Dodaj do ulubionych

Budujemy kopiec Herkusa Montego !

06.05.06, 20:31
Z drogi , z drogi, bo taczki z pierwszą ziemią jadą wink)
Hej, w którym miejscu mam wysypać ? wink

Był taki pomysł i się zmył, kopiec pierwszego pogromcy Krzyżaków.
Obserwuj wątek
    • rita100 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 06.05.06, 20:32
      "Herkus Monte uczynił więcej dla swojego ludu niż Robin Hood czy Wilhelm Tell
      dla swego - tak powiedział Józef Burniewicz, olsztyński dziennikarz i historyk,
      twórca idei usypania pod Olsztynem wielkiego kopca, ktory będzie sławić Herkusa
      Montego XIII- wiecznego pruskiego wojownika, bohatera walk z Krzyżakami.
      Przez kilka lat rozbijał duże armie i wodził za nos najlepszych rycerzy
      średniowiecznej Europy. Trzeba oddać sprawiedliwość Prusom, narodowi, który żył
      na tych ziemiach i który w haniebny sposób unicestwiono."
      • rita100 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 06.05.06, 20:33
        Pomysł usypamia kopca ożywił legendę Herkusa Montego. Wojownik stał się
        patronem jednej z warmińskich szkół podstawowych, miłośnicy tradycji rycerskich
        urządzają biesiady jego imienia, powstał nawet zespół rokowy Herkus Monte.
        • rita100 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 06.05.06, 20:33
          Jak to bywa u nas , na każdy pomysł znajdzie się antypomysł i pomysł ucichł.
          Już nie słychać nawet echa pomysłu, a to dlatego , że kościół patrzy na Herkusa
          nieprzychylnym okiem. Chodzi tu o męczeńską śmierć św.Wojciecha. Kto bowiem
          zabił naszego męczennika ? Właśnie Prusowie. W świadomości przeciętnego Polaka
          Prusowie to ci, którzy nie chcieli przyjąć chrześcijaństwa i tylko napadali na
          nasze ziemie. To po to, by przeciwstawić się ich ekspansji, Konrad Mazowiecki
          sprowadził Krzyżaków.
          • rita100 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 06.05.06, 20:34
            Tak więc pomysł usypania kopca Montego upadł sześć lat temu, dokładnie sześć
            lat temu , gdy taki pomysł zrodził się na przed obchodami millenium i upadł.
            Wielki pomysł, wielkie wzruszenie i wszystko zakończyło się na słowach.
            Niestety nie u nas - ten wątek bedzie ku czci wielkiego legendarnego Herkusa
            Montego.
            Czas teraz na poznanie dokładnej legendy wielkiego wodza Prusów, który wyparł
            ze swoich ziem krzyżackich najeźdżców.
            cdn
              • rita100 Re: Rycerz Henryk 07.05.06, 20:19
                Rycerz Henryk
                Wódz Plemienia Natangów.
                Herkus Monte przyszedł na świat w okolicach dzisiejszego Górowa Iławeckiego w
                1225r, a więc na rok przed sprowadzeniem rycerzy Zakonu Szpitala Najświętszej
                Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie na ziemię chełmińską. Herkus
                pochodził z zamożnego rodu Montemidów z plemienia Natangów.
                • rita100 Re: Rycerz Henryk 07.05.06, 20:20
                  Młodych Prusów porywano z ich wiosek i grodów, by służyli rycerzom zakonnym;
                  czasami ojcowie sami wydawali swoich synów najeźdzcom. Herkus trafił do braci
                  zakonnych w Magdenburgu, oddany pod ich 'opiekę' przez rodziców. Został
                  ochrzczony i nadano mu imię Henryk. Już wkrótce władał mieczem jak mało kto, co
                  szybko zwróciło uwagę Krzyżaków. Z łatwością nauczył się też niemieckiego i
                  łaciny.
                  Jako dwudziestoparoletni, już rycerz zakonny , wrócił w rodzinne strony
                  cdn
                  • rita100 Re: Herkus Monte 08.05.06, 20:41
                    Jako dwudziestoparolatek , już rycerz zakonny, wrócił w rodzinne strony. Mniej
                    więcej wtedy, w 1249r po wieloletnich zmaganiach z najeźdzcą przedstawiciele
                    pruskich plemion w obecności legata papieskiego podpisali z Krzyżakami w
                    Christburgu (dzisiejszym Dzierzgoniu) dekret pokojowy. Prusowie zobowiązali się
                    m.in. dp porzucenia pogańskich praktyk, wyrzeczenia się wielożeństwa i
                    odbudowania zniszczonych kościołów.
                    (Tu Tralala chyba mamy rozwiązaną zagadkę jednej 'Baby Pruskiej zamurowanej w
                    kamieniach kościelnych - tam ją Prusowie schowali, tak chyba trzeba tłumaczyć
                    tą odkrytą zamurowaną Babę Pruską )
                    • rita100 Re: Herkus Monte 08.05.06, 21:11
                      Zakon zaś miał ochraniać pruskich poddanych. To przyrzeczenie Krzyżacy jednak
                      notorycznie łamali. Zdaniem Jerzego Necia, historyka i autora monografii o
                      życiu Herkusa Montego, zakon sprowokował bunt, by dokonać fizycznej eliminacji
                      Prusów, gdyż układ dzierżgoński mógł się stać "zaczątkiem budowy
                      chrześcijańskiego państwa w Prusach, ale bez udziału rycerzy-mnichów".
                      W 1260 r wybuchło antykrzyżackie powstanie....
                      cdn
                    • fedar Re: Herkus Monte 18.05.06, 20:56
                      > (Tu Tralala chyba mamy rozwiązaną zagadkę jednej 'Baby Pruskiej zamurowanej w
                      > kamieniach kościelnych - tam ją Prusowie schowali, tak chyba trzeba tłumaczyć
                      > tą odkrytą zamurowaną Babę Pruską )

                      A Pruska Baba śpi sobie w najlepsze w murze kościoła w Prątnicy. Jak znajdę zdjęcie, to wrzucę do obrazkowego wątku smile
    • tralala33 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 09.05.06, 18:09
      Nie słyszałam o taki pomyśle, a ciekawy - tyle, że taki kopiec powinien stanąć
      tam, gdzie Herkus Monte prowadził zwycięską bitwę. Gdzie to było?
      Skończyło się na pomyśle - nie nie szkodzi, takich pruskich 'kopców' - grodzisk
      i kurhanów zostawili nam Prusowie sporo, tylko trzeba się za nimi rozejrzeć.
      • rita100 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 09.05.06, 20:19
        Tralala, jo godała co zbzierałam artykuły ło Olsztynie i to buło we 'Wprost"
        por lot tamu. Łodszukałam i jest jek znolozł. Eszcze troche mom psisania i sia
        wszystko wyjaśni. Eszcze bandó łobrazki ze sławetnej bitwy.
        Tlo sia nie bójta tych łobrazków , bo to bitawa bandzie prawdziwa.
        Nie doczkał sia Herkus kopca, no ale łu noju bandzie to łogromny kopsiec, bo
        składający się z 2500 toczek ziamni.
        Może jeki matematyk łobliczy jakiej bandzie wysokości ten kposiec ?
        • rita100 Re: Pobici Krzyżacy 10.05.06, 21:40
          O, to kopa ziemi wink)) dołożona dla Merkusa , nalezy mu się naprawdę smile
          Siedem lat Natangia była wolna, aż ......

          Pobici Krzyżacy zaczeli się uciekać do podstępów. Przekupywali niektórych
          Prusów nadaniami ziemi w zamian za wpuszczenie za bramy warowni. Henryk Monte
          nie pozostawał im dłużny. W stroju rycerza zakonu przybywał do twierdzy i
          siedzib krzyżackich i wyprowadzał braci na pewną śmierć albo do niewoli. Przez
          siedem lat armia Herkusa nie dopuszczała wrogów na swój teren, ale potem
          sytuacja zaczeła się zmieniać.
          cdn jutro
          • gajowy555 Re: Pobici Krzyżacy 11.05.06, 20:44
            Straśnie noma sia tan Merkus zidzi.
            Łón na najzienkszy kopsiec zasłużył.
            Tak jo mu dosypie wszystka ziemnia z wykopu
            pod nowy dóm łod mojygo sójsiada.
            Bandzie pora ołtów - wywrotek...
            • rita100 Re: Na Natangów uderzyły nowe siły 11.05.06, 20:48
              To pewnie już sięgamy do kopca Krakusa.

              Na Natangów uderzyły nowe siły
              Przez siedem lat armia Herkusa nie dopuszczała wrogów na swój teren, ale potem
              sytuacja zaczeła się zmieniać. Zakon zakonczył wojnę z księciem pomorskim
              Świętopełkiem, Krzyżaków zaczęli wspierać Polacy zaniepokojeni wdzieraniem się
              Prusów na ziemię chełmińską. Prusowie nadal jednak trzymali się mocno. Na
              Natangów uderzyły świetnie wyszkolone posiłki czeskie, ale nawet one nie
              poradziły sobie z wojownikami Herkusa.
              • rita100 Re: Powieszenie Herkusa 11.05.06, 20:50
                Powieszenie Herkusa
                Krzyżacy wiedzieli jedno: po śmierci wodza Prusowie wpadną w popłoch.
                Dowiedziawszy się przez szpiegów, gdzie zatrzymał się Herkus, porwali go, a
                potem publicznie powiesili (ten rodzaj śmierci był uznawany przez Prusów za
                szczególnie hańbiący).
                Po uduszeniu kat przebił jeszcze dla pewności serce Herkusa sztyletem.
                ----------------
                Rachuby okazały się słuszne: opór Natangów zaczął słabnąć Powstanie w Prusach
                trwało jeszcze ponad 10 lat, ostatnie siedliska oporu unicestwiono w 1283 r.

                Tak kończy się legenda o Wielkim Herkusie Monte - Konrada Wallenroda Prusów.
                • gajowy555 Re: Powieszenie Herkusa 11.05.06, 20:55
                  Łoj szkoda zielga tygo bohatyra Natangów .
                  Gwołt złygo te Krzyżaki Prusom i Polakom wyrządziły.
                  A jekby tak jeki łobrazek tygo Herkusa noleżć ?
                  A może łulice jakóś we Łolstynie jego imieniem nazwać?
                  Łulica Herkusa Monte - jek to psianknie brzmi i wycieczkom
                  można łopoziadać ło tam wojowniku ...
                    • rita100 Re: Powieszenie Herkusa 11.05.06, 21:35
                      No tak, Łolstyn nie zaboczó ło Herkulesie Monte. Jo sama sia doziedziałam
                      dopsiero z cejtungu. Bandzie łobrazek Herkusa - to taki pomnik gdzies przy
                      szkole jego imienia, gdzieś na wsi ta szkóła.
                      Trza by tego Herkusa wyglośnić bardziej.
                      No ale to eszcze nie kóniec.
                            • rita100 Re: Pomnik wystawiony przez Mickiewicza 12.05.06, 21:23
                              Pomnik wystawiony przez Mickiewicza
                              "Pozbawieni wielu praw, którymi cieszyła się większość napływowej ludności,
                              Prusowie zostali zepchnięci na własnej ziemi na najniższy szczebel hierarchii
                              społecznej (za zabicie Prusa trzeba było na przykład zapłacić jedynie
                              stosunkową niewielką grzywnę) i zmuszeni do dźwigania wielkich ciężarów
                              ekonomicznych na rzecz nowych panów."

                              Czy ten urywek z życia Prusów nam coś nie przypomina ?
                              No zastanówmy się w jaki sposób zanikneli Warmiacy i Mazurzy ? Czyż nie widać w
                              ich losach historycznych podobieństwo ?
                              • rita100 Re: Pomnik wystawiony przez Mickiewicza 12.05.06, 21:23
                                Pod koniec trzeciej dekady XVI wieku Prusowie powstali raz jeszcze i ponieśli
                                druzgocącą klęskę. Potem de facto ulegli germanizacji. W XVII wieku ślad po tym
                                narodzie ostatecznie zaginął. Legenda Herkusa Montego po wiekach znalazła
                                miejsce w literaturze. Pisali o nim pisarze niemieccy i litewscy.
                                • rita100 Re: Pomnik wystawiony przez Mickiewicza 12.05.06, 21:24
                                  W przypisach do "Konrada Wallenroda" Adam Mickiewicz stwierdził:
                                  "Często się zdarzało, że Prusacy (tj.Prusowie) i Litwini, dziećmi porwani i
                                  wychowani w Niemczech, powracali do ojczyzny i stawali się najsroższymi Niemców
                                  nieprzyjaciółmi. Takim był pamiętny w dziejach Zakonu Prusak Herkus Monte..."

                                  Dlatego można domniemywać, że jego postać zainspirowowała wieszcza do napisania
                                  dzieła i krzyżackim rycerzu, ktory zgubił swój zakon.
                                  • rita100 Re: Pomnik wystawiony przez Mickiewicza 12.05.06, 21:25
                                    Postaci wodza Natangów poświęcony jest film fabularny, zrealizowany w latach
                                    70. na Litwie. Imię Montego nosi uniwersytet w Kłajpedzie, a od 1994 r - szkoła
                                    w Kamińsku.

                                    napisał: Rafał Geremek.

                                    No skuczno, co Łolstyn takie zielgie mniasto nic nima co by można poziedzić ,
                                    że Łolstyn tyż pamnianta ło tam Sławnym Wodzu - Herkus Monte - piyrszy wojownik
                                    ło noju ziamnie.
                                      • rita100 Re: Wolni Prusowie 13.05.06, 20:22
                                        Wolni Prusowie
                                        Winni zagłay Prusów są pośrednio też Polacy, bo to polski książe ściągnął w
                                        1226 roku Krzyżaków na ziemię chełmińską. Polacy nie potrafili się skutecznie
                                        bronić przed najazdami pruskich wojowników. Niektórzy z nich zapuszczali się
                                        pod Łęczycę, a więc prawie w środek ówczesnej Polski. Polscy rycerze
                                        organizowali wyprawy odwetowe, ale grzęzły one w mazurskich bagnach, albo
                                        trzebione były w drodze powrotnej, bo Prusowie opanowali do perfekcji leśną
                                        partyzantkę. Trudno było zawrzeć pokój czy rozejm, bo każda wioska pruska miała
                                        swojego krola, niezależnego władcę, który organizował własne wyprawy.
                                        • rita100 Re: Wolni Prusowie 13.05.06, 20:24
                                          Prusowie to nazwa nadania kilkunastu plemionom żyjącym na terenie późniejszych
                                          Prus Wschodnich. Mówili podobnym językiem, potrafili się porozumieć z przodkami
                                          dzisiejszych Litwinów i Łotyszy, jak oni byli Bałtami, ktorzy przybyli w ten
                                          zakątek Europy na pączątku naszej ery. Żyli głównie z uprawy roli, ale wielu
                                          trudniło się handlem (w ziemi odnajdywano także miecze wykuwane w najlepszych
                                          fryzyjskich czy burgundzkich warsztatach).
                                          Jan Długosz napisał, że zarówno pruscy męzczyżni jak i kobiety chodzili
                                          codziennie do łaźni, aby 'wypędzić z ciała skutki opilstwa z poprzedniego dnia
                                          i przedłużyć życie'.
                                          Prusowie czcili naturę, funkcję świątyń pełniły tzw. święte gaje (za
                                          wtargnięcie do takiego gaju skazano św. Wojciecha na śmierć). Nosili amulety,
                                          czuli potrzebę nieustannego wróżenia. Przed walką składali bóstwom ofiary ze
                                          zwierząt i ludzi.
                                          Rafał Gieremek
                          • tralala33 Monte i inni 14.05.06, 20:57
                            Cobyśmy nie zaboczyli o innych wodzach pruskich:

                            Wielkie powstanie Prusów wybuchło we wrześniu 1260 roku i ogarnęło wszystkie
                            plemiona między Niemnem a Wisłą. Od udziału w powstaniu powstrzymała się
                            jedynie Pomezania i ziemia chełmińska. Każde plemię obrało własnego wodza.
                            Sambom przewodził Glande, Natangom – Monte, Bartom – Dziwan, Warmom – Glape,
                            Pogezanom – Autume. W pierwszym uderzeniu powstańcy zdołali nie tylko opanować
                            otwarte tereny, ale też zdobyć niektóre grody, jak Bartoszyce, Reszel, Lidzbark
                            Warmiński i Braniewo. W rękach Krzyżaków zostały tylko takie grody jak Welawa,
                            Królewiec, Bałga i Elbląg. (Dzieje zakonu krzyżackiego w Prusach. Marian Biskup
                            i Gerard Labuda)
                            • rita100 Re: Monte i inni 14.05.06, 21:01
                              Tak , właśnie każde plemię miało swojego wodza. Oni nie zwalczali się , a w
                              obliczu wroga jednoczyli się.
                              Tralala, a Syn Miodu to z jakiego pleminia był ? Chodzi o tą legendę i nie wiem
                              czy ona by to nie pasowała ?
                              • tralala33 Re: Monte i inni 14.05.06, 21:06
                                Z Bartów - dobrze pamiętam? Z Barcji? Zaraz sprawdzę. Z tym jednoczeniem to
                                właśnie był problem - to wielkie powstanie było wyjatkowe, bo ani wcześniej ani
                                później Prusowie nie wystąpili tak jednolicie. Walki między plemionami nie były
                                czymś wyjątkowym, a Puszcza Galindzka (Galindia, na skraju której leży
                                dzisiejszy Olsztyn) ponoć w dużej mierze opustoszała jeszcze przed przybyciem
                                Krzyżaków sad
                                    • rita100 Re: Miligedo - Syn Miodu - legenda 14.05.06, 21:33
                                      Legenda autorstwa Teresy Bratek:
                                      Syn Miodu
                                      Po obu stronach Łyny rozciągały się wieczyste lasy - puszcza niedostępna i
                                      straszna dla tych, którzy jej nie znali, ale dla zamieszkującego ją ludu matka-
                                      żywicielka. Po prawej stronie Łyny - Barcja, po lewej - Natangia, obie
                                      zamieszkane przez pruskie pokrewne plemiona. Lud byt to dorodny, chłopy na
                                      schował, a dziewczęta urodziwe. Te plemiona żyły z puszczy; kobiety
                                      zbierały ..jagody i grzyby, a uzbrojeni mężczyźni organizowali wyprawy
                                      łupieskie. Powszechnym zajęciem było też bartnictwo czyli podbieranie. miodu
                                      pszczołom, których w puszczy nie brakowało, miały tu bowiem świetne warunki.
                                      Wszędzie wokół kwitły drzewa, wszędzie wokół rosło mnóstwo miododajnych roślin
                                      na ukwieconych polanach. Być bartnikiem - nie lada to była sztuka, trzeba się
                                      było długo uczyć jej od ojca. Miodu nie podebrał byle kto. To znaczy podebrać
                                      mógł, ale tylko raz, bo gniazdo pszczół łatwo zniszczyć, ale co potem? Cierpią
                                      na tym rośliny i ludzie. Ktoś, kto tak robił był rabusiem, a nie bartnikiem;
                                      był powszechnie potępiany i mógł spodziewać się kary bogów.
                                      Barcja była najżyźniejszą pod słońcem krainą i dobrych bartników było wielu,
                                      ale chyba najlepszym był stary Runo, ojciec kilku synów i jednej urodziwej
                                      córki.
                                      Wśród synów ulubieńcom ojca był najmłodszy. On najchętniej, jak tylko trochę
                                      podrósł, pomagał ojcu przy barciach w borze, a miał do tego dar od bogów dany.
                                      Nie zdarzyło się, aby pszczoła go użądliła. Nie wiadomo po czym poznawał, kiedy
                                      w jakiej barci jest najwięcej miodu i kiedy go brać tak, aby pszczołom nie
                                      przeszkadzać i nie zaszkodzić, wiedział tez jak barcie chronić przed
                                      niedźwiedziem i jak najlepiej zabezpieczyć je na zimę. Nazywano go człowiekiem -
                                      pszczołą i niepostrzeżenie przylgnęło do niego imię Miligedo - Syn Miodu. l
                                      tak już zostało.
                                      Już wtedy Barcja, niestety, nie była krainą wolną. Życie takie jak opisane
                                      wyżej trwało jeszcze we wspomnieniach ojców. Teraz coraz częściej dochodziły
                                      słuchy, ze nawet tu w głąb puszczy wdzierają się oddziały zakutych w żelazo
                                      zbrojnych z czarnymi krzyżami na białych płaszczach. Ludzie ci niszczyli
                                      pruskie leśne osady, zabijali ich mieszkańców, a wziętych w niewolę żywych
                                      zmuszali do ciężkiej ponad ludzkie siły pracy, od której marli - źle żywieni i
                                      źle traktowani. Straszna to była rzecz dostać się do niewoli krzyżackiej. Już
                                      chyba stokroć lepsza była śmierć w walce z okrutnym, a przemożnym wrogiem.
                                      Takiego przynajmniej zdania byt jeden z braci Miligedo - zwinny Argo, któremu
                                      jakimś cudem udało się zbiec z krzyżackiej półtorarocznej niewoli w
                                      Bartoszycach.

                                      cdn
                                      • rita100 Re: Miligedo - Syn Miodu - legenda 14.05.06, 21:38
                                        Kiedy Miligedo byt młodzieńcem dziewiętnastoletnim, osadę, w której żył,
                                        spotkał los podobny, jak wiele innych w pobliżu Bartoszyc, gdzie od lat istniał
                                        zamek krzyżacki. Wśród ludu przetrwały legendy o wielkim powstaniu pruskim,
                                        kiedy to zamek zdobyty przez Prusów aż 9 lat byt pod ich panowaniem, ale były
                                        to już tylko legendy, bo jak można oprzeć się Krzyżakom o tyle lepiej
                                        uzbrojonym? Wielu Bartów zanosząc modły do Gromowładnego i składając mu ofiary
                                        z miodu i chleba, prosiło, by wszystkie jego pioruny spadły na bartoszycki
                                        Zamek to siedlisko krzyżackiej siły, by bogowie ocalili swój lud i wyzwolili od
                                        grożących mu rycerzy krzyżowych, ale zarówno modły, jak i ofiary były
                                        bezskuteczne Bogowie nie dawali się przebłagać.
                                        Ludność osady ostrzeżona na Czas zdołała ujść w głąb puszczy, niewiele można
                                        było wziąć dobytku, nie było na to czasu i wszystko czego Krzyżacy nie
                                        zrabowali poszło z dymem. Zima jaka nastąpiła po tej katastrofie była bardzo
                                        ciężka. Na nowym miejscu trzeba było zaczynać wszystko od początku, trochę
                                        pomogły im zapasy schowane przemyślnie w jamach ziemnych, trochę ludzie z
                                        sąsiednich lauksów czyli osad, ale i oni w ciężkiej byli sytuacji. Pogorzelcy
                                        trzymali się razem i ratowali wzajemnie, ale i tak przyplątała się jakaś
                                        zaraza, na którą nawet wędrowni kapłani - zigo nie umieli nic poradzić i
                                        kilkoro dzieci umarło z głodu, a wśród nich i ukochany trzyletni bratanek
                                        Miligedo.
                                        Wtedy Syn Miodu, podobnie jak i jego rówieśnicy, postanowił rzucić swoje
                                        uwielbiane pszczoły i walczyć z Krzyżakami. Zbyt słabo jeszcze władał bronią.
                                        Wprawdzie jak każdy chłopiec pruski był tego uczony od dzieciństwa, ale nie
                                        przywiązywał dotąd do tej sprawy należytej wagi. Teraz zrozumiał, że musi
                                        bronić swej osady i swej ziemi przed krzywdzicielami, bo i tu na nowym miejscu,
                                        mimo że o wiele dalej od Bartoszyc, nie czuli się bezpieczni. Podobnie myśleli
                                        sąsiedzi z innych lauksów i złączeni wspólnym celem oddali się pod dowództwo
                                        Argo, który jako syn starego Runo, a równocześnie człowiek znający zwyczaje
                                        Krzyżaków, mógł wiele zdziałać, bo zajęty dotąd czym innym pilnie uczył się od
                                        brata i z zapartym tchem słuchał jego opowiadań o grubych murach i wspaniałości
                                        bartoszyckiego Zamku, a także wielkości i bogactwie nienawistnego miasta
                                        (A jednak w tej legendzie pojawia się Gromowładny - czyli Perkun!!!)
                                        cdn

                                        • rita100 Re: Miligedo - Syn Miodu - legenda 14.05.06, 21:39
                                          Już dwa lata chronili osiedla i święte miejsca pruskie, gdy Argo zginął w
                                          czasie jednej z potyczek. Wtedy na wodza wybrano Miligedo.
                                          Bartowie wiedzieli, że na miejscu ich lauksów Krzyżacy zakładają nowe wsie. Nie
                                          zapuszczali się tam, było to zbyt niebezpieczne, ale teraz Miligedem zawładnęła
                                          tęsknota za znajomymi stronami i wielka równocześnie ciekawość, że postanowił w
                                          pojedynkę podkraść się do swej dawnej wsi i zobaczyć na własne oczy, co się tam
                                          dzieje. Był czas żniwny. Znanymi sobie ścieżkami leśnymi młodzieniec podszedł
                                          blisko terenów, gdzie dawniej był ich lauks. Prawie nie poznał okolicy. Ze
                                          ściśniętym sercem zauważył, że nie ma już Świętego Gaju! Biedne Duchy Ojców,
                                          gdzie one coraz mieszkają? Za to łan zboża jaki objął wzrokiem był o wiele
                                          rozleglejszy niż niewielkie poletka, do jakich jego oko przywykło. Była to
                                          dorodna pszenica. Domostwo, jakie zobaczył, też nie przypominało zagród
                                          pruskich - nie było obronne! Niedaleko od tego domu było jeszcze kilka innych.
                                          Czemu one stoją tak blisko siebie. Nie mógł zrozumieć Miligedo.
                                          Nadeszła straszna zima. Przyniosła ona zagładę świeżo założonej osadzie, w
                                          której żyła rodzina Miligedo. Zginęli wszyscy: ojciec, bracia i siostra. On sam
                                          ciężko ranny w walce i uznany przez Krzyżaków widać za zabitego, cudem tylko
                                          ocalał. Organizm miał żelazny i jakoś dowlókł się lasami do miejsca, z którego
                                          podglądał żniwującą mazurską dziewczynę. Ona też znalazła go na skraju lasu. Po
                                          stroju poznała, że to Prus. Wyglądał strasznie, należało udzielić mu pomocy,
                                          chociaż byt dzikim poganinem. Zdawała sobie sprawę, że naraża rodzinę. Krzyżacy
                                          nie lubili, aby ktokolwiek pomagał Prusom. Mazurzy jednak też nie uwielbiali
                                          Krzyżaków. Minęły już lata wolne i musieli dawać zakonowi coraz większe daniny.
                                          Ciągle walczący o zdobycie nowych ziem Zakon potrzebował żywności dla coraz
                                          liczniej przybywającej z zachodu rycerzy pomagających walczyć z poganami, więc
                                          mazurskim chłopom powodziło się coraz gorzej. Rodzice Kasi zgodzili się ukryć
                                          rannego przed Krzyżakami, bo choć grozili oni karą bożą za pomaganie poganom,
                                          rozumieli, że pomóc rannemu w tej sytuacji to uczynek chrześcijański, mieli też
                                          nadzieję, że poganina nawrócą i będą mieli nie lada zasługę w niebie.
                                          Sprowadzili nawet starego znachora, który opatrywał rany. Rannego ukryto w
                                          ziemiance, gdzie przynosiła mu jeść Kasia lub jej matka.
                                          (Po stroju poznała, że to Prus - ciekawe jak się ubierali Prusowie? Chyba
                                          jednak inaczej, niż ten Prus z herbu Nidzicy smile
                                          cdn
                                          • rita100 Re: Miligedo - Syn Miodu - legenda 14.05.06, 21:41
                                            Gość: tralala
                                            (dziś 'przykleję' się do innego ekranu, więc tylko dodam kolejny fragment baśni
                                            o pruskim wojowniku Miligedo - fragment romantyczny, nasz bohater zakochuje się
                                            w pieknej Kasi)
                                            Całą prawie resztę zimy Miligedo był nieprzytomny, lecz gdy oprzytomniał,
                                            pierwszą osobą jaką ujrzał była Kasia. Słabymi wargami zdołał wyszeptać jej
                                            imię. Niepomiernie zdziwiona nie rozumiała, skąd chory je zna, ale wytłumaczyła
                                            sobie, że musiał słyszeć, jak zwracała się do niej matka lub znachor i choć
                                            robił wrażenie nieprzytomnego, jednak już obserwował, co się dzieje wokół.
                                            Dopiero dużo, dużo później dowiedziała się jak było naprawdę. Miligedo wracał
                                            do zdrowia i równocześnie uczył się języka. Gdy już mógł mówić i powiedział, że
                                            nazywa się Miligedo, w oczach dziewczyny błysnęło niedowierzanie. Słyszano tu
                                            to imię wodza Bartów, ale Kasia nie wyobrażała sobie, że może on być taki
                                            młody. Widziała niemal chłopca, w dodatku wycieńczonego chorobą, miałby to być
                                            ów sławny wódz pruski, przed którym nawet Krzyżacy drżeli??? Nie mieściło się
                                            to jej w głowie i pomyślała że Milegedo to może częste wśród Prusów imię.
                                            Znachor znał nie tylko tajniki pruskiego zielarstwa, znał również język pruski,
                                            więc gdy rodzice Kasi zorientowali się z kim mają do czynienia-przestraszeni
                                            postanowili przetrzymać Milegedo jakiś czas i jak najprędzej wyprawić go za
                                            Łynę do Natangii, gdyż słyszeli, że tam Prusowie jeszcze wśród bagien i
                                            mokradeł trzymają. Tak też się stało. Lecz nim Miligedo opuścił kryjówkę,
                                            młodzi przywiązali się do siebie. Przed odejściem wódz Prusów, odwdzięczając
                                            się za opiekę, przyniósł z lasu miód i zboże, które Bartowie mieli ukryte w
                                            dzbanach glinianych w jamach ziemnych. Nie mogło się już przydać jego
                                            nieżyjącym bliskim, więc niech posłuży tym, którzy ratowali mu życie.
                                            Przy pożegnaniu Kasia łykała łzy. Nie wypadało płakać, rozstając się z obcym
                                            przecież człowiekiem, w dodatku poganinem i Prusem, ale serce się jej ściskało
                                            i gdyby to było możliwe, zalałaby się łzami. Miligedo zauważył jej rozterkę i
                                            zdołał szepnąć: "Nie płacz, jeszcze się zobaczymy, postaram się o to!" Te słowa
                                            dodały Kasi otuchy, choć doprawdy nie wiedziała na co mogłaby liczyć. Czyż
                                            mogła myśleć o wspólnej z nim przyszłości? Miligedo był jej tak bliski! W
                                            myślach nie nazywała go inaczej jak tylko Milikiem, a jednaki on nie odważył
                                            się rozmawiać z nią na ten temat. Widocznie zdawał sobie sprawę, że ich wspólne
                                            życie w małżeństwie jest tak trudne, że aż prawie niemożliwe. Dziewczyna tak
                                            piękna i pracowita, jak Kasia, na pewno znajdzie chłopca do żeniaczki w swojej
                                            wsi. Brak ziemi nie wchodzi w rachubę, dosyć było ziemi, którą można było
                                            wydrzeć puszczy. Krzyżacy przecież chętnie osadzali na prawie niemieckim
                                            każdego, licząc na przyszłe daniny, Miligedo jest Prusem, jako poganin nie może
                                            zostać osadnikiem, a coś ciągle odstręczało go od nowej wiary. Czyż niemiecki
                                            Bóg mógł być Bogiem Prusów? Przyszli wyrywać im ziemię i wszystko co rodziła,
                                            zagarniali ich mienie, nie oszczędzali nikogo. Nie, Miligedo nie umiałby
                                            uwierzyć, że bóstwo Niemców jest sprawiedliwe, choć łatwo było wierzyć, że jest
                                            to bóstwo potężne. Słyszał wprawdzie o osadzonych, ochrzczonych Prusach, byli
                                            już tacy, ale chyba nie umiałby tak żyć, wyrzec się swoich, choćby i zmarłych?
                                            Nie, tego nie mógł uczynić! Wiedział jednak, że nie umie wyrzec się też myśli o
                                            Kasi. Jak troskliwie go pielęgnowała w chorobie, nie może tak być, aby więcej
                                            jej nie zobaczył. Gnębiła go tez myśl, że swoim bliskim nie mógł urządzić
                                            uroczystego pogrzebu, jaki nakazują pruskie zwyczaje. Jeszcze jego brał miał
                                            laki pogrzeb, płomień oczyścił jego duszę, miał ze sobą i swego konia i broń,
                                            co gwarantowało, że szczęśliwy wśród zmarłych przodków, lecz co będzie z
                                            ukochanymi: ojcem, braćmi, siostrą? Nowa wiara, której próbowano go uczyć,
                                            wszystko przedstawiała całkiem inaczej, zmarłych należało grzebać! Jego bliscy
                                            też pewnie zostali pogrzebani, bo Krzyżacy obawialiby się wiosną jakiejś
                                            zarazy, a przecież na pewno zamierzali w spalonym pruskim lauksie osadzić wieś
                                            na prawie niemieckim. To była stała ich praktyka.
                                            (nie zanosi się na happy end w historri Miligedo i Kasi- ale do końca jeszcze
                                            bardzo daleko, więc kto wie)



                                            • rita100 Re: Miligedo - Syn Miodu - legenda 14.05.06, 21:42
                                              Gość: tralala
                                              Dziś wieczorem - proroczy sen Miligedo:
                                              Miligedo nie mógł uwolnić się od wspomnień . Przypominał sobie dziwny sen,
                                              który miał kiedyś, gdy zmęczony niespodziewanie położył się na chwilę na leśnej
                                              polanie po zabezpieczeniu barci przed niedźwiedziem. Śniło mu się, że nagle
                                              znalazł się w królestwie pszczół. Był mały jak pszczoła i jak równy z równym
                                              rozmawiał z królową. Królowa dziękowała mu za opiekę nad swymi podwładnymi i
                                              przyrzekła mu pomagać we wszelkich okolicznościach życiowych.
                                              Władczyni pszczół przepowiedziała, że na ród pszczeli przyszły ciężkie czasy
                                              walk z Krzyżakami, że on Miligedo odegra w tych walkach ważną rolę. Powinien
                                              bronić swego ludu. Pszczoły mu pomogą, jednak musi uważać aby nie narazić się
                                              na zmagania z potęgą krzyżacką zimą. Pszczoły wtedy śpią i nie będą mogły mu
                                              pomóc.
                                              Wtedy Miligedo nie wiedział, co ten sen mógłby oznaczać lecz teraz, gdy część
                                              przepowiedni królowej już się spełniła, przeczuwał jak trudna czeka go rola.
                                              Kochał pszczoły, ale cóż te pracowite jego ulubienice znaczyły wobec
                                              krzyżackiej potęgi? Czy w ogóle należy przejmować się przepowiedniami królowej
                                              pszczół. Przecież pszczoły są od ludzi zależne i nie wtrącają się do ich życia.
                                              Miligedo wątpił zresztą, czy on byłby zdolny stanąć do walki z całą z całą
                                              potęgą Zakonu.


                                              • rita100 Re: Miligedo - Syn Miodu - legenda 14.05.06, 21:44
                                                Gość: tralala
                                                Tak rozmyślając zdążał do Natangii. Przeprawa nie była trudna, znał miejsce,
                                                gdzie był bród i kilka takich, gdzie nie było wirów i można było pokonać rzekę
                                                wpław. Czul się źle bez konia. On, wódz Bartów nie miał teraz najnędzniejszego
                                                bodaj wierzchowca. Brak broni mniej go smucił, w końcu kręciło się trochę
                                                butnych Krzyżaków po puszczy i można było broń zdobyć, a konie krzyżackie rosłe
                                                i silne, ale nie przywykłe do trudnych warunków bytowania w puszczy nie na
                                                wiele mogły się przydać. Pruskie koniki, jakkolwiek mniejsze i nie takie
                                                urodziwe, były jednak niezastąpione w warunkach leśnego oddziału, jaki należało
                                                stworzyć, jeśli nie chciało się zaniechać obrony swej ziemi i wiary. Ziemi...
                                                Gdzież jego ziemia? Oto deptał leśne ścieżki Natangii. W całej już Barcji
                                                panowali Krzyżacy, a w tej jej części, która była najbliższa jego sercu, nie
                                                było już bezpiecznej od Zakonu ziemi. Jak jest w Natangii? Zmierzał do Głomna.
                                                Ten pruski lauks położony wśród bagien był, o ile wiedział, bezpieczną jeszcze
                                                od Krzyżaków przystanią. Broniły go nieprzebyte mokradła, gdzie tylko Prus
                                                wiedział, jak się prześlizgnąć, a Krzyżaków wciągały zdradzieckie dla nich
                                                moczary i bajora. Tu jeszcze istniały święte gaje i sławne romowe, gdzie nawet
                                                teraz bezpiecznie palono zwłoki zmarłych wraz z całym niemal dobytkiem, jaki
                                                zgromadzili za życia. Tu jeszcze Prus mógł czuć się w miarę swobodnie.

                                                Pruskie koniki, mniejsze i nie tak urodziwe, ale wytrwałe i niezastąpione w
                                                puszczy - być może wyglądały tak, jak koniki polskie z Popielna. Tu na pieknych
                                                zdjęciach Paolo Volponi smile
                                                ng.onet.pl/68,19799,2,galeria.html




                                                • rita100 Re: Miligedo - Syn Miodu - legenda 14.05.06, 21:45
                                                  Tak, kraj pszczół leśnych i zwierząt, zycie ich toczylo sie tak jak
                                                  opisywaliśmy, z pracy własnych rąk, a schronieniem ich lasy i bagna, gdzie
                                                  mogli się pochowac przed agresorami. Te legendy Pruskie sa najcześciej smutne,
                                                  mowiące o ich zanikaniu.
                                                  Dzięki Tralala
                                                  • rita100 Re: Miligedo - Syn Miodu - legenda 14.05.06, 21:47
                                                    Gość: tralala
                                                    Acha, pewnie myślałaś Rito, ze to już koniec baśni, ale nic z tego. Sama
                                                    jeszcze nie doczytałam jej do końca - poczytuję sobie po kawałeczku i dziś
                                                    wkleję dwa 'odcinki'. Pierwszy - Miligedo w gościnie u Natangów.
                                                    Natangowie przyjęli go serdecznie, nie próbował ukrywać swego imienia, zbyt
                                                    wielu go tu znało, aby co miało jakiś sens. Nastrój jednak, jaki tu został, nie
                                                    podnosił na duchu. Natangowie byli tak zgnębieni, że nie myśleli już o obronie.
                                                    Prawie wszyscy uznali ją za bezskuteczną wobec widocznej potęgi Zakonu. Nie
                                                    znaczy to, że zamierzali się wszyscy ochrzcić, ale na wiecu zapadły uchwały, że
                                                    należy uczynić to dla pozoru w okolicach bliższych Bartoszycom i nie
                                                    chronionych tak skutecznie przez bagna jak Głomno. Głomno pozostanie siedzibą
                                                    kapłanów i miejscem dla Krzyżaków niedostępnym, świętym. Biada temu Prusowi, co
                                                    zdradziłby tajne ścieżki Krzyżakom.
                                                    W sprawie Miligedo wiec postanowił, że będzie on gościem w Głomnie mile
                                                    widzianym, niech wraca tu do zdrowia i przebywa dokąd chce. Pamiętano jego
                                                    zasługi w walce z Krzyżakami, a jednak nie było teraz mowy, aby przygotować się
                                                    do jakiegoś oporu zbrojnego. Zmartwiło to bardzo Miligedo, ale nie był w stanie
                                                    wpłynąć na przebieg wiecu. Był tylko gościem, bardzo zresztą szanowanym, lecz
                                                    nie miał prawa decydować o przyszłych losach okolicznych lauksów i ich
                                                    mieszkańców. Wobec takiej sytuacji postanowił skorzystać z gościnności Natangów
                                                    i być tam do końca lata. Mógł zajmować się pszczelarstwem, szczególnie zaś
                                                    barciami stanowiącymi własność lauksu. Jego sława dobrego bartnika była nie
                                                    mniej głośna niż sława dobrego wodza. Nie mogąc ćwiczyć wojowników, Miligedo
                                                    miał tę pociechę, że ćwiczy chociaż młodych bartników i czuł, że ich trud służy
                                                    tej samej sprawie, jakiej służyła walka.




                                                  • rita100 Re: Miligedo - Syn Miodu - legenda 14.05.06, 21:47
                                                    A drugi dzisiejszy 'odcinek' - w końcu nieco szczęśliwszy - ślub Kasi i
                                                    Miligedo.
                                                    W ciągu reszty lata Miligedo dwa razy przekradał się na drugi brzeg Łyny i
                                                    spotykał się z Kasią w znanym im obojgu miejscu, na którym kiedyś znalazła go
                                                    na wpół żywego. Rodzice i rodzeństwo Kasi nie byli w to wtajemniczeni. Oboje
                                                    młodzi tęsknili za sobą, wiedzieli już, że chcą być razem, ale Miligedo miał
                                                    ciągle jeszcze opory przed przyjęciem nowej wiary, choć coraz jaśniej widział,
                                                    że jest to jedyny sposób, aby zaślubić Kasię. Potrzebował czasu, aby to
                                                    przemyśleć i dlatego jeszcze do mrozów przebywał wśród Natangów. Potem
                                                    oświadczył Kasi, że gotów jest przyjąć chrzest i zostać osadnikiem. Rodzice
                                                    Kasi początkowo nawet nie chcieli słyszeć o tym małżeństwie. Nawrócić poganina
                                                    to zasługa u Boga ale dać Prusowi własną córkę za żonę, podczas gdy było tylu
                                                    chętnych do żeniaczki z nią chłopców - swojaków, to zupełnie co innego.
                                                    Niespodziewanie Kasia okazała wiele sprytu. Poszła do księdza, zwierzyła mu się
                                                    z czego mogła, nie zdradzając kim jest właściwie Miligedo, zyskała w starym
                                                    kapłanie sojusznika, który pomógł jej przekonać rodziców.
                                                    Miligedo - nie rozpoznany -ochrzczony został z grupą Natangów po
                                                    kilkumiesięcznym przygotowaniu. Na chrzcie dano mu imię Michał. Imię to wybrała
                                                    Kasia jako trochę podobne w brzmieniu. Dzięki temu mogła nadal nazywać Miligedo
                                                    Milikiem. Ślub młodych odbył się w miesiąc po Bożym Narodzeniu zgodnie z wiarą
                                                    i obyczajami mazurskimi.
                                                    (Weselne zwyczaje mazurskie już znamy, więc na pewno było wesoło, a i miodu
                                                    pitnego pewnie nie zbrakło. Szkoda, że nie można skończyć 'i zyli długo i
                                                    szczęśliwie', ale o tym później)

                                                  • rita100 Re: Miligedo - Syn Miodu - legenda 14.05.06, 21:49
                                                    gość tralala napisała:
                                                    Dziś - o szczęśliwym życiu w rodzinie Miligedo i Kasi
                                                    Minęło kilka lat, wśród nich te, które były dla gospodarstwa Kasi i Miligedo
                                                    latami wolnymi. Miligedo ubierał się teraz i mówił po mazursku i nie każdy
                                                    wiedział, że jest Prusem. Kasia była młodą, szczęśliwą, choć bardzo zapracowaną
                                                    kobietą, bo w domu była już dwójka dzieci: córka i mały, dopiero półtoraroczny
                                                    chłopiec. Praca w gospodarstwie obciążonym daninami była nielekka, lecz dzięki
                                                    darom pola i puszczy oraz pracowitości i talentom obojga małżonków chleba,
                                                    miodu, mięsa i ryb nigdy im nie brakowało.


                                                  • rita100 Re: Miligedo - Syn Miodu - legenda 14.05.06, 21:50
                                                    Szczęście nie trwało długo gdyż:
                                                    Do Bartoszyc przybył nowy namiestnik komtura z wieloma nowymi, oddanymi mu
                                                    rycerzami. Był to wróg tak Prusów, jak i Mazurów, wielki gwałtownik, ponadto
                                                    człowiek chciwy ponad miarę. Powinności na rzecz Zakonu stawały się coraz
                                                    większe i wkrótce zaczęły przerastać możliwości przeciętnych gospodarstw. Coraz
                                                    częściej te zabierano mężczyzn do świadczenia różnych prac i usług dla
                                                    Krzyżaków. Nowy namiestnik budził postrach i wkrótce nie pamiętano już nawet
                                                    jego imienia, a powszechny stał się jego przydomek Okrutny - Grausam.
                                                  • rita100 Re: Miligedo musi chronić się u Natangów 14.05.06, 21:51
                                                    No i stało się - Miligedo musi chronić się u Natangów:
                                                    W czasie jednej z wypraw karnych, jakie Grausam wysyłał do zalegających z
                                                    daniną, jego ludzie pobili wielu Mazurów, jak mówili "opornych", wśród nich i
                                                    ojca Kasi, który w kilka tygodni później zmarł. Gospodarstwo ojca i kilka
                                                    innych znajdujących się w podobnej sytuacji Krzyżacy zabrali i oddali osadnikom
                                                    niemieckim. Na Mazurów padł blady strach, ale Miligedo poczuł się
                                                    zagrożony.Pewnego dnia doszło do najgorszego: w obronie żony Miligedo rzucił
                                                    się na Krzyżaka z siekierą, zabił również dwóch jego towarzyszy zaatakowany
                                                    przez nich. Nie było innego wyjścia, pozostały znane tylko Miligedo ścieżki w
                                                    głąb puszczy.
                                                    W pośpiechu zabrali dzieci i trochę rzeczy najniezbędniejszych. Syn Miodu pałał
                                                    żądzą zemsty. Oto Krzyżacy zniszczyli cały dorobek jego życia. Odebrali mu dom.
                                                    Żyje żona, żyją dzieci, ale on jest bezradny, puszcza jest już znacznie
                                                    przetrzebiona, nie taka bezpieczna jak za czasów jego dzieciństwa. Jemu może
                                                    dałaby jeszcze schronienie i utrzymanie, ale nie ukryje w niej rodziny.
                                                    Pozostawało jedno bezpieczne miejsce - Głomno w Natangii i tam też skierowali
                                                    się uchodźcy.

                                                  • rita100 Re: Miligedo - Syn Miodu - walczy 14.05.06, 21:54
                                                    Zaczyna się spełniać przeznaczenie Miligedo, który staje się przywódcą
                                                    zbuntowanych Prusów:
                                                    I znów minęły lata. O Miligedo, obrońcy biednych i krzywdzonych, który był tak
                                                    dzielny, jak jego patron Michał Archanioł, śpiewał pieśni lud pruski i
                                                    mazurski, a dla Krzyżaków imię to stało się straszne. Grausam nie był już taki
                                                    swobodny w swoim postępowaniu, musiał się liczyć z możliwością zemst Miligedo.
                                                    Wydawało się wręcz niewiarygodne, aby siły całej komturii nie dały rady
                                                    kilkunastu ludziom pruskiego mściciela. Nikt dokładnie nie wiedział, ile on ma
                                                    ludzi pod swoją komendę, ale był wszędzie tam, gdzie go najmniej się
                                                    spodziewano. Żaden Krzyżak nie czuł się teraz bezpieczny ni w Barcji, ni w
                                                    Natangii. Mówiono, że oprócz Prusów Miligedo ma pod swymi rozkazami także
                                                    Mazurów, lecz nikt niczego nie wiedział dokładnie. Grausam, którego podobno Syn
                                                    Miodu poprzysiągł ukarać, sypiał coraz gorzej, zrobił się też przesądny. Jakiś
                                                    wróżbita, którego potajemnie wezwał, wywróżył mu, że zginie od żądła, a
                                                    ponieważ imię Miligedo - Syna Miodu -było głośne, każdy rozumiał, iż tym żądłem
                                                    będzie jego miecz. Rozwścieczony namiestnik kazał służalcom wróżbitę powiesić,
                                                    ale od tego czasu miał sny coraz koszmarniejsze, wychudł i zrobił się tak
                                                    straszny, że jego dawni kompani i zausznicy drżeli przed nim chyba nie mniej
                                                    niż Prusowie i Mazurzy.
                                                    Dziewięć lat już trwały utarczki Syna Miodu z Zakonem. W tym okresie z Kasią i
                                                    podrastającymi dziećmi przebywającymi ciągle w Głomnie widywał się rzadko.
                                                    Przebywając raz w Barcji, raz w Natangii, Miligedo nigdy nie miał czasu na
                                                    cieszenie się rozkoszami domowego ogniska. Rozumiał, że te radości ma już za
                                                    sobą, teraz zaś jest tylko karzącym mieczem cierpiącego pruskiego ludu. Żaden
                                                    rycerz czy oddział zbrojny nie mógł teraz czuć się dobrze w komturii. Miligedo
                                                    czuwał bezustannie i zawsze wypatrzył jakiś błąd w postępowaniu Krzyżaków, za
                                                    który najczęściej płacili śmiercią.
                                                    (Koniec już bliski, i dla nikogo nie będzie to happy end)
                                                  • rita100 Re: Miligedo - Syn Miodu - ginie 14.05.06, 21:56
                                                    Gość: tralala
                                                    Dziś smutny fragment baśni - śmierć naszego bohatera!
                                                    Prawdą jest jednak, że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Namiestnik
                                                    ściągnął od komtura nowe posiłki z Bałgi i przyszedł czas, że Syn Miodu nie
                                                    zdołał się wyślizgnąć. Bohaterską postawą doprowadził do tego, że część jego
                                                    oddziału przebiła się przez krzyżackie szeregi, ale koń jego padł, ugodzony
                                                    przez zakonnych. Mimo że pozbawiony wierzchowca, Miligedo bronił się
                                                    skutecznie, zdając sobie sprawę, że nic mu już nie pozostało oprócz chwalebnej
                                                    śmierci. Ofiarował ludowi pruskiemu swoje życie, teraz musi mu ofiarować taką
                                                    śmierć, która mimo wszystko da jego ziomkom powód do dumy i pozwoli im
                                                    przetrwać gorycz upokorzeń, jakie ich czekają. Stos ciał wokół Miligeda rósł.
                                                    Krzyżacy, atakujący początkowo z wielkim impetem, musieli się cofnąć niepomni
                                                    nawet na hańbę padającą na sławę zakonu. Syn Miodu był jeden, a ich było tylu
                                                    świetnie uzbrojonych, lecz wobec siły i bohaterstwa Prusa zdawało się
                                                    bezradnych. Była to jednak chwilowa tylko przewaga wodza Prusów, bo oto znowu
                                                    napierały nadciągające szeregi wrogów. Miligedo osaczony, pozbawiony wsparcia
                                                    swoich ludzi, musiał paść w końcu z wyczerpania i licznych ran, których broniąc
                                                    się doznał. I oto Krzyżacy stali teraz zdumieni nad powaloną postacią wcale nie
                                                    nadludzkiego, jasnowłosego wodza Bartów i nie mogli uwierzyć w jego śmierć.




                                                  • rita100 Re: Miligedo - Syn Miodu - pogrzeb 14.05.06, 22:04
                                                    Gość: tralala
                                                    A skoro śmierć, to i pogrzeb, bardzo pruski i bardzo przypominający tradycje, o
                                                    których tu pisałyśmy:
                                                    Syn Miodu musi mieć pogrzeb co najmniej tak piękny, jak Argo, według pruskich
                                                    starych zwyczajów. Nie bacząc na to, że był od wielu lat ochrzczony, na miejscu
                                                    do tego przeznaczonym - miejscu świętym, jakim było przenoszone z konieczności
                                                    wielokrotnie- ramowe Bartów- ułożono stos z odpowiedniego, dającego niewiele
                                                    dymu drewna, bo trzeba się było liczyć z krzyżackim niebezpieczeństwem i wbrew
                                                    zwyczajom, niestety, trzeba było się spieszyć. Pięknie ubrane zwłoki bohatera
                                                    zostały położone twarzą na wschód, a kapłani - ligasze i tulisze wychwalali
                                                    jego czyny, a było przecież o czym śpiewać! Wraz z zabitym palono jego broń,
                                                    grzebano też, jak każe zwyczaj, jego konia. Piękne stare dęby otaczające polanę
                                                    stanowiły tło uroczystości. Gdy stos zapłonął, najstarszy z tuliszów zaczął
                                                    mówić o swoich wizjach. Słuchano go nadzwyczaj uważnie, lecz nikt go nie
                                                    rozumiał.
                                                    Co niezwykłego mówił tulisz - już jutro.


                                                  • rita100 Re: Miligedo - Syn Miodu - Bartek - Kam. Baba Prus 14.05.06, 22:06
                                                    Oto zamiast mówić jak zwykle, że bohater na swym wspaniałym rumaku wzlatuje
                                                    poprzez nieboskłon do szczęśliwej krainy przodków, tulisz twierdził, że kieruje
                                                    się on do Bartoszyc, że w mieście tym wędruje po ulicach, a nawet wstępuje na
                                                    dziedziniec krzyżackiego Zamku. Wreszcie oznajmił, że Miligedo będzie jedynym
                                                    Bartem - świadkiem upadku potęgi Zakonu i państwa niemieckiego na pruskiej
                                                    ziemi.
                                                    Zgromadzeni ludzie nie mogli się rozeznać w swoich uczuciach. Dlaczego tulisz
                                                    mówił tak od rzeczy? To nie dawało się zrozumieć! Stos dogorywał, a potężny
                                                    grzmot przetaczający się przez niebo, zwiastował letnią burzę. Lunęły potoki
                                                    deszczu i dogasiły stos. Czy bogowie się gniewają? Ludzie pod wpływem strachu
                                                    zaczęli domagać się od kapłanów, aby wytłumaczyli, co to znaczy; czy ta burza w
                                                    czasie tak uroczystego pożegnania bohatera jest wróżbą dobrą, czy złą?
                                                    Postanowiono złożyć Perkunowi ofiarę z czarnego byka, co zostało wkrótce
                                                    dokonane, a potem, gdy kapłani podeszli z urną, by pozbierać w nią prochy
                                                    bohatera, po rozgarnięciu resztek stosu, oczom zebranych ukazał się wśród
                                                    popiołów kamienny posąg z naszyjnikiem, rogiem do picia i mieczem u pasa.
                                                    Przeciągłe Ooo! wstrząsnęło dąbrową. Bez najmniejszych wątpliwości wszyscy
                                                    pojęli, że Miligedo zostaje wśród nich, aby ich bronić przed Krzyżakami, że
                                                    uznał, iż nie czas mu ulatywać do szczęśliwej krainy przodków, kiedy tu
                                                    pozostaje płaczący swych krzywd pruski lud. Wróżba starego tulisza zaczynała
                                                    nabierać sensu, stawała się doniosłym proroctwem.
                                                    (No i proszę - nasz Miligedo to Bartek, kamienna baba pruska, czyli chłop na
                                                    schwał i dzielny wojownik).
                                                  • rita100 Re: Miligedo - Syn Miodu - Bartek - Kam. Baba Pru 14.05.06, 22:07
                                                    W taki oto kamienny posąg zamienił się Miligedo, by już na wieki chronić lud
                                                    pruski: perkuns.fm.interia.pl/Galerie/bk09.html

                                                    Posąg pozostawiono w świętym Gaju z wiecznie płonącym ogniem. Skrzywdzeni przez
                                                    Krzyżaków Prusowie przychodzili tam, wierzono powszechnie, że gdy skrzywdzony
                                                    dotknie miecza . Miligedo, krzywdziciel zostanie ukarany. Wszyscy rozumieli, że
                                                    trzeba strzec przed Krzyżakami posągu i jego tajemnicy. Krzyżacy gotowi go
                                                    zniszczyć tak, jak niszczyli wszystko co pruskie.
                                                    A jak Miligedo - Bartek trafił do Bartoszyc wyjaśni się w dalszej części
                                                    legendy. I oczywiście zło zostanie ukarane, ale tym zajmą się już nie ludzie,
                                                    lecz pszczoły!
                                                  • rita100 Re: Bartek idzie do Bartoszyc 14.05.06, 22:09
                                                    O tym, co działo się z rodziną Miligedo - Bartka legenda milczy. Mam nadzieję,
                                                    że mimo wszystko jego dzieci dorosły, miały swoje dzieci, a potem wnuki i tak
                                                    dalej, i gdzieś jeszcze może żyją potomkowie Prusów. Za to wiemy, gdzie jest
                                                    kamienny Bartek, a legenda powie nam, jak trafił do Bartoszyc:
                                                    Jednak Krzyżacy dowiedzieli się, że Prusowie ukrywają jakiś posąg kamienny w
                                                    głębi lasu, że choć ochrzczeni, zamiast gromadzić się w kościołach, chodzą do
                                                    swoich świętych gajów. Grausam szybko zapomniał o zagrożeniu ze strony
                                                    Miligedo. Teraz ten znienawidzony wódz pruski już nie żył, a on, Grausam był
                                                    znowu niepodzielnym panem okolicy. Zorganizował więc wyprawę w głąb puszczy.
                                                    Pewien był sukcesu. Wiózł ze sobą pruskiego niewolnika, który od trzech
                                                    miesięcy pracował na zamku przy żarnach. Torturami i obietnicami zmusił go, aby
                                                    wyjawił, gdzie znajduje się romowe Bartów, tam spodziewano się znaleźć posąg.
                                                    Grausam chciał ten posąg odebrać poganom, aby w ten sposób położyć kres ich
                                                    grzesznym praktykom. Pojmowanemu Prusowi obiecał wolność, jeżeli wskaże
                                                    właściwą drogę Krzyżakom. Grausam śmiał się w duchu z naiwności Prusa. Wszystko
                                                    poszło gładko. Świętego miejsca nie pilnował teraz nikt zbrojny, więc po
                                                    zabiciu kapłanów podsycających ogień, silni pachołkowie władowali posąg na woź,
                                                    oddział zbrojnych rycerzy otoczył go i z pełną triumfu pieśnią ruszyli, przez
                                                    nikogo nie zatrzymywani, do Bartoszyc.
                                                  • rita100 Re: Bartoszyce miasto Miligeda 14.05.06, 22:10
                                                    No i czas ukarać zło, bo w każdej legendzie zło musi w końcu przegrać:
                                                    Był okres rojenia się pszczół. Krzyżacy jechali spokojnie drogą leśną, gdy
                                                    nagle jeden z rojów zaatakował konia namiestnika. Spłoszony, kłuty żądłami
                                                    wierzchowiec poniósł na oślep w puszczę. Grausamowi włosy zjeżyły się pod
                                                    hełmem, bo przypomniał sobie powieszonego wróżbitę i jego przepowiednię. Na
                                                    próżno czynił wysiłki, aby powstrzymać oszalałe zwierzę. Gdy ujrzał wysoki
                                                    brzeg Łyny, zrozumiał, że jego los jest przesądzony. Koń zawisł w powietrzu,
                                                    jeździec wyleciał z siodła i w ciężkiej zbroi runął w fale Łyny. Wkrótce woda
                                                    pochłonęła go. Koń walczył dłużej. Kilku Bartów i Natangów widziało tę scenę,
                                                    lecz Grausam był tak znienawidzony, że nie mógł liczyć na niczyją pomoc. Ciało
                                                    okrutnego wodza nigdy nie zostało odnalezione. Tak dopełniła się wróżba i tak
                                                    dopełniła się zemsta pszczół za zabicie Miligedo - Syna Miodu.
                                                    Kamienny posąg bohatera, zgodnie z rozkazami utopionego Grausama, dojechał do
                                                    Bartoszyc i stanął przy jednej z ulic miasta. Od tego czasu lud pruski pokochał
                                                    znienawidzone dotąd Bartoszyce, bowiem było to teraz miasto Miligeda - ich
                                                    bohatera, który, jak wierzyli, będzie świadkiem upadku potęgi obcego, wrogiego
                                                    tym ziemiom krzyżackiego państwa.
                                                    I to już jest naprawdę KONIEC smile))
        • tralala33 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 17.05.06, 20:57
          Z Kroniki Ziemi Pruskiej spisanej przez Piotra z Dusburga wybrałam fragmenty, w
          których pojawia się bohater tego wątku, Herkus Monte. Piotr z Dusburga,
          zakonnik, przybył na Prusy prawdopodobnie pod koniec XIII wieku, a więc
          kilkadziesiąt lat po powstaniu pruskim dowodzonym między innymi przez Herkusa
          Monte. Swoją Kronikę kończył pisać około roku 1326, prawdopodobnie na kilka lat
          przed swoją śmiercią. A teraz czas na jego relację.
          • tralala33 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 17.05.06, 20:58
            O drugim odstępstwie Prusów od wiary, które trwało 15 lat
            W tym samym roku [1260] w przeddzień święta świętego Mateusza Apostoła i
            Ewangelisty [21 IX] Prusowie (...) ponownie odstąpili od wiary i wiernych i
            powrócili do dawnych błędów; na wodzów i dowódców swojego wojska wybrali:
            Sambowie pewnego męża zwanego Glande, Natangowie Henryka Monte, Warmowie
            Glappa, Pogezanie Auttuma, Bartowie Diwana.
            • tralala33 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 17.05.06, 20:58
              O wielkim rozlewie krwi chrześcijańskiej
              Ci wodzowie i dowódcy wojsk wyznaczyli określony dzień, w którym mieli się
              wszyscy stawić pod bronią i wybić wszystkich głosicieli wiary chrześcijańskiej
              i doprowadzić do ich zagłady. I tego dokonali, ponieważ wszystkich chrześcijan,
              na których natykali się w Prusach poza miejscami obwarowanymi w sposób
              pożałowania godny częściowo mordowali, a pozostałych chwytali i uprowadzali w
              długotrwałą niewolę. Kościoły, domy modlitwy i kaplice Pańskie palili, z
              sakramentami Kościoła obchodzili się bez należnego szacunku, wyciągali szaty
              liturgiczne i naczynia, by użyć ich w sposób nieprzystojny, a kapłanów i innych
              pomocników Kościoła nikczemnie zabijali.
              • tralala33 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 17.05.06, 20:58
                O bitwie w Pokarwis, w której zginęło wielu chrześcijan
                W roku Pańskim 1261, kiedy wieść o tym prześladowaniu przeszła przez Niemcy,
                poruszyła ona książąt i baronów. Dlatego na pomoc wspomnianej ziemi przybili
                pan z Reyder i wiele szlachty z innych części Niemiec. Razem z braćmi i ich
                uzbrojonymi ludźmi wtargnęli do ziemi Natangów, zniszczyli ją ogniem i
                grabieżą, pojmali i zabili wielu wrogów, a następnie cofnęli się do tego
                miejsca, gdzie obecnie położony jest Brandenburg i tam rozbili obóz. Z kolei
                bracia i krzyżowcy postanowili, że jedna część wojska ponownie wróci do
                Natangii, aby ponownie ją spustoszyć, a druga część pozostanie we wspomnianej
                okolicy.
                • tralala33 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 17.05.06, 20:59
                  Po tym wydarzeniu Natangowie uważali, że tak nieliczny oddział nie odważy się
                  plądrować ich ziemi, zatem gromadnie natarli na pozostające w Pokarwis wojsko.
                  Krzyżowcy i bracia stawiali zacięty opór, a zwłaszcza jeden rycerz z Westfalii
                  zwany Stenckelem z Bentheim, który, gdy w pewnym kazaniu biskupim usłyszał, że
                  dusze zabitych w Prusach chrześcijan ulecą do nieba z pominięciem czyśćca,
                  wówczas spiął swojego wierzchowca ostrogami, wysunął zwyczajem rycerskim
                  włócznię do przodu i począł zabijać niewiernych z prawa i lewa, wrogowie zaś
                  padali jak muchy. Lecz w czasie nawrotu, kiedy wdzierał się w sam środek
                  nieprzyjaciela, zabito go.
                  • tralala33 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 17.05.06, 20:59
                    Pomiędzy przeciwnikami wywiązała się zacięta walka, po obu stronach wielu
                    odniosło śmiertelne rany i wielu poległo. W końcu stało się tak, jak spodobało
                    się Bogu, a mianowicie, że poległ sam pan z Reyder z wielką częścią wojska i z
                    braćmi, a pozostali rzucili się do ucieczki. Kiedy to się działo, bracia z
                    drugą częścią wojska zbliżali się do miejsca bitwy. I gdy zobaczyli, że wojsko
                    chrześcijańskie zostało rozbite, nie mogli z powodu ogromnej liczby wrogów
                    wybawić z opresji, i inną drogą powrócili do swoich siedzib.
                    • tralala33 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 17.05.06, 20:59
                      Po tej rzezi Natangowie chcieli złożyć ofiarę bogom, rzucili zatem los pomiędzy
                      Niemców wziętych tam do niewoli, a los dwukrotnie wskazał pewnego szlachetnego
                      i bogatego mieszczanina z Magdeburga zwanego Hirtzhals, który znalazłszy się w
                      trudnym położeniu prosił Henryka Monte, aby sobie przypomniał dobrodziejstwa,
                      jakie często mu wyświadczał w mieście Magdeburgu, i aby go wybawił z tego
                      nieszczęścia. Henryk, kiedy to usłyszał, współczuł mu i dwukrotnie go zwolnił.
                      Ale kiedy rzucony los po raz trzeci wskazał na niego, nie chciał, by mu
                      darowano, lecz w prawdziwym wyznaniu wiary oddał się dobrowolnie na ofiarę
                      Bogu; został przywiązany do konia i spalony.
                        • tralala33 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 17.05.06, 22:10
                          Nie wiem, czy Piotr z Dusburga pisał coś o losie kobiet pruskich, poza
                          wzmiankami o uprowadzaniu do niewoli, ale znalazłam zabawną historię o dwoch
                          wdowach (bo wdów wtedy z pewnością nie brakowało), które pokłóciły się o
                          jednego męża. Obiecuję jutro smile
                          • tralala33 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 18.05.06, 08:52
                            Piotr z Dusburga był zakonnikiem i mocno wierzył, że walka z pogańskimi Prusami
                            jest służbą Bogu, dlatego chętnie przytaczał relacje o cudach, jakie miały
                            miejce w trakcie tej europejskiej wyprawy krzyżowej. Tak kończy się histria
                            niemieckiego mieszczanina z Magdeburga złożonego w ofierze pruskim bogom.

                            "Zapamiętaj tutaj czytelniku, że tenże Henryk Monte i wieu innych zapewniali
                            później pod przysięgą, że kiedy ów mieszczanin na koniu paił się i ducha
                            wyzionął, widzieli, jak z jego ust uleciała śnieżnobiała gołębica."
          • tralala33 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 18.05.06, 08:53
            A teraz coś lżejszego smile
            Piotr z Dusburga 'Kronika Ziemi Pruskiej'
            "Gdy Biskup chełmiński zobaczył, że miasto Chełmno zostało pozbawione mężczyzn,
            wszyscy bowiem zginęli we wspomianej bitwie (z Prusami – bitwa pod Reuseen
            między Chełmen a Grudziądzem), nakazał wdowom, aby za mężów pojęły swoich
            służących, by trud szerzenia wiary w tym miejscu nie poszedł całkiem na marne.
            Z tego powodu zdarzył się, iż dwie kobiety, gdy szły do kościoła, ujrzały wśród
            grający na rynku w kości pewnego sługę silnego i pięknego z wyglądu, chociaż
            źle ubranego. Pierwsza z nich potajemnie powiedziała swojej służącej, aby
            przyprowadziła go do jej domu. Druga natomiast zauważyła to i w tajemnicy
            nakazała swojej służącej, aby przyprowadziła go do należącej do niej gospody i
            nie wypuszczała go, dopóki nie wróci. Po tym, gdy tak się stało, sama ubrała go
            w piękne szaty i zawarła z nim związek małżeński w obliczu Kościoła.
            Kiedy zobaczyła to pierwsza kobieta, przez długi czas nie kryła swego oburzenia
            wobec drugiej kobiety. Ów służący urodził się w Halle i był tak bardzo
            szlachetny i mądry, że pod względem cnót nie miał sobie równego w Prusach."
                      • fedar Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 22.05.06, 23:56
                        Niestety na stronie Pruthenii nie ma nic o tej wyprawie. Sprawdzałem pod adresem
                        www.pruthenia.strefa.pl/b4.html
                        i ten dział serwisu wygląda na niedokończony i porzucony, szkoda.
                        Wyprawa, o której mowa (właściwie rajd rowerowy) odbyła się w dniach od 23 do 27 lipca 2004 r. Jego celem było odnalezienie i potwierdzenie istnienia wybranych grodzisk i kurhanów w okolicach Pieniężna, Górowa i Bartoszyc. Bazą wypadową była szkoła podstawowa w Toprzynach. Ja brałem udział tylko w części rajdu, gościnnie. Dokumentację (dziennik?) wyprawy prowadził jeden z członków Pruthenii i to on mógłby najwięcej powiedzieć. Od siebie dodam tylko, że cel wyprawy (rajdu) został zrealizowany - większość (a może wszystkie, nie pamiętam) obiektów została odnaleziona. Oprócz dokumentacji na papierze były też trofea w postaci np. skorup z kurhanów. Największe wrażenie zrobiły na mnie: potężne grodzisko Pelten, dolina Wałszy (co za klimat), przygraniczne pustkowia, jez. Martwe i droga przez poligon k. Sigajn. Jeśli byliby zainteresowani, to mogę gdzieś podpiąć oficjalny program rajdu. W trakcie były co prawda pewne zmiany planów, ale lista obiektów do znalezienia/odwiedzenia ogólnie zgadza się. Myślę, że tam jeszcze kiedyś wrócę, ale to już w celach głównie turystycznych.
                        Pozdrawiam
                          • rita100 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 23.05.06, 21:17
                            To już wprawdzie dla znawców archeologi. Ale wspaniale wiedzieć co się zwiedza
                            i ogląda. Powinny być przy nich tabliczki z opisem. To jest tożsamośc ziemi, a
                            chyba na Warmii i Mazurach najwięcej jest kurchanów. Jest co zwiedzać i oglądać
                            i podziwiać. Ale i zapaleńców odkrywania jest też dużo.

                            To uwaga jadą taczki i następna kopka ziemi ku chwale Herkusa Monte
                            • tralala33 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 24.05.06, 21:01
                              Ktoś tu kiedyś coś wspominał o grafomaństwie? Dziś przedstawiam fragment do
                              oceny - jest li to grafomaństwo czy nie jest? Jednoaktówka autorstwa Lecha
                              Brywczyńskiego pod tytułem Zemsta Perkuna:

                              Lech BRYWCZYŃSKI: Zemsta Perkuna
                              www.fabrica.civ.pl/czasopismo/www_ore_nr2/83.html
                              Kriwe: - (uspokajającym tonem, zdejmując kaptur) Jestem bez broni. Przyszedłem
                              was prosić o to, żebyście opuścili naszą ziemię. Wracajcie do krain, w których
                              się urodziliście, nie zakładajcie tu swoich miast! Dlaczego wycięliście
                              tutejszy święty gaj, poświęcony naszym bogom? To zbrodnia, która nie może ujść
                              bez kary!

                              Von Balk i Brat Zygfryd spoglądają na siebie w osłupieniu. Przerywają posiłek,
                              wstają i wycierają dłonie o swoje szaty.
                              von Balk: - Z czegoś musimy przecież budować nowe gmachy, starcze. A z czego,
                              jeśli nie z drewna? Zresztą, nie muszę ci się wcale tłumaczyć. Czy wydaje ci
                              się, że zwykły Prus, taki jak ty, ma prawo rozkazywać zakonnym rycerzom? Skąd
                              znasz niemiecką mowę?

                              Kriwe: - Waszego języka nauczył mnie człowiek, którego wy nazywacie Henryk
                              Monte. To mój ukochany uczeń - ja wprowadzałem go w tajniki naszej religii, gdy
                              powrócił w ojczyste strony. Wódz armii musi przecież, wedle naszych zwyczajów,
                              składać ofiary bogom, prosząc o pomyślny wynik bitwy. On, z wdzięczności,
                              nauczył mnie niemieckiej mowy, nauczył mnie nawet czytać i pisać. Dla mnie,
                              starego człowieka, nie było to łatwe. Chciałem jednak poznać waszą wiarę,
                              przeczytać wasze pisma. Dowiedzieć się, skąd w was tyle nienawiści, tyle pychy
                              i zamiłowania do wojny. Na jakiej podstawie rościcie sobie prawo do odbierania
                              nam ziemi ojców?
                              • tralala33 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 24.05.06, 21:02
                                I jeszcze żałosna pieśń Prusów:

                                www.fabrica.civ.pl/czasopismo/www_ore_nr2/92.html
                                Chór Prusów
                                (śpiewają na smutną, nostalgiczną nutę serbskiej pieśni "Tamo, daleko...")

                                Jesteśmy sami
                                Tak sami, jak kamień na dnie
                                Po wojnie tej z Krzyżakami
                                Nikt z nas nie pozostanie
                                Po wojnie tej z Krzyżakami
                                Nikt z nas nie pozostanie...

                                Prus I
                                (na ludową nutę)
                                Ciężka dola Prusa
                                Pogańskiego syna
                                Wyrok już nań zapadł
                                Choć nieznana wina

                                Prus II
                                Ciężka dola Prusa
                                Każdy jest mu wrogiem
                                A teraz krzyżacka
                                Śmierć stoi za progiem!

                                Prus III
                                Stoi, głową trzęsie:
                                - Czas na was, wojowie!
                                Czas na wieczną drzemkę
                                W cienistej dąbrowie!

                                Prus IV
                                Nasze święte gaje
                                Na podpałkę pójdą
                                To, w cośmy wierzyli
                                Zwane będzie bujdą

                                Prus V
                                Nawet grobom naszym
                                Nikt się nie pokłoni
                                Wiatr tylko zawyje,
                                Łzę chmurka uroni

                                • rita100 Re: Budujemy kopiec Herkusa Montego ! 24.05.06, 21:13
                                  Chór Prusów (na smutną, nostalgiczną nutę)
                                  Jesteśmy sami,
                                  Tak sami, jak kamień na dnie
                                  Po wojnie tej z Krzyżakami
                                  Nikt z nas nie pozostanie
                                  Po wojnie tej z Krzyżakami
                                  Będziecie wy! (milkną na moment, pokazując palcami w stronę widowni)
                                  Nas już nie...
                                  Chór Prusów rozbiega się, jęcząc przeraźliwie. Melodię "Tamo, daleko..."
                                  słychać jeszcze przez pewien czas.

                                  Tralala, bardzo, bardzo ciekawe to jest i piekne, dotykamy już emocji.
                                  Fantastyczna stronka.
                                  • rita100 Re: Lech BRYWCZYŃSKI: Zemsta Perkuna 26.05.06, 22:47
                                    DRAMAT
                                    Lech BRYWCZYŃSKI: Zemsta Perkuna

                                    von Balk: - (nieobecnym tonem) A jakże, słucham. (z przejęciem) Bracie, miałem
                                    sen. Muszę ci go opowiedzieć...


                                    Brat Zygfryd: - Co tam sen, czcigodny mistrzu. Wybacz , ale muszę ci najpierw
                                    przekazać trzecią, najsmutniejszą wiadomość. Brat Teobald okazał się nikczemnym
                                    zdrajcą: po spotkaniu z Henrykiem Monte stał się przyjacielem i wspólnikiem
                                    pruskiego herszta! Teobald przyjął nawet pruskie imię: Autumme! (wstaje, chodzi
                                    po izbie nerwowym krokiem) To niepojęte: nasz brat, rycerz Bożej sprawy splamił
                                    się apostazją! Przystał do Prusów i stał się poganinem. Te słowa ranią moje
                                    usta, przechodząc przez nie! Co na to powie Europa! Trzeba będzie przygotować
                                    oficjalne wyjaśnienie, napisać, że Teobalda omamiły pruskie demony, że stracił
                                    rozum...


                                    von Balk: - (wygląda, jakby się ocknął z głębokiego snu. wstaje) Co powiadasz?
                                    Brat Teobald został poganinem? Poszedł więc do Prusów, jak mu poleciłem, a owi
                                    poganie nic złego mu nie zrobili. Wiem, że oni są gościnni, zabijają tylko
                                    wrogów... (przechadza się po izbie, po czym staje naprzeciw Brata Zygfryda) To
                                    się wiąże z moim snem. Bo musisz wiedzieć, bracie, że tej nocy śnił mi się
                                    świat, który będzie istniał po roku dwutysięcznym. Słyszysz dobrze: minie rok
                                    2000 i koniec świata nie nastąpi! Świat przyszłości, który widziałem, był
                                    dziwny i niepojęty, ale piękny. Widziałem miasto Elbląg, w którym nie było ani
                                    nas, braci zakonnych, ani Prusów. Czy możesz to sobie wyobrazić?

                                    cdnj
                                    • rita100 Re: Zemsta Perkuna -1- 27.05.06, 21:48
                                      Zemsta Perkuna - Tragifarsa ahistoryczna

                                      motto:
                                      Była wśród tego zbłąkanego pogaństwa miejscowość wielkiego znaczenia. Miasto to
                                      zwało się Romowe i wzięło nazwę od Rzymu, ponieważ tam mieszkał najważniejszy
                                      kapłan pruski; nazywał się on Kriwe.
                                      Piotr Dusburg, kronikarz krzyżacki
                                      OSOBY:
                                      Hermann von Balk - mistrz krajowy Zakonu Krzyżackiego, Brat Zygfryd, Brat
                                      Godfryd, Brat Horst, Brat Teobald, Wartownik, Chór Knechtów: Knecht I, Knecht
                                      II, Knecht III, Knecht IV, Pozostali bracia i knechci, Kriwe - kapłan pogański,
                                      Chór Prusów: Prus I, Prus II, Prus III, Prus IV, Prus V.


                                      SCENA PIERWSZA
                                      Leśna polana. Pośrodku stoi von Balk, trzymając w wyciągniętej dłoni miecz.
                                      Wokół niego, po obu stronach, zgromadziło się liczne grono rycerzy zakonnych i
                                      knechtów, wszyscy w zakonnych białych płaszczach z czarnym krzyżem. Większość w
                                      zbrojach i z bronią. Tuż obok mistrza stoją: Brat Zygfryd, Brat Godfryd, Brat
                                      Horst i Brat Teobald.


                                      von Balk: - Et in Arcadia ego. Oto ja, Hermann von Balk, mistrz krajowy naszego
                                      zakonu, znalazłem się w krainie pogańskich Prusów, mlekiem i miodem płynącej.
                                      Naiwni Polacy zaprosili nas tutaj, bo sami nie byli w stanie pokonać pogan. My
                                      tego dokonamy i wytępimy Prusów do szczętu. Przy okazji zostaniemy tu na dłużej
                                      i założymy własne państwo.


                                      Chór Knechtów: - Hura! Hura! Hura!


                                      von Balk: - (uciszając obecnych ruchem dłoni) Co w trakcie ostatnich kilkunastu
                                      lat zdobyliśmy, już jest nasze, a co dopiero zdobędziemy, będzie nasze w
                                      przyszłości! Sam wielki mistrz naszego zakonu - baczność! (wszyscy stają na
                                      baczność) - von Salza! - spocznij! (wszyscy wykonują komendę "spocznij") -
                                      wtajemniczył mnie w wielkie plany polityczne, których jest autorem. Podbijemy
                                      ziemię Prusów, niosąc tu prawdziwą wiarę i tępiąc zabobony!


                                      Chór knechtów: - Zawsze z Balkiem! Zawsze z Balkiem! Zawsze z Balkiem!

                                      von Balk: - Oby miasto Elbląg, które tu dzisiaj zakładamy, stało się filarem
                                      naszego panowania na Warmii! Ten gród będzie niczym młyński kamień, rzucony na
                                      pierś ziemi pruskiej. Oby rok tysiąc dwieście trzydziesty siódmy był z tego
                                      powodu wspominany przez wieki! Niech krzyżackie panowanie tkwi w tej ziemi tak
                                      mocno, jak ten miecz! (bierze potężny zamach i oburącz ciska miecz przed sobą
                                      na ziemię, ostrzem ku dołowi. ostrze miecza trafia w ziemię, ale nie wbija się
                                      w podłoże, tylko odskakuje od niego. miecz upada z brzękiem na ziemię)
                                      • rita100 Re: Zemsta Perkuna -1- scena 27.05.06, 21:49
                                        Chór Knechtów: - Oooooooch! (wydają z siebie donośny jęk)

                                        von Balk: - (zbity z tropu. podnosi miecz, spogląda na miejsce, w którym upadł)
                                        To czysty przypadek, to nic nie znaczy. Po prostu ostrze trafiło na kamień,
                                        umieszczony tu przez pruskie demony. Jest oczywiste, że Bóg jest z nami, a nie
                                        z Prusami, którzy w Niego nie wierzą i ubliżają Mu! Precz z pogaństwem i
                                        bałwochwalstwem! Do gruntu zniszczymy bezbożne praktyki! Następne pokolenia
                                        zakonnych braci będą tu mogły stworzyć świat wiary i chrześcijańskiej
                                        pobożności.

                                        Brat Horst: - (półgłosem, nachylając się w stronę Brata Godfryda) Co mistrz
                                        powiedział? Następne pokolenia? Myślałem, że nam, zakonnikom, nie wolno, takich
                                        rzeczy, no wiesz... (mruga znacząco)


                                        von Balk: - (patrzy karcącym wzrokiem na Brata Horsta, po czym kontynuuje
                                        przemowę) Elbląg to nasza przyszłość! To miasto powstało tylko dzięki nam i
                                        przez nas dzisiaj zostało założone. Umocnimy je i przekształcimy w warowny
                                        gród. To początek naszego przyszłego zwycięstwa.

                                        Chór knechtów: - (skandują, rytmicznie uderzając mieczaami o tarcze) Zwy-cię-
                                        stwo! Zwy-cię-stwo! Zwy-cię-stwo!

                                        von Balk: - Zadania, związane z podbojem Prus są tak ogromne, że będę
                                        potrzebował zastępcy i pomocnika. Jego zadaniem będzie obrona miasta przed
                                        wrogiem, budowa fortyfikacji, ratusza i kościoła pod wezwaniem Świętego
                                        Mikołaja. Moim zastępcą zostanie... (zawiesza głos. wszyscy wsłuchują się w
                                        napięciu w jego słowa) ...zostanie nim mój umiłowany uczeń, Brat Zygfryd,
                                        którego niniejszym mianuję komturem elbląskim!


                                        Wszyscy obecni przepychają się do Brata Zygfryda, żeby złożyć mu gratulacje.
                                        Trwa to dłuższą chwilę.

                                        von Balk: - (chowa miecz do pochwy) A teraz - do pracy! Zajmijcie się pracami
                                        fortyfikacyjnymi i budowlanymi. Zacznijcie od wycięcia drzew z tego gaju
                                        (pokazuje ręką w prawą stronę) i postawienia szopy, w której mógłbym założyć
                                        swoją kwaterę!


                                        Wszyscy rozbiegają się, przystępując do pracy.

                                    • tralala33 Re: Lech BRYWCZYŃSKI: Zemsta Perkuna 27.05.06, 22:44
                                      "Oby miasto Elbląg, które tu dzisiaj zakładamy, stało się filarem
                                      naszego panowania na Warmii!" - to teraz już chyba nikt nie ma wątpliwości skąd
                                      pochodzi autor tej sztuki, Lech Brywczyński. A tu historia psikusa spłatała, bo
                                      stolica Warmii jest łu noju smile
                                      • rita100 Re: Lech BRYWCZYŃSKI: Zemsta Perkuna 27.05.06, 22:59
                                        tralala33 napisała:

                                        > "Oby miasto Elbląg, które tu dzisiaj zakładamy, stało się filarem
                                        > naszego panowania na Warmii!" - to teraz już chyba nikt nie ma wątpliwości
                                        skąd
                                        >
                                        > pochodzi autor tej sztuki, Lech Brywczyński. A tu historia psikusa spłatała,
                                        bo
                                        >
                                        > stolica Warmii jest łu noju smile

                                        A kiedy Lech Brywczyński napisał ten dramat, że nie wiedział gdzie jest stolica
                                        Warmii ?
                                          • rita100 Re: Lech BRYWCZYŃSKI: Zemsta Perkuna 27.05.06, 23:09
                                            tralala33 napisała:

                                            > Wiedział i to go bolało. Przeżywał wtedy okres buntu i naporu, gdy Elbląg
                                            > tragicznym zrządzeniem losu znalazł się w tym województwie bagienno-
                                            szuwarkowym
                                            >
                                            > (sam tak napisał!),jak, nie przymierzając, Natangia w niewoli krzyżackiej wink

                                            Bo tak po prawdzie to Elbląg powinien do Gdańska należeć. Tak bylo od wieków
                                            chyba.
                                            To uciekam, pa
        • rita100 Re: Zemsta Perkuna -2- scena 30.05.06, 21:48

          SCENA DRUGA

          Wnętrze drewnianej szopy, urządzone w prostym, spartańskim stylu: drewniane
          ławy i stoły, po lewej stronie łoże, przykryte niedźwiedzią skórą. Po prawej
          stronie znajdują się drzwi wejściowe. W widocznym miejscu, na ścianie,
          znajduje się herb Elbląga. W centralnej części izby, po przeciwnych stronach
          stołu siedzą na ławach: von Balk oraz Brat Zygfryd. Jedzą mięso, trzymając je
          w palcach i co jakiś czas popijając wino z metalowych pucharów. Jedzą z
          apetytem, nie bacząc na to, że tłuszcz ubrudził im całe
          dłonie.

          von Balk: - Jak ci się podoba herb naszego miasta, komturze? (spogląda na herb)

          Brat Zygfryd: - (krojąc mięso wielkim nożem) Jest piękny. Krzyże, które są na
          nim umieszczone, przez wieki całe stanowić będą znamię potęgi naszego zakonu.

          von Balk: - Oby tak właśnie się stało. (podnosi do ust połeć mięsa i odgryza
          spory kęs) Jak przebiegają prace budowlane?

          Brat Zygfryd: - Widać już fundamenty ratusza, gotowe są też plany kościoła.
          Zbudowaliśmy bramy wjazdowe do miasta i postawiliśmy przy nich straże.
          Przydzieliliśmy parcele mieszczanom z Lubeki, którzy chcą zamieszkać w Elblągu.
          Niepokoi mnie za to stan fortyfikacji: niewiele zdołaliśmy dotąd zrobić, nasze
          wały są zbyt niskie i słabo umocnione. W razi e niespodziewanego ataku Prusów
          nie będę mógł zagwarantować miastu bezpieczeństwa.

          von Balk: - Ejże! Jest aż tak źle? Przecież Prusowie są słabo zorganizowani i
          nie będą w stanie wystawić licznej armii...

          Brat Zygfryd: - Wiem, u nich o wszystkim decyduje wiec pospólstwa, więc zawsze
          jedni są za, a drudzy przeciw. Stąd to bezgłowie. Ale ostatnio wiele się
          zmieniło. Wszystko za sprawą Henryka Monte.

          von Balk: - Któż to taki? To przecież nie jest pruskie nazwisko...

          Brat Zygfryd: - To Prus z Natangii, syn miejscowego szlachcica, kilkanaście lat
          temu wywieziony jako dziecko do Niemiec. Tam poznał nasz język i przyjął
          chrzest. Ale teraz wrócił tutaj i znów stał się poganinem. Przyjął nawet
          pruskie imię, ale nie wiem jak ono brzmi. Mam dowody na to, że przygo towuje
          wielkie powstanie. Chce zjednoczyć Prusów i ogłosić się ich księciem. Jest
          bardzo niebezpieczny, bo zna nasze obyczaje i sposoby walki.

          von Balk: - To rzeczywiście niepokojące. Czy w jego planach jest zdobycie
          Elbląga?

          Brat Zygfryd: - W to nie wątpię, on chce przejąć po kolei wszystkie nasze
          twierdze. Prusowie gromadzą się w lasach Lanzanii, szykując armię do ataku na
          Elbląg. Wczoraj udało nam się złapać trzech szpiegów, których Monte przysłał
          do miasta. Udawali wędrownych handlarzy. Zdradziła ich nieznajomość
          niemieckiego. Kazałem powiesić całą trójkę przy Bramie Targowej, ale nie
          ręczę, że Monte nie przysłał tu więcej szpiegów albo skrytobójców... (urywa,
          wskazując ręką na zakapturzoną postać, która niespodziewanie pojawiła się za
          jego plecami, w drzwiach. przybysz ma na sobie wąskie, długie spodnie, o
          nogawkach wpuszczonych w buty oraz wełnianą koszulę, długą aż do kolan) Kim
          jesteś? Kto cię tu wpuścił?
          cdn
          www.fabrica.civ.pl/czasopismo/www_ore_nr2/82.html
          • rita100 Re: Zemsta Perkuna -2- scena 03.06.06, 22:23
            Kriwe: - (uspokajającym tonem, zdejmując kaptur) Jestem bez broni. Przyszedłem
            was prosić o to, żebyście opuścili naszą ziemię. Wracajcie do krain, w których
            się urodziliście, nie zakładajcie tu swoich miast! Dlaczego wycięliście
            tutejszy święty gaj, poświęcony naszym bogom? To zbrodnia, która nie może ujść
            bez kary!


            Von Balk i Brat Zygfryd spoglądają na siebie w osłupieniu. Przerywają posiłek,
            wstają i wycierają dłonie o swoje szaty.


            von Balk: - Z czegoś musimy przecież budować nowe gmachy, starcze. A z czego,
            jeśli nie z drewna? Zresztą, nie muszę ci się wcale tłumaczyć. Czy wydaje ci
            się, że zwykły Prus, taki jak ty, ma prawo rozkazywać zakonnym rycerzom? Skąd
            znasz niemiecką mowę?


            Kriwe: - Waszego języka nauczył mnie człowiek, którego wy nazywacie Henryk
            Monte. To mój ukochany uczeń - ja wprowadzałem go w tajniki naszej religii, gdy
            powrócił w ojczyste strony. Wódz armii musi przecież, wedle naszych zwyczajów,
            składać ofiary bogom, prosząc o pomyślny wynik bitwy. On, z wdzięczności,
            nauczył mnie niemieckiej mowy, nauczył mnie nawet czytać i pisać. Dla mnie,
            starego człowieka, nie było to łatwe. Chciałem jednak poznać waszą wiarę,
            przeczytać wasze pisma. Dowiedzieć się, skąd w was tyle nienawiści, tyle pychy
            i zamiłowania do wojny. Na jakiej podstawie rościcie sobie prawo do odbierania
            nam ziemi ojców?


            Obaj zakonni rycerze zbliżają się nieufnie do starca.


            von Balk: - Do rzeczy, starcze, do rzeczy! Kim właściwie jesteś? Jakie nosisz
            imię?


            Kriwe: - Nazywam się Kriwe, jestem głównym kapłanem Perkuna i innych pruskich
            bogów na całej Warmii i Pogezanii. Jestem najsłynniejszym wróżbitą, jakiego
            wydała ziemia Prusów. Mam siedzibę w osadzie Romowe. Musiałeś o mnie słyszeć.


            von Balk: - Nieszczęsny człowieku, jesteś więc pogańskim kapłanem! To dla
            takich jak ty przybyliśmy tutaj!


            Kriwe: - Jeśli przybyliście tu dla mnie, to niepotrzebnie. Ja was nie
            potrzebuję, wystarczy mi się wiara moich ojców.


            von Balk: - Porzuć swoje zbrodnicze wierzenia, przyjmij naszą wiarę, bo inaczej
            twoja dusza zostanie po śmierci potępiona! Zgorzeje w ogniu piekielnym!


            Kriwe: - Nie wiem, o czym mówisz. Jeśli moi bogowie istnieją, to na pewno
            zatroszczyli się o to, co stanie się po śmierci z duszami ludzi szlachetnych. A
            takim, mniej lub bardziej udolnie, staram się być.


            Brat Zygfryd: - A jeśli owe demony nie istnieją?
            www.fabrica.civ.pl/czasopismo/www_ore_nr2/83.html
            • rita100 Re: Zemsta Perkuna -2- scena 04.06.06, 22:11
              Kriwe: - W takim przypadku życie jest niewiele warte, a po śmierci nic mnie nie
              czeka. Czego się mam zatem bać, jeśli po śmierci albo będę szczęśliwy, albo nie
              będę mógł być nieszczęśliwy?


              von Balk: - Co ty tu opowiadasz, nieszczęsny człowieku? Przecież istnieje tylko
              jeden Bóg, właśnie ten, którego wam przynosimy!


              Kriwe: - Tylko jeden? Skąd wiesz? Kiedy miałeś okazję policzyć bogów?


              von Balk: - (jest zakłopotany. przez chwilę milczy, spoglądając na Brata
              Zygfryda. odchrząkuje) A co powiesz nam na temat swoich wróżb? Przecież
              powinieneś wiedzieć, że wróżby to fikcja, że nie da się odczytać przyszłości z
              lotu ptaków czy z wnętrzności zwierząt ofiarnych...


              Kriwe: - Dziwne rzeczy gadacie, panie. Wierzycie w istnienie waszego jedynego
              Boga?


              von Balk: - Oczywiście!


              Kwire: - Wierzycie, że wasz wszechmocny Bóg jest w stanie wpływać na wasze losy
              i - jeśli tylko zechce - dawać wam znaki, dotyczące przyszłości?


              von Balk: - Tak! To oczywiste.


              Kriwe: - W takim razie zupełnie nie rozumiem, na jakiej zasadzie odrzucacie
              sztukę wróżbiarską. (rozkłada szeroko ręce) Zreszt ą, skoro wasz Bóg jest, jak
              powiadacie, wszechmocny, a ja istnieję, to znaczy, że On akceptuje moje
              istnienie. Inaczej by mnie nie było.


              Brat Zygfryd i von Balk spoglądają na siebie, skonsternowani. Zapada
              długotrwała cisza.


              Brat Zygfryd: - Co my tu będziemy tracić czas na jałowe dyskusje. Fakty są
              takie: nie macie żadnych szans na wygranie wojny z zakonem, bo za nami stoi
              cała, chrześcijańska Europa. Chyba temu nie będziesz miał odwagi zaprzeczyć?


              Kriwe: - (z rezygnacją w głosie) Temu jednemu zaprzeczyć nie mogę. Jestem już
              stary, a roztropność to roślina, późno wydająca owoce. Choć jest wśród nas
              wielu młodych ludzi, mających nadzieję na zwycięstwo. Zalicza się do nich
              Henryk Monte. Ja złudzeń nie mam. Człowiek mądry powinien się godzić z
              koniecznością. Ale czy to, że wygracie, odbiera słuszność naszej walce? Czy
              dzięki temu przybywa wam praw do palenia naszych osad, mordowania kobiet i
              dzieci?


              von Balk: - Starcze, oszczędź swoim ludziom dalszych cierpień! Niech się
              zdadzą na naszą łaskę i przyjmą chrzest. Przekonaj ich, by stali się
              poddanymi zakonu!
              www.fabrica.civ.pl/czasopismo/www_ore_nr2/84.html
              • rita100 Re: Ciekawostka 27.06.06, 20:42
                28 lutego 1917 roku odbyła sie w Olsztynie premiera widowiska Maxa
                Worgitzkiego "Herkus Monte" osnuta na tle powstań Prusów przeciwko Krzyżakom.
                Przedstawienie nie spotkalo się z większym zainteresowaniem publicznosci.
                ---
                a Max Worgitzki - osiadł w Olsztynie ok.1893, kiedy jego ojciec objął
                kierownictwo miejscowej mleczarni, a w 1914 Max przejął ją po ojcu.
              • rita100 Re: Zemsta Perkuna -2- scena 28.06.06, 22:06
                Kriwe: - Nie potrafię przekonywać do tego, za czym nie stoi słuszność. I tak
                bym nie odmienił ich przekonań, oni wolą zginąć, niż pod przymusem przyjmować
                obce obyczaje. Przyszłości nie da się odwrócić: moje wróżby mówią jasno, że
                bogowie przeznaczyli naszemu ludowi zagładę. Ale i wy strzeżcie się zemsty
                pruskich bogów, zwłaszcza Perkuna, który jest patronem naszej walki.


                von Balk: - A czegóż my mielibyśmy się bać? Przecież wasi rzekomi bogowie są
                słabi, skoro nie są w stanie pomóc nawet wam, ich wyznawcom!


                Kriwe: - Za każde zwycięstwo trzeba prędzej czy później zapłacić. Dziś lub w
                przyszłości. Skąd wiesz, jak długo potrwają na tych ziemiach wasze rządy? Skąd
                wiesz, czy w przyszłości nie jest wam pisana straszliwa klęska w walce z innym
                przeciwnikiem? Pomyśl też, rycerzu, o grodzie, który tu założyłeś.


                von Balk: - O moim Elblągu?


                Kriwe: - Właśnie. Przy miejskiej bramie widziałem ciała powieszonych Prusów.
                Może karą za krew tych ludzi będzie dotknięte właśnie to miasto? Może przez
                długie wieki będą je prześladować siejące spustoszenia wojny i pożary, może
                stanie się ono zdobyczą licznych najeźdźców? Może za wasze (wyciąga rękę w
                kierunku obu Krzyżaków) zbrodnie płacić będą przez stulecia przyszli mieszkańcy
                tego miasta, żyjąc w biedzie i zapomnieniu? Może się nawet zdarzyć, że...


                von Balk: - (z niecierpliwością przerywa starcowi, odwracając się do niego
                tyłem. w tejże chwili Kriwe wychodzi z szopy, nie zauważony przez obu rycerzy)
                Co za wymysły! Pomyśl tylko (zwraca się do Brata Zygfryda) - zakonni rycerze,
                cieszący się łaską jedynego, wszechmocnego Boga, mieliby się lękać demonów! Czy
                naprawdę wierzysz w to, starcze? (odwraca się do pruskiego kapłana. ze
                zdumieniem stwierdza, że nigdzie go nie ma. rozgląda się po izbie) Co to ma
                znaczyć? Gdzie on się podział?


                Brat Zygfryd: - Nie mógł daleko uciec. Poszukam go. (wybiega z szopy)


                Von Balk raz jeszcze rozgląda się po izbie, po czym siada na ławie. Po chwili
                do szopy powraca Brat Zygfryd.


                Brat Zygfryd: - Dziwna historia - obaj wiemy, że stary tu był, a tymczasem
                wartownik, stojący za drzwiami, nikogo nie widział i nic nie słyszał.


                von Balk: - Może to i lepiej? Ta sprawa robi się bardzo podejrzana. Na Boga,
                przecież złożył nam wizytę pogański kapłan, przywódca ciemnych, piekielnych
                sił, a my pozwoliliśmy mu uciec. Cóż za kompromitacja! Gdyby ta wieść
                rozniosła się po europejskich dworach, moglibyśmy za to słono
                zapłacić...
                www.fabrica.civ.pl/czasopismo/www_ore_nr2/85.html
                • rita100 Re: Zemsta Perkuna -2- scena 13.07.06, 20:29
                  Brat Zygfryd: - (wzdryga się) Lepiej nawet nie myśleć, co by się stało.
                  Podejrzewano by nas o konszachty z poganami. Poczekajmy kilka dni. Dam swoim
                  knechtom rozkaz, żeby pilnie nadstawiali ucha. Może któryś z naszych rycerzy
                  widział jednak tego starego, a wówczas trzeba będzie coś z tym zrobić.


                  von Balk: - Niech tak się stanie. (składa dłonie do modlitwy) Boże, bądź
                  miłościw mnie grzesznemu!
                  www.fabrica.civ.pl/czasopismo/www_ore_nr2/86.html
                  • rita100 Re: Najwiekszy wojownik 15.07.06, 20:27
                    Bądźmy strażnikiem też legendy o Herkusie Monte - największym pogańskim
                    wojowniku, który wychował się u Krzyżaków, nauczył się walki i wrócił do swoich
                    by walczyć przeciw Krzyżakom. To był pierwszy największy wojownik z Zakonem
                    Krzyżackim. Nie doczekał się biedak ani swojego pomnika, ani chwały, żyje tylko
                    w legendzie. Był poganinem , może z tego powodu - ale czy nie zasługuje na
                    pamięć o doli i niedoli tej jego ziemi ?

                    "Płomień rozgrzeje malowane dzieje
                    Skarby mieczem spustoszą złodzieje
                    Pieśń ujdzie cało"

                    Adam Mickiewicz 'Konrad Wallenrod'

                    A dziś 15 lipiec 2006rok
                  • rita100 Re: Zemsta Perkuna -3- scena 16.07.06, 19:38
                    SCENA TRZECIA

                    Von Balk siedzi na ławie, badawczo wpatrując się w leżące przed nim na stole
                    mapy i zwoje. Co jakiś czas rozwija któryś ze zwojów i czyta. Lekturę przerywa
                    mu pojawienie się w izbie Brata Zygfryda.


                    Brat Zygfryd: - Mistrzu, przynoszę bardzo niepokojące wieści!


                    von Balk: - Siadaj i opowiadaj. (przyjaznym gestem zaprasza go do wspólnego
                    oglądania map) Nasza sytuacja jest trudna, nie damy sobie rady bez wsparcia.
                    Papież powinien ogłosić krucjatę przeciwko Prusom i wezwać nam na pomoc rycerzy
                    z cesarstwa, Francji, Italii i Anglii.


                    Brat Zygfryd: - Może się zdarzyć, że zginiemy, zanim pomoc tu przybędzie.
                    Henryk Monte wygrywa jedną bitwę, po drugiej. Ostatnio wyciął w pień cały nasz
                    oddział opodal osady o nazwie Witke. Mówiąc o niepokojących wieściach, miałem
                    jednak na myśli co innego. Doniesiono mi, że trzej bracia zakonni widzieli
                    owego pruskiego kapłana, jak wychodził z tego budynku. (pokazuje na podłogę)


                    von Balk: - Którzy to bracia?


                    Brat Zygfryd: - Godfryd, Horst i Teobald. Rozmawiali o tym między sobą,
                    oskarżając nas obu o knowania z wrogiem i zdradę religii chrześcijańskiej.
                    Zamierzają wysłać do Rzymu list, opisujący to wydarzenie. (z przejęciem) Chcą o
                    tym pisać do samego papieża!


                    von Balk: - Absurd! Przecież Ojciec Święty w to nie uwierzy!


                    Brat Zygfryd: - Takie plotki rozchodzą się szybciej, niż morskie fale. Zapewne
                    nie uwierzy w to papież, nie uwierzą ci, którzy nas obu dobrze znają, ale
                    inni? Kardynałowie, królowie, książęta... Oni mogliby nam bardzo zaszkodzić.
                    Znalazłem jednak wyjście z tej sytuacji. (nachyla się do ucha von Balka i
                    przez dłuższą chwilę coś mu szeptem
                    wyjaśnia)
                    www.fabrica.civ.pl/czasopismo/www_ore_nr2/86.html
                    • rita100 Re: Zemsta Perkuna -3- scena 21.07.06, 22:41
                      von Balk: - (zastanawia się) Sądzisz, że to jest dobre rozwiązanie? Może i masz
                      rację: my będziemy bezpieczni, bo się ich pozbędziemy, a i sam zakon też
                      skorzysta. Niech tak się stanie. Siądźmy. (siadają obok siebie na ławie, twarzą
                      do wejścia) Wartownik, do mnie!


                      Do izby wpada wartownik w zbroi, z halabardą w dłoniach.


                      Wartownik: - Czekam na twe rozkazy, mistrzu!


                      von Balk: - Wezwij tu Brata Horsta, Brata Godfryda i Brata Teobalda. Niech
                      wchodzą do mnie kolejno.


                      Wartownik: - Wedle rozkazu! (wybiega z izby)


                      Brat Zygfryd mówi coś szeptem na ucho von Balkowi, który co jakiś czas
                      potakuje. Po chwili w drzwiach pojawia się Brat Horst.


                      Brat Horst: - (uśmiechając się głupkowato) Czekam na twoje rozkazy, czcigodny
                      mistrzu.


                      von Balk: - Mam dla ciebie, bracie, odpowiedzialne zadanie. Odpowiedzialne i
                      zaszczytne.


                      Brat Horst: - Zawsze jestem gotów do walki o prawdziwą wiarę, gotów też do
                      śmierci, jeśli dobro zakonu będzie tego wymagało. Co mam uczynić?


                      von Balk: - Weź tylu ludzi, ilu ci trzeba i ruszaj na północ, żeby zdobyć
                      Bałgę. To potężny gród, który Prusowie zbudowali nad Bałtykiem. Blokuje on
                      dostęp do Warmii od strony morza.


                      Brat Horst: - Jestem zaszczycony tym, że powierzasz mi dowództwo w tak ważnej
                      wyprawie. Nigdy dotąd nie miałem okazji, żeby samodzielnie dowodzić. Kiedy mam
                      wyruszyć?


                      von Balk: - Jak najszybciej. Komtur da ci mapę tych terenów.


                      Brat Zygfryd wstaje, podchodzi do ławy i przegląda mapy. Wybiera jedną z nich i
                      podaje ją Bratu Horstowi.


                      von Balk: - Chciałbym ci jeszcze powiedzieć, Bracie Horście, że po zdobyciu
                      Bałgi zostaniesz mianowany komturem tego grodu.


                      Brat Horst: - (uradowany) Dzięki ci, mistrzu! Nie zawiodę twego zaufania!
                      (wybiega z
                      izby)
                      www.fabrica.civ.pl/czasopismo/www_ore_nr2/87.html
                      • rita100 Re: Zemsta Perkuna -3- scena 25.07.06, 21:41
                        von Balk: - (sam do siebie) Nieszczęsny Brat Horst! Przecież nie ma żadnych
                        szans na zdobycie Bałgi. Celem jego wyprawy jest tylko odciągnięcie części
                        wojsk pruskich spod Elbląga.


                        Brat Zygfryd: - (macha lekceważąco ręką) Brat Horst zawsze był półgłówkiem i
                        niewielki był z niego pożytek. Atakując Bałgę, po raz pierwszy i ostatni w
                        życiu przyda się Zakonowi.


                        von Balk: - (wzdycha ciężko) Rozumiem, że takie są prawa wojny, ale jakoś mi
                        ciężko.


                        Do izby wchodzi Brat Godfryd.


                        Brat Godfryd: - Mistrzu, stawiam się na wezwanie. Zanim wysłucham twego
                        rozkazu, chciałbym jednak wyrazić moje zdumienie faktem, iż powierzyłeś Bratu
                        Horstowi dowództwo wyprawy na Bałgę. To szaleństwo! On nie ma żadnych szans,
                        musi zginąć! Jeśli trzeba, ja pójdę tam za niego...


                        Brat Zygfryd: - (wciąż stoi obok stołu. bierze do ręki jedną z map) Bracie
                        Godfrydzie, jak śmiesz zwracać się tak gwałtownymi słowy do mistrza! To nie
                        jest godne zakonnego rycerza!


                        Brat Godfryd: - Błagam o wybaczenie. Ale żal mi Brata Horsta, który cieszy się,
                        jak dziecko, bo nie wie, że idzie na pewną śmierć.


                        von Balk: - Nie obawiaj się, Bracie Godfrydzie, tobie powierzam nie mniej
                        odpowiedzialne zadanie. (z naciskiem) Znacznie bardziej odpowiedz ialne. Musisz
                        jak najszybciej odnaleźć pruską osadę Romowe, zniszczyć miejsce pogańskiego
                        kultu i zabić najwyższego kapłana Prusów, Kriwego. Powinieneś wiedzieć, że
                        Romowe to parodia nazwy Rzym, ów kapłan jest więc antypapieżem i antychrystem.
                        Pomyśl tylko, jaką sławę pozyskasz, jeśli twoja wyprawa się powiedzie!


                        Brat Godfryd: - (przejęty i zachwycony) Mistrzu, to najpiękniejszy rozkaz, jaki
                        kiedykolwiek dostałem! Nie okryję hańbą mego rycerskiego imienia. Sprawię, że
                        będzie ono głośne w całej Europie i sławione w pieśniach! (patrzy z
                        wdzięcznością na von Balka) Mistrzu, przyznam, że niedawno zwątpiłem w twoją
                        prawość, miałem nawet czelność podejrzewać cię o zmowę z wrogiem. To wszystko
                        właśnie przez tego pruskiego kapłana, Kriwego. Podobno z nim rozmawiałeś i
                        puściłeś go wolno. Ale ten twój rozkaz wyjaśnia wszystko i przekreśla moje
                        podejrzenia. Czy wybaczysz mi, mistrzu i nauczycielu?


                        von Balk: - Jesteś dzielnym rycerzem i wiernym sługą Zakonu. Nie mam powodu
                        chować do ciebie urazy. Powiedz mi tylko, kto rozsiewał pogłoski o mojej
                        zmowie z
                        Prusami?

                        www.fabrica.civ.pl/czasopismo/www_ore_nr2/88.html
                          • rita100 Re: Zierszyk 02.08.06, 20:31
                            (...)
                            i ty, ostatnie książe żywe,
                            Herkasie Monte, zapalczywy,
                            wysoko prestoł twój, bo w łunach -
                            tyś, wierę, luby syn Peruna,
                            bo odkąd Perun skąpił gromu,
                            tobą, Herkasem kniaziem, ciskał
                            błyskawicami po szełomach,
                            wiatrołomami po zamczyskach
                            tych, co przybyli tu mordować...

                            Tadeusz Chrościelewski
                            Łódź
                          • rita100 Re: Zemsta Perkuna -3- scena 20.08.06, 21:58
                            Brat Godfryd: - (z wahaniem) Brat Teobald widział na własne oczy tego pruskiego
                            kapłana, potajemnie wychodzącego z szopy...

                            Brat Zygfryd: - I ty dałeś mu wiarę? Zwątpiłeś w prawość swego mistrza? Jak
                            mogłeś!

                            von Balk: - (pojednawczo) Dość tych napomnień, Bracie Zygfrydzie. (do Brata
                            Godfryda) Weźmiesz z sobą tylko pięciu knechtów. To jest zadanie dla małej
                            grupy ludzi, zdecydowanych na wszystko. Musicie potajemnie, może nawet w
                            przebraniu przeniknąć na terytorium wroga i co jakiś czas brać jeńców, żeby od
                            nich dowiedzieć się, jak dojechać do Romowe. O ile wiem, ta osada jest położona
                            wśród bagien. Nie ma jej na żadnej mapie, (wskazuje na zwoje, leżące na stole)
                            dlatego musisz sobie radzić sam.

                            Brat Godfryd: - (rozpromieniony) Wyruszam nie zwlekając. Podczas wyprawy będę
                            sobie powtarzał słowa "Pieśni o Rolandzie". (recytuje z pamięci) "Wielkie są
                            wojska, hufce śmiałe, wszystkie chorągwie wdały się w bitwę. A poganie walą
                            krzepko, nad podziw..." (wychodzi z izby)

                            Brat Zygfryd: - (do von Balka) Teraz czeka nas najtrudniejsze zadanie. Brat
                            Teobald jest przebiegły i trudno go będzie omamić.

                            von Balk: - I on będzie jednak musiał wykonać moje rozkazy.

                            Do izby wchodzi Brat Teobald.

                            Brat Teobald: - Wiem, jakie rozkazy dostali bracia, którzy byli tu przede mną.
                            Nie podejrzewam cię już o zdradę, mistrzu, skoro wydałeś wyrok śmierci na
                            Kriwego, ale dziwię się, że tak szafujesz krwią zakonnych braci. Przecież obaj
                            nie powrócą żywi do Elbląga.

                            von Balk: - (wyniośle) Dałem im zadania, które są zgodne z interesami zakonu.
                            Jak możemy myśleć o całkowitym podboju Prus, jeśli nie zdobędziemy głównej
                            twierdzy tego kraju i nie zlikwidujemy najważniejszego ośrodka pogańskiego
                            kultu. Jeśli im obu się nie powiedzie, to wyślemy ich śladem następne oddziały.
                            Wkrótce mają tu przybyć świeże hufce rycerstwa z Saksonii, Flandrii i Burgundii.

                            Brat Teobald: - (zgryźliwie) Zapewne ja stanę na ich czele?

                            von Balk: - Masz bystry umysł, bracie, ale tym razem zawiódł cię on. Powierzam
                            ci bowiem zadanie zupełnie innego rodzaju.

                            Brat Teobald: - (zaskoczony) Innego rodzaju?

                            von Balk: - Tak. Ludzie nieprzychylni zakonowi, w tej liczbie polscy książęta,
                            a nawet niektórzy biskupi, rozsiewają plotki, jakoby nie zależało nam wcale
                            na nawracaniu pogan. Ich zdaniem, chodzi nam wyłącznie o zdobycie terytorium,
                            dlatego nie
                            www.fabrica.civ.pl/czasopismo/www_ore_nr2/89.html
                                • rita100 Re: Zemsta Perkuna -4- scena str 91 05.10.06, 20:47
                                  otworzyła sie:

                                  Knecht I (śpiewa na marszową nutę)
                                  Byliśmy, jesteśmy, będziemy!
                                  Gród każdy - zdobędziemy
                                  Weźmiemy Prusów pod nasz but...

                                  Knecht II
                                  I bardzo topsze. Jawol, ser gut!

                                  Knecht III
                                  Lud pruski nie da nam rady
                                  Kto wróg nasz - ten zejdzie na dziady
                                  Będzie tu (pokazują w stronę widowni) ordnung, że aż miło...

                                  Knecht II
                                  O jakim sze Prusom ne sznilo!

                                  Knecht IV
                                  Wiece wybijemy im z głowy
                                  Model rządów mamy gotowy
                                  Tu mistrz, tam komtur, dalej brat

                                  Knecht II
                                  To pikny i prosty szwiat!

                                  Chór Knechtów (maszerują, śpiewając na melodię "John Brown's body lies...")
                                  Oręż germański zawsze radość ludom niósł,
                                  Oręż germański zawsze radość ludom niósł,
                                  Oręż germański zawsze radość ludom niósł,
                                  A nasz zakon w siłę rósł!

                                  Glory, glory, alleluja,
                                  Glory, glory, alleluja,
                                  Glory, glory, alleluja,
                                  By nasz zakon w siłę rósł!

                                  Chór Knechtów odchodzi krokiem marszowym. Muzykę słychać jeszcze przez jakiś
                                  czas. Von Balk przewraca się na łożu, majaczy. Mówi przez sen, wsparty na
                                  łokciach.


                                  von Balk: - Boże, dokąd mnie zabierasz, gdzie mnie prowadzisz... Co za widoki
                                  stawiasz mi przed oczy? Jakie to dziwne miasto, dziwne stroje, ulice, domy ze
                                  szkła i kamienia... To wszystko piękne, ale i niepojęte... Te pojazdy
                                  przerażają... Czy tu nikt nie jeździ konno? Jakiż gwar tu panuje, jaki hałas,
                                  nawet nie słychać śpiewu ptaków... Jak nazywa się ten bajeczny gród? Co to za
                                  miasto... Zaraz, tam wisi jakiś herb... Ten herb! To przecież Elbląg! Nasze
                                  miasto, zakonne miasto! Ale gdzie podziali się bracia, rycerze, knechci? To
                                  jakiś inny świat, inne czasy... Boże mój, który tutaj jest rok,
                                  www.fabrica.civ.pl/czasopismo/www_ore_nr2/91.html
                                  • rita100 Re: Zemsta Perkuna -4- scena str 92 05.10.06, 20:49
                                    który rok? Co??? Więc tak będzie w przyszłości? (krzyczy przez sen) Bracia-
                                    rycerze, minął rok dwutysięczny, a koniec świata nie nastąpił!!! (milknie,
                                    opadając bezwładnie na łoże. zapada w głęboki, spokojny sen)


                                    Do izby wbiega zaniepokojony Wartownik.


                                    Wartownik: - (półgłosem) Mistrzu, czy mnie wzywałeś? Co tu się działo?
                                    (rozgląda się z niepokojem po izbie, podchodzi do łoża, przygląda się von
                                    Balkowi) Wszystko dobrze, śpi. Pewnie mówił przez sen. Ostatnio dręczą go
                                    jakieś koszmary. Tfu! Na psa urok! To pewnie przez te pruskie demony. (wychodzi)


                                    Chór Prusów
                                    (śpiewają na smutną, nostalgiczną nutę serbskiej pieśni "Tamo, daleko...")

                                    Jesteśmy sami
                                    Tak sami, jak kamień na dnie
                                    Po wojnie tej z Krzyżakami
                                    Nikt z nas nie pozostanie
                                    Po wojnie tej z Krzyżakami
                                    Nikt z nas nie pozostanie...

                                    Prus I
                                    (na ludową nutę)
                                    Ciężka dola Prusa
                                    Pogańskiego syna
                                    Wyrok już nań zapadł
                                    Choć nieznana wina

                                    Prus II
                                    Ciężka dola Prusa
                                    Każdy jest mu wrogiem
                                    A teraz krzyżacka
                                    Śmierć stoi za progiem!

                                    Prus III
                                    Stoi, głową trzęsie:
                                    - Czas na was, wojowie!
                                    Czas na wieczną drzemkę
                                    W cienistej dąbrowie!

                                    Prus IV
                                    Nasze święte gaje
                                    Na podpałkę pójdą
                                    To, w cośmy wierzyli
                                    Zwane będzie bujdą
                                    www.fabrica.civ.pl/czasopismo/www_ore_nr2/92.html
                                    • rita100 Re: Zemsta Perkuna -4- scena str 93 05.10.06, 20:50
                                      Prus V
                                      Nawet grobom naszym
                                      Nikt się nie pokłoni
                                      Wiatr tylko zawyje,
                                      Łzę chmurka uroni

                                      Chór Prusów (na smutną, nostalgiczną nutę)
                                      Jesteśmy sami,
                                      Tak sami, jak kamień na dnie
                                      Po wojnie tej z Krzyżakami
                                      Nikt z nas nie pozostanie
                                      Po wojnie tej z Krzyżakami
                                      Będziecie wy! (milkną na moment, pokazując palcami w stronę widowni)
                                      Nas już nie...
                                      Chór Prusów rozbiega się, jęcząc przeraźliwie. Melodię "Tamo, daleko..."
                                      słychać jeszcze przez pewien czas.

                                      • rita100 Re: Zemsta Perkuna -5- scena str 93 05.10.06, 20:51
                                        SCENA PIĄTA

                                        Von Balk siedzi przy stole. Pociera dłonią czoło jakby się mocno nad czymś
                                        zastanawiał. Podnosi wzrok na widok wchodzącego Brata Zygfryda, ale jest
                                        zaabsorbowany swoimi myślami.

                                        von Balk: - Dobrze, że już jesteś. Powziąłem ważne decyzje. Bracie, miałem
                                        sen ...

                                        Brat Zygfryd: - (wchodzi dziarskim krokiem, zaaferowany, ale zadowolony, siada
                                        po przeciwnej stronie stołu) Mistrzu, przynoszę wieści. Wielkie wieści...
                                        Pamiętasz, jak trzy miesiące temu wysłaliśmy Brata Horsta na podbój Bałgi?
                                        Doniesiono mi, że Horst poległ, a wszyscy jego ludzie zginęli. Trzeba jednak
                                        powiedzieć, że spisał się dzielnie i zadał wrogowi znaczne straty. Jego
                                        bohaterstwo przynosi sławę zakonowi. Trzeba będzie zorganizować uroczystości
                                        żałobne, by uczcić jego pamięć... Słuchasz mnie, mistrzu?

                                        von Balk: - (nie zwracając uwagi na słowa Brata Zygfryda) Bracie, miałem
                                        sen...

                                        Brat Zygfryd: - Nie to jest jednak najważniejsze. Jeszcze lepiej spisał się
                                        Brat Godfryd, który znalazł drogę do Romowe, przedarł się tam niepostrzeżenie
                                        i porwał Kriwego! Po drodze Godfryd kazał zgładzić piekielnego kapłana:
                                        rozcięto Kriwemu brzuch i tak długo wleczono go wokół drzewa, aż wypłynęły mu
                                        wszystkie wnętrzności. Słyszysz mnie, mistrzu? To wielka chwila, nasze wielkie
                                        zwycięstwo: nie żyje Kriwe, filar pogańskiej religii! Trzeba będzie ze
                                        szczegółami opisać to wydarzenie i rozesłać ten opis na europejskie dwory! (ze
                                        smutkiem) Niestety, pruski pościg następnego dnia dopadł Brata Godfryda i jego
                                        towarzyszy. Wszyscy zostali powieszeni. Niektórzy mówią, że w owej chwili Brat
                                        Godfryd został żywcem uniesiony do nieba... Mistrzu, czy mnie
                                        słuchasz?
                                        www.fabrica.civ.pl/czasopismo/www_ore_nr2/93.html
                                        • rita100 Re: Zemsta Perkuna -5- scena str 94 05.10.06, 20:58
                                          von Balk: - (nieobecnym tonem) A jakże, słucham. (z przejęciem) Bracie, miałem
                                          sen. Muszę ci go opowiedzieć...


                                          Brat Zygfryd: - Co tam sen, czcigodny mistrzu. Wybacz , ale muszę ci najpierw
                                          przekazać trzecią, najsmutniejszą wiadomość. Brat Teobald okazał się nikczemnym
                                          zdrajcą: po spotkaniu z Henrykiem Monte stał się przyjacielem i wspólnikiem
                                          pruskiego herszta! Teobald przyjął nawet pruskie imię: Autumme! (wstaje, chodzi
                                          po izbie nerwowym krokiem) To niepojęte: nasz brat, rycerz Bożej sprawy splamił
                                          się apostazją! Przystał do Prusów i stał się poganinem. Te słowa ranią moje
                                          usta, przechodząc przez nie! Co na to powie Europa! Trzeba będzie przygotować
                                          oficjalne wyjaśnienie, napisać, że Teobalda omamiły pruskie demony, że stracił
                                          rozum...


                                          von Balk: - (wygląda, jakby się ocknął z głębokiego snu. wstaje) Co powiadasz?
                                          Brat Teobald został poganinem? Poszedł więc do Prusów, jak mu poleciłem, a owi
                                          poganie nic złego mu nie zrobili. Wiem, że oni są gościnni, zabijają tylko
                                          wrogów... (przechadza się po izbie, po czym staje naprzeciw Brata Zygfryda) To
                                          się wiąże z moim snem. Bo musisz wiedzieć, bracie, że tej nocy śnił mi się
                                          świat, który będzie istniał po roku dwutysięcznym. Słyszysz dobrze: minie rok
                                          2000 i koniec świata nie nastąpi! Świat przyszłości, który widziałem, był
                                          dziwny i niepojęty, ale piękny. Widziałem miasto Elbląg, w którym nie było ani
                                          nas, braci zakonnych, ani Prusów. Czy możesz to sobie wyobrazić?


                                          Brat Zygfryd: - Nie, nie mogę i nie chcę sobie tego wyobrażać. Chrześcijaninowi
                                          nie wolno wierzyć w sny, nie wolno mu wnikać w Boże plany, dotyczące
                                          przyszłości. Takie próby to pycha, która grozi zagładą!


                                          von Balk: - Po co mielibyśmy zabijać Prusów, po co z nimi wojować? Skoro
                                          przyszłość i tak nas pogodzi, to dlaczego nie miałaby nas pogodzić już
                                          teraźniejszość? (z przejęciem) Bracie, czy pamiętasz, jak trzy niedziele temu
                                          poprowadziłem zbrojną wyprawę w głąb Warmii? Chciałem zbadać teren pod przyszłą
                                          kolonizację, a przy okazji zniszczyć miejsca kultu pogańskiego. Jedno z takich
                                          miejsc odkryłem w pobliżu osady Ukapirmas. Była noc, dlatego święty ogień
                                          Prusów był widoczny z daleka. (chodzi po izbie, gestykulując) Kazałem knechtom
                                          podejść ukradkiem do tej polany i przyczaić się w zaroślach. Gdy sam tam
                                          dotarłem, ujrzałem tłum Prusów: mężczyzn, kobiet i dzieci. Siedzieli wokół
                                          ogniska, śpiewali, lepili z ciasta małe placuszki. Rzucali te placuszki do
                                          siebie, tak aby przelatywały przez ogień. Po wielu takich przelotach plac uszek
                                          był upieczony: można go było zjeść i wprowadzić do obiegu następny.
                                          Równocześnie krążyło tak nad ogniskiem po kilkanaście placków. Śmiechom i
                                          zabawom nie było końca!


                                          Brat Zygfryd: - (z niechęcią) To barbarzyński lud. Wiesz, mistrzu, w jaki
                                          sposób spowiadają się oni z grzechów? Gromada Prusów otacza kapłana i każdy
                                          daje mu szturchańca, popycha, trąca. To wszystko dla żartu, ale kapłan
                                          wrzeszczy na całe gardło, prosząc swoich bogów o pomoc. Bogowie, chcąc ratować
                                          swego sługę, darują szturchającym wszyst kie przewinienia. Tak przynajmniej
                                          uważają naiwni Prusowie. O ileż godniejszy i szlachetniejszy jest nasz
                                          sakrament spowiedzi!
                                          www.fabrica.civ.pl/czasopismo/www_ore_nr2/94.html
                                          • rita100 Re: Zemsta Perkuna -5- scena str 95 05.10.06, 21:02
                                            von Balk: - (nie zwracając uwagi na słowa komtura) Rzucając placki, Prusowie
                                            przez cały czas śpiewali, a niektórzy grali na trąbach. Boże miłosierny, jak
                                            oni śpiewali! To najpiękniejsza pieśń, jaką w życiu moim słyszałem. Słuchając
                                            jej, zapomniałem o tym, kim jestem, co robię i po co tam przybyłem.
                                            Oprzytomniałem dopiero wtedy, gdy któryś z braci trącił mnie w ramię.
                                            Wiedziałem, że trzeba wydać rozkaz do ataku, zanim Prusowie nas spostrzegą, ale
                                            przez dłuższą chwilę nie mogłem się na to zdobyć. Gdy w końcu ten rozkaz
                                            wydałem, wolałem nie brać udziału w walce: przyklęknąłem, zamykając oczy i
                                            zatykając palcami uszy. Dzięki temu nie widziałem krwi i nie słyszałem jęków.
                                            Czułem się jak zbrodniarz, jak Piłat, jak najnikczemniejszy z faryzeuszy. (do
                                            Brata Zygfryda) Bracie, czas z tym skończyć! Dziś rano powiedziałem sobie, że
                                            nigdy więcej nie wydam rozkazu do przelewu krwi! Zawrzemy pokój z Prusami,
                                            zaniechamy podboju ich kraju, przyzwalając na ich pogańskie praktyki.


                                            Brat Zygfryd: - (zgorszony i oburzony) Mistrzu, co ja słyszę? To zdrada i
                                            herezja! Opamiętaj się! Nie możemy zaniechać naszej walki, musimy przybliżyć
                                            Prusom światło wiary!


                                            von Balk: - Jest także drugie wyjście: ładujemy nasz dobytek na statki i
                                            wracamy, skąd przybyliśmy. Może najlepiej byłoby powrócić do Ziemi Świętej,
                                            żeby strzec pielgrzymów przed Saracenami...


                                            Brat Zygfryd: - Mistrzu, twoje słowa przynoszą szkodę zakonowi. Gdyby
                                            ktokolwiek cię usłyszał... (rozgląda się z niepokojem) Pomyśl tylko o
                                            przybyszach z Niemiec, którzy osiedlili się tutaj, w naszych nowych miastach. W
                                            samym Elblągu naliczysz ich setki. Zakon ma obowiązek ich obrony przed
                                            poganami! Oni nie mają gdzie wracać: sprzedali cały swój majątek, żeby tu
                                            rozpocząć nowe życie!


                                            von Balk: - Niech dogadają się z Prusami, to gościnny lud. Niech nawzajem
                                            poznają swoje obyczaje i religie. Może w przyszłych wiekach powstanie z nich
                                            jeden, wspólny naród? Brat Teobald postąpił słusznie: trzeba się pojednać z
                                            Prusami.


                                            Brat Zygfryd: - Mistrzu, twoje słowa stawiają cię nie tylko poza naszym
                                            zakonem, ale także poza kościołem chrześcijańskim. Jeśli nie zamilkniesz, będę
                                            zmuszony cię zabić. (podchodzi do stołu i bierze do ręki leżący tam nóż. staje
                                            obok von Balka)


                                            von Balk: - Byłbyś w stanie to zrobić i skazać swoją duszę na wieczne
                                            potępienie? Nie sądzę, przecież tyle mi zawdzięczasz! Nic mnie nie powstrzyma
                                            od dokonania tego dzieła, które, jak uważam, miłe jest Bogu! (krzyczy głośno)
                                            Wartownik! Do mnie! Natych...


                                            Brat Zygfryd zatyka mistrzowi usta lewą dłonią, a równocześnie wbija mu w serce
                                            nóż.


                                            von Balk: - (z jękiem) Bracie, cóżeś uczynił... (osuwa się na podłogę. Chwilę
                                            później
                                            nieruchomieje)
                                            www.fabrica.civ.pl/czasopismo/www_ore_nr2/95.html
                                            • rita100 Re: Zemsta Perkuna -5- scena str 96 05.10.06, 21:04
                                              Brat Zygfryd: - (pochyla się, klęka, wyjmuje nóż z rany, po czym umieszcza
                                              rękojeść noża w prawej dłoni zamordowanego. wstaje, ze smutkiem patrzy na von
                                              Balka) Wybacz mi, bracie i nauczycielu, ale nie mogłem inaczej postąpić. Dzięki
                                              temu uchroniłem twoje dobre imię i ocaliłem zakon przed nieuchronną klęską.
                                              Zwątpiłeś w sens naszej walki, nie byłbyś już w stanie poprowadzić nas do
                                              zwycięstwa...


                                              Do izby wchodzi wartownik, z halabardą w dłoni. Staje nad ciałem mistrza,
                                              patrząc na nie w osłupieniu.


                                              Wartownik: - Co się tu stało, komturze? Czy byłem wzywany? Nasz mistrz...


                                              Brat Zygfryd: - Nasz mistrz nie żyje. Popełnił samobójstwo, na wieść o
                                              niepowodzeniach i zdradach, jakie dotknęły ostatnio nasz zakon. (do Wartownika)
                                              Idź teraz i zwołaj braci. Niech wszyscy zobaczą, co się wydarzyło.


                                              Wartownik: - Już biegnę. (wybiega z izby, wołając przeraźliwie) Bracia, mistrz
                                              nie żyje! Mistrz nie żyje! Komtur was wzywa!

                                              • rita100 Re: Zemsta Perkuna -6- scena str 96 05.10.06, 21:06
                                                SCENA SZÓSTA

                                                Bracia zakonni oraz knechci powoli i z lękiem wchodzą do izby. Każdy przystaje
                                                nad ciałem von Balka, po czym odchodzi i staje na swoim miejscu, zależnie od
                                                rangi. Najstarsi z braci stają pośrodku, obok komtura. Wszyscy milczą, w izbie
                                                panuje pełna napięcia cisza.


                                                Brat Zygfryd: - Wiecie wszyscy, jakie niepowodzenia spotkały ostatnio nasz
                                                zakon, ile klęsk ponieśliśmy. Nasz mistrz, do końca wierny swemu zakonowi, nie
                                                mógł tego przeboleć. Czuł się osobiście odpowiedzialny za te niefortunne
                                                wydarzenia i dlatego wolał popełnić samobójstwo, wolał wbić sobie nóż w serce.
                                                Miejmy nadzieję, że miłosierny Bóg wybaczy mu ten sam obójczy postępek,
                                                niegodny chrześcijanina.


                                                Chór Knechtów: - Amen!


                                                Brat Zygfryd: - Najmocniej zabolała mistrza najnowsza wieść, której jeszcze nie
                                                znacie, wieść o haniebnej zdradzie Teobalda. Musicie bowiem wiedzieć, szacowni
                                                bracia oraz knechci, że stała się rzecz o pomstę do nieba wołająca. Oto
                                                Teobald - niegdyś nasz brat, przyjaciel i rycerz sprawy Bożej, złamał śluby
                                                zakonne i pohańbił swoje imię apostazją!


                                                Wszyscy obecni zamarli w bezruchu, wydając z siebie okrzyk przerażenia.


                                                Brat Zygfryd: - Słowa zamierają mi na ustach, ale muszę to wam powiedzieć:
                                                Brat Teobald, bo tak go kiedyś nazywaliśmy, przystał do Prusów, przyjął ich
                                                pogańską wiarę i przybrał sobie nawet pruskie imię. Nazywa się teraz
                                                Autumme!
                                                www.fabrica.civ.pl/czasopismo/www_ore_nr2/96.html
                                                • rita100 Re: Zemsta Perkuna -6- scena str 97 05.10.06, 21:08
                                                  Obecni raz jeszcze wydali z siebie okrzyk grozy.


                                                  Brat Zygfryd: - Jakby tego wszystkiego jeszcze nie było mało, ów padalec, ów
                                                  nikczemnik śmiał skierować swój oręż przeciwko zakonowi, który przygarnął go do
                                                  swego łona i dał szansę walki w obronie prawdziwej wiary! Ów Autumme, bo
                                                  inaczej go odtąd nie będę nazywał, stał się najbliższym współpracownikiem
                                                  herszta pruskiej bandy, Henryka Monte. Nie odstępuje go ani na krok i doradza w
                                                  walce z zakonem!


                                                  Wszyscy obecni po raz trzeci wydali z siebie okrzyk grozy.


                                                  Brat Zygfryd: - Sami więc widzicie, bracia, że nasz mistrz, Hermann von Balk,
                                                  miał powody do zgryzoty. Przyczyną jego samobójczej śmierci jest Autumme. To
                                                  zdrada tego nędznika przeważyła szalę. Mężny duch von Balka nie mógł znieść
                                                  postępku tak niegodnego, tak sprzecznego ze wszystkim, w co mistrz wierzył!
                                                  Mistrzu, możesz być pewny, że będziemy kontynuować twoją walkę, nie bacząc na
                                                  przeciwieństwa!


                                                  Chór Knechtów: - (z determinacją) Komtur! Komtur! Komtur!


                                                  Brat Zygfryd: - Wynieście stąd ciało mistrza, żeby przygotować je do pochówku!


                                                  Kilku knechtów zawija ciało w biały, zakonny płaszcz i wynoszą z izby.


                                                  Brat Zygfryd: - Teraz nadszedł czas na to, żeby... (przerywa, bo na zewnątrz
                                                  słychać gwar, okrzyki przerażenia, tupot koni)


                                                  Brat Zygfryd: - (zaniepokojony) Co tam się dzieje? Wartownik, do mnie!


                                                  Wartownik: - (wbiegając krzyczy donośnie i z przerażeniem) Alarm! Wróg atakuje!
                                                  Prusowie próbują wedrzeć się na wały. Prowadzi ich sam Henryk Monte!


                                                  Brat Zygfryd: - (do wszystkich obecnych) Na wały, do umocnień! Wszyscy na
                                                  stanowiska! Tylko w mieczu nadzieja! Odeprzemy atak wroga! Śmierć Henrykowi
                                                  Monte i temu zdrajcy, Autumme! Do boju! Za mną! (wyciąga miecz z pochwy i
                                                  wymachując nim nad głową, wybiega z szopy)


                                                  Wszyscy obecni wybiegają za Bratem Zygfrydem, szykując się do walki. Izba
                                                  pozostaje pusta. Słychać narastający zgiełk bitewny: bojowe okrzyki krzyżackich
                                                  knechtów "Christ!", wojenne zawołania Prusów "Perkun!", uderzenia mieczy o
                                                  tarcze. Z oddali coraz głośniejsze, jakby dochodzące z podziemi słowa Kriwego.


                                                  Kriwe: - ...wystarczy mi wiara ojców..., ...nie potrafię przekonywać do tego,
                                                  za czym nie stoi słuszność..., ...jestem już stary, a roztropność to roślina,
                                                  późno wydająca owoce..., ...trzeba godzić się z tym, co
                                                  nieuniknione.., ...przyszłości nie da się odwrócić..., ...wasz Bóg może wpływać
                                                  na wasze losy i dawać wam znaki...


                                                  KURTYNA

                                                  www.fabrica.civ.pl/czasopismo/www_ore_nr2/97.html