Dodaj do ulubionych

przeżywanie żałoby

10.08.06, 15:00
Mój Tata odszedł dwa miesiące temu. Jestem typową "córeczką Tatusia", bardzo
z Nim związaną i bardzo podobną doń zarówno z wyglądu jak i z charakteru.
Jestem zdumiona tym, jak przeżywam żałobę po Nim. Nie jestem w stanie płakać,
czuję coś co chyba mogę nazwać spokojem, a może otępieniem, sama nie wiem.
Jakieś dwa tygodnie od śmierci Taty podzieliłam się ze swoją siostrą moimi
odczuciami-miałam wrażenie, że to wszystko tj. choroba Taty, potem smierć,
Jego brak nie dotyczy mnie, że to dzieje się u jakiejś innej rodziny, której
losom ja się tylko przyglądam przez szybę. Jednocześnie czyłam wyrzuty
sumienia, że nie płaczę, że nie tęsknię. Jak Tata umarł, pierwsze co
pomyślałam to to, że są już razem: Tata i Mama. Nie wiem jak przezyję
najblizsze święta Bozego Narodzenia ,wiem jedno: nie będzie tego bólu, jaki
czułam przy świątecznym stole,gdy patrzyłam na owdowiałego Tatę, tęskniącego
za Mamą. Mama zmarła trzy lata temu, a sześć lat temu straciłam kochanego
człowieka, któremu chciałam urodzić dzieci i z nim się zestarzeć. Można
powiedzieć, że "wchodzę" z jednej żałoby w drugą, a szpitale absolutnie nie
są mi obce. I moja siostra powiedziała mi wtedy, że chyba jest tak, że jest
jakaś granica przeżywania bólu, że dalej już psychika się broni przed kolejną
dawką traumy, zwłaszcza, gdy jest się młodym i zdrowym człowiekiem i
teoretycznie ma się życie przed sobą. A może też mój dziwny stan to wlaśnie
jest to, o co prosze Boga:czyli pocieszenie i pokój w sercu...Dziś, gdy
prawie kończą się gregorianki za Tatę, czuję jeszcze większy spokój.I tylko
czasem boję się, że to "otępienie" minie i śmierć Taty zacznie bardziej
boleć.
a jak Wy przeżywacie żałobę?
Edytor zaawansowany
  • szymonstanczyk 10.08.06, 16:08
    Mój tata odszeł niecały miesiąc temu a ja mam do niego coraz wiekszy żal
    --
    Forum o śmierci :
    forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=41083
  • puola 10.08.06, 18:35
    szymonstanczyk napisał:

    > Mój tata odszeł niecały miesiąc temu a ja mam do niego coraz wiekszy żal

    To jest dosc niepokojace i moze swiadczyc o niekorzystnie rozwijajacym sie
    procesie psychicznym ktory moze doprowadzic do zaburzen. Zal do zmarlego
    jest w istocie podwazaniem wlasnej rownowagi psychicznej bo przeciez nie
    oddzialywuje na zmarlego. Jest tak ze dosc czesto smierc nastepuje przez
    glupote lub w sposob zawiniony przez zmarlego. Na to sie nic nie poradzi
    a jesli bedzie sie ja bez konca rozpamietywalo przyniesie to szkody osobie
    ktora to robi. Normalnie silne emocje zwiazane ze smiercia wygasaja w ciagu
    kilku miesiecy, jezeli to nie nastapi warto skorzystac z terapii zeby nie
    psuc sobie dalszego zycia. Pelna prawda o zyciu jest bowiem taka ze smierc
    jest zjawiskiem absolutnie normalnym wiec nie nim co byc przez nie
    paralizowanym przez cale zycie.
  • blanka_e 11.08.06, 08:42
    Ze wszystkich okresów żałoby, jakie najtrudniej przeżywałam, była żałoba po
    moim chłopaku. Może dlatego, ze była to pierwsza tak dotkliwa strata, a może
    dlatego że byłam wtedy dwudziestoczteroletnią i beztroską (w miarę) dziewczyną.
    On zginął w wypadku nie wiadomo z czyjej winy, nie jest to dla mnie ważne, może
    jechał brawurowo, bo tak się spieszył z radosnymi wiadomościami do domu (dostał
    wymarzoną pracę), w ogóle odszedł w najlepszym momencie swojego życia... Cała
    moja żałoba trwała około 2 lat i miała różne odcienie, to były jakby etapy
    przeżywania żałoby - najpierw była rozpacz, tęsknota i okropny żal, ze nie
    jesteśmy razem-obojetnie czy on tu na ziemi ze mną, czy też ja z nim po tej
    drugiej stronie. Potem był bunt, pretensje do Boga i do niego, ze mnie
    zostawił, potem było mi wszystko jedno, a jeszcze później był ból znów
    intensywny, rozdrapywanie ran, zwierzanie się komu popadło i analizowanie
    wszystkich szczegółów jego śmierci. Czas jednak w końcu zrobił swoje i zaleczył
    rany. Dziś, kiedy nie ma tu na ziemi ani jego, ani moich rodziców uważam, ze
    wszystko w zyciu jest przeznaczeniem, każda śmierć i każde narodziny. Na nic
    nasze zrzymanie się na twardą rzeczywistość i pretensje do nie wiadomo kogo.
    Denerwuje mnie, gdy ktoś mówiący o czyjejś smierci analizuje w stylu "a co by
    było gdyby", a że mozna było uniknąc tego wypadku, czy tej choroby. Guzik
    prawda. To jest oczywiście mój punkt widzenia, ale cieszę się, że do tego
    doszłam, do tej swojej prawdy, bo gdyby nie ona chyba bym dostała pomieszania
    zmysłów. Każda śmierć też wiele mi dała - to jest bardzo cenne doświadczenie
    życiowe, które chowam na dnie serca jako prywatny skarb. Pozwól sobie na
    przejscie różnych etapów żałoby, pozostaw wszystko swemu biegowi, a któregoś
    dnia odnajdziesz w sobie siłę, żeby odczytać z odejścia Taty coś pozytywnego
    dla siebie. To narazie moze być czysta abstrakcja dla Ciebie, bo wszystko jest
    jeszcze zbyt świeże, ale mam nadzieję i życze Ci byś poczuł spokój. Dzięki
    wielkie za to forum, to wspaniałe móc podzielić się tak trudnymi
    doświadczeniami. pozdrawiam
  • ol69 11.08.06, 11:08
    Jest taka ksiazka, nazywa sie chyba "Pozegnanie milosci" albo "Pozegnanie z
    miloscia", nie pamietam dokladnie. Na pierwszy rzut oka, gdy kuzynka mi to
    podsunela tuz po smierci mojego meza, wygladalo mi to na kolejny banalny az do
    bolu poradnik jakiejs nawiedzonej Amerykanki, ktorych to poradnikow organicznie
    nie cierpie wlasnie ze wzgledu na bijaca z nich naiwnosc i banal. I jest to
    rzeczywiscie poradnik, ale jego lektura - ku mojemu zaskoczeniu - bardzo dobrze
    przygotowala mnie na swiadome przezywanie zaloby. Dowiedzialam sie, czego sie
    spodziewac, co prawdopodobnie bede przezywac. Dowiedzialam, ze dobrze jest
    poplynac z pradem i nie probowac hamowac czy tlamsic takich czy innych emocji.
    Mysle, ze ta ksiazka bardzo dobrze spelnila swoja role w moim przypadku. Jestem
    osoba dosc racjonalnie myslaca, trzezwo patrzaca na swiat i formula tej ksiazki
    bardzo dobrze wspolgrala z moimi potrzebami w okresie zaloby.
  • mka16 19.08.06, 01:25
    Na peno nie ma jednego schematu zaloby. Kazdy przezywa to inaczej w zaleznosci
    od wlasnego usposobienia, relacji ze zmarlym, itd.
    Moja mama zmarla niewiele ponad rok temu.
    Tuz po jej smierci bylo uczucie ulgi, ze juz nie cierpi, ale trwalo to bardzo
    krotko. Pozniej zal - wiem ze bezpodstawny i glupi - do Niej, ze o siebie nie
    dbala i mnie zostawila, do siebie samej, ze nie zrobilam wszystkiego co moglam.
    Pozniej byl okres kiedy probowalam rzucuc sie w wir pracy, zeby nie myslec,
    doopiero po jakims czasie potrzeba rozmowy, wspominania...
    5 miesiecy temu urodzilam swoje pierwsze dziecko, ktorego moja mama nigdy nie
    zobaczy, powrocil ogromny zal, ze jej tu nie ma i znowu chec nie myslenia o
    tym, bo za bardzo boli. Zle mi z tym, ze staram sie o niej nie myslec, ale
    dzieki temu moge jakos funkcjonowac
    --
    src="<a
    href="b1.lilypie.com/WMPjm4.png""
    target="_blank">b1.lilypie.com/WMPjm4.png"</a> alt="Lilypie 1st Birthday
    Ticker" border="0" width="400" height="80" /></a>
  • blanka_e 30.08.06, 12:08
    Ostatnie zdanie Twojego postu odzwierciedla dokładnie stan mojej duszy. Działa
    u nas instynkt samozachowawczy - wiemy, że musimy jakoś normalnie żyć i
    znajdujemy na to sposób - staramy się nie myśleć, nie rozpamiętywać. W miarę
    upływu czasu inaczej patrzę na odejście Taty - wiem, że na mnie jeszcze czas
    nie przyszedł, że ja mam ŻYĆ, i chcę żyć tak, jakby chcieli wszyscy moi zmarli
    bliscy.
  • aniawx 07.10.06, 21:45
    Witam, jestem tu "nowa". Trzy tygodnie temu zmarł mój chłopak, narzeczony... po
    prostu osoba, która była dla mnie najwarzniejsza w życiu!! Zmarł po dwóch
    latach walki z białaczką. I muszę Wam powiedzieć, ze na początku jak
    dowiedziałam się o śmierci, to poczułam ulgę. Pierwsza moja myśl to taka, że On
    już się nie męczy. Poszłam do szpitala po telefonie i chciałam go zobaczyć
    jeszcze, ale lekarz mi nie pozwolił. Nie zleciała mi ani jedna łezka przez
    jakies dwie godziny, dopiero później odreagowałam, ale tylko chwilowym płaczem.
    Nie wiem czemu, ale tak jak pisała blanka czułam spokój. TO było niesamowite,
    wszyscy płakali a ja ich pocieszłam, mówiłam, ze Jemu jest tam dobrze, że nie
    cierpi i że na pewno nie chce żebyśmy płakali. Wszyscy dziwnie na mnie
    patrzyli, a ja czułam się jak głupek. W dniu pogrzebu dokładnie było to samo, w
    ogóle nie płakałam, dopiero troszke na cmentarzu, a tak to wszystkich
    pocieszałam. Dopiero po dwóch dniach po pogrzebie rozkleiłam się i trwało to
    dwa dni, a potem już ok. Wróciłam do pracy, życie zaczęło kręcić się dalej i
    teraz zamiast do Niego do domku jadde na cmentarz, opowiadam mu co u mnie
    słychac i nie płacze na cmentarzu - On nie chciał żebym płakała i najwyżej
    czasem (bardzo rzadko polecą mi łzy wieczorkiem). A to że On czuwa nade mną to
    wiem na 100%!! Wiem, ze jest ze mną cały czas i pomaga mi! I jak nigdy
    wcześniej nic nie wygrałam, to teraz wysłałam zgłoszenie o bilet na koncer i
    powiedziałam - Kochanie spraw żebym choc raz w życiu coś wygrała, no i okazuje
    sie ze po dwoch godzinach wygrałam!!! Ja po prostu wiem że to Jego sprawka:)!!
    Nawet na antenie w radio podziękowałam MU:)) a teraz śnił mi sie przez dwie
    noce że Zmartwychwstał i ze jest mu tam dobrze. Śniło mi się, że wstał z trumny
    i poszłam z Nim na spcer po łące i On cały czas udawał że umiera (zachowywał
    się tak jak w szpitalu w ostatnim dniu jak był przytomny) i jak mówiłam do
    Niego (we śnie) "Kochanie znów boli Cie tak mocno głowa" to odpiwedział mi "
    Nie, żartuje sobie z Ciebie" i zaczynał sie śmiać i tulic mnie. to jest dla
    mnie niesamowite!! Wiem, ze to On daje mi znac, ze jest mu dobrze, że jak
    zawsze za życia ziemskiego, tak też w niebie żartuje sobie ze mnie, zeby tylko
    nas rozbawić. To tyle wywodu mojego na ten temat.

    P.S. Blanka ja mojemu narzeczonemu dałam okulary:) Nie chodził w nich często na
    ziemi, ale miał problemy ze wzrokiem. Jak spytała mnie Jego mama i brat po co
    mu daję te okulary, to powiedziałam, że po to żeby znalazł sobie ładna
    dziewczyne, bo potem do mnie będzie miał pretensje:) dziwnie na mnie popatrzyli
    no ale się nie odezwali. Nawet mu dałam troszkę pieniążków, bo stwierdziłam, że
    bedzie tam "nowy" wiec musi postawić jakies piwko reszcie:) tez dziwnie na mnie
    patrzyli, ale nie komentowali - oni płakali a ja Go wyprawiałam na lepszy
    świat. Własnie taka spokojna byłam, ze o wszystkim myślałam. Dobra kończe już.
    Pozdrawiam, Ania
  • blanka_e 09.10.06, 14:07
    Tak, twoja psychika broni Cię przed rozpaczą i to wspaniale, że ten mechanizm
    obronny działa. A wiesz? mój chłopak tuż po śmierci przyśnił mi się w ten
    sposób: zadzwonił telefon - w słuchawce słyszę jego głos radosny- wita mnie jak
    gdyby nigdy nic, a ja mając świadomość w tym śnie, że on nie żyje mówię: no coś
    ty, przecież ty nie żyjesz??? a on: "a kto ci tak powiedział? chyba ci ktoś
    kawał zrobił... no przeciez dzwonię do ciebie". Dodam, że ten sen był bardzo
    realistyczny, tak bardzo, że od tamtego snu mam pewność że on żyje, tyle że w
    innej rzeczywistości. Dziś po tylu latach wiem, ze on mi pomaga, czuwa, wspiera
    mnie, mam w nim swojego "dodatkowego anioła stróża". I mimo tego, że jestem
    gotowa na nowe uczucie to nikt się w moim życiu nie pojawił, z kim chciałabym
    dzielić los. Ludzie zaś znając moje przeżycia tłumaczą sobie, ze pewnie nie
    mogę o nim zapomnieć, albo że porównuję każdego faceta do tamtego - niemal
    ideału. Wszystko to jest bzdurą i męczy mnie odkręcanie takich teorii, ale cóż
    ludzie lubią sobie wszystko jakoś wytłumaczyć, przypiąc komus jakąś łatkę,
    zapakować do odpowiedniej szufladki... trudno.
  • blue_ice1 14.10.06, 19:07
    roznie bywa- chyba zaleznie od tego ,kim byla dla nas osoba zmarla, jak barzdo
    bylismy emocjonalnie z nia zwiazani...... Moj pierwszy maz zmarl tuz po 7
    rocznicy naszego slubu- nagle, nie mialm szansy powiedziec mu slowa pozegnania,
    zmarl na ulicy, kilkaset metrow od domu....... Czulam wtedy tak ......
    SZALENCZY smutek i niedowierzanie jednoczesnie,i zal,ze za wczesnie, ze jeszcze
    corenia do odchowania, ze ja nie dam sobie rady bez Niego......
    Wiadomosc o wypadku samochodowym mego narzeczonego,z ktorym dopiero co
    zalanowalismy slub- przyjelam w ciszy , bez lez- zemdlalam z szoku * NIE- NIE
    ZNOWU JA!!* .... zal mi bylo jego syna, dla ktorego obieclalm byc
    najlepsza macocha (narzeczony byl mlodym wdowcem) ,ktory mial juz tylko
    babcie......
    A potem..... Kilka dni pozniej przyszedl gniew- szokujacy mnie, bezzasadny
    gniew- pojechalam na cmentarz, i mialam ohcote wrzesczec nad jego grobem *TY
    swinio!! zostawiles syna, zostawiles mnie! a prosilas- jezdzij zawsze wolniej!!
    * kopalam stopa wsciekle w swiezo usypana ziemie- gdyby nie moja siostra-
    pewnie wywolalabym na cmentarzu niezly skandal.......

    --
    *W ogole, Swiety Mikolaju - chcialabym wiedziec, dlaczego neurony obumieraja, a
    glupota ODRASTA i się MNOZY? *
  • zeng 16.10.06, 14:47
    ja w tej chwili odczuwam strach przed przyszłością, nie wiem jak sobie dam
    radę, ona była cudowną żoną, mamą i panią domu, nie wiem jak sobie poradzę z tą
    pustką...

    z drugiej strony odczuwam wstręt do życia i poczucie jego beznadziejności.
    Spędziliśmy razem w ten czy inny sposób prawie połowę mojego życia (jej
    połowę). Ponad 10 lat. To była moja pierwsza dziewczyna. Zakochanie od
    pierwszego wejrzenia. Przyjażń od początku wobec braku możliwości miłości (ona
    była za młoda na związek). Czekałem 3 lata, 2 lata walczyłem o nią, potem
    spędziłem z nią 5 najlepszych lat mojego życia. Dla siebie zerwaliśmy kontakt
    ze światem, całkowicie poświęciliśmy się sobie, nie było nic i nikogo, tylko MY
    (i synek)...

    a teraz jestem nagle sam... byłem pewny że tak miało wyglądać moje życie, że
    znalazłem tą osobę która była mi przeznaczona... a teraz jej nie ma, nie ma
    mojego przeznaczenia, jak żyć bez swojego przeznaczenia...
  • blanka_e 17.10.06, 09:35
    > Dla siebie zerwaliśmy kontakt
    > ze światem, całkowicie poświęciliśmy się sobie, nie było nic i nikogo, tylko
    MY


    CZłowiek stworzony jest by żyć w jakiejś większej wspólnocie, zbyt wierzyliście
    w siebie, w którymś momencie zabrnęliście za daleko w tej wzajemnej ufnosci.
    teraz jesteś sam, bo w cierpieniu jesteśmy sami. Musisz przejść tę drogę sam.
    Kiedyś zatęsknisz za ludźmi, tymi, którzy żyją i "jadą na tym samym wózku", i
    wyjdziesz do nich, nie bedziesz sam, nie bój się.
    Nigdy nie ilozuj też Twego syna, chowasz go dla świata, nie ochronisz go przed
    wszystkim, co złe, przykre.
    Życie nie jest aż tak beznadziejne, jak to teraz odczuwasz.
  • zeng 17.10.06, 10:55
    czasem brakowało mi większej wspólnoty. Ale jej uśmiech był mi za całą
    wspólnotę i w ogóle resztę świata. Miałem marzenie. Kupić bezludną wysepkę i na
    niej zamieszkać jak już wychowamy syna. Mówiłem jej o tym, oglądaliśmy nawet
    oferty w internecie. Też chciała. Przez 20 lat spokojnie byśmy na nią
    uzbierali...

    A teraz... Nagle ten nasz "wózek" który samopas pędził przez życie wykoleił
    się. Ona zginęła a ja zostałem sam na pustyni. Reszta świata jechała innym
    torem i w ogóle w innym kierunku.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.