Dodaj do ulubionych

Splytki Ezopa

27.04.07, 22:08
"Bohaterami bajek Ezopa są głównie zwierzęta, uosabiające różne cechy
charakteru. Są to bajki krótkie, napisane prostym i jasnym językiem, a ich
uniwersalny przekaz jest zrozumiały już dla kilkulatka. Poruszane tematy
pomagają najmłodszym zrozumieć otaczający je świat oraz postępowanie ludzi.
Bajki Ezopa są pełne dowcipu, więc pomimo ważnych i nierzadko trudnych
tematów, jakie poruszają, czyta się je z dużą przyjemnością."

Czy na Warmii i Mazurach znajdziemy takie bajeczki mówiące o zwierzątkach ?
Obserwuj wątek
    • rita100 Re: Splytki Ezopa 27.04.07, 22:09
      Na dobry początek proponuję bajkę „Krab i jego matka”:

      Krab mieszkał ze swoją matką na dnie morza. Mama była dumna z syna, ale ciągle
      mobilizowała go do tego by był lepszy. Pewnego ranka zobaczyła, że przemierza
      dno morskie bokiem, tak jak zwykły poruszać się kraby.
      — Chciałabym, abyś nauczył się chodzić przodem — napomniała go matka — to
      wygląda ładniej.
      — Dobrze, mamo, ale musisz mi pokazać — odpowiedział syn.
      Mama-krab próbowała, niestety nie udało się jej uczynić kroku w przód, mogła
      tylko poruszać się bokiem.
      Morał: Nie zmuszaj nikogo do czegoś, czego sam nie możesz dokonać.

      www.berek.pl/centrum/ppol06.html
      • rita100 Re: Splytki Ezopowe 28.04.07, 21:56
        "A na bajki Ezopa, to uwagę trudno zwrócić. W zasadzie powinno sie mówić nie
        bajki Ezopa, a Ezopowe. Bo sam Ezop, to postać tajemnicza, a nawet niektórzy
        sadzą, że fikcyjna. Myślę - słowami literatury, że Ezopów "tylu było na
        świecie... ile legend o nim"...
        Wątki Ezopowe tkwią wszędzie, w całej kulturze, w cywilizacji zarówno Zachodniej
        jak i Wschodniej, bo i pochodzenie tych bajek czy to ze wschodu, czy z zachodu
        nie wyjaśnione i sporne... (Babilon, Assyria, Egipt - wszędzie można odnaleźć
        źródła) - zresztą cząstkowe, bowiem pierwszy spisany przez Demetriusza zbiór
        bajek Ezopowych przepadł, inne pisane po kilkuset latach (głównie Babriosa,
        Phaedrusa) już mocno podrasowane ukrywane były po zakonach i odkryte bardzo
        niedawno... "

        Tero łuż ziemy jek z tam Ezopem buło i jeke splytki (bajki) mowam sznupać (szukać)
        Pamnientojta co 'zi' to czytamy jak 'wi'
        ziemy - wiemy
        • rita100 Re: "Chytry lis i mądry kot" 28.04.07, 22:41
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=38446&w=38776679&v=2&s=0
          Może z tych bajecek cosik wybzierzemy ?

          "Chytry lis i mądry kot"

          Raz kot z lysem sie ześli drogo. L'is mozi do kota: "Siła ty rozumów mosz ?"
          A kot mózi: "Jo mom jeden". A lys mózi: - To mało, jo mom dzie'undziesiąt i
          dziewięć i eszcze w worku". I tlo idzie jeger z flynto prosto na niech, tero
          przyłożył jeger na onego lysa flynte i chciał strzelyć. A kot skoczuł na
          chojine, na dźrzewo. A lys zaczoł uciekać i tak ogonem fajtoł. A jeger lysa
          zastrzielył.
          A kot móził: "Lysku bracisku i te z worka, i te z worka".

          Zapisano we wsi Lichtajny, pow. Olsztyn 1948

          Pewnego razu spotkali się na drodze lis z kotem. Lis mówi do kota:
          - Ile ty rozumów masz kocie ?
          A kot mówi:
          - Ja ma tylko jeden.
          Lis odpowiada:
          - To mało , ja ma dziewięćdziesiąt dziewięć i jeszcze w worku.
          Prawie idzie myśliwy z karabinem drogą, prosto na nich. Myśliwy przyłożył
          strzelbę do lisa i chciał strzelić, a kot skoczył na drzewo. Lis zaczął uciekać
          i tak ogonem machał i myśliwy lisa zastrzelił.
          A kot woła: - Lisku, braciszku i te z worka, i te z worka.

          A tero ciykawi ma, jeki moroł je z tyj splytki ?
          Czy taki ?
          Można mieć dużo rozumu, ale bardziej potrzebny jest spryt ?
          albo
          Po śmierci rozum nie będzie ci potrzebny.





                • rita100 Re: bajecka ło kocie i kogucie 22.05.07, 21:42
                  A tero bandzie bajecka ło kocie i kogucie.
                  Buł sobzie kot i kogut. I kot buł głodny i złopał koguta. No ale kot pomysloł
                  sobzie co brok noleź jeki pretekst do spałaszowania koguta. Tak ni można
                  spokojnie zjyść, trza koguta wyszudzić i noleź prawo przeciw niymu. Tak coby
                  nikomu ni buło żol koguta. I szukoł kot powodu i myśloł co tu zrobzić i wymyśloł.
                  I tak goda kot do wszystkich:
                  - Kogut to utropek, bo zawdy z renka psieje kukuryyykuuu i wszystkich budzi.
                  Na co kogut goda, że to ni prowda, ze łón to robzi po to, coby ludziów budzić z
                  renka do pracy. A praca je zawdy szlachetna .
                  Toć kotu nie buło to w smaka taka łodpoziedź , to łoraz jek sia nie zjadoził i
                  poziada:
                  - Kogucie, ty eśteś szpetny i rozpustny , bo mosz wszystkie kury za bziołki.
                  A kogut prazi, co musi tak być, bo dzianki tamu kurki noszó jojka, a gbur sia z
                  tygo lejduje i je zadowolony.
                  No kot łuż sia łokrutnie zjadoził i goda :

                  - Jesteś kogucie kuty na łobie kośla - poziedzioł kot. -
                  Zidza, zo zawdy nojdziesz jeke wyjaśnienie. A choćbyś buł nomóndrzejszy i
                  nolepszy, ni mom zamniaru dzisioj pościć. I caaaaaaaaap koguta wink))))

                  Jek myślita, jeki moroł z tyj bajecki ?
                  • rita100 Re: bajecka ło kocie i kogucie i morał 22.05.07, 21:46
                    Kot, pewnego razu złapał koguta. Kot chciał spałaszować go, ale nie znał powodu
                    by w chwale i podziwie i jeszcze w imieniu prawa tego koguta zjeść. Więc kot
                    szukał powodu, szukał , szukał i znalazł. Postanowił pokazać koguta w innych
                    piórkach niż jest kogut ubrany wink

                    Kotek zaczął powszechnie rozgłaszać, że kogut jest ptakiem nikczemnym, bo co
                    rano budzi wszystkich swym okrutnym pianiem kukuryyykkku.
                    Kogut na to, ze on tylko służy ludziom, bo budzi ich do pracy, a praca to czyn
                    szlachetny. A wtedy kot się rozłoscił i powiedział , ze kogut jest zły z natury
                    i bardzo rozpustny, bo wszystkie kury uważa za swoje żony.
                    A kogut mówi, że musi tak robić , by zachęcać kurki do noszenia jaj, a to
                    przynosi zysk jego gospodarzowi.
                    Kot już się bardzo zdenerwował, okrutnie:

                    - Jesteś kogucie kuty na obie nogi - powiedział kot. - Widzę, iż zawsze
                    znajdziesz jakieś wyjaśnienie. Lecz choćbyś był najmądrzejszy i najlepszy, nie
                    mam zamiaru z tego powodu pościć.


                    --------------
                    Bajka ta przekonuje nas o tym, że ci, którzy są z natury źli i planują niecne
                    czyny, nie zaniechają ich nawet wówczas, gdy nie mogą nic wymyśleć, co by ich
                    działanie usprawiedliwiło.
                    Heinrich Steinhöwel "Kot i kogut"
                    • rita100 Re: Nietoperz 24.05.07, 19:50
                      Gerhard Minden

                      Między zwierzętami powstała wielka kłótnia. Wszyscy sie zaczeli spierać kto jest
                      najlepszy. A spór był między zwierzętami a ptakami.
                      Lew zebrał całą leśną drużynę, orzeł armie ptaków zwołał i takie się zaczeły
                      krzyki, takie awantury, aż wreszcie miało dojść do wojny łapo-skrzydlanych .
                      Obudziło to nietoperza, który postanowił też wziąźć udział w tej walce, tylko
                      nie wiedział po której stronie ma stanąć. Myślał i myślał... może i tu stanąć,
                      bo ma łapki i za tymi stanąć bo ma skrzydełka i latać umiał.
                      Gdy nietoperz ujrzał potężną armię zwierząt, przyłączył się do myszki, lecz oto
                      w górę wzbił się orzeł i modlił się do boga Jupitera, a ten zapewnił go że
                      skrzydlaci zwyciężą. Nietoperz usłyszał tą zapowiedź triumfu i natychmiast
                      zmienił stanowisko i szybciutko czmychnął na stronę ptaków. Był więc znów wśród
                      ptaków, choć wcześniej się od nich odżegnał.
                      Wojny nie było, spór został pokojowo rozstrzygnięty.
                      A nietoperz ?
                      Z nietoperzem było tak, wszyscy zgodnie postanowili za ten niecny postępek
                      wyskubać nietoperzowi piórka i oddzielić go od świata zwierząt. Od tamtego sądu
                      nietoperz nigdzie nie czuje się w domu.
                      • rita100 Re: Kacopyrz (nietoperz) 24.05.07, 19:51
                        Mniandzy zwierzakami a ptokami powstoła zielga jojta (kłótnia) na pyski. Wszyscy
                        chcieli ziydzieć chto je nojlepszy z niych, cy zwierzoki cy ptoki ?
                        Lew wszyskich zebroł do sia, a łorzeł tyż całó armię ptaszónt. I jojta na pyski,
                        co hoho, na cołyj las. Take ryki, takie jadożenie, takie burczania co zaro
                        mnieli sia bzić i wojna mnioła być.
                        Łoraz sia łobudził kacopyrz(nietoperz) i chcioł wzióść łudzioł w taj jojcie, tlo
                        nie ziedzioł po chtórej stronie stanóńć. Tak łobaczył groźnego lwa i stanół z
                        myszkó w szergu. A tu łorzeł wzniósł sia w niebo i o łaske boga Jupitera
                        poprosił. Kacopyrz to łusłyszoł, co Jupiter poziedzioł , że skrzydlaci zwycianżó
                        i wtanczias łoraz zmnienił front. Poszedł chibko na strone ptoków, boć łón ma
                        tyż skrzydła, choć wcześniej zidzioł tlo swoja kośla.
                        I co sia stauło ?
                        Bzitwy ni buło, wciórko pokojowo zaflykowali (załatwili), a kacopyrz ?
                        A z kacopyrzam buło tak. Zwierzaki i ptoki łobaczyli jygo niecny postampek i
                        łuradzili co łoberwó kacopyrzozi psiórka i zwierzaki łuż jygo ni chciali. Łod
                        tygo dnia kacopyrz nidzie ni czuł sia jek dóma.

                        • rita100 Re: Kacopyrz moroł 24.05.07, 19:53
                          Taki los może spotkoć kożdygo, chto nosi łobleka roz na jenam, roz na drugam
                          ramnieniu. Nojlepsi zianc pamnientać dzie sia je nałożnym.


                          Taki los może spotkać każdego kto nosi płaszcz raz na jednym raz na drugim
                          ramieniu. Najlepiej więc stale pamiętać, iż trzeba zostać tam, gdzie się przynależy.
                          • pozenadhob Re: Kacopyrz moroł 24.05.07, 20:33
                            z ogromną przyjemnością czytam... czasami dostrzegam, jak ponad dwa i pół
                            tysiąca lat wędruje prawda ukryta w bajce, bywa, że widzę czasem jak smutki i
                            radości - tak specyficzne dla miejsc i ich historii - malują ową prawdę w
                            najrozmaitszych barwach... Bywa, że nic refleksja mi nie dopowiada, tylko chłonę
                            prostą prawdę, prostą a jakże uniwersalną... Dzięki, to wspaniałe co robicie...
                            Oby sił i zapału starczyło bajecznie długo...
                            • rita100 Re: Kacopyrz moroł 24.05.07, 20:51
                              Zitoj Pozenadhob, prawda, jakie one są w sobie mądre, jak bije z nich prostota,
                              jak pachnie tą ziemią. To sa pewnie przekazy z pokolenia na pokolenie ujęte w
                              słowach. Jak to często bajka prawdą bywa. Mam nadzieję , że ten wątek bajecznie
                              się rozkręci i zasiądzie przed monitorami wielu fanów bajeczek, a ta kraina ma w
                              szczególności i duchowe i takie naturalne podłoże do bajek i legend.
                              Postaramy się by ogień nie wygasł prędko.
                              • rita100 Re: Lew i człoziek 25.05.07, 20:05
                                Buł sobzie kedajś lew. Mnioł łón dwoje synów. Łojciec lew chcioł być spokojny ło
                                przyszłość synów i kożdamu wybroł bziołke (żone) i doł po równam kawołku lasu.
                                Ale tyż doł jim trzy nojważniejsze redy na życie.
                                Story lew poziedzioł: Moi mnili, kochani synozie, niych woju syrca zawdy sia
                                lejdujó. To wy eśta só królami wszystkych zwierzów. Jeno człozieka sia
                                strachajcie i nie bzijta sia z niymi, bo łón je mocnijszy łod wszystkich
                                zwiyrzónt pospołu wziantych.
                                Po drugam: żujcie w zgodzie ze swojami sójsiadami.
                                Po trzecie: Wachujcie, szanujcie i dbojcie ło swoje lasy, co by wszystke
                                zwiarzaki mogły sia rozmnożać. Dzianki tamu nigdy nie popadniecie w tarapaty.
                                To poziedzioł stary lew i pomer. A żucie kulało sia dalej.....
                                Nostorszy syn żył jek łojciec nokozoł.
                                Młodszy ni buł taki, kedy z bziołkó buła jojta, to łón wpodoł w złość i
                                jamrowoł, jadoził i ni tlo, eszcze zabzijoł zwiarzoczki i mnieszkańców krainy
                                leśnej. Kedy zwierzacki to łobaczyły, co sia dzieje zaro łuciekły i nomłodszy
                                lew popad w bziede. Tak potam , kedy zidzi tan lew co sia dzieje postonowił
                                pojechać na bezuch do storszygo brata i łobaczyć jek jamu sia żyja.
                                Kedy sia trasili (spotkali) tak goda tan młodszy:
                                - Mniły bracie, jek to sia dzieje co ty eś bogaty i tak fejn ci sia żuje, a łu
                                mnie tak szpetno i bziydno ?
                                Storszy brat łodpoziedzioł:
                                - Jó żyje tak jek łojciec móził, ty pewno nie.
                                Potam pospołu rejzowali po lesie tygo starszeygo i tan młodszy łobaczył jek
                                szczajśliwie żyjó dzike zwierzaczki. Łoraz (nagle) pokozoł sia człoziek w lesie
                                i sieci rozkłodoł. Natencias młody lew poziedzioł do starszygo:
                                - Bracie, zidzisz tygo gbura ! Jidź rozerzij jygo na strzampy i żeżryj !
                                Starszy lew łodpoziedził:
                                - Ni pamnientosz jek noju łociec łuczył, ni stosujesz sia do jygo red ? Toć
                                człozieka nokazał noma łostaziać w spokoju.
                                Na to młodszy ryczy:
                                Mym mowam mocka (siłę), mym ni bandziem słuchać starygo grótuna. To jó póda i
                                jygo w starzampy rozerwa. I polecioł jek czort i bach.... w sieci sia zaplóntół,
                                zagmotwoł i jygo tam złapali i pomer.
                                • rita100 Re: Lew i człoziek i moroł 25.05.07, 20:06
                                  Ni ma morołu w taj bajece ale jo sia pokusze na tan morał smile
                                  To bandzie tak: żyj w zgodzie z naturą i słuchaj przykazań swoich łojców, bo
                                  możesz niechibnie zginąć.
                                  Zabocyłam (zapomniałam) napsisać co to bajecka je Johanesa Paulia.
                                  • rita100 Re: Lew i człoziek i moroł 25.05.07, 21:54
                                    Zyj w zgodzie z naturą i słuchaj przykazań swoich łojców, bo
                                    możesz niechibnie zginąć.

                                    A jó pocytoła jek łojczulek Władysława Bartoszewskiego móndre redy dował, a
                                    móndre redy starszych, są najczęściej wysnute z głębokiego doświadczenia życiowego.
                                    Tak pozieduwał:
                                    - Synu, nie machluj, bo chto machluje to może tyż łukrość, a chto może łukrośc
                                    to i może zabzić. Nie machluj, dyć ni musisz wszystkego mózić wszystkim. A łuż
                                    nigdy niczago lekomyslnie ni podpisuj !

                                    - Synku, nie kłam, bo kto kłamie to może ukraś, a kto ukradnie to może i zabić.
                                    Nie kłam, choć nie musisz mówić wszystkiego wszystkim. A przede wszystkim nigdy
                                    niczego lekkomyślnie nie podpisuj.
                                    • rita100 Re: Lew i mysz 26.05.07, 20:01
                                      Lew i mysz
                                      (Ulrich Boner)

                                      Razu pewnego rejzował sobzie lew po puszczy. Łoraz (nagle) łoboczył bziednó mysz
                                      i caaaap jó.
                                      Mysz sia łodezwoła:
                                      - Panoczku lwie, puść mnie, prosza, prosza ciebzie bardzo ! Yś władca, król
                                      puszczy, wspanioły władca i co ci z tygo że mnie zabzijesz ? Am zierny (wierny)
                                      sługa, a ziernygo sługę sia nie zabzijo. O panoczku daruj mi życie, a może kedy
                                      banda mogła ci sia łodwdziańczyć. A łuż rychtycznie nigdy ni bande ci szkodzić.

                                      Lew, słucho, słucho, ślypsia na myszka i puściuł jó wolno, doł ji pokój.
                                      Tak sia lejdowoła myszka, tak skokała z radości hop, hop i siup i hop i goda
                                      radośnie:
                                      - Leeewku, łobaczysz, kedajś ci sia łodwdziancza.

                                      I co wy myślita ? Tak, tak - nie mnineło ziela dniów jek lew wpodł w pułapkę do
                                      siatki i tak łokrutnie skuczy, tak łokrutnie łolyko (jęczy).
                                      A łot (tu) drałuje sobzie myszka i psienknie śpsiewa śpsiewnió - łuciakoj myszko
                                      do dóry, bo cie łot złapsie lew bury... la la la i łoraz (nagle) zidzi lwa w siatce.

                                      - Pozdraziam cia mój mniły władco i królu - rzecze myszka - czam sia tak
                                      trapsisz ? Co sia dzieje ?

                                      - Zidzisz co jó am w sieci, łuż połka łoddom (wyzionę ducha) i czka mnie łuż tlo
                                      śniarć.

                                      - Uuuu, lewku, długo ty eszcze bandziesz żyć - godo myszka - zaro ciebzie łuwolnie !
                                      I myszka wartko wzioła sia do pracy, zambami przegryzuła sieci, ciach, ciach,
                                      ciach... aż zrobziuła sia zieeelga dóra (dziura) i lew bez to wyloz.

                                      • rita100 Re: Lew i mysz i moroł 26.05.07, 20:03
                                        Moroł: Nie zaboczyła (zapomniała) myszka co zawdziancza lewkowi, zianc pomoguła
                                        wydostoć sia z sieci .
                                        Moc i siła je tedy psiankna gdy zdobi ją współczucie i szlachetność.
                                        Może ci pomóc ten kto nie chce ci szkodzić.
                                        • rita100 Re:Zilk i bocion (Wilk i bocian) 28.05.07, 22:08
                                          (Ulrich Boner)
                                          Buło to łonegdoj. Bardzo głodny zilk poszedł na polowanie. To buło strasne
                                          łokrutnie łostre polowanie !
                                          Zilk łobaczył kozice i chućko jó w zamby caaap !
                                          I w zielgam szalónym caaap... wbził zamby w gardziel kozicy i nie mógł gdoknóńć
                                          (przełknąć), bo gnot w gordzielu stanół.
                                          A zianc zilk myśloł co łuż połka łoddo (wyzionie ducha) i łuż rycho śniarć jygo
                                          badzie czkać.
                                          Łoraz (nagle) zilk zidzi bociona i mózi do niygo, że da gwołt psieniandzy jamu i
                                          eszcze cóś, jek tlo jygo wyleczy.
                                          A bociek godo:
                                          - Ponie Zilku, łotwórz no swojó gamba jek noszerzej , zara woju wylecze.
                                          Bociek wcisnół dziób z całó swojó głoziczkó w łotworzonó gamba zilka i
                                          wycióngnół z gardziela gnota. Zilk sia łokrutnie lejdowoł (cieszył).
                                          A bociek mózi:
                                          - Ponie Zilku, am łuratowoł woma życie. Jek yś je tero wesoły i rad, zechciejta
                                          mnie tero wynagrodzić jek łobiecaliśta.
                                          Zilk sia zjadoził i godo:
                                          - A jekego eszcze geldtagu (wypłaty) łoczekujeta, przeto yś boćku zawdzianczas
                                          mi życie, chtóre buło w moich rankach. Wcisnół yś swój głupsi łeb do mojij gamby
                                          i w kożdej sili mógł am zawrzyć. To je nagroda - mózi zilk - bom darował ci
                                          życie boćku !
                                          Bocion sia łobruszuł.

                                          Moroł je taki:
                                          Buło by na śwacie fejn, gdyby wciórka ludzia zawdy dotrzymywali tygo co łobziecujó.
                                          • rita100 Re: Lis i bocion 29.05.07, 22:29
                                            Lis i bocion
                                            łonegdoj lis zaprosiuł bociona do siebzie na fajer. Poziedzioł co bandzie
                                            rychtyczna łuczta i fejn jydło.
                                            Bocion przyloz do lisa na tó łuczta i zidzi co na stole łurychtowana muza na
                                            talyrzach. No ale lis chytra bestyja tak wciórko warzył co sia wciórko
                                            rozgotowało, a na talyrzach buła tlo woda. Kedy tak lis smakozicie sia łobjodoł
                                            bocion tlo dulczy (patrzy), a ślinka jymu kapała z dzioba, bo ni mnioł co do
                                            gamby wetknóńć.
                                            Markotno sia boćkowi zrobziło, no ale ni jamrował (narzekał). Toć i bociek
                                            sobzie postanowiuł że liska zaprosi na łuczte do siebzie. Poziedzioł liskowi ło
                                            tam, a lisek sia łuradował co przyjdzie na wyżerke do boćka.
                                            A bociek dóma tyż wyrychtował jydło. Łuwarzył kokosz tak fejn, tyż tak
                                            smakozicie, tak puchnioło co lis chibko przyloz na tó łuczte bocionowó. Bocion
                                            łusadził lisa do stoła i postawił flaseczke do chtórej zawciasu wcisnół uwarzonó
                                            kokosz.
                                            Łokrutnie podle czuł sia lis, kiszki morsza groły, bełk dudniuł i do gamby ni
                                            buło co wetknóńć. Wymorzóny lis musioł łodejśc łod stoła, tek jek zawciasu
                                            (wcześniej) łodszedł bociek na łuczcie u lisa.

                                            A moroł je taki:
                                            "Chto płaci fałszywą monetó musi sia liczyć z tam, że kiedajś nozat wróci łóna
                                            do portmanijo"
                                            • rita100 Re: Gbur i żmija 30.05.07, 20:30
                                              Buło to łonegdoj w gburstwie. Poszed gbur w pole łoglóndać łany zbóż. Łaził tak,
                                              łaził... i łoraz (nagle) nastómpnół na żmija. Żmija sia łobruszyła i łolyko
                                              (wyrzeka):
                                              - Przyjocielu, yś wdepnół na ma, a jó ci nic nie zrobziła, żodnej krzywdy.
                                              Gbur sia nic nie łodezwoł tlo poszed dalyj.

                                              No jó, mninoł całyj rocek i gbur znowój jidzie w pole łoglóndać ziamnie pod
                                              zasiew. Łoraz słyszy jekiś głos:
                                              - Przyjocielu, dzie jidziesz ? - pyto żmija
                                              - Łobsiać pole - łodpoziedzioł gbur.
                                              - Pamnientoj zianc - godo żmijo - cobyś nie doł ziarna do mokrej glyby, boć
                                              rocek bandzie mokry i ziarno w glebzie zgnije.
                                              I rychtycznie roczek buł mokry i gburoziu zboże sia złotrowało i plónów ni buło.

                                              No jó. Mninoł nostampny rocek i gbur znowój jidzie w pole.
                                              - Przyjocielu, dzie jidziesz ? - pyto żmijo.
                                              - Łobsiać pole zbożam - łodpoziada gbur.
                                              - Bacz tero - godo żmijo - cobyś wybroł taka gleba, dzie ani mokro ani sucho ni
                                              buło, boć pozietrze bandzie umiarkowane lecz pamnientoj, nie zierz nigdy tamu,
                                              komuś yś krzywda wyrzóndziuł - żmijo dodała.
                                              Gbur zrobził tak, jek żmija jamu godoła. I rychtycznie plóny gbur zebroł bogate.
                                              Kedy gbur zwoziuł plóny wyłozi żmijo i poziada: zidzisz, mniołam recht, wciórko
                                              ci am przepoziedzioła.
                                              - No jó ! - mózi gbur - Yś mnioła recht żmijo, dzianki.
                                              - Toć cy aby nie myślisz gburze - mózi żmija - że należy ma sia nagroda ?
                                              - Czygo chcesz ? - pyto sia gbur.
                                              - Tlo glaska mlyka, co by twój syn przyniósł i postaził kele mojyj dóry
                                              (dziury). Ano pamnientoj, mózia ci siła razy - nie zierz tamu, komu spraziłeś ból.

                                              Gbur poszed nazot dóma i zrenka posłoł do żmiji swygo jydynego syna. Szurek
                                              postaził glaske mlyka kele dóry, a żmija rach ciach..... i wartko szurka
                                              łukójsiuła jadam do krzi.
                                              Tedy chućko przylecioł gbur i ryczy:
                                              - Yś ma zmachlowoła żmijo, zabziła aś mojygo syna !
                                              - Toć am nie zmachlowoła ciebzia - rzecze żmija - Gburze, sprowiłeś ma ból i
                                              nigdy yś nie przeprosił. A jó ciebzie zawdym łostrzegoła, byś nie zierzył tamu
                                              komu sprawiułeś ból. Nie możesz tero mózić, co ciebzie am zmachlowoła.

                                              Moroł:
                                              Pamnientajta, że nie należy ufać tamu komu sprawiuło sia ból abo krzywde
                                              wyrzóndziuło.

                                              Heihrich Steinhowel
                                          • rita100 Re:Zilk i bocion (Wilk i bocian) 30.05.07, 21:51
                                            poprowka smile

                                            Łoraz (nagle) zilk zidzi bociona i mózi do niygo, że da gwołt psieniandzy jamu i
                                            eszcze cóś, jek tlo jygo łuleczy.
                                            A bociek godo:
                                            - Ponie Zilku, łotwórz no swojó gamba jek noszerzej , zara woju łulecze.

                                            łuleczyć - wyleczyć
                                            • rita100 Re: Ło Bziedzie 31.05.07, 20:25
                                              Ło Bziedzie (słowiańska)

                                              Kele siebzia mnieszkoli dwa sójsiody.Jedan zwoł sia Kukiełka, a drugan
                                              Kukiełeczka. Tan psiyrszy Kukiełka buł bogaty, a tan drugan buł bziedny jek mysz
                                              polna.
                                              Daczemu ?
                                              Weno w dóma łu Kukiełeczki mnieszkoła za psiecam Bzieda, cołkam podobna do sowy
                                              i co chłop zarobził to łóna jamu wyżerła, abo łodnosiła bogatamu. Narobził sia
                                              chłop jek głupsi i zawdy gówno z tygo mnioł.
                                              Zjadoził sia łokrutnie Kukiełeczka. Toć bez tó sowa dóma nie buło ani glónki
                                              (kromki) chlyba.
                                              No jó ! I wzioł Kukiełeczka bziołke i poszedł z dóma precz. Wycióngnół w las.
                                              Łobaczyła to Bzieda i sia pyto:
                                              - Hej, dzie to jidzieta ?
                                              - A toć mowam dość tyj bziedy, jidziewam w las mnieszkoć
                                              To sia Bzieda gromko łuśnioła i mózi:
                                              - Toć tam jó pierwej bande.
                                              I tak szli bez las, bez rzeka, a Bzieda za niami goni krok w krok.

                                              Wenowejcie (patrzcie) jek Kukiełeczkaka ciosa drewka na kliny i dyle zbzija.
                                              Bzieda tyż to zidzi i sia pyto:
                                              - A boć co te kliny ?
                                              - Zidzisz Bziedo - łodpoziada Kukiełeczka - to je spruchnioła jeglija, a w nij
                                              je dóra (dziupla). Łot (tu) sia schowom przed tobó, dóre dylami zabzije i
                                              bandzie fejn, bo z bziedó łuż ni da sia żyć.
                                              Bzieda gromko sia śnieje i goda:
                                              - Ha, ha, ha, toć jo bande pierwej w dórze niźli ty Kukiełeczko i wartko
                                              ziórtnóła (zakręciła)łogonam i chyc do dóry i sia śnieje ha, ha, ha.
                                              A Kukułeczka czam prandzej zabził dóre dylami i eszcze kliny powstozioł i
                                              poszedł z bziołkó curyk dóma. Pode drogi noleźli mniech (worek) psieniandzy. I
                                              tero zawdy buli bogaci. Tlo łod ciasu do ciasu Kukułeczka łoglóndoł dóra czy
                                              fest je łóna zabzita. Łoboczył to Kukiełka i pomyśloł co sójsiad w jeglijo mo
                                              skarb i wycióngnół klina, łodbził dyle i....... Bzieda wyskoknóła frrrr prosto w
                                              łobjancia Kukiełki.

                                              Tero Kukiełeczka buł bogaty, a Kukiełka zbziednioł.
                                                • rita100 Re: Ło chłopsie i rybce złotyj (polska) 02.06.07, 20:37
                                                  Ło chłopsie i rybce złotyj (polska)
                                                  Buł sobzie chłop. Bez sztyrdzieści lot fitoł ryby. Ale to mu sia nie lónowoła
                                                  (nie opłacało). I bez to buł bziedny.
                                                  Kedajś poszed do bagna, cisnół żak (rzucił sieci) a potam wycióngnół i dulczy,
                                                  dulczy (patrzy), a łot złotyja rybka je i prosi psianknie:
                                                  - Puść mnie, a wciórko ci dom co tlo bandziesz chcioł.
                                                  Tak jygo prosiuła, tak prosiuła i dobry chłop wypuściuł rybka nazod do bagna.

                                                  Przyloz chlop dóma i goda bziołce co ficił rybka, no ale jó jó puściuł nazod, bo
                                                  łóna łobziecała wciórko spełnić.
                                                  Bziołka na to:
                                                  - Łoj, jekiś głupsi. Jidź ty zara i poproś rybka ło nowe koryto bo mowam stare.
                                                  Poszed chłop do bagna, czopke stinół i psianknie prosi rybka ło nowe koryto.
                                                  A złotyja rybka mózi:
                                                  - Jidź ty dóma, jidź....
                                                  Chłop curyk dóma, ślypsio i zidzi kele chałupy nowe koryto je. Bziołka sia
                                                  lejduje i godo:
                                                  - Jidź ty do rybki i proś ło nowa chałupa.
                                                  Poszed rybok do rybki i prosi ło nowa chałupa.
                                                  A złotyja rybka mózi:
                                                  - Jidź ty dóma, jidź.....
                                                  Chłop nazod polozł dóma, a łot nowa chałupa stoi, a w niyj jygo bziołka łu progu
                                                  stoi i goda:
                                                  - Pyzoj sia do rybki i proś ło dwór z parobkami i kóńmi i powozam.
                                                  Poszed chłop do rybki i mózi co jygo bziołka chce mnieć zielgi dwór, kónie,
                                                  powóz i gwołt parobków.
                                                  A złotyja rybka mózi:
                                                  - Jidź ty dóma, jidź.....
                                                  I znowój chłop curyk dóma , a łot i psiankny dwór, a bziołka tlo komandaruje i goda:
                                                  - Pyzoj sia do rybki i pozidź co jó chca być princessó w pałacu i mnieć karete.
                                                  Poszed chłop do rybki i znowój prosi rybke ło pałac, ło korone no bziołki.
                                                  A złotyja rybka mózi:
                                                  - Jidź ty dóma, jidź.....
                                                  I znowój chłop polaz dóma i łot zidzi psiankny , zielgi połac, a w niam paradna
                                                  bziołka jeko królowa.

                                                  I co myślita, że tak łostało i tak psianknie buło ?

                                                  Ni, a boć bziołka wygnoła precz manża i tak żyła bez dwa tydnia, a kedy
                                                  brukowała (potrzebowała) parobków i pachołków przywołała manża i poziedzioła:
                                                  - Pódź do rybki i poziedź co by łóna do mnie na służba przylozła.
                                                  Poszed chłop do rybki i poziedzioł ło tam.
                                                  A złotyja rybka mózi:
                                                  - Jidź ty dóma, jidź.... i ziórnoła łogonkam i hop... w bagno.
                                                  Chłop nazod do dóm poszed i ślypsio, ślipsio, bo łoto zidzi storo chałupa stoi,
                                                  a bziołka na progu ryczy i lamyntuje.
                                                  Nic łónam sia nie łostało. Złotyja rybka wciórko łotyjnóła (odebrała).
                                                  • rita100 Re: Ło chłopsie i rybce złotyj (polska) 02.06.07, 20:38
                                                    Łot, łobaczta, a sile (ile) je morałów.

                                                    "A to ciyrzp (cierp) babo jek eś tako głupsio" - goda
                                                    Klyjmens.

                                                    "A łutrapsienie z takó babó co wciórko by chcioła" - goda chłop

                                                    "Aż za skoro chcioła, niych ciyrzpi. Bogactwa łuż nie łoddo (nie ma)" - goda
                                                    złotyja rybecka.

                                                    aż za skoro - aż za dużo
                                                  • rita100 Re: Bajka o zaczarowanym szczupaku 03.06.07, 20:44
                                                    Splytka ło zaczarzonym szczupaku
                                                    Bajka o zaczarowanym szczupaku

                                                    Żuła sobzie taka jena matrona. Mnioła cera i pasierbice Kachnie. Tyj Kachny to
                                                    łóna nie lejdowała. Razum jenego poziedzioła matrona do Kachny:
                                                    - Jidź ty do jyziora i pfitoj ryb.
                                                    Poszuła Kachna do jyziora i płace, bo ni ziy jek nafitać ryb, a łot łoraz (a tu
                                                    nagle) z jyziora szczupok wyglónda, taki psiankny, złote łuski ma na sobzie i
                                                    ślypsia na Kachnie i sia pyto:
                                                    - Czamu dziywczoku yś taka łuryczana ?
                                                    A łóna, ta Kachnia wciórko łopoziedzioła.
                                                    - Toć, doj pokój, lygnij sobzie i śpsij, a jo pomóżcz ci moga, tlo nikomu ło tam
                                                    ni godaj.
                                                    Kachnia lygnóła sobzie kele szczepu lipy i przydziuknóła (zdrzemneła się). Kedy
                                                    sia przeczchnuła (przebudziła) cołyj kosz ryb stoł kele nij. Poszła Kachnia
                                                    curyk dóma. Matrona patrzy i sia zjadoziuła (zezłosciła) i ryczy na Kachnia:
                                                    - Yś taka móndra. Chto tobzie ryb nafitał ?
                                                    Bizedna Kachnia ni mogła poziedzieć i nic nie goda.
                                                    To tero - mózi matrona - bzierz bzielizna i jidź do jyziora wyprać i łubiglować
                                                    (wymaglować).

                                                    Kachnia poszła i psierze w jyziorze i płace, a łot łuż szczupak kele nij z wody
                                                    wyglóna i goda:
                                                    - Kachnia, lygnij sobzie i śpsij, a jo to zrobzia lepsi.
                                                    Kachnia lygnuła kele szczepu lipy i znowój przydziuknuła, a kedy sia
                                                    przeczchnuła to kele nij buła w koszu fejn łubiglowana bzielizna. Kachnia do dóm
                                                    przyłazi, a matrona zjadozuła sia łokrutnie i tak mózi:
                                                    - Pyzoj sia do jyziora. Mosz łot ziadro i łyżka z dóró i nabzierz woda i
                                                    przynieść. I dopukónd nie nabzierzesz wody do dóm nie przyłaź.
                                                    Co buło robzić ?

                                                    Wziuła Kachnia tó łyżka z dóró i poszła do jyziora i płacze. A matrona nie
                                                    głupsia, polozła za nió łobaczyć jek to sia dzieja, że Kachnia wciórko zrobzi.
                                                    I kedy Kachnia nabzierała woda i ni mogła nabrać , to natencias matrona podeszła
                                                    i chcioła Kachnie do wody wepchnóńć, a tedy plummm.... szczupak chućko wyskoknół
                                                    i matrone cisnół w wode.

                                                    Pewno sia pytata co sia dalyj działo ?

                                                    No jó ! Szczupak zzrzuciuł złotyjó łuska i stoł sia psianknym princessem.
                                                    Łożanił sia z Kachnió i mnieli psiankne weselisko. I kachnia bziedy klepoć nie
                                                    bandzie.

                                                    "I jo buła na tym weselu, to takie ładne buło. Sukienke mniołam z papsieru,
                                                    żonek z masła, buty z glomzdy (sera). Jekem tancowała, obleka sie poderła, masło
                                                    zleciało, buty, jakem skokła, to sie rozlecieli, dwa durki w nosie i skońcyło sie."
                                                  • rita100 Re: Bajka o zaczarowanym szczupaku- moroł 03.06.07, 20:46
                                                    Moroł: hehe
                                                    Nolepsi by buło nic nie robzić i czkać na princa. Niych łón wciórko zrobzi. Tak
                                                    nie ziam cy princ ni wzioł sobzie psianknó zgniłó babe, kedy tlo łón tak
                                                    wszystko potrasi wyrychtować. wink))

                                                    - Rita, lygnij sobzie i śpsij, a jo to zrobzia lepsi.
                                                    hehe, marzuło by mi sia wink))))) taki psincess wink))
                                                    Cy ni psiankne só ty splytki
                                                  • rita100 Re: Zilk i zajónc - łobaczta 05.06.07, 22:19


                                                    Była jajta na zające i podsztrzelili jednego zajunca. Tak on od bólu nie móg juz
                                                    bez las ucziekacz', ino sed sobzie drogo wolno i wyrżykał tęgo od bólu, i
                                                    narzekał na te ludzie, co mu toto dotechli.
                                                    Jeden raz spotkał go zilk. "Ha , mózi do niego,tysz' mi ale dobrze przised.
                                                    Ładny frisztik będe z cziebżie miał". Zajunc go wzioł proszicz', co on mu lepsze
                                                    coś na frisztik postawi, jakiegosz' cłożieka, co lepszi smakuje, bo zilk
                                                    cłożieka jesce nie znał. "No , mózi, to juz ci dam pokój, ale prowadż' mnie do
                                                    tego cłożieka".

                                                    Jedno raz idzie dżiecziuk mały. P'ita szie zilk: "Jes to cłożiek ?" - Zając
                                                    mózi: "Nie, ten dopsiero chce tym cłożićkiem być" - Ido dalej. Za jakisz' czas
                                                    trafił ich dziadek taki od osziemdzieszięcziu lat. Pyta szie znowu zilk: "Jes to
                                                    cłożiek ?" Zając mózi: "Nie, ten juz dawno cłożiekiem buł. Trzeba mu tez dać
                                                    pokój". Za jakiś cas trafił jech jeger z fl'into. Jak zając go zestrzyg, zaraz
                                                    zilkozin móżiuł: "Bżierż ty go, to cz'łożiek", a sam szie ukruł. Ma jino
                                                    scesz'czie, co ten jeger niał fi'inte naładowano ptaszim sz'rutem i go nie
                                                    zdóżył zabzić, bo zilk uciek i był gorszi chory jak zając. Jak sie tera oba
                                                    chore zeszli, tak szie zając go zaczół pytacz': "Jak ei poszlo, braczie ?" Mózi
                                                    zilk: "Braczie kochany, jakem go chcział zjesz'cz, tak on wzioł do ręki tako
                                                    zo're i dużem głosem dmuchnoł w nió, to mi oczi zas'ipało, com nic nie żidział".
                                                    W'ijoł sobżie potym z boku jedne zebro i me tak niem w'iokładał, com musział
                                                    nogować, aby z'iecie uratować.

                                                    Opowiedział G.Kipar, wieś Jabłonka, pow.Nidzica 1950
                                                  • rita100 Re:Niydźwiedź i kopruch - łobaczta 05.06.07, 22:21
                                                    Niydźwiedź i kopruch (komar)

                                                    Trasili sia niydźiedź z koprucham.
                                                    - Hej, kopruch, poziydz mi czyja krew je nosłodziutsza ? - pyto sia niydźiedź.
                                                    Kopruch łodpoziedzioł:
                                                    - Krew człoziecza je no'sodziutsza !
                                                    No jó ! I niydźwiedź poziedzioł sobzie co mus zasmaczyć krsi człoziecza.
                                                    Łoboczył dzieciuka i sia pyto:
                                                    - Stój ! Eś ty człoziek ?
                                                    - Dopsiero niam bande - goda dzieciuk - i hoh-siup podskakuje w góre.
                                                    - No to sobzie podskakuj dalyj, dom ci pokój - goda niydźwiedź.
                                                    Jidzie dalyj tan niydźwiedź, jidzie i potyko żebroka ło lasce.
                                                    - Stój ! Eś ty człożiek ? - pyto sia nydżwiedż
                                                    - Kedajś nim buł, tero to garba mom.
                                                    Jidzie dalyj niydźwiedź
                                                    - Ee, co mi z tygo, to łuż buło.
                                                    Jiydzie dalej, a za jakiś cias trasił sia huzar na kóniu.
                                                    - Stój ! Chtoś ty ? - pyto niydźwiedź
                                                    - Jam człoziek z głowó na karku - łodpoziedzioł huzar i podciół kónia.
                                                    Niydźiadź za niam i.... dalyj napsierać na huzara !
                                                    Tyn ziórtnół i wali na niydźidźia z szablą. Tak jygo rznół co aże krew tryskoła.
                                                    Niydźwedź wziół nogi za pas jeno psianty buło zidać i w las, a huzar eszcze
                                                    flinta wziół i strzeluł z niygo. Fejnco ta flinta buła naładowona pstasim śrutam.
                                                    Mninół jekiś cias i zeszli sia znowój niydźwedź i kopruch.
                                                    - Hej, kopruch, może to prowda ze człoziekozia krew je nosłodsza ale ni no mnie
                                                    i niy w lepa me to sprawdzić.
                                                    - A daczemu ? - pyta sia kopruch
                                                    - No to datamu, że czloziek nie zno sia na lołnie (żartach). Praziem ruszuł na
                                                    niygo, a łón wycióngnół jajzyk i taki długi, tak łostry ze ciachnół ma bez
                                                    gnoty, a eszcze we me strzeluł. Am doł łuż jymu pokój.
                                                    Chitry kopruch tak sia śnioł co aże nie penkł. Bo to sia tak mózi, jek kopruch
                                                    ma penknóńć, jek ni ma mniajska.
                                                    Datemu mus psić krew wsystkich robactw.

                                                    Moroł bandzie chibki - to buła kopruchoziu lołna a mniydźwiedź tygo nie zmniorkowoł.

                                                    Cołkam bajecka podobna do "Zilka i zajónca"
                                                  • rita100 Re:Ropucha 27.06.07, 20:27
                                                    Buł sobzie bogaty gbur. Mnioł zielgie gburstwo i mnioł tyż dwa syna. Fejn jam
                                                    sia żuło. Cias lecioł jek Maciek bez mostecek jek w psieśnicce i gbur sia
                                                    robziuł stary jek doomb kele dóma. Tak przyszoł cias aby zdać gburstwo i
                                                    łojczulek wezwoł synoziów i tak goda:
                                                    - Tan, chtóry przyniesie mnie łod swojyj brutki (narzyczonej) nopsiankniajszy
                                                    psiszczónek tan bandzie mnioł gburstwo.

                                                    Storszy bardzo sia lejdował, boć łón mnioł brutke i poszedł ku niyj. No ale tan
                                                    młodszy był markotny (smutny), bo ni monioł brutki, zianc poszeszed do łogrodu
                                                    łusiod za szopa i tam sia łuryczoł. Łoraz (nagle) patrzy, a lof skace gruba
                                                    ropucha i sia pyto:
                                                    - Mniłyj mój, czamu tak płaces ?
                                                    - Kandy mom nie płakać - mózi - jek łojczulek ma psiankne gburstwo i da tamu
                                                    chtóran łod swoji brutki przyniesie psiankniejszy psiszczónek.
                                                    - Nie rycz, mniły - mózi ropucha - Chodź za mnó !
                                                    I wziuła szurka do swoji pieczary, do swojich dobrotności i doła jymu psiankny
                                                    psieszczónek. Młodszy poszed dóma.

                                                    Kedy łobydwa synozie buli dóma, łojczulek mózi:
                                                    - Starszu synu, pokoż, coś przyniósł !
                                                    Syn pokozał psieszczónek taki lichy i rdzawy.
                                                    - A ty ? - pyto sia łojczulek młodszygo.
                                                    Młodszy pokozoł psiszczónek, a tan psieszczónek jek nie błysnół, co aże jasność
                                                    buła.

                                                    Łojculek myśli, myśli i tak goda.....
                                                    Ale to bandzie łutro smile
                                                  • rita100 Re:Ropucha 28.06.07, 21:10
                                                    Łojculek myśli, myśli i tak goda:
                                                    - Tan, chto przyniesie łod swojyj brutki psiankniejszó chsta, tamu zdam gburstwo.
                                                    Starszy polozł do brutki, a młodzszy siadł w łogrodzie za szopo i znowój płacze.
                                                    - Daczemu płacesz ? - pyto sia ropucha.
                                                    - Jek ni mom płakać, jek łojczulek ma psiankne gburstwo i chce jygo dać tamu
                                                    chto przyniesie łod brutki psiankniejszó chuste.
                                                    - Nie rycz - mózi ropucha - Chodź za mnó !
                                                    I znowój ropucha wziyła jygo do psieczary i tamój dała jamu chusta. Szurek
                                                    polozł dóma.
                                                    Łociec pyto :
                                                    - Starszy synu, pokoż co mosz ?
                                                    A tan starszy mnioł łusmolonó klate (szmate).
                                                    - Młodszy synu, a co ty mosz ?
                                                    Tan młodszy pokozoł chusta, a ta chusta jek złota, złotymi nic'mi wyszyta.
                                                    Łojciec patrzy, patrzy i goda:
                                                    - No jó ! Ale to nie styknie (nie wystarczy), eszcze nie wciórko, eszcze.....

                                                    Ale to bandzie łutro smile
                                                  • rita100 Re:Ropucha 29.06.07, 22:10
                                                    No jó ! Ale to nie styknie (nie wystarczy), eszcze nie wciórko, wszcze bandzie.
                                                    Zianc łojczulek poziedzioł:
                                                    - Chto z waju przyprowadzi do dóm psiankniajszó brutke (narzyczoną) tan bandzie
                                                    mnioł gburstwo.
                                                    Starszy łuż red polazł do swojij brutki, a tan mlodszy znowój ryczoł za szopa w
                                                    łogrodzie. Zrazu przylozła ropucha i pyto sia:
                                                    - Mniły mój, daczemu płaces ?
                                                    - Jek mom nie pułakać, skuli łojczulka płacze, bo łón ma ziegie, psiankne
                                                    gburstwo i tamu da, chto psiankniejszó brutka przyprowadzi dóma.
                                                    - Nie płacz - mózi ropucha - chodź za mnó !
                                                    I znowuj poszli do psieczary ropuchy, a tamój buł krasny dziewczok. Ropucha
                                                    psianknie jó łobelkła, a na wierch zarzuciuła codzienny klejd.
                                                    Przyszli bracia do łojczulka z dziewczokami. Łociec mózi:
                                                    - Starszy synu, tero zatańcz ze swojó brutka !
                                                    Kej noczli tańcyć, klejd sia rozlecioł a jeno łostauło sia na nij łusmorowany klejd.
                                                    Potam łociec do młodszygo rzecze:
                                                    - Tero ty synu zatańcz ze swojó brutka !
                                                    Młodszy poszed z dziewczokam w tany, a tańcyli tak, co klejd sia tyż podarł ale
                                                    łostał sia na nij psiankny złoty klejd.

                                                    Łoraz łojciec poziedzioł:
                                                    - Ty, młodszy synu łotrzymosz gburstwo!
                                                    A starszy bruderek sia zjadoziuł i goda:
                                                    - Nie, niychoj los rozstrzygnie!
                                                    Ale łojciec poziedzioł - NIE ! - Nie brok ! (Nie potrzeba) Twój młodszy bruderek
                                                    wygroł. Tero jygo je gburstwo!.
                                                  • rita100 Re:Ropucha 29.06.07, 22:11
                                                    I tak sia łukońcyła bajecka. Jeki moroł ? Nie ziam, ale zidać co łojczulek
                                                    twardy buł i jek to buły zawody, rywalizacja to zwady wygrywa lepsi, a lepsi sia
                                                    łokazał młodszy syn. Tak buło to spraziedlizie rozstrzygnięcie zdawki gburstwa
                                                    (przejęcia gospodarstwa).
                                                    No i pamnientajta co ropucha tyż psiankna.
                                                    A ciasem godajó - Ty ropucho ! Nofejn.
                                                  • rita100 Re:przekład "Ezopa" 04.07.07, 20:39
                                                    Przypomnieć należy, iż polski przekład "Ezopa", pióra Bernarda z Lublina ukazał
                                                    się w roku 1522.
                                                    Wiele też bajek jest przekazujących zagadki, które się tak rozwiązuje tak by
                                                    ośmieszać mędrców. Najczęściej są one wplecione w bajki. A najwięcej ich było w
                                                    średniowieczu. Niestety te greckie zagadki już bowiem zaginęły. Zapisów jest
                                                    mało. Ostało się tylko średniowieczna biografii Ezopa czy z "Historii o
                                                    Apollonie, królu Tyryjskim".
                                                  • rita100 Re: Trzi kozy i zilk 10.08.07, 21:36
                                                    Trzi kozy i zilk
                                                    (Bajecka łużycka)

                                                    Bułi sobzie trzi kozy i zilk.
                                                    Łonegdoj poszłi w las trzi kozy poskubać sobzie troszka kory i listków z
                                                    gałejzi. Psiyrsza mnioła jedan brzuch, druga dwa, a ta trzecio trzi bełki (brzuchy).
                                                    Nosomprzód trasiła sia psiyrszo koza z zilkoziam. Zilk sia pyto:
                                                    - Siostrziczko kozo, dokónd jidziesz ?
                                                    - Do lasa hop-sasa, do lasa, poskubać trocha kory ze szczepów i listków z gałejzi.
                                                    - A co mosz na głozie ?
                                                    - Różki !
                                                    - A co mosz mniandzy nózkami ?
                                                    - Wymniono !
                                                    - Mniam, mniam, żeżra cia ! - i zilk połknół koze.
                                                    Nadeszuła drugo koza, ta co mo dwa brzucha i zilk znów sia pyto:
                                                    - Siostrziczko kozo, dokónd jidziesz ?
                                                    - Do lasa hop-sasa, do lasa, poskubać trocha kory ze szczepów i listków z gałejzi.
                                                    - A co mosz na głozie ?
                                                    - Różki !
                                                    - A co mosz mniandzy nózkami ?
                                                    - Wymniono !
                                                    - Mniam, mniam, żeżra cia ! - i zilk połknół koze.
                                                    Nadeszuła trzecio koza, ta co mo trzi bełki. Zilk pyta sia łostro:
                                                    - Siostrziczko kozo, dokónd jidziesz ?
                                                    Koza łodpoziedzioła tyż łostro:
                                                    - Do lasa !
                                                    - A co mosz na głozie ?
                                                    - Zidłi !
                                                    - A co mosz mniandzy nóżkami ?
                                                    - Maczuga !
                                                    - A co ci tak w bełku brzdónka ?
                                                    - Mom tamój gwołt britonów (psów) !
                                                    Zilk sia łokrutnie zestrachoł i łuciek. Chcioł chućko przeskoknóńć bez płot ale
                                                    mnioł za ciajżki brzuchol, bo w niam bułi dwa koza, zianc zahaczuł ło płot i
                                                    brzucho pankło. Tedy wyskóknułi z niygo kozy i wszistkie trzi śnioły sia z
                                                    wzilkozia. A potam pobziegły wesoło do swojygo chlezika.
                                                    Dwie durki w nosie
                                                    i skończuło sie
                                                  • rita100 Re: Stari Burek i zilk (słowacka) 11.08.07, 23:01
                                                    Pezien baca mnioł psa Burka, chtóren bez długie lota, w dziań i noc czujnie
                                                    wachował łozieczki. Zilk nawet nie łodważił sia zbliżyć do zagródki. No ale cóż,
                                                    latka lecó, starość nie radość. Burek zestorzoł sia i noczół kuśtikać na jenó
                                                    kośla i wszistkie zamby straciuł.

                                                    - Tan stri psies to sia nadaje na śnietnik - poziedzioł baca i kupał nowego
                                                    psieska. Dał mu żryć, pogłaskoł go i kazał jamu achtować zagródki z łozieczkami.

                                                    Burek tam ciasam zamórzony leżoł na śnietniku za łoboró. Barzo buło jamu
                                                    matyjasznie. Kedy prziszła noc, nowyj młodi psies zajół Burka bude i łukład sia
                                                    spać.
                                                    I.... tedi prziszed zilk. Stari Burek cujnie społ i słiszoł zilka ale buł słabi
                                                    i zamurzony to i nie doł redi przeskoknóńć bez płot i tak miśli Burek:
                                                    "Jeżli łuż jo ni mom co żryć, niych mo choć zilk".

                                                    Zrenka baca prziłazi dojić łowce, ślypsio, ślypsio a łof jenaj łowcy nima. Tedy
                                                    baca pomyśloł sobzie:
                                                    "Mójenu, keni by stari Burek wachowoł stada, zilk nie capnół by
                                                    łowcy !"
                                                    I baca woło Burka.
                                                    - Pódź łof... Burku i psianknie jygo pogłaskoł. Doł jamu żryć, a Burek skokoł z
                                                    radości. Zieczoram Burek nie poszedł łuż spać na śnietnik, ani do budy, tlo
                                                    czujnie łaził dokoluśka zagródki, bo ziedzioł co zilk jek buł roz, to i bandzie
                                                    drugi roz.
                                                    I rychtycznie..... trasili sia, ale ło tam drugam razom.
                                                    --
                                                    Poziem woma tlo co bandzie ziega jołta (wojna). Nie bandzie jojty (kłótni) tlo
                                                    po prawdzie zielga bzitwa.
                                                  • rita100 Re: Stari Burek i zilk (słowacka) 12.08.07, 12:52
                                                    I rychtycznie..... trasili sia oba, zilk i Burek.
                                                    - Czygo łof (tu) chcesz ? - godo Burek
                                                    - Czygo chca ? Łowce !!!!! - poziada zilk
                                                    - Zmniataj ti łokrutny źbóju, nie dom ci łozieczki ! - zaburkonoł łostro Burek.
                                                    - No doj tlo jenó, podzieliwa sia ! Pan twój przecie ci żryć nie daje - goda zilk.
                                                    - Spółka z zielkam ! Nigdy ! - poziedzioł Burek - Wczoraj baca mi nie doł jyść,
                                                    bułem głodni, to i łozieczke łatwo eś porwoł, ale dzisioj to je tak nażorty, to
                                                    ja je fest mocny i nie dom ci łozieczki !
                                                    - Jeżli nie dosz mi łozieczki, to bandzie jołta (bzitwa)! Ziysz co to noczy ? -
                                                    mózi zilk.
                                                    - Fejn, fejn, jeżli tygo chcesz, jeżli chcesz sia bzić to tam na górze je plac i
                                                    tam sia bandziem bzić. Mniarkujesz ? - zawołoł Burek.
                                                    - Dobrze ! To trasiwam sia na górze i tamój stoczim jołte ło łozieczke. Jołta
                                                    bandzie łostra i łokrutna, łobaczisz stari Burku, łobaczisz i pocziujesz..... ty
                                                    Burze stari, ty bździlu stari, ty....
                                                    ----
                                                    Poczkata do ponieydzielnika, bo w niydziele to lepsi jiśc do kosz'czoła ? A komu
                                                    bandzieta kibzicować ?
                                                    Zilkoziu czi Burkoziu ?
                                                    Jeka fejn ta bajeczka, łobaczicie i wy tyż łobaczic'e .... wy.... moji mnili smile


                                                    --
                                                    łusióndź sia, bo jek ci poziam doczemu jo wlozła to sia przewolisz !
                                                  • rita100 Re: Stari Burek i zilk (słowacka) 13.08.07, 20:57
                                                    No i tak buło dalyj:
                                                    Zilk pognoł na góre szukoć kumpli. Łokrutnie dyszoł zemstó ! Chcioł sia z
                                                    Burkoziu porachować i wziół sobzie do pomocy niedzwydzia i lisa.
                                                    Burek znoł zamniary zilka i tyż nie buł głupsi. Wziół ze sobó świno i kota
                                                    mruczusia. Som kuśtikoł, a i jygo przylociele tyż ni buli młodzi, ale buli
                                                    zierni. Niedzwiydź i lis jek łobaczuli jich tak sia zestrachali, tak sia bojali
                                                    co aż sia trznaśli ze stracha.

                                                    - Hej bracia - zawołoł niedzwiydź - patrzcie jeno, tan psiyrszi coły cias tlo
                                                    sia skrziżia (schyla), pewno zbziera kamnienie, coby noju zabzić !!!!
                                                    A to psies Burek kuloł i niedzwiydziożu sia łumiślało, że Burek zbziera kamnienie.

                                                    - Łoj, zidzita co robzi tan drugi ? - ryczy lis - Tan znów cosik jekby szablo
                                                    ciół (rąbał) !!!!
                                                    A to buł kot mruczuś, tlo łogon do góri zadarł i lis miśloł co to szabla sia tak
                                                    iskrzi (błyszczy).

                                                    Niedzwiydź wyskoknół na szczep (drzewo), a lis łuciekł i skrył sia mniandzy
                                                    ciernie. Zara łobydwa łusłyszeli chrzónchanie świni i pomiśleli co łof (tu) nie
                                                    ma szpasów (żartów) i bandzie barzo groźnie, łoj groźnie.

                                                    Bojita sia ?
                                                    Nie bójta sia, przecie niedzwiydź je na szczepie, a lis je w cierniach. Śpijta
                                                    spokojnie, bo łutro bandzie bój to łostatni wink))) Fejn bajecka, rychtycznie
                                                    psiankna.
                                                    --
                                                    łusióndź sia, bo jek ci poziam doczemu jo wlozła to sia przewolisz !
                                                  • rita100 Re: Stari Burek i zilk (słowacka) 14.08.07, 21:39
                                                    Ni tak kedy świnia chrzónkała a kotek mruczek sobzie mruczoł tak niydzwiedź i
                                                    lis cołyj czias sia strachali.
                                                    Potam kotek mrucziek zamruczoł głośni:
                                                    "mierrr.... mierrr...." i lis miśloł co kot mózi :
                                                    cierr.... cierrr...nie, cierr...nie i łodkruł mniejsce lisa i lis łuciekł
                                                    bziegiem precz hen... i do tyj pory je poszukiwony.

                                                    A kedy świnia naczuła chrzónchoć pod szczepam dzie siydzioł niedzwiydź chrr,
                                                    chrr i noczuła ryć pod drzewam to niedzwiydź miśloł:
                                                    "łu góri, łu góri, chrri i sia tyż zestrachał i goda:
                                                    - to świynia ziy, że jo am siydza na górze i pewno chce drzewo z korzaniami wyrwoć."
                                                    Niedzwiydź łuż na nic nie czkoł, tlo skoknół w dół i łuciekoł bez góri i doliny,
                                                    aż sia kurziło.
                                                    I tak zilk łostoł som red ze swojó skóre łocalił.

                                                    A stari Burek szczekoł i lejdowoł sia co jygo przyjociele buli pomocni i co
                                                    przependziuł tych bździelów. Łod tyj pory Burkoziu fejn buło łu bacy. Jek nie
                                                    pomer to eszcze żije.

                                                    --
                                                    "Łu noju psijaństwa nie ma, łożyroków i bźdzylów nie tolerujewam..... a tero
                                                    gómbki i do roboti."
                                                  • rita100 Re: 16.08.07, 21:17
                                                    A tero nastampna bajecka łużicka bandzie
                                                    --
                                                    Trzymoj sia Fizia, musisz sia wylizać. Pancia czka na Ciebzie dóma.
                                                  • rita100 Re: Prosiok, gajś, koza i zilk. 16.08.07, 21:22
                                                    Koże z łosobna postanozili wyrychtowoć sobie domek , coby w zima buło cieplusio.
                                                    Ale zilk buł zginiłi i nie chciało mu sia budować domu.
                                                    - Banda sia łogrzewoł łu woju - poziedzioł zilk.

                                                    Prosioczek wyrychtowoł sobzie jame, łusłoł mchem i sobzie lyg w niam.
                                                    Gajś sobzie wyskubała psierza i tak sia w nich lygła.
                                                    Koza nazbzierała w lesie 'bocianie gniozdo'(suche gałajzie) i wyrychtowała fejn
                                                    dómek.

                                                    Prziszła zima, łostra zima i zilk pobziegł do prosioka i rzikoł:
                                                    - Kumnie, prosioczku, wpuść mnie do dóm.
                                                    - Ni zrobzie tygo !
                                                    - Jek mnie nie wpuścisz - zaryczoł groźnie zilk - to kóniec bandzie z twojam
                                                    domkam !
                                                    Łoraz, rozwolił dómek i prosioka zeżorł.

                                                    Kedy sia wyspoł, znów buł głodny i pobziegł do gajsi.
                                                    - Kumo gajsko, wpuść mnie !
                                                    - Nie zrobzie tygo ! - łodpoziedzioła gajsko.
                                                    - Jek mnie nie wpuścisz - poziedzioł łostro zilk - to kóniec bandzie z twojam
                                                    domkam !
                                                    I rozwolił domek i żeżorł gójska.

                                                    Łukłod sia spać. Jek sobzie łodpoczuł zilk znowuj poczuł głód i poszedł do kozy.
                                                    - Kumo kozo, wpuść mnie !
                                                    - Nie zrobzie tygo ! - łodpoziedzoła koza.
                                                    - Jek mnie nie wpuścisz to ci rozwale dóm i naczół trzójść domkam, ciajżko mu
                                                    buło i troche domek sia złotrował, ale wlyź do nygo nie móg. To sobzie zilk
                                                    łumiślił co jinsze zrobzi coby koza wywlec z domu i tak goda:
                                                    - Kumo koza, jutro je jermark w mnieście. Czi nie chciołabyś ze mnó na jermark
                                                    jiść ?
                                                    --
                                                    Ło jermarku bandzie łutro, ale koza to je ćwiczna (sprytna)i łobczyta co łóna
                                                    zamiśluła zrobzić smile

                                                    --
                                                    Trzymoj sia Fizia, musisz sia wylizać. Pancia czka na Ciebzie dóma.
                                                  • rita100 Re: Prosiok, gajś, koza i zilk. 18.08.07, 21:09
                                                    Na nastampny dziań z somego zrenka koza pobziegła na jermark i chibko kupsiuła
                                                    saganek, garnuszek na mlyko i chochla po czam chućko nazot do dóma przybziegła.
                                                    Tam pod kocheram łogań rozpaluła i łuwarzuła sagan wrzóndku czyli takego łukropu.
                                                    Zilk wstoł później, bo łón zgniłi buł i poszedł do kozy.
                                                    Koza łujrzoła łuż z dalyka zilka i sia schowoła za saganek tlo łogónek jij
                                                    wystowoł. Zilk łobaczuł tan łogónek i łuż ślinka mu lycioła, poziedzioł sobzie:
                                                    "Łoj, jeke łof (tu) só smakozitości" i łuż do kozy goda:
                                                    - Kumo kozo, łodewrzyj dźwiyrza, przylozłem na jermark cia wziójść.
                                                    - Nie wpuszcza ciebzie, bo mnie pożresz ! - łodpoziedzioła koza.
                                                    - Alić nie, tlo sia łogrzeja przi łogieńku, bom barzo zmarznianty - goda zilk.
                                                    - To poczkaj silka, zaro cia łotuntule cieplusio - rzika koza.
                                                    I zilk czkoł i łuż łostrzuł sobzie zamby. A koza zaczerpnuła chochló łukrop,
                                                    naloła do garnuszka łod mlyka, potam łotwarła szyroko dźwiyrza i chlusnuła
                                                    zilkozioziu prosto w pysk, aże poległ na ziamnie, wytrzeszczuł zamby i ślypsia
                                                    wystrzeżuł. Koza eszcze roz łuwarzuła sagon łukropu i łoblała caluśkiego zilka,
                                                    tak co zilk łumerł. Tedy koza skóre z zilkozia ściójgnuła i mnioła fejniste
                                                    futerko na zima.
                                                  • rita100 Re:Elefant zaprosiuł szczygła na łobziod 10.04.08, 20:30
                                                    Łopozieści Pana Klepki z ksiójżki Jana Grabowskiego.
                                                    A uważajta, coby sia tak nie stało jek z tam szczygłem, co to udawał słónia. A
                                                    buło to tak:
                                                    - A to zidzita, słoń zaprosił kedajś szczygła na łobziod. Słoniowa nawarzuła
                                                    różnistych smakoziości. Odstawia garnek od ognia i czeko.
                                                    - A wielki był ten garnek ?
                                                    - W sam raz dla słonia. Ale w niam tak do samego wierzchu pełno nie było. Bo się
                                                    słoniowa bała, zeby jej się nie wylało, kiedy garnek z ognia bedzie odstawiać.
                                                    Leci szczygieł. Wita się ze słoniem. Poćwirkuje, a patrzy na garnek. Słonica go
                                                    zaprasza. Lata szczygieł dookoła garnka, lata ale sięgnąć do środka garnka nie
                                                    może, bo za głęboko, rozumiecie ?
                                                    Zobaczył to słoń. Pokiwał głową, pomyślał. I wsadził nogę do garnka. Jedzenie
                                                    się rozlało na ziemię. Szczygieł nuż zbierać. Najadł się. Podziękował grzecznie
                                                    i powiada: "Proszę jutro do mnie na obiad ! Bo też bym się chciał wywdzięczyć za
                                                    taki miły poczęstunek!"
                                                    Słoń mówzi: "Dobrze! Przyjdę !
                                                    A szczygieł polecioł do swego gniazda rychtować z bziałko (żoną) łobziod.
                                                    cdn
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:Szczygieł zaprosiuł elefenta 11.04.08, 20:16
                                                    Tak szczygieł polecioł do gniozda i poziada bziołce (zonie) tak i tak, jutro
                                                    bandziewa mnieć elefanta na łobziedzie ! Szczygielica w płacz !
                                                    - "Nie mam na taki łobziod naczynia" - powiada
                                                    Szczygieł kazał jej być cicho:
                                                    - "Nauczyłem się od elefanta, mówi, jak częstować gości. Uwarz, co tam masz,
                                                    postaw przed elefantem, a mnie resztę zostaw."
                                                    Ano dobrze. Nawarzyła szczyglica glist w skorupie od orzecha. Czeka. Przylozł
                                                    elefant. Patrzy na to skorupkę orzecha i nie wie, jak ma się do tego obiadu zabrać.
                                                    A szczygieł podchodzi do łupiny, wsadza z pewną miną do niej nogę i mówi do
                                                    elefanta:
                                                    - "Używaj, bracie, ile chcesz !"
                                                    Elefant ryknął w swoją trąbę i poszed !
                                                    A wszystkie zwierzęta śmieją się odtąd ze szczygła, ze chciał słoniowi dorównać !
                                                    - Mniarkujeta ? ! - pyto sia Klepka noju
                                                    - Skónd znata tó bajecke ? - pytam sia
                                                    - Kożdy dzieciuk jó zna tam dzie am pracował na rzeczonym statku.
                                                    - A gzież to buło ? - pytam sia
                                                    - W Africe.
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re: 12.04.08, 19:36
                                                    Je eszcze druga bajecka Ezopa, ło tam jek kedajś ludzie godali co fejn by buło
                                                    dookoła ziemnianki wyrychtować łogródek. Ale nieskoro jam to szło, bo nie
                                                    ziedzieli co w niam posadzić i.... ziyta jak to buło z małpim domem ?
                                                    smile
                                                    - Nie ?
                                                    - To posłuchajta, Pon Klepka noma pozie, choć sia z tygo śnieje szyroko swojo
                                                    gambo tak łod łucha do łucha, bo to śnieszne łpoziadanie bandzie.
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:Małpi domek 15.04.08, 20:19
                                                    A to wzidzita, taka sobzie buła mała małpina. Taki małpi dzieciuk. Siydzi sobzie
                                                    na gałajzi i kicho. A głowa jó boli. A co kichnie, to sobzie rozmyśla ło tam,
                                                    ze na tam świecie wszistko je na odwyrtke.
                                                    I myśli tak:
                                                    jak łóna ma wode łod dołku i do nij wchodzi, coby sia wykómpać, to jest jij
                                                    przyjemnie i mniło i głowa jó nie boli i nie ma kichaczki.
                                                    A jek woda je łod góri i je padaczka (ciągle pada), to jij nie je mniło i
                                                    przyjemnie i ciójgle kicha i głowiczka jó boli, ma sia rozumnieć.
                                                    I ta maluśka małpka lota łod gałajzi do gałajzi i sia kryje. A tan dysz'cz ani
                                                    myśli ustać i coraz to je mokrzej. Ale ze wszistko sia kóńczy to i ta chlapaczka
                                                    tyż sia skóńczuła.
                                                    I poszła małpa na szpacyr. Zidzi, a tu wlecze sia żółw.
                                                    I co bandzie dali ? smile
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:Małpi domek 16.04.08, 20:28
                                                    Zidzi małpka idzie żółw. Zagaduje o to wode co leci z góri. A zółw poziada ji co
                                                    to dysz'cz. Małpka sia pyta co by tu zrobzić, zeby tyn dysz'cz ni padał, coby
                                                    łóna nie kichała i coby jó głowa ni bolała ?
                                                    - Wyrychtuj sobzie dom - łodpoziada żółw.
                                                    Małpka nie wziedziała co to jest dom, zianc ji żółw wszistko wytłumaczuł. Barzo
                                                    sia to małpsie lejdowało (podobało):
                                                    - Tyś je rychtycznie nomondrzejszi ze wszistkich zwierzoków ! Tero to poziem
                                                    swoim małpkom i bandziewa mnieli dom - powziada małpka do zółwia.
                                                    I małpka poszła do swoich i naczła sia narada.
                                                    Zaczły radzić, debatować. Jena chcioła tan dom rychtować tu, druga tam ! Jena
                                                    chciała rychtować z gałajzi druga z liściów. I tak jam cias uciekoł na tam
                                                    jadożeniu sia, jołtach (kłótniach) co ani sia łobejrzały jak cias suchy sia
                                                    skóńczuł i nastałi znowój desz'cze.
                                                    I znowój jek kedajś kapało za kołnierze. I znowój małpi mniołi kichaczki, i
                                                    znowój bolała jych głowa !
                                                    cdn
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:Małpi domek 17.04.08, 20:16
                                                    Jek mninełi desz'cze, wychodzo małpi spod gałajzi i jido sobzie na szpacyr.
                                                    Trasiajó na żółzia. Pyto sia żółw:
                                                    - Mowata dom ?
                                                    A ta małpina co łonegdoj z żółwiem sia potkała kich tak strasznie co żółw sia
                                                    domyślił i goda:
                                                    - Jołta, jołta bez coluśki rok - goda - ale do roboty wos nie buło! Bandzieta
                                                    sia jadozić eszcze nie rok, nie dwa, ale dwa tysiance lot, a domu nie wyrychtujeta !
                                                    Bo małpa je do tego, coby jojtować, ale nie łod tygo coby robić !
                                                    Poziedzioł żółw i polaz w swojo strone.
                                                    I mnioł recht, bo małpy do dziś dnia domu nie majó !

                                                    A skónd Panie, panie Klepka to zna ?
                                                    - A to mi łopoziadał taki jedan, co z niam pływał am na Amazonce. Buło sia tu,
                                                    buło sia tam. Na starość przylozł człoziek łoddać Polsce to, co łod nij wziół,
                                                    życie !
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:Bajki Kryłowa 21.04.08, 21:55
                                                    Dotarłam do paru bajek rosyjskiego pisarza Kryłowa - fantastiko z morałam, coś
                                                    wspaniałego. Przeglądam piwnice z książeczkami córek i znajduje niesamowite
                                                    rodzynki, które wcześniej przeszły mi obok.
                                                    Teraz, wiedząc jak cenne są te bajeczki Ezopa i jakie mądre patrze na nie z
                                                    podziwem. Szkoda tylko, że z 201 bajeczek Krylowa mam kilka.
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:Małpa 22.04.08, 22:32
                                                    Małpa

                                                    By pod siewy, ziosenne wyrychtować role,
                                                    ło świtaniu gospodorz wylozł z pługiem w pole.
                                                    Ciajżkie skiby łodwala, kraje ziamnie śwanto,
                                                    a chto tlo przechodzi, zita go zachętą.

                                                    Małpa, zidzónc, że praca ma takie uznanie,
                                                    postanoziuła tyż zasłużyć na nie.
                                                    Ciajżki kloc nolazła w lesie,
                                                    na droge niesie
                                                    i dawaj kulać, nie żałując sił,
                                                    w liwo, to w prawo, to przewraca,
                                                    to umyślnie
                                                    w dół go ciśnie,
                                                    choć potam ciajżka z wydobyciem praca.....
                                                    Siódme jó zalewajo poty,
                                                    siła, siła ma roboty !
                                                    Ale choć sia tak uwzija
                                                    zawzięta,
                                                    nie łodzywa sia niczyja
                                                    zachanta.
                                                    Bo na ji zidok, jek jedan mónż zgodnie
                                                    śniejó sia wciórcy przechodnie.

                                                    I nie dziwota:
                                                    po licha je cała ta robota.

                                                    (tłum. Benedykt Hertz)
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:Orzeł i Pszczoła :) 27.04.08, 20:55
                                                    Zidzónc Pszczołe,
                                                    co pyłek dobywała z ksiatka,
                                                    zakrakał dumny Orzeł:
                                                    "Mizerna istoto, pracujesz i pracujesz ciągle tylko po to, by w ulu syta była
                                                    twych siostrzyc gromadka.
                                                    Jaką ci takie życie daje satysfakcję ?
                                                    Czyż nie ma krzywdy w tym fakcie, że ślady twojego czynu we wspólnym dziele
                                                    zaginą i nikt ich później już od innych nie odróżni ?
                                                    Ja bym się nie pogodził z tak mizernym stanem. Muszę byc znany, sławny, muszę
                                                    czuć się panem !
                                                    Niech się wzniosę w przestworza, niech skrzydła rozwinę - umyka ptactwo w gęstwinę,
                                                    strachem ogarnięta łania
                                                    koźlątko swoje osłania
                                                    i lęk się szerzy
                                                    nawet wśród pasterzy."

                                                    A Pszczoła na to:
                                                    "Tak, twoja potęga,
                                                    wiadomo, sławą swą szeroko sięga,
                                                    ale przede mną życie inne cele kładzie:
                                                    jam jedna z wielu w gromadzie
                                                    i dla mojego szczęścia to najwięcej znaczy,
                                                    że część wspólnego dobra - to plon mojej pracy".
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:Lew i Człowiek 28.04.08, 21:01
                                                    Rozpiąwszy śród drzew sieci, Człowiek doświadczony,
                                                    spokojny, że nic jamu nie zagraża tu,
                                                    w cieniu palmy czekając na zdobycz, sam w szpony
                                                    dostał się Lwu.

                                                    "Aha! - ryknie król puszczy - mam cie, mom rychtycznie!
                                                    Dzisioj łobaczym, co ludzkie warte są przechwałki.
                                                    Zarozumiałe błazny!... Ciójgle czytom, żeście só panami śwata: że na ziamni
                                                    caluśkiej
                                                    nima nikogo, co by woma buł równy.
                                                    Co tam niedźwiydź, co bawół, nosorożec, co ta elefant, hipopotam.
                                                    Lecz oto dzień dzisiejszy tym znanym bandzie,
                                                    że kres lygnie fałszywej lygendzie.
                                                    Zara prysno bajdy głupsie,
                                                    gdy cia, zielgi człozieku, jek barana schrupie."

                                                    "Mylisz sia - goda Człoziek - bo nie kły, nie szpony, lecz myśl daje noma,
                                                    ludziom, stanowisko rzadkie.
                                                    Zidzisz ? Tam pajenczyny rozwiesiłem siatkę.
                                                    Słaba, zietrzyk nió igra. Pozwól tej zasłony użyć mi. Nie mur przecie i nie
                                                    twarda skała.
                                                    Przerwiesz i wyrychtujesz sobzie uczte z mego ciała"...

                                                    Lew patrzi na sznurki....
                                                    "Ano zgoda" - poziedzioł.

                                                    Wnet przelazłwszy pod siatką, stanół za nio Człek.
                                                    Lecz co to ?... Jakoś cole nie może jiśc dalej.
                                                    Łoplóntały mu sznurki łapy, łogon, uszy,
                                                    a co sia tlo poruszy,
                                                    sieć plóncze sia gorzy
                                                    i wikła.
                                                    Daremnie Lew szarpie sia i stroży:
                                                    wkrótce nadzieja wyrwania sia znika
                                                    i, łoplóntany misterną siateczką,
                                                    Lew do klatki pozwolił się wsadzić jek dzieciuk.
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:Krzak i Łogań 01.05.08, 21:31
                                                    Krza i Łogań

                                                    Tliło sia cosik pod krzakiem w zimowy poranek.
                                                    Widać wędrowcy rozniecili łogań....
                                                    i nie zgasiwszy, w dalszą puścili sia drogę.
                                                    Płomyczek dogorywał, brakło mu paliwa.
                                                    Nagle błysnął i tak się do Krzaka łodzywa:
                                                    "Czamu sterczysz tu nagi, bez jednego listka?"
                                                    "Trudno kwitnąć - Krzak odrzekł - gdy mróz ziemię ściska
                                                    "Widocznie - Płomyk na to - fujara z sójsiada.
                                                    Kebyś pokumał sia ze mnó
                                                    wnet mniołbyś aure przyjemno".
                                                    Krzak sia dziwuje:
                                                    "Ej, co tyż sójsiad łopoziada!"
                                                    "Jek to, nie ziysz, żem słónca najrodzeńszym bratem ?
                                                    Właśnie ja czynię zimą to, co ono latem.
                                                    Z mojej to łaski w północnej krainie
                                                    po oranżeriach życie tropikalne płynie.
                                                    I ty, skoro mnie tylko przygarniesz do siebie,
                                                    możesz ciepło mieć jak w niebie".

                                                    Krzak przystał. Wnet mu Płomyk skoczył na korzenie,
                                                    stąd się na gałązki wgarnął,
                                                    a po chwili już buchnął ogromnym płomieniem
                                                    i powlókł niebo dymu chmurą czarną.
                                                    Nazajutrz śladu już nie było z Krzaka.
                                                    Bo przyjaźń łognia ze szczepem zawdy bywa taka.

                                                    szczep - drzewo
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:"Liście i Korzenie" 02.05.08, 20:36
                                                    "Liście i Korzenie"

                                                    Kolibane Zefirem, cień rzucając mniłi
                                                    w psiankne letnie południe Liście z nimi gwarziłi.

                                                    "Przyznasz, że jeśli ustroń ta z uroku słynie,
                                                    nam to zawdzięcza jedynie.
                                                    Bo jakżeby bez liści drzewa wyglądały ?
                                                    W nas ich wartość i wdzięk cały.
                                                    Gdzież by bez nas wędrowiec mógł znaleź ochłodę ?
                                                    Gdzież by pasterze i pasterki młode
                                                    poweselić się mogli ?... Gdzie śpiewak natchniony -
                                                    Słowik - wywodzić mógł swe cudowne tony ?...
                                                    Wreszcie ty sam Zefirku, czy nie zdradzasz chętki
                                                    stale przybywać tu na pogawędki ?"

                                                    "I o nas warto by też wspomnieć, samochwały!"
                                                    - spod ziemi się jakoweś głosy odezwały.

                                                    "A tam kto się ośmiela przemawiać tak hardo?"
                                                    - zaszeleściły drzew Liście z pogardą.

                                                    "To my, tu pracujące w mroku niestrudzenie - KORZENIE.
                                                    My was żywimy, my tworzymy soki,
                                                    co wzrost drzew pędzą het, aż pod obłoki...
                                                    Cieszcie się waszym pięknem, wspaniałą zielenią,
                                                    lecz wiedzcie, coście winne nam - czarnym korzeniom.
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:Wrona i Kokoszka 05.05.08, 20:48
                                                    "Kiedy książe pan Smoleński
                                                    dla zgotowania czelnym najezdnikom klęski
                                                    chciał, by się w potrzask do Moskwy dostali,
                                                    i poświęcił ją jako łup nowych Wandali,
                                                    wszyscy mieszkańcy - czy biedak, czy pan -
                                                    nie tracąc czasu, zgodnie, w jednej chwili
                                                    niby pszczoły wyroili
                                                    z rodzinnego miasta ścian.

                                                    Siedząca na dachu Wróna,
                                                    łobojantna, niewzruszona,
                                                    łobserwując z wysoka tłum płynący nisko,
                                                    spokojnie sobzie pucowała nosisko.

                                                    "A wy, kumciu, co ?... Czas w drogę ! -
                                                    ryknie z wozu Kokoszka. - Na co tu czekocie ?
                                                    Poziadajó, że za progam
                                                    nieprzyjaciel".

                                                    A na to wróna:
                                                    "Jo sia go nie boja.
                                                    Spokojnam ło życie swoja.
                                                    Wy, kury, co jinszego: dlo wos groźny łón.
                                                    Ale nicht nie warzy, nie psiecze wrón.
                                                    Eszcze raczej tu sobzie
                                                    łochłap abo gnat zarobzie.
                                                    Żegnoj, Kokoszko, pa ! Szczajśliwej drogi !"

                                                    Doczkała sia nareszcie
                                                    gości nieproszonych w mieście.
                                                    Lecz jó, niestety, trasiuł zawód srogi:
                                                    łobcy, głodem morzony,
                                                    jął polować na wróny
                                                    i z siostrami pospołu
                                                    tyż poszła do rosołu.
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:"Jowisz i Żaba" 07.05.08, 21:48
                                                    Żaba, u stóp pagórka w bagnie
                                                    mieszkająca,
                                                    zapragnęła na ziosnę zblizyć sia do słóńca.
                                                    Chociaż nieświetnym buła psiechurem,
                                                    wygramoliła sia na górę
                                                    i u samego jej szczytu,
                                                    pełna zachwytu,
                                                    nolazła parów, a w tam parowie
                                                    apartament co sia zowie:
                                                    trawa gansta, wonne zioła,
                                                    psiankny zidok dookoła....
                                                    Chyba do końca życia tutaj pozostanie,
                                                    tak do gustu przypadło Żabie to mnieszkanie.
                                                    Lecz mninoł tydziań, potam drugi, szworty....
                                                    Ciepełko... gorónco, ukrop, skwar nie na żarty.
                                                    Upały letnie taką dały suszę,
                                                    że trudno buło nóżki zmoczyć musze,
                                                    a cóż dopsiero Żabie, dla chtórej tak ziele
                                                    znaczó, jak wziemy kómpsiele.
                                                    Zianc do Jowisza w modły: "O, psiorunów panie,
                                                    pomyśl, co sia ze mnó stanie !
                                                    Dał yś mi lokal psiankny, lecz w niam znosze manki,
                                                    bo brak łazienki.
                                                    O dysz'cz cia błagam. Niechaj leje ciurkam,
                                                    póki woda nie zrówna się z moim pagórkam".
                                                    Daremnie jednak prosi. Gdy pokorne modły,
                                                    nie wysłuchane, zawiodły,
                                                    jęła w gniewie gromić bożka,
                                                    że sia ło nió nic nie troska.

                                                    Na to Jowisz z uśniechem (buł w fejn humorze):
                                                    "Sądzisz, że nieba upusty otworzę
                                                    i wnet zatopię okolicę całą
                                                    dlatego, że się tobzie kómpieli zachciało ?
                                                    Skoro ci taka ochota,
                                                    wracaj do błota".
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:"Kamień i Robak" 09.05.08, 21:16
                                                    "Co to narobił gwałtu... gbur nieokrzesany!...
                                                    - rzekł ło dysz'czu z przekąsem Głaz w polu leżący.
                                                    - A jak to był przez ludzi gościnnie witany!...
                                                    Myślałem, ze ta radość nigdy się nie skończy.
                                                    Brzo ciykaw, co łón tu zrobziuł tak ziegiego ?
                                                    Ot, zabawił niecałe dwie godziny.
                                                    Zielga rzecz... Mnie to łóni cole nie spostrzego,
                                                    choć łod zieków ozdobą jestem tej doliny.
                                                    Nigdy słowa uznania nie słyszałem za to.
                                                    Ano cóż?... Ja grzmotami nigdy sobie
                                                    ani fajerwerkami reklamy nie robię:
                                                    leżę, gdzie padłem - czy zima, czy lato -
                                                    cicho i skromnie...
                                                    Cóż zianc majó godać ło mnie ?
                                                    Joł, joł, uznanie ma tylko reklamiarz".

                                                    Robaczek, co usłyszał te skargi kamnienia:
                                                    "Milczałbyś lepsi - goda - światu przyganiasz,
                                                    że dysz'cz, nie ciebzie, jek byś chcioł, łocenia.
                                                    Ale pamnientaj: dysz'cz, baziónc niedługo,
                                                    wody swej obfitą strugą
                                                    ożywił ziemię wysuszoną skwarem.
                                                    Ty zaś od wieków jesteś tylko jej ciężarem".
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:"Bławatek" 11.05.08, 22:28
                                                    Bławatek, w bujnej rosnący trawie,
                                                    zwarzony chłodem kwietniowej nocy,
                                                    osłabiony, zwiędły prawie,
                                                    tak o doli swej sierocej
                                                    nad ranem, smutny, szeptał wietrzykowi:
                                                    "Ach, słonecznego braknie mi tchnienia,
                                                    do złocistego tęsknię promienia.....
                                                    Niech wzejdzie słońce - wnet mnie uzdrowi".

                                                    Żuk, co w pobliżu na liściu się pasł,
                                                    usłyszawszy to, rzecze:
                                                    "Słóńce ma tam czas
                                                    zajmować się tobą,
                                                    ważna osobo.
                                                    Kto jak ja - na skrzydłach lata
                                                    i zna tajemnice świata,
                                                    ten ci, biedaku, opowie,
                                                    siła to łoboziónzków ma słóńce na głozie.
                                                    Lasy, pola i łónki to jego klienci.
                                                    Dla nich sia przede wszystkim wokół ziemi kranci.
                                                    Dbać tyż musi ło szczepy, cedry i modrzewie...
                                                    Lecz o takim drobiazgu, jak ty - wcale nie wie.
                                                    Ha, gdybyś choć należał do wspaniałych ksiatów,
                                                    co zdobią parki magnatów
                                                    lub ogrody psianknych mniast....
                                                    Ale ty ?.... Cóż ty jesteś ?... Ot, mizerny chwast!
                                                    Wiec naprzykrzać się słońcu, nie przystoi waści.
                                                    Więdnij, skoro zwiędnąć czas ci".

                                                    Lecz oto słońce wzeszło i ziemię ogrzało.
                                                    Łąki, pola przybrały znów szatę wspaniałą.
                                                    Błysnęły okna dworu i ubogich chatek...
                                                    Odżył też biedny Bławatek.
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:"Słowik" 13.05.08, 20:24
                                                    Ptasznik fitał słowiki i wsadzał do klatek,
                                                    by mu ziosnó śpsiewałi: lejdowoł śpsiew słowiczy.

                                                    Chociaż miały w więzieniu jadła dostatek,
                                                    nie rwią sia do śpsiewania mali niewolnicy.
                                                    Ten coś z nudów ćwierka, ów żałośnie kwili,
                                                    na pieśń popisową żoden sia nie sili.

                                                    Lecz buł jedan, co czuł sia szczególnie skrzywdzony,
                                                    bo tajskniuł do swej lubej, w lesie zostawionej.
                                                    Zianc pomyśloł: "Nie wskóram nic tu lamentami.
                                                    Czyż za płacze i jęki wolność człowiek da mi ?
                                                    Zjeść mnie nie zje, bom zaiste
                                                    zbyt malusi na pieczyste.
                                                    Lejduje śpsiew. A zianc dam mu, czego chce łode mnie.
                                                    Jeżli starań dołożę
                                                    i życie mu uprzyjemnię,
                                                    wdzięczny za to, wolnością nagrodzić mnie może ?"

                                                    W tej myśli wciąż się starał, śpsiewoł jek nopsienkniej.
                                                    Wreszcie na ptasznika cześć
                                                    hymn pozwolił sobie wznieść.

                                                    "Teroz - pomyśloł - syrcko jygo zmnianknie:
                                                    klatki tej łotworzy drzwiczki,
                                                    pofuram do swej samiczki".
                                                    cd
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:"Słowik" - motto 13.05.08, 20:25
                                                    Ale sia w swych rachubach zmylił Słowiczek.
                                                    Pan nie myśloł łotworzyć jego klatki drzwiczek.
                                                    Szpetnych śpsiewaków sia pozbył (bo żałował ziarna, gdy piosenka marna),
                                                    lecz dobrego psieśniarza mając w domu, człek
                                                    tym mocniej strzegł.
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:Biernat z Lublina 14.05.08, 20:58
                                                    Biernat z Lublina
                                                    (ok.1465-ok.1529)
                                                    Je to psiyrszy, chtóry łopisoł w jajzyku polskim żywot Ezopa i jinszych jego spraw.

                                                    Buł jedan mónż barzo dziwny,
                                                    W rzóndzeniu żywota psilny,
                                                    Urodzenia niewolnego (niewolnik)
                                                    A rozumu ślachetnego.

                                                    Z Ammonijum, wsi frygijskiej,
                                                    Która jest w ziemi trojańskiej,
                                                    Wyszedł Ezop, twarzy żadnej,
                                                    A wymowy barzo śladnej (lichy).

                                                    Głowę też mniał barzo silną,
                                                    Oczy wpadłe, barwę czarną,
                                                    Krótkiej szyje, długoczelusty (długoszczęki)
                                                    Czarnozęby z wielkimi usty,

                                                    Szeroki, niskiego wzrostu,
                                                    Wielkich nóg, miąższego łystu (gruba łydka)
                                                    Z tyłu niemiernie garbaty,
                                                    A z przodu lepak (zaś) brzuchaty;

                                                    A k temu co gorszego mniał,
                                                    Iże sia barzo zająkał:
                                                    Ale za ty niedostatki
                                                    Mniał dowcip na wszystkie gadki.

                                                    Słuchajta, Ezop to buł taki brzidas, kulfon. taki karzeł i żodna kobzieta jygo
                                                    nie chcioła, ale Bóg doł mu dar potam, dar wymowy i sztukę tworzenia bajek. Jygo
                                                    bajki buły noszone po caluskam śwecie z ust do ust i tak tłumaczone przetrwały
                                                    do dziś. Biernat z Lublina wiele ich rozpropagował i był tym pierwszym.
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:Słowik i krogulec 14.05.08, 21:00
                                                    A łoto nojstarsza bajka, jena z pierwych.
                                                    Słowik i krogulec

                                                    Słowik, iż ten obyczaj ma:
                                                    Siedząc w gaju słodko śpsiewa,
                                                    Zianc go krogulec ułapiuł,
                                                    Bo tam w gaju z nim społem buł.

                                                    Rzekł mu słowik: "Mniły ponie,
                                                    malusie ze mnie mosz śniadanie,
                                                    Patrz sobzie ptaka ziankszego,
                                                    A mnie puść, tako małego !"

                                                    Rzekł krogulec tymi słowy:
                                                    "Lepszyś ty mnie tu gotowy,
                                                    Niźli ini co furajó,
                                                    Chociaż ziancej mniajsa majó".

                                                    morał:
                                                    "Bo kto traci, co w ręku ma,
                                                    A niepewne rzeczy duma,
                                                    Takiemuć zmysłu nie zstawa*,
                                                    Pewne za niepewne daje.

                                                    * zmysłu nie zstawa - brakuje rozumu
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:Szczury 19.05.08, 20:18
                                                    Ezop poziada: szczurcy tak sobzie godali,
                                                    Coby zwonek na kota gromki wyrychtowali,
                                                    Potam gdy kot pudzie do noju, po brzanku poznamy,
                                                    A przed jygo chytrościo zawdy posmykamy.

                                                    Jedan z nich poziedzioł:
                                                    "Choć fejn, coby zwonek juz buł, tlo chtóry bandzie tak dzialny coby na kota go
                                                    założuł ?

                                                    Bartosz Paprocki
                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
                                                  • rita100 Re:"Dwie suce" (suki) 24.05.08, 21:18
                                                    "Dwie suce" (suki)
                                                    w/g Krzysztofa Niemirycz

                                                    Buła taka jena suka na oszczenianiu i nie mniała swygo kóncika, a cujónc co jó
                                                    juz strzyka poszła do swyj sójsiadki prosić coby ji budki ustómpiuł na cias krótki.
                                                    Sójsiadka tak cnotliwo buła, ze suce budke użyczuła.
                                                    Cias juz mninoł, juz szczanianta siła niydziel mniołi i dziedziczka chcce coby
                                                    sia z budy rumowały (wyprowadziły).
                                                    - Zmiłuj sia - mówzi matka - dopsiero przejżałi na śliypsia, poczkaj tydziań,
                                                    niychaj sia odessą.
                                                    I na te racyje dziedziczka musiała poczkać.

                                                    I mnija drugi termin, i znowój dziedziczka jidzie do domu swojego.
                                                    - Co ty godasz ? - mózi matka ze szczeniakami i łogon wysoko podnosi - łobaczym,
                                                    chto mnie z familiją moją stónd wypandzi i wyfuka; nicht tu sia ciebzie nie boji !
                                                    Noju to dom i nie dom sobzie kadzić !
                                                    A szczanianta, juz bułi tyle, co mogłi zambami zawadzić.

                                                    --
                                                    »¸.•*»Mym-só-kokanti»¸¸.•*¨`•»
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka