Młody: nurkujesz czy pompujesz?
_mlody napisał:
>
> Jak juz wspomnialem, to cenne, ze ktos probuje poprawiac rzeczywistosc.
> Perzestan jednak udowadniac, ze te absurdy prawne to absolutna domena panstwa
> polskiego i opowiadac te mrozace krew w zylach opowiesci o sila zatrzymanych
w
> Polsce Polakach z zagranicy. Sam wrocilem pare dni temu z Polski i na granicy
> ani polscy wopisci ani niemiecki Grenzschutz mojego paszportu w ogole do reki
> nie wzieli.
>
> Alles klar, Opa?
Młody, tobą powinno się poważnie zająć Towarzystwo Ochrony Zwierząt, za
wykręcanie kota ogonem z potrójnym saltem i podwójną śrubą. Wstyd tak
publicznie męczyć kotka.
Ja naturalnie nikogo nie zniechęcam do jeżdżenia do Polski kiedy zechce, na
takim paszporcie, z jakim mu najwygodniej. Każdy jest kowalem własnego losu.
Uważam jednak, że każdy jeżdżący do Polski powinien wiedzieć, na czym stoi pod
względem prawnym, żeby się w razie ewentualnej awantury zanadto nie dziwił.
Jeśli po sprawdzeniu (w źródłach krajowych) stanu obowiązującego w Polsce prawa
okazuje się, że niektórzy podróżni do Polski z legalnie posiadanymi zachodnimi
paszportami stoją na chwiejnej tratwie, żeglującej po starym szambie
komunistycznego prawa, to doprawdy nie moja wina. Ta tratwa niekoniecznie pod
każdym zatonie, ale to żaden argument na to, żeby się uczyć nurkować w gównie,
albo zatykać nos i udawać, że to koralowa laguna, zamiast wypompować szambo. Od
1989 roku dosyć było czasu na pozbycie się komunistycznych absurdów z polskiego
ustawodawstwa.
Twój argument, że w Niemczech jest tak samo, albo jeszcze głębiej, prawdziwy
czy fałszywy, jest o tyle bezwartościowy, że można na to odpowiedzieć, że np. w
Hiszpanii albo Wielkiej Brytanii nie jest tak samo, tylko inaczej. Standard
niemiecki nie jest żadną normą dla kogokolwiek poza obywatelami Niemiec. Ani w
Piśmie Świętym, ani w Konstytucji RP nigdzie nie napisano, że w Polsce ma być
administracyjnie akurat tak samo, jak w Niemczech. Brytyjski model
administracyjny, na przykład, nie jest radykalnie lepszy ani gorszy od
niemieckiego, ale obywa się bez wielu rzeczy mających w Niemczech i w Polsce
status świętej krowy, np. bez dowodów osobistych i bez centralnej ewidencji
ludności. Spór na temat "a w Ameryce Murzynów biją" jest zresztą o tyle bez
sensu, że brodzącemu w szambie w Polsce wcale nie zrobi się lepiej od tego, że
gdzie indziej jest głębiej albo płycej; dla niego ważne jest, jak jest w kraju.
Bardzo się cieszę, że ci się udaje Twoim własnym paszportem czy paszportami tak
kręcić, żeby ci było wygodnie, i na razie jeszcze nie wpadłeś po kolana albo
głębiej. Tak trzymać! Ale ja i wiele innych osób wyemigrowało z Polski między
innymi po to, żeby więcej nie lawirować, nie kręcić, nie przytakiwać każdemu
posiadaczowi mundurowej czapki z daszkiem i nie przynosić czekoladek tłustym
biurowym pindom. I choćby ciebie, Młody, apopleksja z zawiści miała zadusić, my
tu za morzami jakoś żyjemy bez tego wszystkiego.
Przez dwadzieścia parę lat w Australii zdążyłem nawyknąć do państwa neutralnego
wobec obywatela, które nie odczuwa najmniejszej potrzeby by się bez przerwy
wp...dalać, komu zechce, między przysłowiową wódkę a zakąskę, po to, żeby
wiedział, gdzie jego miejsce i kto jest nad nim górą. Interakcja obywatela z
administracją państwową w Australii stanowi drobny ułamek takiej samej
interakcji w Polsce. W Polsce, jak donosi mi rodzina i znajomi, państwo bez
przerwy czegoś chce, domagając się posłuszeństwa niezliczonym mętnym i
sprzecznym przepisom wchodzącym w życie bez żadnej konsultacji z kimkolwiek,
ale za to ze środy na piątek, oraz przynoszenia państwu w zębach coraz to
innych, niezliczonych papierów, meldunków, poświadczeń, zaświadczeń, zezwoleń i
opłat. Wszystko w myśl zasady, że państwo jest od rozkazywania, a obywatel od
wykonywania. W Australii, roztargniony obywatel mógłby nieomal przeoczyć
istnienie państwa i jego aparatu (z ewentualnym wyjątkiem wypełniania raz do
roku zeznania podatkowego, ale i to można zlecić komuś innemu za niedużą
opłatą), a państwo, pokrywające kontynent wielkości calej Europy od Lizbony do
Uralu, jakoś się od tego nie rozleciało.
Nie widzę powodu, dla którego Polska nie miałaby stopniowo dojść do podobnego
jak w Australii porządku, w którym oszczędnie i logicznie skonstruowane prawo
obowiązuje tak petenta, jak i urzędnika, którzy wzajemnie szanują swój czas,
nie zawracają sobie nawzajem głowy bez poważnej przyczyny, a także nie mają
tego za żaden niezwykły ewenement i nie widzą potrzeby, żeby sobie nawzajem
cokolwiek pokazywać ("ja panu pokażę").
W Polsce, na razie, stan rzeczy jest taki, że na dzień 1 stycznia 2002 roku
zatrudniano w kraju (według "Wprost") fantastyczną liczbę 521 tysięcy
urzędników opłacanych bezpośrednio z budżetu, administrujących drobiazgową
nadregulacją wszystkiego. Ponad dwa razy więcej urzędników na głowę ludności
niż w Australii, mającej za to ponad trzykrotnie wyższy od Polski dochód na
głowę ludności.
Ponadustrojowa, ponad półmilionowa klasa urzędnicza III RP (plus jakieś 2 -
2,5 miliona członków rodzin, kumpli i protegowanych tej klasy) wszystko zrobi,
by utrzymać nadregulację, z której żyje. W prasie krajowej codziennie można
wyczytać historie o ludziach z różnych powodów uprawiających miesiącami i
latami surrealistyczne pielgrzymki po urzędach jak z Kafki, gdzie nikt nic nie
wie, każdy mówi co innego, tłuste pindy mają za złe, że im ktoś przerywa picie
kawy i opychanie się bułami, a nad wszystkim króluje doktryna, że nie wolno
pozwolić, by indywidualny osobnik wygrał z waaadzą państwową, bo to przeciwne
naturze.
Jeżeli czujesz się, Młody, komfortowo w warunkach zależności od widzimisię
złośliwego polskiego urzędnika dziewiętnastej kategorii, sinego z zawiści, że
ty mieszkasz i zarabiasz w Niemczech, a on nie, to niechże ci pójdzie na
zdrowie. Jak ci nie wadzi, że ten urzędnik jest zatrudniony przez administrację
państwa ocenianego przez Transparency International jako równe Peru i
nieznacznie lepsze od Brazylii pod względem korupcyjnym (44 miejsce na 100 w
2001 roku), to też na zdrowie - rozkoszuj się rytmem samby. Chociaż ja
osobiście obawiam się, że ten urzędniczy karnawał w końcu zaprowadzi Polskę
tam, gdzie dziś znajduje się Argentyna.
****ALE NIE WMAWIAJ NIKOMU, Młody, że taka administracja państwowa wynika z
jakiegoś niezłomnego prawa natury, że to nic szczególnego, że tak jest
wszędzie, tak właśnie ma być, a innego sposobu nie ma, bo to nieprawda.****
Stary