Dodaj do ulubionych

Raport dla wytrwałych ;-)

16.12.08, 12:01
Trzeci dzień biegunki rotawirusowej…
6:00 Dwoni budzik. Nieeee… Dziś nie wstaję… Choć… może lepiej zwlec się po
dobroci i nie czekać na kolejny atak wirusa? No, dobra już się podnoszę…
Profilaktycznie kieruję ostrożne kroki w stronę toalety. Intuicja była
słuszna… Paskudny wirus jeszcze mi nie odpuścił. Czyli przede mną kolejny
przes…ny dzień…
Po opuszczeniu toalety – poranny standard – szybkie śniadanie dla chłopaków,
kanapki i obiady w termos do przedszkola i szkoły. Mąż dołącza w międzyczasie.
7:00 Budzimy towarzystwo na śniadanie – na szczęście wszyscy wyglądają na
względnie zdrowych, więc zostaną rozwiezieni po stosownych placówkach. Ufff,
to znaczy, że jeśli tylko wirus będzie łaskawy, to dam radę obskoczyć
dzisiejsze zajęcia. Szczególnie, że o 8.00 mam zaliczenie z angielskiego…
7:45 Po kolejnej wizycie w toalecie (musi wystarczyć na jakieś 1,5 godziny)
wyjeżdżam na angielski.
8:00 Pani magister jak zawsze punktualna i skrupulatna. Zalicza pierwszy rok.
Ja tu tylko po znajomości – moich czeka to za tydzień. Wreszcie doczekuję się
swojej kartki z pytaniami. Nie jest źle! No, to do dzieła, by przed kolejnym
atakiem wirusa zdążyć dojechać do domu. Gdzieś między tekstem do uzupełnienia
a skrótami do rozwinięcia moja świadomość rejestruje, że od rana mam skurcze.
Ale cóż się dziwić skoro to już piąty dzień „po terminie”? Z resztą u mnie
zawsze pod koniec ciąży takich Skórczów bez liku. Swoją drogą te trzy dni
biegunki też swoje dołożyły…
8:40 Kończę. Oddaję test. Pędzę do domu na spotkanie z toaletą.
9:00 Mam chwilę wolnego. Następne zajęcia dopiero o 10:15, czyli wystarczy jak
wyjdę 9:45. Szybka kontrola poczty i ulubionych forów. W międzyczasie
dostrzegam, że trzeba koniecznie mieszkanie ogarnąć robię to przed następnymi
zajęciami, bo teraz już nie zdążę.
9:45 Zgodnie z planem wsiadam do wozu.
10:15 Od dłuższego czasu usiłuję zaparkować. Czy ci ludzie się wściekli? Czego
wszyscy szukają o tej porze na Solcu?
10:25 Zaparkowałam! Teraz marszobieg na zajęcia! Znów się spóźniam… Zajęcia
bardzo ciekawe – metody łagodzenia bólu porodowego. Siedzę naprzeciw zegara.
Mimichodem zerkam i liczę – skurcze są co jakieś 8 minut. Eeee, to znaczy, że
jeszcze nie teraz.
12:30 Przerwa w zajęciach do 17:00. Pędzę do domu trochę posprzątać.
13:00 Przystępuję do pracy – może się wyrobię do 16:00? Skurcze wciąż obecne
ale jakieś niewyraźne takie i wciąż co ok. 8 minut. Robota normalnie pali mi
się w rękach! A myślałam, że ten wirus mnie wykończył… W ramach krótkich
odpoczynków przeglądam pocztę i ulubione fora.
14:40 Dzwoni nauczycielka najstarszego – właśnie malowniczo zwymiotował po
obiedzie! Czyli jego też nie ominęło… Trzeba by go odebrać wcześniej ze
szkoły. Ale jak pojadę, to nie skończę porządków, a tak mi dobrze idzie… No
i, jak go przywiozę, to jak się wybiorę na zajęcia? Nie mam gościa z kim
zostawić a sam jeszcze za mały. Targuję się z nauczycielką – wytrzyma jeszcze
trochę? Da radę! No, to tatuś przyjedzie dziś po niego trochę wcześniej.
14:43 Dzwonię do męża. Nie jest szczęśliwy, że będzie musiał wcześniej wyjść z
pracy ale obiecuje, że odbierze chłopaków z dużym wyprzedzeniem.
Ok. 15:00 Przypomina mi się, że mam jeszcze w lodówce wczorajszą jarzynową.
Hmmm… szybki obiad? Czemu nie? Zaraz po obiedzie dzwoni kuzynka męża pytać o
pediatrę, do którego można by się z dzieckiem umówić „od ręki” – nie jestem w
stanie jej pomóc. Kończę sprzątanie i wskakuję na trochę do wanny pełnej
ciepłej wody. O, jak przyjemnie. Skurcze – z grubsza bez zmian.
15:45 Wyłażę z wanny. Hmmm, czy to aby dobry pomysł by wybierać się na
zajęcia? Trochę mi się nie chce, to fakt. Ale poza tym co raz bardziej się
zastanawiam, czy te skurcza aby czegoś nie wróżą. Co mi tam, zbadam się, w
końcu mnie uczyli. Eeee, z tego badania to wychodzi, że nieskuteczne te
skurcze (szyjka ok. 1-1,5 cm, wprawdzie miękka ale zamknięta).
16:00 Kontaktuję się z panią magister prowadzącą zajęcia o 17:00, żeby
zapytać, czy usprawiedliwi mi nieobecność, jak się przez te skurcze nie
pojawię. Kto studiował na kierunku medycznym, ten wie, że tam na wszystkich
zajęciach poza niektórymi wykładami oczekuje się od studentów 100% obecności.
Pani magister każe zostać w domu. Dobra kobieta! Z ulgą siadam do kompa.
W międzyczasie rozmawiam z przyjaciółką, którą zapraszam by przyszła mnie
odwiedzić i pomóc w przygotowaniu pieluszek i ubranek dla maleństwa. Mam
wszystko poprane ale jakoś nie ma kiedy poprasować…
16:22 Na zaprzyjaźnionym forum proszę o modlitwę w mojej intencji – czuję, że
może jednak wsparcie będzie potrzebne…
16:30 Znów zawlekam się do wanny – skurcze jakby częściej… A może tylko mi się
zdaje.
17:00 Wpadają moi chłopcy. Gromadnie włażą mi do łazienki. Nie zamykają
drzwi. Zimno! Jazgot czynią straszny. Najstarszy syn pyta od progu, czy nasz
dzidziuś urodzi się dziś w nocy, bo tatuś coś w samochodzie wspominał…
Dyplomatycznie odpowiadam, że nasz dzidziuś może się urodzić w zasadzie w
każdej chwili, więc dziś w nocy też jest to możliwe.
Przez następną godzinę trudno mi znaleźć sobie miejsce. Skurcze są
nieregularne – czasem co 6 minut, czasem nawet rzadziej a czasem następny
przychodzi już po 3 minutach. To jeszcze nie może być to! Poza tym są za krótkie
17:54 Kładę się na moment na lewym boku i namówiona przez męża dzwonię do
położnej. Mówię szczerze, jak sprawa wygląda i uprzedzam lojalnie, że nie
wiem, czy to już się zaczęło, więc nie będę miała żalu jeśli uzna, że jeszcze
nie warto do mnie się wybierać (ma bardzo daleko). Położna uznaje, że
niezwłocznie należy wsiąść w samochód i do nas jechać. No, dobra, najwyżej
posiedzi z nami trochę i wróci do domu… Ostatni skurcz przed telefonem był
dość hardcorowy, więc może jednak coś się zacznie?
Następny hardkorowy skurcz jeszcze przed 17:00. Oj, chyba kończą się żarty!
Następny skurcz jest już party!!! Wołam do męża, że mnie popiera i żeby mi
natychmiast podkład i trochę ręczników przyniósł z łazienki. Mąż proponuje mi,
że pomoże m i się ułożyć z biodrami do góry. Na samą myśl o takim rozwiązaniu
mam ochotę go rozszarpać. Chyba widzi, że nie ma ze mną żartów, bo
niezwłocznie przynosi zamówione ręczniki.
Drugi party i, choć powstrzymuję się od parcia jak tylko mogę, włazi ze mnie
ogromny balon z pęcherza płodowego wypełnionego wodami poprzedzającymi. No,
teraz to już faktyczni e koniec żartów! Wyplątuję się z sukienki, którą
założyłam po ostatniej kąpieli i kucam przy łóżku na przygotowanych przez męża
ręcznikach.
Dzwoni domofon – to na pewno nasza przyjaciółka, która dwie godziny wcześniej
zapowiedziała się, że przyjedzie pomóc mi poprasować pieluszki. Mąż wychodzi
z sypialni by ją wpuścić. Nie mam pojecie gdzie zniknęli chłopcy ale wcale
mnie to nie obchodzi.
Trzeci party skurcz i czuję jak mała główka pcha się na świat. Fachowo (w
końcu mnie uczyli!) przytrzymuję główeczkę by nie uległa zbyt gwałtownej
dekompresji. Lekutkie parcie z mojej strony i główka jest już na świecie.
Ślicznie sama rotuje się twarzyczką w stronę mojego lewego uda.
W chwilę potem czwarty party skurcz. Zerkam na zegarek jest *18:08*. Maleństwo
łagodnie „wypływa” na leżące pode mną ręczniki. Jaka ulga… Spoglądam z
zainteresowaniem. To dziewczynka! Ani myśli płakać tylko oddycha spokojnie i
ciekawie przygląda się światu. Jest taka cieplutka, różowa i czyściuteńka
jakby prosto z kąpieli wyszła…
W chwilę potem do sypialnie wraca mąż. Jest troszkę zaskoczony, że to już.
Pomaga mi owinąć małą w podkład, żeby nam nie marzła. Zapraszamy też chłopców
i cokolwiek zdezorientowaną przyjaciółkę.
O 18:50 nasza położna melduje się, że jest już pod blokiem. Łożysko było
uprzejme na nią poczekać.
Do rana jest jeszcze nawr
Obserwuj wątek

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka