Ok, odbieram to jako zaproszenie

Naskrobałam, co mi się przyśniło,
choć od tamtego zapytania zaczęłam się już trochę rozmyślać,
krepować. Jakby co, to możesz zignorować, będzie ok.
Ekhm hm, na początek nieco makabrycznie - w pierwszym śnie moja
zmarła dawno babcia leży w łóżku - martwa, nawet więcej - leży
TERAZ, jakby zmumifikowana. Jest podparta poduszkami, w chustce na
głowie.
Przechodzę mimo łóżka wiele razy, ale zawsze z dala, staram się tam
nie patrzeć. Mama każe mi założyć babci sweter, jakby ona żyła,
tylko była chora i trzeba było jej pomóc. Mamy nie widzę, słyszę
tylko jej głos, jakby z innego pokoju, z kuchni.
Okazuje się, że tymczasem sweter założyła moja druga babcia, żyjąca.
Jak mam jej teraz powiedzieć, żeby go zdjęła, bo to dla babci
nieboszczki? że założyła sweter trupa? Tej babci też nie widzę, ale
jest gdzieś obok.
W którymś momencie, kiedy zastanawiam się jak rozwiązać sprawę
swetra, przechodzę obok łóżka i moje spojrzenie pada na twarz babci –
wygląda jak woskowa maska, nie strasznie w sensie horroru, nie mam
odczucia, że jak zombi zaraz wstanie, żeby mnie pożreć, ale jest to
straszne, bo czuję jakby tam nic nie było, pustka, przedmiot, nawet
nie zwłoki. Oczy i usta – kreski, twarz jest żółta, ale jednolicie,
w pewnej chwili zdaje mi się, że zielona, zjadliwie, jak u kosmity.
Drugi sen, choć nie wiem teraz, jaka była rzeczywiście kolejność,
obydwa miałam tej samej nocy. Jest ze mną mój pierwszy chłopak,
jesteśmy u niego w mieście, choć już tam dawno nie mieszka. Znam je
tak sobie, ale tutaj nie rozpoznaję w ogóle, a widzę zabytkowe
budynki, więc miasto nie mogło zmienić się tak bardzo.
Jest słoneczny dzień, choć kolorów jak zwykle nie widzę. Idziemy nad
rzeką, spacerujemy ramię przy ramieniu, blisko, ale tak, że nie
widzimy naszych twarzy, nie patrzymy w oczy.
Jest spokojnie, leniwie, przyjemnie, a ja cały czas, mimo że mi się
sytuacja podoba, nie mogę wyjść ze zdumienia, że tak dobrze się nam
rozmawia, że jest tak przyjemnie, w ogóle się dziwie, że to się
dzieje - jakby nic się nie stało.
Szczegóły pominę, właściwie to, co napisałam, co starałam się
dookreślić, było myślę najważniejsze. Potem jesteśmy u niego pod
domem, blokiem, też nie poznaję okolicy. Jest już ciemno, żegnamy
się, tzn. on zaczął, wchodzi do domu, ja zostaję. Czuję się
ogłupiała, jakby przyśnił mi się sen we śnie, jakby nagle wylał mi
ktoś zimną wodę na głowę.
Nie powiedział na pożegnanie niczego istotnego, mającego znaczenie,
ot takie tam, że musi już iść i cześć, ale kiedy zobaczyłam jego
uśmieszek, kiedy to mówił aż się zatrzęsłam – był bardzo
nieprzyjemny, perfidny, złośliwy, krzywy, wstrętny, demoniczny
wręcz.
Poszłam między blokami szukając ulicy, żeby zatrzymać jakiś samochód
i wrócić do domu. Był duży ruch, w którymś momencie mignął mi w
którymś samochodzie pewien pan znany z tv, z jakimiś dziećmi. Tyle,
nie pamiętam, żeby było coś o powrocie, pamiętam, że cały czas
czułam się jak pijana, rozwalona, nie wiedziałam co się właściwie
stało, o co chodzi.
Teoretycznie znaczenie wydaje się oczywiste, mogłabym pewnie to
sobie dość łatwo zinterpretować, tj. zrobiłam to, ale może jest coś,
czego nie widzę, a co może dać mniej przygnębiający obraz, niż ten,
który mi się wyłonił?
Dodam, że to mój pierwszy sen od wielu miesięcy, tzn. pewnie taki,
który pamietam. Kiedyś bywało, że śniło mi się po kilka-kilkanaście
nawet rzeczy na miesiąc, pamietałam je, zapisywałam często. A potem
cisza i teraz to.
--
"Zielonej pragnę zieleni"