Dodaj do ulubionych

śmierć małżonka

10.10.06, 05:44
Witam,

kilka dni temu zmarła nagle i niespodziewanie moja całkiem jeszcze młoda
żona, została ogromna pustka i wspaniały syn (moj jedyny cel i sens w tej
chwili).

Powiem wprost, nie potrafię nawet zdefiniowaćco czuję a tym bardziej (nawet
nie chcę teraz) sobie w tym poradzić.

Czy jest tu może osoba, która przeżyłą utratę żony lub męża, która nagle
została sama z dzieckiem, która podzieliła by się swoim... i porozmawiała o
moim... ?

Pozdrowienia
Edytor zaawansowany
  • blanka_e 10.10.06, 08:45
    Witaj! dobrze że odnalazłeś to forum, dobrze, że miałeś w sobie wolę i siłę
    czegoś takiego poszukać...jest nadzieja, że stanie się ono (choćby w niewielkim
    stopniu) Twoim kołem ratunkowym. Nie musisz niczego definiować, na
    defininiowanie potrezba czasu, dystansu - teraz jesteś w samym środku dramatu,
    pozwól sobie na przejście wszystkich etapów żałoby. Kazdy ma do tego prawo i
    zakomunikuj to swojemu synowi, uspokój go , niech chłopak wie, że jakoś się
    trzymasz. Być może on się bardziej boi o Ciebie niż o siebie.
    Nie mam takich doświadczeń jak Ty, ale znam temat z perspektywy Twego syna - w
    moim życiu też nagle zabrakło matki. W domu rodzinnym czułam się jak w hotelu -
    to przestał być mój DOM, bo nie było w nim MAMY. Każdy kąt ją
    przypominał,wołał: "Jej tu nie ma..." To uczucie było nieznośne do tego
    stopnia, że w pół roku po odejściu Mamy wyprowadziliśmy się razem z moim Tatą
    do innego domu, innej dzielnicy - ta decyzja to był strzał w dziesiątkę.
    Teraz to zupełnie niemożliwe, ale za jakiś czas, gdy ból po stracie Małżonki
    złagodnieje pomyślcie razem z synem o jakiejś rewolucji w waszym życiu.
  • zeng 10.10.06, 11:59
    Ile miałaś wtedy lat ?

    Mój synek ma dopiero 4 lata, on tą całą sytuację traktuje całkowicie
    abstrakcyjnie. Bez smutku (to okrutne) przyjął wiadomość, że mama mieszkała w
    domu a od teraz będzie mieszkała w jego serduszku...

    Dla niego to nadal dom, dla mnie niestety też.
  • blanka_e 10.10.06, 12:33
    No tak, nie miałam pojęcia, że Twoje dziecko jest takie małe, nie użyłeś
    zdrobnienia pisząc o synu i chyba dlatego przyjęłam, że jest co najmniej
    nastolatkiem. Przepraszam.
    A ja byłam wówczas osobą dorosłą, miałam 27 lat.
    To, że dziecko nie okazuje spodziewanego przez innych smutku wcale nie jest
    okrutne, sam piszesz, że to wszystko jest dlań abstrakcją. Myślę, że synek
    jednak w swój dziecięcy sposób rozumie co się stało. Poszukaj literatury
    fachowej z zakresu psychologii dziecięcej, poczytaj jak postępować z dzieckiem
    po stracie rodzica. O ile masz na to w tym momencie siłę i ochotę. Najpierw
    zmierz się ze swoim bólem. Dobrze by było, gdybyś mógł liczyć na pomoc w opiece
    nad chłopczykiem ze strony rodziny - na mamę, teściową lub siostrę (jeśli
    masz). Czas uleczy rany -jest to najbanalniejsze i najprawdziwsze zarazem
    powiedzenie (które jest czasem wręcz nieznośne w swej prostocie, które nieraz z
    przekorą wykpiwałam). Nawet nie wiesz, ile siły w Tobie drzemie! Wprost
    proporcjonalnie do rozmiarów tragedii, jaka Cię spotkała.
    Ty przezwyciężysz ból (jestem tego pewna), a wtedy dziecko poczuje,że może na
    tobie polegać, i że może czuć się przy Tobie bezpiecznie.
  • zeng 10.10.06, 19:12
    Wszyscy mi to powtarzają że mam się zająć sobą i że dam radę i inne rzeczy
    które nawet wiem że sąlogiczne (zawsze byłem racjonalistą, nie wiem czy nadal
    jestem).

    Na razie jednak o wiele prościej mi przyjmować założenie, że jedynym celem i
    sensem jest mój synek. Wiem, że to nieprawidłowe myślenie bo kondycja synka
    będzie zależała od mojej, ale łatwiej to znieść poświęcając się jemu niż
    sobie...
  • aniawx 11.10.06, 10:00
    Witaj Zeng!
    Ja niecały miesiąc temu straciłam bardzo bliska mi osobę - jeszcze nie był moim
    mężem, ale planowaliśmy na przyszły rok ślub. Dziecko też mi po Nim nie
    zostało, wiec musze sama znosić to , co sie stało. Spójrz na to, ze masz synka,
    który będzie Ci pomagał w dojciu "do siebie". Pamiętaj że życie jest przed
    Tobą i zależne od Ciebie!! Nie daj się smutkowi, bo to nic nie da!
    Najważniejsze dla mnie to spędzać czas ze znajomymi, wyjechac na chwilkę gdzieś
    żeby odpocząć i nauczyć cieszyć się życiem!! Zawsze byłam, i nadal jestemm
    wielka optymistką, bo wierzę \w to że nic sie nie dzieje bez przyczyny. A
    pamiętaj, że jak Bóg zabiera dobre, to daje lepsze! I tej myśli się trzymaj!
    Pozdrawiam, Ania
  • blanka_e 11.10.06, 11:16
    Przyjąłeś założenie, że syn jest jedynym sensem i celem - trzymasz się tego
    kurczowo, bo w nim żyje Twoja żona. Twój ból łagodnieje, bo wiesz, że został Ci
    jeszcze on-syn, patrzysz na niego i widzisz te wszystkie lata, dni,które
    przeżyłeś ze swoją żoną, czujesz jej bliskość. Narazie dziecko jest takim
    plasterkiem dla Ciebie. To wspaniałe, że go masz. A kiedyś na pewno Twój
    racjonalizm znów dojdzie do głosu i myślenie stanie się prawidłowe.
    Ja kiedyś na siłę szukałam sensu życia po stracie kochanej osoby. Oczywiście
    dopiero po jakimś czasie od śmierci, wcześniej nie miałam siły na zastanawianie
    się nad czymkolwiek - ot, jeździłam regularnie na cmentarz, odwiedzałam swoją
    niedoszłą rodzinę, rozmawialiśmy oglądając jego fotografie, no i najlepiej
    czułam się w kościele - byłam tam codziennie. Otoczyłam sie tymi wszystkimi
    rytuałami, by poczuć się bezpiecznie. Ale w końcu wszystko przestało działać.
    Pozostała totalna, nieznośna pustka. I pomyślałam - będę dobrym człowiekiem,
    spożytkuję jakoś to cierpnienie, które przeżywam, tę dawkę uwrażliwienia, jaką
    otrzymuję od losu. Zadecydowałam, że zapiszę się do wolontariatu i będę pomagać
    chorym ludziom, będę wspierać ich dobrym słowem, swoją uwagą i obecnością. I
    oczekiwałam oczywiście, że ta moja działalność napełni moje życie sensem,
    stanie się dla mnie terapią. Regularnie uczestniczyłam w szkoleniach
    prowadzonych przez psychologa, zorganizowanych dla kandytatów na wolontariuszy.
    Szkolenia się skończyły, otrzymałam tytuł wolontariusza, zostałam wspisana do
    specjalanego rejestru i... nigdy do nikogo nie poszłam. Były takie ćwiczenia na
    tych spotkaniach: miałam odegrać scenkę, że przychodzę do jakiegoś obłożnie
    chorego dziecka, witam się z nim i zaczynamy rozmawiać. Tym dzieckiem była pani
    psycholog - specjalnie grała wyjątkowo trudny przypadek-zamkniętego w
    sobie,zbuntowanego i załamanego nieszczęśnika. Położyłam to ćwiczenie
    kompletnie. Moje wyobrażenie o niesieniu pomocy osamotnionemu choremu opierało
    się na dzieleniu się z nim przykrymi doświadczeniami. Myślałam, że jak opowiem,
    co mi się przykrego wydarzyło w życiu to temu komuś bedzie lżej, bo poczuje, że
    nie jest sam, że inni też cierpią. A tu guzik prawda. Chorzy, zamknięci w
    domach samotnicy mają dość swoich własnych nieszczęść, czekając na
    wolontariusza liczą, że przyjdzie beztroski wesoły, silny i zrównoważony
    psychicznie człowiek, który wniesie trochę świeżości i światła do ich smutnego
    życia. Widziałam jak podobne scenki wspaniale odgrywali pełni entuzjazmu i
    empatii nastolatkowie. Uświadomiłam sobie, że jestem wrakiem emocjonalnym, że
    jestem okropnie słaba, że jestem egoistką. Wygląda na to, że jako wolontariusz
    więcej chciałam wziąć dla siebie, niż dać innym, bardziej liczyło sie moje
    nieszczęście niż cudze. Odtąd niczego nie robię na siłę, wiem, że na wszystko
    przyjdzie czas. Moje plany się nie powiodły, ale dzięki tym szkoleniom
    nauczyłam się dużo o sobie.
  • zeng 11.10.06, 20:58
    dobrze że jest to forum i że je znalazłem

    przepraszam was wszystkich za to co napiszę, ale...

    cieszę się że są oprócz mnie ludzie którzy... sami wiecie co

    choć oczywiście przykro mi że musieliście to przejść, nikomu tego nie życzę

    tata i syn... w synie tętniące życie ukochanej utraconej. I moje. Tam te życia
    zawsze będą razem i nic ich nie jest w stanie rozdzielić.

  • zeng 12.10.06, 07:08
    ranki są najtrudniejsze
  • blanka_e 12.10.06, 10:35
    Czasem spotykam ludzi, którzy zupełnie nie doceniają tego co mają, którzy z
    braku naprawdę poważnych problemów w życiu wyolbrzymiają najdrobniejszą
    trudność, spalają się w pracy, utracili prawdziwe proporcje. Są jak ślepcy, nie
    rozumieją co jest naprawdę ważne. Widzę, jak są biedni. Unikają rozmowy o
    śmierci, cierpieniu, chorobie, nie umieją złożyć komuś kondolencji, nie wiem,
    może nawet nie umieją współczuć.
    Ja żyję intensywniej, czuję i dostrzegam więcej. Nie jest mi przez to łatwo,
    ale wiem, że żyję naprawdę. Mam dystans do wszystkiego. Moje doświadczenia są
    moim skarbem, przywróciły właściwe proporcje wielu sprawom, niczego nie żałuję,
    nie szkoda mi siebie. Śmierć i cierpienie nie są takie straszne jak je malują,
    można sobie je oswoić. To część naszej egzystencji, przed którą nie umkniemy.
    Każdy - wcześniej, czy później- musi się z tym zmierzyć .. wypić swoją porcję
    goryczy. Już nie zadaję sobie pytań w stylu: dlaczego mnie to spotkało?
    Zeng, ubierz syna i idźcie na spacer, pozbierajcie razem kasztany. Pozdrawiam
  • mercedesadmin 12.10.06, 16:53
    tak śmierć nie jest starszna a wręcz jest piękna gdyż kres wszystkiego jets
    piekny , idealny spokój, ale jest piękna tylko dla tego co umiera a nie dla
    tych którzy zostają.
    --
    forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=41956 forum o Formule 1
  • zeng 12.10.06, 18:07
    wierzę, że śmierć jest piękna, często ci którzy zbliżą się do śmierci na
    wyciągnięcie ręki smakują jej piękna i już się jej nie boją.

    wierzę, że moja ukochana żona jest szczęśliwa

    wierzę, że już nikt oprócz naszego synka nie da mi szczęścia i nie chcę inaczej
    wierzyć

    wierzę, że kiedyś będę mógł spędzić z moją żoną wieczną kolację przy świecach i
    że razem będziemy patrzeć na naszego dorosłego syna, którego wychowałem tak jak
    mieliśmy go wychować...

    nie wierzę tylko, że ból minie, nawet nie wiem czy tego chcę

    Ps. rozmowa z dzieckiem o śmierci to ogromne wyzwanie, pozostało mi naprawdę
    cudowne dziecko
  • aniawx 12.10.06, 18:52
    Zeng teraz to musimy być dobrymi ludzmi, żeby sie spotkac z
    naszymi "połówkami". Ty masz wielkie zadanie wychowac synka na porzadnego,
    kochającego, uczciwego człowieka, ale nie martw się - Twoja Ukochana Ci w tym
    pomoże. Jestem o tym przekonana!! Bo Ona czuwa nad Wami z góry! I na pewno nie
    da Was skrzywdzić.
    Ps. Wyobraź sobie, że to Ty odchodzisz z tego świata, a żona zostaje z synkiem.
    Jak chciałbyś żeby zyła? Czy żeby była samotna? czy żeby smuciła się cały czas?
    Wiem, ze odpowiedzi na te pytania wskażą Ci droge ( a przynajmniej pomoga) jak
    żyć dalej.
    Pozdrawiam, Ania
  • dida 12.10.06, 20:55
    od "mojej" śmierci minęło półtora roku. niewiele się zmieniło. mogę się
    uśmiechąc wobec ludzi. śmieję się, żartuję, ale w duchu wiem, że jest tam ktoś
    kto jest mój i kto jest daleko = to co tutaj niewielkie ma naczenie. minęło
    półtora roku, a ja nie mogę powiedziec, że jest lżej. On jest ze mną. Ja z nim.
    czasem spotyka się osobę na całe życie, czasem ta osoba odchodzi zbyt wcześnie.
    Codziennie mierzę się z depresją, walką z materią. Nie piszę że walczę, bo do
    tego mi daleko. Czasem szukam zapominaczy w alkoholu, śnie, w czymkolwiek. Co
    dziwne od śmierci świat materialny nagina się ku mnie - czyżby opieka tego,
    który odszedł? Może Boga? Brakuje potwierdzenia tego co się domyślam. Brakuje
    znaków istnienia. Aż tak bardzo, że czasem myślę, że nie ma nic poza ty
    materialnym, cielesnym światem.
    ps. zadroszczę dziecka. ja nie mam żadnej ostoi.
  • zeng 12.10.06, 21:53
    podziwiam twoją siłę dida.

    gdyby nie moja "ostoja" w dziecku nie dzieliłbym się teraz z wami przeżyciami.

    Gdybym ja był płomieniem, to on by był paliwem...

    A co do wypowiedzi aniwx... Może kiedyś będę w stanie pomyśleć o tym co by
    chciała moja żona żebym zrobił ze swoim drugim życiem... Ale na razie jest to
    samo życie, a to należy do niej. Ona na mnie czeka, czeka na mnie podwójna
    kwatera. Ale musi poczekać, bo trzyma mnie tu kotwica silniejsza niż wszystko.
    Ta sama miłość. Do dziecka.

    Dzisiaj liczy się tylko ona i jej czekanie na mnie, dobrze że tam u niej nie ma
    czasu. Jutro się nie liczy. Jutro dziecko będzie samodzielne a wtedy będę miał
    wybór kiedy wrócić do mojej żony.

    Ps. Dałem jej na drogę identyczną wiązankę jak jej wiązanka ślubna. Przyda się
    jak będziemy za kilkadziesiąt lat u niej robić drugie wesele.
  • aniawx 12.10.06, 22:50
    Zeng ja też teraz mam tylko jedno myślenie - Patrycz czeka na mnie i tez mam
    momenty takie, ze chciałabym już teraz "iść" do Niego. Narazie póki co to
    chodze na grób, kupuję Mu takie kwiatki i świeczki jak lubił. Nie lubię zniczy,
    nie chcę zniczy na Jego gorbie - ma mieć tak jak w domku!! Chodzę do Niego i
    rozmawiam z Nim, zasypiam i tylko o Nim myślę, budzę sie i pierwsza myśl, to
    Patryk!! Nie potrafię nawet na chwilkę zapomniec o Nim. Kocham Go nadal!!
    Czytam tylko wszystkie Jego pamiętniki, archiwum gg i najważniejsze - list
    pożegnalny, który mi napisał przed śmiercią (On chorował na białaczke dwa lata
    walczyliśmy). Napisałam do Ciebie to, bo właśnie Patryk mi napisał w liscie
    pożegnalnym, zebym sie nie smuciła, nie rozpaczała, tylko mam żyć radosna i
    optymistyczna jak do tej pory. Szczerze Ci powiem, ze ja sama nie wiem skąd we
    mnie tyle optymizmu, ale wydaje mi się, że to On mnie pociesza. Najpiękniejsza
    rzecz jaka mnie spotkała po Jego śmierci to sen. Przyśnił mi się Partyk i
    powiedział, ze On tam jest szczęśliwy, że Go nic nie boli i żebym nie martwiła
    się o Niego. Zeng On w tym śnie był taki wesoły, jak zadko kiedy na ziemi. I
    wiesz co mocno wierzę w to że Jemu tam faktycznie jest dobrze!!
    I chce jeszcze dodać, ze choć nie znam Cie zupełnie, to stwierdzam, ze Twoja
    żona miała wielkie szczęście spotykając Cię na swojej krótkiej drodze życia.
    Jeszcze raz życzę Ci wiele siły!! Pozdrawiam, ANia
  • zeng 13.10.06, 06:05
    dziękuję Ci aniawx
  • aniawx 15.10.06, 21:26
    Witaj Zeng,
    Wiesz strasznie się cieszę, ze Twój synek zobaczył tą gwiazdę na pogrzebie, o
    której pisałeś wcześniej. Ja wiem, że to właśnie była Jego Mamusia. Co do
    układanie śminet i innych rzeczy po Mamusi, to bardzo dobrze, że się tak
    zachowuje. Wiesz co, ja mam 25 lat i czytając o tym co robi Twój 4 letni Synek,
    stwierdzam, że jestem na Jego etapie:) - ja też cały czas sprzątam w domu u
    Patryka - choć tam nie mieszkam - myję podłoge w salonie, bo On nie znosił jak
    była brudna, ukłdam Jego rzeczy tak jak On to robił (a był strasznym
    pedantem:). I wiesz co bardzo dobrze mi z tym, ze moge coś zrobić "dla Niego".
    PS. Czy przytrafiło Ci się coś "dziwnego" po śmierci Żony, czy dała Ci jakiś
    znak, że żyje innym życiem? Pozdrawiam, Ania
  • blanka_e 13.10.06, 08:32
    Ja pożegnałam się ze swoim ukochanym sześć lat temu, ale pamiętam wszystkie te
    przeżycia. Każdy, kto mocno kocha swoją niestety już nieżyjącą połówkę
    pomarańczy żyje przez długi czas od jej śmierci w świecie duchów, jak ja to
    określam. Przeżywałam to samo, co Wy wszyscy - karmiłam się wyobrażeniami, że
    on TAM ma dom piękny z gankiem, pośród łąk, że czeka na mnie, że szykuje dla
    nas ten dom, tysiące razy wyobrażałam sobie nasze spotkanie po JEGO stronie.
    Miałam właściwie pewność, że on nieustannie na mnie patrzy, chroni mnie, śledzi
    każdy mój ruch i widzi każdą moją łzę. I, rzecz jasna, że tęskni za mną jeszcze
    więcej niż ja i nie może doczekać się kiedy do niego dołączę. Miałam w nosie,
    że moi bliscy z niepokojem słuchają o czym mówię i jak się zachowuję. Wiecie,
    nikt mnie wtedy nie rozumiał - nie miałam tego internetowego forum, które teraz
    pozwala Wam anonimowo opowiedzieć tak intymne przeżycia. Naprawdę byłam sama,
    choć otoczona przyjaciółmi i rodziną. W cierpieniu jesteśmy sami.

    Jednym z moich "znieczulaczy" było wtedy odwiedzanie księgarni katolickich i
    szukanie książek o tematyce śmierci, a przede wszytskim zycia pozagrobowego -
    tak bardzo chciałam MIEĆ PEWNOŚĆ, że On żyje, że JEST życie po śmierci,
    szukałam tego znaku, o którym pisze dida. Zaczytywałam się w tych książkach. To
    trwało może rok, może mniej, nie wiem. Kiedyś jednak zaczęła do mnie docierać
    bardzo bolesna pewność, że On żyje zupełnie innymi sprawami, sprawami, które z
    ziemią i nami, zyjącymi na tym świecie mają niewiele wspólnego. Że on ma co
    innego na głowie, żyje i myśli zupełnie innymi, niepojętymi dla nas,
    kategoriami, że zna juz tajemnicę śmierci i przez to się różnimy, że on nie
    jest tym samym ziemskim Grzesiem. Że w porównaniu z życiem wiecznym to życie
    tu na ziemi jest tak krótką chwilką, że ziemskie życie jest tak niedoskonałe,
    tak trudne i bolesne. Że jestem zbyt "ziemska" w swoich wyobrażeniach o jego
    nowym świecie. Wreszcie...że muszę mu dać spokój....i pozwolić żyć według zasad
    na tamtym świecie.

    Z jego wypadkiem było tak, że o mały włos nie zginęłabym razem z nim, gdyby nie
    splot zdarzeń, który udaremnił moje wcześniej planowane dotarcie do niego (był
    w innym mieście) i powrót razem tym samochodem. Były chwile, że żalowałam, że
    tak się nie stało.
    Ale w człowieku nagle rodzi się w bólach ta myśl: ja MUSZĘ żyć tu i teraz
    jeszcze nie przyszła na mnie kolej - muszę wydostać się ze świata duchów, bo
    wiele jeszcze przede mną. Może i u Was będzie podobnie? tego Wam życzę, bo ja
    odnalazłam w końcu spokój po tamtej, tragicznej śmierci i jestem szczęsliwa.
  • zeng 13.10.06, 15:55
    zazdroszczę Ci tego spokoju, choć sam (jeszcze) nie chcę go zaznać

    dziś pożegnałem moją ukochaną żonę

    powiedziałem jej żeby na mnie czekała

    pocałunek w usta...

    to nie były martwe usta, usta ciała

    to były JEJ usta, te same, nawet nie poczułem zimna, one były gorące, rozpaliły
    mnie jak zawsze

    może to chore, ale mi z tym dobrze, po 6 dniach rozłąki, szalonej bieganiny,
    natłoku spraw, papierów i problemów... zatrzymałem się na chwilę przy tym
    wiecznym pocałunku by jej powiedzieć "do widzenia". Nie "żegnaj".

    Chcą jej stawiać pośmiertne pomniki, aby potomni wiedzieli czego wielkiego
    dokonała w tak krótkim życiu. Tak, kochała pracę i to co robiła.

    Ale dokonała tylko jednej naprawde ważnej rzeczy. Miłości. Nasze dziecko jest
    jedynym pomnikiem które naprawde obrazuje to czego tu dokonała. I to dziecko
    kiedyś powie, miałem wspaniałą mamę, to mama mnie tego nauczyła, nawet jeżeli
    nauczył mnie tata to tatę nauczyła tego mama.

    W nas będzie jej pomnik. A wszystko inne to mgła.
  • blanka_e 13.10.06, 17:48
    wiesz, jak opowiadam komuś jaki był ten mój Grzegorz, to czasem słyszę
    komentarz, że go idealizuję... w ogóle jest taki stereotyp,że mówimy wyłącznie
    dobrze o naszych zmarłych, choć za ich życia nie docenialiśmy i nie
    dostrzegaliśmy wielu cech, które teraz w nich gloryfikujemy. Tak się składa, że
    ja miałam to szczęście znać prawdziwego anioła. Czułam, że on jest trochę nie z
    tej ziemi, nie umiem tego wytłumaczyć. To, że go spotkałam na swej drodze jest
    wyróżnieniem dla mnie. Zwykłam o nim mówić: przedstawiciel ginącego gatunku -
    mój rycerz z bajki. To był tak dobry z gruntu, uczciwy i kochany człowiek, że
    po prostu nóż się w kieszeni otwiera na tę niesprawiedliwość, że jakiś tam zbir
    żyje na tym swiecie i zatruwa innym życie, a ktos taki jak on poszedł do ziemi,
    i on sam więcej dobra ponad to co zrobił już nie uczyni. Naprawdę, wiem, że on
    sobie zasłużył na niebo. Wykonał co do niego należało i Bóg uznał,że w niebie
    będzie bardziej potrzebny i dlatego go zabrał. Bo tak mu było pisane. Jak nie
    wypadek, to dopadłaby go śmiertelna choroba, lub spadła by mu na głowę
    przysłowiowa cegła. Ale to jego dobro żyje we mnie i zobowiązuje mnie do
    czegoś. Żyje we wszystkich, którzy go znali, którzy tłumnie przyszli na jego
    pogrzeb, bo pamietali, jak wyciagnął do nich rękę, gdy inni sie odwracali. Tak
    samo jest z Twoją żoną i tym światłem, które miała w sobie i którym podzieliła
    sie z Tobą i tymi, którzy ją znali.
    Współczuję Ci bardzo...
  • zeng 13.10.06, 18:34
    dziękuję za ciepłe słowa

    nie idealizuję żony, robiłem to za jej życia, miała swoje wady, miała zalety

    faktem jest że żyła dla innych, nigdy dla siebie, wolała zrobić coś dobrego dla
    obcej osoby niż dla siebie. Pragnęła (i częściowo to już zrealizowała) być
    lekarzem jak z dawnych opowieści, lekarzem z powołania, po to by pomagać,
    pomagać i pomagać ludziom i cieszyć się z każdego uśmiechu ulgi jako
    podziękowania za pomoc.

    Zaczęła robić wielkie rzeczy (badania naukowe) aby zmniejszyć cierpienia i
    zagrożenia dzieci z rozszczepem kręgosłupa (wrodzona wada). Nie udało jej się
    tego dokończyć tego dzieła. Pamiętam jak się cieszyła z każdego uśmiechu
    umęczonego chorobą dziecka, to dawało jej siłę na następne godziny pracy.

    Za dużo tej pracy było, chciała oddać całą siebie i oddała, całą siebie. Chcą
    jej za to stawiać pomniki, ale po co...


    i faktem jest, że JEST moja i ja jej, mój świat się ograniczał do niej i synka,
    reszta była bez znaczenia. Miłość nie jest idealna, ale teraz wiem, że jest
    silniejsza od śmierci.
  • blanka_e 13.10.06, 18:45
    Mam nadzieję, ze nie zrozumiałeś opacznie tego co napisałam o tym
    idealizowaniu, ja wierzę, że woja żona była właśnie takim Aniołem i dlatego,że
    nim była to jej zabrakło. Wypełniło się jej powołanie.
  • zeng 13.10.06, 20:16
    nie zrozumiałem źle Twoich słów

    Twoja połowa była ideałem dla Ciebie, że nie była tak naprawdę według jakichś
    tam norm to nieważne przecież, twój świat to ty i on

    mój świat to ja i ona (no i nasz owoc miłości), w tym zamkniętym świecie ona
    jest ideałem, aniołem

    Ps. doświadczam dziwnego aż ukojenia gdy śpię w nocy z synkiem. Myślałem, że
    miesiąc nie zmrużę oka, natomiast od pierwszego dnia codziennie gdy kładę się
    obok synka i patrzę na niego śpiącego doznaję ukojenia i spokoju jak gdyby ONA
    spała obok mnie. I od razu zasypiam. Coś mi się sni, zapewne moja ukochana, ale
    od tego czasu nie zapamiętałem ani jednej sceny ze snów...
  • zeng 14.10.06, 06:38
    chyba moja skorupa ochronan w końcu nie wytrzymała...

    tej nocy, po pochowaniu żony, po raz pierwszy nie zmrużyłem oka. Kiiedy tylko
    zamykałem oczy natychmiast pojawiały się migawki z życia z moją żoną w
    przeszłości, wizje jak byśmy przeżywali razem wielkie chwile (np pójście do
    szkoły synka) w przyszłości lub co najgorsze widok umierającej żony.

    To trwało kilka sekund, natychmiast się budziłem i sprawdzałem czy synek śpi
    spokojnie.

    Nie wiem jak długo to wytrzymam jeżeli tak będzie codziennie.

    Ps. Synek na cmentarzu po pogrzebie zobaczył gwiazdkę (wydawało mu się albo
    chciał ją zobaczyć bo było południe) i powiedział że ta gwiazdka to jego mama i
    codziennie chce na nią patrzeć. Nikt mu nigdy nic nie mówił o gwiazdkach w tym
    kontekście...
  • aniawx 14.10.06, 10:04
    Witaj Zeng
    Widze, ze jednak ja nie jestem "świrem". Zachowywałam sie dokładnie tak samo
    jak TY. Tez pocałowałam Patryka i powiedziałam "Do zobaczenia KOchanie".
    Dziwnie, wręcz niezrozuiale patrzyłam na szarfy na wieńcach "Ostatnie
    pozegnanie, Żegnaj itp." Mówiłam do koleżanki - przecież my sie spotkamy
    kiedyś, wiec po co tak się głupio żegnac?? Dla mnie to jest niezrozumiałe.

    A co do nieprzespanej nocy, to u mnie było bardzo podobnie. Wiesz, ja troche
    napatrzyłam sie na Jego cierpienie jak chorował, ale nigdy nie miałam problemów
    ze snem. Ale w noc po śmierci Patryka to nie mogłam zmróżyć oka. Chodziłam całą
    noc po domu i nic. Ale później już mi przeszło. Teraz zasypiam bez większego
    problemu. Mam nadzieje, ze i u CIebie miną nieprzespane nocki.
    Jeszcze raz dużo siły życze!
    Pozdrawiam, Ania
  • blue_ice1 14.10.06, 11:42
    pozegnalam pierwszego meza, pozegnalam potem *niedoszlego meza*.........
    Zostalm z coreczka (wowczas 3,5 letnia) , a potem spotykalam na ulicy 11-
    letniego syna mego niedoszlego meza., ktory przed planowanym slubem zginal w
    wypadku.......:( Ten syn, dla ktorego mialam byc macocha - patrzy na mnie do
    dzis z nienawiscia,ze JA przezylam, a jego mama (bo matke stracil wczesniej) i
    tata- nie........



    --
    *W ogole, Swiety Mikolaju - chcialabym wiedziec, dlaczego neurony obumieraja, a
    glupota ODRASTA i się MNOZY? *
  • blue_ice1 14.10.06, 11:46
    a- gdy stracilam meza- mialam 29 lat, gdy zginal narzeczony- maialm 33 lata...



    --
    *W ogole, Swiety Mikolaju - chcialabym wiedziec, dlaczego neurony obumieraja, a
    glupota ODRASTA i się MNOZY? *
  • blanka_e 14.10.06, 16:54
    Dziewczyno, jak Ty to wszystko przeżyłaś??? to ja sie mazgaję, ze On zginął, a
    Ty miałaś takie przezycia do potęgi???! straszne... czasem myslę sobie jakby to
    było gdybym się zakochała i zaraz włącza sie lęk, że ten ktoś przecież też
    mógłby odejść, przeżywac to wszystko jeszcze raz? pozostać sama z dzieckiem?
    ileż można znieść...a jednak...my baby - stalowe magnolie...
    Zeng,jesteś tu wprawdzie rodzynkiem, ale może to dobrze ucz się od nas, kobiet,
    siły.
  • zeng 14.10.06, 17:27
    ja wiem, że muszę mieć siłę, wiem, że dziecko na mnie liczy.

    Najpierw muszę się jednak uporać z myślą o tym, że żona kochała mnie ponad to
    ziemskie życie, że zarówno jej słowa gdy już wiedziała, że umrze, jak i
    ostatnie słowa gdy umierała były świadectwem bezgranicznej miłości do mnie i
    naszego synka.

    wydawało mi się, że ja ją (ich) tak samo kocham, ale doświadczyć takiej miłości
    to zupełnie coś innego.

  • zeng 14.10.06, 17:27
    potem będzie z górki, mam nadzieję, jak już się przebudzę i wystartuję. O ile
    to nastąpi...
  • blanka_e 14.10.06, 17:44
    W obliczu śmierci najpiękniej mówimy o miłości, najpiekniej ją czujemy i
    przeżywamy. Żona czujac, że odchodzi osiagnęła pełnię tej miłości, dlatego
    poczułeś jej bezmiar.
    Ona Ci pomoże, tak Cię będzie kierować, zebyś nie pobłądził na swojej drodze,w
    swoich wyborach. Dostałeś od życia wspaniały dar-dar prawdziwej miłości,
    spotkałeś niezwykłą osobę, pomyśl, jak niewielu ludziom jest dane to przeżyć.

    Pamietaj: jesteś człowiekiem przez duże C, i jestes wyposażony w taką dawkę
    miłości, mądrości i wrażliwości, że po prostu nie może być inaczej - bedziesz
    pięknie żył.
  • blanka_e 14.10.06, 17:25
    Zeng, napisałeś, ze zona zmarła nieoczekiwanie, nagle. Przeciez to straszny
    szok. Emocje ogromne, skrajne zachowania, jak po wypadku.
    Dopóki załatwiamy te wszystkie sprawy związane z pogrzebem, wiadomo bieganina,
    jakieś rozliczenia bezsensowe urzedowe sprawy, działamy jak na prochach, potem
    szok mija i zostajemy w obliczu bezlitosnej prawdy - nasz bliski zmarły spoczął
    w ziemi. Jesteśmy sami, zostaliśmy w domu pełnym jego rzeczy, jego zapachu.
    Nie obawiaj się czy wytrzymasz, dasz radę człowieku, raz bedzie lepiej, raz
    gorzej, ale przezwyciężysz wszystko. Tak, ja wiem to okropnie boli, najgorzej,
    ze sami jątrzymy te rany, nie umiemy wyłaczyć natretnych myśli, obrazów...to
    wielka trauma.
    Szpital, w którym odszedł w czerwcu mój Tato, omijam szeeerokim łukiem. Gdy
    prezd zaśnięciemmeczą mnie natrętne wspomnienia ze szpitalnej sali R, z
    kostnicy staram sie wówczas przemówić do rozsądku: przeciez Tacie jest przykro,
    ze myslę o nim w ten sposób. I pomaga.
    Ja piszę o przeżyciach, które już mam za sobą, które juz tak nie bolą, jak
    Ciebie, ale uwierz mi: po śmierci chłopaka byłam (za przeproszeniem) chodzącą
    kupą nieszczęścia. Przytyłam 10 kg, lubiłam co nieco wypić, (wtedy nawet się
    śmiałam), płakałam w poduszkę... trułam przyjaciołom bez końca o tym co mi się
    przydarzyło. Uważam, że ważne jest móc się wygadać (tzn. mnie to pomaga, ale
    jestem w stanie zrozumieć i uszanować introwertyków, którzy wolą cierpieć po
    cichu).
    Synek jeszcze nieraz Cię zadziwi. Dzieci maja chyba siódmy zmysł, jakąś
    intuicję niesamowitą. Widzą i czują więcej niz dorośli.
  • zeng 15.10.06, 05:27
    synek mnie zadziwia codziennie. On widzi moją mękę, przechodzi swoją ale w
    nieświadomy sposób stara się ją ukryć żeby chronić mnie.

    Czasami powie coś po czym uginają się pode mną nogi, ale w dobrej wierze.
    - czy babcia będzie teraz moją mamą ?
    - to są mamy szminki, poczekaj, muszę je ładnie poustawiać.
    Zawsze mu odpowiadam a potem idę przez minutkę głęboko pooddychać albo uronić
    kilka łez. Łez nad losem tego kochanego niewinnego dziecka.

    Zauważyłem, że gloryfikuje wszystko co mu się kojarzy z mamą. Klapki, które mu
    kupiła, te szminki...
  • blanka_e 15.10.06, 21:11
    Nie mam pojęcia jak wygladasz i kim jesteś, ale jak myślę o Tobie i Twoim synku
    pisząc tu na forum, to widzę Dustina Hoffmana ze "Sprawy Kramerów" . On też
    musiał sprostać obowiązkom samotnego ojca, musiał nauczyć się swojego
    dziecka... widzę scenę, jak razem coś tam pichcili w kuchni, śmiejac się. Jemu
    nie zawsze wychodziło w całej tej nowej sytuacji, nowej roli. Musisz sobie
    uświadomić, że nie jesteś cyborgiem, który teraz wszystkiemu podoła, bo jest
    dzielny jak diabli, teraz pokaże co potrafi i sam da radę, zadziwiając
    wszystkich wokół. Niech Cię nie zniechecają niepowodzenia (oby było ich jak
    najmniej, wiadomo), zarówno w samotnym rodzicielstwie, jak i w zmaganiach z
    własnym bólem. Na pewno śmierć Żony jeszcze długo będzie boleć i ważne jest byś
    szukał sposobów jak sobie pomóc, nie odrzucał pomocy ze strony rodziny, byś
    UMIAŁ przyjąć czyjąś pomoc (przyjmowanie jest czasem trudniejsze niż dawanie).
    Synek teraz będzie miał przyspieszony kurs dorastania, to pewne. Dobrze by było
    skonsultowac się z psychologiem dziecięcym, zeby wiedzieć czego się spodziewać
    w jego zachowaniu, reakcjach i jak na nie odpowiadać. Oprócz Twojej miłości
    potrezba fachowej wiedzy.
  • aniawx 15.10.06, 21:27
    Witaj Zeng,
    Wiesz strasznie się cieszę, ze Twój synek zobaczył tą gwiazdę na pogrzebie, o
    której pisałeś wcześniej. Ja wiem, że to właśnie była Jego Mamusia. Co do
    układanie śminet i innych rzeczy po Mamusi, to bardzo dobrze, że się tak
    zachowuje. Wiesz co, ja mam 25 lat i czytając o tym co robi Twój 4 letni Synek,
    stwierdzam, że jestem na Jego etapie:) - ja też cały czas sprzątam w domu u
    Patryka - choć tam nie mieszkam - myję podłoge w salonie, bo On nie znosił jak
    była brudna, ukłdam Jego rzeczy tak jak On to robił (a był strasznym
    pedantem:). I wiesz co bardzo dobrze mi z tym, ze moge coś zrobić "dla Niego".
    PS. Czy przytrafiło Ci się coś "dziwnego" po śmierci Żony, czy dała Ci jakiś
    znak, że żyje innym życiem? Pozdrawiam, Ania
  • zeng 15.10.06, 22:03
    piszę w jednej wypowiedzi do was obu

    ostatnie słowa mojej żony to: "opiekuj się Piotrusiem". żona zaufała mi w tej
    kwestii, wiedziała, że dam sobie radę i że wychowam naszego syna tak jak ona by
    tego chciała. Nie chcę nikomu udowadniać, że jestem cyborgiem. Chcę jej i sobie
    udowodnić, że wiedziała kogo pokochuje, za kogo wychodzi i z kim chce mieć
    dziecko. Ps. u psychologa dziecęcego już byłem.

    do aniwx:
    niestety choć wypatruję wszędzie mnie żona nie dała takiego znaku jak synkowi
    (gwiazdka)
    mam od dzisiaj pewien dylemat dotyczący śmierci żony, niestety jeszcze nie mogę
    o tym publicznie się wypowiadać. Proszę ją ciągle o wskazówkę gdzie szukać
    odpowiedzi na to pytanie. Jednak nic, żadnego znaku, żadnej podpowiedzi...
  • aniawx 16.10.06, 09:47
    Zeng myślę, że kiedyś rozwiążesz wszystko wątpliwości odnoście śmierci Żony.
    Tak szczerze Ci powiem, ze ja też mam kilka pytań co do śmierci Patryka - i
    właśnie mam zamiar sie teraz tym zająć. Bardzo nurtują mnie pewne kwestie
    niezgodności w szpitalu. Mam nadzieje, ze uda mi się rozwiązać tą zagadke.
    Jeszcze jedno chciałam Ci powiedzieć - jest mi jeszcze bardziej przykro, ze to
    Twoją żonę spotkał taki los - ba uwież mi jest mało lekarzy z powołania. A Ona
    na pewno by się przydała. Powiem Ci szczerze, ze ja nie ufam już zadnym
    lekarzom i żadnego na dzień dzisiejszy nie szanuje - uważam klan lekarzy za
    skur.... Przepraszam ze tak pisze, ale miałam okazje napatrzeć sie przez te dwa
    lata na różne sytuacje. Dlatego bardzo żałuję, ze Twoja żona - jak pisałes
    lekarz z powołania - odeszła:(( Ale wiesz, może Piotruś - Twój synek - pójdzie
    w ślady Mamusi:) POżyjemy zobaczymy. POzdrawiam, Ania
  • blanka_e 16.10.06, 10:38
    Nic nie wróci życia Twemu chłopakowi. To, że on nie żyje jest jego
    przeznaczeniem. Daj mu odejść w spokoju.
    PS Mało jest też fryzjerów z powołania, księży, sędziów i nauczycieli,
    wymieniać można w nieskończoność kazdy z tych ludzi na niewłasciwym miejscu
    moze swoją działalnością lub zaniechaniem zaszkodzić drugiemu, w wiekszym lub
    mniejszym stopniu. Ale nie wolno nam generalizować.
  • aniawx 16.10.06, 11:04
    Blanka nie bardzo rozumiem o co Ci chodzi z tym "daj mu odejśc w spokoju". Nie
    wiem co masz na myśli.
    A co do ludzi wykonujących zawód z powołania to wiem że jest ich wielu, tylko
    wiesz tak się składa, że od lekarzy zalezy ŻYCIE!!!!! a nie wygląd zewnętrzny,
    lub wiedza itd. Ja jestem osobą, która zawsze dąży do sprawiedliwości - i jeśli
    ktoś coś zaniedbał - a tak jak pisze tu chodziło o ŻYCIE!!! - zrozum to -
    Patryk nie zginął w wypadku!!) to będę dążyć do tego żeby poniósł
    odpwoeidzialność za to co zrobił!
    Pozdrawiam, Ania
  • blanka_e 16.10.06, 11:53
    Chodzi mi o cel, sens poszukiwania zagadki jego smierci (o ile takowa w ogóle
    jest). Jaki jest cel tego, co chcesz zrobić ? Patrykowi to nie potrzebne, Jego
    juz to nie obchodzi.
    Wiem, że zmarł w wyniku choroby, a nie wypadku. A ty myślisz, że rodzina mojego
    chłopaka po jego wypadku nie angażowała się w postępowanie sądowe? Tylko po
    co?, zapytali samych siebie w pewnym momencie, gdy mieli juz po wyżej uszu
    różnych dziwnych rozmów, prokuratorów itp. Żeby coś udowodnić kierowcy tira?
    czy sobie? zeby oddać hołg Grzegorzowi, albo go zrehabilitować? wcale nie
    odczuli ulgi, ani nie dotarli do prawdy. Umęczyli tylko samych siebie. To ja im
    cały czas tłumaczyłam, że nie jesteśmy panami naszego życia, że od
    przeznaczenia sie nie ucieknie, nie wygra się z nim.
    Ty w Twojej głowie musisz mu dać odejść i zrozumieć, że nie wróci na ziemię.
    Pisałam o tym więcej wcześniej. Moze zrozumiesz o co mi chodzi dopiero po
    latach. Teraz jest jeszcze za wcześnie.
    Ja nie wiem, czy od lekarzy zależy życie, polemizowałabym tutaj. Pomagają
    chorym, usmierzają ból, operują, ale nie są cudotwórcami. Wiele zależy od
    pacjenta - od jego genów, trybu zycia, stanu psychicznego, nastawienia do
    choroby. Czasem lekarze wygrywają, a czasem nie - nie ma tu żadnej
    prawidłowości. Dlaczego? Na pewno nie dlatego, że jedni lekarze są lepsi, a
    inni gorsi. Dlaczego lekarze postawili na mojej mamie krzyżyk i mówili
    jednoznacznie: według wiedzy medycznej nie powinna juz żyć. A żyła -jeszcze 9
    lat z tętniakiem aorty. Bo tak miało być.
  • blanka_e 16.10.06, 12:02
    Blanka nie bardzo rozumiem o co Ci chodzi z tym "daj mu odejśc w spokoju". Nie
    >
    > wiem co masz na myśli.
    A chcesz słuchać, że Twój chłopak po prostu miał słaby materiał genetyczny?
    albo że jego organizm nie podjął leczenia??? Będą mówić o jego ORGANIŻMIE , o
    jego chorobie, odczłowieczą go, nie będzie tam miejsca na wspomnienie i żal po
    wspaniałym człowieku, tylko bedzie mowa o kolejnym przypadku. O to chodzi?
    nie oczekuj satysfakcji, nie zaznasz jej.
  • aniawx 16.10.06, 12:33
    Blanka wiem, ze każdy ma pisany swój los, ale często nasz los zależy od innych
    (mówie tu o lekarzach). I nie mów mi proszę, ze to nie zależy od tego, czy
    lekarz jest dobry, czy nie. Bo jakby tak nie było, to ja tez bym mogła leczyć i
    Ty też! A poza tym, ja z Patrykiem zwiedziliśmy kilka szpitali i w każdym było
    inaczej - a najlepiej było w Katowicach -świetna opieka, szybka reakcja na
    jakiekolwiek powikłania. W szpitalu, w którym zmarł Patryk tak nie jest!! Ja
    wiem, ze najwięcej "do powiedzenia" ma Bóg, bo tez sie o tym przekonałam - na
    Patryku tez postwili krzyżyk rok temu (zapalenia płuc, zerowe wartości, chemia
    jeszcze była w trakcie wiec jeszcze bardziej Go dobijało - i lekarz mi
    powiedział "stan jest krytyczny, prosze sie nastwić, ze On tej nocy nie
    przeżyje. I wiesz co, przyjeżdzam rano, a On jak nowo narodzony, wstał z łóżka,
    płuca w porządku itd. Lekarze badali Go po 10 razy bo nie wierzyli, a jednak!!
    Wiem, ze to był cud!! I dziękuję Bogu za to, bo pozwolił mu jeszcze ten rok
    pożyć. ALe i tak wiem, ze od lekarzy dużoooo zalezy!
    Pozdrawiam
  • zeng 16.10.06, 13:40
    niepotrzebnie wywiązała się dyskusja o lekarzach. Oni zawsze na początku myślą
    o pacjencie jako człowieku, nie "przypadku". Oni zawsze za wszelką cenę starają
    się ratować zdrowie i życie. Póki sami mają na to siłę. Siłę bo pracują na
    dyżurach po 24h, siłę bo zarabiają (uczciwie) po 10-12 latach studiów mniej niż
    spawacz czy sekretarka, siłę bo po nagłośnieniu jednego oszusta społeczeństwo
    każdego lekarza uważa za oszusta...

    Nie ze wszystkim się zgadzam co było w szpitalu, ale nie o to mi chodzi, żeby
    rozgrzeszać lekarzy. Ja chcę rozgrzeszyć siebie. Chcę się dowiedzieć czy żona
    odeszła bo takie było przeznaczenie w tej chwili czy odeszła bo wiedziała coś
    na temat swojego zdrowia o czym ja nie wiedziałem. Chcę wiedzieć czy życie
    zostało jej zabrane (przez Boga) czy onan oddała życie dla mnie i synka. To są
    pytania ponad kłotnie czyja jest wina i czy lekarze są w porządku... To są
    pytania, na któe odpowiedzi nie wskażą winnego tylko dadzą mi siłę do życia i
    wychowywania naszego syna.
  • blanka_e 16.10.06, 13:54
    napisałeś:
    > czy onan oddała życie dla mnie i synka

    jak to, o czym Ty mówisz? że się poddała? że specjalnie osierociła was?
  • zeng 16.10.06, 14:05
    niestety nie mogę publicznie więcej powiedzieć... nie mogę i to za bolesne
  • blanka_e 16.10.06, 14:09
    nie mów, jeśli nie możesz
  • blanka_e 16.10.06, 14:02
    Ale Ani chodzi właśnie o lekarzy.
    > niepotrzebnie wywiązała się dyskusja o lekarzach. Oni zawsze na początku
    myślą
    > o pacjencie jako człowieku, nie "przypadku". Oni zawsze za wszelką cenę
    starają
    >
    > się ratować zdrowie i życie. Póki sami mają na to siłę. Siłę bo pracują na
    > dyżurach po 24h, siłę bo zarabiają (uczciwie) po 10-12 latach studiów mniej
    niż
    >
    > spawacz czy sekretarka, siłę bo po nagłośnieniu jednego oszusta społeczeństwo
    > każdego lekarza uważa za oszusta...
    >
    podzielam Twoje zdanie.
    Ale w obliczu ataku, do jakiego szukuje się być może Ania, lekarze w ten sposób
    własnie się bronią, bo niby jak inaczej mieli by to robić. I ona na to musi być
    gotowa.
  • zeng 16.10.06, 14:10
    napisałem ci blanka wiadomość, niektóre rzeczy są za bolesne...
  • zeng 16.10.06, 20:03
    strasznie zazdroszczę dziecku że widziało po pogrzebie w południe gwiazdkę i to
    była mama...

    ja codziennie setki razy proszę ją o jakiś znak, oszalałem

    wczoraj wieczorem zerwałem się jak szalony z łóżka bo uświadomiłem sobie, że
    bateria w jej komórce w ogóle się nie wyczerpuje, po kilku dniach jest na
    max... wziąłem to za znak od niej, całkiem poważnie, myślałem że tam jest
    rozwiązanie rozterek związanych z jej śmiercią a ona mi to sugeruje...
    przetrzepałem całą komórkę, smsy wysłane i odebrane, połączeia wykonane i
    odebrane a nawet zdjęcia zrobione komórką... i nic... zrezygnowany i załamany
    poszedłem spać a rano bateria w jej komórce była na 1/3...
  • zeng 22.10.06, 17:13
    Przedwczoraj zgasł ostatni znicz z tych zapalonych na pogrzebie... Dzisiaj
    wyrzuciłem pierwsze zwiędnięte wiązanki kwiatów... To nieuchronnie znaki, że
    czas się nie zatrzymał, a tak wydawało mi się dopóki paliły się te same znicze
    i leżały te same kwiaty... Taką miałem nadzieję, że dla nas czas się zatrzymał,
    bo świat obok dalej żył. Ale nie... dla nas czas też jednak leci... Myślałem,
    że zgaśnięcie ostatniego znicza to będzie jakiś znak, jakiś ważny symbol, że
    coś się stanie, coś zmieni, może coś zrozumiem... Ale nic takiego się nie
    stało, on po prostu zgasł. Jedyny efekt to moje wybudzenie z tego stanu
    zawieszenia w czasie...
    Rozejrzałem się dookoła po tym przebudzeniu i z obrzydzeniem stwierdziłem, że
    dokoła jest ten sam świat, że świat nawet nie zauważył mojej tragedii... Że
    świat oczekuje ode mnie, że będę robił dalej to co robiłem, jakby nigdy nic...
  • ania77 23.10.06, 08:44
    Zeng,dziękuję że skierowałeś mnie tutaj...Przeczytałam ten wątek jednym
    tchem,czuję to samo co Ty,myślę tak samo..Blanka jestes bardzo mądra
    osobą,Twoje słowa są naprawdę przemyślane,moje uznanie dla Ciebie.Ja nie
    potrafię myśleć racjonalnie,przynajmniej teraz.Ale Wasze przezycia,rady są mi
    potrzebne.Świat biegnie dalej,pędzi,ludzie się śmieją,szcęśliwe rodziny z
    dziećmi na spacerze..Słowa: MUSISZ wziąć się w garść,masz dla kogo żyć...To
    wszystko tak boli.Zeng dla mnie ranki sa też najgorsze,budzę się i ogarnia mnie
    niesamowity strach,stres ,ściskanie w dołku,żal...Nie umiem sobie z tym
    radzić.Łykam leki,też na nic.Nie mam fizycznej siły na codzienne
    obowiązki,Madzia jest bardzo energiczna,dodatkowo zrobiła się nerwowa,wiadomo
    przeżywa to na swój sposób,czuję że coś się zmieniło,czuję smutek,tęskni
    za "tatisiem".Ja też tak bardzo tęsknie...To był taki kochany człowiek,moja
    druga połówka...Czasem myślę że nie dam rady..Nawet trudni mi tutaj coś
    składnie pisać.Pozdrawiam
  • ania77 23.10.06, 09:04
    Też żyję w "świecie duchów",czytam ksiązki o zyciu pozagrobowym,tak bardzo chcę
    wierzyc że Rafał zyje nadal!Że jest szczęśliwy..Też czekam na znak.Wiem że
    Madzia Go widziała po śmierci,jej się pokazywał.Pokazywała go rączką,robiła
    pa,pa,przesyłała całuski..ja pytam komu robisz pa,pa ,kto tam jest a
    ona "tatiś".To było okno w łazience które wychodzi na puste pola,nie u nas w
    mieszkaniu,więc nie widziała tam żadnej żywej osoby.Widziała też go w
    lustrze..Słyszałam że malutkie dzieci mają taki dar..Wiem że my tu na ziemi nie
    możemy ściągać naszych ukochanych zmarłych myślami,swoim żalem,czy chęcia
    wyjaśnienia czegoś sobie...Wiem Blanko o co Ci chodziło kiedy napisałaś że
    powinniśmy Im pozwolić odpoczywać w spokoju...Ale ten nasz
    żal,tęsknota,łzy,próby racjonalnego wytłumaczenia po co?dlaczego?..to takie
    ludzkie..trudne do przeskoczenia..Zastanawiam się jak teraz żyć?Czy on czeka na
    mnie po tej drugiej stronie?Wszyscy mówią-jesteś młoda musisz ułożyć sobie
    zycie...Jak z tą świadomością można układać to ziemskie życie,to tak jak
    zdrada...też tak czujecie?Ja Go tak bardzo kocham.Boże jak to
    boli!!!!!!!!!!!!!!!!!
  • blanka_e 23.10.06, 14:51
    Aniu, jest jeszcze za wcześnie byś pozwoliła "odejść" mężowi. Jeszcze wszystko
    w Tobie drży, serce jeszcze na COŚ czeka. Ja też przez długi czas "trzymałam"
    drogiego mi chłopaka przy sobie, nie chciałam słuchać nawet czyichś
    racjonalnych wywodów, że jego nie ma. Ja sobie wyimaginowałam swój własny
    świat, do którego wracałam wiele razy w ciągu dnia i przed zaśniećiem, świat w
    którym bylismy razem. I było mi z tym dobrze. To trwało wiele miesięcy. Dopiero
    po upływie roku, czy półtora (trudno ocenić) obudziłam się z tego snu. Zupełnie
    jakbym wyrosła z zabawek. Tak się czułam. I to było bolesne, to, że życie się o
    mnie upominało i wołało: wracaj do żywych! Ale to, koniec końcem przyniosło
    ulgę, smutek po stracie ukochanego człowieka przeszedł jakąś metamorfozę. A
    nazwać te wszystkie przeżycia i odróżnić jeden etap żałoby od drugiego mogę
    właściwie dopiero teraz, po 6 latach (minie w grudniu). Wszystko się zmieni. Na
    pewno na lepsze. I tak naprawdę nic w tym okropnego, że ludzie (no, trochę brak
    im wyczucia) mówią, że jeszcze ułozysz sobie życie. Mają dobre intencje. Chcą,
    by w Twej podświadomości kiełkowała myśl, że możesz być jeszcze raz szczęśliwą
    mężatką.
  • blanka_e 23.10.06, 09:33
    Witaj, Aniu w gronie boleśnie doświadczonych. To straszne, że nie spotkaliśmy
    sie np. w gronie uszczęśliwionych, w jakimś fantastycznym wątku, ale z drugiej
    strony dobrze, że umiemy sie otworzyć, że CHCE nam się mówić o tak trudnych
    sprawach w czasach, gdy temat śmierci, choroby i umierania jest tematem tabu,
    od którego się ucieka jak najdalej. Nawet księża w kościele tak rzadko o tym
    mówią. Cieszę się, że Zeng poznał więcej osób, które mają podobne doń
    doświadczenia. Nie mam dziecka i nie mogę nawet sobie wyobrazić tego podwójnego
    bólu: swojego i osieroconego dziecka jednocześnie.
  • ania77 23.10.06, 10:56
    Madzia ma zaledwie 1 rok i 8miesiecy...Rafał zmarł nagle 30wrzesnia a dzień po
    nim 1 października zmarł mój tato..po pól rocznej walce z rakiem płuc.Dwa
    pogrzeby dzień po dniu...Nie umiem się po tym podnieść.Nie mam siły zajmować
    się dzieckiem ale jednocześnie nie mam nikogo do pomocy..Jak może pomaga mi
    moja mama(nawet swoją obecnością)która sama jest cięzko chora,po 5 latach od
    jej wygranej walki z rakiem piersi on dał znów o sobie znać..tym razem
    zaatakował kości.Ile człowiek jest w stanie wytrzymać?Mieszkaliśmy z teściami
    ale nie wiem czy chcę tam dalej być,serce dyktuje że nie...Co z naszym
    mieszkaniem,dobytkiem...zostawic to wszystko?...Musze wrócic jutro do
    pracy,skonczyło sie zwolnienie,nawet chce wrocic bo inaczej oszaleje...ale mam
    problem opieki nad dzieckiem,do tej pory była opiekunka,teraz mnie nie
    stać..zwyczajnie...zycie daje kolejne kopniaki..Teściowie wcześniej mogli ale
    nie chcieli sie nią zajmować(oboje nie pracują,mieszkaja pietro nizej)teraz
    bede musiala ich prosic...czuje sie taka samotna..bezradna.W takich chwilach
    ZAWSZE był przymnie Rafał,pocieszył,przytulił...
  • blanka_e 23.10.06, 11:29
    zaufaj swoim teściom, skoro wydali na świat i wychowali tak dobrego człowieka,
    jakim był Twój mąż, to może okażą się również dobrymi i pomocnymi dziadkami,
    daj im szansę, może nawet oczekują tego od Ciebie, kto wie..., może chcą czuć
    się potrzebni. A Ty wróć do pracy, jest to terapia wstrząsowa, przyznaję, bo na
    tym gruncie czujesz wyraźniej niż gdziekolwiek, że tak naprawdę nic się nie
    zmieniło, świat pędzi naprzód, nikt się nie oglada na Ciebie, nie pochyla
    specjalnie nad Twoją tragedią, ale i Ty chcąc nie chcąc, nie możesz zbyt wiele
    mysleć o swoich sprawach... tak, powrót do życia zawodowego pomaga.
    piszesz:
    > Co z naszym
    mieszkaniem,dobytkiem...zostawic to wszystko?..
    jeszcze o tym nie myśl, przyjdzie czas i dojrzejesz, by pewne sprawy
    uporządkować. Chyba, że czujesz wewnętrzną potrezbę jakiejś zmiany,
    uporządkowania.

    Widzę, że przeżywasz cios za ciosem...prawdopodobnie nastał właśnie w Twym
    życiu czas tych siedmiu lat chudych. Nie pozwól, by umarła w Tobie nadzieja na
    lata tłuste, codziennie to sobie powtarzaj, jeszcze karta się odwórci, jeszcze
    przyjdą radosne czasy. Jestem pewna, że tak będzie. Wbrew temu co się wydarzyło
    i wydarzy, wbrew rozsądkowi... Będę pewna za Ciebie, zgoda? A któregoś dnia
    nadzieja zakiełkuje i w Twoim sercu.
    Jak zmarła moja mama, przeprowadziłam się do domu, który stoi na ulicy Nadziei.
    Wybór nie był celowy po prostu cała oferta była atrakcyjna, potem dopiero
    zwróciłam uwagę na nazwę ulicy. Nasi kochani zmarli chcą, byśmy nie upadali w
    rozpaczy, bo myslę, że to mama pomogła znaleźć tę nową przystań.
  • zeng 23.10.06, 14:06
    tak, wszyscy czujemy to samo, aż dziwne jaka wieź się tworzy między nami,
    którzy tego doznali, sam wiem opisując coś co czułem, że osoba to czytająca
    będzie to czytała jak własne odczucia... I dlatego to daje taką ulgę...
  • ania77 23.10.06, 15:48
    Czuję,że nie moge zostać w naszym mieszkaniu.To b.trudne być tam bez Rafała,bez
    jego usmiechniętej twarzy,ciepłych ramion,wspólnej porannej
    kawy,obiadów....piszę to i łzy same mi kapią...wszystko jest takie
    bezsensowne..ja juz nie mam domu bo DOM to nie 4 ściany i meble tylko ludzie
    którzy w nim mieszkaja,rodzina..W tej kwestii już nigdy nic nie wróci do
    normy,bo Rafała już nie ma,nie mam męża,ukochanej osoby,ostoi..moje dziecko nie
    ma ojca..Nie mam pretensji do teściów że nie deklarują się w kwestii opieki nad
    Madzia,tez przeżywaja tragedie,są umęczeni.Muszę sama się z tym uporać,ale na
    razie nie wiem jak..czasu mam mało bo chcę wrócić do pracy,musze bo czuje że
    takie siedzenie mnie zabije.Czuje że moje życie się skończyło i nastało
    nowe..obce,nieznane i muszę mu stawić czoła..ale to cholernie trudne.Mam takie
    momenty że chce mi sie wyć,walić wszystkim co popadnie o ścianę..to moja
    bezradnośc,mój ból mnie przerasta.Kochani jestem z Wami w Waszym
    cierpieniu,choć tak naprawdę każdy człowiek musi dźwigać swój krzyż SAM.Inni
    mogą być obok i to jest bardzo ważne,ale cierpienia nam nikt nie
    umniejszy...nie zabierze..
  • zeng 23.10.06, 16:51
    Ania, też miałem rozterkę co do mieszkania, dokładnie to samo, na nic nie
    mogłem patrzeć, tylko na podłogę, tam było najmniej rzeczy mi ją
    przypominających...

    Ale wiedziałem, że dla dziecka musimy w nim zostać. Ja się przemęczę, natomiast
    dziecko potrzebuje stabilizacji, utwierdzenia, że życie nadal trwa i że jest
    bezpieczne. Z tego samego powodu nie zmieniłem przedszkola, które jest na
    drugim końcu miasta, obok byłej pracy mojej Ani...

    Ania, napisałem ci co nieco w mailu, może to Ci pomoże... Widzisz te maile ?
  • aniawx 23.10.06, 18:24
    Aniu, bardzo mi przykro z powodu śmierci Twojego męża. Wiem, ze to ciężk
    wszystko znieść, ale nie mamy wyjścia. Trzeba jakoś pchać wóżek życia do
    przodu. Życzę Ci dużo siły!!!
    Pozdrawiam, Ania
  • ania77 23.10.06, 19:26
    Tak ,przeczytałam i odpisałam...Dziękuję.
  • zeng 26.10.06, 18:22
    Tym, którzy wiedzą o co chodzi pragnę powiedzieć, że Ania dała mi odpowiedź na
    pytanie CZEMU. Tak pokierowała moją uwagą, że natrafiłem na odpowiedź. Sen się
    spełnił, pożegnała się, przed odejściem dała mi odpowiedź na pytanie, które jej
    zadawałem codziennie dziesiątki razy i odeszła... Póki co przestała mi się
    śnić...

    Byłem jej dzisiaj podziękować za odpowiedź i za wszystko co mi dała. Nie
    czułem - jak zwykle do tej pory - jej obecności...

    Sam nie wiem, czy mój umysł wariuje, czy wmawiam sobie rzeczy w które chcę
    wierzyć, czy naprawdę to z nią rozmawiałem we śnie i to ona odpowiedziała mi na
    to pytanie po czym pożegnawszy się odeszła w górę. Podniosłem dziś wzrok...

    Pozdrowienia dla wszystkich trwających w nadziei
  • 70darek70 26.10.06, 20:33
    Witam mam na imię Darek.W 1998 umarła mi moja żona miała 25 lat odeszła do Pana
    w dniu swoich urodzin .Przeżyłem wielki ból, ten wie jaki co to przeżył
    .Dochodziłem do siebie 3 lata .Teraz jestem szczęśliwym mężem ,w 2002 poznałem
    swoją drugą żonę lecz moje szczęście powoli gaśnie , żona zachorowała na raka,co
    dalej, nie wiem 2 raz to na mnie za dużo.Dodam że nie mamy dzieci i nie będę już
    dla kogo miał żyć , tak więc ciesz się swoją pociechą bo naprawdę masz dla kogo
    żyć . Pozdrawiam gorąco 70darek70
  • zeng 26.10.06, 21:14
    przykro mi, drugi raz to przesada, na ziemi uczą nas zasad fair play a Bóg nie
    wie, że nie kopie się leżącego...

    podziwiam jednocześnie Twoją siłę, że miałeś odwagę i siłę pokochać drugi raz...

    ja mam siłę wychować dziecko, ale nie wiem czy kiedykolwiek będę miał
    siłę/ochotę na jakiś związek. Na razie po samym myśleniu o tym mam wyrzuty
    sumienia jak by to była zdrada.
  • zeng 26.10.06, 21:15
    i jeszcze jedno. Znam osobiście kilka osób, które wygrały walkę z rakiem. Każda
    z nich miała przy sobie kochającą osobę.
  • 70darek70 26.10.06, 21:33
    Dziękuję za słowa otuchy , ja też mam nadzieję że żona wyzdrowieje , bo przed
    nami proces adopcyjny !!!
  • blanka_e 27.10.06, 08:06
    Cieszę się razem z Tobą Zeng. Obyś zaznał teraz odrobiny spokoju i ukojenia.
    Życzę Ci tego. A sny...nie są tylko odzwierciedleniem naszych myśli, marzeń,
    czasem są tą jedyną drogą kontaktu z naszymi zmarłymi. Wierzę w to bardzo
    mocno, sama nieraz tego doświadczałam. Ja myślę, że dusza zanim opuści ziemię
    na dobre krąży jeszcze jakiś czas przy swoich żyjących bliskich, jakby chciała
    się uspokoić i upewnić, że dadzą sobie radę bez niej. Ja wiem, że racjonaliście
    trudno to pojąć, ale przecież cierpiący człowiek ma ten dar, że widzi, rozumie
    i czuje więcej. Pozdrawiam
  • laurka2000 27.10.06, 16:24
    Witam,
    mój mąż zmarł 14 października, ja zostałam razem z 6 letnią córeczka. Nie mogę
    się pozbierać i nie umiem normalnie funkcjonowac. Proszki na uspokojenie
    pomagaja, ale tylko na chwilę. Wszystko wkoło przypomina mi Adasia, miejsca,
    które mijam jadąc przez całą Warszawę do pracy, sklepy, przedmioty. W środę
    kupiłam nawet jego ulubione perfumy i spryskuję ubrania, żeby nie zapomnieć jego
    zapachu. Tak bardzo za nim tęsknię. Córka wie co się stało, ale ona ma swój
    świat, przedszkole, koleżanki i chyba nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Ja
    pracuję, ale raczej niewiele poświęcam tu czasu na pracę. Nie potrafię się na
    niczym skupic. Siedzę i mysle o nim. Bardzo chciałabym móc być już z nim, ale
    wiem, że muszę wychować córcię. Dlatego dla mnie czas może przyspieszyć o 20 lat...
    pozdrawiam
    Ania
  • zeng 27.10.06, 16:39
    Aniu... to imię ma w sobie chyba ból, wyjątkowo często tu je spotykam po tym
    jak pożegnałem swoją Anię...

    znazłaś tu ludzi, którzy Cię rozumieją. To naprawdę dużo, korzystaj z tego
    garściami. Nie będzie mniej bolało, ale będzie lżej bo nie będziesz sama.

    zajrzyj też na forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=36576 ...

    tam są ludzie tacy jak my. Bardziej jak ty, ale ja też przecież zostałem
    zmuszony do bycia mamą w jakimś stopniu...

    Trzymaj się dla siebie i dla córeczki. I nie myśl, że jej jest lekko bo tego
    nie okazuje. Bądź z nią, reszta ludzi to teraz tło, ona da ci siłę jak nikt
    dookoła. Wiem to z doświadczenia...

    Pozdrowienia,
    Daniel, tata Piotrusia
  • ania77 27.10.06, 17:56
    Aniu,czuję to samo...ukochanego męża Rafała straciłam 30 września..Tęsknię tak
    bardzo że nie potrafię sobie poradzić ze sobą,z tym co czuję...wtedy sięgam po
    leki ale one i tak nie stłumią bólu,tęsknoty,żalu..To mnie przerosło...Myślę o
    życiu pozagrobowym,czy Rafał jest szczęśliwy,czy nas widzi...Modlę się..
    Ania
  • hope13 27.10.06, 19:06
    Mam 32 lata. Półtora roku temu zmarł nagle mój mąż. Nie mieliśmy dzieci. %
    miesięcy temu zmarł nagle mój tato. Czytając Wasze posty czułam się jakbym
    czytała o sobie. Nadal wspieram się tabletkami nasennymi. Lekarze nie chcą mi
    jednak już przepisywać tych silnych, na receptę. Eksperymentuję więc z tymi bez
    recepty, ale w większych dawkach. Pomagają mi one zasnąć, ale budzę się wiele
    razy w nocy. Czy kiedyś bede mogła w końcu normalnie spać?
    W życiu zawodowym funkcjonuję dobrze. Potrafię się wyłączyć na ten czas. Ale
    moje życie prywatne jest beznadziejne. Stałam się samotnikiem. Czytam tylko o
    śmierci i umieraniu, oglądam smutne filmy. Cieszę się, że trafiłam na to formum
    i Was poznałam.
  • hope13 27.10.06, 19:08
    Nie zauważyłam, ale w miejscu gdzie powinnam wpisać 5 wyskoczył %. Mój tato
    zmarł 5 miesięcy temu.
  • ania77 27.10.06, 21:25
    Witaj...mój mąż zmarł nagle 30 września,a tata nazajutrz 1 października po
    długiej i ciężkiej chorobie...dwa pogrzeby dzień po dniu...nie wiem ile
    człowiek może znieść ale chyba wiele bo ja jeszcze łażę po tym świecie...w nocy
    budzę się non stop i czuję się jak po espresso,usypiam na chwilę i znów pobudka
    albo leżę i nie mogę w ogóle usnąć...męczarnia..albo budzi się z płaczem moja
    córunia i czuwam...Rozumiem Cię,wszyscy Cię tu rozumiemy..Mi pomaga obecność
    innych ludzi..przynajmniej na chwilę..Widze że czas wcale nie leczy ran...u
    mnie to rana bardzo świeża....Pozdrawiam
  • hope13 27.10.06, 22:46
    U mnie minęło już półtora roku od śmierci Rafała i czas nie uleczył ran, ale
    jest inaczej. Przez pierwsze miesiące prawie nie jadłam i schudłam 10
    kilogramów. Wieczorami wypalałam paczkę papierosów i piłam alkohol. Płakałam
    codziennie. Kiedy nie pracowałam otumaniałam się tabletkami na uspokojenie i
    nasennymi. Uzależniłam się od snu. Czekałam tylko na moment żeby wziąć tabletki
    i spać. Kiedy kolega Rafała zachorował na raka płuc a ja sama zaczęłam kaszleć
    (na szczęście to nie był rak tylko nadwrażliwość górnych dróg oddechowych),
    kiedy moje serce zaczęło bić dwa razy szybciej niż powinno, wypadały mi włosy i
    itp., postanowiłam zredukować nałogi. Rzuciłam palenie i picie alkoholu.
    Przytyłam 8 kilogramów. Fizycznie czuję się lepiej, ale dla psychiki półtora
    roku to za mało. Może i całe życie nie wystarczy. Boję się, że znowu kogoś
    stracę (została mi tylko mama i brat)albo sama umrę i mama będzie tak strasznie
    cierpiała. Wydaje mi się, że śmierć czyha na każdym kroku. Mieszkam sama i
    rzadko spotykam się ze znajomymi, bo oni wydają się tacy szczęśliwi...
    Z drugiej strony boję sie, że całe życie minie mi na tej rozpaczy i potem będę
    żałowała, że je przegrałam, bo nic nie zrobiłam aby je zmienić.
    Czy ktoś z Was jest z Poznania lub okolic i miałby ochotę się spotkać?
  • zeng 27.10.06, 23:19
    ja jestem ze Szczecina, to kawałek...
  • ania77 28.10.06, 08:58
    Mój mąż to też Rafał...Ja jestem z Buska ok.50 km.od Kielc..Też mam wrażenie że
    śmierć czai się wszędzie i nie zna sie dnia ani godziny..i że dużo czasu mi też
    nie zostało...schudłam bardzo...kompletny brak apetytu...moje życie,mój świat
    zawalił się...muszę zaczynac od zera...ale nie mam na to siły ani ochoty.
  • zeng 28.10.06, 09:35
    ja schudłem 5 kg przez pierwszy tydzien... przez nastepne 2 tygodnie 2 kg.
    Czułem jakąś taką dziwną satysfakcję z tego, że boli mnie żołądek. Jadłem
    wszystkie posiłki ale mikroskopijne porcje, zazwyczaj tyle ile Piotruś, po to
    tylko, żeby on zjadł. Chyba chciałem trochę bólem żołądka odwrócić uwagę od
    bólu umysłu...

    Apropos śmierci. Wiecie, stoczyłem sam w domu walkę o życie żony. Oczywiście
    setki razy to sobie przypominałem, analizowałem. Miałem też dwa razy dziwną
    wizję. Że walczyłem ze śmiercią. Normalną postacią. Wygrywałem każdy pojedynek.
    Ale ona chytrze wyczekała moment kiedy nie było mnie w szpitalu przy Ani...
    Wiedziała, że nie ma szans gdy jestem w pobliżu, że nie pozwolę jej zabrać
    żony, więc zrobiła to za moimi plecami...
  • hope13 28.10.06, 13:34
    Po pótora roku od śmierci Rafała i pól roku od śmierci taty mogę z całą
    pewnością stwierdzić, że jestem na innym etapie żałoby. Staram pogodzić się z
    tym, że ich nie ma, ale największym problemem są dla mnie wyrzuty sumienia,
    nieustanne rozmyślanie o tym co mogłam zrobić lepiej, inaczej, co zaniedbałam.
    Cały czas wymyślam różne scenariusze. Pomimo, że wiem, że cokolwiek bym nie
    zrobiła i miałabym do siebie pretensje. Ja bardzo ich obu kochałam. Kiedy żyli
    wydawało mi się, że bardziej kochać się nie da. Kiedy umarli, a najgorsze, że
    niespodziewanie, cały czas się obwiniam nie wiem za co. Drugim problemem jest
    brak pewności ci się z nimi dzieje teraz. Najgorsza dla mnie jest myśl, że
    zostali tak po prostu unicestwieni. Im więcej rozmyślam i czytam na temat
    śmierci i wiary, tym więcej pojawia się wątpliwości, że tam coś jest. Tak
    bardzo chciałabym mieć pewność, że gdzieś żyją i są szczęśliwi, i że kiedyś się
    spotkamy.
  • emilianna 29.10.06, 16:33
    hope13 napisała:

    Najgorsza dla mnie jest myśl, że
    > zostali tak po prostu unicestwieni. Im więcej rozmyślam i czytam na temat
    > śmierci i wiary, tym więcej pojawia się wątpliwości, że tam coś jest. Tak
    > bardzo chciałabym mieć pewność, że gdzieś żyją i są szczęśliwi, i że kiedyś się
    >
    > spotkamy.


    To zupełnie tak jak ja... Dla mnie ogromną pociechą byłoby że mój mąż jest gdzieś TAM, jest mu tam dobrze i że ja też tam będę z nim kiedy przyjdzie czas.
  • zeng 29.10.06, 18:40
    Wiecie, przedtem uważałem, że śmierć to unicestwienie. 2 lata temu zmarł mój
    dziadek, który był mi bliski jak ojciec. Zmarł i... to koniec. Nie było już
    nic. Zniknął po prostu.

    Teraz jednak, po śmierci mojej żony jest inaczej. Czułem jej obecność,
    rozmawiałem z nią we śnie, pomogła mi bardzo konkretnie w jednej sprawie...
    Naprawdę była gdzieś przy mnie. Dopóki nie musiała iść gdzieś dalej...
    pożegnała się i... już nie czuję jej obecności. Ale wiem, że gdzieś na mnie
    czeka. Nie liczy czasu, nie spieszy jej się, ale czeka. Jest tamto "gdzieś",
    jestem o tym przekonany.

    Pozdrowienia,
    Daniel
  • edyta.g.25 29.10.06, 20:28
    Chcialabym miec taka wiare jak WY. tak bardzo bym chciala zeby tak bylo- ze po
    smierci spotka msie z moim ukochanym, jedynym mezem. Niestety- ja wiem ze nic
    tam nie ma. Pewnie tez dlatego - ze skonczylam "przyziemne" studia. Mialam
    kilka ciekawych przedmiotow z dziedziny nauk o ziemi, pojawienie sie zycia na
    ziemi... pojawieniu sie czlowieka. Zycie zaczelo sie w wodzie...Od prymitywnych
    organizmow...ewolucja...po wyzsze, doskonalsze formy...Ja wierze w to co
    racjonalne to co sie da wytlumaczyc. Ale kazdy wierzy w to co chce...
    --
    Nadia Oliwia
  • zeng 29.10.06, 20:55
    Edyta, ja też zawsze byłem do bólu racjonalny i logiczny. Nic czego się nie
    dało udowodnić empirycznie nie miało prawa bytu. Ile razy dyskutowałem z
    księdzem o logice, dowodach, "zupie pierwotnej", dinozaurach, podręczniku
    psychologii = Biblii.

    Ja nadal jestem racjonalistą. Tyle, że jestem przekonany o dowodzie, znaku,
    który dała mi żona. No i masz rację - ja CHCĘ w to wierzyć. Inaczej bym
    zwariował, a może i się poddał... Wiesz, nie spodziewam się, że ona patrzy na
    mnie ciągle, nie spodziewam się że z góry patrzy na postępy synka. Nie
    spodziewam się nawet, że za te lata kiedy znów się spotkamy będzie pamiętała tą
    ziemską miłość, nie wiem czy jak ją tam spotkam to będziemy darzyli się tym
    ziemskim uczuciem. Ale to nic, i tak czekam. Wyjścia są dwa: albo się spotkamy
    albo nie. Wolę żyć z przekonaniem/nadzieją, że tak. Tak jest łatwiej.
  • edyta.g.25 29.10.06, 21:05
    tez bym tak chciala.wszystko bym oddala- za to gdybym byla pewna ze spotkam
    jeszcze moejego Macka...uslysze jego glos...poczuje zapach...cieplo jego ciala.
    Boli i to bardzo - bo wiem ze to nierealne. Czasami wydaje mi sie ze to
    wszystko -to zly sen...ale niestety to prawda. JAk moze Jego nie byc? Moze- i
    wiem ze jego nie ma. Meczy mnie to, boli okrutnie. Caly czas mam przed oczami
    Jego...wspomnienia, wszystko sprowadza sie do niego - i tym zyje!!! Ale jak
    mozna tak...nawet nie dotknac...nie poczuc...to wszystko jest w mojej glowie.
    --
    Nadia Oliwia
  • zeng 29.10.06, 21:26
    I o to chodzi. To może być tylko w Twojej głowie. Jeżeli by Cię dotknął - to w
    Twojej głowie, jeżeli byś go poczuła - to w Twojej głowie. Fizycznie ich nie ma
    i nie oszukujmy się - nie będzie. Za to w wyobraźni, umyśle możemy robić co
    chcemy, tam oni są, tam możemy ich wskrzesić jeżeli tylko tego chcemy. Wiesz,
    ludzie znają siebie nawzajem podświadomie o wiele lepiej niż im się wydaje w
    rzeczywistości. Dlatego można "ich" o coś w podświadomości pytać i otrzymać
    naprawdę od nich odpowiedź. Taką jakiej oni by udzielili. Oni żyją w naszych
    umysłach, tyle, że nie porozmawiamy z nimi na jawie, tylko we śnie...
  • aniawx 30.10.06, 20:32
    Do Edyty
    Edyto, bardzo Cie podziwiam, ze mając taki pogląd na śmierć jeszcze jesteś na
    tej ziemi, że jakoś sobie radzisz ze strata męża. Ja bym nie potrafiła. Ja
    głęboko wierzę w to, że mojemu Patrykowi jest tam dobrze, że opiekuje się mna
    teraz i że czeka na mnie tam na "lepszym świecie".
    Mam nadzieje, ze kiedyś będzie Ci lżej znosić to wszystko i że jeszcze będziesz
    szczęśliwa.
    Pozdrawiam i życze dużo siły,
    Ania
  • edyta.g.25 31.10.06, 13:04
    Wiem ze bylo by mi latwiej gdybym wierzyla- ze On jest i jemu jest tam dobrze.
    To jest straszne zyc z ta swiadomoscia. Wiem ze gdyby "cos" bylo on by mi
    napewno dal znak. Nie czuje Jego obecnosci. Wiem ze Mojego Kochanego Maciusia
    juz nie ma. Co do tego by byc szczesliwym- wiem ze do konca juz tak naparwde
    szczesliwa nie bede. Nikt nigdy nie dal mi tyle szczescia, milosci, tyle Siebie-
    co dal mi moj maz. Dodawal mi pewnosci we wlasne sily w siebie. Wiem tez- ze
    On jest osoba niezastapiona. Bylam w nim szalenczo zakochana. Nigdy tak nie
    kochalam..tak bardzo...bardzo mocno. Sile mi daje caly czas mysl o nim.
    Wszystko co robie - robie z mysla o nim i z mysla ze to dla niego, wiem ze on
    tak by chcial. Zawsze mi powtarzal ze trzeba byc twardym silnym i zdecydowanym.
    I wlasnie dopiero sie tego ucze. Czasmi kiedy chce mi sie plakac, kiedy nie mam
    sily i wydaje mi sie ze poprostu- tak sie nie da...zaciskam zeby...mysle mocno
    o nim i mowie sobie w myslach...ze nie moge sie poddac ze dam rade wlasnie dla
    CIEBIE...przechodzi i ide do przodu...i tak bede chciala przezyc wlasnie cale
    moje zycie, wychowac corke- to wszystko dla niego, bo mu sie to nalezy.
    Przyznam ze dzis rano wybuchlam bo myslalam ze oszaleje i przed wyjsciem do
    pracy zaczelam krzyczec do Niego- dlaczego cholera mnie
    zostawil z tym wszystkim sama czy nie widzi jak ja sie mecza i ze kiedys moge
    sobie z tym rady nie dac! bylam zla normalnie na niego!!! --
    Nadia Oliwia
  • zeng 31.10.06, 14:50
    ja jeszcze nie krzyczę na nią, tylko na siebie jak już. Ale dzisiaj po raz
    pierwszy męczyła mnie myśl "jak ona mi to mogła zrobić, jak mogła odejść, jak
    mogła umrzeć i zostawićmnie samego". Miałem nadzieję, że nigdy tak nie
    pomyślę...
  • zeng 31.10.06, 16:22
    Kochać prawdziwie to kochać na zawsze. (Henry Drummond)

    Tym co po nas zostanie, będzie miłość. (Philip Larkin)

    Wszystko dąży do zniszczenia. Tylko miłość nie niszczeje. (John Donne)

    Przez Ciebie przepływają uwolnione wody rzek zamkniętych we mnie.

    Pod koniec życia będziemy sądzeni z miłości. (Św. Jan od krzyża)

    Serce, które prawdziwie kochało, nigdy nie zapomina, ale prawdziwie kocha do
    końca. Tak jak słonecznik, który, gdy słońce zachodzi wygląda tak samo jak
    wtedy gdy ono wschodzi. (Św. Tomasz Moore)

    Prawdziwa miłość jest ogniem wiecznie płonącym. Prawdziwa miłość nigdy nie
    choruje, nie starzeje się, nie umiera i nigdy się nie odwraca. (Walter Ralegh)

    Miłość nie zna śmierci, to człowiek zna śmierć. (zeng)
  • aniawx 31.10.06, 21:48
    "Daj nam wiarę, że to ma sens, że nie trzeba żałować przyjaciół
    Że gdziekolwiek są - dobrze im jest, bo są z nami, choć w innej postaci
    I przekonaj, że tak ma być, że od głosów ich wciąż drży powietrze
    Że odeszli po to by żyć, lecz tym razem będą żyć wiecznie" (Preisner - kolęda
    dla nieobecnych)

    "Dopiero żyć zaczęli, bo umierając kochali" (J. Twardowski - troszke
    zmodyfikowane przeze mnie:)

    "KOchać Cie było łatwo, zapomnieć niemożliwe" (Patrycja z forum "Nowotwory-dmy
    radę)
  • edyta.g.25 01.11.06, 11:20
    umiescilam sobie ten cytat w sygnaturce- jest taki wymowny... w jednym zdaniu
    zawarte jest wszystko. Piekne!
    --
    Nadia Oliwia

    "Kochać Cię było łatwo, zapomnieć niemożliwe"
  • zeng 01.11.06, 18:58
    jesień wiosnę dogoniła
    lato dane nam nie było
    koronę tego roku
    jesień ma jakby cierniową

    są dwa światy i nas jest dwoje
    do swych miejsc przypięci jas rzepy
    ty masz pewnie więcej spokoju
    ja mam dzieci

    są dwa światy i jedno słońce
    które u nas słabiej coś grzeje
    ty masz łzy szczęścia stygnące
    ja mam nadzieję...

    (zeng na podstawie tekstu Maryli)

    Ps. stałem nad grobem, dookoła ciemno, zimno i pusto, padał śnieg a mnie grzały
    dziesiątki zniczy. Czułem ciepło, błogą bliskość. Stałem i stałem, nie było mi
    zimno. Stałem i nie wierzyłem że tu stoję, że tu muszę stać. Ten dzień miał
    nigdy nie nadejść.
  • aniawx 01.11.06, 19:49
    Ja już też wróciłam z cmentarza. Mnustwo ludzi podchodzących i puyających jak
    sie trzymasz... Piekne kwiaty i 1000 zniczy. U mnie ani śnieg, ani deszcz nie
    padał, wiał tylko wiatr, zimny wiatr, ale mnie to tak jak Danielowy nie
    przeszkadzało. Stałam, romawiałam z ludzmi, później chwila wyłaczenia się i
    rozmowa z Patrykiem. Było przyjemnie, cicho, spokojnie...
  • ania77 01.11.06, 20:09
    Przyszło mi stać nad Jego grobem w ten dzień...To takie nierealne...Ile czasu
    mój biedny umysł będzie się bronił przed przyjęciem tego faktu do wiadomości?
    Są chwile,że się oszukuję,myślę sobie że Rafał jest w drugim pokoju,albo zaraz
    wejdzie do domu,albo o prostu że jest obok...To dzisiejsze Święto nabrało
    innego wymiaru...Wszystko już jest inne...
  • zeng 01.11.06, 20:42
    dociera do mnie okrutna prawda... dopiero ten dzień przypieczętował
    rzeczywistość, przebił się przez osłonę świadomości. Dociera do mnie, że ona
    nie żyje, że nie wróci, nie zadzwoni, nie dotknie. Zostały spirytystyczno-
    parapsychologiczno-magiczne mżonki. Na razie surrealistyczno-romantyczny wzlot
    pozwala mi na takie marzenia. Ale nadejdzie i ten dzień, kiedy moja zwykle
    logiczna natura będzie musiała stoczyć walkę z nierealnymi marzeniami. I wiem,
    że wygra, zawsze wygrywała. I zostanie tylko pustka i tęsknota. Bez nadziei.

    Nie chcem ale muszem.

    Trzymajcie się.
  • hope13 01.11.06, 22:49
    Na cmentarzu było bardzo zimno, padał deszcz i wiał silny wiatr. Nic nie
    czułam, tylko przejmujące zimno. Może to czas zrobił swoje, alo moi kochani
    zmarli dają mi znać, że juz dość rozpaczy, albo tylko pogoda... Zobaczę co
    natsępne dni przyniosą.
  • hania_2006 07.02.07, 00:12
    Mój mąż umarł nagle 3 grudnia, do tej pory nie pogodziłam się z tym, często mam
    wrażenie, że to zły sen. I czuję to samo co Edyta. Pozdrawiam
  • alrada 04.11.06, 12:42
    Nie próbuje sie nawet przebic przez Wasze wypowiedzi bo wracaja zle
    wspomnienia. Trafilam tu przypadkiem, bardziej z forum chorych dzieci. Jestem
    dorosła kobietą, ale też dzieckiem, które wcześnie straciło matkę, a potem
    ojca. I to mimo upływu lat tkwi we mnie. Jak rana, na której tylko pojawił sie
    strupek. A ten potrafi pękać. Wiem z autopsji jedno - mężczyxnie młodemu,
    wdowcowi z dzieckiem bardzo trudno jest wyjśc z tej traumy, a potem trafić na
    kobiete, kóra będzie dla jego dziecka kochającą drugą matką. Nas było dwoje, ja
    i mój brat. Ojciec młody niezwykle atrakcyjny mężczyzna. Powim z perspektywy
    czsu tyle - mój ojciec nie sprostał temu zadaniu. Może nie dorósł do roli
    samotnego ojca. Wiedząc że ma oparcie w swojej martce rzucił się po jakim s
    czasie w wir znajomosciu z kobietami. Teraz jako dorosla kobieta wiem, że
    wynikalo to pewnie z potrzeb czysto seksualnych. Żadna jednak z tych kobiet
    nawet nie zainteresowala sie nami. Żadna nie próbowala nas poznać, zblizyc sie
    do nas, otoczyc opieka. nie moge powiedziec jak bysmy w takiej sytuacji
    zareagowali, ale pewnie w dziecinnej psychice tesknilismy za tym. To trudna,
    delikatna materia. Śmierc mamy, mlodej kobiety, jest dla nas najwieksza
    tragedia mimo uplywu lat. sama jestem matka nastolatka, a jednak tesknie za
    nia niesamowicie. Jest bol bo wspomnienia jej obrazu zanikaja i gdyby nie
    fotografie pewnie bym zapomniala jaka byla piekna. probuje w zakamarkach
    pamieci odszukac brzmienia jej gloisu i nie potrafie. Dlatego mam za soba wiele
    nieprzespanych nocy. Życzę Ci siły i pamietaj o dziecku. Wiem , ono kiedys
    opusci dom rodzinny, założy własną rodzinę, a ty moglbys wowczas pozostac sam.
    Ale z czasem po latach szukaj madresj kobiety. Pamietaj dla dobra dziecka. I
    opowiadaj mu o mamie, o tym jaka byla, pokazuj zdjecia. tego mu bedzie bardzo
    brakowalo. Pozdrawiam.
  • zeng 04.11.06, 17:06
    Twoje słowa są bardzo cenne.

    Jeżeli mogę spytać... ile lat miałaś, kiedy straciłaś mamę ? Jak ją pamiętasz,
    jakie masz obrazy, czy te obrazy pochodzą z Twojej pamięci czy z późniejszych
    opowiadań/zdjęć ?

    Pozdrawiam,
    Daniel
  • alrada 05.11.06, 00:00
    Mama zmarła doslownie na kilka dni przed moimi 14 urodzinami. Brat jest
    młodszy. Nie byłam więc malutkim dzieckiem, ale poniewaz chorowało na raka
    długo to tak na prawde byla nieobecna w naszym zyciu juz kilka lat wstecz. Jest
    we mnie blokada na niepamiec tego co bylo, na bol zwalczany coraz mocniejszymi
    dawkami morfiny, na te długie pobyty na onkologii. Ale dzieki temu, że byłam
    starsza wiecej powinnam pamietac. Niestety ten samodzielny obraz nie jest tak
    wyrazisty i gdyby nie fotografie wiele rzeczy by mi umknelo. Komunia jest tym
    najbardziej dokladnym momentem kiedy ja widze usmiechnieta. I mam list ktory
    pisala niedlugo przed smiercia do rodziny w Australii. Traktuje go jak talizman
    bo zniego wiem jak cierpiala, jak tracila wzrok, sily do zycia, jak bardzo
    momentami chciala odejsc. Nawet teraz palcze piszac to. Z autopsji wiem jak
    trudno jest komus kto stracil wczesnie matke. Zakończenie podstawówki, egzaminy
    do liceum, studia, moje małżeństwo, moje dziecko i jego choroba - to wszystko
    ja ominęło. Teraz sa juz razem z tata. Będąc w odwiedzinach u rodziny
    zachlannie za kazdym razem przegladam ich albumy w poszukiwaniu zdjec mojej
    mamy. Zdobylam nawet kilka takich gdy jestesmy razem. Zachlannie tez slucham o
    tym jaka byla. Mój brat jest chyba inny, ale moze sie myle. Raczej nie
    rozmawiamy na ten temat. Widzisz my przezylismy jeszcze jeden koszmar , do
    ktorego nie chce teraz wracac, a ktory dotyczyl naszego ojaca i jego relacji z
    kobietami. W kazdym razie zakoczylo sie to tragicznie. I była nawet taki moment
    kiedy w natłoku tej sytuacji, gdy czułam sie niepotrzebna, niekochana, jak
    zbedna rzecz która przeszkadza chciałam odejsc. Kiedy dorosłam zawsze mówiłam,
    że chce założyc rodzinę z wdowcem, ktory samotnie wychowuje dzieko(i), aby dac
    takim dzieciom milośc, bo sama jej pragnelam i nigdy nie dostalam. Pewnie
    gdybym wowczas takiego czlowieka spotkala tak by sie stalo. W kazdym razie na
    mojej psychice śmieć mamy i cała ta sytuacja związana z ojcem i jego
    przyjaciółkami odcisnęła swoje piętno. Przez te wszytskie lata bywałam każdego
    tygodnia na cmentarzu u mamy. I gdy rodziłam swoje dziecko, gdy jej tak bardzo
    potrzebowałam zupełnie przypadkowo pojawiła sie przy mnie pielęgniarka , która
    zapytała mnie czy jestem córka A..... To była jej dobra koleżanka, na której
    rękach umarła moja mama w tym samym szpitalu na tym samym oddziale (septyczny).
    Zawsze uwazam, że w ten sposób moja mama była przy mnie wówczas. Danielu musisz
    byc silny dla dziecka. Teraz o jeszcze jest świeże, ale pamiętaj dziecku zawsze
    będzie brakować czułości i opieki matczynej. Z czasem będziesz myślał o
    ułożeniu sobie życia i to jest normalne. Ale szukaj mądrze, nie kosztem
    dziecka, choć tez i nie pod jego dyktando. Moja babcia miała druga matkę, bo
    jej własna zmarła gdy miała bodajże 5 lat. I była to bardzo mądra kobieta,
    równiez wdowa z synem. Kochała moja babcie jak własną córkę. Z dziadkiem
    doczekali sie jeszcze wspólnego syna ( smiali sie , że było moje, twoje i
    nasze). Nigdy nie robiła różnic między nimi, nie okazywała przynajmniej tego,
    że któres z tych dzieci kocha bardziej. A trzeba wiedzieć, że pradziadek
    przeżył traumę, bo w ciągu którkiego czasu zmarła mu nie tylko żona, ale i
    młodsza córka). Dla mojej babci była bardzo dobra matka i dlatego tak bardzo
    szanujemy jej pamięc w naszej rodzinie. i życzę Ci Danielu bys taka kobiete
    kiedys gdy do teakiej decyzji dojrzejkesz spotkał na swojej drodze. Pozdrawiam.
  • zeng 05.11.06, 06:29
    życie na starcie wydaje się takie proste. Trzeba poszukać odpowiedniej
    dziewczyny/kobiety, ożenić się, mieć dziecko, pracę żeby utrzymać rodzinę i
    potem już z górki do emerytury, którą się spędzi razem na jej wydawaniu, czyli
    na uprawianiu marchewki na działce.

    Aż nagle przychodzi śmierć, jedno życie zabiera, a dwa lub więcej burzy...
  • bartolin1978 15.11.06, 05:57
    WITAJCIE KOCHANI
    Wlasnie ktos podsunal mi link do tego forum i wiecie co?
    Czuje sie jakbym czytal wlasna historie

    "ażnagle przychodzi śmierć, jedno życie zabiera, a dwa lub więcej burzy...-W
    PELNI SIE ZGADZAM...!!!!!!


    Na imię mam Bartek 4X skonczylem 28 wiosen byly to jednak najsmutniejsze
    urodziny jakie mialem nie tak sobie wyobrazalem zycie...moj swiat zawalil sie
    25VIII...a nic nie wskazywalo na to ze tak wszystko moze sie potoczyc...24VIII
    mialem imieniny swietowalismy je razem z Agatka przygotowala fantastyczna
    kolacje(swietnie gotowala)...czerwone
    wino...swiece...kwiaty...rozmawialismy...na komodzie lezaly dewocjonalia ktore
    przywiezli z rodzicami z Fatimy powiedziala zebym wzial sobie rozaniec a ja na
    to nie bardzo wiem jak go odmawiac zreszta rozaniec odmawiac bedziemy gdy
    bedziemy starzy zniadolezniali odpowiedziala mi..."wez nauczysz sie..."teraz to
    najcenniejsza rzecz jaka mam...zasnelismy razem przytuleni...tak minela nasza
    ostatnia noc razem...rano pojechalem zobaczyc co tam w firmie, agatka zaczynala
    prace dopiero ok10 wiec obudzilem ja o 9telefonem jak zreszta zawsze robilem
    slowami wstawaj spiochu szkoda zycia...wypilismy razem kawe szybkie sniadanie i
    rozjechalismy sie kazdy do swoich obowiazkow...w trakcie dnia wiele razy
    dzwonilismy do siebie ustalajac plan dzialania na week-end byla osoba ktora
    nieznosila monotonii i ciezko bylo ja utrzymac w miejscu...postanowilismy ze
    pojedziemy do wroclawia(tam studiowalismy ja zaocznie Agatka dziennie, od
    pazdziernika chciala zaczac jeszcze jeden fakultet)zabierzemy jej siostre z
    chlopakiem i pojedziemy na koncert do Bielawy...byl to kolejny festiwal ktory
    zaliczylibysmy tego lata...tak wiec cieszylismy sie na mysl ze jedziemy w
    doborowym towarzystwie dobrze sie bawic...Agatka siedziala obok mnie ja
    prowadzilem samochod...jestem raczej doswiadczonym kierowcom w tym roku
    zrobilem 60tys km a prawo jazdy mam od 11 lat...w czasie jazdy Agatka zamienila
    sie z chlopakiem siostry miejscami...usiadla za mna...nigdy wczesniej tego nie
    robila...ZAWSZE SIEDZIALA OBOK...pobladzilismy...musialem zawrocic...tak wiec
    dojezdzam do skrzyzowanie patrze w lusterka wlaczam kierunkowskaz...chlopak
    siostry patrzy na mape...zawracam...w tym momencie trace przytomnosc nie wiem
    co sie dzieje...wydostaje sie z auta podbiegam do mojego aniolka caluje ja po
    ustach i mowie ze wszystko bedzie dobrze ze bardzo ja kocham i zeby nic nie
    mowila teraz wiem ze odeszla na mioch rekach...przyjechala karetka probowali
    reanimowac...odciagneli mnie do innego ambulansu strasznie krwawila mi glowa
    choc nie czulem kompletnie nic...nie dotarlo wtedy do mnie co sie
    stalo...dopiero nastepnego dnia w szpitalu gdy okazalo sie ze w trojke
    wyszlismy z tego dotarlo do mnie co sie stalo...chcialem odebrac sobie
    zycie...ale to byloby zbyt latwe...moj Aniol jest w niebie a ja poszedlbym
    prosto do piekla...
    ...mielismy jechac we wrzesniu na wakacje sami...tak bardzo cieszyla sie ze
    nikogo nie zabieramy ze soba i bedziemy mieli wiecej czasu dla siebie podobno
    chorwacja we wrzesniu jest piekna, gdyby nie bylo pogody mielismy jechac
    dalej... grecja? az sie zrobi cieplo... tak mielismy swietowac czwarta rocznice
    razem...mialem od pazdziernika przeprowadzic sie do wroclawia mam tam
    mieszkanie...wybieralismy meble...ustalalismy jak pomalujemy pokoje...i jak
    bedzie dobrze...Agatka smiala sie ze podjadam jej Mercilon...rozgladalismy sie
    za pierscionkiem...myslalem ze sie oswiadcze w swieta...bylo nam
    cudownie...teraz pozostala nicosc...tak wiec blakam sie miedzy cmentarzem a
    domem bedac cieniem czlowieka ktorym bylem kiedys...
  • hope13 16.11.06, 10:48
    Witak Bartku,
    to ja jestem tą Jolą, która podsuwa Ci adresy stron śmierci i żałobie.
    Znalazłam Cię przez przypadek na formu Dlaczego, na które trafiłam również
    przypadkowo. Nie jest ono odpowiednie dla nas - tutaj znajdziesz osoby
    przeżywające to samo co Ty. Na tym forum jestem od niedawna więc nie zdążyłam
    jeszcze wiele napisać. Z własnego doświadczenia wiem, że fora takie jak to i
    blogi, których adresy Ci podałam bardzo pomagają. Nie czujesz się wtedy
    osamotniony w swoim cierpieniu. Dziel się wszystkimi swoimi myślami i
    uczuciami, płacz. To przynosi w pewien sposób ukojenie.
  • zeng 16.11.06, 18:15
    hope13, możesz mi też dać adresy tych blogów/forów/stron i czegokolwiek ?
  • zeng 05.11.06, 06:31
    Twoja mama musiała tego jakoś pilnować skoro mimo takich problemów później i
    tak udało Ci się dorosnąć, stać się dobrą kobietą i ułożyć sobie normalne życie.

    Pozdrawiam,
    Daniel
  • aniawx 15.11.06, 20:46
    Przykro mi, ze tak potoczyły sie Twoje i Agatki losy:(( Wiem, no może wyobrażam
    sobie jak się czujesz. Wiem, ze jest Ci bardzo ciężko, wierzę, ze teraz się
    błąkasz, bo to nie jest normalne zycie. Wiem, ze teraz najważniejsze miejsce
    dla Ciebie to Agatki grób. Domyślam się, ze spędzasz tam dużo czasu, jak my
    wszyscy na grobach swoich najbliższych.
    Ja dziś czuje szczególnie brak mojego Patryka, bo dziś mija dwa miesiące odkąd
    odszedł od nas:(( Dziś jest ten szczególny dzień, dzień większych wspomnień o
    tym przykrym wydarzeniu. Już minęła godzina, minuta w której to Patryk zamknął
    swoje oczka na wieki. Nie nawidze tej godziny!!!!!!!!!
    Jak przeczytałam Twój post, to przypomniał mi się Patryk. On jak leżał w
    spitalu to dostał rózaniec poświęcony przez Papieża (jeszcze Jana Pawła II). I
    tak lezał na łóżku i powiedział mi, ze mogę go sobie wziąć, bo On się nie modli
    na rózańcu. Ale nie wzięłam Mu tego rózańca, tylko znalazłam Mu stronę
    internetową (On miał w szpitalu internet) z informacją jak się odmawia różaniec
    i nauczył się. Później modlił się juz na nim i nosił go ze sobą wszędzie. To
    było jakieś dwa miesiące przed śmiercią...
    Bartolin trzymaj się dzielnie i pisz na foru, to pomaga! Nie będziesz się czuł
    samotny w tej sytuacji.
    Pozdrawiam,
    Ania
  • hope13 20.11.06, 19:34
    Na jednym z forów poznałam Agatę, która straciła narzeczonego w wypadku. Przez
    parę miesięcy pisałyśmy do siebie maile. W zeszłym tygodniu wyjechałam służbowo
    do miejscowości niedaleko miasta, w którym mieszka. Postanowiłam zostać tam
    dłużej żeby się z nią spotkać. Rozmawiałyśmy do pierwszej w nocy. To
    niesamowite jak podobne są nasze doświadczenia związane z żałobą, myśli i
    obawy. To spotkanie wzmocniło nas obie. Na pewno spotkamy się ponownie. Warto.
    I Was do tego zachęcam. Ja mieszkam niedaleko Poznania.
  • blanka_e 11.05.07, 10:50
    ogladałam wczoraj swój ulubiony program "Jak się nie ubierać" na tvn style.
    Odcinek poswięcony był osobom, które owdowialy. Szansę na odnowienie swojej
    garderoby a zarazem na małą psychoterapię uzyskały dwie osoby: wdowa i wdowiec.
    Odcinek był bardzo ciekawy. polecam, są częste powtórki, np. w sobotę po 20-tej.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka