Dodaj do ulubionych

Interludium mazurskie

14.09.06, 21:56
Karol Małłek napsiał takie wspomnienia z lat 1920-1939, a ja po prostu nie
mogę , nie mogę się z wami tym nie podzielić, to znaczy muszę sie z wami
podzielić. Jak widziecie tonacja wątku bedzie taka bezpośrednia , prosta i
może troszeczke z humorkiem, choć nie ziym , bo cytam ją pospołu z woma
To je ta ksiójżka
schlesien.nwgw.de/foto/displayimage.php?album=94&pos=99
schlesien.nwgw.de/foto/displayimage.php?album=94&pos=100
Ciekawe co tą ksiązkę otrzymała jako nagrodę uczenica z Piekar Ślaskich , a
dzięki aukcji trafiła do mnie smile
Obserwuj wątek
    • rita100 Re: Działdowszczyzna wraca do Polski. 14.09.06, 21:58
      Jest rok 1920
      Pewnego razu jechałem z ojcem do naszego boru po suszki na opał. W drodze
      spotkaliśmy Jana Zakrzewskiego, udającego się do wsi Purgałki w gościnę, a może
      w rajby.
      - Siadaj, Janie ! Pojedziemy razem ! I opwiedz nam jak było w wojsku polskim ! -
      zachęcał go ojciec.
      Jan ukłonił się wsiadł na wóz, przywitał się i zaczął nam opowiadać.
      - To było tak. W lipcu 1918 roku dostałem się nad Marną do francuskiej niewoli.
      W lagrze bylo nam okropnie. Francuzi nie dawli pod dostatkiem jedzenia, a do
      roboty pędzili i mocno się z Niemcow nabijali i szydzili. Cieżko to bylo
      znosić, boć człek przecież Niemcem nie był, a za nich dostawał cięgi. Za
      kilkanaście tygodni zjawiła się jakaś polska komisja i jej czlonkowie
      opowiadali nam co się na świecie dzieje. To, że Niemcy robią 'kaput', że
      powstanie państwo polskie i to niedługo, że od Niemców odejdą do Polski: Śląsk,
      Wielkopolska, Pomorze i Prusy Wschodnie. Jednocześnie zachęcali nas do
      wstąpienia w szeregi polskich formacji wojskowych.
      Po wysłuchaniu tych słow zgłosiliśmy sie wszyscy na ochotnika do wojska
      polskiego, to jest ci, którzy władali polska mową. W ten sposób dostałem się do
      formacji wojskowej Hallera. Otrzmaliśmy nowe umundurowanie, ekwipunek
      piechociński i pod tym względem upodobniliśmy się do wojska francuskiego. Przez
      kilka tygodni uprawialiśmy regulaminową służbę polską, wojskową, aż do ćwiczeń
      bojowych włacznie. Jedzenie było dobre, traktownie również. Jedno nam się tylko
      nie podobalo, to to, że trzeba było łazić na katolickie nabożeństwa i to nas
      ewangielickich Polaków bolało. Wymigiwaliśmy się od tego. Czasem sie udawalo,
      ale nie zawsze. Gorzej było z tymi sprawami, kiedy wróciliśmy do Polski.
      Staliśmy na granicy ślaskiej, bo mieliśmy uderzyć na Śląsk. Wtedy
      postanowiliśmy zbiec, no i udalo się nam. Było nas czterech. W ten sposób
      dostałem się do domu. Ale mowię wam, gdyby nie ten katolicki kościół i te
      brzydkie wymyślania i klątwy, czego u nas nie ma, byłbym został w wojku polskim
      na stałe...
      - Prrr! - zawołał ojciec na konie, bo już dojechalim. Jan Zakrzewski zsiadł z
      wozu , podziękował i pomknął w stronę Purgałek.

      - Ciekawe rzeczy mówił nam ten Jan, co ?
      • rita100 Re: Dnia 17 stycznia 1920 roku 14.09.06, 22:00
        Dnia 17 stycznia 1920 roku
        - Chodźta za stodołę, to coś zobacyta !- zawołał ojciec
        Szybko przebiegliśmy całe podwórze i widzimy, jak od granicznej wsi, Iłowa,
        ciągnie szosą wielki sznur wojska. Idą i jadą, idą i jadą w strone Działdowa.,
        odległego od Iłowa o 15 km.
        - To pewnikiem Polacy idą ! - rzekł ojciec
        - Na pewno wojska polskie zajmują przyznane im tereny ! - dodałem.
        Ucieszyliśmy się z ich przyjazdu, ale z drugiej strony ogarnął nas strach.
        Na drodze miedzy Krasnołęką a Działdowem widzieliśmy wycofujące się wojsko
        niemieckie. To chyba działdowski batalion opuszczał miasto, bo żołnierze szli
        zrezygnowani, ze zwieszonymi ku ziemi nosami i bardzo kwaśnymi minami. Wiele
        szło z nimi panienek.
        • rita100 Re: Dnia 17 stycznia 1920 roku 14.09.06, 22:01
          Słuchajcie , to musicie przeczytać , to relacja, z pożegnania niemieckiego
          batalionu i przywitania wojsk polskich.

          Według relacji p. Majkowskiej, córki krawca Karpy z Działdowa, naocznego
          swiadka, ta chwila tak wyglądała:
          Batalion w komplecie zebrał sie na placu koszarowym, a potem ruszył bez muzyki
          na rynek. Na rynku uformował się w kształcie czworoboku. Było dużo ludzi, cały
          prawie rynek był zapełniony. Starszy oficer przemawiał krotko, ale bojowo, ze
          to co się z Niemcami dzieje, woła o pomstę do nieba, ze tak długo tak być nie
          może , ze sprawiedliwość musi wyjść na wierzch.
          - Bracia ! My was nie żegnamy! Mówimy wam tylko do widzenia, bo najdalej za dwa
          lata będziemy znów tutaj - zakończył.
          - W wilekim ferworze zapomnieli biedacy dodać do dwójki jedno zero - żartuje
          Majkowska.
          Po tym przemowieniu wojsko pomaszerowało szosą, w stronę nowej granicy, pod
          Krasnołąkę i Kozlowo. Razem z wojskiem poszlo dużo panienek i nieco mniejsowych
          dygnitarzy niemieckich.
          Tak wyglądał wymarsz wojsk niemieckich z Działdowa, a jutro napisze jak
          wyglądało przyjście wojsk polskich.
          • rita100 Re: Dnia 17 stycznia 1920 roku 15.09.06, 22:40
            Uroczystość przejęcia władzy nad Działdowszczyzną odbyła się w sali ratuszowej
            w Działdowie. Prawie wszystkie majątki znajdowały się w rękach niemieckich
            junkrów. Białuty i Mała Turza należały do von Oelrichów, Księżydwór do von
            Feanckensteina i Grodek do von Bodienów. Tylko Koszelewy należaly do
            p.Wojnowskiego, a Myśleta do p. Bogdańskiego. Wsie natomiast były mazurskie.
            Ludność ich posługiwala się polsko-mazurskim jezykiem, wyznawała religię
            ewangielicką i zachowywała wszakże poczucie mazurskiej wspolnoty plemiennej.
            Lwia część robotników jeszcze przed przejęciem terenu przez władze polskie
            wyjechała do Westfali, a nieliczni także na Mazury Pruskie.
            • rita100 Re: Szwaby i Szkopy 15.09.06, 22:41
              17 stycznia 1920 roku do Brodowa przybył dziewięcioosobowy odział hallerczyków
              pod dowództwem kaprala. Sołtys ulokował ich w budynku szkolnym. Odział ten miał
              pilnować nowej granicy, biegnącej korytem rzeki Nidy w odleglości 1 km na
              północ od Brodowa, w stronę Sarnowa.
              Ludzie obsrewowali żołnierzy, a żołnierze ludzi, poczatkowo z daleka. Jedni
              drugim niedowierzali. Później obie strony poznawały sie coraz bliżej, zwłaszcza
              za pośrednictwem dorosłych panienek. Współżycie układało się wcale nie źle,
              gdyż zarówno żołnierze jak i brodawiacy, mówili po polsku.
              Po kilku dniach żołnierze zaczeli wstępować do domów brodawskich, ale od tego
              czasu z ust ich dało sie słyszeć okreslenie:
              "Szaby" i "szkopy".
              Co się stało ?
              • rita100 Re: Szwaby i Szkopy 15.09.06, 22:42
                Coś sie stalo, bo żołnierze przestali chodzić do domów, tylko wciąż wymyślali
                na ludzi: Szwaby, szkopy. Nikt z brodowiaków nie znał tych wyrażeń i jeden
                wypytywal drugiego o ich sens, ale nie potrafili sobie nawzajem wyjaśnić.
                Aż pewnej niedzieli wszystko się wyjaśniło.

                Prosze o cierpliwość , zaczynam wyjaśniać dokładnie , a tak opowiada sam
                Małlek, autor tej książki.
                • rita100 Re: Szwaby i Szkopy 15.09.06, 22:42
                  "Wstąpiliśmy w czterech do karczmy Brocka, gdzie zastaliśmy polskiego kaprala i
                  dwóch polskich żołnierzy, już nieco "pod muchą". Siedliśmy sobie przy sąsiednim
                  stole i zamówiliśmy po szklance grogu - popularnego niemieckiego trunku -
                  mieszaniny gotowej, osłodzonej cukrem wody i kieliszka rumu. Wypiliśmy i
                  zaczęliśmy grać we francuskiego skata. Żołnierze bacznie nas obserwowali i na
                  razie nic nie mowili. Po chwili zamówiliśmy następną kolejkę, a potem trzecią i
                  czwartą. Rozgrzaliśmy się porządnie i raźno graliśmy dalej.
                  Nagle .....

                  - A nie mówiłem wam, koledzy, że to są Szwaby ! - krzyknął głośno kapral.
                  - Dalibóg, szkopy ! - potwierdził żołnierz polski.
                  Było jasne , ze do nas piją.
                  Chwilka milczenia, a potem Gustaw Boliński zapytał:
                  - A co panozie nazywają szwabów i szkopów ?
                  Cała trojka żołnierska zaniemówiła.
                  - Chcemy panów prosić, żeby nama te słowa wytłumacyli, bo my ich nie
                  rozumiemy ! - odezwałem się.
                  Żołnierze poczeli się z nas wyśmiewać, aż po chwili kapral rzekł:
                  - Szwaby to Niemcy, a szkopy tak samo !
                  - O, panowie, sto, stop ! - zawołałem. - Szwaby to mieszkają w Szwabii, a
                  szkopy, a raczej skopy, to są u nas młode barany, a my przecież jesteśwa ludźmi
                  tak samo, jak i wy !
                  Rozbawiłem nieco żołnierzy i ośmieliłem do dalszej dyskusji.
                  • rita100 Re: Szwaby i Szkopy 15.09.06, 22:45
                    www.owczarnia.com/image/muzeum/muz16.jpg
                    - No to dlaczego, panowie, gracie w niemieckiego skata ? A dlaczego pijecie
                    niemieckie trunki ?
                    - A w waszych domach jak wygląda ? - przerwał żołnierzowi kapral. Pełne ściany
                    niemieckich świętości, napisów i obrazów z Wilusiem....
                    - Nawet w kuchni wiszą niemieckie wyszywki ! - dodał drugi żołnierz.
                    Próbowałem sprawę wyjaśnić.
                    - Prawda, że ściany naszych izb są upstrzone różnymi Wilusiami, niemieckimi
                    wersetami i niemieckimi przysłowiami, ale musicie panowie wiedzieć, ze nasi
                    przodkowie wiele wycierpieli, zanim się do tego przyzwyczaili. W okresie wojny
                    nadsyłano nam wizerunki poległych na froncie żołnierzy - synów i ojców rodzin,
                    ktore dla uczczenia ich pamięci zawieszano na ścianie.
                    Panowie muszą wiedzieć, że ten teren należał przez długie wieki do Niemców i
                    Niemcy swoje robili...
                    - No dobrze, ale dlaczego, nie macie polskich obrazów ? - przrwał mi kapral.
                    - Jakich ?
                    - No, na przykład Matki Boskiej.
                    - Jak to nie ma ? W katolickich domach w Brodowie właśnie są ! - powiedziałem
                    kategorycznie.
                    - Gdzie tu są katolickie domy polskie ? Tu są same domy szwabskie - upierał sie
                    kapral.
                    - No, a domy Krzemienieckich, Lewandowskich, Kamińskich, Sowów, Walerowiczów,
                    wdowy Lange...?
                    - A te inne to jakie ? - zapytał żołnierz.
                    - Te inne są ewangielickie...
                    - No, więc właśnie ! Tak i mówimy, że to są Szwaby i szkopy ! - wrzasneli
                    żołmierzyska.
                    - Przepraszam ! - przerwał Konstantyn Krzemieniewski - a nasz tutaj pan Brock
                    (właściciel karczmy w ktorej pijemy), to też według waszego mniemania jest
                    Szwab ?
                    - No, chyba tak, bo na niego wygląda...
                    - A, wej nie ! - krzyknał triumfalnie Gustaw - bo to jest z wyznania żyd !
                    - Co ? To i tu są Żydzi ? - podskoczyli żołnierze.
                    Po zapłaceniu rachunku natychmiast opuścili lokal i od tego czasu już nigdy go
                    nie odwiedzili.
                    • rita100 Re: Szwaby i Szkopy 15.09.06, 22:47
                      Moi koledzy krzyczeli jeszcze za nimi, że są w błędzie, bo mieszają wyznanie z
                      narodowością, lecz każda strona została przy swoim zdaniu.
                      - Dobrze, że się na tym skończyło - odezwał się w drodze powrotnej Gustaw.
                      Od tego czasu wszelako rozumieliśmy znaczenie obydwu wyzwisk: "Szwaby"
                      i "szkopy". To tłumaczenie rozeszło sie błyskawicznie po wsi i zmartwiło mocno
                      ludzi w Brodowie.
                      Żołnierze jednak dobrze zapamiętali domy katolickie w Brodowie i od tego czasu
                      tylko do nich chodzili i budzili rozdźwięki miedzy spokojnym ludem brodowskim.
                      Dzielili ludność na polską i niemiecką, a właściwie na katolicką i ewangielicką.
                      • rita100 Re: wieś Sarnowo 15.09.06, 22:49
                        schlesien.nwgw.de/foto/thumbnails.php?album=255
                        To jest gburstwo w Sarnowie

                        Tymczasem w Brodowie aż uszy puchły od nieznanych ludowi wyzwisk i klątw,
                        jakimi gesto posługiwali się żołnierze. Najwięcej nasłuchał się Rajczyk,
                        kierownik szkoły, i najbliższi sąsiedzi.
                        - Jan Zakrzewski miał rację, kiedy zwracał uwagę na straszne plugawienie
                        języka - rzekł do mnie pewnego wieczoru mój ojciec.
                        Zakrzewskiego już wtedy nie bylo. Pofrunął za rzekę do wsi Sarnowo, tego samego
                        dnia, kiedy hallerczycy przybyli do Brodowa. Obawiał sie widocznie kary za
                        czmychnięcie z wojska Hallera.
                        --
                        Tak oto wspaniale wytłumaczył nam wiele spraw Karol Małłek. Prosto i zwięźle. I
                        tak fajnie czyta sie tą książkę. Jesteśmy na stronie 15, a czeka nas długa
                        droga, aż do prawie 400 stron. Tylko wybrane fragmenty będę się starała
                        zamieścić.
                        • rita100 Re: Pierwsze zmiany 16.09.06, 21:13
                          Władze polskie postanowiły stworzyć z Działdowszczyzny osobny powiat. Z miasta
                          wyjechali ci, którzy nie znali jezyka polskiego albo byli współpracownikami
                          Hakaty.
                          U nas w Brodowie usunięto starego sołtysa Schaua i powołano nowego - Jana
                          Walerowicza , ktory był katolikiem.
                          Schau - prawdziwe jego nazwisko brzmialo Siała był naprawdę jedynym czlowiekiem
                          we wsi, ktory miał przygotowanie teoretyczne i praktyczne po ojcu do tego
                          stanowiska. Znał jezyk polski , no ale wyznanie ewangielickie stanęło na
                          przeszkodzie w sprawowaniu tej funkcji.
                          Pierwszym widocznym znakiem polskiego sołtysa w Brodowie był słup dwumetrowej
                          wysokości, pomalowany na kolor bialo-czerwony z tarczą białego orła na
                          czerwonym tle przy bramie sołtysa.
                          • rita100 Re: Pierwsze zmiany 16.09.06, 21:14
                            Brodowczanie przyjęli to jak policzek. Oburzyła się Rada Gminna, ludzie zaczęli
                            mamrotać pod nosami. Jedni mowili, że tylko katolicy mają prawo, jeszcze inni ,
                            że Polska nie jest naszą matką, tylko macochą. Mamrotanie zamieniało się w
                            głośne narzekanie i wrzenie. Ludzie zaczynali przepytywać się o możliwości
                            wyjazdu z Polski.
                            Tak jedni odjeżdzali inni przyjeźdzali.
                            Otóż traktat wersalski pddawał Polsce tereny wraz ze wszystkimi mieszkańcami,
                            którzy na mocy tej ustawy stawali się obywatelami polskimi, z tym
                            zastrzeżeniem, ze mają prawo wyboru ojczyzny. A więc kto chce, ma prawo optować
                            na rzecz Niemiec i władze polskie udzielą mu zezwolenie na opuszczenie
                            terytorium polskiego, przy czym traci on polskie obywatelstwo.
                            I tak oto zaczeły się wymiany , ci tu , a tamci tam.
                            Ale to dopiero poczatek losów ludu Działdowszczyzny.
                            Zaręczam, że przygody tych ludzi czasmi były lepsze od przygód czeskiego wojaka
                            Szwejka.
                            • rita100 Re: Szmuglerzy i tajniacy 16.09.06, 21:16
                              Szmuglerzy i tajniacy
                              Wraz z nadejściem nowych sił roboczych, którzy pracowali dla gburów, zjawiała
                              się nagle ogromna duża ilość ludzi typu wagabundzi, marauderzy i żebracy,
                              brudni, w łachmanach, chodzący od chalupy do chałupy, od wsi do wsi, za
                              groszem. Ledwo jeden żebrak się oddalił, już nadciągał drugi, trzeci i tak
                              prawie każdego dnia wlokło się żebracze bractwo.
                              Kiedy nasi nowi mieszkańcy sie jako tako zadomowili, poczęli ich odwiedzać
                              krewni i znajomi oraz najrozmaitsi komiwojażerowie. (Krewni króliczka)
                              I co sie rozwinęło ?
                              Oczywiście , że handelek ,szmugielek i przemyt przygraniczny. Łatwy zarobek.
                              Więc działdowszczyznę nowi ludzie obrali sobie za bazy wypadowe. W pierwszym
                              okresie penetrowali teren.
                              Handlarze przystąpili do roboty. Handlowano wszystkim , zbożem , bydłem,
                              skorami , masłem, tytoń , sacharyna.
                              Główne punkty zborne i bazy przemytników stanowiły karczmy w Białutach,
                              Purgałkach, Krokowie i Woli. Wprost dusiło się tam bractwo w ciasnocie i dymie.
                              Co się tam nie działo ?
                              A handlowali ludzie spod Mławy, dołączyli hallerczycy (strzegący nowej
                              granicy), a zbiegiem czasu zwąchali interes miejscowi Mazurzy.
                                • rita100 Re: Szmuglerzy i tajniacy 25.10.06, 20:54
                                  tralala33 napisała:

                                  > Historia kołem się toczy wink
                                  >
                                  > miasta.gazeta.pl/olsztyn/1,35189,3703473.html
                                  > Wczorajszej nocy Straż Graniczna zatrzymała trzech Rosjan, którzy pontonem
                                  > przez Łynę próbowali przemycić do Polski 30 tysięcy paczek papierosów.
                                  Kilkaset
                                  >
                                  > metrów dalej pogranicznicy zatrzymali czwórkę Polaków w dostawczym
                                  > samochodzie. - Oczekiwali na przyjęcie towaru.

                                  To już mozna zaliczyć do humoru wink))) W jakich czasach my zyjemy ?
                                  Podniosła mi się gorączka z wrażenia wink))))
                        • fedar Re: wieś Sarnowo 16.09.06, 22:13
                          rita100 napisała:

                          > schlesien.nwgw.de/foto/thumbnails.php?album=255
                          > To jest gburstwo w Sarnowie

                          Zaraz, zaraz, toż ja znam to miejsce! O ile mnie oczy nie mylą to gospodarstwo w Kolonii Ginter między Sarnowem a rzeką Nidą-Działdówką. Woda z widocznych na zdjęciu oczek spływa do odległej o niecały kilometr rzeki, a na skraju pobliskiego lasu znajduje się żołnierski cmentarz z Wielkiej Wojny. Czy mam rację?
                          • fedar Re: wieś Sarnowo 16.09.06, 22:24
                            No tak, za bardzo się rozpędziłem. To pod wrażeniem tekstu cytowanego przez Ritę. Na fotografiach jest zapewne inne Sarnowo, ale to gospodarstwo o którym wspomniałem, było takie podobne...
                            • gajowy555 Re: wieś Sarnowo 17.09.06, 19:33
                              fedar napisał:

                              > No tak, za bardzo się rozpędziłem. To pod wrażeniem tekstu cytowanego przez Rit
                              > ę. Na fotografiach jest zapewne inne Sarnowo, ale to gospodarstwo o którym wspo
                              > mniałem, było takie podobne...

                              Mosz recht Fedar. To je jinne Sarnowo, kole Lidzbarka Warmińskiego. Niedaleko je
                              Stoczek Klasztorny, mniejsce więzienia Prymasa 1000-lecia, kardynała Stefana
                              Wyszyńskiego. Ale tereny psiankne i tamój pare pokoleń rodziny mojej kobziyty na
                              gburstwie gospodarzyło z mojó małó pomocó.
                              No jó...
                            • fedar Re: wieś Sarnowo 16.09.06, 22:35
                              rita100 napisała:

                              > A jaką masz na myśli Wielką Wojnę ?

                              I Wojnę Światową. Z tego co wiem, tak ją nazywano w Prusach (choć pewnie nie tylko tam).
    • tralala33 Re: Interludium mazurskie 16.09.06, 21:19
      Bardzo ciekawa ta książka i takie mało znane sprawy, niewiele mówiono o
      Działdowszczyźnie w okresie międzywojennym. Jednak dla uczennicy z Piekar
      Śląskich taka książka musiała być jak opowieść o innym świecie, chyba mało
      zrozumiała.
      • rita100 Re: Interludium mazurskie 16.09.06, 21:36
        Napewno, i nie czytana jeszcze. To taka cnotliwa ksiójżka, bo wyobraź sobie
        niektore kartki musiałam przecinać. Ale ten Małłek tak ciekawie opisał
        Działdowczyzne , tak dokładnie, z nazwiskami i włąściwie teraz mogę zrozumieć
        dlaczego przegraliśmy plebiscyt. Pisze to co przeżył autentycznie. Przedłuże
        opowieśc , bo dokładnie opisze jeden przemyt przez granicę w ktorej brał udział
        sam Małłek, bo to chyba jego zyciorys dokładny. Tralala, on tam pisze dokładnie
        wszystko o Mazurach, bez ogródek. Dziwie się , że została wydana. Bo poczekaj
        na opis uwięzienia przez polaków wszystkich Mazurów i nie mazurów z Brodnicy i
        wiesz gdzie ich uwięziono, no braklo miejsca w więzieniach to do chlewów ich
        wrzucono, nawet do kaplic. Chyba nigdzie byśmy o tym nie wyczytali.
        Tak więc bylo róznie na tej ziemi, ale Polacy się nie spisali i w czasie
        plebiscytu i po wojnie.
        • rita100 Re: Co się tam działo ? 18.09.06, 20:37
          Co się tam działo ?
          Jedni opijali handel, drudzy 'blatowali', a jeszcze inni 'oblewali' graniczne
          przewozy, przepędy i przerzuty.
          Wśród przemytników pochodzących spod Mławy byli spece, ktorzy tak potrafili
          zorganizować przerzuty, że handlarze odpoczywali sobie zmorzeni snem, a obok
          nich niby rzeka płynęlo szmuglowane dobro. Jeden z owych speców dorobił sie
          wkrotce wielkiego majątku. Kupił sobie gburstwo w Burszu i - jak mawiali
          ludzie - miał gdzieć ukryte gacie pełne złota i dolarów.
          Od tej zgrai przybyszow nauczyli sie przemytu także miejscowi. Prawie cała
          młodzież Brodowa trudniła się handlem nielegalnym skórami i masłem. Czołowym
          przedstawicielem tej grupy był jeden z moich kolegów, Gustaw Boliński, inwalida
          wojenny, rzeźnik z zawodu.
          • rita100 Re: Co się tam działo ? 18.09.06, 20:38
            Pewnej niedzieli przyszedł do mnie i zaczął namawiać, abym wziął się do roboty,
            ktora dawałaby dochód. Rozmowa zeszła szybko na handel masłem:
            - Weź od matki kilka kilogramów masła na próbę i pójdź ze mną, a zobaczysz, jak
            ci sie to opłaci.
            - Zgoda ! - powiedziałem i przygotowaliśmy sie na niedzielę. Matka uszykowała
            mi osiem kilogramów masła, włozyłem je do plecaka i dalej z Gustawem w świat !
            • rita100 Re: Co się tam działo ? 18.09.06, 20:39
              Szliśmy w smolistych ciemnościach i prawie zupełnej ciszy. Wszyscy spali,
              gdzieś tu i tam tylko odzywał się pies. Gustaw szedł na przedzie, niósł
              dwadzieścia dwa kilogramy masła i dwie świeże skóry cielece. Ja kroczyłem za
              nim.
              Prowadził tylko sobie znanymi ściezkami, na przełaj przez łąki do rzeki.
              Znalazłszy się na brzegu rzeki, wyjął spod krzaka, długi, drewniany i dość
              mocny drąg i przerzucił go niby kładkę przez rzekę. Potem wyjął drugi cieńki -
              podporkę. Powoli zaczął posuwac się po drągu na tamtą stronę, podpierając się
              zanurzoną w wodzie tyczką, ktorą trzymał obiema rękami. Przeszedł po uginającym
              się drągu, po czym rzucił mi tyczkę i zapraszał na drugą stronę. Przyznam
              szczerze, że bałem sie strasznie, gdyż nie znałem takich ćwiczeń cyrkowych.
              Zebrałem jednak, jak to sie mówi, kości do kupy i dalej za Gustawem. Włosy
              dębem mi stawały, kiedy zbliżałem się do środka rzeki. Pomoc kumpla była
              nieodzowna, chwycił mnie za lewe ramię, przyciągnąl do siebie, tyczkę wyrzucił
              w krzaki i drąg.
              • rita100 Re: Co się tam działo ? 18.09.06, 20:39
                Poszliśmy w kierunku stacji kolejowej Sarnowo-Zakrzewo, ostatniej niemieckiej
                stacji przed granicą.
                Zblizał sie wczesny ranek. Z Zakrzewa pojechaliśmy pierwszym rannym pociągiem
                do Niborka. Towar 'spuściliśmy' od razu w melinie Gustawa, rzecz jasna, za
                marki niemieckie. Cieszyłem się, bo okazało sie, że za masło dostałem dwa i pół
                raza więcej, niż płacono u nas na miescu.
                Po szybkim posiłku Gustaw załadował swój plecak tytoniem i sacharyną, ja
                wziołem tylko trochę papierosów i haja w drogę, na dworzec. Wieczornym
                pociągiem dotarliśmy do końcowej stacji, a dalej pieszo do granicy.
                • rita100 Re: Co się tam działo ? 18.09.06, 20:40
                  Doszliśmy do krzaków nadrzecznych. Przerzuciliśmy drąg i wypróbowanym sposobem
                  podpierając sie tyczką przeszliśmy na stronę polską. Udalo się. Drąg i tyczkę
                  schowaliśmy w krzaki i gesiego - naprzód.
                  Gdy przechodziliśmy przez tryftę, w krzakach coś zaszeleściło. Zlękliśmy się.
                  Nagle staje przed nami hallerczyk z karabinem w ręku.
                  - Dzień dobry, to ja ! - mowił spokojnie Gustaw. - Wracamy do domu.
                  Dał strażnikowi trzy paczki dobrych papierosów i coś tam jeszcze. Poszliśmy
                  swoją drogą. W pobliżu wsi rzekłem do Gustawa:
                  - To sie nam udało, ale ja tam więcej nie pójdę ! To nie dla mnie robota !
                  - Och, ty głupsi. Tu nie ma żadnego ryzyka. Jak sie jakiś zołnierz napatoczy,
                  to się go prosto zblatuje i fertig! - odpowiedział Gustaw.
                  • rita100 Re: Tajniacy 18.09.06, 20:41
                    Jednakże ja nie odważyłem się juz na podobne wyprawy, natomiast Gustaw szybko
                    dorobił się na szmuglu i kupił masarnię w Pielgrzymowie. Rychło też sie ozenił.
                    Zdawało się, że nie ma siły, aby ten handel poskromić czy zniszczyć, gdyż i
                    szmuglerzy, i strażnicy byli łasi na pieniądze. Aż tu nagle odwołuje się
                    hallerczyków z posterunków granicznych i wstawia na ich miejsce piłsudczyków, a
                    na dodatek przychodzą tajniacy i żandarmi.
                    • rita100 Re: Tajniacy 18.09.06, 20:42
                      Żandarmerię polską umieszczono w punktach przepustkowych nad granicą, zaś
                      tajniaków pochodzacych przeważnie z Poznańskiego, bodajże w każdej miejscowości
                      przygranicznej.
                      W Brodowie osadzono ich dwóch i to w w domu moich rodziców. Mimo próśb i
                      narzekań na ciasnotę uwzieli się i zamieszkali.
                      Pewnego razu zwierzyli się ojcu na ucho:
                      - Zostaniemy u was, bo jak nam we wsi powiedzieli, tu jest dla nas miejsce
                      pewne.
                      Brodowo pozbyło sie żołnierzy, zyskując w zamian dwóch tajniaków.
                      Obaj tajniacy byli około dwudziestu ośmiu lat. Chodzili po cywilnemu ze spluwą
                      w kieszeni.
                      Ludzie bali się ich okropnie.
                      Przemytnicy również uspokoili się. Podobno usadowili sie w okolicznych lasach.
                      W każdym razie ruch szmuglerski został przyduszony, stracił rozmach.
                      • rita100 Re: Tajniacy 18.09.06, 20:42
                        Tajniacy trzymali sie raczej z dala od ludniości. Nikomu nie dowierzali. Mowili
                        po polsku i po niemiecku. Zajmowali się wszystkimi sprawami, nawet szeptanką.
                        Odwiedzali jedynie sołtysa i z nim byli w stałym kontakcie.
                        Trzeba powiedzieć, ze obecność tajniaków w Brodowie miała też swoje dobre
                        strony. Ludzie musieli wreszcie zabrać się do roboty, zwłaszcza że wiosna
                        nadchodziła i wołała rolników w pole.
                        • tralala33 Re: Tajniacy 18.09.06, 21:08
                          Zwalczanie przemytników to istna walka z wiatrakami. Przypomina mi się opowieść
                          o człowieku, który 'przemycał' piasek. Jutro ją opowiem, chyba, że wszyscy ją
                          znają?
                            • rita100 Re: Powrót z niewoli 19.09.06, 21:15
                              Dnia 20 marca 1929 roku wieczorem cała nasza rodzina siedziała w domu i czekała
                              na kolację.
                              Wtem.... puk, puk do drzwi.
                              - Proszę! - zawołała matka
                              - Dobry ziecór wama wsystkim !
                              - Wilim wrócił, Wilim ! - wrzasnęła cała rodzina
                              Tak, to brat ! Najstarszy nasz brat wrócił dopiero z pierwszej wojny, z
                              francuskiej niewoli.
                              Nie przyszedł sam, lecz z plutonowym WP, komendantem posterunku granicznego w
                              Purgałkach. Ponieważ brat legitymował się niemeickim paszportem wydanym dopiero
                              co przez władze niemeickie w Olsztynie, który upoważniał jedynie do pobytu
                              czasowego w Polsce, komendant musial przekonać się osobiście, jak sprawy stoją.
                              Komendant więc przy okazji chciał zbadać całe środowisko, z którego brat się
                              wywodzi.
                              Po wspolnej uroczystej kolacji, ktorą uświetniła butelczyna kornusu, postawiona
                              przez brata, a opróżniona przez nas trzech: brata, komendanta i mnie ,
                              komendant pożegnał się.
                              Wreszcie z bratem mogliśmy swobodnie porozmawiać.
                              • rita100 Re: Powrót z niewoli 19.09.06, 21:16
                                Mowi Wili, brat Karola:
                                - Chciałem być w domu 18 marca. Niestety nie udało się. Administracja niemiecka
                                nie chciała mnie do Polski wpuścić, a ja wcale nie wiedziałem, że tu jest
                                Polska. Dopiero musiałem wywalczyć ten oto paszport i na tej podstawie
                                przekroczyłem granice. Paszport, jak widzicie wymaga przedłużenia skoro chce
                                się dłużej w Polsce pozostać. Ale to dalsza sprawa , najwazniejsze, ze jesteśmy
                                wszyscy razem.

                                Brat wyznał mi, że jest zwolennikiem postępu, podobnie jak ja. Radziłem mu
                                tylko, aby nie wyjawiał swoich poglądów rodzicom.
                                - Przecież wiesz, jacy oni są. Są przecież mocnymi gromadkarzami. Trzeba
                                pamiętać, z kim można mówić,a z kim nie. W każdym razie nie drażnij nikogo,
                                jeno umiejętnie przekonuj. A poza tym tu w Polsce nie wychodź na razie na jaw z
                                tymi nowościami, bo cię na stos wydadzą.
                                Wspomniałem też Wiliamowi o obecności dwóch tajniaków i to pod naszym dachem.
                                Można było mieć pewność, ze jego też wezmą pod lupę.
                                Mówiliśmy również o najżywotniejszych sprawach plebiscytu na Mazurach.
                                A pózniej chrapneliśmy, bośmy zielce łumenczeni buli.
                                • rita100 Re: Przed plebiscytem 20.09.06, 20:57
                                  A teraz przejdziemy do omawiania spraw plebiscytowych, najczęściej temat jet
                                  omijany i niewygodny, a dlaczego ? Bo trochę krytyki nie zazkodzi, a ukaże nam
                                  ogrom tej tragedi i porażki Polaków. A żeby nie było , ze fantazuję posłużę sie
                                  cytatami Karola Małłka ,jak dotąd robię. Temat trochę nudny, bo wymaga bardziej
                                  skupienia i rozumienia problematyki oraz łączenia faktów.
                                  Karol Małłek ma wtenczas dwadzieścia dwa lata i energię.
                                  • rita100 Re: Przed plebiscytem 20.09.06, 20:58
                                    "W końcu maja 1920 roku po zakończeniu robot wiosennych w gospodarstwie
                                    poszedłem jednak na plebiscyt. Przeszedłem przez zieloną granicę i dostałem się
                                    do Niborka. Rozglądam się ostrożnie, wypytywalem o jakieś komitety
                                    plebiscytowe, aż wreszcie dotarłem do "Burgerhalle", knajpy, w ktorej była baza
                                    polskich agentów.
                                    Tam dowiedziałem się, ze robotę agitacyjną na rzecz Polski, powierza sie przede
                                    wszystkim katolikom.
                                    Pobyłem jeszcze w Niborku i obserwowałem rozwój sytuacji. Strona niemiecka
                                    wydała mi się ruchliwsza i bardziej zorganizowana.
                                    Na ogół w okolicy było spokojnie, tylko w "Burgerhalle" agenci mocno sobie
                                    zapijali każdy najmniejszy sukces.
                                    Pewnego dnia udałem się pociągiem do Olsztyna.
                                    • rita100 Re: Przed plebiscytem 20.09.06, 20:58
                                      W Olsztynie spotkałem kolegę z 79 pułku polnej artylerii, gdzie odbywaliśmy
                                      służbę rekrucką w Ostródzie.
                                      - Co tu w Olsztynie się dzieje ? - zapytałem go
                                      - To ty nie wiesz ? - odpowiedział pytaniem.
                                      - No skąd ? Przyjechałem w goscinę i widze tu jakieś dziwne rzeczy !
                                      Poszliśmy do restauracji i kumpel zaczął opowiadać przy gorzalce, piwku i
                                      papierosach miast zakąski, wedle zwyczaju niemieckiego, który przejęli też
                                      wszyscy pod Niemcem wychowani.
                                      - Otóz w naszym abstimmungsgebicie (obszar plebiscytow) inaczej wygląda niz
                                      kiedyś za kochanego Wilusia... - ironicznie rozpoczął. - Przed 17 stycznia 1929
                                      roku wyszło z tego terenu wojsko niemieckie i policja, ale administracja
                                      została cała, nie naruszona. Urzednicy urzędują nadal jak przedtem. To Polakom
                                      się nie podoba. Od 12 lutego główną władzą miejscową jest Komisja Aliancka czy
                                      też Międzysojusznicza - jak kto woli. Główna część tej komisji urzęduje w
                                      Olsztynie, a reszta w Kwidzynie. W skład komisji wchodzą Anglik - Rennie,
                                      Francuz - Couget, Włoch - Fracassi i Japończyk - Marumo.
                                      • rita100 Re: Przed plebiscytem 20.09.06, 21:02
                                        Opowiedział mi szczegołowo, że w ślad za komisją przybył jeden batalion wojska
                                        angielskiego do Olsztyna, a nieco pózniej jeszcze jeden batalion wojska
                                        włoskiego do Ełku. Wojsko podzielono na grupy i odesłano do miasteczek. W
                                        każdym mieście powiatowym był oficer dozorujący starostę. W Ełku i Szczytnie
                                        pełnili tę funkcję oficerowie włoscy, w Olecku, Piszu, Lecu, Mrągowie i
                                        Niedzicy - oficerowie angielscy, a w Ostrodzie, Malborku i Sztumie - francuscy.
                                        Dokładne zestawienia jest na str.38
                                        • rita100 Re: Przed plebiscytem 20.09.06, 21:03
                                          Zagadnąłem kumpla wręcz:
                                          - A jak będziecie głosowali ?
                                          - No, oczywiście, za Niemcami, a jakże by inaczej ! - odpowiedział bez namysłu.
                                          - Jesteś tego pewny ? - zapytałem jeszcze.
                                          - Naturalnie ! Musisz wiedzieć, ze Niemcy nie żałuja ani ludzi , ani pieniędzy,
                                          ani czasu, a jakie mają pomysły organizacyjno-propagandowe ! Działają
                                          najróżnorodniejsze organizacje o charakterze hakatystycznym jak na przykład....
                                          ( uuu tu następują trudne nazwy z 12-u organizacji, pominę) Członkowie tych
                                          organizacji, bracie, są odpowiednio wyposażeni.
                                          (...)
                                          - No dobrze, ale ty jesteś chyba Warmiakiem, jak mi sie przypomina ! -
                                          ośmieliłem sie powiedzieć.
                                          - Naturlich ! Jestem Ermlander, ale niemiecki Ermlander, jak ci przecież
                                          wiadomo.
                                          O, do diabła ! - pomyślałem sobie - za daleko się posunąlem. Pytam go jednak
                                          dalej:
                                          - Czy wszyscy Ermlanderzy tak myślą ?
                                          - Wszyscy ! A jeśli znajdą się gdzie jeszcze tacy, co za Polską ciągną, to
                                          załatwimy się z nimi krótko, to popędzimy ich tam własnie do was, do Działdowa,
                                          albo tam - wskazał palcem - do piasku ! Nie boj się, wyczyścimy ich....
                                          • rita100 Re: Przed plebiscytem 20.09.06, 21:04
                                            W okresie od 15 maja 1919 do 12 lutego 1920 roku , do chwili przybycia Komisji
                                            Sojuszniczej, Niemcy rzucili na teren plebiscytowy okolo 5,5 miliona gazet.
                                            Dowiedziałem się także, ze Niemcy suto opłacają swoich agentów. Stawki
                                            kształtują się od tysiaca do czterch tysiecy marek miesiecznie zależnie od
                                            wykonywanej funkcji. Są też plany sprowadzenia na sam plebiscyt z zachodu,
                                            zwłaszcza z Westfalii, około 200 tysiecy ludzi, ktorzy się tutaj urodzili, aby
                                            też glosowali za Niemcami.
                                            Napiliśmy się jeszcze po jednym sznapsie i po piwie i rozeszliśmy się. To był
                                            prawdziwy hauklubowiec, jeno mu się oczy iskrzyły.
                                            Postanowiłem pojechac do Krolewca w nadzieji, że tam najlepiej zorientują mnie
                                            towarzysze KPD.
                                            • rita100 Re: Przed plebiscytem 22.09.06, 21:06
                                              Patrzę na rozkład jazdy w poczekalni kolejowej a tu nagle ktoś na mnie woła:
                                              - Karolu co tu robisz ?
                                              Patrzę, a to Pawelski z Krolewca, dawny kumpel z okresu działalności w Radach
                                              Żołnierskich i Spartakusie.
                                              - Dokąd się wybierasz ? - pyta
                                              - Szukam prawdy dziejowej i nie mogę jej znaleź - odpowiedziałem mu. - Może i
                                              was w Królewcu ją znajdę ?
                                              - I tam jej nie znajdziesz, ale coś niecoś bym ci powiedział. Jedź ze mną -
                                              zaproponował. - Będzie mi raźniej i w drodze sobie pogadamy.
                                              (...)
                                              - A co sądzisz o plebiscycie ? - spytałem.
                                              - Otóż to. Początkowo sytuacja wyglądała inaczej a teraz inaczej. W roku 1919
                                              głośno w Prusach Wschodnich wyśpiewywano Polskę, a teraz bracie: "Deutschland,
                                              Deutschland uber alles" i nic więcej.
                                              • rita100 Re: Przed plebiscytem 22.09.06, 21:07
                                                - Ciekwi mnie, czy rzeczywiście sprawy polskie tak źle stoją.
                                                - O bracie ! Bardzo źle ! Nie mam mowy, aby Polacy plebiscyt wygrali. Muszę ci
                                                otwarcie wyznać, że Polacy nie umieją tych rzeczy robić. Ilu jest Polaków, tyle
                                                jest zdań i myśli. Poza głównym przedstawicielstwem polskim zorganizowali oni
                                                aż trzy rózne komitety. Zaraz ci to udowodnię.
                                                Wyciągnął z teczki parę gazet, miedzy innymi "Ostdeutsche Nachrichten"
                                                i "Pruskiego Przyjaciela Ludu" ktore w swoim czasie wymieniały te organizacje
                                                plebiscytowe i podawały do publicznej wiadomości ich skład.
                                                Dowiedziałem sie z tych publikacji, że po objęciu władzy przez Komisję
                                                Międzysojuszniczą w dniu 12 lutego 1920 roku przybył do Olsztyna Mazurski
                                                Komitet Plebiscytowy z całym aparatem urzędniczym i zainstalował się w gmachu
                                                Reichshofu, gdzie urzęduje również konsul polski i Komisja Sojusznicza.
                                                Przeczytałem , ze przewodniczącym Komitetu jest ks. dr Juliusz Bursche z
                                                Wraszawy, sekretarzem generalnym Stanisław Zieliński również z Warszawy, drugim
                                                sekretarzem Kazimierz Jaroszyk.
                                                W innym miejscu podano skład władz Mazurskiego Związku Ludowego. Funkcję
                                                przewodniczącego pełnił Fryderyk Leyk, księgarz z zawodu, wyceprzewodniczącego
                                                był Zakryś, właściciel majątku, sekretarzem Andrzej Czeczka, rolnik,
                                                skarbnikiem Jan Majkowski, rolnik.
                                                • rita100 Re: Przed plebiscytem 22.09.06, 21:08
                                                  Pawelski wyjaśnił mi, że pierwsza organizacja - Mazurski Komitet Plebiscytowy -
                                                  przybyła już gotowa w składzie z Warszawy do Olsztyna 18 lutego 1920 roku, a
                                                  Mazurski Związek Ludowy powstał już wcześniej, 19 listopada poprzedniego roku.
                                                  W tym samym prawie okresie została utworzona jeszcze jedna organizacja pod
                                                  nazwą: Rady Ludowe, na której czele stali: dr Gąssowski, dr Wilimski i
                                                  Roszczynalski, polscy majątkarze i katolicy, ktorzy prawie przez pól roku
                                                  kłócili się ze zwiazkami nie wiadomo o co.

                                                  Drań Worgitzki, przecież również ultrakatolik, nie bał się połączyć z Henselem
                                                  ultraewangielikiem dla wspolnej niemieckiej sprawy. Dlatego oni właśnie
                                                  wygrywają.

                                                  Do Warszawy pojechał Kaczyński i wrócił z nosem na kwintę, zrozpaczony,
                                                  zrezygnowany, bo stwierdził, ze w Polsce również rządzi burżuazja i dla ludzi
                                                  postępowych nie ma perspektyw działania.

                                                  (Jak widzicie Warszawie nie zależało na Prusach, kłótnie , awantury, stawianie
                                                  kłody ludowi mazurskiemu nie mogło sprzyjać plebiscytowi)
                                                  • rita100 Re: Przed plebiscytem 22.09.06, 21:09
                                                    Pawelski zreferował mi także znamienne w tej sprawie stanowisko Watykanu.
                                                    Naczelny komisarz kościelny do sprawa plebiscytowych, nuncjusz papieski w
                                                    Polsce, Achilles Ratti, również skłania się niedwuznacznie w stronę Niemców.
                                                    Odwiedził we Fromborku niemieckiego biskupa warmińskiego Bludaua, kanonika
                                                    Weichsla, też Niemca, w Olsztynie, oraz barona von Gayla, znanych niemieckich
                                                    szowinistów. Wszyscy oni są jednomyślni w polityce plebiscytowej. Natomiast
                                                    kiedy polscy pisarze, Stefan Żeromski i Jan Kasprowicz zwrócili sie o pomoc do
                                                    nuncjusza Rattiego w imieniu polskiej ludności na Warmii, Powiślu i Mazurach -
                                                    odpowiedział im wręcz, ze papież życzy sobie, aby Niemcy zostali Niemcami, a
                                                    Polacy Polakami. Biskup warmiński z całą butnością wszystkim podwładnym sobie
                                                    księżom groził przesiedleniem, jeśli bedą sie zajmowali zakładaniem polskich
                                                    ochronek i temu podobnymi rzeczami.
                                                    Komisja Sojusznicza podziela, niestety, stanowisko biskupa Bludaua, co więcej,
                                                    udziela mu cichego poparcia.
                                                  • rita100 Re: Przed plebiscytem 22.09.06, 21:12
                                                    " - A najhaniebniejsze są chyba zakulisowe machinacje klik militarystycznych
                                                    Piłsudskiego z tutejszymi Heimatbundu za zgodą oficerów angielskich, o czym
                                                    dochodzą wieści do tutejszych kół KPD - oburzał się Pawelski.
                                                    Wspólne pertraktacje dotyczyły możliwości włączenia Prus Wschodnich w orbitę
                                                    sił, skierowanych przeciwko Rosji w celu militarnego poparcia Polski.
                                                    Karol Małłek
                                                    - Widzisz jak wyglądają te sprawy od podszewki ?

                                                    Pod wpływem tej rozmowy powziołem decyzję powrotu do domu, zamiast dalej szukać
                                                    kontaktu z polskim Komitetem Plebiscytowym.
                                                    Pożegnałem się z Pawelskim na dworcu w Krolewcu i wykupiłem bilet do Niborka.
                                                    (A w domu czekał go juz pobór do wojska polskiego.
                                                    Takie to ma wspomniena Król Mazur Karol Małłek)
                                                  • rita100 Re: Pobór 25.09.06, 20:42
                                                    A więc Karol Małłek został powołany do wojska polskiego. Z Dużej Sławki szedłem
                                                    w stronę Małego Kozłowa. Potem przez Zakrzewko, polski majątek , wprost na
                                                    Sarnowo, a z Sarnowa najkrótszą drogą przez laski prosto nad rzekę Nidę. I tak
                                                    dotarłem do Brodowa, uważając na tajniaków.
                                                    Bałem się trochę, bo byłem około dwóch tygodni poza domem i nie wiedziałem co
                                                    mogło sie w tym czasie wydarzyć.
                                                    No i było tak. W domu za dużo nie mówiłem, bo nie chciałem ojca martwić złymi
                                                    wieściami, więc zabrałem się zaraz do pracy. Po owym 'przewietrzeniu' chciało
                                                    mi sie mocno pracować. Zwiźliśmy siano pod dach.
                                                    Kończyliśmy akurat zwózkę, a tu nagle stróż wiejski wydzwania utartym zwyczajem
                                                    nowość:
                                                    - Oznajmuje, ze roczniki wojskowe od 1890-1899 mają sie wstawić do poboru w
                                                    Działdowie !
                                                    Pomyślałem sobie:
                                                    - O, do diobła! To niedobrze, bo to prawdopodobnie idzie o pobór wojskowy na
                                                    front wschodni !
                                                    I okazało sie , że miałem rację.
                                                  • rita100 Re: Pobór 25.09.06, 20:43
                                                    Nadszedł dzień poboru. Poszliśmy całą zgrają do Działdowa.
                                                    Po drodze jeszcze, miedzy Działdowem a Brodowem toczyły się różne dyskusje.
                                                    Jedni krzyczą: - Idziemy bić bolszewika!
                                                    Drudzy: - Nie idziemy !
                                                    Już na głównym rynku ludzie w niezgodzie wykrzykują:
                                                    - W trakcie wersalskim nic się nie wspomina o wojnie z Rosją radziecką !
                                                    Wreszcie idziemy do domu poborowego.
                                                    Gdy stanąłem przed urzędnikiem, zapytałem z miejsca, czy ten pobór ma charakter
                                                    przymusowy i przeciw komu jest wymierzony. Urzędnik zbył mnie jakąś opryskliwą
                                                    uwagą, na co ja odparłem stanowczo:
                                                    - Oswiadczam, iż jestem przeciwnikiem wojny i na wojnę przeciwko bolszewikom
                                                    nie pójdę ! Każdy z nas ma dosyć wojny !
                                                    - No to jest pan Niemcem, jeśli się pan nie chce zgodzić ! - powiedział
                                                    urzędnik.
                                                    -
                                                    Niech mi pan nie wmawia tego, co nie jest ! - odpowiedziałem.
                                                    Ostatecznie nie poszedłem na front.
                                                  • rita100 Re: Pobór 25.09.06, 20:43
                                                    Z naszej wsi zagarneli tylko Jana Walerowicza - najstarszego syna sołtysa,
                                                    który natychmiast złożył swój sołecki urząd. Miał juz wszystkiego dosć. Z braku
                                                    laku wzięto na sołtysa znów Schaua, no bo innego chętnego nie było. Tym razem
                                                    nie pytano o wyznanie, bo nowy starosta, dr Jan Bogocz, ze Śląska Cieszyńskiego
                                                    był mądrzejszy od wszystkich pomorskich i wschodniopruskich endeków czy
                                                    chadeków i umiał odróżnić wyznanie od narodowości.
                                                    - Dlaczego od razu tak nie postępowano ? - skarżyła sie ludność.
                                                    Tymczasem wrzenie wśród ludu narasta. Coraz więcej sie mówi o sytuacji na
                                                    froncie wschodnim. Opinie i nastroje panują sprzeczne.
                                                  • rita100 Re: Pobór 25.09.06, 20:44
                                                    W każdym razie zapowiada sie niewesoło: tu po stronie polskiej wojna, a za
                                                    rzeką, o kilometr od Brodowa - plebiscyt, w którym Mazurzy, Warmiacy i Powiśle
                                                    w dniu 11 lipca 1920 roku mają się wypowiedzieć w tajnym głosowaniu za Polską
                                                    lub za Prusami Wschodnimi.
                                                  • rita100 Re: Plebiscyt 26.09.06, 21:19
                                                    Slowa Warmiaka z Olasztyna stały się rzeczywistością. Już przez dwa tygodnie
                                                    poprzedzające dzień głosowania szły długie pociągi z zachodu do Prus
                                                    Wschodnich. Najwięcej ludzi jechało z Westfalii, z miejscowości Herten i
                                                    Recklinghausen, gdzie mieszkało około 120 000 Mazurów pruskich urodzonych w
                                                    okręgu plebiscytowym. Szły także pociagi z Berlina i z tych zakątkow
                                                    polonijnych, gdzie mieszkali ludzie pochodzący z tzw. abstimmungsgebit. Pociągi
                                                    były umajone zielenią i upstrzone szowinistycznymi hasłami niemieckimi.
                                                    Na stacjach kolejowych, a szczególnie na dworcach docelowych, przybyszów witały
                                                    orkiestry i tłumy ludzi.
                                                  • rita100 Re: Plebiscyt 26.09.06, 21:19
                                                    Akcja była zorganizowana bardzo sprawnie, goście zachodni byli wprost z dworca
                                                    kierowani na bezpłatne kwatery, rozmieszczone stosownie do miejsc urodzenia, a
                                                    więc zarazem miejsc oddawania glosów. Ludziom tym zorganizowano wyśmienite
                                                    warunki pobytu na Mazurach. Poza bardzo dobrymi warunkami lokalowymi i
                                                    wyżywieniem zapewniano im atrakcyjne rozrywki: kino, teatr oraz wycieczki po
                                                    malowniczych jeziorach mazurskich.
                                                    Za to wszystko płaciła II Rzesza, czyli Republika Weimarska. Koszty
                                                    sprowadzenia i pobytu jednego uczestnika plebiscytu np. z Westfalii wynosiły
                                                    ponoć przeszło 140 marek, a globalny wkład gotówkowy Rzeszy w tę akcję wyniósł
                                                    prawie 15 000 000 marek."

                                                    Ciekawe jakie koszty poniosła Polska ? Nawet nie wspomniano. Oprócz ciągłego
                                                    układania kłód kompletnie Polska nie była zainteresowana plebiscytem. Jak więc
                                                    mogła wygrać ?
                                                  • rita100 Re: Plebiscyt 26.09.06, 21:20
                                                    Glosowanie objęło także aktualnych mieszkańców Działdowczyzny, ale tylko tych,
                                                    którzy urodzili się na tamtejszym terenie plebiscytowym. Warunkom tym
                                                    odpowiadali także moi rodzice. Matka miała głosować w Sarnowie, a ojciec w
                                                    Dużej Sławce.
                                                    Tak więc, reasumując:
                                                    Za Prusami głosowało więc przeszło 97%, a za Polską nawet niepełne 3%.
                                                    Polska poniosła wielką klęskę. Teren plebiscytowy pozostał nadal przy Rzeszy
                                                    Niemieckij, pomimo że glosowano za przynależnością do Prus Wschodnich, a nie do
                                                    Rzeszy Niemieckiej.
                                                  • rita100 Re: Plebiscyt 26.09.06, 21:20
                                                    Po 11 lipca nastąpił drugi etap całej akcji - szowiniści niemieccy zabrali się
                                                    teraz do zapowiadanej czystki. Po odniesieniu zwycięstwa w plebiscycie rząd
                                                    niemiecki w Berlinie całkowicie zmienił swą politykę wobec Warmiaków i Mazurów.
                                                    Hasło naczelne brzmiało: "Warmiak i Mazur, to Niemiec".
                                                    I to był chyba najgorszy okres dla czujących się Polakami.
                                                    Zaczęły rozwijać się wszelkiego rodzaju formy i metody germanizacyjne wobec
                                                    tego ludu. Lata po plebiscycie 1929-1933 , a więc okres Republiki Weimarskiej,
                                                    stanowią w historii ludu polskiego na Warmii i Mazurach III okres
                                                    germanizacyjny, w którym Niemcy przystąpili do kompletnego i systematycznego
                                                    nieszczenia polskiej świadomości narodowej."
                                                  • rita100 Re: Plebiscyt 26.09.06, 21:21
                                                    We wsiach wzdłuż polskiej granicy nowo wybudowane na pokaz szkoły, nowocześnie
                                                    wyposażone, w ktorych nie wyzywano już więcej od Polaków albo od ciemnych
                                                    Mazurów.
                                                    W kościołach odbywały się odtąd nabożeństwa tylko po niemiecku.
                                                    W Reichswehrze siedziało wielu Mazurów wojskowych. Niektórzy z nich zrobili
                                                    nawet kariery, jak generał Jesionek z Wielbarka czy Sowa z Wysokiej.
                                                  • rita100 Re: Plebiscyt 26.09.06, 21:22
                                                    Prawie w każdym mieście stał na rynku jak nie Wiluś, to Bismarck lub
                                                    Hindenburg, czy też bezimienny wojak trzymający zwycięski miecz i flagę w ręku.
                                                    Prawie każda wieś posiadała plac, a na nim głaz, na którym wyryto niekiedy
                                                    nawet złotymi zgłoskami różne slogany niemieckie. W kosciołach wmurowano
                                                    tablice gdzie aż sie roiło od nazwis poległych "fur Kaiser und Vaterland"
                                                    Olsztyn otrzymał w podzięce za wygrany plebiscyt nowy gmach teatru, ktoremu
                                                    nadano nazwę "Treudank" - pomnik wdzięcznosci - oraz olbrzymi obelisk
                                                    plebiscytowy z wielkim napisem: "Dies Landbleibt deutsch" (Ta ziemia pozostanie
                                                    niemiecka).
                                                    Tak oto poczyna się toczyć koło historii za naszą rzeką Nidą, za Brodowem i
                                                    Chorabiem.

                                                    A teraz pokazuje Małłek co dzieje się w tym czasie na Działdowczyźnie, kiedy
                                                    ziemie należały do Polski. Co ich czekało w tej Polsce naszej. Teraz zaczną sie
                                                    momenty iście jak z wojaczka Szwejka. Jak tylko będziecie cierpliwi to
                                                    zobaczycie jak można całą wieś Brodowo wsadzić do więzienia i to tylko za to ,
                                                    ze się było Mazurem.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 27.09.06, 21:02
                                                    Gdy ludność Działdowszczyzny nieco się uspokoiła po zamieszaniu plebiscytowym i
                                                    przystąpiła do robót żniwnych, zaczęły napływać nowe wieści o zaostrzeniu
                                                    sytuacji na froncie wschodnim.
                                                    Mazurzy narazie czekali w milczeniu na rozwój wydarzeń i pracowali w polu.
                                                    Ja kosiłem trawę na łakach pod Gajówkami, kiedy nagle usłyszałem salwę z dział
                                                    gdzieś spod Iłowa na Narzyn. Konie mocno mi się spłoszyły, bo pociski
                                                    artyreryjskie rozerwały się nie tak daleko ode mnie. Celowano widać w polski
                                                    pociąg, który stanął na dworcu w Narzymiu. Kiedy pociąg ruszył pod Działdowo,
                                                    poszlo za nim jeszcze kilka pocisków pojedynczych i to sztapneli. Pociąg został
                                                    uszkodzony. Ileż to strachu i sensacji narobiły te pociski !
                                                    Ludziska w popłochu opuszczali pola i łaki, uciekając do domów. OHO, pomyślałem
                                                    sobie, to pewnie niedługo pojawią sie formacje bolszewickie.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 27.09.06, 21:02
                                                    Tymczasem nic, było spokojnie. Dopiero wieczorem dotarły do Brodowa wieści, że
                                                    wojsko radzieckie zajęło już Olowo jedno i drugie, a nazajutrz rusza dalej na
                                                    Działdowo. Tego samego dnia uciekli z Brodowa: wójt, kierownik szkoły i obaj
                                                    tajniacy. Usunęli się także żandarmi graniczni z Ilowa, Biaut i Purgałek. Tylko
                                                    konny patrol składający się z siedmiu ułanów, ktory kwaterował u Jebrama
                                                    objeżdzał teren brodowski.
                                                    Ojciec nasz zaś - latał jak furc:
                                                    - Chłopcy ! Chodźcie no za stodołę ! Patrzta pod Narzym ! Widzita!
                                                    Ujrzeliśmy bolszewicką tyralirę ciagnącą sie długą linią przez pola narzymsko-
                                                    brodowskie na Gajówki, Kisiny i Działdowo.
                                                    - Nic z dzisiejszej roboty nie wyjdzie.
                                                    - Chłopcy, nie wychodźta do roboty, bo to mogłoby być niedobrze! - ostrzegł nas
                                                    ojciec.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 27.09.06, 21:03
                                                    Zjedliśmy śniadanie i wyszliśmy na wieś w stronę Działdowa. Nagle... bach,
                                                    bach ! Zaczęły sie rozrywać na łąkach pociski. Jak się później okazało, to
                                                    artyreria polska strzelała na linię bolszewicką zza Działdowa, spod
                                                    gospodarstwa pana Barana. Niedługo z podmiejskiego lasu kolo Działdowa poczęly
                                                    grzać cekaemy i rozległy się karabinowe salwy piechoty. Na krótko przed objadem
                                                    wpadł do Brodowa, do sołtysa, patrol bolszewicki, ktory zarządził zbiorkę
                                                    kontygentu: dwie sztuki bydła i dwie tony zboża na chleb.
                                                    Sołtys Siała musiał szybko zdobyć żądane artykuły, przy czym zboże trzeba bylo
                                                    zemleć we młynie w Janowie i na wiatraku p.Dąbrowskiego.
                                                    Zaraz potem patrol zażądał siedmiu wozów do zwożenia rannych.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 27.09.06, 21:04
                                                    Memu ojcu sołtys też wyznaczył podwodę (zwożenia rannych wozem)
                                                    - Ja pojadę , ojczulku, a wy zostańcie w domu ! - zwróciłem sie do ojca.
                                                    Zaprzęgnąłem parę koni do wozu roboczego, matka wcisnęła mi pajdę chleba i wio,
                                                    koniki ! W stronę Narzymia.
                                                    Tam bylo nas już więcej, chyba kilkadziesiąt wozów z kilku pobliskich wsi.
                                                    Dostaliśmy komendanta i kilku żołnierzy sanitariuszy, po czym pojechaliśmy pod
                                                    linię frontu i zatrzymaliśmy sie na miejscu spalonego wiatraka pana Wencla, za
                                                    górką za Mansfeldami i Gajówkami blisko szosy. Tam czekaliśmy na rozkazy.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 27.09.06, 21:04
                                                    W miedzyczasie bój w Dzialdowie coraz bardziej sie zaostrzał. Spod Iłowa
                                                    przybył pod Kisiny jeszcze jeden radziecki pułk artylerii. Najbardziej
                                                    ostrzeliwano las malinowski.
                                                    Polacy nie pozostawali dłużni i kanonada wzrastała. Coraz to nowe bataliony
                                                    piechoty szły tyralierą od Kasin łąkami pod linię frontową.
                                                    Wtem nasz komandant taboru krzyknął:
                                                    - Pogotowka !
                                                    Wszyscy wsiedliśmy na wozy.
                                                    - Za mną marsz ! - zagrzmiał
                                                    Ruszyliśmy
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 27.09.06, 21:06
                                                    Ruszyliśmy przez Kasiny, a potem skręciliśmy w lewo pod Działdowo. Strzelaniny
                                                    już więcej nie było. Na moście nagle konie parsknęły i spłoszyły się. Obok
                                                    bariery mostowej leżał polski porucznik, trafiony kulą w głowę.
                                                    To był pierwszy i ostatni trup, jakiego widziałem w tej bitwie. Przejeżdzajac
                                                    przez Działdowo widziałem jeden palący sie dom na ulicy Wolność. Ludzi w
                                                    mieście nie widzieliśmy: albo się ukryli, albo pouciekali. Wyjechaliśmy z
                                                    Działdowa, ale potem wróciliśmy i zatrzymaliśmy sie pod starą pocztą. Na
                                                    krótkiej ulicy miedzy pocztą a zamkiem ustawiono nas na noc i strzezono, by
                                                    nikt nie uciekał. Były próby przekupienia żołnierzy, ale bezkuteczne.
                                                    Nazajutrz rano pojechaliśmy dalej na zachód i dotarliśmy do Burkatu, a potem do
                                                    Uzdowa. Bitwy żadnej już nie było, bo Polacy ostro wycofali się na zachód.
                                                    Trzeciego dnia na nasze usilne prośby puszczono nas jakoś do domu.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 28.09.06, 21:29
                                                    Jutro dokladnie Ci podam, a Karolem Małłkiem jestem oczarowana - kazda strona
                                                    to odkrycie Działdowczyzny i stosunków międzyludzkich. Już piszę dalej co się
                                                    działo. Miałam szczęście z tą książką, przypadkowo ją mam. Jeszcze się
                                                    zastanawiałam czy kupić i tak w ciemno, ze względu na autora.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 28.09.06, 21:31
                                                    Po kilku dniach odwiedził mnie jeden z moich przyjaciół, Kostek Krzemieniewski,
                                                    syn małorolnego chłopa, miejscowy katolik, który opowiedział mi, że podobno
                                                    nasz brodowiak Gustaw Robaczek i stary Falkus z Purgałek przyłapali dwóch
                                                    szpiegów i przyprowadzili ich pod karabinami do Brodowa. Odprowadzając Kostka
                                                    do domu zauważyłem duże zbiegowisko koło sołtysa. Z jednej strony z karabinami
                                                    stali Gustaw Robaczek dwudziestoletni łobuz brodowski, rzeźnik z zawodu i
                                                    Michał Jezusek. Po drugiej stronie stała w ciszy kupa ludzi.
                                                    - Co tu robicie ?- zapytałam Robaczka
                                                    - Czekamy na pismo od sołtysa na tych dwóch szpiegów, których złapaliśmy pod
                                                    Purgałkami w lesie !
                                                    - My nie szpiedzy, my żołnierze polscy! - odezwał się jeden z nich.
                                                    - Puszczajcie ich ! Niech idą ! - zadecydowałem szybko.
                                                    - Ja też tak sądzę ! - dopomógł Kostek.
                                                    Bodajże wszyscy ludzie byli po naszej stronie. Nawet Michał Jezusek odważył się
                                                    powiedzieć:
                                                    - Ja ich nie będę prowadził.
                                                    (...)
                                                    To rozegrała się walka między wszystkimi i przepychanki między tymi co chcieli
                                                    oddać złapanych w ręce bolszewickie , a tymi co chcieli póścić ich wolno.
                                                    - Nie róbcie tego ! Cywile niech się nie mieszają do spraw wojennych ! -
                                                    zaryczeliśmy pełnymi głosami.
                                                    Ale Robaczek i Wielgos trwali przy swoim.
                                                    Złapałem za kołmierz Michała Jezuska i powiedziałem mu na ucho:
                                                    - Puście tych ludzi do domu, niechaj idą swoją drogą !
                                                    Poszli.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 28.09.06, 21:32
                                                    Stwierdziliśmy, że źle wychowano społeczeństwo. Władze polskie doprowadziły do
                                                    powstania rozdźwięków między spokojną dotychczas ludnością. Zmiana sytuacji
                                                    politycznej stała się okazją do zemsty, którą każdy stara się realizować po
                                                    swojemu.
                                                    ----------
                                                    Po zajęciu Dzialdowa przez Armię Radziecką został utworzony Tymczasowy Komitet
                                                    Rewolucyjny, na czele którego stanął Ernest Matzner, zaś członkami zostali Paul
                                                    Muller i Herman Schledzewski. Komitet funkcjonował zaledwie trzy dni, gdyż
                                                    sytuacja na froncie gwałtownie się zmieniła, wojska polskie poszły do natarcia
                                                    i oddziały radzieckie znalazły sie w odwrocie, cofając się także spod Brodnicy
                                                    i Grudziądza.
                                                    Szła piechota, jechała konnica, artyreria, ciągnęły tabory. Szli tak przez trzy
                                                    dni w kierunku Iłowo. Dopiero ostatniego dnia, gdy droga została odcięta, dużo
                                                    kawalerii przeprawiło się wpław przez Nidę, za granicę, na Mazury Pruskie. Tam
                                                    podobno internowano ich, a następnie odesłano do Szlagi pod Orzysz i zamknięto
                                                    w specjalnym obozie. Niemcy mieli potem niemalo kłopotu z wykarmieniem ich i
                                                    przeciwdziałaniem propagandzie komunistycznej, jaką szerzyli w okolicy.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 28.09.06, 21:35
                                                    Czwartego dnia w opustoszałym Brodowie zjawił się polski patrol wojskowy i
                                                    zażądał od sołtysa dziesięciu furmanek. Między innymi wyznaczono także naszego
                                                    ojca.
                                                    - Ja pojadę, a wy zostaniecie ! - powiedziałem znowu do ojca.
                                                    Zaopatrzony przez matkę w pajdę chleba i mięsiwo zasiadłam w wozie. Zbiórka
                                                    była w Iłowie. Zebrało się nas chyba ze siedemdziesiąt podwód parokonnych.
                                                    Staliśmy tam pół dnia i jedną noc, dopiero drugiego dnia odjechaliśmy na
                                                    wschód, wioskami wzdłuż starej granicy. Wleklyśmy się noga za nogą przez cztery
                                                    dni i dotarliśmy pod Kolno na Kurpiowczyznę.
                                                    Tu okazało sie, że nasza czterodniowa tułaczka była zupełnie bezcelowa.
                                                    Wreszcie na błagalne prośby zwolniono nas do domów. Kurpiacy chcieli nas
                                                    ograbić z koni i z wozów, aleśmy pruli naprzód co sił.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 28.09.06, 21:35
                                                    W powrotnej drodze dobiegła nas wiadomość o wybuchu drugiego powstania
                                                    śląskiego, które rozpoczęło się 19 sierpnia i nie wiadomo bylo, jak sie skończy.
                                                    Wszyscyśmy czym prędzej podążali na zachód, aby jak najszybciej opuścić krainę
                                                    Kurpiów, do ktorych bardzo zraziliśmy się.
                                                    Do wsi wrócił z ucieczki cały i zdrowy wójt, a zarazem kierownik szkoły, Wróbel
                                                    wraz z żoną i dziećmi.
                                                    Narzekał na niezdyscyplinowanie ludzi, ktorzy mu skradli krowę. Wróbel bowiem
                                                    cały swój żywy i martwy inwentarz zostawił w Brodowie pod opieką starej
                                                    służącej. Gdy wrócił, okazało sie, że ocalało wszystko z wyjątkiem krowy.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 28.09.06, 21:36
                                                    Z czasem wydawało się, ze to dwaj najstarsi synowie Wilhelma Szymańskiego
                                                    uprowadzili krowę za granicę do Niborka, i tam ją sprzedali. Po kilku
                                                    tygodniach tamtejsza policja odnalazła krowę i po usilnych staraniach sołtysa
                                                    oraz całej wsi zwróciła poszkodowanemu. Chwilowo Wróbel korzystał z krowy
                                                    wypożyczonej mu przez mojego ojca.
                                                    Wróbel opowiadał, że w ostatnim okresie wielu opuściło Działdowczyznę, udając
                                                    sie na Mazury Pruskie. Uciekli również ci, ktorzy stali po stronie bolszewików
                                                    i młodzież.
                                                    ------------
                                                    Tak , sprawę krowy mamy już wyjaśnioną, teraz przed nami będzie obiecany opis
                                                    aresztowania całej wsi przez piłsudczyków.
                                                    cdnj
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:12
                                                    Nazajutrz, kiedy byliśmy wszyscy w domu, około godziny jedenastej przed
                                                    południem, weszło na nasze podwórze dwóch polskich wojskowych.
                                                    - Dzień dobry państwu ! Jak państwu idzie ? - zagadał gdzieś
                                                    dwudziestosześcioletni blondyn w pięknym mundurze polskiego "kanarka".
                                                    Przywitał się z nami serdecznie, jakbyśmy się znali długie lata. Drugi z
                                                    przybyszów , ciemnowłosy około dwudziestu ośmiu lat, w mundurze wojskowym
                                                    polskiego piłsudczyka też się przywitał. Obaj mieli stopień plutonowego.
                                                    - Proszę siadajcie panowie ! - zachęcał ich ojciec.
                                                    Zachowywali się ci wojacy, jakby nas już dawno i dobrze znali, aż nam było
                                                    wstyd, że ich jakoś nie poznajemy.
                                                    Aż wreszcie "kanarek" zapytał:
                                                    - Nie poznajecie nas ?
                                                    - Nie ! - odpowiedzieliśmy z ojcem.
                                                    - No, bo wtedy było ciemno, to może nie widzieliście nas dobrze, ale my
                                                    zapamiętaliśmy znakomicie waszego syna, Karola, który walczył o nasze
                                                    zwolnienie, jak lew. Gdyby nie on, bylibyśmy już w piasku, gdyż na to się
                                                    zanosiło.
                                                    Wprawdzie Michał Jezusek stale powtarzał, że on dalej nie pójdzie i że trzeba
                                                    nas puścić, ale Robaczek na pewno byłby nas przejechał serią z karabinu.
                                                    - Ach, nareszcie wiem ! - wykrzyknąłem odkrywczo. - To wy, panowie, byliście
                                                    tymi rzekomymi szpiegami !
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:12
                                                    Zaczęliśmy wypytywać, co się dalej z nimi działo.
                                                    - Chcieli nas puścić zaraz, za wsią, ale prosiliśmy, aby nas podprowadzili do
                                                    następnej wsi, bo nie dowierzaliśmy Robaczkowi. Wreszcie puścili nas w tej wsi
                                                    przed Dzialdowem.
                                                    - To w Kasinach - stwierdziłem.
                                                    - A gdzie może być ten Robaczek, bo we własnym domu go nie bylo. Sprawdzaliśmy -
                                                    rzekli przybysze.
                                                    - Pewno uciekł za granicę, ale nic bliższego nie wiem - odpowiedziałem.
                                                    - To szkoda, bo chcieliśmy mu się przypomnieć.
                                                    A Wielgosz i Jezusek są ?
                                                    - Wielgosz też chyba za granicą, a i Michała Jezuska nie widziałem od tamtego
                                                    wypadku, bo mieszka daleko, na tzw. wybudowaniu pod Pruskami. To zresztą z
                                                    natury dobry chłopak ! - dodałem.
                                                    Wojacy podziękowali raz jeszcze za wszystko, pożegnali się i odeszli.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:14
                                                    Wieczorem po wsi rozeszła się wieść, że Michała Jezuska i starego Falkusa z
                                                    Purgałek złapali "kanarki". Obydwóch poprowadzili do Działdowa.
                                                    - Oj, dostaną oni, oj, dostaną ! - mowili ludzie,
                                                    Stary Falkus podobno zdarł polskiego orła z bramy sołtysa i miał rzekomo wydać
                                                    czerwonoarmistom dwóch szpiegów polskich - za to go wzieli. Ale biedny Michał -
                                                    jak wiadomo - tylko z namowy Robaczka wlazł w kabałę, choć dobrowolnie nigdy by
                                                    się na odprowadzenie tych dwóch aresztantów nie zgodził. Tamten główny drań
                                                    uciekł, a ten nieboraczysko musi za niego kałęczyć. Takie było zdanie ludzi z
                                                    naszej wsi.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:15
                                                    Następnego dnia wrócili obaj dawni tajniacy, zajęli starą kwaterę w naszym domu
                                                    i poczęli urzędować jak przedtem. Najczęściej przebywali w Purgałkach.
                                                    Tego samego dnia okolo godziny drugiej po południu przyszło do nas dwóch
                                                    cywilów z karabinami na ramionach.
                                                    - Czy tu mieszka Wilhelm Małłek ? - zapytali
                                                    - Jam jest ! - odezwał sie ojciec.
                                                    - Aresztujemy pana! Niech zaraz z nami idzie !- ryknęli.
                                                    - Stop, stop, panowie ! A wy kim jesteście ! ? - zapytałem stanowczo.
                                                    - My policja pomocnicza - legitymowali się - mamy rozkaz dostarczyć wszystkich
                                                    członków Rady Gminnej z Brodowa do więzienia w Działdowie, za to , że Polaków
                                                    wydali !
                                                    Ojciec rzewnie zapłakał.
                                                    Pierwszy raz widziałem ojca płaczącego tak jawnie i nigdy tego obrazu nie
                                                    zapomnę.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:16
                                                    Zrobiło mi się głupio i strasznie żal, ze nie mogę ojca w tym zastąpić.
                                                    Okropnie go kochałem i pragnąlem mu jakoś ulżyć.
                                                    Matka dała ojcu odświętne ubranie i świeżą bieliznę, potem kanapki na drogę.
                                                    Ojciec drząc ubierał sie, a ja szlochałem w kącie. Wreszcie pożegnał sie czule
                                                    z mateczką i mnie chciał uścisnąć, ale ja wówczas rzekłem:
                                                    - Pójdę z wami siedzieć, ojczulku !
                                                    - Ależ, Karluśku, zostań z mateczką! - prosił ojciec.
                                                    - Idę z wami ! - powiedziałem.
                                                    I poszliśmy. My z ojcem na przodzie, a obaj pomocnicy policji za nami.
                                                    - Patrzta ! Obydwóch Małłków prowadzą, starego i młodego, i to Karla ! ?? -
                                                    szeptali na wsi.
                                                    Doszliśmy do domu sołtysa. Sołtys Siała stał już potowy. Był też kulawy
                                                    Zakrzewski - sołtys z okresu rewolucji - i jeszcze trzech radnych. Na podwórzu
                                                    stały dwie furmanki naszykowane do drogi.
                                                    Masa narodu przyglądała się tej sprawiedliwości i płakała.
                                                    - Panie plutonowy ! Jeśli ci ludzie są winowajcami, to i ja nim jestem ! Nie
                                                    puszczę mego ojca beze mnie ! - rzekłem.
                                                    Plutonowy zaczął mi obiecać, ze wszystkich zatrzymanych odstawi po
                                                    przesłuchaniu do domu i jakoś mnie udobruchał.
                                                    Pożegnałem się z ojczulkiem i z tą całą "obwinioną zgrają", z ktorej każdy był
                                                    Bogu ducha winien.
                                                    Pojechali przejęci wstydem i zrezygnowani.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:17
                                                    Gdy przybyli na miejsce, winowajców wprowadzono do więzienia działdowskiego,
                                                    gdzie dozorcą był pan Rzemieński, a furmanki odjechały do domu.
                                                    - Nie ma miejsca, wszystkie cele są zakorkowane, może wojskowa żandarmeria
                                                    pomieści ich w gmachu Wagnera ! - oświadczył Rzemieński.
                                                    Prowadzono ich ulicami miasta, starych, kulejących, zmaltretowanych wstydem. A
                                                    przecież byli to ludzie zasłużeni dla polskości i dla gminy brodowskiej.
                                                    Okazało sie, ze i tu nie ma dla nich miejsca.
                                                    - Z takimi to do chlewa ! - krzyknął któryś z tych wojskowych panów.
                                                    Aresztantom zrobiło sie markotno. Jeden z cywilów poprowadził ich do chlewu
                                                    pana Żbikowskiego, rzeźnika mieszkającego przy rynku.
                                                    Nazajutrz z samego rana otrzymujemy meldunek od tegoż rzeźnika, że nasi
                                                    brodowscy ojcowie siedzą u niego w chlewie.

                                                    (tylko powiem jeszcze, ze to jest dopiero początek i że czytając tę książkę ,
                                                    wielokrotnie nagle przrywałam, zastanawiając się czy jest to możliwe ? Jak
                                                    straszne powikłane i niesamowite są wspomnienia Małłka i jeszcze bardziej go
                                                    podziwiam za wiernośc dla sprawy Polski.)
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:18
                                                    Pojechaliśmy z mateczką do miasta. I faktycznie stwierdziliśmy, że ojcowie
                                                    gminy przebywają w owym chlewie nie wiedząc za co i po co. Nikt się o nich nie
                                                    troszczył.
                                                    Poszedłem do żandarmerii szukać sprawiedliwości, ale tam odesłano mnie do
                                                    sądu. Okazało się, że nie wie lewica, co czyni prawica. W sądzie powiedziano
                                                    nam, że ci ludzie są przestępcami i będą surowo ukarani.
                                                    Złożyłem w tej sprawie odpowiednie wyjaśnienia i oświadczyłem, ze nie wyjdę z
                                                    gmachu bez mojego ojca.
                                                    Zażądano od mnie opinii co najmniej dwóch świadków. Dostarczyłem tego samego
                                                    dnia świadectwa uzyskane od Wróbla i leśniczego Szwocha. Pomogło. Po dwóch
                                                    dniach zabrałem ojca i pozostałych zatrzymanych, oprócz sołtysa , ze sobą.
                                                    Sołtysa przynajmniej przeniesiono z chlewa do celi więziennej. Nieco póżniej
                                                    zwolniono go za kaucją.
                                                    Do uwolnienia oskarżonych przyczynili sie także nasi obaj tajniacy.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:20
                                                    Po powrocie jednak sołtys Siała został zdegradowany i starostwo znowu
                                                    wyznaczyło komisarycznego sołtysa, Walerowicza.
                                                    Falkus został również zwolniony z więzienia po pół roku, Jezusek natomiast
                                                    zbiegł stamtąd podobno za granicę, w każdym razie więcej się w Brodowie nie
                                                    pokazał. Podobno, że udał się na stałe do Westfalii.

                                                    Ucieszyliśmy sie z powrotu ojczulka, chociaż wrócił zniszczony, zrezygnowany,
                                                    zarośniety i brudny. Nie chciał jeść ani pić, był zupełnie załamany duchowo i
                                                    bardzo zawstydzony tym krótkim pobytem w więzieniu. Przecież tam przebywają
                                                    tylko łotry, złodzieje, nożownicy, bandyci, ale nie wzorowy dotychczas obywatel
                                                    wsiowy.
                                                    Bardzo mu współczułem, ze ten chlew Żbikowskiego odebrał mu chęć do życia.
                                                    Nawet do obory ani na pole nie chciał zajrzeć, tak mocno był zrezygnowany.
                                                    Przeżywałem to strasznie i ja.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:21
                                                    Następnego dnia zaraz od rana przy pieknej sierpniowej pogodzie zabraliśmy sie
                                                    do zwózki siana, zrzucaliśmy właśnie do sąsieku w stodole, gdy zobaczyliśmy
                                                    biegnącego przez nasze podwórze sołtysa Walerowicza w asyście jednego
                                                    żołnierza. Pędzi prosto na nas trzymając w rękach jakiś papierek.
                                                    - Dzień dobry ! Złą przynoszę nowinę, bo Wilim, Karol, August i Jan muszą
                                                    natychmiast stawić się do mnie do sołtysa. Są tu na liście i mają być
                                                    aresztowani jako wojskowi. Przyszykujcie się i przychodźcie zaraz, bo razem z
                                                    innymi pojedziecie furmankami do Działdowa.
                                                    - Jan i August nie pojadą, bo ich tu nie ma. Pracują na polu i nie mogą tak
                                                    zaraz przybyć ! - zdobyłem się na odwagę, by odpowiedzieć.
                                                    - A ja też nie pojadę, bom jest w Polsce tylko na paszporcie! - wyrżnął na
                                                    odlew Wilim (brat Karola) z wnętrza sąsieka.
                                                    - Proszę się wylegitymować ! - odezwał sie żołnierz.
                                                    Brat zszedł z sąsieka, zaprowadził ich do domu i pokazał swój paszport.
                                                    Zwolniono go.
                                                    - No, to tylko ten jeden - Karol - niechaj się zaraz ubiera i jedziemy ! -
                                                    powiedział żołnierz.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:22
                                                    Do wrót odprowadzili mnie wszyscy płacząc, a najwięcej płakał ojciec, bo
                                                    wiedział czym to pachnie.
                                                    Dwa pełne wozy parokonne zapakowane młodymi ludźmi czekały już przy Krokowskim
                                                    gotowe do odjazdu. Napchano nas jak szpilek, a w każdym wozie z tyłu stał
                                                    żołnierz z bagnetem na karabinie.
                                                    Bylo znów ogromne zbiegowisko, ludziska beczeli jak barany, a aresztanci
                                                    jeszcze bardziej.
                                                    - Nie beczcie, to wszytko dla ojczyzny ! - krzyknąłem im wprost dla
                                                    rozweselenia lub dla podrażnienia, jak kto wolał przyjąć.
                                                    No i rzeczywiście pomogło ! Bractwo doszło do normy.
                                                    Ruszyliśmy z miejsca. Około szesnastki niedobitków wojennych jechało z Brodowa
                                                    do Działdowa pod wojskową eskortą jak bandyci. Walerowicz tak się tym
                                                    widowiskiem przejął, ze trzasnął pismem o ziemię, zaklął, potem jednak podniósł
                                                    je i odszedł w stronę domu. Całe wiejskie zbiegowisko natomiast towarzyszyło
                                                    nam aż za wieś i długo jeszcze widzieliśmy wiewające chustki.

                                                    ----
                                                    Teraz zacznie się najlepszy konsek ksiązki, tak pisze Małłek , ze aż ryczałem
                                                    ze śmiechu , bo sie nie dało inaczej, tak to opisał. Iście moment szwejkowski
                                                    będzie.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:23
                                                    Jechaliśmy przeważnie kłusem , czym prędzej do więzienia.
                                                    Zastanawialiśmy się, za co mamy siedzieć w więzieniu, pytaliśmy o to żołnierza,
                                                    ale on wzruszył tylko ramionami i nie wiedział, co ma odpowiedziać. Mogliśmy
                                                    przecież tych trzech żołnierzy rozbroić i pójśc sobie za granicę, i koniec !
                                                    Pogoda dopisywała , więc bractwo poczuło sie lepiej. Przejeżdzając przez Kisiny
                                                    chcieliśmy sobie wychylić jednego w karczmie Franciszka Lehnerta, ale żołnierze
                                                    nie pozwolili.
                                                    - Jeszcze dwa kilometry i bedziemy w Działdowie - pocieszali.
                                                    Wreszcie dojechaliśmy przed gnach sądu.
                                                    - Wysiadać! - krzyknęli eskortujący.
                                                    Wysiedliśmy, a ludziska, przyglądając się nam "łotrom spod ciemnej gwiazdy",
                                                    litowali się nad nami.
                                                    - Do wnętrza za mną marsz ! - krzyknął plutonowy.
                                                    Wprowadzili nas do więzienia. Zameldowali dozorcy Rzemieńskiemu.
                                                    - Nie ma miejsca ! Skąd wy macie tyle ludu ? ! Kiedy skończycie ten zjazd ? -
                                                    gderał po swojemu dozorca.
                                                    Poszedł do sędziego, zameldował mu o braku miejsca i po chwili wrócił, brzęcząc
                                                    pękiem kluczy.
                                                    - Wszyscy za mną ! - rzekł.

                                                    (Jak myslicie , gdzie ich wpakowano ?)
                                                    Szwejk sie zbliża wink
                                                  • tralala33 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:53
                                                    No to teraz widzę - nakład nieco ponad 5000 tysięcy egzemplarzy, i to jeszcze
                                                    rozprowadzany wśród uczennic śląskich szkół smile Miałam kiedyś znajomego, który
                                                    w czasach PRL-u nigdy nie kupował książek wydawanych w nakładzie większym niż 5
                                                    000 - twierdził, że tylko naprawdę wartościowe książki wydawane są w małych
                                                    nakładach. Widzę, że miał rację. Zaraz poczytam o aresztantach tylko się
                                                    przywitam.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 30.09.06, 20:40
                                                    Wpakował nas do kaplicy więziennej. Po chwili wprowadził nową grupę aresztantów
                                                    i tak szlo aż do późnej nocy.
                                                    Bractwo zabrało się najpierw do spożywania tego, co dał dom, a potem do
                                                    kopcenia papierosów.
                                                    Choć kaplica była wysoka, to jednak szybko dymem się napełniła, że siekierę
                                                    można było powiesić. Od czasu do czasu zachodził pan dozorca i badał stan
                                                    kaplicy.
                                                    W nocy zabrali się niektórzy do gry w karty. Jedni grali w skata, druszy w
                                                    mauszla, inni jeszcze w "schafskoppa", a potem wszyscy zaczeli rżnąć w "oczko".
                                                    - "Sibezehn-und-vier".
                                                    Rzemieński huknął na karciarzy:
                                                    - Czyście Boga zapomnieli, co ? Bank na ołtarzu tu urządzacie! Tu, w kaplicy !
                                                    A bank był spory. Począł więc na niego spozierać i wnet sam doszlusował do
                                                    grających. Napatrzył się, napalił i poszedł chyba spać.
                                                    I on nie wiedział, za co nas tu w tym przybytku pańskim trzymali.
                                                    W końcu znużeni grą zaczęliśmy układać się do snu.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 30.09.06, 20:41
                                                    Ponieważ nie było miejsca, kucali sobie wszyscy jeden przy drugim. Ja
                                                    wyciągnąłem się przy ołtarzu, a Falkowski - jeśli się nie mylę - na ołtarzu, bo
                                                    już nie było gdzie.
                                                    Rankiem zazgrzytały klucze i otwarły się na oścież wierzeje kaplicy.
                                                    - Pfuj ! Co za smród w tej kaplicy ! Wychodzić mi zaraz na podwórze i to już ! -
                                                    krzyknął Rzemieński zatykając nos.
                                                    Wyszliśmy niewyspani, zziajani. Chodzimy za swoimi potrzbami i czekamy na
                                                    dalsze rozkazy.
                                                    O godzinie dziewiątej rano jakiś porucznik zakomendował:
                                                    - W dwuszerego zbiórka !
                                                    Ustawiliśmy się.
                                                    - W prawo zwrot ! Dwójkami za mną naprzód marsz!
                                                    Opuściliśmy podwórze główną bramą, eskortowani chyba przez pluton żandarmerii
                                                    wojskowej.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 30.09.06, 20:41
                                                    Prowadzili nas jak barany ulicą Dworcową, przez rynek, do biura tajnej policji.
                                                    Tam wypytywali jednego po drugim, dlaczegośmy nie poszli na front. Wyzywali
                                                    nas od Szwabów, szkopów itp. Trzymalismy się we dwóch z Kostkiem
                                                    Krzemieniewskim i kłóciliśmy się z samym podoficerem, że to, co oni wyrabiają,
                                                    woła o pomstę do nieba, że my jesteśmy tacy sami Polacy, jak i on.
                                                    Chcieliśmy go przekonać, że Polacy mieszkają i w Prusach Wschodnich, tak samo
                                                    jak na Pomorzu i w Wielkopolsce. Ale gdzież tam nie chciał słuchać.
                                                    Co jakiś czas odpowiednio zakwalifikowane grupy odchodziły jedna za drugą do
                                                    starostwa. Przy sporządzaniu naszej listy, kiedy Kostek podawał swe wyznanie:
                                                    katolik, wpisujący od razu zareagował:
                                                    - No, to pan jest Polakiem ! Jak pan się tu znalazł ?
                                                    Niech pan zmyka do domu !
                                                    - No, a moj kolega - ewangielik - chyba jest takim samym Polakiem, jak ja -
                                                    upomniał się o mnie Kostek.
                                                    - Nie, nie ! Ewangielicy, to Szwaby ! - padła odpowiedź.
                                                    "No i gadaj, bracie, z takimi znawcami do wiatru" - pomyślałem sobie.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 30.09.06, 20:42
                                                    Rozstaliśmy się z Kostkiem. Było mu bardzo przykro, a mnie jeszcze gorzej.
                                                    Odszedłem z następną grupą.
                                                    W wąskiej sieni starostwa ustawiono nas w jednym szeregu. Za jakiś czas z biura
                                                    na korytarz wyszedł urzędnik i wręczył każdemu krótkie zaświadczenie
                                                    tymczasowej opcji, na mocy ktorego byliśmy zakwalifikowani jako optanci, czyli
                                                    Niemcy, no i zwolniono nas do domów.
                                                    Z każdej wsi była pokażna grupa ludzi, lecz kogo policja nie zastała w domu,
                                                    temu się jakoś upiekło, albowiem więcej takich obław nie urządzano. Wieczorem
                                                    byłem w domu. Okropnie sie wstydziłem, lecz nie przeżywałem tego, jak ojciec.

                                                    ---
                                                    Po tym incydencie następny rozdział będzie o gorączce ucieczki. Nikt z Mazur
                                                    nie chciał tu pozostać. Jeszcze ten rozdział napisze dokładnie , tak jak to
                                                    ukazał Karol Małłek we swoich wspomnieniach.
                                                  • fedar Cmentarz w Brodowie 30.09.06, 00:32
                                                    Rito, jakiś czas temu pytałaś o mogiły na cmentarzu w Brodowie. Podczas ostatniego wyjazdu na działdowszczyznę dość dokładnie obfotografowałem to, co pozostało po cmentarzu. Jest tam stara mogiła, której zdjęcie wcześniej umieściłem na forum, grób rodziny Małłków oraz symboliczna mogiła dawnych mieszkańców Brodowa. Bardzo dużo nazwisk. Cała reszta cmentarza jest zarośnięta krzakami i nie wiem czy dalej zachowały się jakieś mogiły. Nie jestem pewien, czy te zdjęcia powinienem zamieszczać na forum Gazety. Po pierwsze jest tam dużo nazwisk, które pewnie jeszcze istnieją w pamięci współczesnych mieszczkańców. Po drugie, jeśli możliwość publicznego odczytania tych nazwisk nie byłaby przeszkodą, to problemem są zbyt małe dopuszczalne rozmiary zdjęć, nie da się przedstawić kadru z wystarczającą czytelnością. Ewentualnie mogę podesłać Ci te zdjęcia i sama zdecydujesz co z nimi zrobisz. To jak?
                                                  • rita100 Re: Cmentarz w Brodowie 30.09.06, 20:39
                                                    No to poczytajcie co dalej się działo w tej kaplicy, wprawdzie wina mszalnego
                                                    nie było, ale aresztanci mieli przy sobie inny rodzaj rozrywki.
                                                    Fedar - to wspaniały pomysł zając się tym zaniedbanym cmentarzem. Napewno leżą
                                                    tam ludzie z tego okresu, gdzie nie wiadomo było jak żyć. Małłek uukazał swoje
                                                    wspomnienia , a zarazem życie w Brodowie i Działdowie, podając nawet dokładne
                                                    nazwiska. Można w ten sposób odtworzyć i nagrobki. Szkoda, że ta historia tak
                                                    jest zapomniana. Cieszymy sie wprawdzie odnalezieniem zapisków Małłka
                                                    zbierającego zapomniane tradycje Mazur, ale też mamy jak na dłoni historię tej
                                                    ziemi, dokładną , ze szczegółami. Cała ta książka jest jedną wielką historia
                                                    tego okresu. Strasznie tylko załuję , że zakończył pisanie jej na roku 1939.
                                                    Pytanie dlaczego ?
                                                    Co sie stało , że nie napisał o powojennych czasach, no ale pewnie nie mógł.
                                                    Wierzę , że gdzieś dokończenie jego wspomnień jest - tylko gdzie ? Miał
                                                    przecież braci, zonę, dzieci. Jestem bardzo ciekawa dalszych ich losów.
                                                    Jest to nadzwyczaj ciekawa książka, a dopiero piszę wam 70 stronę przy 350
                                                    stronach. Będzie to trwało , ale pewnych spraw nie można ominąc.
                                                    Nieznajomośc , brak wiedzy o tej ziemi spowodowało wiele tragedi mieszkańców
                                                    Działdowszczyzny. Kochali Polskę , a dostawali od niej baty, prawie na każdym
                                                    kroku.
                                                    Teraz wybory Samorządowe, bedą mówić o autostradach, o tym , o tamtym, a nic o
                                                    zrozumieniu i potrzebach samej miejscowości. Jeśli tak wygląda cmentarz jak
                                                    mówisz, to szacunku do tej ziemi dalej nie ma. No bo któż ma o to zadbać ?
                                                    Małłka też już nie ma.
                                                    Przydało by się sfotografować cały cmentarz, by może na podstawie ksiązki
                                                    odszyfrować jeszcze jakie nazwiska.
                                                    Jeśli chcesz Fedar to jak sie zgodzi Gajowy, chyba się zgodzi bez dwóch zdań ,
                                                    to wkleimy te większe zdjecia do albumu warnijskiego , wtenczas mozemy je
                                                    powiększać i nazwiska odszyfrować. Album Gajowego ma zdjecia z Warmmi to
                                                    najlepiej by tam pasowały. Albo sam załóż album u nas
                                                    schlesien.nwgw.de/foto/index.php?cat=1
                                                    Nikt nikomu tam nie przeszkadza.
                                                    Chyba , że chcesz na galerii olsztyńskiej , ale wieksze zdjęcia i powiększenia
                                                    nie wychodzą, by dokladnie przeglądnąc.

                                                    Dobry pomysł z tym cmentarzem. To jest cmentarz ewangielicki. A ten katolicki ,
                                                    co z nim ?
                                                  • fedar Re: Cmentarz w Brodowie 01.10.06, 20:33
                                                    rita100 napisała:
                                                    > jeśli tak wygląda cmentarz jak
                                                    > mówisz, to szacunku do tej ziemi dalej nie ma. No bo któż ma o to zadbać ?

                                                    Jak to jest, trudno powiedzieć. W okresie międzywojennym przeważała tam ludność wyznania ewangelickiego, obecnie to praktycznie sami katolicy. Cmentarz musiał być kilka lat temu porządkowany. Co prawda ponownie zarasta niskimi jeszcze krzakami, ale gdyby był zupełnie zaniedbany, to byłby to teraz istny busz.

                                                    > To jest cmentarz ewangielicki. A ten katolicki, co z nim ?

                                                    Wygląda na to, że nie było oddzielnego cmentarza katolickiego. Tak np. w Narzymiu w okresie międzywojennym funkcjonowała parafia ewangelicka, a nieliczni katolicy należeli do katolickiej parafii w Działdowie. Pewnie podobnie było w Brodowie, Gajówkach i Kisinach. Mogło być też tak, że katolicy byli grzebani na cmentarzach ewangelickich, bo wyprawienie pogrzebu w Działdowie musiało sporo kosztować. To są tylko moje domysły. Aby znaleźć poprawną odpowiedź, należałoby sięgnąć do rzetelnych, wiarygodnych źródeł.
                                                  • rita100 Re: Cmentarz w Brodowie 01.10.06, 21:01
                                                    Ten ewangielicki z grobem Małłków chyba jest. Tym cmentarzem należało by się
                                                    zaopiekowac , bo jednak to historia i godne ich miejsce po takim cięzkim czasie
                                                    jakim przeszli. Ewangielików już chyba wogole nie mamy , bo i po drugiej wojnie
                                                    też zrobiono czystki. No ale jutro będą ciekawe nazwiska wymieniane w nastepnym
                                                    rozdziale.
                                                    Wogóle te ksiązkę czytam jak fantazję , choć to sa prawdziwe wspomnienia
                                                    Małłka, dośc nawet szczegółowe, ale nie wyobrażałam sobie takich dziejów z
                                                    których nie wiadomo czy sie śmiać czy płakać. Nie chcę uprzedzac faktów, ale
                                                    napisze taki przykład historii z zycia Małłka i innych, który ukaże jak
                                                    traktowano takich ludzi , którzy zostali źle zrozumiani i gdyby nie humor i
                                                    upór Małłka i jego byśmy nie mieli.
                                                  • tralala33 Re: Cmentarz w Brodowie 01.10.06, 21:05
                                                    Mimo wszystko są jeszcze na naszej ziomeczce ewangelicy. Dziś obchodzili swoje
                                                    ważne święto - Swięto Chleba. W kościele ewangelickim w Olsztynie była dziś z
                                                    tej okazji uroczysta msza.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:39
                                                    Wydaje mi się , że i dziś maja lepszą sytuację i teraz nie sa prześladowani jak
                                                    zaraz po wojnie. Może nawet są zadowoleni. Bo najważniejsza jest zgoda i
                                                    porozumienie i której własnie pisze Małłek.

                                                    Gorączkowa ucieczka
                                                    Od czasu działań wojennych na Działdowczyźnie wzmogły się ucieczki za granicą.
                                                    Ubywało ludzi tak w Brodowie, jak również i na całym terenie. Pierwsza fala
                                                    uciekinierów, głównie nauczycieli i urzędników odpłynęla zaraz na początku
                                                    wojny w 1920r.
                                                    Druga fala ucieczek nastapiła zaraz po wycofaniu sie z Działdowa Armii
                                                    Czerwonej. Uciekli ci, którzy mieli powody obawiać się represji za strony
                                                    powracającej władzy polskiej.
                                                    Trzecią i najpotęzniejszą falę masowych ucieczek za granicę spowodowała opisana
                                                    wyżej obława na młodzież męską. Wieść o łapance jak błyskawica rozeszła się po
                                                    Brodowie i po całym terenie powiatu działdowskiego.
                                                    Jeszcze tego samego dnia, dużo młodziezy poszlo wprost z pól i łąk, od swych
                                                    robót, za rzekę i tułało się jak Cyganie, w obawie przed dalszymi obławami.

                                                    Uciekali również i ci, którzy właśnie zostali przymusowo zaliczeni do
                                                    grup "optantów", bo też nie wierzyli, że będą pozostawieni w spokoju. Spośród
                                                    tych ostatnich jedni wracali i zostali, inni osiadli na stałe za granicą.
                                                    Najwięcej z nich wyjechało do Westfalii, do swych krewnych, a najzdrowszych
                                                    wzięto do Reichswehry.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:41
                                                    Droga ucieczki została wskazana. Proces ten z różnym nasileniem zależnym od
                                                    sytuacji społeczno-politycznej i taktyki władz, trwał stale, aż do drugiej
                                                    wojny światowej. Przeważnie opuszczali ojczowiznę młodzieńcy, doszedłszy do
                                                    wieku poborowego, uciekali do krewnych za rzekę, tam się żenili i już więcej
                                                    nie wracali. Zostali ci, którzy dziedziczyli po rodzicach gospodarstwo
                                                    względnie inne warsztaty pracy.
                                                    Ucieczki ogarniały coraz to większe kręgi, stając sie prawdziwą plagą.
                                                    Cóż mieli począć starzy rodzice bez dorosłych dzieci, a więc bez siły roboczej
                                                    w gospodarstwach rolnych ?
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:43
                                                    Równocześnie sytuację komplikowało istnienie wielowładzy na tym terenie. Brak
                                                    koordynacji miedzy działalnością administracji państwowej, straży granicznej i
                                                    policji sprzyjał nadużyciom władzy odbijając się niepomyślnie na stosunkach w
                                                    powiecie działdowskim.
                                                    Także uciekinierzy z przegranego terenu plebiscytowego przyczynili się do złego
                                                    położenia Mazur na Działdowczyźnie. Wyładowywali swą gorycz, domagając się
                                                    usunięcia ludności mazurskiej z Polski i obsadzenia przez nich uzyskanych w ten
                                                    sposób gospodarstw.
                                                    Także inni zza starej granicy oraz polscy emigranci z USA ostrzyli zęby na
                                                    darmowe względnie bardzo tanie gospodarstwa. Nastąpił okres powszechnego
                                                    zamętu. Jedni, poszkodowani stamtąd, tu "grasowali" za majątkami, zaś ci stąd -
                                                    tam.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:44
                                                    Zamieszanie to nasilało się najbardziej w drugiej połowie 1920 r. Nikt nie
                                                    pracował, tylko wszyscy jeździli. Moj ojciec też szukał zamiennego
                                                    gospodarstwa. Znalazł odpowiednie w Dziurdziewie za Dużą Sławką w powiecie
                                                    niborskim, u pana Cybulskiego. Było bardzo ładne , tej samej wielkości co
                                                    nasze. Jednakże pan Cybulski chciał dopłaty, a na to nie mielismy funduszów.
                                                    Ojciec najeździł sie, natrudził, ale że innego podobnego nie mógł znaleźć, więc
                                                    dał spokój.

                                                    Gospodarstwa w Działdowskiem, szczegolnie w Brodowie, Kurkach, Kisinach i
                                                    Pierławce, były ładniejsze i lepsze niż dalej na Mazurach, toteż większość z
                                                    rolników z tych wsi pozostało na miejscu, nie chcąc tracić na zamianie.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:46
                                                    W Brodowie tylko ośmiu gospodarzy zamieniło w tym okresie gospodarstwa i
                                                    wyjechało za rzekę wraz z rodzinami. Wilhelm Szymański i dwaj Wiśniewscy,
                                                    Wilhelm i August, zamienili się z katolikami Warmiakami z terenu
                                                    plebiscytowego. Wilhelm Węcławski, August Gradki i Bredlau sprzedali
                                                    gospodarstwa za dolary Polakom reemigrantom z Ameryki i kupili sobie inne na
                                                    terenie plebiscytowym. Natan Brock i Wilhelm Śliwiński sprzedali swą własność
                                                    miejscowym brodowiakom.
                                                    Do Brodowa przybyli więc w tym czasie nowi ludzie. Trzy rodziny z byłego terenu
                                                    plebiscytowego: Wilhelma Lipińskiego i Augusta Kanigowskiego - obie z Napierk,
                                                    powiatu nidzickiego, małorolni praz Brzezińscy z Małego Lewałdu, z powiatu
                                                    ostródzkiego. Dwie rodziny przybyły z USA: Grzelka i Konkol. Około dwudziestu
                                                    rodzin robotniczych przeniosło sie zza starej miedzy, z powiatu mławskiego.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:47
                                                    Tak więc około jednej trzeciej ogólnej liczby rodzin brodowskich stanowiły
                                                    teraz rodziny nowe o różnych zwyczajach i obyczajach, rozmaitych nawykach,
                                                    odrębnej kulturze i zapatrywaniach społeczno-politycznych.
                                                    Wszyscy natomiast byłi wspolnego wyznania rzymsko-katolickiego i nacjonalistami
                                                    polskimi. Prawie wszystkie te rodziny były wielodzietne. Brodowo więc zamieniło
                                                    się bardzo pod względem charakteru ludności.
                                                    Ludność zasiedziała, z wyjątkiem sześciu rodzin katolickich, była wyznania
                                                    ewangielickiego.
                                                    Otąd wieś tworzyła obozy wyznaniowe, które zarysowały sie od samego poczatku
                                                    objęcia Działdowczyzny przez Polskę, a z czasem na tym gruncie powstawały dwa
                                                    obozy narodowościowe: polski i niemiecki.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:49
                                                    Polakami nazywano wszystkich przybyłych katolików, a Niemcami - wszystkich
                                                    zasiedziałych ewangielików.
                                                    Te pojęcia weszły w krew wszystkim mieszkańcom wsi i całej Działdowczyzny. Ci
                                                    ktorzy myśleli inaczej, umieli odróznić wyznanie od narodowości, byli
                                                    wyśmiewani przez obydwie strony, początkowo tylko przez przybyłych, a póżniej
                                                    przez tuziemców.
                                                    Z czasem wytworzyła sie bardzo ciężka sytuacja. Problem był niezmiernie trudny
                                                    do rozwiązania, bo zabrakło dobrych i rozumnych wychowawców narodu.
                                                    Podsycaniem szowinizmów z obu stron zajęły sie różne czynniki, a mianowicie:
                                                    akcja katolicka i akcja niemiecka.
                                                    Akcji katolickiej chodziło o wyeliminowanie z życia działdowskiego elementów
                                                    polskich wyznania ewangielickiego, akcji niemieckiej natomiast o utrzymanie
                                                    tych elementów w swoich łapach i posługiwanie się nimi w swych rozgrywkach
                                                    politycznych.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:50
                                                    Mazurzy zorientowali sie szybko w tych przetargach. Na ogół nie godzili się na
                                                    rolę obiektu doświadczalnego i poczęli masowo korzytać z prawa optowania.
                                                    Tłumy ludu polskiego waliły więc do starostwa działdowskiego i żądała zwrotu
                                                    obywatelstwa niemieckiego
                                                    by zagwarantować sobie prawo wyjazdu do Niemiec, a tym szamym zobowiązać rząd
                                                    niemiecki do zaopiekowania się nimi i nadania ekwiwalentu za utracone ziemie w
                                                    Polsce.

                                                    Pierwszym człowiekiem, który głęboko zaniepokoił się tym zjawiskiem, był
                                                    ówczesny starosta powiatu działdowskiego, zresztą katolik . dr Jan Bogocz.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:51
                                                    Dr Jan Bogocz na podstawie gruntownej analizy sytuacji doszedł do bezwzględnego
                                                    przekonania, że należy całkowicie zmienić metody działania na działdowczyźnie.
                                                    Zreferował podobno całą sprawę swej władzy nadrzędnej i wystąpił z wnioskiem,
                                                    że powiat działdowski, jako powiat mazurski, musi być prowadzony przez Polaków
                                                    wyznania ewangielickiego. Ludzie wyznający tą samą religię, co mieszkańcy tej
                                                    ziemi, łatwiej zaskarbiają sobie ich zaufanie. On sam jako katolik, nie widzi
                                                    dla siebie miejsca tutaj. Jednakże, zanim ci właściwi, jego zdaniem ludzie
                                                    zjawili się w Działdowskiem, dużo czasu upłynęło.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:53
                                                    Bogocz tymczasem począł sam naprawiać błędy: mianował Mazurów sołtysami i
                                                    wójtami. Stary Waleś, który zamierzał porzucić wywalczoną ojcowiznę, bo mu
                                                    tamtejsi katolicy nie dawali żyć, wyzywając od róznych Wilusiów, Germanów i
                                                    innych lutrów, uwierzył w poprawę stosunków i został nadal na urzędzie wójta
                                                    gminy, a zarazem sołtysa Uzdowo. Cała jego rodzina zabrała sie do wzmożonej
                                                    roboty polskiej. Wieść o tym rozeszła sie szybko po powiecie, docierając też do
                                                    uszu mego ojca.
                                                    Starosta domagał sie również, by kadry nauczycielskie i urzędnicze na terenie
                                                    powiatu składały się z ludzi wyznania ewangielickiego.
                                                    Ludnośc poczęła się powoli uspakajać, ale zło, ktore sobie wyrządziła przez
                                                    nabycie obywatelstwa niemieckiego, pozostało."

                                                    Powracamy teraz do samego Karola Małłka i jego osobistych przeżyć - zaręczam,
                                                    że bardzo ciekawych i szokujących.
                                                  • tralala33 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:57
                                                    Z tego, co do tej proy przeczytaliśmy widać, że polskie władze nie miały
                                                    żadnego pomysłu na ten skrawek pruskiej ziemi, który trafił do Polski. Ale
                                                    trudno się dziwić, przecież wtedy dopiero 'zlepiano' Polskę z trzech części,
                                                    które przez ponad wiek były dla siebie 'zagranicą'.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 21:58
                                                    Ale zobaczysz jak sklepiano nieumiejętnie i jak Małłek to opisuje na swoim i
                                                    innym przykładzie. Ciekawe jakie wrażenie będzie miał Fedar, wszak nocki nad
                                                    ksiązka zarywa wink)) Zdtradzę tajemnice , że w pewnym momencie udało sie coś
                                                    stworzyć i kiedy stworzyli dobty klimat przyszedł następny starosta i wszystko
                                                    zepsół. Wniosek , że ludzie na stanowiskach musza być umiejetnie dobierani a
                                                    nie przysyłani z Warszawy. Ale to w dalszej cześci.
                                                  • rita100 Re: Idę na rektora - mówi Małłek 03.10.06, 20:07
                                                    Pod koniec września 1920 roku, już w okresie kopania ziemniaków, ojciec wszem i
                                                    wobec oznajmił o swoim postanowieniu:
                                                    - Dziatki ! Dosyć tego bałaganu, tego leniuchowania, spoglądania za granicę.
                                                    Zostajemy tutaj i koniec ! I zabieramy sie do roboty !
                                                    Otóż na poczatku października 1929 roku pan kierownik szkoły, a zarazem wójt
                                                    gminy Kisiny, Brodowo i Kurki , Karol Wróbel, zwrócil sie do mnie, żebym
                                                    poszedł na rechtora.
                                                    - Organizuje się wielomiesięczny kurs nauczycielski w Działdowie i szukamy do
                                                    niego kandydatów. - mówił.
                                                    - Właśnie szukamy jak najwięcej ewangielików, aby można było obsadzić nimi
                                                    wszystkie szkoły ewangielickie w naszym powiecie.
                                                    Pięknie zabrzmiały dla mnie te słowa, bo oznaczały, że nauczycielem w Polsce
                                                    można być bez obawy.
                                                  • rita100 Re: Idę na rektora - mówi Małłek 03.10.06, 20:07
                                                    Były dwa kursy nauczycielskie: jeden polski , a drugi niemiecki. Kandydaci na
                                                    kurs mogli wybierać kurs niemiecki lub polski. Nasza czwórka brodowska wybrała
                                                    polski.
                                                    Celowałem zwłaszcza w śpiewie. Miałem doskonały słuch i świetną pamięć muzyczną.
                                                    Na naszym kursie było osiemnaścioro katolików i pięcioro ewngielików. Dopóki
                                                    katolicy nie wiedzieli, że nasza piątka to niekatolicy, było dobrze, ale gdy
                                                    wyszło na jaw, natychmiast miny im pokwaśniały.
                                                    My jednak mieliśmy już pod tym względem jaką taką zaprawę, zwłaszcza ja, toteż
                                                    obracaliśmy docinki w żarty i powoli lody zostały przełamane. Nasi koledzy
                                                    katolicy zapomnieli jakoś o tych 'lutrach' i zaczęli traktować nas jak równych
                                                    ludzi.
                                                    ---
                                                    Teraz bedzie bardzo ciekawe
                                                  • rita100 Re: Idę na rektora - mówi Małłek 03.10.06, 20:07
                                                    Dzień za dniem schodził, aż 17 stycznia 1921 roku nadeszła pierwsza rocznica
                                                    powrotu Działdowszczyzny do Polski. Nasz zespół słuchaczy polskiego kursu
                                                    urządził małą wewnętrzną uroczystość. Nad przebiegiem całej uroczystości czuwał
                                                    kierownik szkoły w Działdowie, pan Wantowski. Obecny był również inspektor
                                                    szkolny, oan Binek. Słuchaliśmy wszyscy z całą powag/ą słów referatu i
                                                    deklamacji, a potem nagle wszyscy powstali i zaintonowali:
                                                    "Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy..." Pełną piersią
                                                    śpiewali ci wszyscy, którzy pochodzili spoza Działdowszczyzny, ale my - ludzie
                                                    z tej właśnie ziemi - nie znaliśmy ani tekstu, ani melodii tej pieśni. Nikt nas
                                                    nie nauczył, więc staliśmy milcząc - odczuwając okropne zawstydzenie. Nie
                                                    wiedzieliśmy, co czynić, czując na sobie gniewne spojrzenia współkolegów i
                                                    inspektora.
                                                    Zaintonowali właśnie trzecią zwrotkę:

                                                    Nie bedzie Niemiec pluł nam w twarz
                                                    Ni dzieci nam germanił....

                                                    Fryda Szymańka odwróciła się i spojrzeliśmy po sobie pobledli i zawstydzeni.
                                                    Zrozumieliśmy te slowa jako aluzję do nas samych. Opanowało nas uczucie
                                                    bolesnej rezygnacji.
                                                  • rita100 Re: Idę na rektora - mówi Małłek 03.10.06, 20:08
                                                    Po uroczystosci podszedłem do inspektora i poczęłem go przekonywać, że nie
                                                    śpiewaliśmy "Roty", ponieważ jej nie znamy. Nikt nam dotychczas o niej nie
                                                    mówił. Jesteśmy mocno tym przejęci, bo widzimy, ze wszyscy patrzą na nas jak na
                                                    wrogów. Dopiero po dłuższym milczeniu inspektor uznał wreszcie moje wyjaśnienie
                                                    za wystarczajace.
                                                    Wróciłem do klasy, gdzie wszyscy prawie ubierali się już do wyjścia, ale
                                                    panowała atmosfera pełna zażenowania.
                                                    Nazajutrz nie stawili się na zajęcia Szymańska, Mullerówna i jeden z
                                                    narzymiaków. Zrezygnowali z dalszej nauki, choć do końca kursu pozostalo
                                                    zaledwie kilkanaście dni.
                                                    Resztę nas w dalszym ciągu traktowano bardzo podejrzliwie, tak , ze nie tylko
                                                    ja, ale nawet Kostek - katolik - chciał również kurs opuścić. Wytrzymaliśmy
                                                    jednak. Powoli, dzięki memu podzuciu humoru, zdołaliśmy jakoś rozchmurzyć
                                                    towarzystwo fanatyków i osiągnąć zawieszenie broni.
                                                  • rita100 Re: Idę na rektora - mówi Małłek 03.10.06, 20:09
                                                    Między sobą narzekaliśmy na naszych nauczycieli, którzy nie rozmawiali z nami
                                                    na najbardziej drażliwe aktualne tematy. Jednym usprawiedliwieniem mogła być
                                                    nieznajomość dziejów ziemi mazurskiej i doli tego zahukanego ludu.

                                                    Wreszcie kursy zakończyły realizację programu, zdaliśmy egzamin ustny i
                                                    pisemny. Wszyscy pozdawali pomyslnie i z niemieckiego kursu i polskiego.
                                                    Dnia 28 sttycznia 1921 roku pan Tuscjik, zastępca inspektora w szkole w
                                                    Działdowie wreczył nam nominacje na nauczycieli szkół podstawowych. Ja
                                                    uzyskałem posadę siły pomocniczej w szkole w Purgałkach.

                                                    W ten sposób zostałem nareszcie rektorem.

                                                    ----
                                                    Następny rozdział będzie już o nauczaniu.
                                                    "Na drugiej lekcji był śpiew. Ćwiczyliśmy piosenkę:
                                                    "Kureczki, gdzie się rozbiegacie?"
                                                    To będzie zadanie dla Tralali smile
                                                    Słyszałaś coś o tej pioseneczce ?
                                                  • rita100 Re:Moja pierwsza posada 04.10.06, 20:31
                                                    Moja pierwsza posada
                                                    Wręczając mi nominację, pan Tuschik zastępsa inspektora szkolnego w Działdowie,
                                                    rzekł z naciskiem:
                                                    - Idzie pan do Purgałek, do przygranicznej wsi. Niech pan będzie bardzo
                                                    ostrożny z wprowadzeniem polskiej nauki w szkole. Niech pan unika wszelkich
                                                    zadrażnień.
                                                    Wziołem sobie te słowa do serca.
                                                    Tegoś dnia rano udałem się pieszo po raz pierwszy do szkoły w Purgałkach.
                                                    Dzieci już się zebrały w ogrzanej klasie. Za chwilę zjawili się czlonkowie
                                                    dozoru szkolnego. Dzieci było aż siedemdziesięcioro dwoje.
                                                    W szkole panowała jak najlepsza harmonia.
                                                    Okazało się, że wcześniej posterunek wojskowy zniszczył wszystkie dzienniki i
                                                    księgi szkolne. Miałem o to wielki żal do żołnierzy. Między zniszczonymi
                                                    dokumentami była również kronika szkolna pięknie prowadzona przez byłego
                                                    niemieckiego nauczyciela Kelcha, który odszedł w roku 1919 razem z Chmielewskim
                                                    z Brodowa.
                                                  • rita100 Re:Moja pierwsza posada 04.10.06, 20:31
                                                    W drugiej polowie lutego 1921 r nadszedł ogólnik nowego inspektora szkolnego,
                                                    Pawła Klimosza, informujący o dniu objęcia przezeń urzędu.
                                                    Klimosz, starszy wypróbowany nauczyciel wiejski z dobrym językiem polskim,
                                                    ewangielik przybył ze Śląska Zaolziańskiego. Przybyszow z tamtych terenów było
                                                    więcej.
                                                    Jednakże na wiosnę w Purgałkach znależli sie ludzie, ktorzy zaczęli buntować mi
                                                    dzieci. Ja się jednak nie dałem. Wielkim moim atutem był piękny śpiew, a dzieci
                                                    bardzo lubiły śpiewać i dlatego regularnie chodziły do szkoły.
                                                    Przełamałem jakoś opory ze strony ludzi mazurskich, ale katolicy, mimo że
                                                    cierpliwie urabiałem grunt uderzyli we mnie.
                                                  • rita100 Re:Moja pierwsza posada 04.10.06, 20:32
                                                    Napisali skargę do inspektoratu, że jestem niedouczony i że domagają się we wsi
                                                    katolickiego nauczyciela, ponieważ mieszkają w katolickiej Polsce.
                                                    W związku z tym przyjechał do mnie Paweł Klimosz na pierwszą wizytację. Przybył
                                                    pieszo z Działdowa do odległych o 12 km Purgałek.
                                                    Inspektor przyglądał się dokładnie lekcji.
                                                    Byłem zdenerwowany, ale dzieci ładnie odpowiadały i śpiewały.
                                                    Potem zreferowałem inspektorowi, jak zdobyłem zawód nauczyciela i w jakich
                                                    warunkach rozpoczynałem pracę.
                                                    - No, to czego ci ludzie chcą od pana ? Stwierdzam , że pan ma warunki
                                                    nieprzeciętnego pedagoga i zachęcam pana do pozostania w tym zawodzie i do
                                                    dokształcania się.
                                                    - Jak to, czego chcą ? Co takiego ludzie zrobili ? - pytałem zaniepokojony.
                                                    - Ano , skargę na pana napisali. Chcą przede wszystkim katolika, no i
                                                    wyuczonego...
                                                    Zmartwiłem się tym, ze za dobrą robotę jeszcze spadają na czlowieka ciegi.
                                                    Gryzłem się z powodu ludzkiej obłudy. Ci sami, ktorzy w oczy udają wielkich
                                                    przyjaciół, za plecami piszą skargi do władz. Chciałem z miejsca podziękować za
                                                    posadę.
                                                  • rita100 Re:Moja pierwsza posada 04.10.06, 20:32
                                                    Rozmawiając poszliśmy z inspektorem pieszo do Brodowa, do moich rodziców.
                                                    - Jak tam mój syn się prowadzi, panie inspektorze ?
                                                    - Choć mi nie wolno tego powioedzieć, bo to jest nasza sprawa urzędowa, ale
                                                    kiedy pan jako ojciec tak poważnie pyta, to muszę pana syna pochwalić. Uczy jak
                                                    stary wytrawny belfer.
                                                    - A co to znaczy belfer ? - zapytał ojciec , bo nie słyszał nigdy takiego slowa.
                                                    Inspektor roześmial się i ciągnął dalej:
                                                    - Własnie zachęcam syna, by sie dalej dokształcał.
                                                    - Ba, ale ta przeklęta opcja ! Panie, co oni tu z nami narobili ci urzędnicy,
                                                    toć to kijem pędzić ! To kim my wreszcie jesteśmy ? - i ojciec począł grzmocić
                                                    całą prawdę.
                                                    Okazało się , ze tej prawdy potrzeba było panu Klimoszowi, gdyż nie był
                                                    dokładnie zorientowany w historycznym rozwoju miejscowych stosunków.
                                                    Inspektor był bardzo zadowolony z tej rozmowy i zapewnił ojca, ze postara się
                                                    wszystko naprawić, tak , że będziemy zadowoleni.
                                                    - To nie tylko o nas chodzi, lecz wszystkich ludzi, o całą sprawę ! - wybuchnął
                                                    ojciec.
                                                    (...)
                                                    Inspektor Klimosz pomyślnie wszystko zalatwił obie moje sprawy: uzyskałem zwrot
                                                    obywatelstwa polskiego oraz oddalenie złożonej na mnie skargę.
                                                  • rita100 Re:Podziwiam Małłka, a Wy ? 04.10.06, 20:33
                                                    Na początku lipca 1921 r zakończyłem pierwszy rok szkolny w mojej karierze
                                                    nauczycielskiej.
                                                    Wziąłem się do dalszego studiowania.
                                                    Egzaminy maturalne złożyłem dnia 27 czerwca 1924 roku.
                                                    Odbyłem także kursy: socjologiczny, etnograficzny, historyczny, artystyczny,
                                                    kulturalno-oświatowy itd.
                                                    W sumie spędziłem na tego rodzaju kursach około trzydziestu siedmiu miesięcy.
                                                    Studia te, zwłaszcza socjologiczne i etnograficzne, pomogły mi walnie w mojej
                                                    dziewiętnastoletniej pracy badawczej nad historią i folklorem Mazurów pruskich.
                                                    Plonem tych żmudnych badań prowadzonych w okresie międzywojennym jest zebranie
                                                    3011 podań, opowiadań, legend, poematów, bajek i baśni, zapisanie 753 pieśni
                                                    ludowych, przeszło 600 zagadek i ponad 600 anegdot, figli, żartów, oraz
                                                    kilkanaście gier ludowych, przeszło 7000 przysłów mazurskich, zanotowanie 5
                                                    tańców.
                                                    Opracowałem też monografię polskich obrzędow ludowych na Mazurach i wydałem
                                                    cztery prace o charakterze ludoznawczym. Posiadam chyba najbogatsze zbiory w
                                                    dziedzinie folkloru mazurskiego.
                                                    Wybitni profesorowie: Bystroń, Nitsch i Poniatowski, uważali mnie za czlowieka
                                                    najbardziej obeznanego z problematyką dotyczącą Prus Wschodnich, a szczególnie
                                                    Mazur.

                                                    Gdzie można znaleź te 600 anegdot ? Taki dorobek, a wcale go nie znamy.
                                                  • rita100 Re:Repolonizacja 05.10.06, 20:07
                                                    Repolonizacja
                                                    Polityka 'naprawy błędów' w Działdowszczyźnie, zapowiedziana przez inspektora
                                                    szkolnego p.Klimosza zaczynała przybierać realne kształty, a to wszystko w imię
                                                    szybkiej repolonizacji ludności powiatu dzialdowskiego.
                                                    Zaczęto sprowadzać - niby dobrze przygotowanych do tej roboty ludzi z Polski
                                                    centralnej, zwłaszcza z Warszawy i ze Ślaska Cieszyńskiego.
                                                    Michał Żywiec z Brodowa stał się 'żelaznym wójtem', gdyż objąwszy swą funkcję w
                                                    1922 r. pełnił ją nieprzrwalnie do r. 1939
                                                    Ja z dniem 1.I.1922 roku decyzją Kuratorium Szkolnego Pomorskiego zostałem
                                                    przeniesiony do Płośnicy, później zostałem nauczycielem wędrownym z siedzibą w
                                                    Działdowczyźnie.
                                                    Postanowiono zorganizować w Działdowie zakład kształcenia nauczycieli pod
                                                    nazwą : Państwowe Seminarium Nauczycielskie. Dyrektorem tej uczelni został
                                                    ewangielicki ksiądz Ewald Lodwich.
                                                    Ściągnęli ze Ślaska Cieszyńskiego i Zaolziańskiego kilku nauczycieli Polaków.
                                                    Dyrektor i cała grupa nauczycieli Ślązaków nawiązywali kontakty z tutejszym
                                                    ludem i werbowali młodzież do seminarium działdowskiego.
                                                    Z mojej rodziny poszło do seminarium młodsi bracia .
                                                    Na ogół Mazurzy po tylu przykrych doświadczeniach z 1920 roku nieufnie odnosili
                                                    się do tego typu szkoły. Nie wierzyli w sprawiedliwość.
                                                  • rita100 Re:Repolonizacja 05.10.06, 20:08
                                                    Działdowszczyzna była doprawdy ziemią doświadczalną dla jednej i drugiej
                                                    strony. Interesowali się nią Polacy, interesowali się nią Niemcy, a kontakty
                                                    rodzinne były najżywsze, albowiem na skutek ostatnich przemian i przemieszczeń
                                                    ludności prawie każda rodzina z Działdowszczyzny miała swych krewnych za
                                                    miedzą, na Mazurach Pruskich i odwrotnie.
                                                    Tamci wiedzieli, co się u nas w Działdowie dzieje, a my, co się tam u nich
                                                    wyprawia.Działdowo było przeto rzeczywiście politycznym języczkiem uwagi.
                                                  • rita100 Re: Wesele Małłka 08.10.06, 21:10
                                                    Jak to często w życiu bywa, na miłość nie ma lekarstwa. Małłek zapoznał się z
                                                    Piechówną, ewangieliczką, nauczycielką przysłaną z Warszawy i mimo, że Warmiacy
                                                    tego nie mogli przebaczyć, ze Mazur żeni się z Polką i do tego jeszcze z
                                                    Warszawy, Małłek :
                                                    "4 sierpnia 1925 roku o godzinie jedenastej , oboje z narzyczoną pojechaliśmy
                                                    bryczką do Działdowa 'do oddawin'.
                                                    Wyjechaliśmy ze wsi, a tu poczyna z lekka pryskać deszcz.
                                                    - Oj, to niedobrze ! - rzekłem do młodej - bo według wierzeń ludowych będziemy
                                                    się mazać.
                                                    Lecz za chwilkę rozjaśniało.
                                                    W USC stwaili się ślubni świadkowie. Byli nimi dwa drobne ptaszki : Sikora i
                                                    Wróbel, obaj z Działdowa.
                                                    Burmistrz Rzyman, wielki krasomówca, popisywał sie swoją ślubną gadką. Szło mu
                                                    jak z płatka i oczy mu się iskrzyły, bo chyba był 'pod gazem'.
                                                    No i było po strachu !
                                                  • rita100 Re: Wesele Małłka 10.10.06, 20:16
                                                    Wesele Małłka
                                                    Zaraz wsiedli na wóz i dalej do weselnego domu na weselisko, a wesele na
                                                    Mazurach trwało kilka dni.
                                                    Chić jedli i pili do syta, nie zdążyli zjeść wszystkiego jadła. No ale
                                                    cóż ? "Żniwa i wesele trzeba pamiętać cztery niedziele, jak głosił mój młodszy
                                                    brat August, rzeźnik i masarz z zawodu, przygotowijąc dobre kiełbasy na to
                                                    nasze weselisko.
                                                    Goście przyglądali sie nam, nowożeńcom, i ponoć niektórzy kręcili głowami,
                                                    szepcząc między sobą: " Jak to może być, że tutejszy chłop zeni sie z bziałko z
                                                    Warszawy ?
                                                    Burmistrz Rzymian zaś inaczej powiedział w swym przemówieniu:
                                                    "Oto mamy najlepszy przykład porozumienia się i zgody..."
                                                    Życie jednak wykazało, ze mój przykład podziałał zachęcająco, gdyż łączenie
                                                    Mazur z Polską przez ożenki stało sie dość częste. Po mnie podobny "mezalians"
                                                    zawarto w rodzinie pani Laurien w Szczuplinach, potem mój brat Edward, Jerzy
                                                    Bruski, Hieronim Skurpski, Wilamowski, Leyding, dr Obitz, Eugieniusz Piecha i
                                                    wielu innych polsko-mazurskich działaczy.

                                                    Łobaczcie siła znanych noma ludziów ?
                                                  • tralala33 Re: Wesele Małłka 10.10.06, 20:50
                                                    W końcu jakieś weselsze wydarzenie w życiu Karola Małłka. Ciekawy ten przesąd o
                                                    deszczu - nie słyszałam. A dr Obitz to chyba Kurt Obitz?
                                                    Kurt Obitz pseudonim Wasz Przyjaciel, Pogorzelski (urodził się 16 stycznia
                                                    1907 r. w Brzozowie – zmarł 8 sierpnia 1945 r. w Szwecji.), lekarz weterynarii,
                                                    dziennikarz, pracownik naukowy, jeden z najwybitniejszych działaczy mazurskich
                                                    dwudziestolecia międzywojennego, redaktor „Cechu”, organu Związku Mazurów
                                                    (Masurenbund). Było to pismo w języku niemieckim. Ukazywało się w latach 1928-
                                                    1932. Wzywało Mazurów, by pamiętali o swoim polskim pochodzeniu, czcili
                                                    tradycje ojczyste oraz zachowywali odrębność kulturalną.

                                                    www.bil-wm.pl/wegorzewo-umig/index.php?inf=1&idsl=2&id=2
                                                  • rita100 Re: Zakończenie roku szkolnego 14.10.06, 20:35
                                                    I tak Karol Małłek zaczął nauczać w szkole. Omijając wiele zdarzeń bardzo
                                                    zaciekawiło mnie samo zakończenie roku szkolnego w owych czasach. To
                                                    posłuchajcie jak sam pisze:
                                                    "Wreszcie nadszedł dzień zakończenia roku szkolnego. O godzinie trzynastej
                                                    wszyscy zebrali się przed budynkiem szkolnym. Orkiestra odegrała hymn polski i
                                                    całośc ruszyła rónym krokiem naprzód przez wieś w takt marszu.
                                                    Wszyscy byli odświętnie ubrani. Całość dotarła na suchą i równą łąkę
                                                    p.Redzanowskiego, przy rzece za wsią.
                                                    Program artystyczny otworzył trzygłosowy chór szkolny, potem szlo "Krakowskie
                                                    Wesele"
                                                    - Ach, jak te dzieciary mogą! - podgadywali ludzie między sobą.
                                                    A mlodzież z całą werwą popisywała sie zwłaszcza żywym krakowiakiem
                                                    - Ihii... wesel...- poczyniali pokrzykiwać starsi Mazurzy, przypominajac sobie
                                                    swoje mazurskie wesele.
                                                    Program artystyczny trwał w sumie cztery godziny z zawodami sportowymi włącznie.
                                                    - Prose do wspólnego stołu ! - zawołał Jan Linka, gospodarz całej uroczystości.
                                                    Po podwieczorku nastąpiła wspólna zabawa taneczna dzieci i rodziców.
                                                    Bufet z napojami i dobrym jadłem był na miejscu, prowadził go Franciszek
                                                    Lehnert.
                                                    Wieczorem całość ustawiła się w grupę marszową i przy dzwiękach orkiestry
                                                    pomaszerowała do szkoły. Odegrano hymn, podziękowano, dzieci zwolniono do
                                                    domów, a starsi bawili się na sali tanecznej do północy.

                                                    W roku 1925 Kisiny, chyba po raz pierwszy od trzydziestu lat, obchodziły
                                                    Jutrznię i polską uroczystość zakończenia szkoły. Rokrocznie przez cały
                                                    ośmioletni okres mojego pobytu w Kisinach pd 1925 do 1933 roku.
                                                    ---
                                                    Trzeba przyznać efektowne i wesołe zakończenie roku szkolnego z wystepami i
                                                    zabawą wspólną.
                                                  • tralala33 Re: Zakończenie roku szkolnego 14.10.06, 22:10
                                                    I tak w sam raz trafiło - na Dzień Nauczyciela! Dziś możemy wspomnieć
                                                    wszystkich dobrych nauczycieli, ktorych mieliśmy szczęście spotkać w szkole. Ja
                                                    najmilej wspominam pana od fizyki ze swojej szkoły podstawowej smile
                                                  • rita100 Re: Zakończenie roku szkolnego 14.10.06, 22:16
                                                    Ja pania od histori - nie zapomne jak płakała kiedy inscenizowała jakąs bitwę.
                                                    Bylo to w szkole podstwaowej. Była tak osoba wrazliwa , że kiedy szła aleją
                                                    gdzie rozły jablonie i włąsnie aleja ta cała kwitła zamiast histori mieliśmy
                                                    przyrodę i musieliśmy iść z nią by oglądac kwitnące jablonie. Niezapomnaina
                                                    Pani Fortuna.

                                                    A wspominasz dlatego , ze miałas piatkę z fizyki ?
                                                  • tralala33 Re: Zakończenie roku szkolnego 14.10.06, 22:25
                                                    Nie, nie dlatego. Piątek to pewnie miałam cały wór, bo dostawaliśmy dużo ocen,
                                                    ale sprawiedliwie - nawet najlepszy uczeń mógł dostać dwóje, jak się czegoś nie
                                                    nauczył. A wspominam dobrze, bo nasz pan nie uczył z książki, wszystko opowadał
                                                    sam, bardzo ciekawie, dowcipnie, z żartami. Nigdy się nie nudziłam na tych
                                                    lekcjach. Więcej się wtedy nauczyłam niż w liceum, choć poszłam do klasy mat. -
                                                    fiz. Nasza pani od matematyki też potrafiła dobrze uczyć, ale jak się
                                                    zdenerwowała to rozbijała nam na głowach drewniane piórniki (wtedy takie się
                                                    nosiło, takie skrzyneczki w wysuwanym wierzchem). Teraz to nie do pomyślenia, a
                                                    wtedy niejedna tępa matematycznie głowa bywała udekorowana guzem. No i piórnik
                                                    trzeba było nowy kupić wink
                                                  • rita100 Re: Zakończenie roku szkolnego 14.10.06, 22:47
                                                    Te piórniki drewniane, pamiętam zawsze były dla mnie koszem na śmieci. Co ja w
                                                    nim nie miałam. To były takie skrzyneczki drewniane, najczesciej wyrzeźbiane
                                                    na wieczku. Oj, tak to ja wspomnę szkołę nr 3 w Olsztynie , tam to był terror
                                                    w klasie. Kiedyś matulka zakręciła mi włosy i przyszłam z zakręconymi włosami i
                                                    przy całej klsie kazałam mi wyjść do łazienki z włosy zmoczyć - przyszłam z
                                                    mokrymi włosami. Szczerze ci powiem , nie lubiłam szkoły w Olsztynie - bałam
                                                    sie jej i nauczycieli. Pamiętam jak za tabliczke mnożenia też oberwałam - nigdy
                                                    nie wspominam nauczycieli z Olsztyna , bo mam złe wspomnienia.
                                                    Calkiem inaczej wyglądała nauka w podkrakowskiej wsi, jak niebo i ziemia.
                                                    Nie wiem dlaczego tak było ?
                                                    Nauka w olsztyńskiej szkole kojarzy mi się z zamkiem w Malborku wink)))
                                                  • rita100 Re: Inspekcja w szkóle 16.10.06, 20:49
                                                    A tera bandzie łurywecek o jydnej z przeprowadzonej kontroli w szkole u Małłka
                                                    w Kisinach. Przyjechoła Wielka Komisja z Klimoszem na czele i Józefem
                                                    Dzięciołem , kierownikiem szkoły w Działdowie.

                                                    "Komisja była zachwycona poziemomem i bystrością dzieciaków. Komisja już
                                                    chciała skończyć swoją pracę, ale klasy chciały sie dalej popisywać, oczywiście
                                                    pięknym chóralnym śpiewem. Hilda Brajdówna objęła funkcję dyrygenta, a Elżbieta
                                                    Lehnertówna zasiadła przy fishatmonii i dalej koncertować.
                                                    Na pierwszy ogień poszła pieśń: "Kto wesoło, a nie marnie dni przeżyje w swojej
                                                    mlodości, gdy go pycha nie ogarnie i daleki od podłości, ten i starszym będąc
                                                    człekiem ucieszy sie młodym wiekiem", a potem "Przyjaźń, o bracia, niech wiąże
                                                    nas, w śpiewach wesołych czcimy ją wraz...". "Ty niebotyczny lesie...", no i na
                                                    zakończenie hymn polski "Jeszcze Polska nie zginęła...".
                                                    Ślicznie wypadł ten poranny koncert czerwcowy, ktory echem odbijał się po wsi. "
                                                  • rita100 Re: Zbieranie folkloru 17.10.06, 20:29
                                                    A oto następne wspomnienia Małłka z tego okresu:
                                                    "Uprawiałem także moje hobby - społeczne i socjologiczne studia nad
                                                    środowiskiem mazurskim, poprzez gromadzenie i kolekcjonowanie wszelkich
                                                    przejawów folkloru mazurskiego, w czym gorliwie pomagali mi uczniowie szkoły
                                                    dziennej, jak również dorośli z kursów wieczorowych i czlonkowie organizacji
                                                    społecznych.
                                                    Iluż to ludzi przewinęło się przez moj pokój - pracownię, gdzie mi pełnymi
                                                    piersiami śpiewali staromazurskie pieśni, opowiadali rózne ciekawostki, a nawet
                                                    tańczyli. Już właśnie wcześniej zdobywałem materiały w samych Kisinach.
                                                    Tu właśnie zdobyłem słynna 'żabkę'"

                                                    To tera bandzie ło 'żabce' bardzo ciykawe wspomknianie.
                                                  • rita100 Re: Zbieranie folkloru - 'żabka' 17.10.06, 20:30
                                                    Tu właśnie w Kisinach zdobyłem słynną "żabkę", którą odtańczył mi stary
                                                    Pawłowski z Dźwierzni; staruszek liczący wówczas siedemdziesiąt dwa lata
                                                    podskakiwał na czterech łapach aż 1 m i 16 cm , a kiedy był po litrze, to ponoć
                                                    jeszcze wyzej skakał.
                                                    - A kiedy wracałem z wesela z Białut, to przez całą drogę do Dźwierzni
                                                    tańcowałem 'żabkę', a było cztery kilometry drogi ! - chwalił się.
                                                    Rzeczywiście 'żabki' nie wykona byle kto, to musi być człowiek z tym obeznany i
                                                    dobrze wyćwiczony. Właściwy smak 'żabki' polega na tym, aby skoki i ruchy były
                                                    żabie wraz z żabim syczeniem. Tańczyło zawsze dwóch mężczyzn, jeden był żabą, a
                                                    drugi żabiorem.
                                                  • rita100 Re: Kurs w Kazimierzu Dolnym 18.10.06, 20:54
                                                    Każdego prawie lata w okresie wakacji brałem udział w różnych kursach
                                                    oświatowych dla nauczycieli. Jeden taki był w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą.
                                                    Poznałem tam: Jerzy Zawieyski, Jędrzeja Ciernika - ojca teatru ludowego.
                                                    Zawarłem znajomość z Tadeuszem Mayznerem i jego świetną muzyką ludową, panią
                                                    Jadwigę Mierzejewską miłośniczkę polskich tańców masowych. Polubiliśmy się z
                                                    utalentowanym tancerzem góralskim Zachemskim oraz wspaniałym kobziarzem z
                                                    Poronina - Mrozem, ktory do ucha mi przygrywał:
                                                    Prędzej znikną góry i chmury
                                                    Niźli Polska i Mazury.
                                                    Jakże nie wspomnieć Feliksa Popławskiego i kolegi Kani i z wieloma ludzmi z
                                                    tego ruchu.
                                                  • rita100 Re: Kurs w Kazimierzu Dolnym 19.10.06, 20:48
                                                    "W roku 1931 wydałem "Mazurską Jutrznię na Gody", misterium ludowe, jutrzenne,
                                                    odbywające się corocznie w każdej wiosce mazurskiej od północy do rana 25
                                                    grudnia.
                                                    Jutrznia mazurska podobała sie wszystkim ludziom niezależnie od wyznań i
                                                    poglądów społeczno-politycznych, gdyż niektóre jej teksty sięgają bardzo
                                                    dalekiej przeszłosci przedreformacyjnej.
                                                    Po wydaniu "Jutrzni" zabrałem się do pisania tekstów widowis
                                                    ludowych : "Plonu", czyli dożynek na Mazurach, i "Wesela mazurskiego".
                                                  • rita100 Re: O Polską szkołę w Niemczech 20.11.06, 21:06
                                                    W okresie ferii letnich 1930 roku zajechał pod szkołe kisińską mały czerwony
                                                    samochód osobowy. Pracowałem wtedy nad zakończeniem "Jutrzni" i zauwałyłem go
                                                    przez okno.
                                                    - Puk, puk do drzwi.
                                                    - Proszę ! - zawolałem głośno.
                                                    - A dzień dobry ! Karolu ! - odpowiedziałem poznając Karola Biernatowskiego i
                                                    kolegę Pruessem, który z nim przyjechał.
                                                    Karol Biernatowski to mój rówieśnich i serdeczny przyjaciel. Jako początkujący
                                                    nauczyciel pracował w Małej Turzy koło Płośnicy.
                                                    Szwagrem Biernatowskiego był właśnie Jan Baczewski, poseł do Landtagu Pruskiego
                                                    w Berlinie, który sie zwrócił do mnie o pomoc.
                                                    - Siadajta, chłopy i ptycht ! - rzekłem i gadajta co woju do noju sprowadza ?
                                                    Biernatowski zajmuje sie potrzymywaniem ducha polskości, wyjmuje stos gazetek,
                                                    okolników i róznych pism urzędowych z których dowiedziałem się o istnieniu
                                                    ustawy, na mocy której możem montować szkoły polskie.
                                                    Potem poczeliśmy wyliczać szkoły juz istniejące.
                                                    Wymienił cztery szkoły na Powiślu: w Waplewie, Trzcianach, Starym Targu i
                                                    Podstolinie, oraz sześć na Warmii: w Gietrzwałdzie, Nowych Butrynach, Nowej
                                                    Kaletce, Unieszowie, Pluskach i Worytach. W roku 1931 planuje sie otwarcie na
                                                    Warmii dalszych ośmiu szkół i na Mazurach trzech.
                                                    - I wiedz - oznajmił mi - że trzy mają być w twoim rodzinnym powiecie, w
                                                    Dębowcu, Jedwabnie i Rudzie, a może jeszcze jedna w Piastunie. - Ty pasowałbyś
                                                    najlepiej na Jedwabno. To byłoby pole dla ciebie w sam raz - proponował mi od
                                                    siebie i w imieniu swego szwagra Baczewskiego.
                                                    - To warto wypsić litkup na taką bojową wiadomość karolu ! - rzekłem.
                                                    Biernatowski lubił pić mocną gorzałkę i ja też.
                                                    - No to prost, prychy ! Na dobre powodzenie sprawy - zachęciłem ich.
                                                    Popijaliśmy i rozmawialiśmy. Takem gadali, gadali...i trza sia buło łozitać.
                                                    - Dawaj pyska ! zawołał
                                                    Odjechali
                                                    Cieszyłem sia i czkałem na nominacje.
                                                    Tymczasem....
                                                    cdnj