Kilka słów o moim wyjeździe do NZ
Na początku chciałbym podziękować za wszystkie cenne rady, które
przeczytałem na forum. Bardzo mi to pomogło zorganizować
samodzielnie wyjazd do NZ.
Mało brakowało i nie dotarlibyśmy do NZ. Dzień przed naszym lotem
spadł w Londynie "śnieg stulecia", tzn. zrobiło się biało co w
Anglii oznacza klęskę żywiołową. Mieliśmy oddzielny bilet Warszawa-
Londyn, na szczęście nasz samolot z W-wy był pierwszy, który puścili
do Londynu tego dnia.
Podróż była baaardzo długa, ale da się przeżyć. Serwis w Qantasie
jest dobry. Szkoda,że nie mozna podczas podróży ogladać widoków.
Obsługa pilnowała ,żeby okna były zasłonięte. Ma to sens o tyle,że
ludzie śpią w samolocie i po przylocie na miejsce mniej się odczuwa
jet lag. My mieliśmy takie szczęście,że przylecieliśmy do Auckland
ok 18:30 i po załatwieniu formalności granicznych i wynajęciu
samochodu byliśmy w hotelu (Ventura Inn Mangere , obok lotniska-
polecam) ok. 20. Akurat,żeby iść spać zgodnie z nowym rytmem.
Byliśmy na tyle zmęczeni, że udało nam się zasnąć i wejść w nowy
rytm prawie bez komplikacji. Rano nas obudziło piękne,
superniebieskie niebo, co było bardzo optymistyczne po szarej zimie
w Europie. Nawet się dziwiliśmy , że ludzie są tacy przewrażliwieni
z tym jet lagiem. Dopiero po powrocie do Polski, z lata w zimę (i to
z mrozem i dużą ilością śniegu), z dnia do 21:30 do zimowych
wieczorów ok. 16:45 i do normalnej pracy odczuliśmy chyba podwójnie
ten słynny jet lag.
Dużym problemem dla nas w pierwszych chwilach pobytu w NZ był ruch
lewostronny. Pierwszy kontakt z tym "wynalazkiem" jest dla
nowicjusza bardzo stresujący. M.in. z tego powodu oraz ze
świadomości braku czasu zrezygnowaliśmy z wycieczki do centrum
Auckland i wjazdu na Sky tower. Nasz hotel był poza Auckland na
wylocie w kierunku naszej dalszej podróży i postanowiliśmy nie
wjeżdżać do centrum wielkiego miasta mając zerowe doświadczenie w
ruchu lewostronnym. Przyzwyczajenie do nowych zasad umożliwiające
bezpieczne poruszanie się zajmuje , moim zdaniem, m.w. do 2 dni.
Bardzo pomocna jest nawigacja w samochodzie. Po pierwsze oszczędza
się dużo czasu na poszukiwaniu atrakcji turytycznych i hoteli, po
drugie w trudnych sytuacjach podpowida, jak jechać. Jeśli kierowca
jest skoncentrowany jazda po tych 2 dniach przyzwyczajania się jest
łatwa i przyjemna. Nawyki prawostronne wychodzą w zaskakujacych
sytuacjach. Wtedy często (dokładnie tak,jak piszą przewodniki)
zalicza się te przysłowiowe "wycieraczki"- zamiast kierunkowskazów.
Ogólnie jazda po NZ to (po tych pierwszych trudnych chwilach) wielka
przyjemność. Dobre, puste drogi i piękne widoki pozostają na długo w
pamięci.Brak jest autostrad, ale przy minimalnym ruchu to nie jest
wada lecz zaleta. O wiele łatwiej jest się zatrzymać przy czymś
ciekawym po drodze. Myslę,że podróz wynajętym samochodem jest
najlepszym rozwiązaniem. Nie polecam zwiedzania NZ w grupie
turystycznej, jadąc autokarem. Jeśli ktoś planuje NZ w przyszłości i
zastanawia się- namawiam , zorganizuj sobie wyjazd samodzielnie.
Nowa Zelandia zapewnia pełne bezpieczeństwo i standardy w pełni
europejskie pod każdym względem. Samodzielna podróż może dać
wspaniałą satysfakcję i można bardziej dopasować wyjazd do upodobań
i tempa zwiedzania.Z pewnością też wyjazd zorganizowany samodzielnie
będzie tańszy.
Jeśli chodzi o wynajęcie samochodu- my załatwiliśmy w Budget. Cena
za 13 dni - ok.1200 NZD, Toyota Auris-w NZ znana jako Corolla (w tym
100 dol za nawigację oraz 250 za dodatkowe, rozszerzone
ubezpieczenie). Cena dość wysoka, znacznie drożej niż np. na
Teneryfie. Jestem jednak zadolony z tej wypożyczalni. Samochód
mieliśmy nowy i w 100% sprawny (w Hiszpanii było gorzej), można było
zostawić go na jednej wyspie i po przemieszczeniu się na drugą
odebrać na lotnisku taki sam. Nasza Toyota sprawdziła się doskonale
w każdych warunkach. Jechaliśmy we troje, mieliśmy dużo bagażu i nie
baliśmy się największych serpentyn na W. Płd. Bez
problemu "zaliczyliśmy" Baldwin Street w Dunedin- podobno
najbardziej stromą ulicę miejską na świecie.
Przypomnę naszą trasę:
Auckland- Matamata- Tauranga- Rotorua- Huka Falls- Taupo- Whakapapa-
Wellington (przelot do Christchurch) Akaroa-Athur's Pass- Franz
Josef- Queenstown-Te Anau- Milford Sound- Dunedin (droga przez
Lawrence)-Otago Penisula- powrót samolotem do Wellington.
Droga była długa ale wspomnienia mamy wspaniałe. Szkoda,że nie
mogliśmy być w NZ dwa razy(a najlepiej 10x) dłużej. Generalnie
musieliśmy się śpieszyć i pilnować planu. Nie znaczy to,że nie
robiliśmy bardzo wielu przystanków po drodze , jak tylko
zobaczylismy coś ciekawego.
Obie wyspy bardzo się różnią. Dla znających NZ to "oczywista
oczywistość", ale wyjaśnię- północna to zdecydowana większość
potencjału gospodarczego i wulkaniczne krajobrazy oraz tysiące krów,
południowa natomiast jest słabo zaludniona , wiekszość mieszkańców
tej wyspy to owce, wysokogórkie krajobrazy i atmosfera "wielkiej
włóczęgi" podczas zwiedzania. Na West Coast można jechac prawie 200
kilometrów i minąć kilka samochodów a po drodze będzie może jedno
miasteczko i jedna stacja benzynowa.Jeśli się planuje jazdę tam ,
trzeba zatankować samochód na cały etap przejazdu. Dla mieszkańca
Europy aż takie pustkowia to coś nieznanego. Dla nas to było jednak
wspaniałe. Np. widoki w dolinie rzeki Haast pozostają na zawsze w
pamięci. Krystalicznie czyste powietrze wyostrza piękny widok na
Alpy Południowe. Można zrobić piękne zdjęcia porośniętych porostami
zagród dla owiec i krów z niesamowiecie niebieskim niebem i
wspaniałymi, zaśnieżonymi szczytami w tle. Na widok tych
niezwykłych , nowozelandzkich porostów córka powiedziała, że
biologiczce(tzn. nauczycielce ze szkoły córki) "opadła by szczęka".
Podobno takie bogactwo porostów świadczy o najczystszym powietrzu na
świecie.
Niedługo postaram się usiąść i dopisać jeszcze kilka słow o
miejscach, które odwiedziliśmy. Teraz dodam tylko,że nie
rozczarowaliśmy się nigdzie. Każda z zaplanowanych atrakcji była
warta czasu i pieniędzy ( a bilety wstępu w NZ nie są tanie).
Nawet "fabryka czekolady"(czyli obecnie zakłady Cadbury w starym XIX
w. budynku) w Dunedin , na którą uparła się moja Rodzina była w
sumie ciekawa i nie żałuję.
Centrum Antarktyczne też jest bardzo fajne (chociaż niezbyt duże) a
przejazd Haglundem jest super.
Pozdrowienia