Dodaj do ulubionych

kryzys?? znowu??

27.11.06, 13:10
forum super, podpisuje sie pod postami o kategorycznej zmianie nawykow
zywieniowych i ze ta zmiana musi najpierw w glowie sie dokonac... ja swoje
podejscie zmienialam/ staralam sie zmieniac kilkakrotnie, ale czuje, ze
powoli pekam, łamie kolejne ograniczenia, głowa zapełnia sie myslami TYLKO O
JEDZENIU a sadzilam, ze kompulsy mam za soba, ze juz sobie z tym calym
jedzeniowym cyrkiem poradzilam
Edytor zaawansowany
  • rudama 27.11.06, 17:13
    Hi,
    rozumiem to az za dobrze.

    Powtarzam sobie ostatnio na pocieszenie, ze jesli przez tyle lat pielegnowalam
    swoje nawyki, dopieszczalam je, popuszczalam im...stosowalam jako wymowke na
    wszystko...powtarzalam - jakby podliczyc - TYSIACE RAZY, to nie jestem w stanie
    ich zmienic na "hurra", przez miesiac, czy chocby kilka miesiecy.
    Ale powtarzam sobie tez do znudzenia, ze moje nawyki to "nie ja", ze skoro sie
    je ksztaltuje i wpaja, to mozna je tez odksztaltowac i przeksztalcic na lepsze.
    Jest to duzo trudniejsze niz wczesniejsze stale proby odchudzania, bo cel jest
    duzo bardziej oddalony i niewyrazny.

    Kiedys myslalam, ze jedzenie kompulsywne jest jak np. alkoholizm: mozna swoj
    nawyk odstawic, ale do konca zycia jest sie abstynentem, do konca zycia trzeba
    sie pilnowac. Teraz staram sie je umiescic w kategorii nawykow. Myslenie o
    kompulsach jako o nieuleczalnej chorobie ulatwia mi szukanie wymowek.
    Kazdy sam wybiera swoje droge zycia, swoje nawyki. Jestesmy ludzmi obdarzonymi
    wolna wola, zdolnymi dokonywac wyborow, odpowiedzialnymi za te wybory.

    Wszystko to pieknie, ale jak przychodzi do kompulsu, mozna sobie tymi pieknymi
    myslami poduszke wypchac, prawda?

    Staram sie zatem myslec racjonalnie: skoro tysiace razy w moim zyciu
    "odpuszczalam sobie" ("to tylko...", "eee tam...", "od jutra...", "teraz to juz
    wszystko jedno"..."i tak mi sie nie uda..."),podobnie wiele razy musze dobre
    nawyki powtarzac. Przy czym kazda decyzja sie liczy.

    Pamietam, jak probowalam rzucic palenie i jak setki razy sie do tego zabieralam,
    a pierwszy okres bez papieroskow byl meczarnia, ktora trzeba bylo "przetrzymac".
    Nie udawalo sie za dziesiatym, czy setnym razem. To juz mam za soba.
    Pamietam, jak zabieralam sie do regularnego sportu, a zapal wypalal sie zwykle
    po kilku razach. Tymczasem od kilku miesiecy biegam niemalze codziennie z
    usmiechem na buzi i nie pamietam juz czasow, ktore spedzalam bez ruchu. Pamietam
    jak balam sie mowic po niemiecku i myslalam, ze nigdy sie nie przelamie.

    Staram sie to "porownac" z kwestia jedzenia kompulsywnego, nieregularnego,
    impulsywnego, albo...zbyt perfekcjonistycznego. Jest cholernie trudno, to
    stanowczo moj najsilniejszy nawyk, z najdluzsza historia. Ale powtarzam sobie do
    znudzenia, ze to TYLKO nawyk, ze musze go po prostu widziec proporcjonalnie:
    palenie nie bylo mi tak bliskie jak jedzenie, wiec poszlo w miare latwo.
    Jedzenie kompulsywne jest tematem ciezkim i emocjonalnie drazliwym, wiec zajmie
    mi duzo czasu i energii.

    Sprawe utrudnia fakt, ze po tylu latach odchudzania, czy tez starania sie bycia
    doskonala nie mam jeszcze silnie wypracowanych innych schematow myslenia. Nie
    umiem tez jeszcze jesc naprawde normalnie; nie za malo lub jednostronnie
    (dietetycznie), ale i nie za duzo (objadanie sie). Do tego upragniony cel wcale
    nie jest tak wyrazny jak w czasach odchudzania. Wtedy to bylo po prostu kilka
    kilo mniej, teraz jest to "spokoj w glowie", uniezaleznienie samooceny od
    wygladu czy osiagniec zywieniowych lub jedzenia od emocji. Przede wszystkim
    dystans.

    Wiec zaciskam zeby i mowie sobie, ze nie jestem psem Pawlowa, ze moje nawyki to
    nie ja. I powtarzam, ze nie chce popadac w kolejna diete lub idealnie zdrowy
    styl odzywiania, bo NIE TO jest moim prawdziwym problemem. Inni moga dyskutowac
    o wyzszosci salaty nad kapusta, ale moim problemem jest, zeby rezygnujac z fast
    foodu na rzecz salatki nie najesc sie na pocieszenie ciastkami.

    Zaciskam zeby i traktuje sie jak pacjenta w sanatorium, ktory trzy razy dziennie
    serwuje sobie smaczny, sycacy posilek. Moim zadaniem jest zjesc co lezy na
    talerzu, jak najwolniej, najbardziej swiadomie,najadajac sie ale i nie
    przejadajac, bez dokladek. Nawet jest sa to rowniez cos slodkiego.Jak sie da z
    owocami i warzywami.A po posilku na nastepnych kilka godzin starac sie oczyscic
    umysl z tego tematu, zastepowac go innymi myslami, czas miedzy posilkami
    wypelnic czymkolwiek innym.

    Regularnie, powoli, swiadomie. Te proste rzeczy spawiaja mi mnostwo klopotow.
    Mam klopot z poczuciem sytosci. Slodycze jedzone powoli i swiadomie nie
    sprawiaja tej grzesznej satysfakcji co te jedzone w pospiechu, po kryjomu, z
    poczuciem winy. Mam klopot z wywazeniem ilosci, jesli porcja nie jest odmierzona
    kalorycznie, ale tez nie ma prowadzic do przejedzenia. Mam klopot z wyborem
    jakosci produktow, ktore nadal klasyfikuje wedlug tabeli zdrowe, niezdrowe. Mam
    klopot z wypelnieniem czasu pomiedzy posilkami. Czasami, paradoksalnie, zupelnie
    normalne czynnosci (czytanie ksiazki, spotkania z przyjaciolmi, nauka, praca)
    traktuje jako "zabijanie czasu", do nastepnego posilku. Licze na to, ze to co
    teraz przychodzi z trudem, z czasem bedzie naturalne.
    Wierze, a raczej staram sie wierzyc, ze za dwa, trzy lata bede w stanie sobie
    zaufac.

  • bez3manka 28.11.06, 15:18
    ciesze sie, ze odpisalas, ostatni akapit jest praktycznie moj wlasny, z tym
    zabijaniem czasu miedzy kolejnymi posilkami, glowa zajeta myslami jedzeniowymi,
    nie jest w stanie zaczepic mysli o jakikolwiek inny temat, cel: zjesc,
    cokolwiek ale juz, natychamist, dużo i najlepiej niezbyt zdrowo... o kompulsach
    dowiedzialam sie dopiero kilka m-cy temu, wczesniej sadzialm, ze tylko ja mam
    jakas taka smieszna acz dokuczliwa przypadlosc... teraz staram sie traktowac
    moje grzechy jako przypadkowe i przydarzajace sie przeciez kazdemu a nie jako
    calkowita negacje tego wszystkiego, co do tej pory osiagnelam, ze teraz to juz
    niewarto, efekt kuli sniegowej murowany, baton goni chipsy, za nimi lody,
    tosty, cokolwiek... jest trudno ale zdecydowanie latwiej przyjdzie uporanie sie
    z 2-3 kilogramowym nadbagazem anizeli 10, a byly i wieksze... chyba o to
    chodzi?

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka