Dodaj do ulubionych

Furaczem po Włoszech, czyli ….

24.10.10, 20:05
motocykliści na wakacjach ;)

Trochę czasu już upłynęło, ale żeby trochę "rozruszać" forum wrzucam opis wakacyjnej „wyprawy” MiDowej w składzie: Termit, Jerzy, Zaciszanka oraz przyjaciółka Zaciszanki – Ania Plecaczek :). Postaramy się nie zanudzić „czytaczy”, a może kilka uwag czy porad przyda się innym… poza tym część relacji powstała nad Como przy butelce lokalnego wina, więc w miarę opróżniania butelki nam się bardzo podobała ;)
Część osób słyszała już trochę wrażeń w Lubniewicach, kilka widziało skrót fotograficzny na ognisku u Termitów, więc to takie uzupełnienie :)

Dzień pierwszy … już przyniósł niespodzianki :) Zamówiona wieczorem taksówka Zaciszanki nie przyjechała, co zaskutkowało o 6:00 biegiem z walizkami pod taśmami na Okęciu ( odwrócona wersja biegu przez płotki ;) , bo reszta Drużyny stała już przy stoisku odprawy.

Po przylocie do Mediolanu piękne słońce i czyste niebo. Za chwilę już nie było tak pięknie…. zarezerwowane wcześniej wypożyczenie samochodu okazuje się „troszku” droższe… międzynarodowa, znana wypożyczalnia „omsknęła się” z ceną o jakieś 20%, a młode dziewczyny nie były chętne do dyskusji co rozumiemy pod pojęciem „potwierdzona rezerwacja i koszt”. Strzeliliśmy focha i wybraliśmy lokalną wypożyczalnię. Niewiele tańszą, ale była miła pani :D
Nauczka – potwierdzać ceny i czytać uważnie wszystkie punkty regulaminu i jeszcze raz potwierdzać :) No …. ale w końcu mamy autko. Kombi :D Przecież kombi na 4 osoby wystarczy … hmmm…. jednak nie ;) Pobożne życzenie. Łamigłówka jak tu upchnąć 4 walizki, 4 ( walizki ) podręczne, plecaki, torebki … no trochę się tego uzbierało, ale w końcu jedziemy na 18 dni, 6 miejsc noclegowych itp. itd. Żar się leje, pan przygląda nam się z pobłażaniem, czas leci, a my wstawiamy bagaże i wystawiamy. W końcu bagażnik upakowany po dach, a 2 podręczne walizki idą do środka. Mamy więc z Mariolką podłokietnik, podgłówek – do wyboru … ;)
Potem z pakowaniem szło nam lepiej. W środku była tylko jedna podręczna walizka i niezliczona ilość plecaczków, torebek, aparatów fotograficznych ( na 4 osoby: 5 aparatów + 1 minikamera ;) ).

Ale wracając do tematu pakowania, bagażnik zamknięty, my w środku – jedziemy :) No … jedziemy, nawigacja odpalona, jedziemy :) ale dlaczego drugie kółko wokół lotniska ? Trzeciego na szczęście już nie było. Na Viareggio – czyli plażowanie na dobry początek :D
Dotarliśmy ( 300 km ), hotel jest, ale żeby znaleźć miejsce do parkowania – 5 kółek po nabliższych ulicach. Nauczka – jak jest parking hotelowy to też rezerwować i potwierdzać. W pozostałych miejscach pobytu, gdzie była możliwość mamy zarezerwowane, ale w tym parking był dostępny tylko w określonych godzinach, więc wybraliśmy parking na ulicy. Wydawało nam się, że nie będzie problemu bo to już prawie po sezonie … i udało się - jakieś kilka przecznic od hotelu ;)
Edytor zaawansowany
  • zaciszanka30 24.10.10, 20:15
    Dzień drugi … uhuuu… lecimy na plażę :) ( w Polsce fala deszczów ). O kurcze …. Komercyjnie i sporo leżaków. Na szczęście mało ludzi. Upatrzyliśmy sobie piękne miejsce przy samym brzegu: parasol, 2 leżaki, krzesełko, łóżko z daszkiem … pieknie :) Trochę nam się dziwnie przypatrują inni plażowicze. Może jesteśmy trochę bladzi, bo to pierwszy dzień … albo mówimy w niezrozumiałym języku ( polski nie jest szczególnie rozpoznawany, wszyscy wmawiają nam że jesteśmy Rosjanami ;) ). Powoli się rozkładamy, litościwie przychodzi ratownik i tłumaczy, że trzeba iść do „directzione”. OK. Idziemy, wiemy, że plaża płatna, więc najpierw kasa, a potem przyjemności. Przyjemności okazały się możliwe dopiero w … 21 rzędzie ( za 25 Euro dziennie ! ). Jak się okazało część miejsc - „zestawów” jest zarezerwowana z góry na cały sezon i ludzie płacą abonament. Abonament za plażę ! Za 2 dni awansowaliśmy do rzędu 19 :D

    Załamani 21 rzędem na plaży, trzeci dzień to zwiedzanie Pisy i Lukki. Pisa jak Pisa, Krzywa Wieża stoi ( robi jednak wrażenie ), biegamy z aparatami, zwiedzamy. Turystyczna zwyczajność, więc co tu opisywać :D Samochód zaparkowany na ulicy, nagle okazuje się, że zostało nam 15 minut opłaconego czasu, a tu jeszcze zostały nam 2 atrakcje: katedra i baptysterium. Włączamy japońskie tempo zwiedzania i wystarcza nam 12 minut z przejściem od jednego do drugiego.
    Spokojni idziemy do autka a tu … mandat. Nie przekroczyliśmy czasu, ale w pośpiechu Ania położyła kwitek z wydrukowaną godziną postoju stroną do deski rozdzielczej. Jedyne 38 Euro … To czas poznać włoską policję. Jedziemy pod wskazany adres ( bo nie zamierzamy płacić ), 15 minut, wyrozumiali Włosi i sprawa anulowana.
    Jedziemy do Lukki. Cel: centro storico. Obejrzeliśmy, podsumowaliśmy naszym ulubionym mottem o którym będzie na końcu.
  • avocado67 25.10.10, 08:38
    Ciekawe, co to za motto?

    Ja mam w pamięci moje auto uwożone w siną dal na lawecie przez florencką policję czy też inną straż miejską. Na nic zdały się tłumaczenia, że to ostatnie dni wakacji, że my spłukani, że staliśmy tylko 30 minut za długo (na tablicach był napis, że parkowanie jest to 14, a potem już nie, ale stwierdziliśmy, że "bez przesady"). No, i o 14.30 nasze autko stało już na lawecie. :) Czekam na dalszy ciąg relacji, jeszcze jakieś zdjęcia by się przydały :D
    --
    Optymista wierzy, że świat stoi przed nim otworem.
    Pesymista wie, co to za otwór.
  • draka00 25.10.10, 09:21
    Ooooooo! Jeszcze!
  • zaciszanka30 25.10.10, 20:10
    chcecie czy nie, opowieści ciąg dalszy ;)

    Dzień czwarty to wspomniany już 19 rząd leżaków na plaży. Woda cieplejsza od powietrza, ale każda próba wejścia głębiej do morza kończy się gwizdaniem ratowników. Są fale, a oni chyba nie chcą się ruszać z wygodnych miejsc i nas ratować, więc zawczasu gwiżdżą.

    Dzień piąty to kierunek na Florencję ( 100 km ). Trasa musi być jednak w pełni wykorzystana, nie może być pustych przebiegów ;) i zwiedzamy Pietrasantę – urokliwe włoskie miasteczko oraz Carrarę i Collonatę - miejsce wydobywania marmuru karraryjskiego i najmniejszy chyba ryneczek jaki widzieliśmy. W Pietrasancie zaskoczyła mnie Mariolka… przez chwilę pomyślałam, że ma jakieś nadprzyrodzone zdolności albo sięga gdzie wzrok nie sięga. Tego nie było w pierwszej wersji opisu, więc mogę dostać po głowie.
    Parkujemy samochód jednocześnie patrząc co jest na wokół parkingu … pełno rzeźb i nowoczesnych pomników … w tym pomnik/rzeźba naprawdę wielkiego, „przerysowanego” a’la wojownika rzymskiego. Ania parkuje, siedzimy jeszcze w aucie, a Mariola mówi „ Patrz, taki wielki, a jakiego ma małego fiutka ;)” W tym momencie przed oknem przechodzi mi rosły Murzyn, patrzę na niego i w ułamku sekundy myślę „ a skąd Mariolka to wie ??” … chwila i wybuch śmiechu w samochodzie :D hmmm... Mariolka komentowała rzeźbę ;)

    Czas na Florencję. Mamy wynajęte mieszkanie ( przez Interhome ) – najpraktyczniejsze rozwiązanie: w centrum, blisko zabytków, rozsądna cena, w pełni wyposażone. Śniadanko na tarasie lub przy dużym stole – do wyboru. Drużyna się coraz bardziej integruje :) Jest też pralka i żelazko, czyli wszystko co potrzebne kobietom na wakacjach ;) chociaż pranie rozwieszał Jerzy ;)
    Na Florencję mieliśmy zaplanowane 4 dni: 2 dni zwiedzania miasta, 2 dni wycieczki po Toskanii. To jednak za mało. Nie chcieliśmy obejść wszystkich kościołów, ale zwiedzić najważniejsze punkty ( Uffizzi, Ponte Vecchio, Duomo, Santa Croce, Ogrody Boboli – te akurat przereklamowane ) oraz okolicę i zabrakło nam trochę czasu – do planów warto dodać przynajmniej jeden dzień marginesu. Przez to nie było czasu na „dolce farniente”, bo nawet codzienne lody były w biegu ;) Jednak już na kolacyjkę w lokalnej knajpce, mimo założeń „ nie możemy jeść tak późno” ;) zawsze mieliśmy czas … no, a teraz mamy dodatkową wagę ;)
    „Wyjazdówki” z Florencji to Siena, Montalcino,Pienza oraz Montepulciano jako pierwsza traska oraz San Gimignano, Volterra oraz rejon Chianti jako druga.
  • zaciszanka30 25.10.10, 20:20
    Pierwsza wyjazdowa wycieczka to zwiedzanie Sieny, a generalnie głównego, nietypowego i ciekawego placu, lodziarni i toalety. Tak – toaleta to zawsze żelazny punkt naszego zwiedzania :) Ceny … hoho… od 0,50 Euro do 1,5 Euro ( ale do tej nie poszłyśmy – 4 osoby to butelka wina w sklepie ;) ). Po toalecie kolejny punkt zwiedzania zabytków ;) to „gelateria” czyli lodziarnia. Mariolka jest bezbłędna w namierzaniu „gelaterii” ..... po omacku, w deszczu, w pośpiechu jest okrzyk „gelateria” i wiemy, że jesteśmy we właściwym miejscu :) Po Sienie kierujemy się na trasę widokową polecaną w przewodnikach: Val d’Orcia. Nastawieni na piękne widoki, aparaty w dłoniach, a tu krzaczory, krzaczory i asfalt. Nie słuchać przewodników ! Najładniejsze widoki, typowo toskańskie z cyprysami, willami na wzgórzach itp. były jak zbliżyliśmy się do końca trasy i w końcu z niej zjechaliśmy. Kolejne fajne miasteczko to Pienza ( oczywiście spoza przewodnika i na P ). Trafiliśmy akurat na festiwal serów z możliwością degustacji i lokalną paradę z flagami. Aż żal było wyjeżdżać, ale czas wracać do „naszego” mieszkanka we Florencji.
    Wracamy, trochę już kilometrów po Italii zrobiliśmy, czas zatankować 4oo. Stacja samoobsługowa ( typu Neste ). Stajemy, bo jak pojedziemy dalej, to zaraz spalimy te wszystkie zjedzone włoskie kluchy bo będziemy pchać auto. Zresztą z Mariolą już mamy wprawę z Polski, tylko, że z Ferrari, więc chyba „zwykłego” Seata nie będzie nam się chciało pchać ;).
    Spieszy nam się do Florencji, na kolację… a cholerny korek od wlewu nie chce puścić. Kręci się i kręci, ale nie odkręca. Każdy z nas to kierowca, więc cała czwórka zaczyna kombinować z korkiem. Cholera, jak nie zatankujemy to nie pojedziemy dalej. Dlaczego nikt z nas nie jeździ/jeździł Seatem ? Może są jakieś magiczne przyciski których nie umiemy namierzyć. Czas mija, duma do kieszeni, wyciągamy instrukcję obsługi. Cudownie … w języku w którym ostatnio biegle prosimy o rachunek, czyli po włosku. Oglądamy, szukamy, jakiś obrazek jest, ale pod nim wszystko po włosku …Na stację przyjechał jakiś samochód i ludzie :) Polska duma jeszcze bardziej do kieszeni, tłumiąc śmiech, lecę z instrukcją obsługi w ręce i wielką prośbą w oczach… Pan chętny do pomocy, chociaż tłumaczy, że on po angielsku za bardzo nie czyta…. Oj tam, nie ma czytać po angielsku, ma przeczytać po włosku i ewentualnie przetłumaczyć nam co nieco na angielski albo zrobić samemu co trzeba… Nie wiadomo jak, ale korek puścił - chyba nam się po prostu zassał ;) . Pełnia szczęścia, dziękujemy za wsparcie, Włosi odjechali, my zostaliśmy bo już możemy zatankować. Maszynie dajemy 20 Euro. Mariolka chciała więcej - 50 :) , ale ja stwierdziłam, że może więcej nie, bo jak maszyna „zje” to co … i czekamy na paliwko. Naciskamy numer 2 bo taki numer ma nasz dystrybutor i …nic. Kurde …. zjadło nam 20 Euro. Dlaczego muszę być „wróżką” ? ;) Ale jesteśmy twardzi, kombinujemy, już wszystkie przyciski wduszamy… anulowanie – nic. Ciągle nam się pokazuje, że mamy kredyt 20 Euro, ale paliwa 0. Przyjeżdża kolejny samochód …znowu biegiem do Pana i już od razu pokazujemy o co chodzi… Pan podchodzi patrzy, coś tam zagadał po włosku, nacisnął 1 i paliwo płynie do zbiornika. Ale na dystrybutorze było 2 – każdy z nas widział 2 :D Tak, to był najdłuższy pobyt na stacji benzynowej - prawie godzinę :)
  • zaciszanka30 25.10.10, 20:27
    Druga wyjazdówka to San Gimignano – fajne, historyczne i urocze miasteczko, najlepsze lody na rynku ( o czym chyba wspominała Porzeczka w swojej relacji ) i 30 minut poszukiwania .. toalety.
    Stwierdziliśmy, że dobry pomysł na biznes we Włoszech to … toaleta :) Tam były 2 kabiny unisex na całe miasteczko i wszystkich turystów – kolejka dłuższa niż do lodziarni, wstęp płatny chyba 0,50 Euro ;). W Volterze trafiamy na turniej rzucania flagami – taki był nasz zamiar. Włosi jednak mają dziwne obyczaje. Z okazji turnieju centrum starówki zastawione trybunami i zamknięte. Wstęp tylko na bilety: 10 Euro. Dla nas to dziwactwo: tłumy turystów, a na zamkniętym placyku garstka ludzi. Zamiast zachęcić turystów do odwiedzin miasteczka ( sklepy i knajpki miałyby większy obrót ), to lepiej na wszystko sprzedać bilety …. Obejrzeliśmy więc kawałek parady dostępnej dla wszystkich, zjedliśmy włoskie kluchy i czas na Chianti. Rejon, jeszcze nie wino ;) Jedziemy, przejeżdżamy przez winnice, piękne widoki, zatrzymujemy się na zdjęcia. Potem trochę przyspieszamy – to na moją prośbę, bo kluchy z Volterry jakoś się uaktywniły w moim żołądku ;) Potem jeszcze bardziej przyspieszyliśmy ;) , ale co też wyszło nam na dobre, bo chcieliśmy po drodze zahaczyc o jakąś winnicę i degustację wina. Jak już znaleźliśmy taką blisko drogi, to się okazało, że za kilkanaście minut zamykają. Ale co tam .... szybko dało się „uspokoić” felerne kluchy i żołądek, a w międzyczasie Ania i Mariolka już dogadały się z Panią, że jesteśmy zainteresowani degustacją. Raz ciach – kilka win wypróbowanych, 3 butelki zakupione i wracamy do Florencji. Tempo japońskie :)
  • avocado67 26.10.10, 09:12
    Bardzo mi się spodobało przeliczenie toalety na butelki wina :) Czekamy na dalszy ciąg :D
    --
    Optymista wierzy, że świat stoi przed nim otworem.
    Pesymista wie, co to za otwór.
  • wiolaszpilazapominalska 26.10.10, 10:34
    avocado67 napisała:

    > Bardzo mi się spodobało przeliczenie toalety na butelki wina :) Czekamy na dals
    > zy ciąg :D
    Avo,wyjełaś mi to z ust ! :)
  • zaciszanka30 26.10.10, 12:22
    he he - są priorytety :) chociaż podobno wg potrzeb Maslowa skorzystanie z toalety powinno być ważniejsze od wina ;)
  • avocado67 26.10.10, 16:35
    Absolutnie się z tym nie zgadzam.
    Potrzeba picia wina jest potrzebą całkowicie pierwotną.
    Konieczność skorzystania z toalety zaś jedynie jej logiczno-fizjologiczną konsekwencją.
    --
    Optymista wierzy, że świat stoi przed nim otworem.
    Pesymista wie, co to za otwór.
  • luk-kasia 27.10.10, 07:31

    I skanduję (my);
    jeszcze! jeszcze! jeszcze!!!

    --
    pozdrowionka
    luk-kasia i "kropka"
  • zaciszanka30 27.10.10, 11:17
    Z Florencją czas się pożegnać. Dziesiąty dzień naszej eskapady to kierunek: Wenecja :).
    Po drodze mamy Bolonię i fabrykę Ducati. Można zwiedzić fabrykę i muzeum, trzeba jednak wcześniej (minimum tydzień ) zarejestrować się przez internet. Zarejestrowaliśmy się odpowiednio wcześniej: pierwszy raz przeze mnie ( brak odpowiedzi ), więc drugi raz ( dla pewności ) przez Anię. Brak odpowiedzi. Może nie ma automatycznej, więc we Florencji sprawdzamy maile – może przyjdzie potwierdzenie przed samym wyjazdem. Nie przyszło, ale spróbować nie zawadzi, Bolonię mamy po drodze. Przyjeżdżamy, jeszcze z Porzeczką telefonicznie potwierdzamy, że dobrze trafiliśmy. Fabrykę widać, ale myśleliśmy, że wejście „wycieczkowe” będzie jakoś specjalnie oznakowane, poza tym nasza nawigacja ma często „swoje” zdanie odnośnie adresów. Z wejścia nici, jesteśmy już cofnięci na bramce, że bez rezerwacji nie ma szans. Tłumaczymy, że 2 razy było wysłane zgłoszenie i bez odpowiedzi, ale nie chcą nam wierzyć, że to niemożliwe itp.. Mamy zadzwonić na rezerwację telefoniczną o 14:00 ( to też próbowaliśmy oprócz internetu ), może będzie jakaś szansa. Jest prawie 13:00, więc idziemy do pobliskiej knajpki i czekamy, żeby w razie czego być blisko.
    Ania dzwoni o 14:00 – udało się , ktoś odebrał i … „miła” Włoszka mówi, że widziała nasze zgłoszenia i maile, ale była tak zajęta po urlopie i miała tyle spraw, że nie zdążyła odpisać na wszystkie. Po powrocie do Polski, patrzę, że o 14:21 tego dnia dostałam maila, że nie ma wolnych miejsc ;) Najedzeni, więc nie tacy źli, idziemy do auta stwierdzając pod fabryką „ mamy Suzuki i Yamaszkę, więc gdzieś mamy Ducati” ( właściciele tej marki proszę się nie obrażać, to była złość „chwili” na profesjonalny system rezerwacji ;) ) .
  • zaciszanka30 27.10.10, 11:20
    Wenecja przywitała nas chmurami i zimnem ( jakieś 20 stopni ;) ) Pierwsza myśl „ wracamy do Florencji :)”. Ponieważ samochód trzeba zostawić na parkingu i do hotelu już przeprawić się wodnym tramwajem, to stwierdziliśmy wcześniej, że nie będziemy targać wszystkich naszych „drobnych” bagaży, tylko bierzemy podręczne, a w nich to co potrzebne na 2 dni, reszta zostaje w samochodzie. W końcu parking strzeżony i oczywiście wcześniej zarezerwowany. Tak więc ze względu na drastyczną zmianę pogody ( z 27-28 stopni we Florencji na 19-22 w Wenecji ;) ) jeszcze małe przepakowanie podręcznych bagaży, upchanie głównych walizek w bagażniku itp. Itd. Zadowoleni zamykamy samochód, a pan parkingowy mówi, że ma zostać otwarty, a kluczyki na desce rozdzielczej … ze względów bezpieczeństwa ( i konieczności bieżącego przestawiania samochodów na parkingu ). Upsss… i nasze walizki z całym wakacyjnym dobytkiem tak mają zostać ? Hmmm….zostawiamy tak jak było to w planach. Jesteśmy ufni, że nikt nie połasi się nasze brudne skarpetki czy majtasy ;) a jakby co, to potem będziemy myśleć ;) Chociaż żal było zostawić kilka ulubionych bluzek ;) Myśl co nas czeka w autku i czy trzeba będzie robić jakieś zakupy przewijała się jednak gdzieś w tyle głowy.
    Wenecja przywitała nas kiepską pogodą, ale miłą parą turystów. Staliśmy w kolejce po bilet na tramwaj wodny ( 6,50 Euro za osobę – bilet ważny godzinę ), gdy podeszła do nas sympatyczna para i spytała się czy nie chcemy biletu dwuosobowego, bo oni już nie będą korzystać, a jest nadal ważny. Pytamy się za ile chcą nam go odsprzedać, a oni z uśmiechem, że nam go po prostu dadzą :) Honorowo jednak zapłaciliśmy 1 Euro :) Dokupiliśmy drugi bilet, pakujemy się więc do tramwaju i ruszamy Canal Grande, kilka minut i wysiadamy przy Ponte Rialto, a stamtąd 5 minut i już jesteśmy w hotelu. Do Placu Świętego Marka też mamy 5 minut. Wenecja jest skonsolidowana :) ale i zapchana turystami. Dla nas szok, że aż tak bardzo. Ma się jednak wrażenie, że większość turystów zwiedza nie tyle zabytki, co sklepy. Wszystkie światowe marki ( Gucci, Louis Vitton, Prada itp. ) w zasięgu ręki, ale też pełno sklepów z pamiątkami, maskami, wyrobami ze szkła z Murano. Wenecja jest jednak klimatyczna, choć zaniedbana i widać, że wiele budynków wymaga remontu – może jednak to nadaje taki klimat temu miejscu. Osobiście spodziewałam się, że będzie może trochę „śmierduszkowato” ze względu na kanały – jednak nie :) Oczywiście obowiązkowo „przejażdżka” gondolą. Jesteśmy pełni podziwu jak nasz gondolier bierze zakręty w tych kanałach, gdzie spory ruch. Na kolanko nie schodzi ;) ale od budynków płyniemy czasami na milimetry i ani razu gondola nie obtarła się o mur – pełna precyzja, ale też swoboda. Jak się okazuje to kilkunastoletnie świadczenie.
  • zaciszanka30 27.10.10, 12:00
    W Wenecji nadszedł już czas, żeby podzielić się jednym z haseł naszej wyprawy z resztą świata i to w formie pisemnej ;) Ponieważ hotel nam się podobał, to zgodnie z sugestią miłego chłopaka z recepcji na pierwszą kolację poszliśmy do hotelowej knajpki, która miała serwować świetne risotto. „Al Gazzetino” – zapamiętajcie tę nazwę :) Nazwa związana z wystrojem – ze starych gazet ;) W każdym razie usiedliśmy, dostaliśmy menu … ale jakieś takie dziwne, przy niektórych daniach jest cena, przy niektórych nie. Od razu dostaliśmy też księgę gości do wpisania – zanim jeszcze cokolwiek zjedliśmy, żeby móc rzeczywiście wyrazić opinię. W końcu przychodzi kelner, nie mogliśmy się z nim jakoś dogadać, potem następny ( właściciel ) – z tym się dogadaliśmy co chcemy zjeść ( tak nam się przynajmniej wydawało ), a bardziej on nam wmówił co mamy zjeść. Mamy więc zupy: pomidorową ( zimną ), rybną ( w której ryb malutko, oj malutko ;), jakieś warzywka i 2 x risotto serwowane jako porcja dla 2 osób. Musieliśmy się podzielić na pary, żeby je zamówić. Właściciel nałożył nam risotto, a to co zostało sam zjadł, mlaskając jakie dobre i że to jego ulubione. Fajnie, tylko te nasze porcje nie były jakoś powalające wielkością i dokładka by się przydała ;). W każdym razie zjedliśmy co mieliśmy, atmosfera i właściciel średnio nam się podobały, więc prosimy o rachunek. I tu się zaczyna zabawa… my prosimy o rachunek, a kelnerzy udają, że nie prosiliśmy ;) więc siedzimy, ale już zaczynamy tracić cierpliwość … jeszcze raz prosimy o rachunek, a kelner przynosi jakąś nalewkę, ciasteczka, ale rachunku ani widu ani słychu. Znowu prosimy o rachunek ( w biegle opanowanym w tej kwestii włoskim ) i dostajemy kolejny napitek ( był dobry :) ) , rachunku nie. Kelnerzy ciągle chodzą po sali, właściciel pije teraz z innym stolikiem ( no tak, z nami się najadł ;) ) a my siedzimy. Cierpliwość ma jednak swoje granice, a czas się ciągnie i ciągnie … więc znowu prośba o rachunek – hurra – jest! Pierwszy raz odliczamy dokładnie kwotę, żadnego napiwku - trudno to opisać, ale pomimo, że risotto było smaczne, to ta knajpka jest jednym z naszych gorszych wspomnień. Ale mamy przecież Księgę Gości, w której pełno peanów na cześć właściciela i tego miejsca – zastanawiamy się czy na pewno jesteśmy w tym samym miejscu…. Postanawiamy, że nie ulegniemy „większości” i zostawimy nasz wpis, chociaż trochę zgodny z prawdą… Został więc ułożony zgrabny, dłuższy tekst, uśmiechnięte buźki domalowane, ale może jak trafi tam jakiś Polak to zwróci uwagę, że pewne litery w tym tekście są pogrubione i układają się w hasło ….D…...U…..P……Y……..…N…….I……..E…………..….U……R……Y…..W…….A…….. :D
    I to było nasze ulubione hasło, wykorzystywane przy różnych okazjach ;)
  • pszczola35 27.10.10, 13:31
    Kacha, pisz dalej... Mi dupę urwało ze śmiechu, przeczytawszy całość :D
    Poza tym przeżyliście wspaniałą przygodę, wybierając się na takie wojaże :D
  • wiolaszpilazapominalska 27.10.10, 18:45
    Chcemy więcej.....!!!!!!!
  • zaciszanka30 27.10.10, 19:14
    spoko, jeszcze kilka dni pobytu zostało ;) ale fajnie, że nie przynudziłam, tym bardziej, że to nie wyprawa na 2oo :)
  • zaciszanka30 28.10.10, 11:20
    Z Wenecji jedziemy do Werony. Omijamy autostrady i jedziemy lokalnymi drogami, żeby wczuć się we włoski klimat. Po drodze przejeżdżamy przez Padwę ( tak lało, że nie było szans na zwiedzanie ) i zwiedzamy Vicenzę. W Vicenzie przy obiadku, a generalnie przy deserze, Ania zdecydowanie powiedziała „ Muszę iść umyć swoją muszelkę, bo śmierdzi rybą”. Zamarliśmy, tak przy jedzeniu o tym …. i jeszcze jacyś Polacy obok przy stolikach. Akurat to było jedyne miejsce, gdzie na 4-5 zajętych stolików wszyscy to Polacy – notabene bardzo nam utkwiła w pamięci pewna Polka, która spaghetti jadła „dystyngowanie” nożem i widelcem krojąc na małe kawałki – we Włoszech ;). Wracając jednak do „muszelki” jednocześnie wybuchneliśmy śmiechem :) Dodatkiem do głównego dania było „coś” z owoców morza serwowane w muszli. Ponieważ muszla była ładna, została zapakowana w serwetkę jako „typowa” pamiątka z Vicenzy. Okazało się jednak, że muszla chyba nie chce opuszczać restauracji więc zaczęła dawać sygnały zapachowe spod papierowej serwetki ;)

    Do Werony dojeżdżamy po południu, nawigacja kieruje nas uparcie na deptak zamknięty dla ruchu. Kołacze mi się po głowie, że pani z hotelu pisała w mailu, że mamy jechać w strefie ograniczonej, a jak zatrzyma nas policja to pokazać rezerwację z hotelu. Tylko, że to nie chodziło o tę strefę - z bezwględnym zakazem ruchu ;) Dzwonimy do hotelu i z minimapką jakoś udaje nam się dojechać do naszego hotelu. Byliśmy jakieś 100 metrów od niego, ale okazało się, że dojazd jest zupełnie z drugiej strony. Pani w recepcji jednocześnie ucieszona i zdziwiona, że tak szybko trafiliśmy. Stwierdza „ no tak, ale wy nie jesteście Amerykanami” :D Obsługę polubiliśmy już od razu. Dalszy pobyt jeszcze tylko to umocnił – możemy polecać ten hotelik z czystym sumieniem, chociaż ma tylko kilka pokoi .
    Hotel prowadzony przez starsze panie, rodzinnie i blisko wszystkich zabytków. Zanim wyszliśmy „na miasto” dostaliśmy mapkę, z zaznaczeniem hotelu, wszystkich ważnych zabytków jak i ulic handlowych – te zostały specjalnie i z przymrużeniem oka zaznaczone dla Jerzego – w końcu przyjechał z 3 kobietami ;). Dodatkowo namiary na knajpkę z rozsądnymi cenami. Rano, przed zwiedzaniem, dostaliśmy jeszcze poradę, że mamy kupić „Verona card”, która upoważnia do wejścia do wszystkich kościołów, muzeów i innych zabytków w mieście. O tej karcie nie wspomina żaden przewodnik, a kosztuje 10 Euro, podczas gdy pojedyńczy wstęp kosztuje średnio 6 Euro. My byliśmy w 6 miejscach wydając tylko 10 Euro zamiast 36 na osobę.
    W tym hoteliku nie było też problemu z poproszeniem np. o otwieracz do wina, kieliszki czy przejściówkę do kontaktu ( dla wtyczek starszego typu z grubszymi bolcami potrzebne są jednak przejściówki ), no i prysznic miał siłę wodospadu :D
    W Weronie obowiązkowo zaliczyliśmy „ Casa di Giulietta” czyli „domniemany” dom Julii z „Romea i Julii” , zdjęcie na balkonie i pogłaskanie pomnika Julii po piersi.
    Tak więc z Werony i tego hoteliku mamy same miłe wspomnienia i nie potrafiły tego zepsuć nawet poranne hałasy śmieciarek pod oknami.
  • zaciszanka30 28.10.10, 11:29
    Weronę, podobnie jak Florencję opuszczamy z żalem i jedziemy w stronę jeziora Como. Po drodze mamy jednak jeszcze Gardę. Jedziemy więc do Sirmione nazywanego „perłą Gardy” . Pogoda piękna, jezioro błękitne, miasteczko urokliwe, ale znowu tłumy turystów, w tym i nas :) Po obowiązkowych zdjęciach, wizycie w toalecie, jedzonku i deserku ( dla odmiany było ciasto, a nie lody ;) znowu w trasę. Nad Como … gdzieś tam willę ma George Clooney ;). Mamy jakieś 200 km, więc zastanawiamy się nad wyborem: autostrada czy normalne drogi. Nawigacja jakoś dziwnie pokazuje nam drogę przez Mediolan i lekko „wariuje”, ale wybieramy autostrady. Jak się okaże będzie to sprawdzian naszej praworządności na włoskich autostradach;)
    Zmieniając autostrady z jednej na drugą wjeżdżamy na rozjazd i kilka pasów i bramek, nie ma jednak bramki z zaznaczonym wydawaniem biletów, tylko wszystko jakieś automatyczne rozwiązaniu typu "easy pass" czy abonament. Namyślać się nie możemy, który pas wybrać, bo za nami sznur samochodów, więc przejeżdżamy ….. bramka była, szlabanu nie, ale nie daje nam to spokoju, że wjechaliśmy na autostradę tak bez niczego …. Jedziemy, na najbliższej stacji benzynowej Ania podpytuje się policjantów czy na tej autostradzie są kwitki czy może nie, bo wjechaliśmy bez biletu … zrozumienie chyba było kiepskie, bo odpowiedź też niewiele nam mówiąca oprócz tego, że „coś tam” płaci się 1,80 Euro i ewentualnie mamy szukać administracji autostrady czyli Pontoblu…. Dojeżdżamy do bramek i jest budynek Pontoblu :) Nie chcemy przypadkiem przyblokować bramki brakiem biletu i tłumaczeniami, więc idziemy do biura. Kolejka … hmmm… co daje nam czas na opracowanie strategii…. Jak tu wytłumaczyć, że wjechaliśmy na autostradę bez biletu i gdzie … Ania idzie po mapę… kolejka się nie rusza ,,, więc czas na dalsze pomysły… czy Pan mówi po angielsku …. Pewnie kiepsko i może nas nie zrozumieć … dobra, trzeba znaleźć wśród znajomych osobę, która mówi po włosku, zadzwonić do niej i najwyżej Panu damy słuchawkę :D Dzwonię do znajomego, który zna Włochy jak własną kieszeń licząc, że zna też włoski. Niestety nie, chociaż ubawił się z naszego problemu, twierdząc jednak, że jak mamy gotówkę lub karty to wszystko załatwimy ;) Z samochodu do kolejki przychodzi Mariolka – trochę zaniepokojona, stoimy już we trzy ;) Kolejny strzał to Rafael – Włoch poznany we Florencji, który dobrze mówi po angielsku, więc łatwiej będzie mu wytłumaczyć po angielsku, a on ewentualnie Panu z Pontoblu w ojczystym języku. Rafael przygotowany po drugiej stronie słuchawki, dziewczyny z Drużyny zadowolone, że mają strategię ;) i po jakiś 20-30 minutach w końcu nasza kolej. Podchodzimy, zaczynamy „do you speak English?”, Pan, że tak, to zaczynamy wyłuszczać, że mamy „big problem” bo chcemy zjechać z autostady, ale nie mamy biletu. Pan ( wydaje nam się, że nie zrozumiał ;) mówi, że to kosztuje 1,80 Euro. Kosztuje, kosztuje… ok…. ale my nie mamy biletu. Więc jeszcze raz drukowanymi angielskimi literami tłumaczymy, że my nie mamy biletu… a on, że tu nie potrzeba biletu, tylko po prostu się płaci na bramce stałą opłatę bez biletu. Chyba nie zrozumieli dlaczego głośno się śmiałyśmy wychodząc z tego biura :D
  • avocado67 29.10.10, 08:26
    Przypomina mi się próba wjechania na tangenziale wokół Bolonii prawidłowym pasem;) to nie było proste. W każdym razie jakby kogoś tam trzeba było pozdrowić (albo coś w tym stylu) to jutro z Carry jedziemy do Rzymu :D I może nawet też coś potem napiszemy :D
    --
    Optymista wierzy, że świat stoi przed nim otworem.
    Pesymista wie, co to za otwór.
  • 1_leo 29.10.10, 08:56
    avocado67 napisała:

    to jutro z Carry jedziemy do Rzymu :D I może nawet też coś
    > potem napiszemy :D

    Avo, to będą takie "Rzymskie wakacje"? mniam, mniam :D:D:D

    --
    Leo
    Lubię słowo "indolencja".
    Dzięki niemu moje lenistwo wydaje się czymś
    niezwykle wyrafinowanym.
  • avocado67 29.10.10, 09:06
    Taki mamy zamiar :) Trochę krótko jak na wakacje, bo spędzimy w Rzymie niewiele więcej niż dwie doby, ale kto powiedział że 8-9-letnie dzieci muszą spać w nocy, o ich "nieco" starszych mamusiach nie wspominając?
    --
    Optymista wierzy, że świat stoi przed nim otworem.
    Pesymista wie, co to za otwór.
  • zaciszanka30 29.10.10, 10:25
    to Wam zazdroszczę :) niestety tym razem Rzymu nie ogarnęłyśmy, więc nie ma jeszcze kogo pozdrawiać ;). Wieczne Miasto następnym razem ;), więc chętnie poczytać relację nawet z 2 dni :)
  • goha66 02.11.10, 08:04
    pisz dalej babo :D ... nie mogę sie doczekać (wysłuchanej w Lubniewicach) opowieści o praniu ;)
  • zaciszanka30 04.11.10, 12:01
    he he, akurat to ominęłam, bo to był etap "jesteśmy we Florencji" i mamy pralkę w mieszkaniu ;) o praniu są 2 opowiastki ;)
    1. Mariolka z Anią "nastawiły" n-tą pralkę ( jakbyśmy wróciły z miesięcznej wyprawy, a nie minęło dopiero kilka dni wycieczki ;) ), było jednak dość późno i pomysłodawczynie prania poszły spać .... ;) ale pranie trzeba wyciągnąć i wywiesić .... kto się tym przejął ? Jerzy :) dziewczyny już śpią, właśnie wyszłam z łazienki, ale stwierdziłam, że zobaczę przed snem jak status prania i czy pomóc to rozwiesić ;) idę na taras .... a tam z miską prania i przy suszarce stoi Jerzy i trzyma jedną rzecz z prania, zafrasowany jak to zawiesić ;) patrzę... a to Ani stringi ;)
    2. pewnie w następny dzień też doszłam do wniosku, że w sumie mojej bieliźnie też przydałoby się pranie. Ponieważ to był poranek, wyjście na zwiedzanie w planie, a ilość prania znikoma, więc istnieje coś takiego jak pranie ręczne i rozwiązanie szybsze i krótsze niż pełen cykl pralki. Wrzuciłam więc to co miałam do miski w łazience, płyn do prania ( płyn do płukania też przyjechał z Polski ;) ) i czas na śniadanko, a pranie niech się już moczy.
    Przy śniadanku dyskusja o różnych rzeczach, ale na chwilę wstaję od stołu i mówię, że "idę zamieszać w majtkach" ;) .... he he :) sprawa wyjaśniona, że chodzi o majtki w misce ...
  • zaciszanka30 04.11.10, 12:09
    a wracając do włoskich wojaży to .... dotarliśmy nad Como. Gdzie…. pierwszy raz, trudno w to uwierzyć, przeszkadzali mi motocykliści ;) Mieszkaliśmy przy głównej drodze oplatającej jezioro i jak się okazało chyba ulubionej trasie nocnych przejażdżek, co miało wpływ na jakość naszego snu ;). Ale na dzienne przejażdżki miejsce przepiękne …. I podobno można spotkać George’a Clooney’a na 2oo ;). My nie mieliśmy 2oo, więc wybraliśmy stateczek i pływanie po jeziorze. Z Mezzegry do Bellagio, a potem małe „kółko” statkiem i powrót. Jak się okazało dla niektórych … czyli Mariolki, było za mało atrakcji. Wokół jeziora są piękne góry, w górach urokliwe kościółki i trasy z superzakrętami. Z dołu to się wydaje cudowne ;) Więc Mariolka namówiła Anię i Jerzego i pojechali jeszcze na popołudniowo-wieczorną wycieczkę ( ja troszkę kurowałam przeziębienie, więc zostałam ). Wycieczka chyba była udana i wrażeń było co niemiara, bo z nadmiaru wrażeń Mariolka podobno już nie chciała więcej oglądać co za oknem i powrotną część drogi spędziła z głową schyloną za siedzeniem, żeby już nic nie widzieć. Pewnie sygnałem o stopniu „ciekawości” drogi mogłyby być zdziwione miny 2 lokalnych mężczyzn widzących wynajętego kombiaka pchającego się na tę trasę o szerokości na jeden samochód, bez barierek ochronnych i trudnej nawet dla terenówki . Ale to dotarło do tej trójki już po zjeździe z trasy i przy opowiadaniu wrażeń ;) Chęć podzielenia się wrażeniami ze mną chyba była tak wielka, że nawet zrezygnowali z jazdy dalej, tylko gdy nadarzyła się możliwość, to zawrócilii :D
    Z nad Como pojechaliśmy do Monzy, gdzie nasza wycieczka się rozdzieliła na kilka godzin. Ania i ja z 2 polskimi flagami poszłyśmy wspierać duchowo Roberta Kubicę w GP Włoch, a Mariola z Jerzym pojechali do Bergamo.
    Jak się później okazało ponowne odnalezienie się zajęło nam więcej czasu niż trwał sam wyścig Formuły1, ale logika włoskiej policji kierującej ruchem jest nieodkryta. Nawet prawie 2 godzinna obserwacja, którą uskuteczniłyśmy z Anią stojąc przy pewnym rondzie a potem kilku innych ulicach w Monza, nie złamała tych ukrytych zasad dlaczego ileś samochodów może wjechać na rondo, a kolejne już są kierowane na objazd nie wiadomo dokąd ….
    W każdym razie udało nam się odnaleźć i ruszyliśmy do ostatniego etapu podróży czyli 2 noclegów w Mediolanie.
    Co do Monzy to zaobserwowałyśmy bardzo ciekawe zachowanie Włochów ;) przed wyścigiem jest przejazd odkrytym samochodem wszystkich kierowców i krótkie wywiady z nimi .... więc jest rozmowa z Buttonem - oklaski, rozmowa z Schumacherem - oklaski, rozmowa z Kubiką ( bo tak wymawiają Włosi nazwisko Roberta ) - duże oklaski ( jest tam lubiany ), rozmowa z Hamiltonem - gwizdy, tupania, buczenie .... ale raz Hamilton zebrał mega oklaski od włoskiej publiczności i okrzyki radości - jak wypadł z toru i nie ukończył wyścigu :D

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka