Relacja z Bliskiego Wschodu
Po ostatecznym podjęciu decyzji co do wyjazdu na Bliski Wschód w listopadzie 2009 roku przystąpiłem wraz z żoną do dokładnego planowania jej przebiegu (synowi zależało tylko na basenie i coli). Nasza wyprawa składać się miała z dwóch części. Pierwsza to przeloty i tygodniowy pobyt w hotelu El Wekala w Tabie. Tą część imprezy miała zorganizować Alfa Star. Ustaliliśmy z nimi, że przylot na Synaj miał się odbyć dwa tygodnie przed datą planowanego pobytu w hotelu. Przez te dwa tygodnie chcieliśmy sobie zorganizować indywidualne zwiedzanie Izraela i Jordanii. Impreza miała się odbyć w dniach od 04.08.2010 do 25.08.2010 roku.
Po ustaleniu ram czasowych przystąpiliśmy do ustalania miejsc, które chcemy zwiedzić. Proces ten trwał aż do ostatnich dni przed wyjazdem. Co więcej już w trakcie trwania wycieczki dokonaliśmy kilku drobnych korekt. Ostatecznie nasza trasa wyglądała następująco. Po przylocie do Sharm el Sheikh mieliśmy wraz z innymi turystami z Alfa Star podjechać do Taby. Następnie busem lub taksówką (ostatecznie przepłaconym transportem z Alfy) przejazd na granicę. Po jej przekroczeniu kolejna taksówką dojazd do hostelu Corrine.
W następnych dniach mieliśmy w planach zwiedzić Petrę, na którą zarezerwowaliśmy dwa dni, z bazą w Wadi Musa, Bajdę i Wadi Rum – całodniowa wycieczka samochodem terenowym. Później szybkie zwiedzanie Akaby i relax na plaży północnej w Ejlacie. Popołudniu przejazd do Jerozolimy i dotarcie do Citadel Hostel. Sześć następnych dni planowaliśmy przeznaczyć na zwiedzenie Jerozolimy, Betlejem, Tel Avivu-Jaffy, Masady i relax nad Morzem Martwym w Ein Gedi. Następnie przejazd do Nazaretu na nocleg. Przez kolejne dwa dni w planach było zwiedzanie Nazaretu, Akki (nocleg), Rosz Hanikry i Hajfy.
Po tych atrakcjach nocny przejazd do Ejlatu, wizyta w Podwodnym Obserwatorium i przejazd do El Wekali. W czasie tygodniowego pobytu w hotelu chcieliśmy odwiedzić Wyspę Faraona i trochę posnurkować.
Dzień 1
Wszystkie noclegi zarezerwowaliśmy z wyprzedzeniem. Również dwie wycieczki – po Wadi Rum i Tunel Hasmonejski. Resztę spraw postanowiliśmy załatwić jak już będziemy na miejscu. Jedyny problem był z pierwszym dniem, gdyż biuro co chwila zmieniało godziny wylotów i ciężko było dopasować pierwszy nocleg. Ostatecznie polecieliśmy z Katowic do Szczecina a stamtąd już prościutko do Egiptu. Samolot należał do linii Air Cairo.
Gdy lądowaliśmy w Sharm zapadał już zmrok ale i tak wskaźniki pokazywały 37 stopni. Po odprawie mieliśmy mały zgrzyt z Alfą gdyż nie bardzo chcieli nas podwieźć do Taby – bo przecież hotel mamy za dwa tygodnie więc teraz musimy poradzić sobie sami. Dziwna zagrywka, która popsuła całkowicie moją opinie o tym biurze. Koniec końców po intensywnym piętnastominutowym praniu mózgu zawieźli nas gdzie mieli zawieźć i nawet pod granicę z Izraelem podrzucili (za dodatkową „egipską” opłatą). Później już wszystko było ok., ale niesmak pozostał.
Granica z Izraelem. Co ja się naczytałem na temat jej przekraczania, co nasłuchałem – prawdziwe legendy. Przygotowałem się na prawdziwą przeprawę z dwugodzinnym zapasem czasowym. Jeszcze raz sprawdziłem, czy aby przypadkiem nie mam przy sobie broni i narkotyków i odważnie ruszyliśmy na spotkanie z potworem.
Po dwudziestu minutach byliśmy już w Izraelu. Bez rewizji, szczegółowego wypytywania i zaglądania do każdej torby – szybko i sprawnie. Co więcej nic nie płaciliśmy za przekroczenie granicy. Po drugiej stronie już czekali taksówkarze, którzy z przyjemnością zawieźli nas do hostelu, a że była już druga w nocy to i stawkę mieli podwójną.
Jadąc ten kawałek od granicy zobaczyliśmy jak wielki jest kontrast pomiędzy Tabą (czarną dziurą, bez taksówek) i tętniącym życiem nawet o tej porze Ejlatem. Zupełnie jakbyśmy przekroczyli jakieś gwiezdne wrota. Do hostelu dotarliśmy po dziesięciu minutach, recepcjonista był tylko lekko zdziwiony, ale nie było żadnych problemów. Pokazałem tylko wydruk rezerwacji, dopłaciłem brakującą sumę i już po chwili znaleźliśmy się w naszym pierwszym wieloosobowym pokoju. W środku spał jeden starszy żyd (poznałem po jarmułce), którego poraziliśmy godzinnym paleniem światła połączonym z prysznicem i małym przepakowywaniem na dzień następny. Gdy już w końcu ułożyliśmy się do spania, do pokoju wszedł kolejny podróżnik, który co prawda światła nie palił, ale uciął sobie godzinna pogawędkę przez telefon. Kolega żyd natomiast śpiący na wszystkich swoich tobołkach i strzegący ich jak lwica młode, około czwartej nad ranem postanowił wyjąć szeleszczącą reklamówkę z jakimiś chrupkami. Chwile potem zaczął się ubierać i wyszedł z pokoju (z całym bagażem), by po godzinie wrócić znowu się rozebrać i spać dalej. Około szóstej wyniósł się na dobre, ale i my musieliśmy już wstawać gdyż tego dnia musieliśmy dotrzeć do Jordanii, zameldować się w Saba`a Hostel i zwiedzić Bajdę.