SZKOLA PODSTAWOWA NR//7 w olsztynie Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne

Ten wątek został zamknięty i nie można dodawać postów.
Sprawdź, czy dyskusja trwa w innych wątkach.

      • zarchiwizowany
        Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 18.02.02, 09:11
        Nie mogę sie odrobinę nie wkurzać. Teraz mam tak, że jest twój ostatni post, a
        przed nim dwa dni przerwy, a tam miały być ważne sprawy np. od Magdy.
        • zarchiwizowany
          Gość: LP® IP: *.de45616.dealer.de / 10.57.42.* 18.02.02, 09:21
          Moze pozniej bedzie lepiej.
        • zarchiwizowany
          Gość: mr IP: *.moodys.com 18.02.02, 10:25
          JD - Juz odpowiadam!
          Przerobiony kosciol- z zewnatrz wyglada tak jak dawniej: okna z witrazami
          czerwona ceglowka, pochyly dach. Przerobiony za to w srodku, bo ma w sumie
          dwa pietra i jest w nim 7 mieszkan, kazde dwupoziomowe i kazde inne. Maja one
          przecietnie 100m2 i belki pod sufitem. Ja belek ani witrazy nie mam (bo
          mieszkam na pierwszym i drugim pietrze)ale udalo mi sie zalapac na 30m2 taras z
          wielkimi oknami.
          Co do religijnosci Anglikow, to ogolnie sa protestantami. Ale jest tez i tyle
          odlamow protestanckiej religi, ze sie trudnio w tym polapac. Jest duzo
          katolikow ale to przewaznie Irlandczycy, Hiszpanie, Wlosi czy tez Polacy i ci
          maja wlasne koscioly. Kosciol ogolnie rzecz biorac nie ma znaczenia w
          codziennym zyciu. Ludzie od czasu do czasu sobie chodza na msze ale raczej to
          starsze generacje a i ksieza przerabiaja raczej tematy biblijne niz wtracaja
          sie w polityke. Nikt znowu religi nie bieze na serio. W niedziele i nawet na
          Swieta koscioly swieca pustkami.
          Inne wyznania tez istnieja. Jakie tylko chcesz, poniewaz mieszka tu taka
          mieszanina ludzi: Buddyzm, Hinduizm, Sikh, Islam, Ortodoksja itp itd.
          Ja chodzilam tutaj do katolickiej szkoly i jedyna roznica miedzy "normalna"
          szkola a moja bylo to, ze raz w tygodniu mielismy lekcje religi a raczej
          religioznastwa i tyle. Nie uczyli nas ksieza ani siostry tylko normalni
          nauczyciele. A tak ogolnie katolickie szkoly tutaj sa bardzo popularne, bo maja
          lepsze wyniki w nauce i lepsza dyscypline.
          A co chcesz wiedziec o mojej pracy? Pracuje w Moody's ktore nadaje firmom,
          projektom, krajom tak zwane credit rating na podstawie ich finansowych danych.
          Na podstawie kodu jakie my nadajemy wiesz czy inwestycja w dany projekt, firme
          ma sens czy tez nie, jakie jest prawdopodobienstwo, ze nic na swojej inwestycji
          nie zarobisz itp itd...Moody's ratings sa rozpoznane na calym swiecie. To tak w
          skrocie ale jak chcesz wiedziec cos bardziej konkretnego to pytaj dalej.
          • zarchiwizowany
            Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 18.02.02, 11:30
            Z tym kościołem - świetna sprawa. A komorne płacicie kościołowi czy miastu? Czy
            kościół jako budynek dalej jest własnością kościoła jako instytucji? Z tym
            twoim Moody już chyba wiem o co chodzi, choć dla mnie Moody wiąże się wyłacznie
            z zespołem Moody Blues. Czy ty i Leszek też, jak ja, nie macie wyświetlonych
            postów z 15 i 16 lutego?
            • zarchiwizowany
              Gość: detritus IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 18.02.02, 11:58
              Wlasnie wrocilem z prawie tygodniowego wypadu na uczelnie i probuje nadrobic
              straty :o)
              Ale rzeczywiscie w moim ulubionym watku jakies dziury sa... :(
              • zarchiwizowany
                Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 18.02.02, 12:55
                Witamy. Detritusie, pamiętam o sprawie z twoją stroną, ale jeszcze troche to
                potrwa zanim się zabiorę, choć na 50-lecie szkoły zrobiłem (i robię gdy mam
                chwilę czasu) wybór tekstów poświeconych samej szkole (jest to na wątku 50-
                lecie...), więc jest już zaczątek. Jak z oblewaniem?
                • zarchiwizowany
                  Gość: detritus IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 18.02.02, 13:11
                  Chwilowo oblewam to ze nic nie oblalem... ;o)))))))))))))
                  W najgorszym razie jutro bede musial pojechac do Cz-wy na jednen egzamin
                  poprawkowy ;)
              • zarchiwizowany
                Gość: mr IP: *.moodys.com 18.02.02, 13:02
                Komornego nie placimy nikomu, bo budynek jest nasz czyli ludzi, ktorzy kupili
                mieszkania. Splacamy jedynie pozyczki bankom za zakup mieszkan. Placimy tak
                zwany ground rent ale jest to symboliczna suma, bo tylko £100 rocznie i placimy
                to gminie. Owszem mamy roczna oplate za naprawy czy tez swiatlo i
                elektrycznosc, sprzatanie, ubezpieczenie budynku, ogrodnika ale to placimy
                firmie ktora sie zajmuje tak zwanym management naszego budynku. W styczniu
                dostajemy od nich fakture z oplatami za niektore rzeczy z roku poprzedniego
                oraz przedplaty na rok terazniejszy. Jesli nam ta firma z czyms podpadnie to
                mozemy ja zmienic. Kosciol w momencie sprzedania budynku "umyl" od niego rece.
                Tez nie mam 15-go ani 16-go lutego.
                • zarchiwizowany
                  Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 18.02.02, 20:05
                  Detrutusie, czy dobrze rozumiem, że jeździsz na te oblewania na drugi koniec
                  kraju do Częstochowy?
                  Magdzie winien jestem opowieść o moich wybitych zębach. Nie jest ona aż tak
                  urocza i malownicza, jak twojej koleżanki, ale zawsze... No więc miałem jakieś
                  5-6 lat. Do moich rodziców (AL. Przyjaciół 34) przyszli z niedzielną wizytą
                  znajomi, mieli też dziecko żeńskie mniej więcej w moim wieku. Pobawilismy sie w
                  ogrodzie, potem zabawkami, no i zrobiło sie nudno. Więc wymyśliłem zabawę.
                  Wziąłem sporą deskę do prasowania mojej mamy, oparłem o parapet, no i
                  zaproponowałem, że będziemy po tej desce wchodzić na parapet, który był na
                  wysokosci naszych głów, wieć wydawało mi sie to atrakcyjne. Ona sie bała, więc
                  wchodziełm ja. Szło mi coraz lepiej, więc robiłem to z coraz wieszym luzem i
                  pewnością siebie, ale za jakimś piątym razem deska w trakcie mojego wchodzenia
                  zsunęła się z parapetu, a ja przednimi zębami w ten parapet zaryłem.
                  Wrzeszczałem strasznie, leciała krew w sporych ilościach, przybiegli z drugiego
                  pokoju dorośli, i słusznie chyba uznali, ze jedziemy na ostry dużur. Zadzwonili
                  po taksówkę i pojechaliśmy. Dwa przednie zeby, którymi trafiłem w parapet
                  bolały strasznie, ale jakoś sie trzymały na miejscu. W szpitalu skierowali nas
                  do dentysty, a ten od razu wyjął moje dwa zęby palcami bez żadnego oporu;
                  jeszcze dziś czuję to delikatne ich wysuwanie się ze mnie. Potem jeszcze
                  porobił jakieś opatrunki, i tyle. Wrosły mi na miejscu tych mleczaków dwa
                  wyjątkowy zgrabne przednie zęby, które do dziś pielęgnuję.
                  • zarchiwizowany
                    Gość: detritus IP: *.brzeziny.sdi.tpnet.pl 18.02.02, 21:29
                    No niestety, do szkoly mam daleko i pod gorke ;o)
                    Ale za to egzaminy zdane, wasni dostalem info :o))))))))
                    • zarchiwizowany
                      Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 18.02.02, 21:37
                      No to pięknie; teraz możesz to oblewać (delikatnie drinkując) w rodzinnych
                      stronach. A swoja drogą co cię nosi aż do Częstochowy? Narzeczona, czy może
                      kształcisz sie u ojców-paulinów? Z przyjemnością dałbym ci w aktualnej sytuacji
                      wiadomą robotę, ale muszę coś jeszcze pokończyć, by w ogóle utrzymać się na
                      powierzchni egzystencji.
                      • zarchiwizowany
                        Gość: detritus IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 19.02.02, 14:50
                        Ja tez musze nieco zajac sie praca, wiec do konca tygodnia i tak nic nie rusze
                        przy stronce.
                        A do Czestochowy nosi mnie blad mlodosci polegajacy na kiepskim wyborze
                        uczelni ;))))
                        • zarchiwizowany
                          Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 20.02.02, 21:51
                          A czy ktoś pamięta syrenę alarmową na budynku Alei Przyjacół 31?
                          • zarchiwizowany
                            Gość: LP® IP: *.pppool.de 20.02.02, 23:50
                            Ja pamietam ta syrene bardzo dobrze, jak robili probne alarmy to strasznie wylo.
                            Tam mieszkal kiedys znany laryngolog chyba Laszko. Slyszalem kiedys taka
                            historie ,jak wiecie w Lansku jest i byl osrodek rzadowy. Przed wielu laty
                            jeszcze jak rzadzil ten bandyta Gomulka ,po jakims polowaniu Gomulce stanela
                            kosc w gardle i wiecie do kogo sie udali po pomoc wlasnie do naszego sasiada z
                            AP .
                            jd. dlaczego pytasz o te syrene ? jeszcze jedno sprawdziles
                            poczte ? wczoraj dostalem od WP strone gazety o naszej szkole .
                            Filut wyglada jak 25 lat temu !! (wyslalem ci to i Fredkowi tez)

                            A kto pamieta jak strzelali po drugiej stronie jeziora z armat duzego
                            kalibru .(to bylo jakies swieto Polsko -Sowieckie )polecialo wtedy bardzo duzo
                            szyb na AP.


                            • zarchiwizowany
                              Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 21.02.02, 09:44
                              Leszek, to bardzo słuszne i koleżeńskie z twojej strony, że mi przesyłasz, gdy
                              tylko coś masz ciekawego (rób tak koniecznie nadal), ale na razie nic nie
                              dotarło.
                              W domu z syreną rzeczywiście mieszkali Laszkowie i było to miejsce jak na
                              kanony Alei dość arystokratyczne (chyba już w latach 60-tych był domofon przy
                              drzwiach wejściowych do budynku, choć z kolei przez ogródek z przodu
                              przechodzili wszyscy wracajacy z ogródka jordanowskoego, bo były tam takie dwie
                              poręczne furtki umożliwiające mały skrót. Pytałem o tę syrenę, bo wiąż się z
                              nią istotne wydarzenie mego dzieciństwa. Miałem chyba ze cztery-pieć lat,
                              beztrosko bawiłem się na ulicy i nagle na syrena zawyła, na co w ogóle nie
                              byłem przygotowany. Nie wiedziałem, ze coś takiego jest możliwe. Chyba nigdy
                              nie zwróciłem wcześniej na nią uwagi, a rodzice mnie nie przestrzegli. No wiec
                              gdy ona zawyła, wpadłem w absolutne przerażenie. Głos miała tak donośny,
                              wibrujacy i przerażliwy, że wydawał się oznaczać, że za chwilę na boisko szkoły
                              spadnie bomba atomowa. Wydawało mi się, że zaraz ziemia się rozstąpi i wciągną
                              mnie czeluście. W panice pobieglem do domu, nie było daleko i mieszkaliśmy na
                              parterze (AL. P. 34), ale były trzy schodki w korytarzu, no i upadłem na te
                              schodki, uderzyłem porządnie głową, wydarłem sie prawie jak ta syrena, wybiegli
                              dziadkowie, krew sie podobnie porządnie lała, bo głowę mocno rozciąłem. Trzeba
                              było jechać do szpitala, tam było zszywanie, no i już stałym elementem
                              rodzinnych wspomnień stała sie ta moja głowa i syrena. Ślad na czole po tym
                              wydarzeniu mam do dzisiaj i lubię go.
                              • zarchiwizowany
                                Gość: mr IP: *.moodys.com 21.02.02, 13:11
                                Ja tez chcialabym te zdjecia zobaczyc! Moja mama ma zdjecie Filuta w sukience z
                                jakiegos biwaku. Moze w koncu zbiore sie do kupy i je zeskanuje.
                                jd - ja tez dzieki syrenie mam blizne i szwy - ale na dloni. Tez mialam chyba z
                                5 lat i wracalm z dziadkiem ze sklepu niosac w takiej fajnej sznurkowej siatce
                                mleko. Nagle bez powodu zaczela wyc ta syrena, ja ze strachu sie potknelam,
                                butelka z mlekiem sie rozbila a ja bardzo sprytnie na to szklo sie wylozylam.
                                Oczywiscie tez byl ryk i to jaki, potem szpital i szwy. Nastepnego dnia za to
                                czulam sie bardzo wazna, bo mialam zabandazowana lape i moglam sie chwalic, ze
                                bylam w szpitalu. Jak sie ma 5 lat to fakt, ze sie bylo w szpitalu i ma szwy
                                jest na prawde powodem do dumy....
                                • zarchiwizowany
                                  Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 21.02.02, 13:45
                                  Zeskanuj te zdjecia koniecznie. Jeśli tylko coś będę miał od Leszka, to ci
                                  prześlę. Tak podejrzewałem, że nie tylko mi ta syrena zapadła w pamięć.
                                  Przyznasz, że naprawdę wyła jak na początek trzeciej i ostatniej wojny
                                  światowej, a w latach mego dzieciństwa kwestia wojny rozważana była jako
                                  całkiem możliwa (za sprawą wspomnień dorosłych, Kuby, czy na przykład NRF-
                                  owskiego - bo tak się wtedy oficjalnie Niemcy Zachodnie u nas nazywały -
                                  rewanżyzmu i rewizjonizmu).
                                  • zarchiwizowany
                                    Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 21.02.02, 17:31
                                    Leszek, ciągle nic nie mam w poczcie, a narobiłeś mi smaku.
                                    • zarchiwizowany
                                      Gość: mr IP: *.moodys.com 21.02.02, 18:09
                                      Wiesz masz racje z ta syrena. Wyla jak diabli. Jestem pewna, ze jeszcze duzo
                                      ludzi moze sie poszczycic roznymi bliznami, ktorych sie dorobili wlasnie dzieki
                                      niej. Moja blizna mi sie przydala, bo jest na lewej dloni i jak w zerowce
                                      uczono nas ktora reka jest prawa, a ktora lewa, to ja juz to wiedzialam i nigdy
                                      mi sie nie mylilo.
                                      Wiesz, przeczytalam w cytatach o 50-cio leciu 7-ki o tych lawkach z dziurami na
                                      kalamarze. Ja tez w takich siedzialam w pierwszej klasie. Nasza klasa byla ta
                                      na koncu korytarza na parterze przy ubikacjach dziewczecych (!), z oknami na
                                      ogrodek. Probowano nas uczyc pisac piorami ale nie duzo z tego wyszlo (nie
                                      uzywalismy kalamarzy, bo byly juz piora na naboje), bo nam sie to wszystko
                                      rozmazywalo, rak nie mozna bylo domyc, wiec powrocilismy do dlugopisow, ktore
                                      tak samo sie rozmazywaly. A bledy w zeszycie zaklejalo sie taka bezowa tasma z
                                      gesia skorka.
                                      • zarchiwizowany
                                        Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 21.02.02, 19:46
                                        Sama widzisz, jakie miałem ciężkie dzieciństwo z tymi piórami i kałamarzami.
                                        • zarchiwizowany
                                          Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 21.02.02, 19:48
                                          Zapomniałem cię Magda zapytać, czy nie masz kłopotów z czytaniem tu polskich
                                          znaków, które my używamy bez skrupułów?
                                          • zarchiwizowany
                                            Gość: LP® IP: *.karlsruhe.ipdial.viaginterkom.de 21.02.02, 21:26
                                            Janusz sa jakies problemy ,Fredek dostal gazete tylko w czesci a ja dostalem
                                            wiadomosc od hotmail.com ze moja skrzynka pocztowa jest przeladowana.
                                            Jutro cos z tym zrobie.
                                            pamietacie sklep gdzie kupowalo sie stalowki i gumki myszki na AP ?
                                            • zarchiwizowany
                                              Gość: detritus IP: *.brzeziny.sdi.tpnet.pl 21.02.02, 21:42
                                              Jak zwykle nieco offtopic ;)
                                              Dotarl do mnie przewodnik z Olsztyna z 1914 roku, z arcyciekawa mapa - kazdy
                                              budynek jest osobno oznaczony. Waszego osiedla oczywiscie nie ma ;), zabudowana
                                              jest czesc wybrzeza z koszarami oraz poczatkowy odcinek Baltyckiej. Skan
                                              podeslalem, prosilbym tylko jd o podeslanie dalej do LP - zgubilem adres.
                                              Co mnie zaciekawilo, kolo Grunwaldzkiej znalazlem zaznaczona synagoge i
                                              cmentarz zydowski... Nie wiecie co sie z nimi stalo?
                                              • zarchiwizowany
                                                Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 21.02.02, 22:08
                                                Leszek, spokojnie czekam. Sklep z rzeczami szkolnymi był kiedyś na samym
                                                początku ciagu sklepów pod filarami. O to chodzi?
                                                Detritusie, oczywiście wszystko prześlę dalej do Leszka. Twoje pytania są na
                                                takim poziomie profesjonalizmu, że ja wysiadam, ale może Leszek coś wie.
                                                Natomiast brzmi to, o czym piszesz pasjonująco. Wyrazy podziwu i uznania.
                                                • zarchiwizowany
                                                  Gość: DD IP: *.olsztyn.cvx.ppp.tpnet.pl 22.02.02, 01:07
                                                  Po cmentarzu żydowskim zostało kilka drzew, nie jestem pewien, ale na reszcie
                                                  terenu postawiono kilka lat temu dom mieszkalny ! (Naprawdę nie jestem pewien)
                                                  Wiem natomiast, że albo synagogę, albo budynek cmentarny zaprojektował Eryk
                                                  Mendelssohn znany architekt rodem z Olsztyna (w Polsce najbardziej znanym jego
                                                  projektem jest dom towarowy w centrum Wrocławia -taki lekko zaokrąglony,
                                                  największą jednak sławę zdobył w USA) Te informacje mam lekko przymglone bo
                                                  czytałem o tym 30 lat temu - polecam książkę Andrzeja Wakara "Olsztyn" - tom I
                                • zarchiwizowany
                                  Gość: Fredek IP: *.nwbi.de / 10.2.1.* 22.02.02, 11:13
                                  Co za osiedle ...
                                  Kazde dziecko tam kiedys zszywali ?
                                  Mnie tez. :))

                                  To bylo w przedszkolu.
                                  Mama odbierala nas i dzieciakow od sasiadow po poludniu z przedszkola.
                                  I w zimie to troche potrwalo az wszysca ubrani w skafandry, kombinezony , szaliki , czapki i rekawiczki.
                                  Moj mlodszy brat i ja bylismy juz gotowi i postanowilismy czas czekania skrucic jazda na sankach z gorki w
                                  kierunku jez. dlugiego obok wejscia do przedszkola.
                                  Tylko ze tam po srodku stala i stoi taka sosna(?) , ktora koniecznie trzeba bylo minac z prawej albo lewej.
                                  Smigalismy z gorki na koguta (ja na brzuchu na sankach, a brat u mnie na plecach).
                                  Sosne udalo sie ominac. Ale plot nie.
                                  Zachaczylem policzkiem o jakis wystajacy drut ...
                                  Nawet nic nie bolalo , najpierw.
                                  My z powrotem do wejscia i czekalismy na mame.
                                  Tylko ona troche zbladla jak mnie zobaczyla.
                                  Od razu do przychodni (po drugiej stronie przedszkola) i taksowka do szpitala.
                                  Tam mnie zszyli ... i blizne mam do dzisaj.
                                  (Aniolka mialem wtedy naprawde ... bo kilka centymetrow wyzej i bylo by po lewym oku ...)
                                  W nastepnych dniach pytalem sie matki czy o tym cos w gazecie napisali ...
                                  Ale nic ...
                                  W moim wtedy 6-letnim umysle nie moglem zrozumiec dlaczego takie "wielkie wydarzenie" nie zostalo
                                  opisane w gazecie.

                                  • zarchiwizowany
                                    Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 22.02.02, 11:35
                                    Detritusie, nie denerwuj się, bo coś schrzanisz w robocie (choć rozumiem, że
                                    nie dołącznie do listu załącznika jest dużym błędem - ale odwracalnym).
                                    Fredek, pięknie to opisałeś. Wszytko to widziałem jak w kinie, albo jakbym to
                                    ja był drugą częścią koguta. No i świetnie kojarzę tę słynną sosnę.
                                    • zarchiwizowany
                                      Gość: Krzysiek IP: *.olsztyn.cvx.ppp.tpnet.pl 22.02.02, 23:52
                                      Witajcie. Mało mam czasu, więc wątek czytam "z doskoku"
                                      Mam jednak parę, wydaje mi się, ciekawych informacji.
                                      1. Dot. wydruków Jeden z pierwszych był mój. Zrobiony około 500 posta.
                                      Aktualnie, oprawiony, krąży gdzieś po naszej dzielnicy.
                                      2. Dot. sklepiku szkolnego, o którym wspominał Leszek. Sklepik miał formę
                                      samodzielnej budki i jako taki, nie był przymocowany do podłoża. Pamiętam,
                                      kiedyś, sprzedawcy z tego sklepiku zostali perfidnie w nim uwięzieni za sprawą
                                      kilku osiłków, którzy ten sklepik dostawili drzwiami do ściany. Ubaw był po
                                      pachy.
                                      3. Dot. syreny. (jd) Wyła jak cholera. Kiedyś widziałem na podwórku Al.P. 36
                                      (czyli dokładnie druga strona ulicy)reakcję młodego kotka na jej dźwięk. Wasze
                                      upadki to pikuś. Ten kot mało nie wyskoczył z własnej skóry. Biegał w kółko z
                                      obłędem w oczach. A my? My ryliśmy ze śmiechu.
                                      4. Dot. cmentarza żydowskiego na Grunwaldzkiej.(detritus, MM) Synagoga była w
                                      budynku, w którym od lat (czy jeszcze teraz - nie wiem) miał zakład fryzjer
                                      Pikus. Mendelson zaś, zaprojektował dom pogrzebowy. Dziś odnowiony, jednak w
                                      swojej formie - nic szczególnego. Wogóle, górka na Grunwaldzkiej od zarania
                                      dziejów miasta była terenem pochówków. Kaplica Jerozolimska (druga strona
                                      ulicy) postawiona (chyba w czasach epidemii) została w pobliżu cmentarza. Był
                                      tam jeszcze szpital, tylko niżej, w stronę miasta. Kompletne informacje na ten
                                      temat w książce A. Wakara "Olsztyn". Jeśli chcesz - służę wypożyczeniem lub
                                      ksero fragmentów. Kontakt: kkg@box43.gnet.pl
                                      5. Dot. sosny w przejściu obok przedszkola (Fredek). Otóż stoi i ma się dobrze
                                      mimo, że zajmuje więcej miejsca niż pozostawia luzu dla przechodniów.
                                      6. Dot. spalonych dzienników. Jest to prawda. Akurat zrobili to chłopacy z
                                      klasy o dwa lata niżej zagrożeni repetą. Spalili swój dziennik, a żeby zmylić
                                      trop - jeszcze jeden, innej klasy. Jak sprawa się wydała - nie mam pojęcia.
                                      Pamiętam jednak, że wszyscy uczniowie obu klas mieli generalnie problemy. Nikt
                                      się z ich uczynku nie ucieszył, mimo, że pewnie takie mieli intencje.
                                      7. Dot. ogólnie obchodów rocznic. Jutro (sobota) odbędzie się spotkanie
                                      klasowe mojej klasy z SP 7. Dwadzieścia lat po ukończeniu szkoły. W wolnej
                                      chwili zdam relację.
                                      Pozdrawiam wszystkich serdecznie.
                                      • zarchiwizowany
                                        Gość: detritus IP: *.brzeziny.sdi.tpnet.pl 23.02.02, 08:50
                                        Mapke poslalem ponownie, mam nadzieje ze teraz przejdzie.
                                        Co do synagogi - oczywiscie Wakra posiadam, w koncu to "Biblia" dla
                                        Olszyniaka ;)
                                        Jednak tam niewiele na ten temat znalazlem. Dopiero dzis rano ruszylem glowa i
                                        siegnalem do "Dziejow olsztynskich ulic" Piechockiego i znalazlem wszystkie
                                        interesujace mnie informacje :o)
                                        • zarchiwizowany
                                          Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 23.02.02, 11:38
                                          Krzysiek, piękne dałeś informacje i koniecznie zdaj relację z zebrania.
                                          Detritusie, mapka dotarła i przerzuciłem do Leszka.
                                          Leszek, na pocztę web.de posłałem ci mapkę od detritusa.
                                          Pozdrawiam wszystkich weekendowo, choć ja mam akurat robotę, ale lubię ją, a
                                          poza tym pozwala mi ona co jakiś czas tu zaglądać.
                                          • zarchiwizowany
                                            Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 23.02.02, 19:50
                                            Moje najlepsze wspomnienia związane z Aleją Przyjaciół (choć w zasadzie
                                            wszystkie są najlesze) dotyczą czasów, gdy nie było jeszcze ulicy Bursztynowej
                                            i tej drugiej nowej, do nie równoległej, i gdy ten teren należał w cześci do
                                            ogródków budynków Alei Przyjaciól po stronie dalszej od jeziora, a w cześci
                                            stanowił tak zwaną "uliczkę". Było więc wtedy tak, że nieparzyste budynki Alei
                                            Przyjaciól miały ogródki dwa razy wieksze i gdy doszło sie do końca tych
                                            ogródków, to miało się wrażenie - szczczególnie gdy było sie małym - że jest
                                            bardzo bardzo daleko od domu i rodziców, i można było sobie poszaleć chodzeniem
                                            po drzewach, zrywaniem niedojrzałych owoców (królowały tam papierówki) i
                                            dziecięcymi kłótniami. Natomiast "uliczka" to były nieprzebrane gęstwiny
                                            krzaków i zielska, poprzecinane rzeczywiście ścieżkami-uliczkami. Gdy sie tam
                                            poszło, to z jednej strony było się blisko domu, ale z drugiej strony wchodziło
                                            się w inny, troche tajemniczy i nieprzewidywalny świat nieokiełznanej natury.
                                            Było to świetne miejsce to zabaw w chowanego i podchody, albo do
                                            przyjacielskich zwierzeń. Wszystko to sprawia, że nie mam za bardzo serca do
                                            Bursztynowej i tej drugiej.
                                            • zarchiwizowany
                                              Gość: LP® IP: *.pppool.de 23.02.02, 23:06
                                              Ja mam calkiem niezle wspomnienia jezeli chodzi o Bursztynowa ,my nazywalismy
                                              ten rejon BUDOWA . Wspanialy teren do zabawy!!! budynki bez okien i
                                              drzwi ,mozna bylo sie tam bawic w wojne i cholera jeszcze wie w co.Pamietam ze
                                              jedna z "lepszych" zabaw bylo strzelanie z karbitu ktorego tam nie brakowalo.
                                              Pamietacie kogo nazywalo sie Murzyn a kogo Biedak. Biedak dlatego ze
                                              budowal swoj dom dobre 10 lat albo jeszcze wiecej. Ci dwaj panowie sprawiali
                                              nam dzieciom najwiecej klopotow ( albo my im ).To byly naprawde wspaniale
                                              czasy.
                                              • zarchiwizowany
                                                Gość: krzysiek IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 24.02.02, 11:42
                                                Oficjalnie informuję, że wiadome spotkanie się odbyło. Ból głowy jest
                                                całkowicie zasłużony. Postaram się na chwilę o nim zapomnieć i zdać krótką
                                                relację. Najkrótsza brzmi: było wspaniale. I nie mam tu na myśli samej tylko
                                                imprezy. Wspaniałe było to, że niektóre osoby zobaczyłem pierwszy raz od 20
                                                lat. Jedni porobili kariery, inni jakoś tam sobie radzą. Jedni szli drogą
                                                prostą inni krętymi ścieżkami. Jednak najważniejszym wspomnieniem tego
                                                spotkania będzie dla mnie stwierdzenie, że ludzie się nie zmieniają. To, co
                                                mają w sobie od dzieciństwa pozostaje w nich na zawsze. Oczywiście nakładają
                                                się na to wszystkie doświadczenia, przeżycia itd. Ale ten "środek" pozostaje
                                                bez zmian. Tak więc siedząc w gronie dojrzałych ludzi (34,35 i 36 lat)
                                                widziałem dokładnie to, co przed 20tu laty. Tylko nieco inaczej
                                                opakowane...............
                                                Nasze spotkanie zasczyciła swoją obecnością Pani Dyrektor (obecna!).
                                                Przedstawiła plan obchodów 50 lecia. Nie powtórzę go Wam, bo nie chcę wybiegać
                                                przed szereg. Powiem tylko, że jest atrakcyjny. A do udziału w obchodach nam
                                                nadzieję Was i tak nie trzeba namawiać. Chociaż..... Ja sam zanim pojechałem
                                                na to nasze spotkanie byłem pełen obaw. Zastanawiałem się, czy warto. Dzisiaj
                                                wszystkim, którzy mają jakiekolwiek wątpliwości mówię: warto! Warto na chwilkę
                                                wrócić do tych czasów, kiedy szkoła była jedynym zmartwieniem (przeważnie
                                                nawet nie), a do kluczowych problemów należało to, czy dzisiaj gramy w nogę,
                                                bawimy się w chowanego, czy idziemy na jabłka. Taki powrót jest niezwykle
                                                przyjemny, bo uświadamia jak bardzo beztroskie jest dzieciństwo. Warto to
                                                sobie przypomnieć, zwłaszcza jeśli dzisiaj samemu jest się rodzicem.
                                                Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie.
                                                • zarchiwizowany
                                                  Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 24.02.02, 13:27
                                                  Krzysiek, jesteśmy dodatkowo przez ciebie przekonani. Trzymaj na miejscu rękę
                                                  na pulsie wydarzeń i dawaj znak o wszystkim.
                                                  • zarchiwizowany
                                                    Gość: DD IP: *.olsztyn.cvx.ppp.tpnet.pl 24.02.02, 17:20
                                                    Moje wspomnienia z Bursztynowej przypominają to o czym pisał LP. To była wielka
                                                    budowa, a my tam szaleliśmy w sposób absolutnie wariacki. Pamiętam 2 historie:
                                                    1/ wchodziliśmy po drabinie na jakiś taras w budowanym domku. Ja ubezpieczałem
                                                    drabinę (trzymając) ją przy ziemi, a Janusz Siwicki wchodził na górę. Nie
                                                    wiedzieliśmy, że cegły na górze są ułożone luzem... Duża ich część wylądowała
                                                    na mojej głowie. Krew pociekła, a ja wytarłem ranę znaleziona na budowie
                                                    gazetą. Po trzech dniach na przerwie w szkole ktoś zaszedł mnie od tyłu i
                                                    zakrył oczy (z pytaniem "zgadnij kto to?"), przycisnął moją głowę do swojego
                                                    fartuszka no i trysnęłą ropa niczym w Kuwejcie. Dalej były zastrzyki przeciw
                                                    tężcowi, awantura w domu i krzywa czaszka dobrze jeszcze ukryta dzisiaj pod na
                                                    szczęście nieprzerzedzonymi włosami.
                                                    Drugą historię opowiem ku przestrodze dzisiejszej młodzieży, bo jest to opis
                                                    dziecięcej totalnej głupoty. Razem z kolegą (nie powiem z kim bo to naprawdę
                                                    był głupi wyskok) odkrylismy skrytkę na klucz do domu zbudowanego w stanie
                                                    surowym (ale z oknami i drzwiami). To była bomba. Mielismy własną kryjówkę,
                                                    gdzi mogliśmy bawić się godzinami: biegać po pokojach (schodów jeszcze nie było)
                                                    i bawić się w chowanego. Pewnego razu zastaliśmy w garazu świeżą dostawę płyt
                                                    styropianowych pewno przygotowanych do ocieplania budynku. Urządziliśmy sobie
                                                    super skocznie. Skakaliśmy z parteru i jeszcze wyżej na te płyty które
                                                    przesunelismy pod klatkę schodową. Myślę, że rozwalilismy je wszystkie. Dziś
                                                    wiem, że przez głupotę naraziliśmy kogoś na ogromną stratę (nie mówiąc już o
                                                    tym, że w tamtych czasach okropnie trudno było kupić taką ilość styropianu).
                                                    Właściciela tego domku (nie pamiętam już gdzie ten dom stał - wiem że na górce)
                                                    mogę dziś tylko przeprosić i pocieszyć, że występek ten przez długie lata
                                                    targał moje sumienie.
                                                  • zarchiwizowany
                                                    Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 26.02.02, 17:57
                                                    Magdzie i Fredkowi dziękuję za artykuł. Zdjęcie szkoły jest świetne.
    • zarchiwizowany
      Gość: dyr.sp7 IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 26.02.02, 18:08
      Spotkanie rzeczywiście było przemiłe. Byłam, widziałam. Podaję program
      obchodów: 10 maja dla obecnych uczniów, 11 maja dla byłych uczniów,
      absolwentów, nauczycieli, dyrektorów.
      11 maja
      9.30 - msza w Kościele M.B. Saletyńskiej ul. Morska
      11.00 - 12.30 - rocznicowe uroczystości
      apel "50 lat szkoły'
      występ Chłopięcego Chóru Miasta Olsztyn pod kierownictwem
      J.Wojtkowiaka
      wystąpienia gości
      12.30 - zwiedzanie szkoły, sal pamiątkowych
      około 13.30 - towarzyskie spotkania przy kawie.
      Każdy uczeń, absolwent naszej szkoły ma bezpłatny wstęp na tę uroczystość.
      Chociaż mile widziane są wpłaty od serca na konto, które podamy niżej.
      Proponujemy równiez uroczysty bankiet w restauracji o godz. 18.00. Cena 60zł +
      20zł na koszty organizacyjne. Wpłaty można dokonać na konto lub bezpośrednio w
      szkole do przewodnicaącej obchodów 50lecia SP7. Wpłat nalezy dokonać do 15
      kwietnia 2002r. Należy również podać nam adres celem wysłania zaproszenia,
      które jednoczesnie będzie kartą wstępu do restauracji. Przypominamy konto:
      MILLENNIUM BIG BANK GDAŃSKI S.A.
      11501303-26331487
      wpłatę dokonać na nazwiska
      IWONA DRAJKOPEL, BOŻENA SZYMKIEWICZ tytułem:50LAT SZKOŁY
      Dla osób mieszkających poza Polską:
      BIGB PLPW
      BIG BANK SA
      BRANCH MILLENNIUM
      11501303-26331487
      Przewodnicząca Komitetu Organizacyjnego obchodów 50lecia
      Bożena Szymkiewicz


      • zarchiwizowany
        Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 26.02.02, 20:24
        Wracając do Bursztynowej, widzę, że moje wspomnienia stamtąd są archeologiczne.
        Ja na terenie poźniejszej Bursztynowej lubiłem cienką witką staczać walki z
        chaszczami pokrzyw w poczuciu poprawiania przyrody.
        • zarchiwizowany
          Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 28.02.02, 09:47
          Brnę dalej we wspomnienia:
          Choć wszyscy wspominają naszą dzielnicę z sentymentem, sympatią czy wręcz
          uwielbieniem, to przecież ma ona swój rozdział tragedii i rozpaczy. O paru
          rzeczach już tu pisaliśmy: o utopieniach na Długim, o wypadku samochodowym ze
          śmiercią dziecka na Alei Przyjaciół w czasach, gdy prawie nie było tam
          samochodów i jeszcze o tym i owym. Mi przypomina się jeszcze, że na samym
          początku lat 60-tych w lesie, w pobliżu stacji benzynowej jakiś facet z
          dzielnicy powiesił się. Pamiętam, że mnóstwo ludzi biegło w tamtą stronę w
          jakimś zbiorowym instynkcie przerażenia, biegłem także ja, ale bałem sie
          strasznie zobaczyć tego wisielca, i w końcu zatrzymałem się przed samym lasem i
          dalej nie poszedłem. Ta historia potem, gdy już byłem dorosły, wiele razy na
          różne pokomplikowane sposoby śniła mi się.
          • zarchiwizowany
            Gość: LP® IP: *.karlsruhe.ipdial.viaginterkom.de 03.03.02, 22:48
            Dodam do tego powieszenia ,jako dziecko lubilem wchodzic na drzewa i pewnego
            razu wlazlem na bez ktory rosl przed naszym domem.Przy schodzeniu na no dol
            zachaczylem sie tak niefortunnie ze wisialem jakies pol metra nad ziemia .Nic
            nie moglem zrobic ,i tak sobie chyba troche powisialem az pojawil sie maz tej
            pani ktora opiekowala sie ogrodkiem Jordanowskim i pomogl mi zejsc.
    • zarchiwizowany
      Gość: B.Sz. IP: *.olsztyn.cvx.ppp.tpnet.pl 03.03.02, 22:46
      Z przyjemnością informujemy, że publikacja dotycząca Szkoły Podstawowej nr7 w
      Olsztynie "poszła" już do druku. Znalazły się w niej m. in. wspomnienia
      absolwentów tej szkoły, obecnych uczniów oraz niektóre wypowiedzi
      uczestników "Forum". Pozdrowienia wszystkim uczestnikom Forum przesyła kolegium
      redakcyjne:
      Bożena Szymkiewicz
      Maria Wasilewska
      Alina Brzozowska
      • zarchiwizowany
        Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 03.03.02, 23:05
        No, nareszcie ktoś się odezwał na tym wątku.
        Leszek, a za co się powiesiłeś, czy za urocze dziecięce szelki? I czy ten bez
        był po prawej stronie budynku (patrząc od ulicy)? Dobrze pamiętam?
        Panie z kolegium pozdrawiamy, a czy możemy liczyć, że jak tylko sie wydrukuje,
        to dostaniemy to wydawnictwo (ja chętnie zapłacę, łącznie z kosztami wysyłki),
        czy należy czekać do imprezy majowej?
        • zarchiwizowany
          Gość: detritus IP: *.brzeziny.sdi.tpnet.pl 04.03.02, 00:03
          A ja pod wplywem rodzinnej wyprawy do Bartoszyc z ciocia uzmyslowilem sobie, ze
          mam doskonale zrodlo informacji o osiedlu nad Dlugim. Otoz nie dosc, ze moja
          ciocia (tak Ja zawsze nazywalem, choc wlasciwe powiazania rodzinne sa bardziej
          skomplikowane) mieszka w tym rejonie (co prawda w najodleglejszym od jeziora
          miejscu), to jest Ona jednym z pierwszych mieszkancow Olsztyna. Przybyla tu w
          lutym 1945 roku, jej maz byl pierwszym lekarzem w Olsztynie, zas Ona - pierwsza
          pielegniarka. Co wiecej, potrafi dlugo i ciekawie opowiadac o tamtych czasach...
          • zarchiwizowany
            Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 04.03.02, 09:28
            Najlepiej połącz ciocię z komputerem i niech opowiada, opowiada, opowiada...
            Pewnie musi znać pojawiające się tu nazwiska? I dzielnicowe plotki? Już
            zacieram ręce.
            W najdalszym miejscu od jeziora, to znaczy gdzie?
          • zarchiwizowany
            Gość: LP® IP: *.karlsruhe.ipdial.viaginterkom.de 04.03.02, 09:31
            Tak ten bez byl po prawej stronie budynku , a tu gdzie stoi obecnie przybudowka
            byl nasz drugi ogrodek.
            Za co sie powiesilem nie pamietam ale wydaje mi sie ze za kurtke.
            • zarchiwizowany
              Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 04.03.02, 12:09
              Leszek, ja miałem przy domy dziadków (Al. P. 29) ogromny klon, na który
              uwielbiałem wchodzić i potrafiłem tam spędzać całe godziny. Ten klon stał w
              samy rogu ogródka z przodu, przy ulicy, tuż prz płocie (potem siatce)
              odzielającym nas od domu Fiedorowiczów. Jak sie weszło na ten klon, to miało
              sie świetny widok na cała okolicą, a samemu było się nie widocznym. Wtedy dużo
              się działo na ulicy, wiec było ciekawie i było na co popatrzeć i posłuchać, no
              i czułem się troche jak niewidzialny człowiek.
              Detritusie, nie namawiam cię na sprawienie cioci laptopa, szkoły i dzielnicy
              też pewnie na to nie stać (a nawet Gazety Wyborczej), ale może jakoś wiedzę
              cioci da sie spopularyzować?
              • zarchiwizowany
                Gość: LP® IP: *.cvx-berlin.ipdial.viaginterkom.de 07.03.02, 11:42
                Czyzby wszystkich znudzilo nasze forum ,byc moze .
                • zarchiwizowany
                  Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 07.03.02, 20:37
                  Rzeczywiście tochę przygasło, Magda gdzieś zniknęła (pewnie wypoczywa na
                  Wyspach Kanaryjskich), jakby wszyscy w napieciu czekali na majową imprezę.
                  Leszek, musimy rzucić jakieś tematy. Nie masz czegoś zbliżonego do chodzenia po
                  gzymsie? Ja z wiadomych przyczyn nie mam właściwie wcale wspomnień szkolnych, a
                  te które miałem chyba już wyeksploatowałem, ale też podłubię na dnie pamięci.
                  Słuchaj, a twój syn zna nasze okolice? A jeśli zna to co mówi?
                  • zarchiwizowany
                    Gość: LP IP: *.pppool.de 07.03.02, 21:12
                    Niestety moj syn nie zna naszych okolic ,chociasz byl kiedys na boisku i
                    gralismy nawet w pilke .To bylo chyba ze dwa lata temu (mial wtedy 5 lat).Moze
                    kiedy bedzie starszy opowiem mu jak bylo kiedys.Magda jest chyba obecnie w
                    Austrii.Pisales ostatnio o wisielcu wiec ja napisze cos z takiego tematu .
                    Wracalismy kiedys po lodzie z kosciola i gdzies na wysokosci gorki gdzie
                    wszyscy zjezdzali na sankach (bardzo stroma ) pewien moj kolega powiedzial
                    patrzcie tam dalej lezy pilka mozna zagrac w noge .Juz sie przymiezyl do do
                    strzalu i w ostatniej chwili noga zatrzymala sie sama. Okazylo sie ze zamiast
                    pilki byla to wystajaca z lodu ludzka glowa , albo jej resztki.Mozecie sobie
                    wyobrazic jak my stamtad uciekalismy.Zaraz potem zjawila sie milicja i straz
                    pozarna,rozwalili lod i wyciagnelitego topielca na brzeg.Byl to jakis OHPowiec
                    (tak mowil milicjant)ktory prawdopobobnie wypil za duzo piwa w TRAMPIE .
                    A moze Fredek cos z tego zdarzenia pamieta to bylo zaraz naprzeciwko twojego
                    domu.
                    • zarchiwizowany
                      Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 07.03.02, 21:54
                      No, no, mógłbyś to sprzedawać twórcom horrorów. Nawet mój drogi TRAMP jakoś mi
                      zbrzydł na chwilę, ale przecież nie ma pewności, czy to wiązało się z TRAMPEM.
                      Moje dzieci natomiast nieźle znają okolicę, bo woziłem ich tam na wakacje. Gdy
                      zmarł dziadek, a babcia się wyprowadziła nawet cierpieli nieco i ciagle
                      upominają się o wyjazd. Szczególnie lubili sklep ksiażkowo-papierniczy na
                      przeciw kiosku, bo kupowałem im tam bardzo świetne zabawki, nawet wtedy gdy o
                      zabawki nie było tak oburzająco łatwo jak teraz. Z zachwytem zaliczali też
                      Planetariuim i mecze siatkówki w hali Uranii. Siadaliśmy na samej górze i
                      rozkoszowaliśmy się pełnym przeglądem sytuacji; nie było wtedy tych
                      wrzaskliwych wodzirejów, kórzy teraz uniemożliwiają normalne oglądnie meczów.
                    • zarchiwizowany
                      Gość: Fredek IP: *.pppool.de 07.03.02, 22:52
                      do LP:

                      Nie pamietam o tym wydarzeniu. Moze bywali tam topielcy.
                      Ale jakos sobie tego nie przypominam.

                      Magda milczy bo naprawde jest gdzies na nartach w Alpach.
                      • zarchiwizowany
                        Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 08.03.02, 09:56
                        Alpy Alpami, a internet internetem, w dodatku to się da pogodzić. Fredek, ty
                        też wyciągaj z zakamarków wspomnienia szkolno-dzielnicowe. Nawet takie jak to
                        Leszka o topielcu.
                        • Izabella Trojanowska odwiedziła wczoraj Szkołę Podstawową nr 7. To właśnie tu się uczyła, a nauczyciele
                          odkryli jej talent (...)
                          Na spotkanie z absolwentką przyszli też nauczyciele, którzy kiedyś uczyli i wychowywali małą Izę. - Izabella
                          Trojanowska swoją karierę rozpoczęła u nas jeszcze jako uczennica III klasy - wspominała Janina Domańska,
                          była dyrektorka szkoły. - Śpiewała nam na wszystkich apelach i szkolnych uroczystościach.(...)

                          Więcej w Gazecie
                          pozdrawiamy
                          • zarchiwizowany
                            Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 08.03.02, 21:34
                            I my pozdrawiamy. Jeśli to możliwe pozdrówcie Izę. Redakacjo, i jeszcze jedna
                            sprawa, skoro mamy kontakt. Kiedyś proponowaliście, że na górze nad spisem
                            bieżących postów możecie zrobić temat "Szkoła nr 7" i tam można wrzucić
                            wszystkie związane z nami wątki (na razie wszystkie trzy). Chcielibyśmy z tego
                            skorzystać (chyba sie nie wycofacie?), ale dopiero za jakiś czas, gdy ten wątek
                            osiągnie 1000 postów. Wtedy on i "Szkoła nr 7" niechaj przejdą na górę, a na
                            bieżących wątkach rozpoczniemy zupełnie nową debatę o siódemce. Czy to wszystko
                            tak być może?
                            • zarchiwizowany
                              Gość: LP® IP: *.cvx-berlin.ipdial.viaginterkom.de 09.03.02, 18:08
                              Miejmy nadzieje ze wytrzymamy do 1000!



                              Do redakcji czy moj kubek idzie na piechote , a moze jedzie rowerem.


                              Janusz co ty powiesz na temat tego kubka? A moze przekazac go szkole ?
                              • zarchiwizowany
                                Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 09.03.02, 19:00
                                Leszek, dotrwamy do 1000 leciuteńsko, a potem zainspirowani majowym zlotem
                                gwiaździstym rozpoczniemy drugiego tysiąca. Ten kubek, to skandal i obciach.
                                Może zrób tak: jeśli ci bardzo na nim nie zależy jako przedmiiocie fizycznym
                                (moralnie masz go po wsze czasy), ogłoś na niego licytację zaczynajac od
                                jakiejś przyzwoitej ceny, a kto wygra to ma wpłacić sumę na rocznicę szkoły i z
                                dowodem wpłaty moze zgłosić się do redakcji po odbiór kubka. Co ty na to? Ale
                                nie czuj się przymuszony do tego; nie wykluczam, że jest to pomysł dość
                                głupkowaty.
                                • zarchiwizowany
                                  Gość: LP® IP: *.cvx-berlin.ipdial.viaginterkom.de 09.03.02, 21:34
                                  Oczywiscie ze pomysl jest super .A wiec drodzy forumowicze oglaszem licytacje
                                  KUBKA , cena wywolawcza 10zl.(Kubek jest do obejrzenia w REDAKCJI).Po
                                  zakonczeniu licytacji mam nadzieje ze tym razem Dyrekcja SP.7 bedzie pewna na
                                  ktore konto powinny wplynac zebrane monety.
                                  Z powazaniem LP®
                                  • zarchiwizowany
                                    Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 10.03.02, 11:59
                                    Leszek, niektórzy płaczą, że tu się bardzo długo wchodzi, może by więc tę
                                    licytację ogłosić w zupełnie nowym wątku, albo zawiadomić, że tu trwa licytacja
                                    kubka.
                                  • zarchiwizowany
                                    Gość: detritus IP: *.brzeziny.sdi.tpnet.pl 11.03.02, 00:12
                                    LP, nie przejmuj sie. Poczta robi czasem psikusy. Jedna z przesylek z Niemiec
                                    szla do mnie poltora miesiaca (sprawdzilem stemple nadania). A dodaj jeszcze
                                    miesiac opoznienia na bezwlad redakcji... ;)))))))
                                    • zarchiwizowany
                                      Gość: LP® IP: *.pppool.de 11.03.02, 21:09
                                      Juz sie nie przejmuje Kubek idzie na licytacje. (a chcialem go wnukom pokazac)
                                      • zarchiwizowany
                                        Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 11.03.02, 21:12
                                        Leszek, dam cynk o licytacji na spisie wątków.
                                        • zarchiwizowany
                                          Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 12.03.02, 18:54
                                          A teraz wspomnienie: w latach mojego dzieciństwa na Alei Przyjaciół nie
                                          obowiazywał dzisiejszy rygorysyczny (i słuszny) zakaz bijania dzieci. Nie znam
                                          na szczeście przykładów z tamtych lat jakigoś znęcania się nad dziećmi, ale
                                          lania sie zdarzały. Dostawało sie ścierką od mamy, pasem od taty, ale w mojej
                                          pamięci pozostał (raczej czarno-humorystycznie) jako narzędzie "zbrodni" sznur
                                          do żelazka. Wtedy żelazka miały osobny sznur wtykany w specjalny wtyk w
                                          żelazku, no i faktycznie było to poręczne narzędzie straszenia (bo raczej w
                                          sumie nie bijania) niegrzecznych milusińskich.
                                          • zarchiwizowany
                                            Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 13.03.02, 20:46
                                            Leszek, Magda, Fredek i wszyscy inni bywalcy tego wątku! Sprężmy sie i dobijmy
                                            szybko do 1000, bo wchodzić tu coraz trudniej, a i my jesteśmy chyba odrobinkę
                                            znużeni. Pogrzebcie w pamięci, pozwierzajcie się z trosk i radości...
                                    • zarchiwizowany
                                      Gość: US IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 11.04.02, 02:02
                                      Drogi Detritusie,
                                      obejrzałam sobie zdjęcia na Twojej stronie - jednej, druga mi się nie otworzyła
                                      (błąd 404), zapisałam i mam. Dziękuję.
                                      A propos - czy Twój nick ma coś wspolnego z Discworldem?

                                      Pozdrawiam, :))) U.
    • zarchiwizowany
      Gość: dyr sp7 IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 14.03.02, 12:24
      Coraz bliżej 11 maja! Zwracamy się więc do wszystkich Forumomowiczów i
      sympatyków "7" z prośbą o przysłanie lub przyniesienie do szkoły posiadanych i
      związanych z "7" pamiątek, a więc zdjęć, dzienniczków ucznia, świadectw,
      dyplomów, itp.
      Może ktoś posiada również sprzęt audiowizualny z dawnych lat (radia, gramofony,
      magnetofony, itp)i mógłbygo nam udostępnić byłybyśmy bardzo wdzięczne.
      Pamiątki te i sprzęty będą niezbędne do przygotowania sal pamiątkowych. Po
      zakończeniu obchodów wrócą one do swoich właścicieli, stąd jeszcze jedna prośba
      o odpowiednie oznakowanie tych przedmiotów.
      Komitet Organizacyjny Obchodów 50-lecia
      • zarchiwizowany
        Gość: LP® IP: *.cvx-berlin.ipdial.viaginterkom.de 14.03.02, 12:59
        Janusz co robic ,odezwala sie Redakcja w sprawie KUBKA!!! chca adres.
        Juz kiedys im wyslalem i nic.A moze lepiej zrobimy ta aukcje ?
        Forumowicze co proponujecie ?
        • zarchiwizowany
          Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 14.03.02, 17:21
          Leszek, no nie wiem co ci radzić, tym bardziej, że aukcja-licytacja jakoś nie
          spowodawała w Olsztynie atmosfery gorączkowej nerwowości i rywalizacji. Może
          zostaw to na razie swemu biegowi, a tu pisz mnóstwo postów. Czy dostałeś kiedyś
          sznurem od żelazka?
          • zarchiwizowany
            Gość: LP® IP: *.cvx-berlin.ipdial.viaginterkom.de 14.03.02, 21:47
            Ja sznurem od zelazka nie dostalem ale u mojego kolegi taki sznur wisial w
            kuchni za drzwiami ,pamietam ze ciarki przechodzily po plecach na sama mysl...
            Omijalismy ten sznur jak najdalej sie dalo.
            W dalszym ciagu uwazam ze powinnismy nasz watek pociagnac do 1000.Pozniej
            zobaczymy czy ktos kiedykolwiek bedzie nas wstanie pokonac .
            Co do modemowcow to uwazam ze ze to czy modem albo cos szybszego to nie gra
            roli poniewasz w pracy mamy okolo 800 kbit/s DSL i dziala to tak samo wolno
            jak zwykly modem .
            • zarchiwizowany
              Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 14.03.02, 22:30
              Dobra, lecimy do tysiąca, ale z energią.
              Obok mleka była jeszcze jedna potrawa, której nie znosiłem, a byłem nakłaniany
              (na szczęście nie tak intensywnie jak z mlekiem) do jej spożywania. Była to
              czernina (czarnina) czyli zupa z krwi. Jej szalonym amatorem był mój dziadek,
              no i był oczywiście przekonany, że wszyscy ją lubią, a dzieci nie lubią tylko z
              powodu dziecięcej głupoty. Do tej zupy używaało sie krwi z gęsi (choć nie
              tylko) i dodawało sie do tego jakieś owoce. Moja babcie dodawała jabłka, ale
              wiem, że są inne szkoły. Tak więc w sumie słodkawo-mdła (dlatego dodawało sie
              te jabłka) obrzydliwość (kiedyś raz jednak zjadłem, byłem bardzo młody, głupi i
              bezradny). No i ta horrorystyczna świadomość co się je... Poźniej sam widok
              jedzącego tę zupę dziadka wyprowadzał mnie w okolice baru TRAPM, gdzie jakoś
              koiłem drżenie duszy.
              • zarchiwizowany
                Gość: Fredek IP: *.nwbi.de / 10.2.1.* 15.03.02, 11:42
                Czernina znam dobrze.
                Po niemiecku nazywa sie "schwarz-sauer".
                Mama to gotowala kiedys i gotuje jeszcze jesli sie swieza kaczke lub ges dostanie.
                Uwielbiam ta potrawe.
                Moze tez dlatego, ze to cos tradycyjnego kiedys z dziecinstwa.
                W ostatnie lato jadlem to nawet w Karczmie warminskiej w Gietrzwaldzie.
                (Ale nie byla tak dobra jak od mamy ... wiecej slodko-mdla jak opisales ...)

                Kiedys w Olsztynie byla kolo szpitala miejskiego(?) taka budka ze swieza kaszanka i budka ze swiezym chlebem.
                W tej kombinacji smakowalo to super.
                Jadac na dzialke na Nagorki kupowalo sie to i bylo swietne jedzonko.
                • zarchiwizowany
                  Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 15.03.02, 20:51
                  A co powiesz o daniu módżek? Czy to się jeszcze jada?
                  • zarchiwizowany
                    Gość: LP® IP: *.cvx-berlin.ipdial.viaginterkom.de 16.03.02, 21:27
                    Do czerniny mam podobny stosunek jak Janusz BEEEEEEEEEEE! wolalbym wypic litr
                    gotowanego mleka niz jesc to swinstwo (przepraszajac Fredka )
                    Bardzo nie lubilem tez kiedys gotowanej cebuli w plywajacej w zupie.
                    • zarchiwizowany
                      Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 16.03.02, 22:43
                      Z cebulą w zupie oczywiście miałem to samo. Moja babcia wile robiła, bym coś
                      jadał, bo potrzeby miałem niewielkie (z wyjątkiem oczywiącie wszelkich
                      słodyczy). Pamiętam do dziś, jak robiła mi wstyd przynosząc mi na podwórko
                      kanapki w postaci chleba z masłem i cukrem (bo tego przysmaku raczej nie
                      odmawiałem).
                      • zarchiwizowany
                        Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 17.03.02, 23:13
                        Czy Magda wreszcie wróci z tych Alp czy Wysp Kanaryjskich? Po co ona tak długo
                        tam siedzi? Bez niej w jakmiś żółwim tempie zdążamy do tego tysiaca.
                        • zarchiwizowany
                          Gość: mr IP: *.moodys.com 18.03.02, 11:07
                          No dobrze juz jestem. Jak to milo, ze Wam mnie brakowalo....
                          Wrocilam w sobote po dwoch wspanialych tygodniach jazdy na nartach w
                          Austryjackich Alpach. Dwa tygodnie bezchmurnego nieba, super snieg. No ale to
                          bylo, minelo teraz mam szarosc londynska i opalenizna tez sie zmyje.
                          Jak Wy mozecie te czernine jesc. Fuuuuuuujjjjjjj. Nigdy nie probowalam ale
                          widzialam to cos ze szkrzepami plywajacymi na wierzchu.
                          A wiecie, ze moja mama prawie, ze sie w Dlugim utopila jak wpadla do przerebli
                          majac 8 lat. Samej udalo jej sie wyjsc i doczlapac do domu - babcia o maly
                          wlos nie umarla na atak serca jak ja zobaczyla.
                          • zarchiwizowany
                            Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 18.03.02, 12:07
                            No nareszcie. Brakowało, brakowało. Byłas tam sama, z mamą, czy rozwijają ci
                            się jakieś sprawy sercowe (powodzenia)?
                            Czerninę zaakceptował tylko Fredek, więc wszytsko jest po twojej myśli.
                            Jezioro Długie - raz jeszcze się potwierdza - ma w sobie tajemną mroczność. Ja
                            do dzis boję sie schodzić nad nie po zmroku. Mam nadzieje, ze mama dostała
                            porzadnie od babci sznurem od żelazka.
                            • zarchiwizowany
                              Gość: mr IP: *.moodys.com 18.03.02, 13:09
                              Pojechalam do Austri z mama, ktora tam spotyka sie ze swoja austryjacka
                              kolezanka. Dojechali do nas moja siostra cioteczna z mezem (mieszkja w
                              Wiedniu) i co roku spotykamy sie w Tyrolu na nartach. W tym roku ich coreczka
                              (3 i pol roku) po raz pierwszy sprobowala jazdy na nartach al enie bardzo jej
                              to przypadlo do gustu. Poza tym byl jeszcze moj kolega Gary, ktory w tym roku
                              przyjechal z jeszcze jednym kolega. Z mama widywalam sie tylko przy sniadaniu
                              i kolacji (jak co roku z reszta, bo jezdzilam ze swoim,i znajomymi a ona z
                              Angela. Gary jest z zawodu zolnierzem, wiec jazda z nim jest sportem
                              wyczynowym, ale poniewaz jezdze na nartach juz od 4 roku zycia i jestem
                              wysportowana, to w naszej grupie jestem jedyna osoba, ktora jest na tyle
                              szalona aby z nim jezdzic.
                              Co do spraw sercowych to sa zwiazane z Francja...
                              • zarchiwizowany
                                Gość: Fredek IP: *.nwbi.de / 10.2.1.* 18.03.02, 15:46
                                Czesc Magda ...
                                Fajnie ze jestes znowu ...

                                Wy mi tu wszyscy czernine wymawiacie i obrzydzacie ...

                                Moje siostry tego tez nie lubia , ale wszyskie chlopki jedza to.
                                Chlopaki nie placzy ...
                                • zarchiwizowany
                                  Gość: mr IP: *.moodys.com 18.03.02, 17:16
                                  Fredek, jak mozesz nawet taka czernine brac do ust...Chociaz ja bedac z
                                  rodzicami w Qatar (moj tata tam przez jakis czas pracowal i my z mama
                                  pojechalysmy go odwiedzic)jadlam wielbladzie jadra. Serio! Tylko nikt z nas o
                                  tym nie wiedzial az gdy bylo juz po dokonanym fakcie. Bylismy goscmi szefa
                                  mojego taty i on nas tym "smakolykiem" poczestowal. Juz nei pamietam jak to
                                  smakowalo.
                                  jd - co do mojej mamy i jej kapieli w przerebli, to babcia nie spuscila jej
                                  lania tylko zapakowala dziecko do lozka z roznymi aspirynami i zabronila
                                  chodzic jej po lodzie przez jezioro....oczywiscie ten zakaz nie zostal wziety
                                  na serio. Z reszta moj dziadek sam bral mnie na lyzwy na jezioro....
                                  A czy za Waszych cazsow tez robiono zima lodowisko na boisku szkolnym?
                                  • zarchiwizowany
                                    Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 18.03.02, 18:24
                                    Oczywiście, że robiono lodowisko. Tak myślałem, że mama nie dostała lania, a
                                    przecież powinna. Ta potrawa z Kataru to coś tak barbarzyńskiego jak
                                    kanibalizm. No i chciałem jeszcze powiedzieć, że starsznie skomplikowany
                                    towrzysko był ten twój wyjazd w Alpy. Nie pogubiłaś sie w tym wszystkim?
                                    • zarchiwizowany
                                      Gość: mr IP: *.moodys.com 18.03.02, 18:36
                                      Czemu mialam sie pogubic w towarzystwie z nart? Od lat jezdzimy ta sama grupa.
                                      Kiedys bylo jeszcze bardziej skomplikowanie ale odpadlo kilka osob z roznych to
                                      powodow a to dzieci a to rozpadki zwiazkow itp itd. Wiec zostali ci
                                      najbardziej zapaleni narciarze. Na szczescie wszyscy mieszkamy w innych
                                      hotelach, wiec nie mamy okazji wzajemnie sie pomordowac. Wystraczy nam caly
                                      dzien razem spedzony na stoczkach...
                                      No wiesz, ta potrawa arabska byla daniem dla goscia honorowego...podobno jest
                                      to rarytas. Nie bardzo wiem co wielblad o tym wszystkim mial do powiedzenia...
                                      chyba nie duzo.
                                      • zarchiwizowany
                                        Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 18.03.02, 21:14
                                        W książce kiedyś modnego pisarza Romana Bratnego o udanym tytule "Koszenie
                                        pawi" je sie coś jeszcze gorszego, co też okazuje sie post factum, ale
                                        zaoszczędzę ci szczegółów. Jakie masz narty? Czy przypadkiem jak wyjeżdżałaś z
                                        tych Alp albo Wysp Kanaryjskich, to nie przyjeżdzał właśnie Leszek?
                                        • zarchiwizowany
                                          Gość: LP® IP: *.pppool.de 18.03.02, 22:01
                                          Nie nie bylem na nartach chociarz jezdzilem kiedys nawet niezle,teraz jakos nie
                                          ma czasu, a daleko naprawde nie mam bo do pierwszych wyciagow mam okolo 40 km.
                                          Wracajac do przerebli to ja tez zaliczylem kapiel w Dlugim, napewno pamietacie
                                          przejscie nad jezioro na przeciwko biblioteki .Tam sie jezdzilo na sankach az
                                          na lod , i pewnego razu jadac sankami znalazlem sie pod lodem ,chyba jakims
                                          cudem udalo mi sie trafic do krawedzi tego przerebla a pozniej ktos mi pomogl
                                          wygramolic sie z wody.Co sie okazalo dzien wczesnie ktos wyrabal dziure w
                                          lodzie w nocy zamarzlo i nie bylo tej pulapki widac.
                                          • zarchiwizowany
                                            Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 18.03.02, 22:09
                                            Leszek, doprowadzasz mnie do rozpaczy, choć w zasadzie ta kąpiel to nie twoja
                                            wina. Ja pisałem już tu kiedyś, że naprawdę miałem zawsze mistyczny strach
                                            wobec Jeziora Długiego i żadne takie historie mnie nie spotkały. Najgorsze co
                                            pamiętam (oprócz syreny, mleka i czerniny), to gdy wszedłem kiedyś bardzo
                                            wysoko na drzewo i ten czubek drzewa zaczął sie bujać jak gałązka. Myślałem, że
                                            po mnie, ale jakoś wróciłem do równowagi i w dwie sekundy zsunąłem się na dół.
                                            • zarchiwizowany
                                              Gość: Fredek IP: *.pppool.de 18.03.02, 22:44
                                              Ok ... nie chce sie powtarzac ... ale co ma w czernine byc gorszego niz w salcesonie albo kaszance ...

                                              Na studiach mialem kolegow z Persji.
                                              Oni tez takie smakolyki pitrasili .... ale nie od wielblada ... tylko od barana.
                                              Ale nie goscilem sie u nich, wiec nie poznalem tego szczytu kulinarnego.
                                              • zarchiwizowany
                                                Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 18.03.02, 22:54
                                                Fredek, w świetle tego co jadła Magda masz całkowicie odpuszczoną czerninę,
                                                także na przyszłość. Magda też ma odpuszczone, bo nie wiedziała co jadła.
                                                • zarchiwizowany
                                                  Gość: mr IP: *.moodys.com 19.03.02, 10:04
                                                  Dziekuje za wspanialomyslne wybaczenie mi wielbladziej potrawy.
                                                  Narty mam Salomon carving.
                                                  W Dlugim tylko moja mama zaliczyla przereble ale ja wraz za cala grupa innej
                                                  dzieciarni widzialm jak wyciagneli z niego topielca. Swietne bylo widowisko. W
                                                  rozne czesci ciala mial powzerane wegorze. Od tego czasu przestalam je jadac.
                                                  • zarchiwizowany
                                                    Gość: jd IP: 193.0.68.* 19.03.02, 14:58
                                                    No kochani, w temacie horrorów mamy coraz większe osiągniecia. Spróbuję i ja
                                                    coś jeszcze sobie przypomnieć.
                                                  • zarchiwizowany
                                                    Gość: Fredek IP: *.nwbi.de / 10.2.1.* 19.03.02, 16:28
                                                    Magda ... to sceny jak z filmu.
                                                    W "Blaszanym bebenku" od Günther Grass pokazywali taka scene, lapanie wegorzy przy pomocy konskiego lba.

                                                    Cos podobnie jak ty to opisalas ..,

                                                    A ja musze dalej tu pod prad plywac bo lubie dalej zjesc wedzonego wegorza.
                                                    (I inne rybki ... oczywiscie.)
                                                  • zarchiwizowany
                                                    Gość: mr IP: *.moodys.com 19.03.02, 18:27
                                                    To to bylo lapanie wegorzy przy pomocy ludzkiego ciala i nie bylo to ladne.
                                                    Ale gdy tego topielca wyciagali to my mielismy chyba po jakies 10 lat i nie
                                                    wydawalo sie to az tak makabryczne. Raczej bylo przy tym duzo smiechu, bo jesli
                                                    sie nie myle to trup byl juz kilkudniowy i "dojrzaly". Wiem, ze po tym
                                                    wszystkim poszlam do domu na obiad i chyba moja opowiescia o topielcu odebralam
                                                    babci apetyt.
                                                    Ryby nadal bardzo lubie ale wegorzy unikam.....
                                                  • zarchiwizowany
                                                    Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 19.03.02, 18:34
                                                    W sprawie jedzenia ryb jestem z Fredkiem. Kiedyś Walczuk, który mieszkał pod
                                                    Leszkiem przyniósł mojej babci mnóstwo sielawy. To taka ryba słodkowodna,
                                                    niepozorna, podobna do śledzia, ale nie ma nic pyszniejszego od smażonej
                                                    świeżej sielawy. Zjadłem tych sielaw z dziesięć albo więcej. Moja babcia
                                                    świetnie gotowała, a szczególną rękę miała do smażenia; nawet jajecznica w jej
                                                    wydaniu była czymś wyjątkowego rodzaju. Oczywiście tych sielaw Walczuk nie
                                                    złowił w Długim jako zapalony wędkarz, gdyż sielawy wyciąga sie siecią (żyja
                                                    bardzo głęboko); dostał je od jakiegoś znajomka.
                                                  • zarchiwizowany
                                                    Gość: LP® IP: *.pppool.de 19.03.02, 20:08
                                                    Ja z ryb lubie najlepiej kotlety schabowe ale wedzonego wegorza tez zjem.
                                                    Co do Walczuka i sielaw to rzeczywiscie w dlugim ich nie ma ale sa w Krzywym.
                                                    Kiedys mozna je bylo kupic od "rybaka " albo samemu zlowic na
                                                    podrywke.Widzialem cale lawice sielaw np.na Warmi.
                                                    Janusz wydaje mi sie ze twoj dziadek nie byl wedkarzem tak jak Walczuk bo w
                                                    przeciwnym razie musialbym go widywac nad woda.
                                                    Byl czas ze ja nie rozstawalem sie z wedka ,a co do topielcow to bylo ich
                                                    naprawde wielu.Kiedys nawet stary Jaworski wyciagnal jednego na wedke!!!!!
                                                    zaraz obok domu w ktorym mieszkal .Zamiast karpia na ktorego czatowalismy
                                                    razem w krzakach.
                                                  • zarchiwizowany
                                                    Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 19.03.02, 20:25
                                                    Widzę, że horror-serial trwa, ale sam mówiłem o tajemnej mrocznosci Długiego.
                                                    Nie sadziłem jednak, że jest tego aż tyle. Macie coś jeszcze? Leszek, zgadza
                                                    się, mój dziadek był zupełnie bezwędkowy, a wolny czas spedzał w ogródku i
                                                    robił to z sercem i sukcesami. Na przykład wyhodowywał jakieś niezwykłe gatunki
                                                    pomidorów, a moim przysmakiem były białe porzeczki i pewien gatunek agrestu,
                                                    bardzo późny, więc trudno było wytrzymać aż dojrzeje i zrwyało sie go zazwyczaj
                                                    w tajemnicy przed dziadkiem wcześniej, ale jak już udało sie dotrwać do pełni
                                                    dojrzałości tego agrestu, to było tak bosko w ustach jak choćby z oranżadą w
                                                    proszku.
                                                  • zarchiwizowany
                                                    Gość: Fredek IP: *.pppool.de 19.03.02, 21:50
                                                    Nastepna historia ... o Dlugim ... jak by to Hitchcock napisal ....

                                                    Nasz wspolny kolega Kuku (LP znal go dobrze) mial tekiego spreparowanego Kruka albo Wrone.
                                                    Ona stala na takiej deseczce i wygladala jak prawdziwa.

                                                    Naszym experymentem (5-6 klasa?) bylo to, ze tego zwierzaka na oblodzonym i osniezonym Dlugim posadzilismy.
                                                    I czekalismy co sie bedzie dzialo.
                                                    No i stalo sie jak prawie w filmie Hitchcocka.

                                                    Wrony przyfrunely z wszystkich stron, usiadly na drzewach i krakaly przerazliwie.
                                                    Krozyly w powietrzu i obsadzily wszystkie drzewa okolicy.
                                                    Na pewno setki ...

                                                    Strachu dostalismy dosyc.
                                                    I Kruka pod pache, i do klatki schodowej ....





                                                  • zarchiwizowany
                                                    Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 19.03.02, 22:45
                                                    Mój podziw dla Długiego dopiero teraz nabiera pełni treści. Opowiadajcie dalej.
                                                  • zarchiwizowany
                                                    Gość: jd IP: *.acn.waw.pl 20.03.02, 14:01
                                                    A czy ktoś wie, czy ciągle na Długim zdarzają się utopienia?
                                                  • zarchiwizowany
                                                    Gość: mr IP: *.moodys.com 20.03.02, 17:51
                                                    Penie nadal ludziska sie w nim topia. Jesli na drugiej stronie nadal sa
                                                    koszary, to pewnie tak. Raczej przypadkiem ale sie topia. Przynajmniej tak mi
                                                    sie wydaje.

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Bestsellery

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.