca. Doszło do wiadomości władz
    hitlerowskich. Podobno zadenuncjował go miejscowy sołtys. Toteż został
    aresztowany i przebywał w więzieniu, w którym to miejscu został w Berlinie
    ścięty katowskim toporem.
    Jan Moryc z Kajn nie doczekał się końca wojny, gdyż zmarł podczas w wojny."

    (Bliższej informiacji ponoć nikt nie posiada, ani okoliczności śmierci, ani
    dokładnej daty śmierci).
    --
    »¸¸Ty sobzie łusiójdź, psiwko abo limónode popsij i pomyśl.•*»
    »¸¸.•*¨`•»" Bandzie lepsi. No toć jenaczy być ni może »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 21.11.07, 21:46
    "Wielką niespodziankę sprawił noma łojciec. Któregoś dnia po powrocie z Olsztyna
    zajechał wozem przed sam ganek. Przekazał nam wszystkie zakupy, ale zatrzymał
    dwa pudełka. Przyniósł je do mieszkania i powoli rozpakowywał. Z pierwszej wyjął
    ogromną tubę. W drugiej znajdowała sie jakaś tajemnicza skrzynia i pudełka z
    igłami oraz z czarnymi płytami. Powoli zamontował to urządzenie, nałożył płytę,
    pokręcił korbą i o dziwo z trąby rozchodziuła sia psiankna muzyka, potam śpsiew,
    a nawet godka. Jak urzeczeni wpatrywalismy sie w tubę, skónd wydobywaly się te
    cudowne nuty. Łojciec musioł noma długo tłumaczyć, skónd i gzie to kupsił i na
    czam ten mechanizm polegoł.
    Taki buł jeburstag gramofonu w zielgo tubo w noju domu. Buła to tyż ziylga
    nowość we wsi.
    Bawilim sia i słyszelim polki, krakowiaki, mazury, polonezy. Do dziś przetrwoł
    tlo walc."
    --
    »¸¸Ty sobzie łusiójdź, psiwko abo limónode popsij i pomyśl.•*»
    »¸¸.•*¨`•»" Bandzie lepsi. No toć jenaczy być ni może »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 21.11.07, 21:47
    to łojciec postanoził łoddać mnie do szkoły w Reszlu.
    Zdzizi może czytelnika, co łoznacza Reszel, bo różniste rzeczy ło niam psisano,
    a łón tan Reszel w przedwojennych czasach ważnó role łodgrywoł. Reszel to drugi
    wtam w moim żuciu."
    A zian wybzieramy sia psiechtó do Reszla
    Idąc z dworca Sątopach, na prawo dochodziło sie do miejsca, w którym drogi się
    rozwidlają, jena do Bisztynka, druga do Reszla. Po prawi stronie zidać zierze
    koscioła w Sątopach, a idąc dali po liwej zidać kontury wieży kościoła farnego w
    Reszlu.
    Mniej więcej w połowie drogi do Reszla napotkać można było przy samej szosie
    samotny grób z drewnianym krzyżem, otoczony wielkim płotem. Był to grób
    żołnierza niemieckiego, poległego tu podczas wojny w 1914 roku.
    Oznaczał on miejsce, do którego dotarły wojska rosyjskie w tamtej wojnie i
    stanowił jakby przypomnienie dla osób tam przechodzących:
    Przechodniu pamiętaj wojna to śmierć.
    --
    »¸¸Ty sobzie łusiójdź, psiwko abo limónode popsij i pomyśl.•*»
    »¸¸.•*¨`•»" Bandzie lepsi. No toć jenaczy być ni może »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 22.11.07, 00:01
    prusa.strefa.pl/forum/viewtopic.php?t=281
    Reszel na starich postkartach
    --
    »¸¸Ty sobzie łusiójdź, psiwko abo limónode popsij i pomyśl.•*»
    »¸¸.•*¨`•»" Bandzie lepsi. No toć jenaczy być ni może »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 22.11.07, 21:02
    "I oto Reszel, w którym każdy zakątek łączy się z moimi wspomnieniami. Mała to
    mieścina, ale głęboczko zakorzeniona w historii tej ziemi. Prawie nietknięta
    podczas ostatniej zawieruchy wojennej, nie licząc domków, które nie zniszczyła
    wojna, lecz czas.
    Wysoka wieża wyznaczała centralną budowlę Reszla - gotycki kościół farny, po
    spaleniu, odbudowany w początkach XIX wieku, obok niego zabytkowa plebania, a z
    drugiej strony klasztor.
    Tuż z boku, po prawej stronie kościoła schodziło się - piszę w czasie przeszłym,
    bo niestety obecnie już tak nie wygląda - schodkami do głębokiego wąwozu,
    porośnietego gesto drzewami, a niektóre z nich miały chyba już po kilkaset lat.
    Wąwóz ten poprzecinany był wieloma alejkami, które stanowiły jakby pietra, mając
    jakby parter pierwszą alejkę przy strumyku, która ciągnie się do zabytkowego
    mostu z obszernymi pomieszczeniami pod jezdnią, używanymi dawniej na cele
    więzienne.
    W drodze przy alejce napotykamy na olbrzymi głaz, ustawiony tam w 1913 roku,
    podobny do olbrzymiego kamienia w Bisztynku, z którym związana jest legenda
    dotycząca jego pochodzenia.
    (patrz, legenda o kamieniu w Bisztynku)
    Niedaleko fary znajduje się stosunkowo dobrze utrzymany zaułek, bedący obecnie
    pod opieką Stowarzyszenia "Pojezierze" (teraz już nie). Jedno skrzydło zamku
    Niemcy przerobili na kosciół ewangelicki.
    (patrz zamek w Reszlu)
    --
    »¸.•*»www.www.kolobrzeg-apartamenty.pl/
    »¸¸.•*»To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 22.11.07, 21:03
    "Gimnazjum reszelskie było jedną z najstarszych uczelni na Warmii. Wywodziło się
    z kolegium jezuiskiego w 1632 roku, później przekształciło się w gimnazjium.
    Początkowo uczelnia mieściła się w budynku klasztornym, a w 1707 wybudowana
    została nowa szkoła, który strawił wielki pożar w 1806 roku. Spłonęło wtenczas
    prawie całe miasto. (....)
    A więc w 12 roku życia zostałem przyjęty do dziewięcioklasowego gimnazjum
    humanistyczne w Reszlu.
    Dziwne może się wydawać, dlaczego ojciec 'oddał mnie do Reszla', a nie do
    gimnazjum w Olsztynie.
    Otóż w naszym pojęciu, jedynie wyższa od szkoły powszechnej uczelnia, która się
    dla nas nadawała, to tylko gimnazjum w Reszlu, gdzie my Polacy na Warmii, jak
    zresztą i Niemcy ze sfer mniej zamożnych, mogliśmy liczyć na jako takie
    sprawiedliwe potraktowanie.
    W gimnazjum olsztyńskim przeważała młodzież ze sfer urzędniczych i oficerskich,
    dlatego też uważaliśmy, ze nie jest to odpowiednie dla nas miejsce.
    A więc jestem w Reszlu. Gimnazjum to było tylko męskie, bo wiadomo, ze wówczas
    dziewczęta do tego rodzaju uczelni nie miały dostępu. Istniały dla nich innego
    typu szkoły.
    Ulokowałem się na stancji. Opłata szkolna wynosiła 130 marek rocznie, płatna w
    ratach. Zapisu uczniów dokonywał sam dyrektor. Każdy z kandydatów musiał
    odpowiedzieć na pytanie:
    "Wie ist deine Muttersprache ?"
    Jaki jest twój jezyk ?
    Rózne były odpowiedzi, niektórzy mówili prawdę 'polski', inni znów uważali , ze
    będzie lepiej jak powiedzą 'niemiecki'.
    Kiedy przyszła na mnie kolej na odpowiedź na to pytanie - odrzekłem 'polski',
    dyrektor uśmiechnął się i odpowiedział słabą polszczyzną - "Jak ci sie powodzi?"
    Następny kandydat był z powiatu olsztyńskiego, miał pochodzenie polskie. Nie
    przyznał się jednak do tego, podając język niemiecki jako ojczysty. Wówczas
    dyrektor wskazał na wiszący na ścianie portret z Fryderykiem II Wielkim z
    przypiętą do niego cyfrą oznaczającą jakąś jego rocznicę, zrobioną z lisci
    dębowych i zapytał : kto to jest i co ta cyfra oznacza?. A ten wpatrując sie w
    portret nie poznał tego, który wraz z carycą rozgrabił Polskę i nam zrabował
    Warmię. Wskazał wtedy na mnie, a na moją prawidłową odpowiedż nic już nie mówił.
    Po zdaniu egzaminów przyjęty zostałem do grona uczniów i stałem się studentem,
    bo tak na Warmii nas nazywano."
    --
    »¸.•*»www.www.kolobrzeg-apartamenty.pl/
    »¸¸.•*»To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 23.11.07, 19:58
    Psiankne mniasto, psiankne, ale tyż jek ziymy to Reszel bez wojne tak nie
    łucierpsiało jek jinne mniasta i cołe szczajście. Budynki sia łostały i tan
    śliczny zamek.
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 25.11.07, 11:22
    "Ważnym aktem przed rozpoczęciem nauki w szkole było przydzielenie uczniom
    miejsc w kosciele gimnazjalnym. Dokonywał tego prefekt i równocześnie proboszcz
    koscioła. Każdy z uczniów miał wyznaczone miejsce w ławce. Wszyscy nauczyciele z
    wyjątkiem jednego, byli wyznania katolickiego.
    Każdy uczeń otrzymywał śpiewnik. Przy kościele gimnazjalnym nie było ani
    koscielnego, ani organisty. Funkcje te pełnili ministranci bądź nauczyciele śpiewu."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 26.11.07, 20:40
    "Gimnazjum w Reszlu miało dziewięć klas nazwanych z jezyka łacińskiego:
    sexą, quartą, nizszą tercją, wyższą tercją, niższą secundą, wyższą secundą,
    niższą primą i wyższą primą.
    Kończyło się szkołę w wieku 20 i wiecej lat. Głównym przedmiotem była łacina,
    uczono jezyka francuskiego, a potem jeszcze greckiego. Od klasy siódmej
    dodatkowo jezyk angielski lub hebrajski.
    Świadectwo szkolne wydawano cztery razy w roku.
    Wymagania były wówczas stosunkowo duże. Pamiętam, ze w jednym roku w czwartej
    klasie 14 uczniów na czterdziestu nie otrzymało promocji. Dyrektor wyrażał
    wtenczas pogląd, ze takie niepowodzenia na polu naukowym, to większa klęska niż
    przegrana bitwa podczas wojny."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 27.11.07, 22:25
    "Najciekawszą postacią wśród pedagogów był prof. dr Antoni Kruszewski, zastępca
    dyrektora. Pochodziuł z Barczewa i tam miał swój domek. Zmarł jak głosi napis
    umieszczony na nagrobku na cmentarzu w Barczewie, w 1925 roku w wieku około 70
    lat. Uchodził jednak za wielkiego dziwaka. Był kawalerem i do końca życia żył w
    samotności. Przypuszczam, że znał jezyk polski, bo pochodziuł z polskich stron,
    nigdy tego jednak nie ujawił. Nie entuzjazmował się zwycięstwami Niemców podczas
    pierwszej wojny światowej, siedział zawsze cicho. Zaniedbywał się w ubiorze. Raz
    spacerując po dziedzińcu zauważyliśmy, ze ma podarte spodnie, na co zwrócił mu
    uwagę jeden z kolegów szkolnych. Nie przejął się tym specjalnie, tylko, że
    później juz na dziedziniec nie wychodziuł. W stosunku do jego osoby robiliśmy
    różne wybryki. Na przykład przed jego wejściem do klasy jeden z uczniów nasypał
    na klamkę u drzwi proszek wywołujacy swędzenie. Cechowało go chorobliwe skąpstwo
    i mania gromadzenia pieniędzy, które pozyczał na oprocentowanie. I tak bedąc
    zamożnym człowiekiem umarł w samotności jak ostatni nędzarz. Był to w każdym
    razie człowiek wielkiej wiedzy, a to jego skąpstwo , to moim zdaniem, choroba
    jak wiele innych."
    Ale najważniejszymi wydarzeniami w szkole były komersy smile hehe, do tego
    rozdziału szczególnie zapraszam - oj, bedzie sie działo....
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 29.11.07, 21:02
    "Ale najważniejsze w życiu szkoły były 'komersy', czyli towarzyskie spotkania
    urządzane przez maturzystów. Egzaminy pisemne odbywały się wcześniej i te
    decydowały o dopuszczeniu do egzaminów ustnych. Takie egzaminy ustne przeciągały
    się do godzin popołudniowych, przy czym maturzysta bezpośrednio po zdaniu
    egzaminu wychodziuł, nakładając specjalną czapkę z twardym dnem i wyszytymi na
    nim inicjałami - pierwsza litera imienia i nazwiska. Na dziedzińcu szkolnym
    czekała go już gromada kolegów ze szpilkami przedstawiającymi Adalberta. Szpilki
    były rózne, mniejsze i większe, w kolorze srebnym i złotym.
    Im większą popularnością cieszył się nowo kreowany maturzysta, tym większą ilość
    posiadał tych szpilek, przypinanych do marynarki.
    Następnie odprowadzano go lub zaniesiono na ramionach do jego mieszkania. Były
    nawet przypadki, ze maturzystę sadzano na krześle, umieszczonym na platformie,
    ktorą następnie zaciągnięto pod jego dom. Tam odbywał się tak zwany komers, na
    którym wypito beczki piwa."

    Poniżej podam tak obrazek z komersu, niesłychanie ile ci studenci mogli
    wypić....... ale taka to była tradycja pruska smile
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 01.12.07, 20:45
    "Poniżej podam tak obrazek z komersu, który odbył się na naszej stancji.
    Mieszkało nas tam 10. Wszyscy byliśmy uczniami gimnazjium reszelskiego. W
    kwietniu 1914 roku aż trzech zdawało maturę, przy czym jeden był popularnym
    sportowcem. Toteż na komers zjawiło się dużo młodzieży gimnazjalnej. Kobiety nie
    miały wstępu. Uczta trwała z przerwami przez całe trzy dni. Wypito na niej mniej
    więcej 13 achtelków jasnego piwa.
    Najpierw odbył się wybór przewodniczącego, który kierował całą imprezą i
    wybierał spośród młodszych tak zwanych fuchsów (lisków, kotów), których
    obowiązkiem było podawanie piwa do stołu. Wówczas przystępowali oni natychmiast
    do napełniania pustych kufli i szklanek. Od czasu do czasu zawołał znów, że piją
    tylko lisy. Ja, będąc wtedy jednym z młodszych obdarzony zostałem również tą
    funkcją, co później odchorowałem ciężkim bólem głowy, bo nie byłem
    przyzwyczajony do wypicia takiej ilości piwa. Ani nauczyciele, ani też rodzice
    nie brali w tym udział. Do rodziców należało tylko pokrycie kosztów z tym
    związanych. Nadmieniam też, ze podczas gdy obecnie zdaje się maturę przeciętnie
    w wieku 17-19 lat, to wówczas maturzyści po ukończeniu szkoły mieli 20 i więcej.
    Wszystkim kierował więc przewodniczący, któremu nadano specjalny tytuł. On
    intonował piosenki, wyznaczał solistów i żartownisiów, którzy opowiadali różne
    anegdotki i wice. Niektóre dotyczyły kolegów i nauczycieli. Śpiewy rozpoczynały
    się pieśnią Gaudeamus igitur, przeważnie przy akompaniamencie gitary. Na
    wszystkie wybryki w tych dniach, tak nauczyciele, jak i obywatele miasteczka
    patrzyli przez palce. W ten sposób kończyło się naukę w gimnazjum reszelskim."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 03.12.07, 21:57
    "Tak upływały lata - spokojnie i bez jakichkolwiek poważniejszych wydarzeń.
    Dopiero w czerwcu 1914 roku przed wakacjami, jak zwykle zebraliśmy się w auli, a
    dyrektor nasz przy końcu już ze smutną miną powiedział:
    "Nie wiadomo, czy się po wakacjach w takich samych znów warunkach tu spotkamy".
    Jak się okazało, miał rację.
    Pod koniec lipca nadchodziły już pierwsze wezwania do służby wojskowej, w
    niedzielę 1 sierpnia 1914 roku dzwony, bijące bez przerwy przez kilka godzin w
    Tuławkach, Gadach i Barczewku, oznajmiły, ze zarządzona została ogólna
    mobilizacja, co podane było do wiadomości przez plakaty. Wsłuchiwałem się w te
    dzwony, które oznajmiały ludzkości, że nadchodzą dni płaczu, cierpień i trwogi o
    życie najbliższych."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 03.12.07, 21:58
    "Pojechaliśmy potem do Barczewka. Tam zjechała się część tych zmobilizowanych.
    Żegnano się i dodawano sobie wzajemnie otuchy. O wojnie krążyły najróżniejsze
    wieści. Proboszcz parafiI ks. Klaperski, przed rozpoczęciem nabożeństwa wszedł
    na ambone, by jak zwykle wygłosić kazanie, zdążył jednak wypowiedzieć po polsku
    zaledwie kilka słów o nadchodzącym nieszcześciu, bo w całym kościele rozległ się
    głośny płacz. Rozpłakał się także, i nie odczytując nawet Ewangelii, zszedł z
    ambony, a lud zgromadzony w kosciele zaintonował pieśń koscielną: "Od powietrza,
    głodu, ognia i wojny zachowaj nas Panie." Powietrze oznacza tu cholerę, bo
    istniało mniemanie, że cholera przychodzi z powietrza.
    Zaznaczyć tu muszę, ze mobilizacja, zarządzona przed pierwszą wojną światową
    wywarła o wiele groźniejsze wrażenie niż ta przed drugą, pomimo, że skutki
    drugiej wojny były tragiczniejsze."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 04.12.07, 21:23
    "Dla mnie osobiście był problem, bo kończyły się wakacje, jechoć czy nie jechoć
    do Reszla. Ciajżko buło dojechać, bo kursowały tylo cugi z transportem
    wojskowym. Potem wróciłem do domu , bo zbyt mało nas się znalazło w szkole.
    Pierwszy tydzień upłynął w spokoju. Jeden z mieszkańców wsi puścił po pijanemu
    pogłoskę, ze Rosjanie nadchodzą, czym wywołał panikę i ludzie szybko
    przygotowywali się do ucieczki. Ludzie wtedy żyli w takim napięciu. Nikomu nawet
    nie przyszło do głowy by pogłoskę tą sprawdzić. Później się wyjaśniło i uspokoiło."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 04.12.07, 21:23
    "Około 12 sierpnia ponownie udałem się do Reszla. Zebrała się już spora grupka
    uczniów i mogliśmy zacząć lekcje. Nie trwało to jednak długo, bo już 20 sierpnia
    słyszeliśmy dudnienie podobne do grzmotów. Były to pierwsze oznaki, że wojska
    rosyjskie się zbliżają.
    Kilka dni później pojawiły się pierwsze wozy z uciekinierami nadjeżdzające od
    Swiętej Lipki znad granicy rosyjskiej. Coraz ciaśniej robiło się na ulicy, bo z
    dnia na dzień wzrastała liczba uchodźców. Dzień i noc przesuwały się przed nami
    wozy (drabiniaste), a na nich ludzie gnani strachem, jadąc w nieznane. Obok wozu
    czy też za nimi szły czasami wygłodniałe i ryczące krowy. Smutny to był widok."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 04.12.07, 21:25
    "Huk armat coraz wyraźniej było słychać. Niektórzy z nas z Reszla wyjeźdzali do
    swych domów. Na wspólnej naradzie z kolegami pochodzącymi z okolic Olsztyna, a
    było nas jedenastu postanowiliśmy wyruszyć do Olsztyna celem zbadania sytuacji.
    Kilka kilometrów za Tęgutami, gdzie droga prowadzi przez las, uciekinierzy
    urządzili sobie na dużej łące miejsce postoju. I tu przedstawił mi się osobliwy
    obraz. Na zatłoczonej wozami szosie, jak i na łące powstał ni stąd ni zowąd
    straszny popłoch. Przestraszeni nie wiadomo czym ludzie zaczęli uciekać,
    wskakiwali na wozy, poganiając konie, by jak najprędzej wydostać się z
    kłębowiska. W krzyku, jaki przy tym powstał można było usłyszeć: "Ludzie uzijata
    sia, Ruski só w Tęgutach".
    Wówczas domyśliłem się, ze to prawdopodobnie nasza grupa uczniów gimnazjum
    reszelskiego stała się powodem tego popłochu. Wzięto nas pewnie w tych mało tu
    znanych czapkach gimnazjalnych za Rosjan i rozgłoszono dalej. Starałem się ich
    uspokoić, tłumacząc im, że stamtąd przychodzę i ze wojska rosyjskie są jeszcze
    daleko."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 05.12.07, 21:11
    "W Olsztynie siedzibą dowództwa wojsk rosyjskich, które tu przebywały kilka dni,
    był nieistniejący już największy hotel w Olsztynie - "Deutsches Haus" - w
    miejscu zamienionym później na skwerek obok kina "Odrodzenie" (w ostatniej fazie
    II wojny światowej został zburzony).
    Po zajęciu miasta wzięto spośród obywateli zakładników, zajmujących tu poważne
    stanowiska, którzy odpowiadali głową za wykonanie nałożonych na miasto
    obowiązków, to jest dostarczenie określonej ilości żywności. Największe
    trudności stanowiło upieczenie w tak krótkim czasie dużej ilości chleba. Do
    pomocy została zmobilizowana część ludności. Płaskorzeźby na wykuszu nowego
    ratusza przedstawiały właśnie wysiłki mieszkańców Olsztyna, by w wyznaczonym
    czasie dostarczyć zażądaną ilość chleba i w ten sposób uratować zakładników.
    Rzeźby te przedstawiały kolejno od lewej strony: spotkanie przedstawicieli
    miasta z dowództwem wojsk rosyjskich, scenę pieczenia chleba, przenoszenie chleba.

    Na samym początku po przyjeciu w 1945 roku przez władze polskie ratusza,
    niektórym postaciom poodbijano głowy, nie wiedząc co przedstawiają."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 05.12.07, 21:12
    Mieszkańcy Olsztyna dostarczyli:
    25100 kg chleba,
    4110 kg kaszy i ryżu,
    3110 kg soli,
    3675 kg cukru,
    435 kg grochu
    110 kg herbaty

    Sceny wypieku chleba zostały uwiecznione ma płaskorzeźbach, które zdobiły wykusz
    olsztyńskiego ratusza. Władze PRL w latach 80. usunęły tą pamiątkę.

    sad((((((((((
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 06.12.07, 21:00
    "Na cmentarzu wojskowym w lesie naprzeciwko byłego szpitala kolejowego zaraz na
    pierwszym planie przy wejsciu do lasu jest kilka grobów żołnierzy niemieckich,
    którzy wówczas tu polegli. Między innymi kapitan, ktory jak napis na krzyżu
    głosi, poległ w Olsztynie 28 sierpnia 1914 roku.
    Cmentarz ten to niepisana historia wojen. Poczynając od 28 sierpnia 1914 roku
    mamy napisy z datami z całej pierwszej wojny światowej, niejednokrotnie z
    podaniem miejscowosci, gdzie dany żołnierz poległ lub został ranny i zmarł w
    szpitalu olsztyńskim. Po pierwszej wojnie światowej następuje przerwa. Dopiero
    od 1928 roku napotykamy na pierwsze nazwiska żołnierzy niemieckich. Większa
    część mogił pochodzi juz z drugiej wojny światowej. I tam przy niektórych
    mogiłach na krzyżach lub tabliczkach podane zostały daty i miejsca śmierci.
    Niektóre z nich prawie zupełnie zarosły. Jest jeszcze kilka już całkowicie
    zarosnietych grobów masowych niewiadomego pochodzenia. Groby z pierwszej wojny
    światowej znajdują się również na cmentarzu ewangelickim przy al. Wojska Polskiego."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 07.12.07, 21:05
    "Powoli wracało wszystko do normalnego życia. Minął huk armat. Front ustalił się
    wówczas nad jeziorami mazurskimi, dopóki Niemcy po zwycięskiej ofensywie nie
    posunęli się w głąb centralnej Polski i Litwy.
    Większe zwycięstwa Niemców uczczone zostały zwolnieniem nas z ostatnich lekcji.
    Im większe zwycięstwo tym więcej wolnych godzin. Telegramy z komunikatami
    wojennymi wywieszano na tablicy przy wejściu do urzędu powiatowego.
    Szczególnie uroczyście obchodzono zdobycie Warszawy. Z tej okazji zostaliśmy
    zwolnieni z lekcji na cały dzień, a około 10,00 odbył się pochód ulicami
    miasteczka, poprowadzony przez szkolną orkiestrę
    ( flety i bębny). Brali w nim udział tylko uczniowie gimnazjum.
    Wspominając o fletach i bębnach, nadmienię ,że przy szkole mieliśmy dobrze
    zorganizowaną orkiestrę z wszystkimi prawie instrumentami (orkiestra
    symfoniczna), a składała się wyłącznie z uczniów gimnazjalnych z dyrygentem na
    czele."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 10.12.07, 22:21
    Zajęcia sportowe
    "Powracając do zajęć w gimnazjum, może to zaciekawi młodsze pokolenie. U nas
    istniał gimnazjalny klub sportowy z następującymi sekcjami: piłka nożna,
    pływacka, lekkoatletyczna, gimnastyczna i szermierka. Nie uprawiano wówczas
    siatkówki ani koszykówki i piłki recznej.
    Dużą wagę przykładano do umiejetności pływania. W Reszlu istniała zamknięta
    pływalnia, ogrodzona wysokim płotem z desek. Wyznaczone były godziny, oddzielne
    dla dziewcząt, kobiet, mężczyzn i dla nas. Toteż wśród uczniów gimnazjum rzadko
    się zdarzało, by ktoś po opuszczeniu szkoły nie umiał pływać."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 10.12.07, 22:22
    "Tak samo było z łyżwiarstwem. Zimową porą, urządzane były lodowiska, na których
    ten sport uprawili nie tylko młodzi, lecz i starsi. Na lodzie odbywały się
    spotkania młodych par, a i starsze małżeństwa tam przychodziły. Urządzało się
    specjalne festyny na lodzie z bufetem, lampionami i iluminacjami.

    Tak upływały lata wojenne spędzone przeze mnie w Reszlu. Tymczasem zaciągano
    coraz to nowe roczniki do służby wojskowej, między innymi moich dwóch starszych
    braci."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 11.12.07, 20:39
    "W naszej szkole w wyższych klasach też z roku na rok ubywało uczniów na skutek
    połowywania ich do wojska. Powiększały się szeregi tych, którzy swoje młode
    życie zakończyli na polu walki, opłakiwani przez swych najbliższych. W kościele
    pojezuickim przy szkolnym dziedzińcu - po lewej stronie bocznego wejścia,
    pojawiła się tablica z nazwiskami około trzydziestu nazwisk kolegów szkolnych.
    Jesienią 1945 roku, kiedy po raz pierwszy po wojnie byłem, tablica ta jeszcze
    wisiała."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 11.12.07, 20:40
    "Powoli stygły zapały Niemców upajających się zwycięstwami, zwłaszcza po
    przystąpieniu Ameryki do wojny. Żywności było coraz mniej. Wydzielana była tylko
    na podstawie kart żywnościowych.
    W mieście nie wolno było na wolnym rynku sprzedawać produktów rolnych. Handel
    'na lewo' kwitł więc w całej pełni, bo pomimo kontroli przemycano żywność do miasta.
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 11.12.07, 20:42
    Szczególną gorliwością przy kontroli koszyków, przewożonych lub przenoszonych do
    Olsztyna, odznaczał się pewien żandarm z nadłyńskiego grodu.
    Wczesnym rankiem wychodził w naszym kierunku, docierając nieraz do Stolp
    (Stupy), by tam przechwycić na gorącym uczynku gosposie wiejskie i skonfiskować
    towar. Niezależnie od tego groziła kara. Na ten temat to hoho jak krążyły
    opowiadania np:
    Chcąc zemścić się na żandarmie za ostatnio skonfiskowane towary, pewna kobieta
    ze wsi wpadła na oryginalny pomysł. Na dno koszyka nakładła krowiego nawozu i
    przykryła go sieczką. Toteż żandarm spojrzawszy groźną miną na gosposię zapytał się:
    - Co tam masz ?
    Gosposia odpowiedziała zgodnie z prawdą:
    - Gówno !
    Można sobie wyobrazić, jakie wrażenie wywarło to słowo na urzędnika Jego
    Cesarskiej Mośći Wilhelma II. Toteż z tym większą gorliwością wziął się do
    przeszukiwania koszyka, aż wsadził rękę do sieczki i natrafił coś miękkiego.
    Myślał, że to masło i rękę wyciągnął, przy czym ku swojemu przerażeniu ,
    obwochując ją dokładnie stwierdził, że strasznie cuchnie.
    Kobieta serdecznie się uśmiała, ze udało jej się w ten sposób zadrwić z
    żandarma, który wpadł w ogromną złość, ale nie mógł jej ukarać, bo po pierwsze -
    powiedziała prawdę co jest w koszyku, a po drugie - nie było przepisów, które
    zabraniały by przewożenia takich rzeczy."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • gajowy555 12.12.07, 12:37
    rita100 napisała:

    > Szczególną gorliwością przy kontroli koszyków, przewożonych lub przenoszonych
    do Olsztyna, odznaczał się pewien żandarm z nadłyńskiego grodu. Wczesnym
    rankiem wychodził w naszym kierunku, docierając nieraz do Stolp(Stupy), by tam
    przechwycić na gorącym uczynku gosposie wiejskie i skonfiskować towar.

    Jo myślam, co tu sia rozchodzi o mniejscowość Słupy, chtóra leży kele Łolstyna
    (bandzie ze trzi kilometry łod granicy mniasta). Tamój łaża na plaże na jyzioram
    Wadóng (Wadąg) i stamtónd moj sójsiad jojka łod gospodyń przywozi. Tak zidzita,
    co handel daly ksitnie, tlo żandarm za rogatkó nie stoji smile))

    --
    ..............
    Jo pon i ty pon, a kto bandzie świnie pas?
  • rita100 12.12.07, 21:00
    O jenu, ale możeta tam na cześc tyj wartkiej gosposi łustanowić śwanto i każdego
    roku ustawić żandarma i dalyj robzić fiku miku w koszyku wink) Uż nawet ziym chto
    może być na tan czias żandarmam wink
    Ni pokaża paluszkiem, ale to może być Gajowy ! wink))
    To łopoziedz to zdarzenie w Słupach.

    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 12.12.07, 21:02
    Wojska zwycięsko się wycofały
    "Pomimo tego, tak jak to zresztą było podczas drugiej wojny światowej, wydawali
    komunikaty, w których ukrywali faktyczne położenie. Nawet w wypadku, gdy
    zmuszeni byli do cofnięcia się pisali:
    "Unsere Truppen haben sich siegreich zuruck gezogen", czyli nasze wojska
    zwycięsko się wycofały."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 12.12.07, 21:03
    "Dimanche la guerre finit"
    Opowiedział nam raz jeden z żołnierzy w czasie swego urlopu w sali
    restauracyjnej gdzie było duże grono nauczycieli i uczniów z wyższych klas - że
    nic nam nie opowiedział. A było to tak, wszyscy siedzieli, pili piwo w dużych
    kuflach i zapytali się młodego oficera jak tam na wojnie ? Ale zamiast mówić nam
    o czynach bohaterskich żołnierza niemieckiego, cichym głosem mówił o cieżkim
    życiu w rowach strzeleckich.
    Otóż pewnego dnia wyszedł sobie z rowu strzeleckiego, położonego niedaleko od
    nich, żołnierz francuski i wymachując ręką głośno zawołał:
    "Dimanche la guerre finit"
    (w niedzielę skończyła się wojna)
    Nikt z żołnierzy niemieckich nie strzelił do niego, także spokojnie wrócił do
    swego rowu. Na tym skończył swoje opowiadanie. Na sali zapanowała cisza, a
    niektórzy z wrażenia wypili jednym haustem całe piwo z kufla.
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 12.12.07, 21:04
    Idę na wiojnę moi mnili
    "Jesienią 1918 roku uznany zostałem za zdolnego do służby i w październiku
    otrzymałem wezwanie stawienia się w Kętrzynie (Rastenburgu). Przyszło mi się
    więc pożegnać z Reszlem. Żegnano mnie bardzo życzliwie i w domu i w szkole.
    Tak skończył się mój piękny rozdział w życiu, to jest mój pobyt w Reszlu.
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    To je nolepsze, choć roz a dobrze »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 13.12.07, 20:14
    "Przyszły tero ciajżke ciasy dla mnie. W domu był mój brat na urlopie i
    opowiadał co się wówczas działo na froncie zachodnim , nazywając to piekłem.
    Podczas gdy Niemcom już brakowało amunicji, wojska alianckie strzelały z
    wszelkiego rodzaju broni dzień i noc, zasypując tak rowy strzeleckie i schrony,
    a w nich niejednokrotnie żywych żołnierzy. Dlatego też w ostatnim okresie wojny
    było tyle wypadków dezercji.
    I w takiej sytuacji musiałem iść na wojnę."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 13.12.07, 20:17
    "Tydzień przed moim odjazdem do wojska zmarła mi siostra, nieuleczalnie chora.
    Udałem się do Kętrzyna (Rastenburg), gdzie mnie razem z jednym z kolegów
    gimnazjum reszelskiego przydzielono do pułku strzelców (Jagerregiment) w
    Gołdapi. Po rozlokowaniu się tam w koszarach umundurowano nas. Na moim lewym
    ramieniu kurtki były ślady krwi. I zaczęło się twarde życie żołnierza w koszarach."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 13.12.07, 21:34
    "Wstrząsające wrażenie wywarło na mnie pewne zdarzenie. Otóż pomiędzy nami
    młodymi, był pewien starszy Polak, który dawniej przyjeżdzał do Prus Wschodnich
    na roboty sezonowe (wykopki ziemniaków) i później tu pozostał jako robotnik
    rolny. Zaciągnięto go do służby wojskowej dopiero przy samym końcu, kiedy to już
    brali, co się tylko dało. Był to człowiek niedołężny i niezbyt dobrze władajacy
    jezykiem niemieckim. Z tego powodu narażony był na różne szykany jednego z
    podoficerów, który gonił go po placu ćwiczeń. Po jednym z takich ćwiczeń
    zachorował na zapalenie płuc i następnego dnia zmarł.
    I o ironio, urządzono mu żołnierski pogrzeb i wystrzelono salwę honorową nad
    jego grobem."

    "W ogóle dało się zauważyć zmęczenie wojną i zwątpienie w zwycięstwo Niemiec.
    Tak zbliżały się nowe pamiętne dni, które w historii ludów nie zdarzają się
    często i stanowią w ich życiu zawsze wydarzenie o wielkim historycznym
    znaczeniu, to jest dni rewolucji.
    U nas zaczęło się to tak:"
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 13.12.07, 21:35
    "W sobotę, nie pamiętam już dokładnie daty, chyba 8-9 listopada, zaprowadzono
    nas na dziedziniec gdzie miała być próba przysięgi.
    Ustawiono nas w koło i obecny oficer wyciągnął szablę i przywołał do siebie
    trzech żołnierzy wyznania katolickiego i trzech ewangelickiego. Tam trzech
    katolików ujęło szablę z jednej strony, a trzech ewangelików z drugiej. Nasz
    feldfebel sztabowy (sierżant) odczytał rotę przysięgi i nas pouczał.
    Całej tej scenie przyglądał się przez okno żołnierz kampanii rekonwalenscentów.
    Nie wytrzymał. Zakłócił próbę ceremonii donośnym głosem:
    "Ihr braucht dem Wilhelm nich meher zu schworen, den er hat schon den Zilinder
    gekriegt."
    (Nie potrzebujecie już Wilhelmowi składać przysięgi, bo dostał dymisję).
    Wywołało to konsternację i kazali nam się rozejść.
    Tak więc tylko jeden dzień uchronił mnie przed złożeniem niemieckiej przysięgi."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 14.12.07, 20:37
    Tego dnia wszystko wszystko szło normalnie, ale wieczorem dochodziły nas słuchy
    o zbuntowaniu się wojsk w Wystruci (Insterburg). Następnego dnia, w niedzielę,
    zaprowadzili katolików do koscioła, a ewangelicy pozostali w koszarach, gdyż ta
    niedziela przypadała katolikom. Ksiądz z ambony coś tam mówił o czarnych
    chmurach wiszących nad Rzeszą Niemiecką i wróciliśmy do koszar.
    W południe się zaczęło, kiedy to staliśmy do napełnienia swoich menażek podeszło
    do nas kilku żołnierzy z nożami w reku, i mówiąc coś o rewolucji po kolei
    obcinali 'kokardy' (okrągłe blaszki przyszyte do czapek, z których górna
    przedstawiała barwy Rzeszy Niemieckiej - czarno-biało-czerwone, a dolna pruskie
    - czarno-białe).

    Przechodząc przez dziedziniec, widziałem jak żołnierz doskakuje do oficera i
    zrywa mu naramienniki. Z okien wyrzucono portrety Wilhelma II wraz z ramkami i
    szkłem.
    Słychać było muzykę i śpiew, tańczono jakby było wielkie święto. Bramy koszarowe
    zostały otwarte. Kto chciał wchodził i wychodził. Prysł jak bańka mydlana mit o
    bohaterstwie żołnierza i o przywiązaniu do korony niemieckiej. Zapanowała
    natomiast wielka radość z faktu, ze skończyła się wojna i skończył się
    militaryzm niemiecki. Dzień, który powinien stać się dniem smutku z powodu
    klęski stał się dniem radosci. Zabawa w koszarach trwała do późnej nocy.
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 15.12.07, 20:30
    Wyszliśmy do miasta. Tam również zbierały się na rynku grupki ludzi. Początkowo
    były małe, później coraz większe aż przerodziło się to w wilki wiec, na którym
    wybrano radę robotniczą.
    O wyznaczonej godzinie odbyło się zebrania i wybrano radę żołnierską,
    przydzielono zadania. Do tej grupy wybrano również mnie.
    Pierwszą naszą czynnością było uwolnienie więźniów z wojskowego więzienia. Tłumy
    oczekiwały przed schodami więzienia, by być świadkami tego doniosłego aktu
    sprawiedliwości. Sam akt uwolnienia odbywał się w następujący sposób:
    Do sali wchodziło dwóch, trzech więźniów, odpowiadali na pytanie za co został
    ukarany. Po otrzymaniu odpowiedzi były słowa: "Kamerad bist du feri"
    Różne wywarło to na uwięzionych wrażenie. Jedni sie cieszyli, dziękowali, ale
    byli również tacy, którzy po wyjściu jakby nie dowierzająć zbiegli szybko i
    uciekali.

    Po rewolucji w Gołdapi zaczęli wracać żołnierze z jednostek stacjonujących po
    tamtej stronie granicy. Pozostawiając tabor i konie, rozjeźdzali sie do domów.
    Trzeba to było jak najprędzej posprzedawać, bo brakowało paszy dla koni.
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 16.12.07, 18:23
    Na wzmiankę zasługuje sposób w jaki odbywalo się pożegnanie starego, czyli
    rewolucyjnego i powitanie Nowego Roku. Więzienie wojskowe było opróżnione,
    posterunków przy wejściu na teren koszar nie było. Każdy zołnierz wychodziuł i
    wchodziuł kiedy chciał. Z okien koszar słychać było wesoły śpiew i muzykę,
    restauracje były przepełnione, a na ulicach panował wielki ruch, jak w dni kiedy
    odbywały się wielkie uroczystości.
    Nowy Rok 1919 witano o godzinie 24.00, ale w jaki sposób witano, pozostawimy do
    następnego klikania smile
    Bardzo ciekawy opis.
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 17.12.07, 21:32
    "Nowy 1919 rok witano o godzinie 24.00 niespotykaną dotychczas strzelaniną.
    Strzelano na wiwat z karabinów, rakiet, rewolwerów. Najwięcej strzałów było na
    terenie koszar. Nikt nie interweniował, a pomimo tego nie było zabitych i
    rannych. Broń, która była przeznaczona do zabijania ludzi, obrócona została na
    zwiastowanie nowej, już bezkrwawej ery, jaką miał zapoczątkować nowy 1919 rok.
    Przyszłość wskazała, że miało być inaczej, bo zaledwie 15 lat upłynęło a
    zapomniano o strasznych skutkach wojny. Militaryści niemieccy znów zaczęli
    podnosić głowy, zaczęło się na nowo podjudzanie narodu niemieckiego przeciwko
    innym, co w konsekwencji doprowadziło do wybuchu drugiej, o wiele straszniejszej
    w skutkach wojny."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 18.12.07, 21:18
    "W związku z wojnami to przypomina mi sie pewien film, wyświetlany w Gdańsku we
    wrześniu 1927 roku, ktory widziałem. Głównym jego bohaterem był młody student
    niemiecki, który zaciągnięty do służby wojskowej, prowadził dzienniczek, notując
    w nim wszystkie najważniejsze wydarzenia życia koszarowego, później z frontu
    zachodniego. Pisząc tak o okropnościach wojny, co wyświetlane zostało na
    ekranie, w jednym miejscu w swoim dzienniku napisał dużymi literami słowa:
    "Nie wieder Krieg !"
    (Nigdy więcej wojny).
    Napis ten wyświetlano w środku na całej szerokości ekranu. Na to publiczność
    powstała z krzeseł i manifestacyjnie zawołała:
    "Nie wieder Krieg !". Napis, jakby przytrzymano w kadrze na czas okrzyków.
    Tak było w 1927 roku, a już w 1939 rok był początkiem drugiego nieszczęścia,
    jakie spadło na ludzkość przez drugą wojnę światową, która pogrążyła świat w
    morzu łez i krwi, zniszczyła dorobek całych pokoleń i bezcenne zabytki kultury."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 19.12.07, 21:04
    "Stopniowo rada żołnierska traciła na znaczeniu. Przystąpiono do tworzenia
    Grenzschutzu, to jest wojska mającego za zadanie ochronę granic. Żołnierzy z
    naszego garnizonu zwalniano stopniowe w/g roczników. Chociaż jeszcze nie
    przyszła kolej na mój rocznik, to poprosiłem, pod pretekstem, ze zamierzam się
    dalej kształcić, o zwolnienie, co zostało uwzględnione. Tak był ten mój krótki,
    ale jakze znamienny w wydarzenia, pobyt w wojsku niemieckim."

    Nadszedł dla Frenszkowskiego nowy okres w życiu.
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 20.12.07, 21:38
    "W maju 1919 roku przystąpiłem do pracy w Urzędzie Pocztowym Telekomunikacyjny w
    Olsztynie w dziale telegraficznym. Pracowałem tam przy aparatach Morse'a.
    Oprócz mnie jeszcze dwóch Polaków przyznawało sie do swojej polskości. Jednym z
    nich był pochodzący z Lamkowa Bernard Szczepański, późniejszy major Wojska
    Polskiego, wyjechał do Polski jeszcze przed mną. Zmarł w 1950 roku i jest
    pochowany na cmentarzu przy kosciele św. Józefa obok swej żony Bronisławy,
    pochodzącej ze znanej rodziny Samulowskich z Gietrzałdu. Zaprzyjaźniłem się z
    nim wówczas, a przyjaźń odnowiliśmy po jego powrocie w kwietniu 1945 roku. Był
    on jedynym wtedy świadkiem mej pracy w Olsztynie i wystawił mi odpowiednie
    oświadczenie potwierdzone przez notariusza."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 22.12.07, 21:22
    "W Olsztynie mieszkałem przy ul. Warszawskiej 2. W budynku tym na parterze po jednej stronie korytarza był sklep kolonialny, a po drugiej sala restauracyjna, a na parterze mieszkanie właściciela Lubowskiego a od strony podwórza mieszkanie samotnej starszej kobiety (bezdzietna wdowa), władająca słabo językiem niemieckim, u której zajmowałem jeden pokój. Z okna miałem widok na zajazd zapełniony w targowe dni wozami chłopskimi.
    W tym pomieszczeniu zacząłem czytać gazety i książki polskie, a żeby lepiej nauczyć się polskiego zacząłem pisać pamiętniki. Niestety, pamiętniki te, które zwierały dużo szczegółów w okresu plebiscytowego, prowadzone na gorąco, zginęły podczas ostatniej wojny. W ten sposób nauczyłem się jako tako poprawnie po polsku mówić i psiać."
    (1919r)
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 29.12.07, 19:03
    "Nie pamiętam już dokładnie daty koncertu
    (Koncert ten odbył się 2.VI.1929r. Napisano o tym w "Gazecie Olsztyńskiej".
    Kompozytorowi towarzyszyli: brat Rudolf Nowowiejski oraz artystka Helena
    Sośnicka. Autor tych wspomnień Frenszkiewicz nie napisał, ze podczas koncertu
    chór 'Lutnia' wykonał po raz pierwszy 'Hymn warnijski'.)
    Wiem tylko, ze było to na początku 1920 roku. Już długo przed rozpoczęciem
    koncertu zaczęły się zbierać gromadki ludzi, w tym dużo odświętnie ubranych
    wieśniaków. Stopniowo zapełniała się sala.
    Zajęte były wszystkie miejsca."
    cdn
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 07.01.08, 20:41
    "Polacy ze swej strony stworzyli Warmiński Komitet Plebiscytowy i Komitet
    Mazurski z siedzibą w Domu Polskim w Olsztynie przy obecnej ulicy Partyzantów
    87. Mieli przeciwko sobie policję niemiecką, urzędników, Heimatvereiny i
    Haukomando. Polacy zmuszeni byli do zorganizowania nielicznych zresztą jednostek
    dla ochrony polskich zebrań, zabaw i obiektów polskich. Miały one charakter
    obronny. Oczywiscie Niemcy przedstawiali je inaczej, twierdzili, że rzekomo
    Polacy napadali na ich zgromadzenia.
    Już po plebiscycie urządzono na zamku wystawę, na której eksponowano sękate
    kije, którymi jakoby posługiwali się Polacy podczas głosowania i którymi bili
    spokojnych Niemców. Był to rzecz jasna fałsz, bo po pierwsze czuli się za słabi,
    a poza tym od razu interweniowała by policja niemiecka, a po drugie - nie
    stosowali takich metod w walce plebiscytowej. Były wprawdzie wypadki, że polska
    ochrona przy odpieraniu napastników, nie doczekawszy się obrony ze strony
    policji niemieckiej i nie mając się czym bronić, chwytała to, co było pod ręką,
    aby napastników odeprzeć."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 08.01.08, 20:15
    W lutym 1920 roku przybyła do Olsztyna Międzysojusznicza Komisja Plebiscytowa
    składająca się z Przedstawicieli Anglii, Francji, Włoch i Japonii.
    Przewodniczącym był Anglik. Jako siedzibę obrała sobie budynek rejencjo
    olsztyńskiej. Tam wywieszone były flagi tych czterech państw, a w każdą
    niedzielę w południe przed gmachem grała angielska orkiestra wojskowa.
    Wojsko niemieckie musiało opuscić tereny plebiscytowe. Odbyło się to z pewną
    pompą. Wojska zebrały się na obecnym placu Roosvelta, i stamtąd po uroczystym
    pożegnaniu przy dzwiękach orkiestry wymaszerowały w kierunku Morąga. Tak samo
    opuścić musiał miasto prezydent rejencji olsztyńskiej oraz nadburmistrz
    (1902-1932) Georg Zulch - za to, ze nie chciał przeprosić władz polskich za
    zbezszczeszczenie polskiej flagi.
    Pozostała natomiast policja niemiecka i niemieckie władze administracyjne.
    Polacy zatrudnieni w urzędach z obawy przed usunięciem ze stanowisk nie
    przyznali się do swojej narodowości.
    cdn
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 09.01.08, 21:28
    Polskę reprezentował Konsul Generalny w Olsztynie, a Rzeszę Niemiecką komisarz
    von Gayl (napisał potem wspomnienia)
    W miejsce wojsk niemieckich przybyło na tereny plebiscytowe kilka batalionów
    wojsk angielskich i jeden - włoski. Sensację wzbudził oddział Szkotów w
    spódnicach, poprzedzony przez orkiestrę z nieznanymi kobzami i dudami.
    Widywaliśmy tych żołnierzy codziennie z okien budynku pocztowego, obok którego
    maszerowali na zmianę warty przed siedzibą Komisji Międzysojuszniczej.
    Komisja ta niewiele interesowała się tym, co się tu działo, pozostawiając to
    urzędnikom i policji niemieckiej. Raz tylko chcąc okazać, że istnieją, a było to
    po groźnym napadzie na Dom Polski, kilka oddziałów wojsk włoskich przemarszowało
    ostentacyjnie przez ulice miasta. Dom Polski wtedy ogrodzili drutem kolczastym.
    Polacy w takich warunkach nie mogli prowadzić szerszej pracy narodowej. Ich
    oddziaływanie było wyraźnie ograniczone. Natomiast działania Niemców nie
    natrafiały na żadne przeszkody. Oni mieli do dyspozycji cały aparat urzędniczy i
    policję.
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 10.01.08, 20:30
    "Inaczej jeszcze było z policją polską. Tu po prostu Niemcy zakpili sobie z
    Komisji Międzysojuszniczej. Owszem przyjęto zgłoszenia kandydatów i powołano ich
    przed komisję lekarską, składającą się tylko z Niemców. I co się okazało ?
    Z 83 kandydatów lekarze niemieccy uznali trzech za zdolnych do takiej służby.
    Cała zatem akcja zmierzająca do utworzenia na terenach plebiscytowych policji
    polskiej spaliła na panewce, bo z trzema policjantami nie można było stworzyć
    organu, który mógłby stać na straży interesów polskich. Rozmawiałem z jednym z
    kandydatów - zdrowym i silnym jak tur. Został on też uznany za niezdolnego.
    Opowiedział mi szczegółowo jak się to odbywało."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 11.01.08, 21:10
    Jako młody jeszcze wówczas człowiek interesowałem się wszystkim, co działo się
    wtedy w Olsztynie. Uczęszczałem nie tylko na zebrania i imprezy urządzane przez
    polskie organizacje, lecz czasami również na wiece urządzane przez partie
    polityczne niemieckie. Dlatego wiele pamiętam. Dwie zabawy urządzone były w
    lecie w pobliżu mego domu rodzinnego, a mianowicie w Tęgutach i Lamkówku.
    Pomagałem tam przy pracach organizacyjnych i utrzymaniu porządku.
    Na większe trudności Polacy napotykali przy urządzeniu wieców i większych
    zebrań. Bojówki niemieckie rozbijały nasze zgromadzenia. Nie brakowało też
    renegatów, ludzi polskiego pochodzenia, ogłupionych lub przekupionych, ktorzy
    przeszli na stronę wroga. Opłaceni przez Niemców, a nie raz po sutej libacji,
    napadali na spokojną ludność, która się gromadziła na wieczernicach z wrzaskiem
    i krzykiem, wymachując kijami. Policja biernie się temu przyglądała, a potem
    zamykała zebrania.
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 12.01.08, 20:22
    Pod koniec 1920 roku, a więc już krótko przed plebiscytem, dokonany został napad
    na Dom Polski w Olsztynie. Zebrał się przed nim tłum ludzi, którzy wznosili
    okrzyki, skierowane przeciwko Polakom. Pomimo, że dom był ogrodzony drutem
    kolczastym, tak jak twierdza, około 100 osób przedarło się przez główne wejście
    do restauracji, mieszczącej się na parterze, zostali jednak wyparci przez
    znajdujących się tam Polaków. Wieczorem odbyła się druga demonstracja już
    większa z orkiestrą na czele, ale tym razem nie udało im się wtargnąć do środka,
    gdyż straż polska ich przepędziła.
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 13.01.08, 13:34
    Kilka dni przed plebiscytem propaganda niemiecka urządziła pochód przez ulice
    miasta, wprawdzie niezbyt liczny, ale naszpikowany transparentami z hasłami
    antypolskimi. Przy końcu pochodu prowadzono dwie krowy, jedną zupełnie
    wychudzoną - prawdopodobnie specjalnie w tym celu głodzoną - i drugą - dużą,
    tłustą. Chudej przyczepili tablicę z napisem "Polnische Wirtschaft", a tłustej
    "Deutsche Wirtschaft", by w oczach ludności przedstawić Polskę w najgorszym świetle.
    W takich warunkach Polacy przystępowali 11 lipca 1920 roku do głosowania."
    I co dalej - bardzo ciekawie opisuje samo głosowanie Frenszkowski.
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 14.01.08, 21:04
    "W takich warunkach Polacy przystępowali 11 lipca 1920 roku do głosowania. Dnia
    tego Niemcy już rano wywiesili obok drzwi wejsciowych do drukarni "Allensteiner
    Zeitung" telegram, donoszący o zajęciu przez bolszewików Warszawy. Był to
    oczywiscie telegram sfałszowany, przez nich wystawiony na blankiecie
    telegraficznym, by upozorować jego prawdziwość. W ten sposób chcieli zadać
    ostateczny cios Polakom.

    Kartki do głosowania nosiły napisy "Polska-Polen", a niemieckie nie Niemcy, lecz
    "Ostpreussen - Prusy Wschodnie". Niemieckich kartek było wszędzie pełno,
    natomiast polskich stosunkowo niewiele. Kto już przedtem o nie się nie postarał,
    temu trudno było otrzymać w dzień głosowania.
    Tym którzy się stawili, nie bacząc na szykany, jakie ich za to mogły spotkać, po
    prostu kartki wyrywano z rąk, przy czym niektórym się jeszcze dobrze oberwało."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 15.01.08, 20:33
    Prusy Wschodnie, a więc również tereny plebiscytowe były regionem masowej
    emigracji na Zachód, gdyż były słabo uprzemysłowione i przy dużym przyroscie
    naturalnym powstał nadmiar rąk do pracy, który zmuszał ludność do migracji do
    kopalń i miast przemysłowych. Polacy, którzy stąd wyemigrowali do środowisk
    czysto niemieckich z biegiem czasu zatracili swoje poczucie narodowości
    polskiej. Ci wszyscy emigranci z terenów plebiscytowych zostali traktatem
    wersalskim upoważnieni do głosowania. Takze Niemcy nie żałowali środków, aby ich
    na dzień głosowania ściągnąć do Prus Wschodnich. I tu popełniono wiele nadużyć.
    O tym kto ma prawo glosować decydowali urzędnicy niemieccy. Więc też wciągali na
    listę kogo się dało. Za dawno zmarłych głosowali inni członkowie rodziny.
    Przysporzyło to Niemcom dużo głosów, bo przeszło jedna trzecia głosów, to
    ludzie, którzy już od dawna nie mieli nic wspólnego z tymi terenami i mieszkając
    od lat w Westfalii i Naderenii czuli się już Niemcami.
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 16.01.08, 21:23
    W dzień plebiscytu policji nie było widać, także bojówki niemieckie bezkarnie
    mogły napadać na osoby rozdające kartki polskie.
    W nocy po plebiscycie ogłoszono z balkonu nieistniejącego już hotelu "Deutsches
    Haus", wyniki głosowania w poszczególnych obwodach wyborczych. Przed hotelem
    zebrał się tłum ludzi, którzy dawali wyraz zadowoleniu lub niezadowoleniu z
    wyników przez różne okrzyki. Były wypadki, ze wołano "Pfui", kiedy ogłoszony
    wynik ich nie zadawalał. Pamiętam, że tak było przy ogłoszeniu wyniku z
    Gietrzwałdu. Polacy siedzieli oczywiście cicho, jak myszy pod miotłą, bo gdyby
    się w tedy ktoś z nich odezwał, to mogłoby go spotkać zlinczowanie.
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 17.01.08, 22:30
    "Po plebiscycie opuściła tereny Komisja Miedzysojusznica i wojsko. Pewnego dnia
    przed południem, stojąc z moim stryjem niedaleko Górnej Bramy, zauważyłem
    nadchodzącą od strony dzisiejszej ulicy Staromiejskiej grupę ludzi idącą
    następnie w kierunku nowego ratusza. Słyszelismy, że wznoszą okrzyki przeciwko
    Polakom. Grupa ta stopniowo się zwiększała, gdyż przyłączali się do niej coraz
    to nowi ludzie. Pozostaliśmy w pewnej odległości za nimi, aby zobaczyć, dokąd
    się udają. Przy ratuszu skręcili w lewo i dzisiejszą ulicą 1 Maja kroczyli dalej
    w kierunku Domu Polskiego znajdującego się przy obecnej ulicy Partyzantów, przed
    którym się zatrzymali. Byli dalej wrogo usposobieni do Polaków. Ponieważ budynek
    otoczony był nadal zasiekami z drutu kolczastego, a brama zamknięta, nie mogli
    się dostać do środka."
    ale...
    cdn
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 18.01.08, 20:26
    Stryj mój i ja staliśmy za skrzyżowaniem ulic i z daleka obserwowaliśmy, co się
    będzie dalej działo, nie przypuszczając, ze nas tam może ktoś poznać.
    Niespodziewanie jednak ktoś stojący w pobliżu zawołał: "Das sind Pollacken haut
    sie!" (To są Polacy, bijcie ich). Na ten okrzyk zgraja ludzi z bydlęcym rykiem
    rzuciła się na nas i biła z góry po głowie, czym popadło. Widzieli to dwaj
    policjanci, stojący po drugiej stronie ulicy, ale na pomoc nam nie przybiegli.
    Pierwszy zauważył ich stryj i pobiegł w ich kierunku, a ja za nim. Jemu jako
    pierwszemu dostało się więcej. Przecięte miał ucho i pokrwawiony dotarł do nich,
    a bezpośrednio za nim ja. U mnie skończyło się na kilku guzach. Policjanci,
    kiedy znaleźliśmy się przy nich, wzięli nas w opiekę i zaprowadzili na
    posterunek, mieszczący się wtedy w nowym ratuszu, z bocznym wejściem od obecnej
    ulicy Ratuszowej. Zaznaczam, że zaprowadzono tylko nas, natomiast napastników
    pozostawiono bezkarnie na miejscu.
    cdn
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • rita100 19.01.08, 21:26
    W ten sposób zakończyła się demonstracja, bo całą uwagę zwrócono wówczas na nas,
    a część demonstrantów odprowadziła nas aż do samego ratusza. Na posterunku nie
    spisano żadnego protokołu. Nikt nas nie pytał o nazwiska napastników.
    Przetrzymali nas tam do wieczora, nie dając nam nic do jedzenia. Zaledwie
    doprosiliśmy się o szklankę wody do picia. Jak się wyrazili, był to areszt
    ochronny. Głównego sprawcę napadu, to jest tego, który pierwszy zawołał: "Das
    sind Pollacken haut", znaliśmy. Pochodził z Różnowa. Miał polskie nazwisko, był
    z pochodzenia Polakiem.
    Wszystko to było dowodem na to, jak dalece sięgała nienawiść, wpajana ludziom
    przez nacjonalistów niemieckich.
    Po moim powrocie na Warmię, po drugiej wojnie światowej, osobnik ten jeszcze
    żył. Był już w podeszłym wieku. Ani stryj, ani ja nie zrobiliśmy z tego zadnego
    użytku. Obecnie już nie żyje.
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Spaziedlizie, rychtyczno łuczto »¸¸.•*¨`•»
  • gajowy555 21.01.08, 19:33
    rita100 napisała:
    Głównego sprawcę napadu, to jest tego, który pierwszy zawołał: "Das
    > sind Pollacken haut", znaliśmy. Pochodził z Różnowa. Miał polskie nazwisko,
    był z pochodzenia Polakiem.

    Jó, ciekawość, jek łón sia nazywoł. Pewnie rodzina żyje i teroz za niygo by sia
    mogła pod ziamnia zapaść...

    --
    ..............
    Jo pon i ty pon, a kto bandzie świnie pas?
  • rita100 21.01.08, 20:25
    Ano kożdyj chcioł żyć wygodnie, gwołt takich Polaków buło - jek poczytosz kóntek
    Bóg śpsi na Mazurach to tam bandzie tyż fejniście. jek to Nowakowski zmnienia
    sia w Nowaka, a Grabowski w Graba, coby Niemcem być.
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Bukanie złotrowane, prosza zwóni滸¸.•*¨`•»
  • rita100 21.01.08, 20:25
    "Po pewnym czasie już po plebiscycie otrzymałem z pracy wypowiedzenie i
    postanowiłem opuścić strony rodzinne i wyjechać do Polski. Rozmawiałem o tym z
    Janem Baczewskim, który wystawił mi odpowiednie pismo dla władz polskich,
    poświadczone następnie przez konsula polskiego w Olsztynie. Pragnę zaznaczyć, ze
    po okazaniu pisma wystawionego mi w Olsztynie, zostałem w Iławie przychylnie
    przyjęty. Mogłem sobie wybrać miejsce pracy, z czego skorzystałem i poprosiłem o
    skierowanie mnie do Urzędu Telegraficznego w Grudziądzu, co zostało
    uwzględnione. Tak rozpoczął się nowy etap w moim życiu w Polsce. Około 24 lat
    przyszło mi czekać na powrót na stałe na Warmię."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Bukanie złotrowane, prosza zwóni滸¸.•*¨`•»
  • rita100 22.01.08, 20:15
    "W Grudziądzu mieszkałem w małym domku w pobliżu opadającego w stronę Wisły
    wzgórza. Z Grudziądza wydelegowany zostałem na pewien czas do położonej w
    pobliżu radiostacji, w pobliżu wioski Nowa Wieś - przejętej przez Ministerstwo
    Poczt i Telegrafów od władz wojskowych. Tam byłem tez świadkiem pierwszych prób
    z radiofonią, jakie przeprowadziła radiostacja w Konigswusterhausen koło
    Berlina. Była to wówczas wielka sensacja, kiedy w słuchawkach usłyszeliśmy
    pierwsze dźwięki nadawane drogą radiową. W pierwszym okresie prób słychać było
    tylko grę na skrzypkach. Głosu ludzkiego jeszcze nie przekazywano. Tak się
    złożyło, że byłem jednym z pierwszych, którzy usłyszeli dźwięki przekazywane z
    takiej odległości."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Bukanie złotrowane, prosza zwóni滸¸.•*¨`•»
  • rita100 23.01.08, 20:56
    "Z Grudziądza przeniesiony zostałem niespodziewanie do Urzędu
    Pocztowo-Telekomunikacyjnego w Kościerzynie. Znalazłem się więc w stolicy Kaszub
    i miałem możność zapoznania się z gwarą kaszubską, mającą jednak inne cechy niż
    dialekt warmiński.
    Następnym moim miejscem pracy był Urząd Pocztowo-Telekomunikacyjny w Golubiu.
    Sam obsługiwałem tam dział nadawaczy i przyjmujący wpłaty i wypłaty i tam
    przepracowałem okres wielkiej dewaluacji pieniądza.
    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=38446&w=71566466&v=2&s=0
    W tym kóntku je ło dewaluacji

    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Bukanie złotrowane, prosza zwóni滸¸.•*¨`•»
  • rita100 23.01.08, 20:58
    W 1926 roku wybrany zostałem delegatem Związku Pracowników Poczt i Telegrafów na
    Kongres Pocztowców w Wilnie. Przeżyłem tam kilka niezapomnianych dni.
    Szczególnie zauroczyło mnie miasto i jego okolice.

    Po zawarciu związku małżeńskiego w 1927 roku odwiedziłem z żoną moją matkę w
    Tuławkach. Chciałem pokazać żonie moją rodziną Warmię. Ze smutkiem muszę
    powiedzieć, że w rodzinach czysto polskich do dzieci mówiono już tylko po
    niemiecku, aby uchronić je przed szykanami. Stąd po 1945 roku napotkać to można
    było nieliczne przypadki znajomości jezyka polskiego przez młodzież szkolną."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Bukanie złotrowane, prosza zwóni滸¸.•*¨`•»
  • rita100 24.01.08, 21:03
    "Po zdaniu egzaminu na stanowisko kierownicze i kontrolne w Warszawie, mianowany
    zostałem naczelnikiem poczty w Jabłonowie Pomorskim, w więc w pobliżu granicy
    polsko-niemieckiej.
    W odwiedziny do mej matki i rodzeństwa na Warmii wyjeżdzałem zawsze z całą
    rodziną. Zrobiłem wyjątek tylko w 1934 roku. Jakiś wewnętrzny głos nakazywał mi
    ten wyjazd. Przyjechałem w samą porę, bo matka moja tydzień po moim przyjeździe
    niespodziewanie zmarła. Pochowana została na cmentarzu w Barczewku obok mojego
    ojca zmarłego na poczatku 1921r.
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Bukanie złotrowane, prosza zwóni滸¸.•*¨`•»
  • rita100 24.01.08, 21:10
    "W czasie mego ówczesnego pobytu w domu rodzinnym w sierpniu 1934 roku
    zapowiedziane zostały uroczystości związane z przewiezieniem zwłok byłego
    marszałka polnego i prezydenta Rzeszy - Hindenburga, który zmarł w swoim majątku
    Neudeck obecnie Ogrodzieniec nieopodal Iławy w Prusach Wschodnich, gdzie
    wzniesiono pomnik-mauzoleum, na pamiątkę bitwy stoczonej tam w 1914 roku i
    nazywanej bitwą pod Tannenbergiem.
    Pomnik ten składał się z kilku wież, nazywanych imionami marszałków polnych z
    pierwszej wojny światowej. Połączone były wysokim obudowaniem z pomieszczeniami,
    w których przechowywano pamiątki z wojny, jak sztandary pułkowe, broń i tym
    podobne. Prochy marszałków miały być złożone pod wieżą, której nazwa odpowiadała
    nazwisku danego marszałka. Wewnątrz znajdował się duży dziedziniec z grobem
    nieznanych żołnierzy pośrodku, gdzie spoczywały szczątki 20 żołnierzy poległych
    podczas wspomnianej bitwy.

    Postanowiłem pojechać tam w dniu uroczystości pogrzebowych, aby się temu przyjrzeć."
    cdn
    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=38446&w=51356198&a=74822318
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Bukanie złotrowane, prosza zwóni滸¸.•*¨`•»
  • rita100 29.01.08, 20:45
    "Kiedy w kwietniu 1938 roku zostałem przeniesoony do Urzędu
    Pocztowo-Telegraficznego w Fordonie koło Bydgoszczy na takie same stanowisko,
    postanowiłem spędzić swój urlop w sierpniu 1938 roku na Warmii. To były ostatnie
    odwiedziny przed wojną. Mile spędziłem tu chwile, odwiedzając bliższych i
    dalszych krewnych. Między innymi przebywałem przez kilka dni w Zalesiu koło
    Barczewa.
    W ostatnim dniu mojego pobytu w Zalesiu odbyło się tam zakończenie manewrów
    wojskowych, jak intensywnie przebiegały przygotowania do wojny. Szczególną uwagę
    zwróciłem na jednostki zmilitaryzowane, które dla wypróbowania przydatnosci
    pojazdów silnikowych omijały główne bite drogi i posuwały się naprzód w szybkim
    tempie drogami polnymi, przy tym zauważyłem, ze jednostki te były dobrze
    uzbrojone. Wynikało z tego, ze była to generalna próba przed przewidzianym już
    wtedy najazdem na Polskę."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Bukanie złotrowane, prosza zwóni滸¸.•*¨`•»
  • rita100 30.01.08, 20:21
    "Do Zalesia zjechały wszystkie wojska, biorące udział w manewrach, i zatrzymały
    się na pagórku przy samej szosie, obok której z drugiej strony jest jezioro.
    Ustawione tam zostały namioty oraz cztery kryte stragany zastawione gotowymi już
    posiłkami, zaopatrzone w piwo, różne gatunki wódki. Każdy mieszkaniec Zalesia
    mógł uczestniczyć w tej uroczystosci. Skorzystałem więc z zaproszenia i
    przyjrzałem się temu wszystkiemu dokładnie z bliska, spacerujac między namiotami
    i kantynami, gdzie ze szwagrem popijaliśmy tak zwany koks (koniak z kostką
    cukru), paląc przy tym grube cygara. Przyglądając się temu wszystkiemu doszłem
    do wniosku, ze takie urządzenie wielkich manewrów i intensywne zbrojenie
    doprowadzi do wojny. Nie przypuszczałem jednak, ze nastąpi to już za rok. Nikt,
    poza moim szwagrem, nie wiedział, ze jestem obywatelem polskim, bo chyba uznano
    by mnie za szpiega."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Bukanie złotrowane, prosza zwóni滸¸.•*¨`•»
  • rita100 31.01.08, 20:20
    "Wieczorem odbyła się ogólna zabawa taneczna. Przygrywały dwie orkiestry. Jedna
    pod grzybkiem (okrągły plac, wyłożony deskami i kryty dachem w formie grzybka),
    gdzie tańczyli zwykli żołnierze, a druga w pomieszczeniu budynków z dużą
    restauracją, który jest obecnie centralnym domem wczasowym, gdzie bawili się
    oficerowie. O północy zabawa się zakończyła i wszyscy udali się na pagórek z
    namiotami, gdzie rozpalono ogromne ognisko. Odśpiewanych tam zostało kilka
    pieśni żołnierskich, a na zakończenie jeden z oficerów wygłosił przemówienie,
    sławiąc siłę armii niemieckiej. Pomimo całej grozy, jaką zapowiadały te manewry,
    wspaniały był jednak widok, szczególnie odblask ognia na tafli jeziora. Wydawało
    się jakby jezioro stało w ogniu. Tak zakończyły się manewry zwiastujące
    ludzkosci największą dotychczas w dziejach historii katastrofę, jaką była druga
    wojna światowa."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Bukanie złotrowane, prosza zwóni滸¸.•*¨`•»
  • rita100 02.02.08, 22:06
    "Niemcy rzucili w przygotowania do wojny nie tylko cały swój potencjał
    przemysłowy, lecz wprzęgli w to również swą machinę propagandową, nawołując do
    zaciskania pasa na rzecz uzbrojenia i urządzając tego rodzaju widowiska i
    zabawy, by żołnierzy utrzymać w jakimś upojeniu militarystycznym. Z drugiej
    jednak strony zaprowadzono w wojsku surową dyscyplinę i posłuch nie dopuszczając
    do jakiegokolwiek zastanawiania się nad skutkami, jakie pociągnąć mogą za sobą
    poczynione na tak wielką skalę przygotowania wojenne." (....)
    "Tak się złożyło, że zaledwie siedem lat później miejsce, gdzie urządzone
    zostało to triumfalne i butne zakończenie manewrów, przeznaczone zostało na
    ośrodek wypoczynkowy. Skończył się urlop i trzeba było opuścić rodzinną Warmię."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Bukanie złotrowane, prosza zwóni滸¸.•*¨`•»
  • rita100 03.02.08, 10:24
    "Niemcy zamieszkali w Polsce zaczęli się przygotowywać, według instrukcji
    otrzymanych z Berlina, do podejmowania aktów dywersyjnych. Urządzali zebrania i
    w tajemnicy się uzbrajali. Władze polskie, nie doceniając niebezpieczeństwa, nie
    poczyniały żadnych stanowczych kroków, aby temu zapobiec. Zaczęły się ucieczki
    młodych Niemców przez granicę, gdzie na rozkaz swoich mocodawców opowiadali o
    rzekomych prześladowaniach mniejszości niemieckiej w Polsce, czyli robili tak
    zwaną Greuelpropagandę, bo Hitler szukał przecież pretekstu do napaści na
    Polskę. Ale w te opowieści i tak nikt nie uwierzył, bo Niemcy w Polsce zażywali
    wszelkich swobód obywatelskich. Był wypadek w Fordonie, ze jeden z Polaków,
    uczestniczący w zebraniu Niemców w hotelu, chwycił portret z Hitlerem i
    stojącemu za mównicą ze słowami: "Masz Hitlera" wsadził mu go na głowę, także
    ramy oparły się na ramionach. Portret nie był oszklony. Następnie laską zbił
    lampę i zrzucił na ziemię aparat radiowy. Nie było więc żadnego pobicia, a tylko
    taki protest przeciwko Hitlerowi i jego zwolennikom. Pomimo tego został
    następnego dnia aresztowany."
    --
    »¸.•*»Kołobrzeg-Kolberg
    Bukanie złotrowane, prosza zwóni滸¸.•*¨`•»
  • rita100 04.02.08, 20:18
    "Mniej więcej tydzień przez wybuchem wojny nadeszły pierwsze wezwania
    rezerwistów do służby wojskowej. Przyglądałem się przez okno, jak płaczące żony
    odprowadzały na dworzec swoich mężów, a matki swych synów, z których niejeden
    już nie powrócił, inni na długie lata zostali rozłączeni. Mnie nie zaciągnięto,
    bo zostałem uznany za niezbędnego w miejscu pracy.
    Sytuacja się zaostrzała. Często byłem w nocy telefonicznie wzywany do
    przyjmowania telegramów dotyczących przygotowań do odparcia ataków. Mimo tego
    nikt się nie spodziewał, ze wojna rozpocznie się tak nagle. 31 sierpnia nadszedł
    pierwszy telegram z rozkazami mobilizacyjnym.
    Pełni napięcia oczekiwaliśmy, co bedzie dalej. Nikt jeszcze nie myślał, ze
    dzielą nas tylko godziny od wojny, bo mobilizacja to jeszcze nie wojna, a
    przecież żadnego wypowiedzenia wojny jeszcze nie było."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 04.02.08, 20:20
    "Mało spałem tej nocy, bo często byłem wzywany do telefonu. Toteż wstałem
    wczesnym rankiem i nastawiłem radio na jedną ze stacji polskich i tu zamiast
    porannej muzyki usłyszałem jakieś buczenie. Od razu zrozumiałem, że coś
    niezwykłego musi się dziać na świecie.
    Z innej znów stacji usłyszałem głosy ostrzegajace przed nalotami niemieckimi.
    Pomiędzy tymi nadany został komunikat, podający całemu światu do wiadomości o
    zbrodniczej napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę.
    Wieś o wojnie szybko rozeszła się po mieście. Grupki mieszkańców zbierały się na
    ulicach komentując sytuację.
    W dzień ten w naszym urzędzie pocztowym rozpoczeliśmy normalną pracę, a był to
    pierwszy dzień miesiąca, dzień wypłat emerytur. Dużo miałem interesantów gdy o
    godz.9.00 otrzymałem zawiadomienie, ze została zarządzona ewakuacja i że należy
    zawiesić wszelkie czynnosci. Należało po prostu zamknąć urząd.
    O godzinie 17.00 nadjechał wóz. Była to duża platforma, zaprzężone w dwa mocne
    konie, która poprzednio służyła do przewożenia cegieł, także wszyscy pracownicy
    z rodzinami zdołali się w niej pomieścić. Na miejscu zostałem ja i dwie
    pracownice. Pożegnałem bliskich ( żonę i syna), nie wiedząc jaki los ich i nas
    czeka.
    Ze względu na brak miejsca wyjeżdzajacy mogli zabrać tylko najpotrzebniejsze
    rzeczy, pozostawiając resztę w swoich domach."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 05.02.08, 20:29
    "Pozostając samotnie w miasteczku, myślałem, że po kilku nieprzespanych nocach
    będę mógł teraz odpocząć, bo odgłosy wojny jeszcze do nas nie dochodziły. Pełen
    czarnych myśli i oburzenia na przewrotnośc ludzką położyłem się na spoczynek.
    Nie dane mi było jednak odpoczywać, bo około 23.00 zbudziło mnie pukanie. Po
    otwarciu drzwi wpadł do pokoju pierwszy uciekinier, kolega z nadgranicznej
    poczty w Chojnicach, który dojechał do nas na bryczce. Z przestrachem opowiadał
    mi co się wydarzyło w Chojnicach. A oto jego relacja:
    1 września 1939 roku około godziny 5.00 zaawizowany został w Chojnicach z
    granicznej stacji niemieckiej jak zwykle pociąg tranzytowy, zmierzający przez
    Chojnice i Starograd do Prus Wschodnich. Nie przeczuwając niczego złego,
    pracownicy przejęli awizację i czekali na jego nadejście, jednak daremnie, bo
    zatrzymany został kilkaset metrów przed stacją. Okazało się bowiem, że nie jest
    to pociąg tranzytowy, lecz pancerny, z którego wyskoczyli uzbrojeni zołnierze
    niemieccy.
    W tak podstępny sposób udało się Niemcom opanować dworzec, potem przy pomocy
    dalszych jednostek niemieckich, które tymczasem nadeszły, miasto Chojnice."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 05.02.08, 20:31
    "W tym samym mniej więcej czasie, kiedy pociąg stanął przed stacją, posypały się
    pociski artyreryjskie na miasto. Jeden z nich spadł w pobliżu jego domu. Tak sie
    tym wszystkim przestraszył, ze uciekł z miasta. Prosiłem go aby pozostał u mnie,
    jednak on był tak wylękniony wypadkami w Chojnicach, ze natychmiast pojechał dalej.

    Zaledwie odjechał, a już zjawiła się druga grupa pracowników pocztowych, bez
    rodzin, z innego nadgranicznego urzędu pocztowego. Ci pozostali już do rana.
    Przygnębienie malowało się na ich twarzach, bo nic nie wiedzieli o swoich
    rodzinach, ktore wyjechały oddzielnym transportem ewakuacyjnym przed nimi.
    Zadomowili się na dobre u mnie, także , że tę noc miałem nieprzespaną, a dzień
    następny przyniósł nam już duże zmiany i pierwsze ofiary wojny pośród ludności
    cywilnej Fordonu."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 06.02.08, 19:47
    Pokazał nam więc Hitler zaraz w pierwszych dwóch dniach wojny, jak można było
    łamać wszelkie umowy miedzynarodowe i prawa ludzkie. W pierwszym rzędzie
    chodziło mu przez nagły niespodziewany napad na lotniska o wyeliminowanie
    lotnictwa polskiego, a następnie przez zbombardowanie dworców kolejowych i
    pociągów, o sparalizowanie komunikacji, a równocześnie wywołanie nastroju
    popłochu i paniki wśród ludności cywilnej przez ostrzeliwanie uciekających.
    (...)
    Zanim doszedłem do następnej alejki, nastąpiło jeszcze silniejsze bombardowanie.
    Wszedłem wobec tego do najbliższego budynku. Dom był pusty. Wszyscy schronili
    się w piwnicy. Poszedłem za nimi do piwnicy. Siedzieli tam stłoczeni. Jedni
    modlili się, inni śpiewali nabożne pieśni. Z kątów rozlegał się rozpaczliwy
    płacz dzieci i kobiet. O ścianę stała oparta starsza kobieta. Nie reagowała na
    to. Była zrezygnowana. Tymczasem bombardowanie nie ustawało, a dom chwiał się w
    posadach. Z sufitu spadały kawałki tynku. Nie mogłem tego dłużej znieść,
    dlatego, mimo trwającego nalotu, wyszedłem na zewnątrz. Każda spadająca bomba
    wzniecała ogień.
    Takie było pierwsze bombardowanie przeżyte przeze mnie.
    Nie skończyło się jednak na tym."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 06.02.08, 19:50
    "Po uspokojeniu się pierwsze moje kroku skierowałem do budynku pocztowego, gdzie
    o zaszłych wypadkach powiadomiłem starostwo w Bydgoszczy. Następnie zamierzałem
    kupić nowe ubranie. Ulice były wyludnione, bo słychać było warkot samolotów.
    Były to ostatnie chwile przed następnym nalotem. Znów ucieczka do piwnic innego
    domu. Także w tej piwnicy ludzie zachowywali się podobnie. Byli przerażeni,
    tulili się do scian, dzieci z płaczem przyjmowały każdy następny wybuch.
    Wyszedłem na podwórze. W pobliżu domu spadła z wielkim hukiem bomba. Zaczął
    wdzierać się gryzący dym przez okna. Ktoś krzyknął, że to gaz. Można sobie
    wyobrazić, jakie to zrobiło panikę. Nagle wszyscy chcieli opuścić schronienie.
    Na szczęscie był to tylko dym. Nikt jednak nie powrócił do piwnicy, a ludzie
    udali się na skraj miasta, tam na polu z ziemniakami było więcej ludzi. Samoloty
    przelatywały nad uciekającymi, to znów powracały. Ludzie pokładali się w bruzdach."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 07.02.08, 20:48
    "Po kolejnym nalocie, znużony po nieprzespanych kilku nocach nieco się
    zdrzemnąłem. Obudził mnie drobny deszcz. Rozejrzałem się dookoła, ale pole
    ziemniaczane było już puste. Potem dowiedziałem się, ze większość mieszkańców
    Fordonu udała sie w kierunku Wisły do małej wioski Pałcz, skąd niektórzy
    przeprawili się przez Wisłę, udając się do Torunia. Miasto opustoszało, a z
    pracowników pocztowych nikt się nie zgłosił. Dopiero o zmroku zjawili się trzej
    pracownicy fizyczni na rowerach z pakunkami, gotowi do wyjazdu. Namawiali mnie,
    żebym z nimi jechał. Wciąż odwlekałem swój wyjazd. Nie mogłem się pogodzić z
    myślą opuszczenia powierzonej mi placówki, nawet poleciłem jednemu pracownikowi,
    aby naprawił uszkodzony przewód telefoniczny do Bydgoszczy. Zdumiony spojrzał na
    mnie, czy mówię serio. Nie mógł zrozumieć, żebym w tej sytuacji mógł wystąpić z
    takim poleceniem.
    Widząc, ze to nie żart zawołał:
    "Panie naczelniku, ratujmy życie".
    Namawiali mnie bym opuścił Fordon i pojechał za rodziną.
    Byłem w rozterce."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 08.02.08, 21:22
    "Ostatecznie uległem i zacząłem przygotowywać się do odjazdu. Reworwery, kilka
    aparatów telefonicznych i innych wartościowych przedmiotów ukryłem pod samym
    dachem w budynku gospodarczym. Pozostawiłem wszystko, co przez lata mej pracy
    sobie sprawiłem i z czym się zrosłem.
    Kilka kilometrów za miastem, w kierunku na Bydgoszcz, ze względu na uszkodzony
    most, nie mogliśmy jechać bliższą drogą do Torunia, zatrzymałem moich
    współtowarzyszy w małym lesie, w którym kilku żołnierzy ścinało drzewa, kładąc
    je wzdłuż szosy, aby stanowiły zaporę przeciwko czołgom. Atak wojsk niemieckich
    na Bydgoszcz nastąpił nie od szosy zachodniej lecz od wschodniej."

    Nie mogłem się jednak pogodzić z moim wyjazdem i opuszczeniem stanowiska na
    poczcie. Toteż postanowiłem jeszcze raz wrócić do Fordonu. Było juz ciemno,
    miasto prawie opuszczone, przeszedłem ulicą Bydgoską w stronę rynku. Wszędzie
    pusto. W powietrzu zapach spalenizny. Udałem się do urzędu pocztowego,
    próbowałem połączyć się z sąsiednimi pocztami, wszędzie odpowiadało głuche
    milczenie. Wróciłem do swoich towarzyszy oczekujacych w lesie. Ruszyliśmy w
    drogę omijając Bydgoszcz, przez Łęgnowo, Solec Kujawski i udaliśmy się w
    kierunku Torunia, aby dogonić swoje rodziny, które znajdowały się w wozach
    ewakuacyjnych. Nie wiadomo czy żyją ?
    Z samolotów strzelano przecież też do uciekinierów.
    Pojechaliśmy do Włocławka, we Włocławku już ich nie było. Dopiero znaleźli nas
    pocztowcy z Fordonu i połączyliśmy się z rodzinami."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 09.02.08, 21:20
    "Ulokowali nas w siedmioklasowej szkole, było nas z 30-stu w jednej sali. Po
    nieprzespanych nocach zapadłem w głęboki sen. Zatrzymaliśmy się tu na kilka dni,
    śledząc uważnie sytuacje.
    Nowa otucha wstąpiła w nas po wypowiedzeniu wojny Niemcom przez Anglię i
    Francję, co jak później sie okazało, w najmniejszym stopniu nie wpłynęło na
    poprawę sytuacji w kraju. Później dowiedzieliśmy się , ze Niemcy głęboko wdarli
    sie w głąb kraju. Pojechaliśmy więc w kierunku Łowicza. Ze wzgledu na częste
    ostrzeliwania w dzień, jechaliśmy wyłącznie nocą. Zbliżając sie do Łowicza
    zobaczyliśmy zwały dymu i ognia, gołe mury. Chcieliśmy się dostać do warszawy,
    ale konie odmówiły posłuszeństwa gdzieś pod Nadarzynem. W godzinach
    popołudniowych usłyszeliśmy strzały niewiadomego pochodzenia. Nad lasem pokazały
    się samoloty niemieckie. Zbliżały sie zmechanizowane jednostki armii
    niemieckiej. Kolumna samochodów pancernych i ciężarowych z żołnierzami, amunicją
    i żywnością, w odstępach kuchnie polowe, nazwane po niemiecku "Gulaschkanone".
    Po bokach krążyli łącznicy na motocyklach. Przygotowywali się do wjazdu do Warszawy.
    Tak oto znaleźlismy się pod władzą Niemców i powróciliśmy do Nadarzyna, podszedł
    do nas oficer niemiecki z kilkoma żołnierzami, pytając nas, skąd jesteśmy i czy
    posiadamy broń, groząc, ze w razie nie ujawnienia wszyscy meżczyźni zostaną
    rozstrzelani."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 10.02.08, 18:08
    "Po nocy spędzonej byle jak, naradziłem sie z kolegami, którzy byli za tym, aby
    powrócić do domu. Widząc beznadziejność sytuacji i niemożność powrotu jednak do
    domu w Fordonie (opis tej sytuacji pomijam, dośc długa relacja Franszkowskiego)
    postanowiłem osiedlić się z żoną i dwoma synami (7 i 11 lat) na czas wojny w
    Skierniewicach, gdzie mieszkał brat mojej żony.
    Najpierw pojechałem tam na pożyczonym rowerze, aby zorientować się czy istnieją
    warunki egzystencji dla całej rodziny. W drodze powrotnej natknąłem się na
    jednego z pocztowców Fordonu, który spędził czas oblężenia w Warszawie. Chciał
    być jak najdalej od tego miejsca, więc niewiele mówił o cierpieniach.
    Prosiłem go, aby w Fordonie rozgłaszał, że byłem z nim w Warszawie i tam
    zginąłem. Chodziło mi o to, aby mnie nie poszukiwali Niemcy, bo poza innymi
    niemiecki nauczyciel miał ze mną pewne porachunki (chodziło o szkolnictwo
    niemieckie w Fordonie, nauczyciel okazał się hitlerowcem i doniesieliśmy na
    niego do kuratorium w Toruniu)
    I dobrze, ze nie wróciłem, okazalo się....
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 11.02.08, 21:32
    "Po moim powrocie w 1945 roku do Fordonu dowiedziałem się, że pytał o mnie ten
    nauczyciel. Byłem w Fordonie również przeznaczony na rozstrzelanie, jakie miało
    miejsce przed kościołem na rynku, bo przed przeprowadzoną egzekucją poszukiwano
    mnie. Zginął wówczas burmistrz, dwaj księża, w tym jeden spoza parafii,
    właściciel fabryki wina, drogerzysta i inni. Zastrzelony został takze pewien
    rzeźnik pochodzenia niemieckiego, przeciwnik Hitlera. Jego przewinieniem było
    to, że podczas mielenia mięsa miał powiedzieć: "Ich mochte den Hitler in der
    Fleischmaschine durchlassen"
    (Ja bym tego Hitlera przez maszynkę do mielenia mięsa przepuścił). Niemcy mieli
    dobrze zorganizowany wywiad i doszło to do ich wiadomości, co decydowało o losie
    owego przeciwnika Hitlera."
    Miejscowi Niemcy prowadzili dokładny rejestr wszystkich tych, których uważali za
    niebezpiecznych dla niemczyzny.
    (...)
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 13.02.08, 22:21
    "Nie mogłem się zdecydować, jak ułożyć dalsze zycie rodzinie. Tymczasem Niemcy
    porozwieszali plakaty wzywające wszystkich uchodźców do powrotu do swych miejsc
    stałego zamieszkania, grożąc przy tym sankcjami karnymi w razie nie
    respektowania tego zarządzenia. Zdawałem sobie sprawę, ze mój powrót do Fordonu
    oznaczał śmierć albo co najmniej obóz koncentracyjny. Postanowiłem więc
    przejściowo żonę wraz z synami umieścić u teścia w Lidzbarku Welskim.
    Pojechaliśmy najpierw do Bydgoszczy. Podróż trwała około dwóch dni. Nie znałem
    jeszcze zmian, jakie zaszły na Pomorzu. Zdziwiły mnie niemieckie nazwy na
    dworcu, a w poczekalni po polsku mówiło się wyłącznie szeptem, natomiast po
    niemiecku głośno."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 13.02.08, 22:22
    "Po krótkim odpoczynku, mimo ostrzeżeń postanowiłem odwiedzić naczelnika urzędu
    pocztowego. Ten oczywiście nie powrócił na swoje stanowisko. W obawie przed
    aresztowaniem nie wychodził z mieszkania. Poradziłem mu, ażeby wyjechał na
    tereny Generalnej Guberni. W czasie naszej rozmowy odwiedził go mężczyzna w
    wieku około 50 lat, wynędzniały, w pomiętym ubraniu. Okazało się, ze był to
    kierownik jednej agencji pocztowej. Został tego dnia wypuszczony z więzienia i
    przyszedł do naczelnika. Uratowała go niemiecka książeczka wojskowa, wydana
    jeszcze podczas I wojny światowej, w której odnotowane zostały odznaczenia i
    stopień wojskowy. Opowiadał nam z przestrachem na twarzy o przepełnionych
    Polakami więżieniach, o wywożeniu aresztowanych w niewiadomym kierunku i o tym
    co działo się w Fordonie. Było to dla mnie jeszcze jedno ostrzeżenie i
    postanowiłem jak najprędzej opuścić Bydgoszcz."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 15.02.08, 20:07
    "Na ulicach panował słaby ruch. Wszyscy bali się aresztowań. Kończyły się one
    zazwyczaj rozstrzeliwaniami. Miał to byc odwet za 'krwawą niedzielę' nazywaną
    przez Niemców 'Blutsontag'. Dowiadywałem się jak to było naprawdę z 'krwawą
    niedzielą'. Już w nocy z soboty na niedzielę zorganizowana jednostka, składajaca
    się z miejscowych Niemców ostrzeliwała z karabinów maszynowych wycofujące się
    spod Koronowa wojska polskie, a w niedzielę przed południem, w czasie, gdy
    ludzie udawali się na nabożeństwo do kościoła, padły strzały. Nie chcąc dopuścić
    do paniki, a oto Niemcom chodziło, zebrała się grupa Polaków, którzy wchodzili
    do mieszkań, skąd padły strzały. Tam gdzie znaleziono broń, właściciele mieszkań
    zostali aresztowani. Tych aresztowanych była tylko garstka. Co się z nimi stało,
    trudno mi było dociec. Niemcy twierdzili, ze niektórzy zostali rozstrzelani w
    pobliskim lesie, na co jednak nie ma żadnych dowodów."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 15.02.08, 20:10
    "Tamten incydent został rozdmuchany przez Niemców do niebywałych rozmiarów.
    Pisząc o rzekomych morderstwach dokonanych przez Polaków na bezbronnej ludności
    cywilnej, chodziło im o to, aby ukryć swoje zbrodnicze czyny, a przedstawić
    Polaków jako tych, którzy naruszyli normy prawa międzynarodowego. Cześć
    społeczeństwa niemieckiego nawet w to uwierzyła. Toteż odwet za te rzekome
    zbrodnie po wkroczeniu wojsk niemieckich był straszny.
    Strzelano do ludzi wychylajacych się ze swych mieszkań jak do kaczek. Nikt z
    Polaków nie odważył się wychodzić na ulicę. Wywlekano ludzi z domów tak, jak
    wyprowadza się bydło na rzeź. Wystarczyło, ze Niemiec albo podający się za
    Niemca zadenuncjował fałszywie swego sąsiada jako tego, który w tę niedzielę
    miał wskazać domy, skąd padły strzały, to spotkała go śmierć. Nikt nie sprawdzał
    takich ostrzeżeń.
    Aresztowanych masowo wywożono kilka kilometrów za Fordon. Tam stawiano ich przed
    stosunkowo płytkimi rowami i rozstrzeliwano, a następnie, nie sprawdzając czy
    ktoś jeszcze żyje, zasypywano. Opisywali mi to juz po wojnie mieszkańcy
    Fordonu, którzy znali cały przebieg tych egzekucji od świadka. Groby były tak
    płytkie i tak napełnione, ze później w kilku miejscach wyłaniały się niektóre
    części ciała zamordowanych. Zdartą odzież oddawano do fabryki papieru do
    przetarcia."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 15.02.08, 21:01
    "Po jakimś czasie nastąpiło otrzeźwienie. Aresztowania i rozstrzeliwania nie
    były już tak masowe. Natomiast zaczęły sie wywózki do obozów koncentracyjnych.
    Największe nasilenie było wiosną 1940 roku. Potem część mieszkańców została
    wysiedlona. Jeden z takich transportów zatrzymał się w Skierniewicach. Byłem na
    dworcu, gdy wysiadali ze swoim skromnym dobytkiem, ale i byli tacy, którzy nic
    nie mieli ze sobą tylko to co na sobie. Ludność Skierniewic i okolicznych wiosek
    w miarę swych możliwości przyszła im z pomocą."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 16.02.08, 19:36
    "Po jakimś czasie nastąpiło otrzeźwienie. Aresztowania i rozstrzeliwania nie
    były już tak masowe. Natomiast zaczęły sie wywózki do obozów koncentracyjnych.
    Największe nasilenie było wiosną 1940 roku. Potem część mieszkańców została
    wysiedlona. Jeden z takich transportów zatrzymał się w Skierniewicach. Byłem na
    dworcu, gdy wysiadali ze swoim skromnym dobytkiem, ale i byli tacy, którzy nic
    nie mieli ze sobą tylko to co na sobie. Ludność Skierniewic i okolicznych wiosek
    w miarę swych możliwości przyszła im z pomocą."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 17.02.08, 16:00
    "Po kilkutygodniowej tułaczce sprowadziłem moją rodzinę do Skierniewic, gdzie
    wynająłem umeblowany pokój na poddaszu. W mieście tym mieszkałem przez całą
    wojnę, zarabiając na skromne utrzymanie jako pomocnik zegarmistrzowski.
    Naprawiałem parasole oraz pisałem po niemiecku podania i listy do obozów
    koncentracyjnych."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 18.02.08, 20:02
    "Nad naszą pracownią na poddaszu znajdowało się małe mieszkanie, w którym
    przechowywany był duży aparat radiowy marki "Telefunken". Tam o godz. 22.30
    słuchaliśmy polskich audycji nadawanych z Londynu, a kiedy przez pewien czas je
    zagłuszano, słuchałem juz sam tylko komunikatów nadawanych stamtąd w jezyku
    niemieckim. Byłem więc wszechstronnie informowany o sytuacji na świecie i miałem
    najnowsze wiadomości z pierwszego źródła.
    Dużą sensacje wywołała wiadomość, którą chyba pierwszy usłyszałem, o ucieczce
    zastępcy Hitlera, Hessa do Anglii. Nie wszyscy, którym to opowiadałem uwierzyli.
    W ten sposób nasza pracownia stała się punktem informacyjnym. Miałem dużą mapę
    świata i za jej pomocą śledziliśmy przebieg walk frontowych."
    (...)
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 20.02.08, 20:38
    W pierwszym okresie wojny komendantem żandarmerii w randze kapitana był w
    Skierniewicach Austriak. Długo nie był na tym stanowisku ponieważ często
    przychodził do naszego zakładu zegarmistrzowskiego i się żalił, ze u nas
    przynajmniej wszystko można handlować, ze sobie jakoś radzimy , tymczasem jego
    żona z dziećmi we Wiedniu nie mają co jeść. Chyba nie czuł się w towarzystwie
    niemieckim dobrze i go usunęli dając na to miejsce innego, który bardziej się
    dawał we znaki Polakom.
    W związku z tym przypomina mi się inny wiedeńczyk, który też się zjawiał u nas.
    Był to człowiek w średnim wieku i najczęściej przychodził z buteleczką po
    zamknięciu zakładu. Rozmawialiśmy, a potem zaśpiewał nam rzewnym glosem kilka
    walczyków straussowskich. Przypomniało mu się miasto rodzinne, o ktorym nam
    opowiadał. Był to czlowiek w niemieckim mundurze, a moze ten mundur zalożył
    wbrew woli ? Może był nawet przeciwnikiem Hitlera ?
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 21.02.08, 21:06
    Po klęsce Francji, kiedy już wiadomo było , ze wojna potrwa dłużej, zaistniała
    między ludzmi osobliwa solidarność. Dla przykładu podam przypadek jaki sie
    zdarzył na stacji kolejowej Rogowo, między Skierniewicami a Koluszkami, gdzie
    odbywał się jarmark. Jechało pociągiem masa ludzi obładowani tobołami i
    paczkami, wszak handlowali wszyscy. Wiedząc o jarmarku urzędnicy Arbeitsmtu
    urządzili połów ludzi do pracy w Rzeszy. Czekali więc żandarmi na dworcu w
    Rogowie. Kiedy pociag nadjechał, jak bardzo się zdziwili, bo wagony były puste.
    Okazało się, ze maszynista pociągu dowiedział się wcześniej o łapance i
    zatrzymał pociąg przed stacją, a pasażerowie wysiedli i udali się piechtą na
    jarmark. Tak się nawet złożyło, ze i ja jechałem tym pociagiem do Piotrkowa.

    Drugim objawem samoobrony Polaków był preceder z węglem, bo władze niemieckie
    nie przydzielały Polakom węgiel na opał. Częściowo pomagali pracownicy
    nadleśnictwa, a potem kolejarze, którzy przewozili węgiel w dużych torbach, a
    potem zatrzymywali się w wyznaczonym miejscu skąd wegiel odbierali handlarze węglem.
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 22.02.08, 20:59
    Kilka zdań musze poświęcić batalionowi karnemu, jaki stacjonował w
    Skierniewicach przed głównymi koszarami przy ulicy Batorego po prawej stronie.
    Przebywali tam żołnierze skazani wyrokami sądowymi na karę więzienia. Miedzy
    nimi byli lekarze, ksieża i kiedyś przechodząc nagle jeden zaczął wołać - Panie,
    ja jestem z Lidzbarka Welskiego, a pan tam dawniej na poczcie pracował.
    Zatrzymałem się i powiedziałem , by wpadł do zakładu zegarmistrzowskiego. Zjawił
    się i opowiedział mi o szykanach, jakie ich spotykają w batalionie. Odsiadywał
    wyrok za nielegalny handel.
    Pewnego dnia zgłosił się do nas z zegarkiem młody człowiek, któremu drgały ręce.
    Opowiedział mi, że zaaresztowali go we wsi za współpracę z patryzantami i musiał
    pod lasem kopać własny grób, nie wytrzymał i zemdlał. Kiedy otworzył oczy,
    zobaczył swojego sąsiada, który dowiedziawszy się o pomyłce, zdążył sprawę
    wyjaśnić. Drgawki pozostały.
    Moja żona wychodząc z domu natknęła się na straszny widok, dziesięciu mężczyzn
    wisiało na specjalnie ustawionych słupach w centrum rynku. Ta publiczna
    egzekucja miała być przestrogą dla Polaków, bo niedaleko Skierniewic wykoleił
    się pociąg.
    Nie bedę dalej wymieniać tych wszystkich strasznych sytuacji, bo to wszystko
    dokładnie opisane jest w pamiętniku Frenszkowskiego, ale tylko wyrywkowo cytuję
    przeżycia wojenne w Skierniewicach.
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 23.02.08, 22:53
    "Osobnym działem w moim pamiętniku są obozy koncentracyjne. Nie będę pisał
    szczegółów, bo prawda o nich jest powszechnie znana od więźniów.
    Jednak przypomnieć chcę bestialskie metody, jakie stosowano w obozie
    koncentracyjnym w Stutthofie koło Gdańska, tym wszystkim spośród Niemców i
    zgermanizowanych Polaków, którzy z pewnym niedowierzaniem przyjmują relację o
    obozach koncentracyjnych, tym wszystkim, u których pamięć o tym już się zaciera,
    jak i młodszym, których wtedy jeszcze nie było. O tym zapomnieć nie wolno, aby
    nie dopuścić w przyszłości do takiego podeptania i splugawienia godności
    ludzkiej i zdobyczy cywylizacji.
    W Stutthofie przebywał dwa lata mój kuzyn, który ze wszystkimi szczegółami
    opowiadał mi swoje przeżycia. Niektóre momenty wydają się w swej potworności
    przewyższać wszystko, co najbardziej zbrodnicze i sadystyczne instynkty
    kiedykolwiek w przeszłości zdolne były wymyśleć.
    (Cały opis życia w Stutthofie zamieszcza Frenszkowski w swojej książce
    "Pamiętnik Warmiaka")
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 24.02.08, 22:37
    "W obozie w Działdowie stosowano jeszcze bardziej wyrafinowane metody tortur.
    Tam kazano okładać się wzajemnie, a kto bił lekko otrzymywał nie tylko swoją,
    lecz jeszcze dodatkową porcję batów, wymierzoną nie przez współwięźnia, lecz
    mocną ręką esesmana. Też tam był mój inny kuzyn.
    Kończę na tym, bo chyba kilka tych faktów z życia obozowego dostatecznie
    wykazuje, do czego doprowadzić może upodlenie i zezwierzęcenie ludzi i to w
    wieku, kiedy cywilizacja i postęp szybkimi krokami zbliżały się do szczytu. Te
    obozy cierpień i zdeptania ludzkiej godności stanowiły w XX wieku największą
    plamę na cywilizowanym świecie.
    Poprzestając na tym krótkim opisie trzeba dodać co się działo w sercach rodzin
    uwięzionych w obozach. Byłem świadkiem tragedii ludzkich, kiedy pisałem listy w
    jezyku niemieckim do więźniów obozów koncentracyjnych i tłumaczyć musiałem, w
    obecności matki, żony, dzieci telegramy lub listy zawierające tę gorzką prawdę.
    Trudno mi juz dziś ustalić, ile listów wyszło do obozów, pisanych moją ręką. W
    każdym razie na pewno było ich ponad tysiąc."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 25.02.08, 20:21
    Tero woma poziem , co ni bande w szczegółach psisać, bo łopisów zycia wojennego
    je gwołt, a sia zajme wyzwoleniem Uolstina.
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 26.02.08, 20:48
    "Tymczasem nadchodziły wieści o zbliżaniu się wojsk radzieckich. Komunikaty
    niemieckie mówiły skąpo i mętnie o wycofywaniu się ich wojsk. Natomiast
    komunikaty Związku Radzieckiego i Londynu głosiły o zwycięskim i szybkim
    przesuwaniu się Armii Czerwonej w kierunku zachodnim. Tak nadszedł dzień
    wyzwolenia. Wstałem wcześnie by być naocznym świadkiem. Z dnia na dzień coraz
    więcej wojska, armat, samochodów przesuwało się przez ulice miasta. Równocześnie
    odbywał się zwycięski marsz w głąb Prus Wschodnich. Zajęty został Olsztyn i
    przez szybkie przerzucenie wojska w kierunku Elbląga, odcięta została reszta tej
    ziemi. Wyzwolona została również Bydgoszcz. Wówczas postanowiłem wrócić do
    Fordonu, z powziętym już zamiarem wyjazdu do Olsztyna."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 27.02.08, 21:31
    Zostawiając jeszcze rodzinę w Skierniewicach udałem się z grupką osób do
    Bydgoszczy, dokładnie do Fordonu, gdzie niektórzy mieli mnie już za umarłego.
    Wojna się jeszcze nie skończyła. Wojska radzieckie posuwały się stale naprzód i
    zbliżały się do Gdańska.
    Nie chciałem na dobre zadomowić się w Fordonie, bo myślami byłem już na Warmii.
    Dlatego zwróciłem się do dyrektora Dyrekcji Okręgu Poczt i Telegrafów z prośbą o
    przeniesienie mnie do Olsztyna. Po dość uciążliwej podróży, 4 kwietnia 1945 roku
    około godziny 16.00 zjechałem do Olsztyna, znanego mi z najmłodszych lat.
    I to bedzie rozdział, którym się dokładnie zajmiemy.
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 28.02.08, 20:16
    "Niecierpliwie już za Naterkami, wyglądałem w kierunku Olsztyna. Początkowo
    zasłaniał mi go las, dalej były pola, poza nimi wyłaniały się nietknięte przez
    wojnę wieże Olsztyna za połyskującymi tak z jednej jak i z drugiej strony tak
    dobrze mi znanymi jeziorami: z jednak Kortowskie, a z drugiej Krzywe i dalej Długie.
    Jeszcze na Dworcu Zachodnim z bijącym sercem obserwowałem dobrze widoczną stąd
    panoramę miasta.
    Z daleka nie można było dobrze rozpoznać rozmiarów zniszczenia. Wydawały się
    mniejsze niż w rzeczywistości. Takie same wrażenie odniosłem, kiedy wyszedłem na
    Bahnhofstrasse (Partyzantów), a następnie na Kaiserstrasse (Dąbrowszczaków),
    uchodzącą dawniej za jedną z najpiękniejszych ulic.
    Obraz ten zmienił się, gdy....
    cdn
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 29.02.08, 21:01
    "Obraz ten zmienił się, gdy dochodziłem do końca ulicy. Tam naprzeciwko budynku,
    w którym mieszczą się obecnie Sądy Wojewódzki i Powiatowy, jedna z najlepszych
    kawiarni w mieście, w której, w czasie, kiedy mieszkałem w Olsztynie,
    niejednokrotnie przesiadywałem, leżała w gruzach, a dalej na rogu, w pobliżu
    dawnego kina, sterczały resztki murów największego hotelu "Deutsches Haus".
    Naprzeciwko zaś, gdzie obecnie znajduje się Powszechny Dom Towarowy i gdzie
    stało szereg kilkupiętrowych budynków, nie było jednego całego domu. W jednym z
    tych budynków mieścił się dawniej najpiękniejszy bank w Olsztynie."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 01.03.08, 21:28
    "Wchodząc na obecne skrzyżowanie, obok nowego ratusza, w dalszym ciągu wśród
    głuchej ciszy zerknąłem w lewo w stronę budynku pocztowego, mego przyszłego
    miejsca pracy. Był cały i nienaruszony, ale i tam, gdzie o tej porze był duży
    ruch tak w jednym jak i w drugim kierunku, nie było żywej istoty. Piszę tu nie o
    ludziach, lecz o istotach, bo faktycznie, nie było żywego stworzenia, ani kota,
    ani psa, ani żadnego głosu, który by oznajmił, ze coś tu jeszcze żyje. Nawet
    ptaki, jakby sie gdzieś pochowały, nie dając żadnego znaku życia. Nagle ciszę tą
    przerwał jakiś łomot, jakby dla oznajmienia, ze wchodzę w stronę ruin,
    przewróciła się bowiem ściana muru wypalonego budynku naprzeciwko ratusza.
    Wspaniały gmach naprzeciwko głównego wejścia do nowego ratusza, w którym mieścił
    się automat, wydający po wrzuceniu monety, żądane potrawy i napoje, leżał w
    gruzach."
    Poszedłem dalej....
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 02.03.08, 20:51
    No i jek, yśta kokanti z tygo łopisu Uolstina ? Bandzie escze wziancej.
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 03.03.08, 21:01
    "Poszedłem dalej w stronę Starego Rynku. Wszędzie ten sam obraz. Tylko tu i
    ówdzie pozostał cały dom. Po prawej stronie Górnej Bramy w bocznej ulicy, gdzie
    była jedna z największych restauracji z kabaretem, duże sklepy i kino, nie
    zachował się ani jeden dom. Tak samo było na Starym Rynku, gdzie tylko prawa
    jego strona z podcieniami, z wyjątkiem pierwszego domu i kilku domów po bocznych
    stronach ocalało.
    Następnie skręciłem w ulicę Górnokościelną (obecnie św.Barbary), gdzie wśród
    ruin dumnie sterczała wieża kościoła ś. Jakuba. Przechodząc obok niego w
    kierunku bocznego wejscia, które było zamknięte, natknąłem się na krzyż misyjny
    z napisem na przedniej jego stronie w jezyku niemieckim, podającym datę odbytych
    w tym kościele misji. Na lewym boku zaś zauważyłem pierwszy i jak się później
    okazało jedyny w tym mieście polski napis: "Zdrowaś Mario", który przetrwał do
    chwili wyzwolenia. Postument, jak też i krzyż został po wojnie odmalowanym przy
    czym zamalowano też polski napis, a niemiecki na przedniej stronie zastąpiono
    polskim.
    (Do czerwca 1939r na tym misyjnym krzyżu znajdował się polski napis: "Ratuj
    swoją duszę").
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 04.03.08, 21:15
    "Ulice miasta były zupełnie wyludnione, bo po godzinie 16.00 nie wolno było
    wychodzić z domów. Ja jednak raz tylko zostałem zatrzymany przez patrol
    żołnierzy radzieckich, którzy po wylegitymowaniu się puścili mnie w dalszą
    drogę. Przemierzałem więc sam te ulice, tętniące dawniej pełnią życia. Pusta i
    dławiąca cisza, oto przywitanie moje z miastem, które znałem z dzieciństwa i w
    którym spędziłam kilka lat mej młodości, a potem po plebiscycie musiałem się z
    nim rozstać.
    Idąc opustoszałymi ulicami, doszedłem do gmachu pocztowego. Chciałem tam wejść,
    ale nie zostałem jednak przez strażnika wpuszczony. Tymczasem wieczór się
    zbliżał i trzeba było szukać jakiegoś schronienia. Udałem się dzisiejszą ulicą
    Pieniężnego w kierunku ratusza. Tam zauważyłem przy bocznym wejściu chorągiew
    polską, pierwszą w tym mieście. Z myślą, że może znajdę kogoś z Polaków,
    postanowiłem tam wejść. Przypadek sprawił, że z chwilą, że wyszła stamtąd
    pierwsza napotkana w Olsztynie cywilna osoba. Był to człowiek z opaską
    biało-czerwoną na lewym ramieniu, który należał do pierwszej ekipy urzędników
    województwa, jaka w bardzo małej jeszcze liczbie przybyła do Olsztyna. Zajął już
    mieszkanie w całkowicie opuszczonym budynku przed tunelem i tam mnie poprosił na
    nocleg. Dziwnym trafem pierwszą noc mego pobytu w Olsztynie spędziłem więc obok
    miejsca, w którym po plebiscycie zostałem napadnięty. Przyjął mnie bardzo
    gościnnie, urządził miejsce na nocleg i poczęstował kolacją, składajacą się z
    ryby i razowego chleba, jakby dla zaakcentowania, ze znajduję się w Krainie
    Tysiąca Jezior."
    cdn
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 05.03.08, 21:15
    "Następnego dnia odnalazłem pracowników poczty. Przystąpiliśmy natychmiast do
    pracy w urzędzie pocztowym, rozpoczynając ją od sprzątania grubej warstwy śmieci
    i różnych porozrzuconych przedmiotów. Z pomocą przyszli nam Warmiacy z byłej
    poczty niemieckiej oraz kilka kobiet, którym wystawiło się odpowiednie
    zaświadczenia w jezyku polskim i rosyjskim, co upoważniało je do korzystania z
    naszej ogólnej oraz jedynej w Olsztynie stołówki i przydziału wyznaczonej ilości
    chleba razowego, co w pierwszym okresie, dopóki nie została uregulowana sprawa
    pensji, było jedynym naszym wynagrodzeniem.
    Więcej jak skromne było to pierwsze nasze wyżywienie. Składało się przeważnie z
    ziemniaków i zupy mącznej ugotowanej z czarnej mąki na wodzie bez mleka
    oczywiście. Wielkim urozmaiceniem były w naszym menu obiadowym śledzie. Ktoś
    bowiem znalazł kilka beczek śledzi, które zasiliły zapasy naszej spiżarni
    stołówkowej."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 06.03.08, 20:45
    "Pierwszym Warmiakiem, który się do mnie zgłosił do pracy był stary emerytowany
    pracownik poczty niemieckiej, znający mnie jeszcze jako dziecko. Przypomniał mi
    się w dialekcie warmińskim, ze był listonoszem w Tuławkach, mojej rodzinnej
    wiosce, kiedy jeszcze chodziłem do szkoły. Znał dobrze moją rodzinę. W ten
    sposób uzyskałem pierwsze wiadomosci ze stron rodzinnych. Przyjeliśmy go
    oczywiście, by na początek zapewnić mu chociaż skromne wyżywienie i pracował
    dopóki go śmierć nie wyrwała z naszych szeregów. Zatrudnieni przeze mnie byli
    pracownicy poczty niemieckiej oprowadzali mnie po różnych działach. Archiwum z
    aktami personalnymi znajdowało się w piwnicach. Zawartość ich stanowiła
    tajemnicę i wcześniej nikt tam nie zaglądał. Przeglądaliśmy akta. Moich akt
    wśród zapchanych półek juz nie odnalazłem, natomiast niektórzy z byłych
    pracowników poczty niemieckiej mogli swoje teczki odnaleźć. Jeden z nich z
    wielkim triumfem pokazał mi kartkę z notatką 'politisch umzuverlassig'
    (politycznie niepewny), którą odnalazł w swoich aktach."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 07.03.08, 21:50
    "Przypadek chciał, że zaraz w pierwszych dniach mego pobytu w Olsztynie
    spotkałem się dwiema osobami, pochodzącymi z mojej wioski i znającymi mnie od
    dzieciństwa.
    10 kwietnia przyjechała do Olsztyna samochodem ciężarowym pierwsza ekipa
    pocztowców i można było uruchomić urząd pocztowy. Przygotowana została chorągiew
    polska, która zawisnąć miała na budynku w dniu otwarcia urzędu. Duże trudności
    mieliśmy z usunięciem napisu "Deutsche Reichspost", umieszczonego pod samym
    dachem, składajacym się z dużych liter z blachy, przymocowanych długim prętem do
    muru. Dostać się tam można było tylko za pomocą długiej drabiny strażackiej,
    którą po pewnych poszukiwaniach znaleźliśmy. W końcu napis udało nam się usunąć.
    Druga trudność to brak datownika, a chodziło nam o to, zeby pierwsze listy
    wychodzące z Olsztyna miały już polską nazwę urzędu. Zaradziliśmy temu w ten
    sposób, ze do chwili przerobienia poniemieckich datowników na polskie,
    kasowaliśmy znaczki na przesyłkach listowych podłużnym stemplem z napisem
    "Olsztyn" (bez daty, którą odręcznie wypisywaliśmy na znaczku), złożonym z liter
    drukarki ręcznej, znalezionej w jednej z szuflad."

    No to gratka je dla kolekcjonerów znaczków smile
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 16.03.08, 13:09
    "Duże przezycie stanowił w moim życiu dzień 13 kwietnia 1945 roku, w którym to
    dniu nastąpiło otwarcie głównej poczty, a chorągiew polska po tylu latach
    niemieckiego panowania na nowo tam załopotała, zwiastując wszystkim, że
    odwróciła się karta historii i przywróciła Polsce ziemię warmińską, zdradziecko
    zrabowaną w czasie pierwszego rozbioru Polski.
    Uruchomiliśmy jedno okienko nadawcze, z tym, że na razie sprzedawaliśmy tylko
    znaczki i przyjmowaliśmy listy przeznaczone do dalszej przesyłki. Przyjęte listy
    wysyłane były różnymi okazjami do Warszawy do czasu uruchomienia komunikacji
    lotniczej Warszawa - Olsztyn - Gdańsk, co nastąpiło w maju 1945r"
    ----
    Czyli była uruchomiona komunikacja lotnicza. Ciekawe dlaczego przez tyle lat nie
    przystąpiono do rozwoju tego lotniska i uruchomieniu lini lotniczych dla ludzi ?
    Zaniedbanie tej inwestycji, tak bardzo ważnej, chyba niekorzystnie wpłynęło na
    rozwój tego regionu.
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 25.03.08, 20:44
    "Długo trzeba było czekać na pierwsze listy z innych terenów Polski, o które tak
    się dopytywali ówcześni mieszkańcy Olsztyna. Pierwsze z nich nadeszły też
    dopiero w maju.
    Zaraz w pierwszych dniach po moim przybyciu do Olsztyna postanowiłem odwiedzić
    mój dom rodzinny. Droga prowadząca przez obecną ulicę Jagiellońską, Wadąg, Słupy
    i Gady, jakze dobrze mi znana z czasów dzieciństwa, kiedy krótko mieszkałem w
    Olsztynie, wtedy przemierzałem ją wielokrotnie. Z tęsknotą w sercu i w
    niepewności, jak i kogo tam zastanę z rodziny, udałem się do Tuławek wczesnym
    rankiem 6 kwietnia. Droga była ta sama, tyle, że pokryta asfaltem, otoczenie
    jednak zupełnie inne.
    I tu były te same ślady wojny. Wszędzie była pustka. Aż do wioski Gady nie
    napotkałem człowieka. Przy drodze leżały porozrzucane resztki odzieży, pierzyn,
    sprzętu domowego, a tu i ówdzie, będące w rozkładzie, nieżywe konie. Zaraz za
    Wadągiem na środku drogi leżał nieżywy pies. I jego wojna nie ominęła.
    Wszytko to jakby oznaczało drogę cierpień uciekających w pośpiechu zalęknionych
    ludzi. Po rowach i polach walały się hełmy stalowe, porozrzucane naboje i
    pociski. Niektóre hełmy zaznaczone były dziurami od kul karabinowych."
    cdn
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 26.03.08, 20:57
    Przed Gadami napotkałem na pierwsze czołgi, samochody pancerne i kilka dział
    przeciwpancernych porzuconych przez cofające się wojska niemieckie. Świadczyły
    one o walkach tu stoczonych. W jednym ze stawów w samym środku sterczała kopuła
    czołgu tam zatopionego. Prawdopodobnie załoga nie zauważyła zamarznietego i
    zasypanego śniegiem stawu, a lód nie wytrzymał takiego ciężaru. Inny czołg
    prawie przemierzył staw, ale nie był w stanie pokonać wielkiego brzegu. W
    okolicach Gadów i Tuławek naliczyłem siedem niemieckich czołgów. Musieli Niemcy
    w tym miejscu stawić opór nacierającym od strony Barczewa radzieckim wojskom.
    Potwierdzały to też pojedyncze i zbiorowe mogiły żołnierskie."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 27.03.08, 21:42
    "Pod wrażeniem takiej przebytej drogi dotarłem do sąsiadującej z Tuławkami
    wioski Gady. Tam przybiegło do mnie na spotkanie kilka kobiet i dzieci. Nie
    takiego przywitania z ziemią rodzinną się spodziewałem. W całej wiosce nie było
    ani jednego mężczyzny w wieku do 60 lat, tylko kobiety, dzieci i starcy. Pełne
    troski o los swych mężów, synów i braci przedstawiały mi swój smutny los,
    szukając wsparcia i pociechy, ale w czym im wtedy mogłem pomóc !
    Tak zbliżałem się pełen lęku w sercu do miejsca, gdzie się urodziłem i gdzie
    spędziłem młodość."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 28.03.08, 20:51
    "Najpierw ujrzałem las, a potem wyłaniające się za pagórkiem zabudowania. Były
    całe, tylko w budynku gospodarczym znajdowała się dziura od pocisku. Wszystko
    wyglądało jak dawniej, te same budynki, ten sam sad. Dopiero gdy wszedłem do
    ogrodu, a potem na podwórze uprzytomniłem sobie, że nie tak byłem tutaj witany.
    Jakaś grobowa cisza tam panowała. Nie było szczekania psa, nie było gdakania
    kur, ryku bydła. Wszytko jakby zamarło w bezruchu. Wchodząc do małego
    przedsionka, zauważyłem osamotnionego kota. Było to jedyne zwierze domowe, które
    ocalało w tym gospodarstwie."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 29.03.08, 20:51
    Myślałem już, że nikogo nie zastanę, bo ani nikt nie wyszedł na moje spotkanie,
    ani też nie słyszałem żadnego głosu wewnątrz. W takiej niepewności przekroczyłem
    próg odzielający przedsionek od pokoju, który w latach dziecinnych był naszą
    sypialnią. Nikt mnie nie przywitał, bo dla tych, których tam zastałem byłem już
    człowiekiem nieznanym. Siedziało bowiem przy stoliku sześcioro przestraszonych
    dzieci w wieku od 2 do 11 lat, które mnie nie znały. Musiałem im dopiero
    tłumaczyć kim jestem. Wówczas starsze z nich sobie przypominały, że o mnie
    słyszały. Zostawiłem je tymczasem same, aby pójść po swoją siostrę, której
    chwilowo nie było w domu. Zaznaczam, że były to dzieci mego brata, który był
    wdowcem i zginął podczas działań wojennych, tak samo jak dwaj nasi pozostali bracia.
    Taki był mój powrót do domu rodzinnego, po latach oczekiwania na tę chwilę,
    która miała być jedną z najradośniejszych w moim życiu. Spełniły się przecież
    moje marzenia o powrocie Warmii do Polski, ale tę radość zniweczyła wojna, która
    spowodowała tu wielkie zniszczenia."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 30.03.08, 12:24
    Zaraz w pierwszych dniach mego pobytu w Olsztynie wybrałem się na spacer po
    mieście, aby zwiedzić stare kąty i stwierdzić, jakie są rozmiary zniszczeń.
    Część domów była zupełnie wyludniona. Najbardziej ucierpiały dzisiejsze ulice:
    Wojska Polskiego, Grunwaldzka, Staromiejska, Zwyciestwa (Piłsudzkiego) i
    Niepodległosci oraz Kosciuszki od Hotelu Warmińskiego w stronę Alei
    Niepodległości. Poza tym, o czym już napisałem, ulica 22 Lipca (teraz 11
    Listopada) i Stary Rynek. Wspominam o tym dlatego, ze na miejscach dawnych ruin
    postawiono nowe domy lub urządzone zostały zieleńce, a tych którzy pamiętają
    Olsztyn z pierwszych dni po wojnie wciąż ubywa. Zresztą rozbudowa Olsztyna
    postępuje w tak szybkim tempie, ze powstało już szereg nowych budynków na
    placach i terenach niezabudowanych."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 31.03.08, 21:26
    "Odwiedziłem przy tym miejsce mego zamieszkania w pierwszych latach po pierwszej
    wojnie światowej przy obecnej ulicy Warszawskiej 2. Dom był wprawdzie cały, ale
    i tam zastałem głuchą pustkę.
    Idąc następnie po prawej stronie, zauważyłem otwarte na oścież drzwi na
    parterze, z których dochodziła mnie dziwna, nieznana mi dotychczas, woń.
    Wszedłem do środka i tu przedstawił mi się obraz pełen zgrozy i niedoli
    ludzkiej. Zastałem bowiem na łóżku nieżyjącą już kobietę w pierwszym stadium
    rozkładu, leżąca tam bez przykrycia, w płaszczu. Obok łóżka był tłumok jeszcze
    nie rozwiązany. Wynikało z tego, że kobieta ta wróciła zupełnie wyczerpana z
    ucieczki, położyła się do łóżka i zasnęła w nim na zawsze.

    Przygnębiające wrażenie wywarła na mnie ta wędrówka po mieście. Niezależnie od
    łez i cierpień ludzkich w gruzach legł dorobek wielu pokoleń."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 01.04.08, 20:28
    Ciekawe te wspomnienia o Olsztynie. Tero dali je tak:

    "Również początki nie były dla mnie łatwym okresem. Poza w urzędzie pocztowym,
    gdzie byłem naczelnikiem, odwiedzali mnie mniejscowi Warmiacy w różnych
    sprawach. Chodziło o wystawienie im zaświadczenia o polskim pochodzeniu, także
    prosili o podjęcie starań w sprawach mieszkaniowych, zwrotu gospodarstw rolnych,
    przyznaniu kredytów na zakup inwentarza żywego. Niewiele pozostało mi czasu na
    sprawy osobiste i rodzinne."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 01.04.08, 20:29
    "Szczególnie dużo trudności nastręczało osadnictwo na wsi. W pierwszym okresie
    kwitło tak zwane dzikie zasiedlanie, kiedy to niektórzy osadnicy, pomijając
    urzędy ziemskie zajmowali gospodarstwa zajęte przez prawowitych gospodarzy. Przy
    tym były przypadki, że urząd ziemski, nie orientując się jeszcze dostatecznie w
    sytuacji, szczególnie, jeśli chodzi o tereny zamieszkałe przez ludność warmińską
    i mazurską, wydawał zgłaszającym się osadnikom pisma o zajęcie gospodarstwa, na
    którym znajdował się gospodarz lub jego rodzina. Pełni obaw o swoją posiadłość
    zwracali się wówczas do mnie, a ja musiałem interweniować, przy tym,
    natrafiając, co muszę tu zaznaczyć, na pełne zrozumienie tak ze strony
    kierownika, jak i urzędników urzędu ziemskiego."

    Szkoda, że Frankowski nie dopowiedział wszystkiego, szkoda, ze już z nim nie
    można podyskutować, szkoda, bo jeśli tak pięknie zaznacza 'natrafiając, co muszę
    tu zaznaczyć, na pełne zrozumienie tak ze strony kierownika, jak i urzędników
    urzędu ziemskiego'- to dlaczego druk pamiętnika czekał aż tyle lat ?
    Czy musiał to zaznaczyć ? Pewnie musiał. Wiele się musiało w tamtych czasach.
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 02.04.08, 20:07
    "Szczegółowo przy mapie objaśniałem ówczesne zaludnienie wsi przez ludnośc
    miejscową, zwracając uwagę na kierowanie osadników przede wszystkim na tereny
    północne, które były najbardziej wyludnione. Ci, którym wydane zostały pisma o
    zajeciu gospodarstw nieopuszczonych musieli je po mojej interewencji zwrócić i
    otrzymali w to miejsce inne, faktycznie opuszczone gospodarstwa.
    Sytuacja znacznie się poprawiła, kiedy urząd ziemski sporządził ewidencję
    gospodarstw opuszczonych. Tu wprawdzie później wywiązały się też pewne
    trudności, wymagające moich zabiegów. Zdarzały wypadki, że właściciel lub
    członek jego rodziny po pewnym czasie powracał na gospodarkę już zajętą przez
    osadnika. Wówczas osadnik musiał, nieraz może z pewną krzywdą dla niego, je
    opuścić, otrzymując w zamian inne gospodarstwo."

    Poczkajta, coraz ciekawszy będzie opis tych czasów.
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 03.04.08, 21:57
    "Między innymi zgłosiła sie do mnie z prośbą o pomoc córka polskiego działacza
    plebiscytowego, nazywanego "królem polskim", którego pozbawiono gospodarstwa.
    Najpierw u niego pojawił się osadnik, aby obejrzeć gospodarstwo, potem,
    wprowadzając w błąd urząd ziemski, uzyskał skierowanie na to gospodarstwo. Zajął
    pokoje w domu mieszkalnym. W tym wypadku moja interwencja miała trochę odmienny
    charakter, bo wyzyskując fakt, że chodzi o córkę działacza polskiego, chciałem
    przez to zwrócić uwagę odnośnym urzędom, jaką krzywdę można uczynić zasłużonemu
    człowiekowi, jeśli w dalszym ciągu wydawać się będzie pochopnie skierowania bez
    sprawdzenia do kogo należy to gospodarstwo i czy ono nie jest zasiedlone."
    cdn
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 03.04.08, 22:03
    "W urzędzie ziemskim przedstawiłem córkę polskiego działacza, co wywołało
    oczywiście ogromne zdumienie i zakrawało na żart, bo skąd się tu na Warmii mogła
    wziąść córka "króla polskiego", a o tym, że w czasie plebiscytu Niemcy takie
    miano nadawali działaczom polskim, nikt z przybyłych nie wiedział. Musiałem
    wobec tego wytłumaczyć pochodzenie tego tytułu, dodając, ze taką oto osobę
    chcieli wysadzić z własnej posiadłości."

    Ja myślę, że tu musiała być dobra awanturka, tylko Frenszkowski z grzecznosci
    tego całkowicie nie opisał.
    Dalej pisze tak:

    "Trochę nieprzyjemnie im się zrobiło i tłumaczyli się, ze zostali wprowadzeni w
    błąd przez osadnika, któremu przydział natychmiast cofnięto i ze w przyszłości
    sprawa wolnych gospodarstw rolnych zostanie przez nich uregulowana, co też
    wkrótce faktycznie nastąpiło."
    ?
    Tak stopniowo sprawy osadnictwa uległy poprawie ponoć.
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 04.04.08, 20:09
    "Pewnym słabym punktem w tej pracy było jeszcze oddawanie gospodarstw, w
    niektórych wypadkach, w niewłaściwe ręce, a więc osobom bez kwalifikacji rolnych
    oraz różnym kombinatorom, którzy mysleli tu ciągnąć tylko zyski bez wkładu
    własnej pracy. Ci jednak z biegiem czasu się wykruszyli.
    Jak historia wykazuje, następstwem wojen były często różne choroby i epidemie.
    Podobnie było po tej wojnie. W zastraszający sposób szerzyły się różne choroby,
    a szczególnie świerzb i dur brzuszny. Zachodziły też przypadki rozszerzania się
    chorób wenerycznych. Najgroźniejszą chorobą był dur brzuszny, który pociągnął za
    sobą wiele ofiar i nabrałyby jeszcze wiekszych rozmiarów, gdyby od razu po
    zakończeniu wojny nie stosowano szczepionki, dostarczonej przez władze
    radzieckie. Szpitale były przepełnione, a pesronel lekarski, jak i pomocniczy,
    był bardzo szczupły. Tylko dzieki ofiarnej pracy lekarzy, mimo braku
    podstawowych urządzeń sanitarnych i często odpowiednich środków leczniczych,
    udało się zahamować tę groźną epidemię i zredukować ilość śmiertelnych
    przypadków do minimum."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 05.04.08, 21:31
    "Jedynym z warunków wstrzymania chorób zakaźnych, a zwłaszcza duru brzusznego,
    było stworzenie normalnych stosunkowo warunków higienicznych tak osobistych, jak
    i w ogóle przez poprawę stanu sanitarnego w mieście. Nieczynna bowiem była
    kanalizacja i wodociągi. Poza tym zwalone domy były pełne rozkładających się
    śmieci. W kilku przypadkach znaleziono też rozkładające się zwłoki ludzkie. Dużo
    namnożyło się szczurów. Wodę do spożycia czerpano wprost z zanieczyszczonej Łyny.
    Tu nadmienić trzeba, ze pomimo braku odpowiednich urządzeń warsztatowych, jak i
    mechanicznych, oraz materiałów, dzięki ofiarnej i pełnej zapału pracy pierwszych
    fachowców, którzy się na tych terenach zjawili, w stosunkowo krótkim czasie
    uporano się z robotami. Największe znaczenie miała tu woda, którą najpierw
    doprowadzono do jednego wspólnego zbiornika, a później już stosunkowo do
    poszczególnych domów."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 06.04.08, 19:42
    "Drugą klęską był brak podstawowych środków spożywczych, zwłaszcza na wsi. W
    mieście były przydziały i artykuły spożywcze przywożone były z centralnej
    Polski. We wsiach w dostatecznych ilościach było zboże i ziemniaki. Nie były
    czynne jednak młyny. Z powodu braku mleka dzieci były niedożywione. Trudną
    sytuację na wsi omawialismy na jednym z zebrań Komitetu Narodowościowego na
    powiat olsztyński, któremu przewodniczył pierwszy inspektor szkolny Brunon Boehm
    (w latach międzywojennych nauczał we wsi Prusy k.Działdowa). Przyszło mi pełnić
    obowiązki sekretarza tego komitetu."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 07.04.08, 20:16
    "W opracowanym przez komitet materiale przedstawiliśmy stan sanitarny, zdrowotny
    ludności miejscowego pochodzenia własnie w powiecie olsztyńskim, zalecając pomoc
    w poprawie tego stanu. Na zebraniach tego komitetu rozpatrywane były przede
    wszystkim wnioski o uznanie pochodzenia polskiego, sporządzone na specjalnych
    formularzach do rozporządzenia o weryfikacji ludności autochtonicznej. Była to
    jednak tylko formalność, bo wszystkie wnioski, które do nas napłynęły, a było
    ich stosunkowo dużo, zostały przez nas zaakceptowane i podpisane. Wychodziliśmy
    bowiem z tego założenia, że wystosowanie wniosku o potwierdzenie pochodzenia
    polskiego bez względu na to, czy dana osoba znała język polski, czy nie, tym
    samym potwierdzała już swoją polskość. Toteż o ile chodzi o powiat olsztyński,
    to większość ludności na podstawie złożonych wniosków, otrzymała zaświadczenie,
    potwierdzające ich pochodzenie polskie. Prace te szły dość sprawnie w pewnej
    mierze dzięki tak przychylnemu ustosunkowaniu się do tych zagadnień ówczesnego
    wicestarosty Jana Jaskólskiego."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 07.04.08, 20:17
    "Jan Jaskólski (1903-1974) delegowany przez Ministerstwo Administracji
    Państwowej już 9.III.1945r jako referent organizował urząd starostwa, później
    wicestarosta olsztyński. Prowadził rejestrację Warmiaków jeszcze przed wydaniem
    formalnych zarządzeń w tej sprawie, celem uchronienia wielu przed wysiedleniem
    na Zachód."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 08.04.08, 20:06
    "W początkowym okresie było kilka transportów osób wyjeżdzających do Niemiec.
    Byli to jednak zasadniczo tylko tacy, którzy wyrazili na to zgodę. Były, co
    prawda, pod tym względem pewne niedociągnięcia i nadużycia w niektórych
    miejscowościach, ale to z winy miejscowych kacyków, którzy na listy
    przeznaczonych do wysiedlenia wstawiali czasami osoby polskiego pochodzenia. W
    takich jednak wypadkach w razie odwołania się do odpowiednich władz w Olsztynie
    wyjazd ich został wstrzymany. Zaszło tak na przykład w kilku wioskach w
    południowej częśći powiatu olsztyńskiego. Powiadomił mnie o tym już w dniu
    wyznaczonym na wyjazd Michał Lengowski, prosząc, bym natychmiast przybył na
    dworzec przy ekspedycji towarowej celem ponownego zbadania na miejscu, czy
    sprawa wyjazdu została prawidłowo przeprowadzona. Tam spędziliśmy następnie cały
    dzień, transport odszedł dopiero w nocy, i zwracaliśmy się osobiście do
    wszystkich tych, którzy umieszczeni byli na liście do wyjazdu i już się zjawili
    na dworcu, aby wysondować, jakiego są pochodzenia i czy zgadzają się na wyjazd.
    Wówczas około 200 osób między innymi dużo takich, którzy władali językiem
    polskim, wyraziło chęć pozostania w Polsce. Ci wszyscy wrócili natychmiast do
    swych miejsc zamieszkania lub po przenocowaniu w Olsztynie odwiezieni zostali
    następnego dnia do swych domów.

    Wspomnieć w tym miejscu wypada jeszcze o Michale Lengowskim, który pomimo
    podeszłego już wieku skutecznie pomagał i interweniował w różnych sprawach
    dotyczących Warmiaków."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 09.04.08, 20:32
    "Jedną z dalszych klęsk na tych terenach w okresie powojennym była niespotykana
    plaga myszy. Sprzyjał ich rozmnażaniu fakt, że pola leżały odłogiem, że zboże w
    stodołach było niewymłócone. Przebywając w stodole słyszało się nieprzerwany
    szum pochodzący od bezustannego ruchu, jaki panował w słomie. Toteż w ciągu 1945
    roku takie ilości się ich namnożyły, ze w 1946 roku małe poletka ze zbożem
    zostały kompletnie zniszczone. Myszy podgryzały słomę, która się przewracała i
    stanowiła dla nich pożądany żer. Tak samo, chociaż nie w takim stopniu,
    niszczyły ziemniaki i warzywa. Przechodzącym przez pole po prostu plątały się
    pod nogami. Obserwowałem wiosną 1946 roku podpalenia pól z nieskoszoną
    koniyczyną z poprzedniego roku, która zeschnięta pozostała na polu. Wiał wtedy
    dość silny wiatr, takze ogień szybko posuwał się naprzód. Widziałem wówczas
    armię myszy uciekających przed ogniem, które je całkowicie pochłonął. Zwalczanie
    tej plagi środkami chemicznymi dawało małe rezultaty. Dopiero zimą 1947 roku
    prawie całkowicie wyginęły, prawdopodobnie z powodu braku pożywienia lub też na
    skutek jakiejś mysiej epidemii."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 10.04.08, 20:44
    O pladze mysz i szczurów pisze też Ogrodziński w swojej ksiójżce "Ziemia
    odnalezionych przeznaczeń" lecz na Mazurach. Szedł Pan Władysław Ogrodziński
    drogą zaraz po wojnie i napotkał rychtycznego Mazura, który znajdował się na
    polu kartoflanym. Zaczęła się rozmowa.
    "Przez kwadrans słuchałem opowiadania o szkodnikach, które pospołu z ptakami
    "jak ogień" niszczą całe połacie pól, o obyczajach polnych myszy wreszcie o
    przewadze Mazura nad mysią inwazją. Gdy sam się tak nagadał, spytał czy nie znam
    przypadkiem jakiejś skutecznej trucizny na myszy. Był to czysty podstęp,
    ponieważ chciał on tylko ze mną 'gadać'. Wiedział, ze nic a nic nie znam się na
    myszach, ale chciał mnie posłuchać. Dowiódł tego rychło gdyż sam mi wyklarował,
    że myszy najlepiej tępi się zaszczepiając im 'bacilus' tyfusu, albo zatruwając
    przynętę 'cjankali' lub strychniną. Jak mi wyznał w zaufaniu, te najlepsze
    trucizny posiada tylko rząd i od niego zależy w głównej mierze, czy na Mazurach
    da się skutecznie wytruć rozpanoszone myszy."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 11.04.08, 20:20
    "Przyszła również pomoc w różnej postaci z centralnych terenów polskich.
    Przyjechało więc kilka ekip lekarskich, które wyjeżdzały w teren, aby nie tylko
    leczyć, lecz zahamować dalsze rozszerzanie się chorób. W szpitalach lekarze i
    pielęgniarki dzień w dzień czuwali nad chorymi. Powstawały pierwsze apteki i
    punkty wydawania leków. Najbardziej ludziom dokuczał świerzb. Rozmiar tej
    choroby, zasadniczo niegroźnej, doszedł do niebezpiecznych rozmiarów. Wysypka
    występowała nie tylko na rękach, lecz przenosiła się również na głowę, zwłaszcza
    u dzieci. Widziałem głowy dziecięce ze zlepionymi włosami, pełne strupów, a
    czasami małych ran. Masowe rozdzielanie maści usunęło tę chorobę. Tak samo przez
    masowe szczepienia zahamowane zostało dalsze rozszerzanie się epidemii duru
    brzusznego."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 12.04.08, 19:42
    "Następną skuteczną pomocą było przyznanie całej ludności autochtonicznej, w tym
    przede wszystkim wiejskiej, kart żywnościowych, rozdzielano też odzież.
    Przyznawano je wszystkim na równi z pracującymi w mieście. Ważne wsparcie
    stanowiły też paczki unrowskie.

    paczki unrowskie - to były dary dla ludności mazurskiej w pierwszym okresie po
    zakończeniu wojny przekazywane przez ONZ."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 14.04.08, 20:28
    "Następną skuteczną pomocą było udzielanie kredytów, początkowo wprawdzie
    skromnych, jednak w miarę poprawiania się sytuacji ogolnokrajowej coraz
    większych. Pomagałem niejednokrotnie przy załatwianiu formalności, które, moim
    zdaniem, jak na początek były zbyt rygorystyczne, przez co przedłużono całą
    akcję rozdzielczą tak niezbednych wówczas pierwszych kredytów na założenie
    skromnej hodowli drobiu oraz świń. Poza tym rolnikom wydawano ziarno siewne i
    inwentarz, konie i krowy bez jakiejkolwiek wpłaty na tak zwane skrypty dłużne, z
    których póżniej niespłacone raty zostały umorzone. Przy tym na uwagę zasługuje
    pełna poświęcenia praca Urzędu Ziemskiego w Olsztynie, mającego swoją siedzibę w
    Kortowie. Rozdzielano tam też żywy inwentarz."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 15.04.08, 20:28
    "Specjalnie temu zagadnieniu poświęciłem tyle miejsca, aby wbrew temu, co się
    mówiło i pisało o krzywdzie, jaka spotkała Warmiaków i Mazurów, podkreślić
    wielki wkład środków i pracy włożonej w ulżenie jej ciężkiemu położeniu. Były
    wprawdzie na początku wypadki popełnienia różnych nadużyć, jednak zostały one w
    stosunkowo krótkim czasie ukrócone, a niektóre niewłaściwie może postępowane,
    zaraz po wojnie w sprawach dotyczących ludności warnijskiej i mazurskiej,
    wynikało raczej z nieznajomości terenu i miejscowych stosunków, a nie ze złej woli."
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
  • rita100 16.04.08, 21:30
    "Gdy jednak pomyślę o ogromie nieszczęść, jakie spadły na ludzkość w tym tak
    stosunkowo krótkim w znaczeniu historycznym czasie, o łzach, tragediach i
    cierpieniach, ogarnia mnie oburzenie na tych, którzy są odpowiedzialni za te
    tragedie, jakie sprowadzają wojny. Przeżyłem dwie wojny. Co innego pielęgnowanie
    języka ojczystego, tradycji, kultury i miłosci do ziemi ojczystej, a co innego
    sianie nienawiści."
    Klemens Frenszkowski
    --
    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka