Dodaj do ulubionych

Czas już najwyższy...

10.10.10, 21:47
Czas już najwyższy zasiąść do opowieści o tym jak nasza dwójka, zamiast w w domowym zaciszu, w szpitalnym chaosie zechciała się z nami przywitać.

(Uwaga! Będzie dużo bom gaduła i jak już zacznę... to plotę, i plotę, i plotę... Trza herbatę sobie zrobićwink)

Dla porządku.

Nie wiem co moderatorki zrobią z tym wątkiem. Mam wszak nadzieję, że nie wytną beznamiętnie, albowiem trochę czasu mi zabierze wysnucie mojej opowieści – to raz. A dwa? A tak sobie myślę, że będzie ona wsparciem, pociechą i nadzieją dla tych wszystkich forumek, którym jednak nie dane będzie w domu urodzić, czego żadnej z Was jednakowoż nie życzę! Jakkolwiek bowiem nasze dwa szpitalne porody były mało skażone „medycyną nachalną”, to jednak nie były dokładnie takie jakie sobie wymarzyliśmy, jakie chcieliśmy dać sobie i naszym dzieciom. Ale zacznę od początku...

Od początku.

By zaś ów początek złapać powinnam cofnąć się do narodzin naszego pierworodnego – Rocha. Tak właśnie! Postanowiłam, że nie mogę ominąć opowieści o tym jak rodził się Roszek i po prostu opowiedzieć Wam o narodzinach Leośka. Te dwa porody bowiem nie tylko ściśle, i w sposób oczywisty, się ze sobą wiążą, ale mogę chyba powiedzieć, że drugi to kontynuacja pierwszego, taki ciąg dalszy naszej drogi do normalności lub... Przypomina mi się piosenka Beastie Boys „You gotta fight for your right!” Ile nam udało się wywalczyć? Myślę, że dość dużo.

Jak to się zaczęło.

Marzyłam, jak zdecydowana większość z nas, spotykających się na tym forum, o tym by dzieci rodziły się w domu. Marzenia się nie spełniły. Ani przy narodzinach pierwszego synka, ani przy narodzinach drugiego. Ale po kolei.

Jestem w ciąży z Rochem. Moje pierwsze dziecko. Późne. Rzut na taśmę. Nie dlatego, że były komplikacje z zajściem w ciążę – o nie! ta pojawiła się jak tylko dostała zielone światłosmile Po prostu miałam długi rozbieg. Długo próbowałam wszystkiego, co uważałam za warte spróbowania i wciąż odkładałam na później rodzinę i dzieci. Gdy brzuch staje się już widoczny, znajomi, przyjaciele, koleżanki, zaczynają pytać czy wybrałam już szpital, w którym chcę rodzić. Hm. A trzeba?! Myślałam, że pojadę do tego najbliższego, urodzę i tyle. Przecież większość kobiet rodzi dzieci i chyba nie trzeba z tego wielkiej sprawy robić, co nie? Naiwna? Ano byłam naiwnawink Zresztą może forumowiczki pamiętają moje pierwsze zadawane na forum pytania jak np. to czy położna domowa zgłasza poród domowy w szpitalu, by w razie komplikacji byli przygotowani... Taaa. Zaczęłam od lektury Sheili Kitzinger jak się domyślacie i nawet do głowy mi nie przyszło, że w Polsce realia są zdecydowanie innewink

Dokształcałam się czytając polecane przez Was książki, linki, stronę FRpL no i oczywiście Wasze wypowiedzi na tym absolutnie najlepszym forum na jakie dotychczas trafiłam!smile Z Wami tutaj przeżywałam kolejne problemy stające na drodze do porodu domowego: mój wiek (przeszkoda wątpliwa i uzależniona od punktu widzenia), cukrzyca ciążowa (diagnoza naciągana, cukier podskoczył mi tylko raz nieznacznie po wypiciu 100g glukozy) no i w końcu, na finiszu, dopadły nas także streptokoki... Położna domowa, z którą byliśmy na poród umówieni powiedziała, że gdy zacznę rodzić mam do niej zadzwonić a ona wtedy odwoła się do swojej intuicji: jeśli ta w danym momencie powie jej, że ma jechać – przyjedzie, jeśli powie jej, że ma dać spokój – nie przyjedzie. Nie mogłam spokojnie czekać na poród wiedząc, że to czy położna zechce mi pomóc w domu czy nie, uzależnione jest od jej intuicji. Nie chciałam też pisać o tym na forum, bo nie potrzebowałam poklepania po ramieniu, potrzebowałam działania. Poród był tuż tuż.

Zbliżam się do sedna.

I tutaj... moja intuicja zadziałała. O tym, że położna odmówiła przyjęcia porodu w domu, że na chwilę przed jesteśmy na lodzie, że nie mamy nawet wybranego szpitala, napisałam do Kaaki. Nie wiem dlaczego. Nie miałyśmy wcześniej kontaktu ze sobą poza forum. Znałyśmy się ze sobą tak jak znam większość dziewczyn tutaj tj. wyłącznie z nika i z czytanych postów. Kaakaa, jak to Kaakaa, po prostu zadziałała. Wykopała skądś numer telefonu do położnej z Poznania, którą kiedyś spotkała, i o której wiedziała, że ta jest bardzo przychylna porodom domowym. Zadzwoniłam. Miły głos z tamtej strony, który dawał nadzieję niemniej... położna od razu zastrzega, że na poród domowy ona się nie zdecyduje. Może jednak pomóc przeforsować w miarę naturalny poród w szpitalu. Proszę o spotkanie u nas w domu. Położna się godzi i umawiamy się za kilka dni, w najbliższy piątek.

Sedno.

W piątek, 22 mają 2009, ok. 4 nad ranem czuję jakieś drobne bóle podobne do tych, których już od miesięcy nie czułam... Hm - myślę sobie - to pewnie te przepowiadające, o których czytałam. Zasypiam. Kilka razy jeszcze czuję jakieś ćmienie, ale udaje się zasnąć i wstaję o normalnej dla mnie porze, czyli ok. godz. ósmej. Przygotowując się na powitanie Rocha, przeniosłam się z pracą do domu więc tego ranka, jak każdego innego, po prostu odpalam kompa i siadam do codziennej roboty. W międzyczasie zarabiam ciasto drożdżowe na placek z rabarbarem, bo ma dziś nas odwiedzić koleżanka z forum „PD” z trójką swoich dzieciaków. Bóle, które kojarzą mi się z bólami menstruacyjnymi, towarzyszą mi cały czas. Nie pojawia się jednak w głowie ani cień myśli, że to już poród się zaczął. Trzymam się wersji że są to bóle przepowiadające i już!

Ok. godz. 13.00 dzwonek do drzwi. To położna, z którą właśnie na dzisiaj umówiliśmy się u nas na spotkanie. Chcemy porozmawiać o naszej wizji porodu, zapytać co może się udać osiągnąć w szpitalu, czego możemy się tam spodziewać. Położna wydaje nam się od razu bardzo sympatyczna. Jest miła, ciepła, uważnie nas słucha, obserwuje... Mnie obserwuje coraz uważniej, bo ja - mimo iż nadal uczestniczę w rozmowie i doglądam piekącego się placka - co jakiś czas zamieram i pochylam się do przodu złamana coraz silniej przeszywającym bólem. Położna pyta czy mierzę czas między tymi bólami. Nie mierzę bo i po co? To bóle przepowiadające. Jestem tego pewna. Ona nalega „zacznij mierzyć”. Ok., choć zdziwiona, jednak ustępuję i grzecznie mierzę i zapisuję. Moje zdziwienie się nasila gdy okazuje się, że mam regularne skurcze co 10 min. Bardzo regularne! I coraz bardziej bolesne. Kończymy rozmowę, położna wie czego oczekujemy od porodu, czego chcemy, czego sobie nie życzymy, czego chcemy uniknąć. Wstaje, mówi że jedzie do domu a ja mam wziąć prysznic: jeśli bóle ustąpią to znaczy, że pewnie przepowiadające, jeśli jednak będą się nasilać to mamy dzwonić, wtedy ona przyjedzie i z domu jedziemy razem do szpitala. Chyba dopiero teraz dociera do mnie że to faktycznie może być poród, ale... nadal nie wierzę. Jeszcze przecież mam czas! Jest tydzień przed terminem! Idę jednak pod prysznic. I co? Sama już z łazienki nie umiem wyjść! Bóle stają się koszmarne! Zginają mnie w pół jak cieniutką gałązkę, rzucają mnie na kolana. A ja tylko myślę „Jak to? To naprawdę poród? Dlaczego to aż tak cholernie boli?! Ja jestem nieprzygotowana!” Piotr dzwoni do położnej, która pewnie nawet jeszcze do domu nie zdążyła dojechać, i zaczyna biegać po domu: pakuje nam torbę do szpitala, ciuchy dla mnie, wodę, ciuszki dla malucha, papiery... Biegnie do samochodu zainstalować fotelik dla dziecka. Wraca. Szuka pościeli, ubiera łóżeczko dla dziecka (do dziś się z tego śmiejemy, bo Roch z łóżeczka skorzystał przez ostatnie 16msc. może 6 razy...wink). Każdorazowo jednak, gdy słyszy moje zawodzenie z łazienki, gdzie utknęłam na dobre, przybiega, kuca i każe mi się o siebie oprzeć. Jego obecność, jego bliskość dodaje mi otuchy i wiary w to że... przeżyjęwink

Przyjeżdża położna.
Edytor zaawansowany
  • 10.10.10, 21:57
    Uff. Czuję się bezpieczniej, ale... daleko od tego by powiedzieć, że czuję się dobrzewink Badanie. Jest 5-6 cm. Położna patrzy mi głęboko w oczy, pyta szeptem „To co? Jedziemy do szpitala?”. (Po roku od Kaaki dowiem się, że gdybym wtedy powiedziała „nie!, zostajemy w domu” to urodziłabym Roszka w domu. Hm. Ja rozumiałam wtedy, że dyskusja z tą położną na temat dom czy szpital jest już zamknięta...) Kiwam głową. Jest 16.00. Najgorszy czas na jazdę do szpitala przez zatłoczone miasto... Ubieram się z wielkim trudem i z jeszcze większym wsiadam na tylne siedzenie samochodu. Raczej wczołguję się i przyjmuję pozycję na czworakach, bo każda inna jest duuużo gorsza. Tak trwam porykując, gdy najeżdżamy na kolejną dziurę w jezdni, na szyny tramwajowe, gdy ostrzej hamujemy, gdy łapie mnie skurcz... Porykuję więc niemalże bez przerwy!wink Jestem wściekła! Na ten ruch w mieście, na dziury, na nieumiejętną jazdę Piotra...

    Do szpitala docieramy jakiś czas po położnej. Ona wychodzi nam naprzeciw. Prowadzi do izby przyjęć. Do mnie wybiegają z wózkiem. Ja jednak, pomna na upór Prikrazki (naszej wspólnej forumowej koleżanki), na jej strach i pewność, że jak raz da się posadzić to już przegrała, nie daję się posadzić za nic!wink Idę między skurczami, posuwam się więc wolno, ale idę sama. Najpierw pokój przyjęć, gdzie mam się przebrać. Wchodzimy tam razem z Piotrem. Pokój jest duży, na oko jakieś 25 mkw. W jednym kącie siedzą dwie kobiety, położna i lekarka. Siedzą przed komputerem i ledwo rzucają na nas okiem gdy wchodzimy. Nasza położna tutaj nas zostawia. Mówi że będzie czekała na górze tj. na oddziale. OK.

    Izba Przyjęć.

    Zaczynają nas wypytywać o dane. Dostaję także polecenia by się przebrać w piżamę (spać kurna idę czy co?! po kie licho piżama do porodu?!), a Piotr słyszy „A pan sobie poczeka na zewnątrz”. Ha! OK. To zaczyna się jatka - myślę sobie całkiem pogodnie i mówię (bo akurat przerwa między skurczami i mówić mogę): „Pan sobie nie poczeka na zewnątrz, bo Pan jest mi potrzebny.” Rzut mega zdziwionym okiem sprzed kompa. Żachnięcie. No bo niby jak? Co to? Wariatka jakaś? No to kolejna próba „Pan sobie poczeka na zewnątrz.” na co ja kolejny raz dokładnie to samo zdanie „Pan sobie nie poczeka na zewnątrz, bo Pan jest mi potrzebny.” i do Piotra „Podaj mi koszulkę. Trzymaj mnie.” No i zaczynam się rozbierać. No to drugi rzut tego samego mega zdziwionego oka „Pani tak się tutaj, przy nas będzie przebierać?!”. Hm. Chwilę się waham i pytam „A niby gdzie mam?”. Wskazują na przebieralnię: taka jaką znamy ze sklepów z tym że dużo mniejsza! Ma jakieś 80 cm x 80 cm i ani tyci, tyci więcej. „Jak niby miałabym się tam zmieścić?!” - pytam sama siebie w myślach i zaczynam się przebierać tam gdzie jestem. Pani od rzucania mega zdziwionych oczu jeszcze raz próbuje (uparta bestia!) „No ale niechże Pani do przebieralni wejdzie! A pan niech wyjdzie!” na co ja „Pan nie wyjdzie. Nie zmieszczę się sama w przebieralni a we dwójkę to już za nic.” Pani desperuje „Ale takie są zasady!”. No to trafiła w nasz czuły punkt - punkt, który nas rozśmiesza każdorazowo: „zasady”wink Piotr odpowiada spokojnie „To trzeba je zmienić.” Jestem już przebrana. Ruszamy na oddział inkasując jeszcze jedno żachnięcie, jeden przewrót oczu, jedno pokręcenie niemyślącą choć wykształconą głową. Ta runda już za nami.

    Jesteśmy oboje zupełnie spokojni. Spójni. Zdecydowani.

    Sala porodowa i co ja tutaj robię?!

    Wchodzimy do sali porodowej. O matko! Sala nie ma więcej szerokości niż 2 m. Długość ok. 4m. Centralnie umieszczone jest łóżko porodowe... Ha! Takie z najgorszych snów! Wysokie, wąziutkie, płaściutkie, a w nogach wyprofilowane rynny po prawej i lewej . A na nich... skórzane pasy ze sprzączkami - nie inaczej! Nie straszy mnie jednak bardzo to łóżko, bo przecież nie zamierzam z niego skorzystaćwink Zresztą jakaś głowa wychyla się zaraz z sali obok i zaprasza „chodźcie tutaj”. Idziemy. Ukazuje nam się tej samej wielkości pokoik, ale tutaj na środku jest już bardziej cywilizowane łóżko w, bardzo zaskakującym mnie wtedy, żółtym kolorze. Nie przyglądam mu się jednak dłużej niż 2 sekundy albowiem z tego łóżka także nie zamierzam korzystaćwink Rzucam się na cztery i trwam kolejny skurcz. Wchodzą lekarze. Sztuki dwie. Młodszy i starszy. Położna mówi im kto my i po co tu. Ten starszy do Piotra, który mnie podtrzymuje „Pan sobie tu stanie z boczku.” Ta! Skurcz mija i mówię „Pan sobie nie stanie z boczku, bo pan jest mi potrzebny.” „Ale pan nam przeszkadza.” - kolejna próba utylizacji osoby mi bliskiej i wspierającej i kolejny odpór z mojej strony „Ale mi pomaga.” Koniec kolejnej rundy. Kolejny punkt dla nas. "Nawet łątwo nam idzie" - myślę sobie i wtedy zaczyna się kolejna runda „Proszę się położyć na łóżku, zbadam panią.” Na co pani, czyli ja „Nie położę się na łóżko, nie chcę leżeć.” Dyskutujemy chwilę, mijają kolejne dwa skurcze i w końcu kompromis: siadam na brzeżku łóżka, położna i Piotr stają po jego bokach i trzymają mnie w takiej pozycji by moje plecy nie musiały się oprzeć o oparcie łóżka, siedzę więc faktycznie pochylona do przodu, lekarz już nic nie mówi, bada mnie szybko i po badaniu ja natychmiast wracam na podłogę do mojej ulubionej pozycji na czworakach. Dwóch lekarzy, wciąż tych samych, stoi najczęściej za moimi plecami, przy oknie i ich obecność raczej wyczuwam niż słyszę. Gdzieś tam w międzyczasie pada pytanie „jest pani świadoma, że brak nacięcia może skutkować pęknięciem zwieraczy odbytu i nietrzymaniem kału?”, ja: „Tak, jestem świadoma.” Myślał że mnie wystraszy a raczej mnie ubawił tym pytaniemsmile Ale żeby nie było, że nagle stało się całkiem wesoło...

    Trwam.

    We troje tj. ja, Piotr i położna w centralnym punkcie sali porodowej zmagamy się z kolejnymi skurczami a te... Tja... Te są coraz gorsze! To zaskoczyło mnie najbardziej: ból!wink Moja odporność na ból jest raczej wysoka. (Albo tak mi się zdawało?) I wymyśliłam sobie, że (proszę o wybaczenie) kobiety być może trochę przesadzają z tym bólem porodowym, bo wszak natura nie mogła zaplanować naszego uczestnictwa w czymś czego znieść się nie da lub da się ale na granicy życia i śmierci. Hm. Nawina ja! Bestia natura jednak zaplanowała dla kobiet przeżycia z pogranicza życia i śmierci - a jakże! W czasie porodu zdarzyło mi się pomyśleć o tym, że chciałabym umrzeć. A nawet wręcz, że umrę! Że to niepodobna by przeżyć taki ból! Trwam jednak. Wspierana przez położną, która swymi ciepłymi oczyma patrzy w moje i nawet milcząc (oj, dziękuję za to wyważone milczenie! gadanie by mnie wkurzało) dodaje mi otuchy a przez to i siły. Wspierana przez Piotra, którego ręce boję się wypuścić nawet na chwilkę (po kilku godzinach w końcu mnie ubłagała bym go puściła na chwilunię małą do toaletywink) Moja głowa spoczywa na jego kolanach, on siedzie na krześle i po prostu jest, czuwa. Nie dotyka mnie gdy mam skurcze, bo okazało się, że nie znoszę by ktoś mnie dotykał! Przekonuje się o tym i lekarz, który w skurczu, od tyłu i bez uprzedzenia, próbuje mnie zbadać. Dosięga go moja ręka, która z siłą jaką tylko jestem w stanie z siebie w takim momencie wykrzesać wali przez jego łapę sycząc przez zaciśnięte zęby „Nie dotykaj mnie!!”. To nie był mój przemyślany ruch. Walnęłam go zupełnie bezwiednie. I dobrze.

    Modlitwy i przekleństwa.

    Trwam sobie, trwam, modlę się, przeklinam, wzywam na pomoc wszystkich świętych i czekam na II okres i bóle parte, które to podobno są ulgą po skurczach I okresu. Ta! W moim przypadku okazuje się to bujdą na resorach! Zero ulgi! Walczę dalej. Z bólem, ze strachem, ze zmęczeniem... Za cud uznaję przerwy między skurczami, w których zasypiam. Nie wyobrażam sobie jak można znieść poród po oksy, gdy ciałem zawładni
  • 10.10.10, 22:13
    Nie wyobrażam sobie jak można znieść poród po oksy, gdy ciałem zawładnie jeden, nieustający skurcz! Rozumiem także, że w takich razach kobiety godzą się na wszystko, na cc, na cięcie, na wypychanie dziecka z brzucha, na cokolwiek byle szybciej ten koszmar się skończył!

    II okres

    W II okresie pęcherz nadal cały. Cieszę się bo przy streptokokach to ważne i uspokajające. Wody pojawiają się dopiero na chwilkę przed wyłonieniem się główki, są czyściutkie - uff. Spokój. Wcześniej myślałam, że będę chciała dotknąć wyłaniającą się główkę, teraz jestem zbyt zmęczona... Obojętna. Chcę już mieć to za sobą. Chcę do domu. Położna przygasza światła... Główka pojawia się i dziecko samo się pięknie rotuje, o czym później mówi zachwycona położna, która - jak się okazuje - jeszcze nigdy, w swojej 15letniej karierze położnej, nie widziała tego zjawiska! (Nikt nigdy wcześniej, w tym szpitalu, w jej obecności, na to nie pozwolił, nie poczekał!) Jeszcze chwila i...

    Stop klatka.

    Jest! Jestem oszołomiona. Poddaję się nagle powstałemu szumowi - ktoś mnie łapie, ktoś odwraca, ktoś rozpina koszulę... Teraz w końcu siadam na łóżku porodowym, przodem do lekarza. Położna podaje mi dziecko, pomaga położyć na brzuchu na wysokości pępka... Roszek jest zupełnie spokojny... Patrzę na niego i już wiem, że przepadałam. Że miłość wielka zalewa całe moje wymęczone ciało, uspokaja myśli i powoduje, że nagle, w tym całym zamieszaniu, szumie, wśród obcych nam ludzi jesteśmy tylko my: ja, Piotr, Roszek. Jakby zawieszeni w próżni. W totalnej ciszy. Za szklaną szybą przez którą żaden dźwięk z zewnątrz do nas nie dociera. Stop klatka. I dzisiaj, gdy zamknę na chwilę oczy, czuję ten moment, rejestruję tę ciszę...

    Nasz Roszek.

    Roszek jest cudny. Cichutki. Otwiera usta i delikatnie wypluwa śluz. Nikt mu nie pomaga. Oddycha. Dotykam go delikatnie. Głaszczę. Ciepłe, wilgotne i takie malutkie ciałko... Pępowina zostaje odcięta, gdy przestaje tętnić. Wtedy podnoszę Roszka wyżej, przytulam do piersi... Piotr obok. Patrzymy się na Rocha, patrzymy na siebie. Uśmiechy. Ciepło. Chwila wypełniona po brzegi cichą, milczącą, a jakże jednak PRZEogromną radością!!

    Dysonans.

    I nagle... Jakby nieprzyjemny brzęk stłuczonej gwałtownie szyby słyszę obok siebie kobietę. Patrzę na nią. Biały kitel. A więc z drużyny medyków - konstatuję. I co ona mówi? Że co? „Proszę oddać dziecko.” Że co proszę?! Zwariowała?! Patrzę na nią i wyglądam chyba na ogłuchłą, bo ona powtarza głośniej „proszę o dziecko”. Na co ja „nie dam”. No i już. I dla mnie sprawa już załatwiona. Oddalam się od tej kobiety z powrotem do mojej, do naszej cichej radości. Za naszą szybę. Ale nie. Ona nie zamierza dać za wygraną. Mówi, że chce dziecko. Hmmm... Irytuje mnie... Wstanę i przywalę chyba... Wrrrr... Mówi „Trzeba zważyć, zmierzyć, zaszczepić... Zabieram dziecko na noworodki.” Na co ja „Nie dam! Nie chcę by ktokolwiek obcy dotykał teraz moje dziecko.” Konsternacja. Prychnięcie. Zszokowany wzrok płynący z oczu, które spoglądają na mnie znad rantu okularowych szkieł. Odpowiadam temu zaskoczonemu spojrzeniu „Ważenie i mierzenie może poczekać. Tatuś dziecka przyjdzie z nim później do pani. Gdy już będziemy gotowi.” Prych i zamaszyste wyjście. Uff.

    Wracam wzrokiem do mojego cudu maleńkiego... Podnoszę go do piersi i on... szuka, otwiera buźkęsmile Ech! Chwilo trwaj!

    Ja mam czas.

    III okres porodu nie zaczyna się samoistnie. Jestem do niego raczej dopingowana przez lekarzy, którym się śpieszy. Nie wiedzą jednak, że ja na forum PD wykształcona jestem i wiem, że urodzenie łożyska może trwać więcej niż 15 min.wink Więc ja spokój. Oni niepokój. Próbują i mnie zaniepokoić. Straszą, że mi łożysko uwięźnie w macicy i trzeba będzie zabieg wykonać. Nie dotykają jednak, nie pociągają za pępowinę, nie dotykają brzucha. Lekarz prosi mnie abym ja sama ucisnęła odrobinę brzuch tuż pod żebrami. Pyta (tak, tak, już wie, że musi mnie pytać!) czy może dotknąć brzucha. Mówię „ok. ale bez duszenia proszę”. Dotyka delikatnie i mówi, że łożysko się już oddzieliło, że mam poprzeć i się urodzi. Prę i nic. I tak kilka razy próbujemy. Chcę poczekać. Chcę odpocząć. Lekarz wychodzi. Wraca z kolegą i wtedy zaczynamy dyskutować. Ja: „Dlaczego wam się tak śpieszy z tym łożyskiem? Idźcie sobie. Ja sama urodzę. W swoim czasie. Mi się nie śpieszy.” Lekarz, ten starszy, mówi do mnie jak do chorej umysłowo „Proszę pani, ja wiem, że pani jest oszołomiona, ale są pewne fakty, procedury...”. Patrzę beznamiętnie na nich. Opieram się wygodnie o oparcie łóżka porodowego - czytaj: audiencja skończonawink Wychodzą. Wtedy zaczynamy działać z położną. Podnoszę się, kucam, prę, łożysko wychodzi. Jest całe. Pytam naszą położną „Czy myślisz, że jeśli poprosimy o sztućce i zabierzemy się do jedzenia łożyska wezwą pomoc z psychiatryka?” Hehehe... Poczucie humoru wróciło więc diagnozuję sama siebie: ”OK. przeżyłam i będę żyć”.

    Ostatnia runda.

    Lekarz wraca by mnie obejrzeć. Jedno małe pęknięcie, jedno otarcie. Mówi, że będzie szył. Położna za jego plecami mruga do mnie i kręci przecząco głową więc mówię „nie chcę szycia”. Lekarz wkurzony odwraca się za siebie, bo podejrzewa, że ten sprzeciw to zasługa położnej. Patrząc na nią mówi głosem, który nie ukrywa złości „Będzie się bardzo długo goiło”. Ona milczy. Milczę i ja. (Znaczy: ignorujemy gościa ze stoickim spokojem.) On mierzy się jeszcze chwilę z nami. W końcu wstaje już bez słowa, prycha i wychodzi.

    Droga do domu.

    Położna mnie myje. Wstaję. Wycieram Roszka. Piotr podaje mi ubranka z torby, którą w takim pośpiechu pakował. Ubieram dzieciątko nasze śliczne. Ależ drobinka! Wszystko dla niego dużo za duże...

    Wychodzimy z sali porodowej. Idziemy do lekarza. Tam podpisujemy, że wychodzimy na własną odpowiedzialność. Dostajemy wypis. Dla mnie. Dla Roszka. Wychodzimy ja, położna, Piotr. Lekarz woła położną do siebie. W drzwiach mówi – nieprzyjaźnie i na tyle głośno, że my bardzo wyraźnie słyszymy, zresztą może o to mu chodziło? - „Nie mów nikomu o tym porodzie. Nie chcę żebyśmy za chwilę musieli tylko takie odbierać.” Nic mnie nie rusza. Spokój, radość, pogoda... Nikt nie zepsuje mi tej nocy. Nikt nie ma takiej siły przebicia. Jest wokół mnie mur szczęścia, który chroni naszą trójkę.

    Jest godz. 1.00 gdy docieramy do domu. W drzwiach wita nas zapach ciasta drożdżowego z rabarbarem, które piekłam kilkanaście godzin temu, a którego nie zdążyliśmy jeszcze skosztować. Położnej, która przyjechała z nami do domu z nami proponujemy herbatę i świeży placek. Jemy we trójkę. Rozmawiamy. Ja jednak, mimo iż niby uczestniczę, odpłynęłam do zupełnie innego świata... Tulę moje dziecko! Pierwsze! Jedyne!

    Placek, herbata i reszta świata są teraz zupełnie niepotrzebne i zupełnie nieistotne!smile
  • 10.10.10, 22:18
    Wtedy, w nocy z 22 na 23 maja jeszcze nie mam pojęcia o tym, że w 2010 znów będę piekła placek w taki cudowny dzień, ale...

    O tym w kolejnym odcinku, który ukaże się w tym wątku za... Postaram się jak najszybciej! Obiecuję!smile
  • 10.10.10, 22:39
    O raju, jaki piękny opis! jak książka, jak film smile Ty jesteś talent literacki, nie tylko porodowy smile Bardzo proszę o szybki cd.
  • 10.10.10, 22:39
    ale fajnie się to czyta smile
  • 10.10.10, 22:52
    Dokładnie, czyta się jak powieść. smile
    I jeszcze jak Ty kobieto suspens potrafisz budować!
    I jak ja teraz będę funkcjonować czekając na opis porodu Leosia?

    Dodatkowo dodam jeszcze, że te dwa Twoje szpitalne porody miały sens: ktoś musi ten beton edukować!
  • 11.10.10, 22:07
    Rewelacja! Każdy facet (szczególnie związany z tym forum) powinien to przeczytać.

    Czekam na cd!

    --
    pozdrawiam
    Grzegorz
  • 11.10.10, 22:29
    gfizyk napisał:

    > Każdy facet (szczególnie związany z tym forum) powinien to przeczytać.

    No, to coś mi się zdaje, że wszyscy faceci związani z tym forum już przeczytali... wink i nawet się wypowiedzieli w tym wątku... wink
  • 11.10.10, 22:45
    Karjoka.. poryczałam się sad
    jesteś niesamowita, chciałabym mieć tyle siły co Ty, tyle pewnoście siebie i odwagi żeby walczyć o swoje..

    Ja miałam cc.. bardzo chciałabym uwierzyć że faktycznie było potrzebne.. że nie mogłabym mieć takiego porodu jak Ty..
    --
    http://lb2f.lilypie.com/zylSp1.png

    mniamcie.blogspot.com/
  • 13.10.10, 09:12
    Piękna opowieść! Czekam na drugi odcinek z niecierpliwością smile
  • 13.10.10, 23:36
    cudowny ! jestem zachwycona.. i same nad tym mam achy i ochy smile
    --
    następny poród domowy! A jakże!!
  • 11.10.10, 15:02
    Karj-oka, jesteś moją idolką smile To chyba najlepszy wątek, jaki tu czytałam i warto go opublikować jako instruktaż radzenia sobie w szpitalu.
    Ja, gdybym przy pierwszym porodzie jednak wylądowała w szpitalu, chyba nie zdobyłabym się na taką asertywność, chociaż też nie należę do potulnych. Po Twojej relacji już wiem, że można. Wspaniała opowieść smile czekam na drugą odsłonę wink
  • 10.10.10, 22:49
    Karolino!
    Dziękuję stokrotnie za ten piękny opis i z jeszcze większą niecierpliwością czekam na opis porodu Leośka. Czuję się zaszczycona, że specjalnie dla nas chciałaś się tak postarać literacko. A nie myślałaś, żeby to gdzieś opublikować? Aż skoda, żeby pozostało dla tak wąskiego (choć niewątpliwie elitarnego wink ) grona czytelników dostępne.
    BTW, we wrześniu miałam okazję poznać Twoją drugą położną, tą z Polnej i trochę Cię wspólnie oplotkowałyśmy, więc jeśli piekły Cię uszy, to się nie dziw wink
  • 11.10.10, 07:34
    Faktycznie warto było smile Chyba dam mężowi jako lekturę obowiązkową, żeby się przekonał, że z personelem medycznym też można i trzeba dyskutować, a nie zgadzać się na wszystko.
  • 11.10.10, 11:14
    to samo pomyslalam smile material szkoleniowy
  • 05.11.10, 15:23
    przeczytam przeczytam .......
  • 10.10.10, 22:52
    Przypomniał mi się mój poród, w tak wielu kwestiach podobny. Poczynając od sali (chyba ta sama) a kończąc na spojrzeniach lekarzy. Karj-oka, dziękuję Ci, że swoim, jakże żywym opisem przywołałaś moje wspomnienia. I z wielką niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. Pozdrawiam smile
  • 11.10.10, 00:48
    P R Z E P I Ę K N E !!!
  • 11.10.10, 09:36
    kropkaa napisała:
    > P R Z E P I Ę K N E !!!

    No.

    I z ogromną satysfakcją czyta się opis interakcji z personelem. big_grin
    "Ja wiem, że pani jest oszołomiona" - hehehe

    A najbardziej podziwiam spokojną asertywność - bo ja owszem, raczej sobie w kaszę nie dam dmuchać, ale moja asertywność w takich sytuacjach jest albo nieśmiała i lękliwa ("żeby się nie uprzedzili", albo (mniej albo bardziej) agresywna.

    --
    *Nikt nie spodziewa się laktacyjnej inkwizycji*
  • 11.10.10, 10:48
    Cudny opis!!!
    Twoja asertywność i asertywność męża godna pogratulowania i podziwu.
    No to teraz będziemy się niecierpliwić czekając na cd. I to jak po takim początku!
    --
    Mam wsparcie
    Karmienie piersią powyżej roku
  • 11.10.10, 10:49
    Ja także dziękuje, za to,że chciało ci się dla naszego skromnego grona taki piękny i wartościowy literacko opis wypieścićsmile Też przypomniał mi sie mój drugi, naturalny poród szpitalny ( z naleciałościami pierwszego nienaturalnego szpitalnego wink ),i zdałam sobie sprawę z kilku smutnych faktów:
    - podobnie - nigdzie nie wypuszczałam męża- ze strachu...Teraz mam pragnienie rodzić sama, ale do tego potrzebuje miejsca gdzie nikt nie najdzie mnie znienacka ( zwłaszcza obcy facet w kitlu z zamiarem badania brrr- aż mnie dreszcze przeszły jak o tym pisałaś)
    - też podobnie toczyliśmy walkę z systemem i fakt była w tym satysfakcja ,że sie udało,ale wierzcie mi- tym razem na samą myśl ,że miałabym to powtarzać chce mi sie płakać...
    Ogólnie zdałam sobie sprawę,że poród w takich warunkach to tak na prawdę poród w stresie i ciągłej czujności i tak dzielnie walczyłaś- ja bym chyba wymiękła przy tej akcji w przebieralni o innych nie wspominając. Tak sobie też myślę,że może ten stres wpłynął na długość mojego porodu i te strasznie słabe skurcze, w skuteczność których,moja kochana położna nie mogła uwierzyć...W każdym bądź razie mam tylko nadzieję,że ta walka ma sens dla kogoś i ktoś na tej krwi przelanej skorzysta w przyszłości smile czekam na kolejną część smile
  • 12.10.10, 10:46
    Dziękuję za Wasze miłe słowa.

    Piszecie o asertwyności, odwadze, pewności siebie. Jest w tym racja, że przymioty te są potrzebne, by w najlepszy możliwy sposób poradzić sobie z systemem. Dodałabym także poczucie humoru, pogodę ducha.

    Niemniej, to co uważam za absolutnie najważniejsze, za stabilny fundament, bez którego żadna z wymienionych wyżej cech nie osiągnęłaby choćby namiastki normalności, to WIEDZA. To ona dawała nam pewność wtedy, gdy każdy moment zawahania odbierałby siły, osłabiał i w końcu prowadził do poddania się ogólnie przyjętym i ogólnie akceptowanym (szkodliwym) procedurom.

    Wiedzę czerpaliśmy i z książek, i z filmów, i z publikacji internetowych, ale także - i nie jest to czcze maślenie, oj nie! - od Was. Dlatego należą się Wam podziękowania. I ja bardzo, bardzo serdecznie i po stokroć dziękuję za sympatię, za wsparcie, za trzymanie kciuków i - banalnie - po prostu za to że jesteściesmile

    PS. No i wiadomo, że po tak miłym przyjęciu postaram się by opowieść o narodzinach Leośka wklepać jak najszybciejsmile
  • 12.10.10, 11:15
    Przepiękna opowieść, powinnaś to zamieścić w jakiejś gazecie albo portalu dziecięcym. Łza się w oku kręci. Wydrukuje sobie i będę znajomym pokazywać i pisz więcej koniecznie.
  • 12.10.10, 11:35
    Piękne!!!

    Bardzo się wzruszyłam, znam ten szpital - tam rodziłam mojego pierwszego synka więc tym bardziej mialam wrażenie, że idę za Wami po tych salach.

    Czekam na dalszy ciąg!

  • 12.10.10, 11:44
    Karj-oka, zgadzam się z Tobą w 100%. Ja na ten przykład nie jestem na co dzień osobą odważną, pewną siebie, asertywną (przynajmniej tak myślę o sobiewink), a podczas porodu byłam zaskakująco "nieznosząca sprzeciwu" wink. I to tylko dzięki wiedzy i wierze w swój instynkt, że to co JA czuję jest najważniejsze. I dosłownie czułam, jak ten "nowy duch" we mnie wstępuje i ze mnie uchodzi - to zapewne była adrenalina smile
  • 12.10.10, 14:01
    Ale się wzruszyłam tym opisemsmile
    I powtórzę się bo już sporo osób pisało, gratuluję odwagi, samozaparcia, pewności, wspierającego odważnego małżonka...i cudnego opisu, no i nie mogę się doczekać na ciąg dalszy smile
    I pomimo że ja rodziłam w domu nie byłam tak dobrze do tego przygotowana jak ty - mi brakowało wiedzy i dałam się namówić położnej holenderskie na rzeczy na które wiedząc co wiem teraz nie zgodziłabym się. I popieram całym sercem to co napisałaś - bardzo ważna jest wiedza!

    P.s. A ciebie po cichu poproszę byś mi mailem przesłała telefon do Izy bo już niedługo będę chciała z jej pomocy skorzystać smile


    --
    Anielka urodziła się 5 marca 2008 o 21:28 smile

    Mój Aniołek [*] 25.05.2010
  • 13.10.10, 16:50
    pis cudny!!!
    ale ja proszę o jak najszybsze napisanie części drugiej!!

    --
    "Dzieci i szklanek w domu nigdy za wiele" by moja mama wink
    Dawid - 2006;Krystian - 2007; Zuza - 2010
  • 14.10.10, 04:13
    To ja bardzo dziękuję za to że zechciałaś podzielić się z(e) nami(mną) tym fanatastycznym, cudownym, napisanym w sposób niesamowicie ciekawy opisem !!!

    Waszą historię koniecznie muszą przeczytać faceci !


    --
    następny poród domowy! A jakże!!
  • 15.10.10, 08:29
    > Waszą historię koniecznie muszą przeczytać faceci !

    Też wyszłam z tego założenia i dałam mojemu mężowi do przeczytania. Też był pod wrażeniem, co więcej stwierdził, że niektóre kawałki bardzo asertywnego zachowania wręcz trzeba zapamiętać, bo nie wiadomo, co może się w życiu przytrafić.
    Jeszcze raz dzięki. Twój opis cały dzień za mną chodził, aż nie mogłam się powstrzymać i zalinkowałam go na swoim blogu. Też czekam niecierpliwie na cd.
    --
    Mam wsparcie
    Karmienie piersią powyżej roku
  • 15.10.10, 21:24
    Piekny opis... Naprawde z zapartym tchem sie czyta... Z niecierpliwoscia czekam na wiecej smile
  • 22.10.10, 15:16
    Tymczasem chciałam Was tylko poprosić o ew. rady i sugestie w związku z tym, że napisała do mnie pani z magazynu "Dziecko" pytając o zgodę na druk mojej opowieści. Pisze, że im się spodobała. Cieszę się. Ja jednak myślę o tym co ew. można by "przemycić" z taką opowieścią do szerszego grona odbiorców tj. chciałabym tę możliwość wykorzystać dla dobra ludzkościwink

    Jakieś podpowiedzi?
  • 22.10.10, 16:13
    i wydrukują to bez żadnej korekty???
    --
    http://lb2m.lilypie.com/Z95ap2.png
    mniamcie.blogspot.com/
  • 22.10.10, 19:46
    Nie rozmawiałam jeszcze o szczegółach. Liczę się z korektą stylistyczną. I raczej nie przypuszczam że ktoś mógłby chcieć korygować merytoryczną zawartość. A chyba tę miałaś na myśli, prawda?
  • 22.10.10, 22:16
    taaak wink
    mam nadzieję że nie ruszą i wydrukują tak jak Ty to opisałaś bo jest piękne. Instruktaż dla kobiet które chciałyby zawalczyć tak jak Ty ale mają w momencie wejścia do szpitala spadek asertywności do zera (jak np ja niestety..)
    Chociaż trudno mi uwierzyć że dzieciowa gazeta zamieści taki antyszpitalny tekst.. chociaż uważam że byłoby super gdyby tak zrobili..
    --
    http://lb2m.lilypie.com/Z95ap2.png
    mniamcie.blogspot.com/
  • 22.10.10, 19:43
    Fajna sprawa! Opowieść w istocie warta publikacji. Obawiam się tylko, że na potrzeby "Dziecka" trzeba to będzie okroić, bo tam raczej krótsze teksty (ale może się mylę?) Pytasz, co przemycić? Toż tam już nic przemycać nie trzeba, bo cały ten tekst jest manifestacją tego, jak kobieta może zaufać swojemu instynktowi i, mimo przeciwności, asertywnie zawalczyć o dobry, niezaburzony poród dla siebie i swojego dziecka.
  • 22.10.10, 19:48
    pomyślałam to samo, co kaakaa...
  • 24.10.10, 01:55
    Z własnych doświadczeń wiem, że Kaakaa (a propos okrojenia) ma rację.
  • 16.11.10, 13:52
    Nie chcę Cię poganiać, ale czekam z utęsknieniem na dalszą część opowieści smile)
    --
    następny poród domowy! A jakże!!
  • 18.11.10, 03:35
    A ja tonę w szarości dnia codziennego i zastanawiam się co robię nie tak, że jedyny czas dla siebie jaki potrafię wygospodarować w ciągu dnia to ten spędzony tam gdzie król piechotą chadza...wink
  • 18.11.10, 07:42
    I tam, z betonem szpitalnym sobie poradziłaś to i z szarości się wygrzebiesz wink, choć faktycznie słońca trochę mało za oknem... A czas dla siebie w toalecie? Cóż, ja ostatnio chciałabym go mieć wink Moje dzieci coś przeczuwają, że za chwilę czas mamusi będzie jeszcze bardziej okrojony...

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.