Rano zawiozłam córkę do nowej szkoły, zakupiłam mundurek szkolny codzienny i
sportowy, wypełniłam jakieś formularze, pogadałam z dyrekcją, zapłaciłam za
lekcje języków poza szkołą i wróciłam do domu, gdzie zasiadłam na werandzie z
zamiarem podłączenia się do pracy
Zamiary zamiarami, najpierw walczyłam z programem łączącym mnie z siecią
firmy, potem spędziłam przeszło godzinę na telefonie z pomocą techniczną w
Indiach, w końcu się poddali i zalecili wizytę u chłopaków w biurze firmy,
wiec spakowałam manatki i pojechałam do biura, gdzie mi wszystko ładnie
ustawili i wróciłam do domu po południu. Niech to szlag, żeby skończyć
wszystkie moje raporty będę
siedzieć do wieczora!
No ale muszę, bo beze mnie korporacja nie da sobie rady.
Ale w sumie nie jest źle, mogę i do wieczora siedzieć na boso, wyglądając na
ulice. Za oknem jest 27 stopni, wietrznie i pochmurno (to ślady cyklony Olga),
w ogrodzie kumpel Złota Rączka łupie kamienie kończąc piaskowcową ścianę i
niedługo zacznie układać ostatnie odcinki chodnika.
Buszmen po moim powrocie taki jakiś napalony na mnie chodzi.
Cały czas gapi się na moje wyrzeźbione łydki. Pewnie dziś wieczorem coś się
wydarzy. ;)
Widać taka rozłąka jest czasem dla związku bardzo potrzebna.
Boję się tylko, żeby córka nie wygadała się, że spędziłam namiętną noc z
eksem, który specjalnie na tę okazję z Londynu się pofatygował.
To tyle na razie...
Pozdrawiam
Wasza Iluzja
--
Ach, cudowne jest życie w Australii
Iluzja na wiecznych wakacjach.