Wiecie co, jeszcze sezon trwa, ale u mnie na balkonie wygląda jakby była
końcówka września

Niestety muszę stwierdzić, że w tym roku praktycznie żadna
roślina mi się nie udała. Połączyłam pelargonie z bidensem- porażka, bidens
zagłuszył pelargonię, a następnie spokojnie usechł, w wyniku czego mam w
skrzynkach beznadziejne wiechcie. No, miałam, bo bidens wyrwałam i zostawiłam
rachityczne pelargonie.
W tym roku nie udały mi się... aksamitki. Pisze to z naprawdę wielkim
zdumieniem, bo do tej pory aksamitka była tą rośliną, która ZAWSZE się udawała.
A teraz- porosły jakieś gigantyczne krzaki (serio, niektóre miały metr
wysokości), które nawet nie zakwitły.
Była piękna celozja, malwy, łubin- wszystko szlag trafił. Pomidorki po pięknym
wzroście zachorowały. Mszyca dokonała dzieła zniszczenia.
Aaaa, totalnym niszczycielem tegorocznym obwołuję właśnie mszycę. Na krótko
pomógł czosnek, soda, wreszcie zdesperowana sięgnęłam po pokon. Ze średnim
efektem, po częściowo poraziło m.in. różę (stosowałam środek zgodnie z przepisem).
Bugenwilla- w jednej skrzyni miałam 4 sadzonki, 3 cudnie rosną, czwarta, nie
wiedzieć czemu, uschła

Póki co granatowiec jest najtwardszy z całego
towarzystwa. Rośnie jak szalony i pojęcia nie mam gdzie go przechowam.
Podsumowując- tegoroczny sezon uważam za mało udany. Zamiast pięknego kwitnącego
balkonu miałam walkę- a to z chorobami, a to z mszycami, a to z innym
nieszczęściem. Ale już dumam, co zrobić za rok