Dziecko wybitnie zdolne

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Trochę już pisałam o problemie w innym wątku, ale on dotyczył artykułu, a ja nie mam zamiaru go bronić, jednak samo zagadnienie jest dość nurtującym mnie obecnie zagadnieniem, żeby nie pisać przewrotnie, że problemem.
    Na pewno na forum są rodzice dzieci zdiagnozowanych jako wybitnie zdolne. Bardzo was proszę o wszelkie informacje na temat form pomocy takim dzieciom, ponieważ z tego, co widzę w sieci, dość trudno znaleźć informacje na ten temat. Dużo się pisze o tym, że takie dzieci potrzebują pomocy, ale kiedy rodzic staje przed takim zagadnieniem (na mnie to spadło niespodziewanie i po początkowej radości teraz raczej czuję się dość bezradna) i do tego mieszka daleko od Warszawy, okazuje się, że nie wiadomo gdzie zwrócić się po pomoc, szczególnie gdy dziecko jest dość małe i nie ma na swoim koncie specjalnych sukcesów, a już doświadczyło, że jego wiedza i umiejętności mają mniejszą wartość w oczach niektórych nauczycieli, niż np. grzeczne, potulne zachowanie na lekcji. Takie dziecko trudno motywować rodzicowi. Próbuję znaleźć sprzymierzeńców w szkole, ale nie mam zamiaru polegać tylko na tym, nie liczę też na wiele.
    Napiszcie trochę o swoich wybitnie zdolnych dzieciach. Jak i w jakim wieku zostały odkryte ich zdolności? Jak pomagacie im rozwijać swoje zdolności. U mojego syna duże zdolności zostały rozpoznane w poradni p-p w wieku 9,5 roku, pod koniec III klasy. Mają one spektrum raczej dość szerokie, jednak jego zainteresowania skupiają się raczej wokół techniki (dość szeroko pojętej) i matematyki.
    I bardzo ważne - mam teraz na myśli zdolności nie-artystyczne. Wiem, że w przypadku zdolności muzycznych dziecko idzie do szkoły muzycznej i tam ma indywidualne zajęcia z instrumentu, w przypadku innych zdolności nie jest tak łatwo. Brakuje w Polsce szkół i programów dla dzieci wybitnie zdolnych, a czasu aby na nie czekać nie mam.

    Poza tym zauważyłam jedno. Temat wybitnych zdolności często zderza się z ironią, więc proszę o wypowiedź tylko osoby obeznane z zagadnieniem. Nie zależy mi na rozbudowanym, pełnym złośliwości wątku, ale na konkretnych wypowiedziach osób z odpowiednim doświadczeniem.
    • 02.11.09, 10:46 Odpowiedz
      ja sobie chętnie poczytam bo zdaje się że stoję przed
      takim "problemem". przeczytałam artykuły które wrzuciłaś w
      poprzednim wątku, bardzo ciekawe, w pierwszym wypisz wymaluj mój
      syn. tylko mnie zmroziła "zapracowana matka" - a co do %^&#%Q&*%@#
      ojciec nie może się zająć zdolnym dzieckiem? to tak na marginesie.

      moj syn ma 6,5r, jest w 1 klasie 6latków, wszystko jest dla niego za
      łatwe, nauczycielka powiedziała że nie widziała tak inteligentnego
      dziecka. oczywiscie nudzi się i rozrabia - ma już kilka uwag. na
      razie ustalilismy robienie dodatkowych zadan. zobaczymy jak długo
      podziała. to co mnie mile zaskoczyło to fakt posiadania przez
      nauczycielkę takich zadan już w ramach materiałów dla nauczycieli.
      jak to nie pomoże na dłuższą metę to w planach wizyta u szkolnej
      pedagog. na razie nie diagnozowałam go nigdzie bo nie bardzo widzę
      sens - co daje taka diagnoza?

      problem jest też na nauce angielskiego bo syn uczy się dużo
      szybciej, nie wiem czy w ogole warto posyłać go na lekcje grupowe.
      to znaczy oczywiscie te szkolne musi zaliczyc ale w tej chwili
      chodzi tez na dodatkowe płatne (w szkole) i tak też już odstaje
      poziomem chociaz poza szkołą i przedszkolem nie uczył się języka.
      --
      komu czemu - DZIECIOM a nie dziecią!
      • 02.11.09, 11:15 Odpowiedz
        Dzięki za odpowiedź. Masz to szczęście, że nauczycielka już na samym początku rozpoznała zdolności dziecka. Nasza stwierdziła tylko, że on jest dziwny, ale nie wie skąd to się bierze. Wiedziała, że to nie nadpobudliwość, a w III klasie uznała, że to moja wina. Ja, szczerze mówiąc też nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się dzieje, wiedziałam tylko, że zbyt często próbuje zwracać na siebie uwagę złym zachowaniem i próbowałam mu tłumaczyć, że to działa na jego niekorzyść. Że jest zdolny, szczególnie z matematyki, też wiedziałam, ale nie miałam z kim go porównać, tylko z młodszą siostrą, a ta też niegłupia, więc naprawdę nie wiedziałam, pani z kolei twierdziła, że lepsze od niego są 3 dziewczynki, które się zgłaszają do tablicy, a on się nie zgłasza (szkoda słów). Dopiero po otrzymaniu opinii z poradni zrozumiałam w czym rzecz. W tym momencie syn zaczął już IV klasę i nauczycielka dalej pozostaje w nieświadomości. Poza tym dowiedziałam się, że operuje bardzo dużą ilością słów i że to też nieprzeciętne. Czytało się w domu dużo od maleńkości, ale też nie wiedziałam, że to coś szczególnego. Zachowanie typowe dla mojego syna, który w I klasie miał dzienniczek pełen uwag zostało doskonale opisane w artykule prekursora, ale i w innych miejscach.
        Już zdajesz sobie sprawę, że łatwo nie będzie, bo trudno sprostać potrzebom twojego dziecka, dlatego namawiam na pójście jednak do poradni właśnie teraz, na samym początku. Oni oprócz badania i przygotowania opinii podają także zalecenia, które powinny być respektowane w szkole i które, przynajmniej teoretycznie, rodzic może egzekwować. Opinia na papierze jest w końcu dokumentem i dzięki niej nie będzie konieczności udowadniania wszystkim świętym, że to nie ty masz wybujałe ambicję, tylko dziecko faktycznie ma określone zdolności i związane z tym potrzeby. O opinię rodzic może poprosić z własnej inicjatywy. Uwagi nauczyciela są jak najbardziej wskazane, ale nie wymagane.
        Poza tym wydaje mi się, tak tylko z własnych przemyśleń, że zawsze warto dać dziecku szansę uczyć się innych rzeczy, jeśli tylko o nie poprosi. Mój w pewnym momencie poprosił o możliwość nauki gry na instrumencie i wtedy okazało się, że prawdopodobnie ma słuch absolutny, a trąbka go wciąga i naprawdę pozytywnie wpływa na własną samoocenę, która została w ostatnich latach mocno nadszarpnięta.
        • 02.11.09, 12:16 Odpowiedz
          oj to współczuję przejść. u nas nie jest tak źle, syn jest dobrze
          rozwinięty społecznie i również gra na instrumencie smile

          nam plany pokrzyżowała reforma. gdyby jej nie było, posłałabym go do
          klasy z obecnymi 7latkami. poziom - myslę - byłby trochę wyższy niż
          obecna 1 klasa. a teraz przecież nie może pójść "klasę wyżej" bo to
          byłyby dzieci starsze o 2 lata a nie rok.

          mamy tez rodzinne doświadczenia związane z mężem. ten nudził się w
          podstawówce do tego stopnia że wychodził z klasy oknem, pyskował
          nauczycielom i miał wciąż naganne zachowanie smile obecnie w jego
          szkole wspominają go jako geniusza który skonstruował samodzielnie
          laser. on wkrótce się habilituje smile
          a ja dokładnie jak w tym artykule szłam w przygnębienie i ukrycie -
          czytałam pod ławką książki przez całą szkołę.

          --
          komu czemu - DZIECIOM a nie dziecią!
          • 02.11.09, 12:37 Odpowiedz
            Dziękuję za zachętę, mój jak na razie narabia z elektryczną
            szczoteczką do rębów, którą przekształca na wiatrak, mikser i co
            tylko uda mu się wymyślić i skonstruować zanim ja to namierzę.
            Dojrzewamy do zakupu jakiegoś zestawu do majsterkowania dla szkolnych
            laboratoriów fizycznych, bo coraz bardziej obawiam się o sprzęty
            domowe. Mam nadzieję, ze zdolności mojego dziecka przysporzą mu
            jakichś sukcesów i radości, bo jak dotąd to z tym raczej kłopoty.
            Dzisiaj pierwszy raz poszedł do szkoły po tygodniowej chorobie, którą
            to wykorzystałam przy okazji na rozmowy z nauczycielami. Matematyk -
            raczej starszy pan - zdawał się mnie rozumieć, nawet trochę doradził
            co robić w domu. Pani od polskiego wyżaliła się za to, że pracuje w
            ślimaczym tempie, ale faktycznie jest bystry i potrafi się pięknie
            wyrażać. Mam jednak wrażenie, że opinia otworzyła jej oczy, bo zanim
            ją przeczytała powiedziała "musicie państwo coś z nim zrobić, on jest
            taki powolny, nie nadąża za klasą, ciągle zapomina długopisu" itp.
            Niestety, takie zdania słyszałam wielokrotnie przez poprzednie 3 lata
            i wiem jedno - ja nic nie zrobię, muszą to zrobić nauczyciele. Zawsze
            miałam problem z wydobyciem z niego rozbudowanych zdań, gdy trzeba to
            było zrobić w pracy domowej, wolał proste, 3-wyrazowe. Jednak gdy
            nauczycielka na zajęciach pozaszkolnych zaproponowała napisanie
            opowiadania fantastycznego, okazało się, że mały napisał opowiadanie
            na 4 strony i nie zdążył dokończyć, zawsze niechętny do pisania
            zapytał, czy może wziąć zeszyt do domu i trochę dopisać. Jak to
            czytałam, oniemiałam - pełno rozbudowanych, złożonych zdań, ciekawa
            treść, poczucie humoru i związki frazeologiczne. Ja mam to z nim
            robić w domu, czy nauczyciel powinien go odpowiednio zmotywować w
            szkole? On jest w domu bardzo niechętny do dodatkowego wysiłku i jak
            sam mówi "nie lubi pisać", zresztą w poradni stwierdzono problemy z
            grafomotoryką.
            Od matematyka zbierał dotąd głównie informacje, że zapomniał o pracy
            domowej (pan nie stawiał za to jedynek, tylko gwiazdki lub specjalne
            pieczątki, z których syn był bardzo dumny tongue_out). Z tego, że polonistka
            się nad nim ulitowała też był dumny i powiedział jej: "ten długopis
            będzie miał swoje honorowe miejsce w moim plecaku", na co ona z
            westchnieniem odpowiedziała, że oby tylko z niego korzystał, to
            będzie zadowolona. I bądź tu człowieku mądry!
            • 02.11.09, 12:46 Odpowiedz
              >Z tego, że polonistka się nad nim ulitowała też był dumny i powiedział
              jej: "ten długopis będzie miał swoje honorowe miejsce w moim plecaku"

              Zapomniałam napisać, że ulitowała się i podarowała mu swój długopis.
    • 02.11.09, 13:08 Odpowiedz
      Mhm, moja córka ma 8 lat. Jest w drugiej klasie. Owszem dość szybko nauczyła się płynnie czytać (między 3 a 4 r.ż.), zawsze lubiła wysilać główkę, łamigłówki, krzyżówki, rebusy... Z uwagi na to, iż jest moim pierwszym dzieckiem, nie miałam porównania w tempie jej rozwoju. Zachęcano mnie, by posłać ją rok wcześniej do szkoły, ale z uwagi na to, iż była dość nieśmiała, poszła z rówieśnikami. Uważam to za dobry krok.

      Zdiagnozowana jako wybitnie zdolna została w I klasie. W ogóle tego nie planowałam. Odbierałam sygnały od nauczycieli o jej wiedzy i zdolnościach. Rodzice innych dzieci też mi o tym mówili. Jedna z mam podsunęła mi pomysł przebadania mojej córki w poradni psychologiczno-pedagogicznej. I tak się zaczęło.
      Wyniki córki były powyżej górnych granic normy, iloraz inteligencji określony powyżej 150. Zasugerowano nam objęcie indywidualnym programem nauczania. Zaznaczę, że też mieszkam z dala od dużego miasta, na wsi. Korzystałam ze wskazówek poradni. Napisałam pismo do dyrekcji szkoły o objęcie córki indywidualnym programem nauczania. Faktem jest, że brakuje jakichkolwiek wskazówek, jak taki program budować dla tak małych uczniów. Długo czekałam na zgodę, ale udało się. Wychowawczyni napisała program dla mojej córki i teraz od września wspólnie go realizują.

      Sami staramy się wspierać naszą córkę, jak potrafimy. Jest taki dylemat, że ona jest omnibusem. Nie ma ulubionej dziedziny wiedzy. Lubi wszystko.
      Tak więc czyta (ostatnio przeczytała np."Krzyżaków"), a tempo jej czytania mnie przerasta. Lekturę "Doktor Dolittle..." przeczytała w godzinnym okienku między lekcjami a kółkiem plastycznym.
      Zapisaliśmy ją na zajęcia logiczne, gdzie ćwiczy sudoku, układa tangramy, gra w gry logiczne z innymi dziećmi.
      W szkole mamy niewiele możliwości poza kółkami zainteresowań, które i tak w większości są dla uczniów klas IV-VI. Ale i tak jestem wdzięczna wychowawczyni, że z takim zaangażowaniem prowadzi moją córkę. Szykuje teraz córkę do kilku konkursów. Zobaczymy, jak to będzie...
      • 02.11.09, 13:11 Odpowiedz
        Z tego, co czytałam na ten temat wynika, że zainteresowania
        krystalizują się dopiero w wieku m/w 12 lat, więc bycie w tym wieku
        omnibusem jest jak najbardziej w normie wśród dzieci z taką
        "przypadłością". Gratuluję i życzę powodzenia. smile
    • 02.11.09, 14:26 Odpowiedz
      mamo Doroto, sprobuj sie skontaktowac z Mensa. Nie wiem, jak dziala
      w Polsce, ale u nas maja rozne programy dla czlonkow, rowniez dla
      dzieci w roznym wieku, sa w stanie zaoferowac pomoc zarowno
      merytoryczna jak i psychologiczna, bo dziecko wybitnie zdolne zawsze
      bedzie "inne" i jesli nie dostanie odpowiedniej pomocy, to w
      rezultacie moze miec spore problemy spoleczno-emocjonalne prowadzace
      nawet do depresji i zachowan samobojczych w wieku dojrzewania, ktory
      i tak jest wyjatkowo trudny dla "normalnych" dzieci. Moj mlody ma
      5,5 roku, czekamy, az skonczy 6 lat, zeby mu testy zrobic. Jak mial
      4 lata robil testy, ale ze byly tylko do 7 lat i zwlaszcza w czesci
      na inteligencje niewerbalna po prostu braklo zadansmile Teksty ma
      takie, ze nie wiadomo skad je bierze, pamiec wzrokowa ma niemal
      fotograficzna i uwielbia lamiglowki, labirynty, zainteresowania ma
      ukierunkowane dosc technicznie, potrafi skomplikowane zestawy Lego
      czy Knex skaldac wedlug schematow, z tym, ze on ma inny problem: ma
      autyzm, wiec ciezko mu pokazac co mu w glowie siedziuncertain tyle, ze my
      mamy pomoc zarowno w szkole jak i w domu, dostaje dodatkowe zadania,
      ale ma np zakaz nauki czytania. dopadlam niedawno swietny artykul o
      dzieciach wybitnych, zaleca sie, aby nie wyprzedzaly programu, bo
      wczesniej czy pozniej i tak beda musialy czekac na reszte, ale zeby
      program klasy zglebialy. Tak jak to sie dzieciaki np na konkursy
      przedmiotowe ucza. Ten sam material, tylko duuuzo szerzej i
      dokladniej. poza szkola warto, aby dziecko rozwijalo jakies
      szczegolne zdolnosci, cos, czego w szkole sie nie ucza, a da mu
      mozliwosc rozwiniecia skrzydel i zaglebienia sie w jakas specyficzna
      dziedzine. Moze np jakis klub modelarstwa, gdzie np bedzie mogl
      zglebic tajniki techniki i budowac wlasne zdalnie sterowane modele?
      poszperaj w bibliotece, moze znajdziecie jakies fajne czasopisma,
      ktore pozwola mu sie zaglebic w zagadnienia, ktore go interesuja,
      pozwola zglebic wiedze i stumulowac jego wyobraznie? Najgorsze co
      mozna zrobic takiemu dziecku, to usilowac go wcisnac w ramkisad
      • 02.11.09, 15:10 Odpowiedz
        Bardzo dobre zajecia dla dzieci zdolnych sa przy niwersytecie dla
        Rodzicow w Warszawie.
        I bez przesady - moje dzieci jakos zupelnie dobrze przeszly okres
        dojrzewania - prawdziwe problemy spoleczne maja nie po prostu dzieci
        zdolne, ale geniusze z IQ ok 180smile , ktorzy nie potrafią dogadac sie
        z nikim.
        I uwazalabym tez z zajeciami dodatkowymi - po pierwsze, aby dziecka
        nie 'zajechac" - niezaleznie od tego,że jest inteligentne jest
        dzieckiem, po drugie dlatego,ze takie zajecia rzadko kiedy sa dla
        dzieci zdolnych.
        I jeszcze jedno - nie oczekiwac za duzo. dziecko niezwykle
        inteligentne w wieku 5-7 lat moze po prostu rozwijać się szybciej
        niż rówiesnicy, ale docelowo nie będzie wcale od nich
        inteligentniejsze. Nie jest dobrze, jesli przyzwyczai się do tego,
        ze "wyprzedza' rówiesnikow. Dopiero znacznie później można
        stwierdzić, czy pewnego rodzaju zdolnosci i IQ nie byly tylko
        przyspieszeniem rozwoju. I wtedy do końca życia czlowiek uwaza się
        za nieudacznika, ktory nie spelnił oczekiwań.
        genialnych dzieci jest sporo - doroslych b. mało.
        --
        Mops i kot

        img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
        • 02.11.09, 16:52 Odpowiedz
          Tijgertje, IQ mojego dziecka jest za niskie dla Mensy.

          Zdaję sobie sprawę, że przyspieszanie edukacji nie jest rozwiązaniem
          dla dzieci zdolnych. Jestem przeciwna takiemu rozwiązaniu, zresztą w
          momencie gdy mój syn stał u progu pierwszej klasy gorąco się
          zastanawiałam, czy nie idzie do szkoły zbyt szybko. Urodził się w
          grudniu, więc od wielu dzieci z klasy jest zawsze niemal rok młodszy,
          w dodatku z temperamentu sangwinik, więc ma zawsze nieziemskie
          poczucie humoru i lubi odgrywać pajaca, zatem wrażenia szczególnie
          inteligentnego na nikim na pierwszy rzut oka nie robi.
          Nie wiem o co dokładnie wam chodzi ze społecznym rozwojem. Ma wielu
          kolegów, wśród nich jest ceniony za fajne pomysły do zabawy i
          poczucie humoru. Jeden z nich ma nawet status przyjaciela i
          zaproszony chętnie przyjeżdża nawet na noc, koleżanki córki (młodsze
          od niego o 2 lata) też bardzo go lubią. Jest tylko zawsze dość
          dziecinny, lubi się wygłupiać i często śmieje się z rzeczy, które
          przez innych nie są uważane za śmieszne, a jak trafi na poważnego
          dorosłego, to ma przechlapane. Ogólnie w życiu radzi sobie dobrze,
          tylko 3 lata w szkole mocno nadwyrężyły jego samoocenę.
          • 04.11.09, 20:17 Odpowiedz
            oj mamo_doroto! Czytam o moim dziecku! Cechy charakteru,liczy dużo lepiej niż
            pisze, wypowiada się świetnie. Pajacuje i urządza show w klasie, przez co zbiera
            gromy od zasadniczej wychowawczyni. Wieczny problem z zachowaniem i
            grafomotoryką. Zbyt powolne i niestaranne pismo oraz rozkręcona w drobiazgi
            drukarka. A tu już mi mówi że ma następny pomysł na wynalazek. Jasny gwint! Syn
            jest w trzeciej klasie. To tak w skrócie, bo wszystko o nim napisałaś już
            wcześniejwink
        • 03.11.09, 08:20 Odpowiedz
          Napisz więcej o twoich dzieciach smile.
      • 02.11.09, 16:54 Odpowiedz
        >dopadlam niedawno swietny artykul o
        dzieciach wybitnych, zaleca sie, aby nie wyprzedzaly programu, bo
        wczesniej czy pozniej i tak beda musialy czekac na reszte, ale zeby
        program klasy zglebialy

        Czy to artykuł w internecie? Po polsku? Jeśli tak, to daj namiary. A tak swoją drogą, Tijgertje, to miło spotykać cię i tutaj big_grin
        • 02.11.09, 20:33 Odpowiedz
          Artykul niestety w holenderskim czasopismie o psychologii, po
          tubylczemusad
          No wiesz, ja to sie w roznych miejscach poniewieramwink
          A z mensa to ja powaznie pisalam, zadzwonic czy napisac do nich nie
          zaszkodzi, nawet jak dziecko nie zaliczy testow, to na pewno sporo
          moga poradzic czy podsunac jakas fachowa literature.
          • 03.11.09, 10:35 Odpowiedz
            Mensa w Polsce nie zajmuje się dziećmi, testy można robić od 16 lat.
            przynajmniej tak było parę lat temu jak w niej działałam smile poza
            tym to jest stowarzyszenie towarzyskie, nie ma (nie było) w niej
            ekspertów od rozwoju - poza samoukami.

            a co do innych miejsc zajmujących się zdolnymi dziećmi - nadal nie
            rozumiem czemu ma to służyć. moim celem jest wychowanie dziecka w
            jego normalnym środowisku, sprawienie żeby umiało się odnaleźć wśród
            różnych ludzi. w liceum miałam kolegów którzy brali udział w
            olimpiadach i mieli kontakt z młodzieżą objętą opieką Krajowego
            Funduszu na rzecz Dzieci - mówili że były to geaki nad geakami - a
            byłam w klasie eksperymentalnej matematycznej więc moi koledzy głupi
            nie byli smile zdecydowanie nie chciałabym "hodować geniusza".,

            jak patrzę na swoje życie to największe zagrożenie widzę w tym żeby
            odpowiednio wysoko postawić poprzeczkę. zdolne dziecko które w ogole
            nie musi się uczyć, któremu wszystko przychodzi łatwo, nie uczy się
            systematycznej pracy. do pewnego momentu można nadrabiać
            błyskotliwością - niektórzy robią to przez całe życie - ale lepiej
            umieć też 'przysiąść fałdów'.
            --
            komu czemu - DZIECIOM a nie dziecią!
            • 03.11.09, 11:12 Odpowiedz
              Nie chodzi o hodowanie geniusza, ani wtłaczanie dziecku nie wiadomo
              jak szerokiej wiedzy, tym bardziej, że mój genialny nie jest,
              przynajmniej IQ na to nie wskazuje, choć plasuje go wśród 2%
              najzdolniejszych.
              Chodzi raczej o twórcze myślenie i środowisko mu sprzyjające. Dzieci
              z natury są bardziej twórcze, niż dorośli, czego sama jestem
              potwierdzeniem i podtrzymanie tego, uchronienie przed zatarciem przez
              szkole schematy chciałabym mojemu dziecku zapewnić, tym bardziej
              właśnie, że jest zdolny i ciągnie go do takich rzeczy.
              Z wykształcenia jestem matematykiem, z zawodu programistą, wcześniej
              zdolnym dzieckiem i najlepszą w szkole uczennicą, nie wiem z jakim
              IQ, bo nigdy tego nie badałam i też nie czuję przymusu, jednak to, z
              czym zetknęłam się na studiach to właśnie swoje uzależnienie od
              schematów. Mniej więcej na II roku studiów odkryłam, że poprzednie
              roczniki i nawet niektóre równoległe z moją grupy naszego kierunku
              były uczone inaczej, bardziej schematycznie, rozwiązywali na
              ćwiczeniach zadania, poznawali schematy i wg nich działali i
              zaliczali przedmioty. U nas, przynajmniej na jednym, wiodącym
              przedmiocie wymagano od nas samodzielnego wymyślenia sposobu
              rozwiązywania zadań (a właściwie dowodzenia twierdzeń i różnych
              własności). I tu niemal poległam. Wszystkie zaliczenia z tego
              przedmiotu (2 lata) zdałam ostatecznie komisyjnie. Wielu było takich
              jak ja i większość z nich zrezygnowała, ja przetrwałam chyba tylko
              przez upór i przekonanie, że chcę ten kierunek skończyć. Czy
              brakowało mi zdolności? Nie sądzę, potem w końcu dochrapałam się
              stypendium naukowego, jednak jak obserwuję mojego syna widzę właśnie
              duży potencjał w twórczym podejściu do wielu spraw (często nie
              przychodzi mi do głowy takie rozwiązanie, na jakie on wpadł). U córki
              , też zdolnej tego w takim stopniu nie dostrzegam. Mały ma z takich
              właśnie rozwiązań wielką satysfakcję.
              Polecam teraz inny, bardzo wartościowy i dający do myślenia artykuł,
              właśnie o tym, jak typowa szkoła, nie tylko polska, oducza twórczego
              myślenia, zastępując je schematami. Nie zrażajcie się tym, że jest
              umieszczony na stronie szkół muzycznych, dotyczy szkół w ogólności.
              W zasadzie trudno krytykować szkołę za to jaka jest, ale twórcze
              myślenie warto ocalić.
              szkolymuzyczne.pl/files/Szko%C5%82a%20a%20dziecko%20-%20Gra%C5%BCyna%20E.%20Kwiatkowska.pdf
              • 03.11.09, 11:15 Odpowiedz
                Może się mylę, ale założyłam, że specjalne zajęcia dla dzieci wybitnie
                zdolnych służą właśnie rozwijaniu potencjału, a nie zdobywaniu
                dodatkowej wiedzy.
                • 03.11.09, 15:54 Odpowiedz
                  Zajecia, na ktore chodziły moje dzieci (przy Uniwersytecie dla
                  Rodzicow) sluzyly TYLKo rozwijaniu potencjalu. Od razu uprzedzono
                  rodziców, aby nie spodzewali sie, ze dziecko nauczy się czegos
                  konkretnego, albo bedzie miało lepsze wyniki w szkole.
                  --
                  Mops i kot

                  img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                  • 04.11.09, 09:25 Odpowiedz
                    To właśnie mam na myśli, nie zależy mi na korepetycjach ani
                    wyprzedzaniu programu, bo to wszystko, co jest potrzebne, aby
                    dostawać dobre stopnie on ma, brak mu raczej motywacji. Zresztą
                    stopnie miał i ma naprawdę dobre, przynajmniej na razie. Ja szóstek
                    nie wymagam, choć wiem, że nie raz by taką dostał, gdyby powiedział
                    na lekcji to, co mówi mi w domu.
                    Jak te zajęcia przy Uniwersytecie dla Rodziców wyglądały? Czym się
                    tam zajmowali? Co im to dało? Tak szeroko, nie tylko intelektualnie,
                    ale emocjonalnie, społecznie.
                    • 04.11.09, 15:10 Odpowiedz
                      Ja jestem z matek wyrodnych - jak dziecko chodzi na zajecia i mowi,
                      ze sa OK, to juz nie bardzo się interesuje, co na nich bylo.
                      Wiem, ze np. trzeba bylo znaleźć niekonwencjonalen zastosowania dla
                      banalnych przedmiotów.
                      Co im to dalo? Przyjemnie spedzony czas, być może wieksza wyobraźnię
                      i niekonwencjonalne podejscie do problemow. Ale trzeci nie chodził i
                      nie widze jakiejś róznicy.
                      --
                      Mops i kot

                      img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
    • 02.11.09, 20:46 Odpowiedz
      W kraju istnieją liczne placówki, które szczególnie troszczą się o
      dzieci i młodzież zdolną – są to:
      •Centrum Metodyczne Pomocy Psychologiczno – Pedagogicznej
      Ministerstwa Edukacji Narodowej, Warszawa, ul. Polna 46 A,
      •Krajowy Fundusz na Rzecz Dzieci, Warszawa ul. Chocimska 14,
      •Centrum Informacyjno - Konsultacyjne ds. Dzieci Zdolnych, Warszawa
      ul. Raszyńska 8/10,
      •Stowarzyszenie Szkół Twórczych, Warszawa, ul. Conrada 21/78,
      •Stowarzyszenie Szkół Aktywnych, Warszawa, ul. Saska 59,
      •Fundacja Pomocy Młodym Talentom Jolanty i Aleksandra Kwaśniewskich
      Kancelaria Prezydenta RP, Warszawa, ul Wiejska 10,
      •Fundacja Ewy Czeszejko – Sochackiej Promocja Talentu, Warszawa, ul.
      Cegłowska 28,
      •Fundacja im. Stefana Batorego, Warszawa, ul.Flory 9
      •Fundacja Płocka, Płock, ul. Stary Rynek 1
      może tam cosik pomogą...
      • 02.11.09, 21:25 Odpowiedz
        W kraju czy w Warszawie? Jedna z tej listy odesłała mnie do strony internetowej,
        z której wynika, że dziecko musi mieć szczególne osiągnięcia, aby starać się o
        pomoc, druga zaproponowała spotkania u siebie, a my znad morza, resztę sprawdzę,
        ale na wiele nie liczę na odległość. Ogólnie nawet rozmawiać nie chcą, może im
        kadry brakuje.
        Potrzebuję kontaktu z żywym człowiekiem, który jest gotowy doradzać lub
        instytucji przygotowanej do pomocy bardziej zdolnemu dziecku.

        A z tą Mensą faktycznie spróbuję.
    • 04.11.09, 02:54 Odpowiedz
      Moj syn (12 lat) jest takim, ale niekoniecznie "wybitnie" zdolnym,
      dzieckiem. Pamiec ma fotograficzna, bardzo szybko sie uczy,
      szczegolnie rzeczy zwiazanych z technika. W czwartej klasie
      ortografie opanowana mial na poziomie doroslego - nauczycielka
      wyszukiwala specjalnie dla niego skomplikowanych slow w slownikach.
      Pisze tez bardzo dobrze, a tego napewno nie nauczyl sie w domu, bo
      my mowimy do niego tylko po polsku (nie mieszkamy w Polsce i dzieci
      sa angielskojezyczne).
      Ma bardzo techniczne zainteresowania - Lego, Bionicle, budowle
      architeltoniczne, koleje, samochody, itp rzeczy. Kazdy komplet w 5
      minut ulozony, potem sam tworzy i projektuje nowe konstrukcje.
      Swietnie rysuje (cieniowanie, perspektywa - i tez nikt go tego
      nauczyl), mimo, ze do momentu ukonczenia 4 lat nie bral w ogole
      (sic!) do reki olowka. Potem jak wzial, to narysowal idealne kolko,
      a niedlugo potem prosiaczka z Kubusia Puchatka smile. Uczy sie gry na
      pianinie i program przerabia w przyspieszonym tempie, ale to raczej
      dlatego, ze zaczal dopiero jak mial 10 lat (dzieci, ktore zaczynaja
      pozniej, szybciej sie ucza w poczatkowych kilku latach).
      Co ciekawe, w ogole nie interesuje go programowanie - moze nie
      dotarlo do niego jeszcze, ze to tez moze byc bardzo tworcze
      zajecie wink.

      Ale nie uwazam bynajmniej, ze syn jest jakos "wybitnie" zdolny. On
      jest po prostu bardzo zdolny i chyba wystarczy, ze nie bedziemy mu
      zycia utrudniac i pozwole na rozwijanie zainteresowan. Co z niego
      wyrosnie za pare lat, to sie dopiero okaze.
      Wydaje mi sie, ze wiele dzieci przejawia dosc nieprzecietne
      zdolnosci w bardzo mlodym wieku (3-8) lat, bo a) sa faktycznie
      zdolniejsze, b) rozwijaja sie nieco szybciej od rowiesnikow. Ale
      czesto pozniej sie to w miare wyrownuje. To znaczy nadal dzieci
      bardzo dobrze sie ucza, ale tych prawdziwie wybitnych jest naprawde
      niewiele.
      --
      W mózgu kobiety jest taka maleńka komórka, w której mieszczą sie
      setki par butów.
      • 04.11.09, 09:18 Odpowiedz
        > To znaczy nadal dzieci
        > bardzo dobrze sie ucza, ale tych prawdziwie wybitnych jest naprawde
        > niewiele.

        Różne są na to poglądy. Czytała niejednokrotnie o tym, że to
        wyrównywanie wynika z zaniedbania i braku rozwijania potencjału
        dziecka. Ja szukam jakiegoś rozwiązania problemu zaniżonej samooceny.
        W poradni stwierdzono jednoznacznie, że wynika on z niezrozumienia i
        niedocenienia ze strony nauczyciela. W takiej sytuacji zaleca się
        zajęcia pozalekcyjne. Poza tym w opinii jest też wyraźnie napisane,
        że należy pogłębiać i poszerzać posiadaną wiedzę z zagadnień
        wykraczających poza program. Ostatnio jednak przemyśleliśmy temat i
        dochodzimy do wniosku, że na razie trzeba go wyposażyć w jakiś zestaw
        elektroniczny lub coś podobnego, z czego będzie mógł budować to, co
        mu się zamarzy.
        Nie ciągnie go na razie do zajęć pozalekcyjnych typu kursy językowe,
        więc nie naciskam, tym bardziej, że w planach na przyszłe wakacje
        jest kurs językowy w Anglii.

        Ogólnie to chciałam więcej się dowiedzieć o innych dzieciach WZ, o
        tym, jakie zaplecze organizują im rodzice i szkoła.
        • 04.11.09, 15:12 Odpowiedz
          IMO dla dzieci nie tyle wybitnie zdolnych, co bardzo inteligentnych
          (to absolutnie nie musi się pokrywac) idealnym rozwiązaniem jest
          danie świętego spokoju, podsuwanie (ale nie zmuszanie) dobrych
          książek, dobrych filmów, rozmawianie, dyskusje i pozostawienie im
          czasu na to, aby robily co chcą.
          Ale mam tu zdanie odrebne od większosci rodziców.
          --
          Mops i kot

          img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
          • 04.11.09, 15:17 Odpowiedz
            A ja akurat z tym się zgadzam.
            • 05.11.09, 08:45 Odpowiedz
              Ja taką metodę stosowałam u swojej córki i myślę, że dzięki temu
              jest nie tylko bardzo zdolna, ale i kreatywna. Od najmłodszych lat
              miała po prostu dostęp do wszelkich źródeł wiedzy, reagowałam
              natychmiast na każde jej nowe zainteresowanie. W rezultacie mam w
              domu taką osobę doby renesansu, o szerokich zainteresowaniach, ale
              krytyczną, potrafiącą mieć własne zdanie. Prócz tego ma mnóstwo
              zajęć pozalekcyjnych, ale od małego to ona decydowała o ich wyborze.
              Co ciekawe, rok młodszy od niej syn, będący dzieckiem zdolnym, ale
              nie super wybitnym wyrasta na faceta kreatywnego , bo jemu
              dostarczane były te same bodźce, co siostrze. Z tym, że widać w jego
              przypadku pewne ukierunkowanie, bo po prostu wybrał to , co go
              interesuje.
              Obserwując swoje dzieci jestem przekonana, że swoboda samodzielnych
              wyborów wykształciła w nich ciekawość świata.
              Przyznam jednak, że było nam o tyle łatwiej, że dojrzałość
              emocjonalna i społeczna córki była zawsze do przodu w stosunku do
              wieku, natomiast syna zgodna z wiekiem, ale nie rówieśników, tylko
              rówieśniczek.
              Natomiast znam chłopca wybitnie zdolnego ( a może i genialnego, ale
              w ściśle określonej dziedzinie, który ma wielkie problemy z
              kontaktem z otoczeniem , jest odrzucany przez grupę, bo dziwnie się
              zachowuje. Niestety, matka nie dostrzega tego, jest dumna, że syn
              taki zdolny i nie zauważa, że chłopak pogrąża się w swoim świecie.
              Po prostu trzeba uważać, by nie przegiąć też w drugą stronę. Dodam,
              że chłopak jest chorobliwie ambitny i niestety, po rozmowach z jego
              matką dochodzę do wniosku, że to ona tę ( w pewnych momentach już
              niezdrową) ambicję podsyca.
              • 05.11.09, 10:42 Odpowiedz
                Ja gdy nie skupiałam się na rozwoju intelektualnym swoich dzieci, mocno wzięłam sobie do serca zasadę, że rozwój emocjonalny, motoryczny i społeczny jest o wiele ważniejszy od intelektualnego. Zawsze się dziwiłam ludziom, którzy pokazują litery 18-miesięcznym dzieciom.
                Córka z wieku niespełna 5 lat zainteresowała się literami, więc jej powiesiłam na szafkach kuchennych alfabet i jak pytała o literę, to pokazywała. W ten sposób już sama nauczyła się czytać. Syn się tym nie interesował, więc go nie uczyłam, nauczył się w zerówce. Dbałam za to, aby były w domu kredki, różne materiały papierowe, klocki, jakieś ciekawe, kreatywne programy komputerowe, ale nie za wiele, bo na wszystko, co sobie wymarzyli kasy nie było, to chyba normalne. Jak zorientowałam się, że córkę ciągnie do muzyki, zorganizowałam najpierw cymbałki, jak poprosiła o skrzypce, to skrzypce. Dużo czytaliśmy, mąż angażował syna w rożne prace techniczne w domu, razem wspinali się na wysokie ścianki.
                A że syn we własnym czytelnictwie jest ciągle na etapie "Kaczora Donalda" wink, to też go kupuję, choć swego czasu byłam gotowa zgrzytać na to zębami tongue_out.

                Najciekawsze jest to, że choć syn i córka mają w domu takie same możliwości rozwoju i obserwując oboje raczej za dziecko wybitnie zdolne uznałabym córkę, teraz, gdy już oboje są po badaniach w poradni wiem, że córka jest zdolna i ponadprzeciętnie inteligentna, ale wybitnie inteligentny jest syn. Potencjałem różnią się na moje oko na tyle, że on się nie cofa przed trudnym zadaniem, raczej go do niego bardzo ciągnie, a ona stwierdza, że jest za trudne i trzeba ją zachęcić, żeby się do niego zabrała. I tu chyba jest pies pogrzebany.
                • 05.11.09, 11:03 Odpowiedz
                  "Zawsze się dziwiłam ludziom, którzy pokazują litery 18-miesięcznym
                  dzieciom"

                  Hmmm..czasami nie trzeba pokazywać. Mój 12miesięczny syn domagał się
                  wyjaśnienia co to są litery. Wyglądało to tak, że kiedy czytałam mu
                  książeczki typu "to jest stół" plus obrazek na całą stronę, on
                  palcem pokazywał na czarne znaczki (na różne literki oddzielnie) i
                  przeciągłym , pytającym "yyyy" . "yyyy" ustawało tylko wtedy kiedy
                  mówiłam "literka B" albo "literka W". A potem sam sobie "czytał"
                  literki.

                  I uwaga: następnym krokiem wcale nie była umiejętność czytania. Na
                  parę lat synem zawładnęły samochody, a czytać nauczył się mając 5
                  lat na Mikołajku (bo ja nie miałam siły czytać dłużej niż pół
                  godziny pod rząd, a jemu książka się spodobała)


                  • 05.11.09, 12:07 Odpowiedz
                    Nie takie absolutnie sytuacje miałam na myśli. Jakby moje dziecko wyrażało chęć nauki liter w takim czy młodszym wink wieku, to też bym mu pomogła. Chodzi mi o taki system rozwoju dziecka, że litery i czytanie najszybciej jak można, bo dziecko jest w stanie się tego nauczyć i im młodszy wiek, tym więcej przyswaja.
                    Taki model opisywała mi na podstawie swojej wnuczki znajoma z pracy. Powiedziałam, że w tym wieku dziecko ma o wiele ważniejsze rzeczy do przyswojenia, właśnie od strony społecznej. Teraz się okazuje, że to uczenie liter nic jej nie dało, czytać na początku roku szkolnego wcale lepiej niż inne dzieci nie potrafi, a kłopoty, które ma w szkole są raczej natury emocjonalnej.
                    • 05.11.09, 12:55 Odpowiedz
                      My mieliśmy to ogromne szczęście, że byliśmy/jesteśmy bardzo
                      zadowoleni zarówno z przedszkola (państwowe) i szkoły (społeczna).
                      Indywidualne podejście nie tylko na papierze, plus dużo uwagi
                      poświęconej rozwojowi społecznemu (np. niedawno, wychowawca
                      przepraszał, że poświęcił kilka ładnych lekcji przedmiotu na lekcje
                      wychowawcze, bo nie sposób było zakończyć ważnych dyskusji smile )

                      A lekcje (w większości) prowadzone są bardzo ciekawie i dzieci
                      (nastolatki) nie tracą radości z poznawania świata.
    • 04.11.09, 16:16 Odpowiedz
      Zupelnie bez ironii - jak ponadprzecietnie zdolne diagnozuje sie ok.
      30% dzieci w wieku wczesnoszkolnym. dzieci maja naturalny ped do
      wiedzy, zadawania pytan i jesli sa stymulowane we wczesnym dzienstwie
      to radza sobie bardzo dobrze w szkole. Ale powiem na swoim
      przykladzie bo tez mnie tak zdiagnozowali a podstawowke zaczynalam 19
      lat temu. Dzieci zdolnych bylo duzo, jednak po roku zostaje zwykle
      kilka, zwykle pupilkow pani nauczycielki. Ja zostalam sklasyfikowana
      jako zdolna ale leniwa bo nie chcialo mi sie uczyc tego co wymagali
      tylko tego co ja chcialam i to co mnie interesowalo. W wieku 13 lat
      przeczytalam wszystkie ksiazki z fizyki z publicznej biblioteki i
      kazdy sie dziwil, ze ja w ogole cos z tego rozumiem. Wielkim fizykiem
      jak widac nie zostalam, skonczylam zwykla politechnike, mam normalna
      prace inzyniera i zyje sobie spokojnie. Mielismy w klasie tez
      nieprzecietnie zdolne dziewczynki i na dzisiaj tylko jedna odniosla
      sukces - wlasnie ta jedna niegrzeczna i zbuntowana. Wiem, ze
      skonczyla Uniwerytet Viadrina a teraz robi doktorat w niemczech. Inna
      bardzo zdolna byla tak chwalona, ze w koncu wyleciala kolejno z ASP,
      architektury i zaocznej ochrony srodowiska, z kazdego kierunku po 1
      semestrze. Trzecia skonczyla SGH i jakos sobie radzi ale wielkiej
      kariery nie zrobila.

      Nie musisz specjalnie cackac sie nad zdolnym dzieckiem bo ono nie
      jest zasadniczo inne niz reszta. Jesli w klasie jest 30 osob, to 9
      bedzie ponad przecietnie zdolnych, 9 bedzie miec zdolnosci ponizej
      przecietniej a 12 bedzie zwyczajna garsta uczniow.

      Pamiec fotograficzna jest przydatna i czesto takie dzieci diagnozuje
      sie jako zdolne bo zbieraja dobre stopnie i nie musza sie duzo uczyc.
      Nie musza bo maja dobra pamiec i czesc tych dzeci zwyczajnie pamieta
      wszystko z lekcji. Prawdziwe zdolnosci ujawniaja sie w troche
      starszym wieku.
      • 04.11.09, 16:58 Odpowiedz
        Bo - jak juz pisałam - nie nalezy mylic zdolnosci z inteligencją.
        Sama znam co najmniej dwie osoby wybitnie inteligentne, ale
        niezdolne, czyli z trudem uczace się, szczegolnie w polskim systemie
        szkolnym, wymagającym przede wszystkim dobrej pamieci.
        --
        Mops i kot

        img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
      • 04.11.09, 17:45 Odpowiedz
        he he, ja oprócz zalecanego przez verdanę świętego spokoju rzucam
        jeszcze zdolnemu dziecku kłody pod nogi, wymagam codziennej
        kilkugodzinnej pomocy w domu, douczania młodszej siostry, opieki nad
        nią i sforą zwierząt, często zostawiam w domu uniemożliwiając
        regularną, szkolną naukę, wysyłam na czasochłonne zajęcia sportowe,
        nie podsuwam lektur ani filmów, nie nagradzam za pierwsze miejsca w
        szkolnych konkursach, czasami niechcący, nie z premedytacją, nie
        puszczam go na nie... na razie dziecko mam fajne i mądre i otoczone
        kolegami (prowadzenie nonstop otwartego dla dziecięcych przyjaciół
        domu odczuwam jako wspieranie syna), ale jeśli Verdana nazywa się
        wyrodną matka, to co ja mam powiedzieć sad(( Generalnie szkoła i mój
        syn nie są pępkiem świata, nie uważam, że z racji jego
        ponadprzeciętnych od zawsze zdolności, powinnam mu jakoś specjalnie
        pomagać. Może trochę żałuję, że nie stać nas na społeczną szkołę dla
        dzieci, rzeczywiście w państwowych, które znam, uczyć się na dobre
        oceny nie trzeba, egzamin po 6 klasie to bułka z masłem,
        popołudniami dziecko celebruje dwugodzinne posiłki z rodziną, potem
        przegląda niespiesznie gazety, spaceruje z psem po lesie, spotyka
        się z kolegami. Rzeczywiście nie widzę szans, żeby nauczył się
        wytężonej pracy, wysiłku wkładanego w naukę, skoro siódmy rok
        zajmuje się wszystkim oprócz szkoły. Ale jest zdrowy, wysportowany,
        wyluzowany smile, zadowolony z życia towarzyskiego i rodzinnego,
        roztargniony na maksa i rozgadany na lekcjach. Myślę sobie, że w
        liceum nadejdzie wreszcie ten moment kiedy będzie musiał zająć się
        szkołą. Zdać maturę. Wybrać studia. Może w prywatnych szkołach jakoś
        szczególnie pielęgnuje się uzdolnione, wygrywające szkolne konkursy
        dzieci. Słyszałam rzeczywiście o możliwości przygotowywania się do
        olimpiad przedmiotowych na dodatkowych zajęciach. W naszej rejonówce
        raczej nie, ale jakiejś szczególnej traumy te dzieciaki nie
        przeżywają. Bardziej martwiłabym się o dzieci, które nie nadążają ze
        szkolnym programem mimo pilnej nauki i dobrych chęci. Takie dzieci
        także nie są objęte odpowiednią opieką w szkole, którą znam.
        • 04.11.09, 18:09 Odpowiedz
          Ja mam dwóch synów, ktorzy jednoczesnie nie nadążaja, mimo w miare
          dobrych checi (tzn. jeden już skończył szkołę na szczęście) i sa "w
          przodzie" przed rowiesnikami, jesli chodzi o lektury, analize
          tekstow, a nawet zajęcia dodatkowe. Gimnazjalista ma jednoczesnie
          marne stopnie i ITN z polskiego. O, to jest dopiero nierozwiązywalny
          problem...
          --
          Mops i kot

          img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
          • 04.11.09, 18:47 Odpowiedz
            No właśnie, zgadzam się z Verdaną, też mam ciut podobną sytuację z
            córką. Myślę, że takich nierozwiązywalnych problemów jest więcej i w
            mojej podstawówce/gimnazjum nauczyciele nie znajdą w sobie aż tyle
            entuzjazmu, troski, czasu, życzliwości, żeby takie problemy dostrzec
            i spróbować choćby częściowo rozwiązać. W przeciętnej szkole
            wymagałoby to zbyt wiele indywidualnego podejścia do ucznia i
            stwarzałoby chociażby organizacyjne lub związane z dyscypliną
            problemy nauczycielowi. Ale jednak zwykła życzliwość i chęć pomocy
            duzo mogłaby zmienić. I czasami nawet rzeczywiście zdarza się i
            zmienia.
            • 04.11.09, 19:24 Odpowiedz
              Ja akurat na zyczliwość wobecnej szkole nie narzekam - chocby
              dlatego, ze dano ten indywidualny tok nauki nie najlepszemu
              uczniowi. Co jest raczej niespotykane.
              Raczej narzekam na los...
              --
              Mops i kot

              img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
              • 04.11.09, 20:48 Odpowiedz
                To znaczy komu ten indywidualny tok dali?

                A mojemu dziecku działa się krzywda. Wcześniej zawsze pewny siebie i
                swoich możliwości w rozwiązywaniu różnych problemów, pełno
                niekonwencjonalnych, twórczych pomysłów. W szkole stopniowo było
                coraz gorzej, zaczął nazywać siebie głupkiem, durniem, że on nie jest
                tak dobry jak to czy tamto dziecko, zainteresowania słabły . Rozmowy,
                zachęty, pochwały niewiele dawały, spuszczały tylko emocje. Dlatego
                szukam odpowiednich dla niego zajęć, żeby doświadczył od kogoś spoza
                rodziny tego, że jego zdolności, możliwości są wiele warte i mogą mu
                dać satysfakcję. Że tylko znajomość schematów, zarówno w
                rozwiązywaniu problemów, jak i w dopasowywaniu się do roli tzw.
                "dobrego ucznia" może być ceniona.
                Do poradni poszłam, gdy zaczął dostawać uwagi, że zamyśla się, patrzy
                w okno, nie jest zainteresowany lekcją, lekceważy
                nauczyciela
                !!!... Stwierdziłam, że jak z nim jest coś nie tak, to
                chcę mieć na to papier. Wtedy mnie poinformowano, że jest wybitnie
                zdolny, "perełka", rozwinięty na miarę swoich wysokich możliwości,
                ale nie doceniony i że to bardzo przykre, że go to spotkało, że gdyby
                nie taka inteligencja, to mogłoby być kiepsko.
                Tak więc na szkołę w tym temacie specjalnie nie liczę.
                • 04.11.09, 21:21 Odpowiedz
                  hmmm mój syn też przynosił uwagi, ale my zamiast zastanowić się
                  dlaczego bardzo zdolne dziecko nudzi się na lekcjach, odruchowo
                  skoncentrowaliśmy się na namawianiu syna do lepszego zachowania tzn
                  do skupienia się w 100% na nudnej nawet lekcji
                  Synowi ITN nikt nie proponował (a szkoda może, możliwe, że to nasza
                  wina rodziców, braku naszej inicjatywy), po prostu przenudził się
                  kilka lat dostając z jednego przedmiotu szóstki mimo braku
                  jakiejkolwiek pracy, z innych na 5,4 też nie musiał nic robić,
                  natomiast córce, owszem, zalecano ITN, ale nie chciałam, bo
                  obawialiśmy się z mężem, że skończy się to na ograniczeniu programu
                  tam gdzie jest wolniejsza zamiast wspierania jej mocnych stron.
                  • 04.11.09, 21:36 Odpowiedz
                    Aha, Verdano nie narzekam, nie chciałam narzekać na totalny brak
                    życzliwości. Ta życzliwość w szkole jest, tylko brakuje, bo ja wiem,
                    pomysłów, kreatywności, nieszablonowych, niestandardowych rozwiązań.
                    Tak się akurat składa, że moje dzieci odbiegają od przeciętnej, a
                    szkoła najłatwiej radzi sobie z bezproblemową przeciętnością i ma
                    wypracowane schematy do radzenia sobie ze standardowymi problemami.
                  • 05.11.09, 09:40 Odpowiedz
                    Postępowałam dokładnie tak samo. Jak mi mówił, że się nudzi zwalałam
                    to na jego niedojrzałość. Na początku III klasy dopiero zrozumiałam,
                    że dzieje mu się krzywda i mimo, że do końca tego etapu edukacji
                    został tylko rok próbowaliśmy zmienić klasę. Niestety to się nie
                    udało w tej szkole, bo klasa syna była znacznie mniej liczna niż
                    pozostałe, a szkoły nie chcieliśmy zmieniać, bo on jest mocno
                    związany z dziećmi z miejscowym, sąsiedzkim środowiskiem, zresztą
                    bardzo fajnym. Postanowiliśmy przetrwać, zaangażowaliśmy w sprawę
                    dyrektora, co bardzo pomogło, ale o tym, że jest tak inteligentny
                    dowiedziałam się pod koniec III klasy. Nie wiedziałam wtedy jeszcze o
                    zdolnościach muzycznych, bo tego nie przejawiał i nie interesował
                    się, ale to nastąpiło krótko potem, trochę wcześniej okazało się, że
                    córka ma też wybitne zdolności muzyczne, ale to było w jej przypadku
                    znacznie łatwiejsze do ukierunkowania, bo szła do I klasy. Po prostu
                    poszła do ogólnokształcącej szkoły muzycznej bardzo jej się tam
                    podoba. Uczy się grać na wymarzonym instrumencie, ma okazję dużo
                    śpiewać, z czasem występować na scenie, zajęcia rytmiczne w
                    specjalnym a'la baletowym stroju itp. Synowi zorganizowaliśmy
                    prywatne lekcje gry na trąbce jeszcze przed wakacjami i choć był na
                    tym tle kryzys we wrześniu, gdy doszła szkoła, teraz twierdzi że
                    bardzo mu się podoba i rzeczywiście ćwiczy z pasją, a kontakt z
                    nauczycielem (wykładowcą AM) jest dla jego duszy jak balsam. Od
                    pewnego czasu chętnie prezentuje swoje umiejętności znajomym i
                    kolegom i widzę, że czuje się tym dowartościowany, jednak do SM chyba
                    nie pójdzie, choć takie plany mieliśmy. Jeszcze nie wiem, jak to
                    wszystko się potoczy, zobaczymy.
                    Szukałam zajęć dla dzieci wybitnie zdolnych, ponieważ właśnie przez
                    instrument nie ma za wiele czasu na coś innego. Zawsze byłam zdania,
                    że dziecko powinno mieć jak najwięcej czasu na to, aby się bawić,
                    robić to, co lubi, dlatego wbrew temu, gdzie pędzi cała Polska dotąd
                    nie zapisałam syna na dodatkowy kurs językowy. Jest w klasie
                    sportowej, ale nie chce chodzić na zajęcia popołudniowe, choć jest
                    sprawny i w zeszłym roku chodził (za moją namową). Teraz odpuściłam,
                    bo nie był tym specjalnie zainteresowany. A i tak na wszystko czasu
                    brakuje.
                • 04.11.09, 22:41 Odpowiedz
                  Moja corka ma indywidualny tok i program nauki, ktory co roku ma
                  przedłuzany o rok następny, co umozliwja jej zdawanie nawet po 2
                  lata w 1 roku. I tak zdaje. A wiesz dlaczego? bo bardzo nie lubi
                  szkoły panstwowej- tego co tam nauczają. Uważa to za strate czasu.
                  Chodzi do szkoly po to, aby sie spotkac z kolezankami i kolegami, bo
                  jak twierdzi, to uczyć się tam nie ma czego.
                  Szkoła poza klasyfikacja z zerowki do 2 klasy (zeszły rok) nie
                  zrobiła nic przez rok dla corki i obecnie nic nie robi. Pomoc i rady
                  forumowiczów bardzo mi pomogły. Obecnie uczęszcza na zajęcia z
                  wszelkich nauk przyrodniczych na uniwersytet, gdzie juz ma
                  wprowadzony poziom konca gimnazjum i konczy go, przechodząc dalej z
                  wiedzą i praktyką (warsztaty)
                  W drugiej szkole jest na poziomie 5 klasisty, gdzie wszystko odbywa
                  się w języku angielskim. I z w/w zajęć jest bardzo zadowolona i
                  szczęsliwa. Spelnia swoje zainteresowania i pogłebia wiedzę. Spotyka
                  tam dzieci takie same jak ona w różnym wieku. Po kazdym wykładzie
                  np. profesora Fizyki jest w euforiii i jak powiedziała, że jest
                  bardzo dumna, że taki mądry czlowiek ją uczy i tyle wie.Jest
                  zaangażowana i zyje tylko zajęciami poza szkołą panstwową.
                  W czasie wolnym buduje różne urządzenia, zbudowala czlowieka robota
                  poruszającego mięsniami, zoperowała krzywa kośc montując śruby,
                  blaszki i przecinając ją i ustawiając prawidlowo, a potem
                  rehabilitacja robota, aby prawidlowo poruszal nogą. fascynuje ja
                  wiele dziedzin. Uwielbia medycynę i nauką ktora ją dotyczy, fizykę,
                  astronomie i historię, biologię, mikrobiologię, nauka o czlowieku
                  itd..co potrafi łączyć jedno w drugie i wykorzystywac. Zbudowała
                  rakietę, mając konkretne do niej plany, która wystartowała na
                  wysokośc 3 metrow, odpadla połowa sufitu, spaliła sie częśc dywanu a
                  o huku nie wspomnęsmile) Gotowane jajka, tak wyskakiwaly z garnuszka,
                  że w kuchni także odpadł duzy kawałek sufitu, myslalam, że to
                  wybuchsmile)
                  podłączenie do rur od wody, między zlewozmywakiem w kuchni, umywalka
                  w lazience i syfonem pod wanna dodatkowych rurek, tak aby stworzyć
                  krwioobieg człowieka, potem odkręcała wodę, aby sprawdzić dokladnie
                  jak przepływa krew w czlowieku i dlaczego. Wiadomo jak to się
                  skończyłosmile co nie zniechecilą ja do dalszych odkryć i pracy.
                  Uwielbia medycynę i wszystko co ja dotyczy. Zna budowe czlowieka w
                  szczegolach i zasady działania poszczegolnych narządow, wiele
                  narzędzi chirurgicznych. Mam nadzieję, że nie zbuduje jakiegoś
                  frankesztajnasmile
                  Natomiast w szkole państwowej, mamy same problemy tzn. nuda i
                  robienie przez kilka dni tego samego, co robiła będąc w zerowce.
                  Robi tylko to co musi, nie angazuje się w zadne konkursy i wcale nie
                  ma na nie ochoty, uwazając, że sa nudne i szkoda jej czasu. Od końca
                  wrzesnia meczy nas, abyśmy zlozyli pismo o egzamin i przejście do 4
                  klasy.
                  My natomiast wspieramy ją i tylko umozliwjamy jej dostęp do wiedzy u
                  ludzi, ktorzy chętnie sie dzielą wiedza i potrafia wspierać takie
                  dzieci. Oczywiście korzystamy także z pomocy pedagoga specjalnego i
                  psychologa. To bardzo pomaga corce przezwyciężać problemy w szkole
                  panstwowej, bo gdzie indziej, poza szkołą ich nie ma.
                  Współczuję każdemu, kto ma dziecko wiedzące troche wiecej od
                  rówieśników. Bo takie dzieci wymagają wielkiego, a nawet ogromnego
                  wsparcia ze strony rodzicow, ponieważ mają więcej problemów niz ich
                  rowiesnicy, brak mozliwości dyskusji na wiele tematow z
                  rowiesnikami, ktorzy uważają ich nawet za dziwne dzieci, brak
                  wsparcia u nauczycielki w szkole, a wrecz rownanie takich dzieci w
                  dół, lub uśrednianie. Mi osobiście jest bardzo żal takich dzieci i
                  to bardziej niz tych slabiej uczących się. Bo dzieci mające problemy
                  z nauka maja ogromne wsparcie wszedzie,natomiast dzieci dobrze
                  radzące sobie zostaja pozostawione same sobie z wlasnymi myślami,
                  pomysłami i wiedzą, co prowadzi do frustracji i nieznalezienia
                  zrozumienia u innych, a wręcz są karane. Dopiero w swoim środowisku,
                  takich dzieci jak one same, wszystkie czuja sie jak rybki w wodzie,
                  uwielbiaja siebie i tesnknia za sobą. Ledwo się spotkają, to brakuje
                  im ciągle czasu na wszystko czym chcą się wzajemnie podzielić. Stąd
                  popieram programy dla dzieci zdolnych, ktore są tworzone, przez
                  ludzi wybitnych, chcących coś zrobić dla takich dzieci.
                  Fakt, że są obecnie płatne, ale naprawde warto. Ja mam szczęśliwe
                  dziecko a czas spedzony w szkole państwowej i stres obecnie
                  kompensuje się z radością i zadowoleniem mojej corki na zajeciach
                  poza szkołą. Tam nabiera sił, motywację i zapał do pogłębiania
                  swojej wiedzy, łącznie praktycznie.
                  Życzę Tobie z calego serca, aby i twoje dziecko, znalazło takie
                  ujście. Poszukaj innych rodzicow takich dzieci jak twoje,
                  porozmawiaj z nimi i na uniwersytetach o planach, o stworzeniu
                  warsztatów i zajęć dla takich dzieci. Resztę doradzą profesorowie i
                  napewno sie uda. Kwota odplatności nie jest współmierna do tego co
                  może osiągnąć twoje dziecko. Testy z poradni traktuję z
                  przymrużeniem oka, nigdy nie są adekwatne do mozliwości dzieci,
                  mozna trafić na lepszy lub gorszy dzień u dziecka. Patrz centralnie
                  na to co uwielbia robić twoje dziecko, w czym czuje radość i euforię
                  i wtedy szukaj.
                  szkołę to sobie daruje. Poradnia zaleca a szkola i tak niczego nie
                  robi, bo wie, że tego nikt nie kontroluje. Bo jakby ktoś kontrolował
                  zalecenia poradni, to wtedy mozna liczyć na jako takie wsparcie ze
                  strony szkoly. Szkola to liczy tylko, na to, że rodzic bedzie robił
                  wszystko, a ona bedzie osiągala sukcesy.
                  Mnie nawet cieszy, że corka nie bierze udzialu w konkursach
                  szkolnych, bo rzeczywiście szkoda jej czasu, na coś, co nie daje jej
                  żadnej radości czy satysfakcji. Córka twierdzi, że wiedze szkolną
                  musi posiadac, a konkursy są dla pani i jej radości, że ona radość
                  czerpie w innych zajęciach.
                  • 05.11.09, 08:36 Odpowiedz
                    Bardzo ci dziękuję za słowa otuchy i za wszelkie rady. Czuję, że mnie
                    rozumiesz.
                    Możesz napisać kilka słów, choćby przez PW, gdzie twoja córka
                    korzysta z takich zajęć?

                    Ja na razie znalazłam coś ciekawego, tylko chwilowo musimy poczekać
                    na finanse i na to, aby syn się lepiej zorganizował ze swoimi
                    obowiązkami szkolnymi i instrumentem. Zajmuje mu to (przez brak chęci
                    do lekcji) za dużo czasu, a mnie wykańcza.
                    Oto zajęcia, które namierzyłam w moich okolicach.
                    www.damb.org/index.cgi?pg=*|M%B3odzi%20wynalazcy&wtitle=M%B3odzi%20wynalazcy

                    To nie w porządku, że za dzieci z kłopotami szkolnymi uważa się i
                    wspiera (wieloma darmowymi zajęciami, terapiami) tylko te, które są
                    poniżej przeciętnej, a te "zbyt zdolne" zostawia się samym sobie i
                    kieszeni rodziców. Ech!
                    • 05.11.09, 12:40 Odpowiedz
                      mama_dorota napisała:

                      > To nie w porządku, że za dzieci z kłopotami szkolnymi uważa się i
                      > wspiera (wieloma darmowymi zajęciami, terapiami) tylko te, które

                      > poniżej przeciętnej, a te "zbyt zdolne" zostawia się samym sobie i
                      > kieszeni rodziców. Ech!

                      Tak to juz jest, ja tego doswiadczylam bardzo wczesnie w
                      przedszkolu, kiedy corka byla malym dzieckiem. Robiła eksperymenty z
                      piaskiem na placu zabaw i byla karana za obsypywanie piaskiem
                      dzieci, choć tego nie robiła, a wiatr sam rozwiewał piasek. Była
                      ciekawa jak to jest, jak sie wezmie piasek w dloń, wysypuje sie jego
                      w jedno miejsce i dlaczego ziarenka piasku tworzą gore, a inne
                      spadają, doswiadczenie z papierem toaletowym i sprawdzenie jego
                      wytrzymalości w przedszkolu. Tak zaczynaly sie nasze problemy.
                      dzieci ciekawe wszystkiego maja problemy od samego początku, przez
                      brak zrozumienia u innych i wgłebienia sie w to co robia i dlaczego.
                      Wszystko jest podciągane pod zle zachowanie.
                      Nie wiem dlaczego tak jest w Polsce, w innych krajach sa specjalne
                      klasy i szkoly dla takich dzieci, nauczyciele wylapują od wczesnych
                      lat zdolności dzieci i odpowiednio kierują, stwarzając im warunki. Z
                      moich obserwacji wynika, że powodem są pieniadze. Bo nauczyciel
                      niezadowolony z pensji napewno nie zrobi nic poza tym co musi zrobić.
                      dzieci mające problemy panstwo polskie objęło specjalnymi
                      programami, stąd szkoly musza im pomagać, natomiast dzieci wiedzace
                      troche więcej i lepiej radzące sobie, musza same sobie radzić z
                      problemami bo dla nich nie zorganizowano niczego, nawet pomocy
                      psychologicznej czy pedagogicznej. W zyciu takich dzieci odgrywaja
                      wazną i najwazniejsza rolę rodzice.

                      Dzieci przebywajac w szkole maja wiele problemów emocjolnalnych,
                      przez brak zrozumienia u rowiesnikow, inaczej się wypowiadaja- mają
                      ogromny zasob slownictwa, czego nie rozumieją rowiesnicy, a ja cos
                      powiedzą, to inni nawet o tym nie slyszeli i potem smieją sie z
                      takich dzieci. Wiec jak widzisz, problemy w szkole są podlożem do
                      kompletnego zniechecenia się dziecka.
                      Szkola przybiera inny sposob na takie dzieci, robi wszystko aby je
                      uśrednić lub rowna w dół tlumacząc tym, że tak bedzie dziecku lepiej
                      przetrwać w szkole. Osobiście spotkalam się z takim stwierdzeniem.
                      Co dla mnie bylo nie do przyjecia.
                      Widząc smutek corki, niechęc do chodzenia do szkoly, płacz, wieczne
                      zadawanie pytań, dlaczego szkola jest taka nudna, gdzie w zerowce
                      szkolnej miala wspaniałą nauczycielkę, byla radosna,szkola dla niej
                      była wszystkim, byla pelna zapalu, pomysłów i energi.
                      Więc jak widzisz wszystko zalezy od nauczyciela i sposobie jego
                      komunikacji z takim dzieckiem.
                      Obecnie corka w szkole uczy się tego, co musi, poza szkolą spelnia
                      swoje marzenia.
                      Nie warto zastanawiac się dlaczego tak jest w szkole, szkoda czasu i
                      zdrowia.
                      Jak twoje dziecko nauczy sie organizować sobie czas, znajdzie wtedy
                      czas na wszystko, tylko pozwól mu na to, ustalając twarde zasady.
                      Dzieci aby spelnić swoje marzenia potrafią "przenisić góry" a czas
                      na lekcje tak skrócić i zrobić dobrze, aby osiągnąć swoj cel.
                      Nie traktuj go jak wybitnie zdolnego geniusza, a tylko i wyłącznie
                      jak dziecko z doza powagi, konsekwencji i odpowiedzialności za
                      siebie. Te dzieci bardzo lubią być traktowane powaznie i wtedy
                      potrafią dokonać wiele.
                      rozwój umysłu u takich dzieci nie idzie w parze z rozwojem
                      emocjonalnym i mimo ich wiedzy i zainteresowań, musza miec czas
                      na "wygłupy" zabawy na placach zabaw itd... To sa jeszcze małe,
                      bardzo wrazliwe dzieci potrzebujące więcej ciepla i zrozumienia.
                      Bardzo trudno jest to wszystko połączyc razem nie popełniając błędow
                      po drodze, stąd przydaje sie psycholog i pedagog, patrzący z boku na
                      wszystko. Ich rady sa cenne, kwestia dopasować je do dziecka.
                      Corka od niemowlaka juz byla pod opieka psychologa, ponieważ
                      rozwijala sie bardzo dużo szybciej niz rowiesnicy i wtedy rady już
                      były bardzo cenne dla nas i bardzo nam pomagały, jak i dziecku.
                      Wtedy jest dużo łatwiej i mniej zmartwieńsmile)
                      Wiem, że w Polsce pojecie slowa psycholog przeraża dużą część
                      społeczeństwa, ale dzieci radzące sobie lepiej potrzebują wsparcia.
                      Psycholog radzi tobie, widząc i znając dziecka, a ty wprowadzasz to
                      w życie.
                      Dasz sobie radęsmile Glowa do gory. Szkołę sobie odpuść. Szkoła
                      conajwyżej tylko dołoży dziecku kserokopi zadań do zrobienia w domu
                      i na tym skończy się rola szkoly, a po co obciążać dziecko, lepiej
                      kupić mu w księgarni takie książki jakie sobie samo wybierze, a
                      ktore go zaciekawią. Wtedy sa efekty a nie przymusowe dodatkowe
                      dzialania i tak nudne dla dziecka.
                      • 05.11.09, 13:04 Odpowiedz
                        Nie boję się psychologa. Teraz, gdy w szkole mam dwoje dzieci i dwoje
                        gra na instrumentach to chyba sama go potrzebuję... Zresztą spotkałam
                        się z panią psycholog w szkole po tym, jak upewniłam się, że nie jest
                        to osoba, która staje po stronie koleżanek - nauczycielek, ale zawsze
                        po stronie dziecka. Wydaje mi się, że się zrozumiałyśmy i jesteśmy
                        umówione, że jak będzie potrzebna pomoc, to jesteśmy w kontakcie.

                        Napisz więcej o tych twardych zasadach. Z tym jest u nas kłopot, bo
                        syn ma bardzo silną wolę, córka też, okresowo raz jednak raz drugie
                        jest bardziej nieugięte, a mój mąż w dyscyplinie wobec dzieci nie
                        zawsze mi pomaga. Nie przeszkadza, ale zbyt często jest bierny i
                        działa częściej "na guziki", niż z własnej inicjatywy.
                        Sama staram się to robić. Dzieci muszą lekcje odrabiać, codziennie
                        ćwiczyć na instrumencie, przeczytać lekturę, a jak się zagapił, to
                        budzę go wcześniej, aby czytał, jestem konsekwentna. Tylko od
                        początku roku szkolnego, gdy na raz spadło na mnie wszystko nie mogę
                        sobie wyrobić jakiegoś codziennego wzorca, procedury wg które
                        mielibyśmy działać. Zadane jest raz więcej, raz mniej, córka często
                        nie ma nic, tylko instrument, a czasem na godzinę, trudno to wszytko
                        ogarnąć, a najtrudniej niechęć syna i powolność w odrabianiu lekcji.
                        To jest zarzewie większości konfliktów w naszym domu, może dlatego,
                        że mieszkanie jest za małe dla nas i dzieci mają wspólny pokój.
                        • 05.11.09, 13:53 Odpowiedz
                          mama_dorota odpisze wieczorem.
                          • 09.11.09, 08:39 Odpowiedz
                            Napiszesz coś o tych twardych zasadach? wink
                            • 09.11.09, 14:16 Odpowiedz
                              mama_dorota napisała:

                              > Napiszesz coś o tych twardych zasadach? wink

                              Co do mojej corki, to stosuję je i nie ma zlituj sie i żadnych próśb.
                              Nie dyskutuję, mowie raz a konkretnie.
                              W pierwszej kolejności sa lekcje zadana w szkole i to w ograniczonym
                              czasie. Nie zdąży, zabieram ksiązki i koniec. Jak dostanie minusa w
                              szkole za nie zrobione zadanie, to na drugi dzien sama sie
                              mobilizuje i mieści w czasie. Po zrobionych lekcjach dopiero jest
                              czas na jej przyjemności. Jeżeli zawali z lekcjami, to nie ma
                              żadnych przyjemności tzn. zajęc ktore uwielbia.
                              Nie przeczyta lektury, to sama ponosi konsekwencje w szkole, ja nie
                              czytam za nią, nie pomagam w lekcjach a conajwyzej sprawdze i widząc
                              błąd oddaje i prosze o poszukanie błedow, nie mówie gdzie w jakim
                              zadaniu.
                              Mozna by wiele pisać, ale pamietaj, że kazde dziecko jest inne i na
                              jednego działa a na drugiego nie. Ja znam swoje dziecko i wiem ile
                              przyjemności czerpie z nauki fizyki, biologi, historii i odebranie
                              jej przeczytania ciekwej książki w danym dniu to największa
                              tragedia, tak jak nie kupienie pizzy, ktora uwielbia, a dostaje raz
                              w miesiącu.
                              Moja corka uwielbia te nauki i traktuje je jako ogromną przyjemność
                              stąd zakaz w danych dniu przeczytania ciekawych informacji jest dla
                              niej bolesna karą.
                              Ja stosyje zasadę, najpierw obowiązki szkolne, porządek w pokoju,
                              ktory sama sprzata, a potem przyjemności.
                              Nie odstepuje od kary, chocby nie wiem jak mnie prosiła. Zazwyczaj
                              nie prosi, bo wie, że i tak to nic nie daje.
                              dziecko, ktore ma zorganizowany czas musi wyrobic się z obowiązkami,
                              aby miec czas na swoje zabawy czy przyjemności.
                              Konsekwencja w stosunku do dziecka i siebie, potrafi czynić cudasmile
                • 05.11.09, 08:59 Odpowiedz
                  Mojemu synowi, ktory na pewno nie jest dobrym uczniem... nawet
                  z "oficjalnego" polskiego nie ma dobrych ocen.
                  A rozszerzające zajecia dodatkowe ma.
                  Najstarszemu fakt, zrobiono krzywde przy moim współudziale. Ale
                  widze, ze przynajmniej niektore szkoly troche jednak się zmieniły -
                  i o dziwo, na lepsze. A juz gimnazjum, do ktorego chodzi syn jest
                  naprawdę dobre, nie oczekuję, ze będą stawiali dobre stopnie komus,
                  kto jest nieprzygotowany i autentycznie nie umie. Oczywiscie, czasem
                  mnie szlag trafia - syn zna historie, ale nie zna dat - i nie bedzie
                  znał, bo jako dyslektyk dat nie potrafi się nauczyć. I nie ma
                  zmiluj.
                  Za nieuwage obrywaly wszystkie moje dzieci. Za lekcewazenie
                  nauczycieli - głównie córka.
                  --
                  Mops i kot

                  img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                  • 05.11.09, 10:25 Odpowiedz
                    A wiesz na czym polegało to lekceważenie? Na tym, że wypowiedź pani
                    "Zima już do nas nie wróci" skomentował czymś, co i on i ja uważa za
                    formę żartu "A w przyszłym roku?".
                    Zresztą jakoś musiał sobie poradzić z tym, że cała klasa roztrząsała
                    temat tego, że powoli pracuje, kolega z ławki głośno zdawał pani
                    relację, że dopiero robi to lub to, a pani go nie uciszała i z tym,
                    że cokolwiek dzieci na niego doniosły, pani uważała za prawdę, nie
                    dochodząc jak było. On w takich sytuacjach stał, patrzył na nią i się
                    nie odzywał. Mnie osobiście powiedziała, że on kłamie i ja też. O ile
                    byłam w stanie uwierzyć w to, że kłamie dziecko, to wiedziałam, że ja
                    nie. Zresztą podobne zarzuty powpisywała we wniosku do poradni p-p.
                    Ja na jego miejscu bym się zapłakała, a on zawsze był dość silny,
                    więc jakoś przetrwał. To były naprawdę ciężkie chwile. Korzyścią z
                    tej całej sytuacji było to, że trochę dojrzał, bo każdy człowiek
                    dojrzewa najszybciej właśnie w trudnych momentach. Pracował powoli na
                    lekcji, a na sprawdzianach miał najlepsze oceny w klasie. Jakbym ja
                    mogła mu osobiście zorganizować naukę, odjęłabym mu te niepotrzebne
                    mu prace domowe (większość) i zastąpiła je takimi, z których
                    dowiedziałby się więcej na interesujące go tematy.
                    • 05.11.09, 11:42 Odpowiedz
                      Mój syn nie cierpi szkolnej biologii, która go nudzi, chociaż z
                      tego przedmiotu ma ogromną wiedzę pozaszkolną. Doszedł do wniosku,
                      że chętnie zaliczyłby ten przedmiot eksternistycznie, bo szkoda
                      czasu.
                      Co do nudnych prac domowych, to jakkolwiek doskonale rozumiem moje
                      dzieci, to po prostu nałożyłam na nie obligatoryjny obowiązek
                      odrabiania tychże. W ramach samodyscypliny, bo w życiu nie zawsze
                      będą robili to, co lubią, a te prace domowe zajmują im minimalną
                      ilość czasu .
                      Moja córka też non stop podpada nauczycielom, tyle, że muszą oni
                      zacisnąć zęby, bo nie mają się do czego przyczepić. Jest grzeczna,
                      kulturalna, ale do bólu asertywna i kieruje się swoimi wyborami, a
                      nie ''chceniem'' nauczyciela. Bardzo często odmawia, sugerując , że
                      dany przedmiot nie jest dla niej najważniejszy. Nie muszę mówić, że
                      w szkole raczej mile jest widziana postawa przymilająco- prosząca.
                      Na szczęście nie u wszystkich nauczycieli.
                      • 05.11.09, 12:02 Odpowiedz
                        JA też widzę wartość prac domowych w tym, że trzeba jednak robić nie
                        tylko to, co się podoba, tylko że u nas to zazwyczaj zajmuje sporo
                        czasu, a od naganiania do tego już mam nerwy zszarpane. Jak wchodzę do
                        domu i widzę plecak leżący za drzwiami, to wyć mi się chce.
                        • 05.11.09, 13:24 Odpowiedz
                          Ale jaki jest problem w nieodrabianiu prac domowych? Ja mimo, ze
                          zdiagnozowana jako wybitne zdolna olewalam wiekszosc rzeczy
                          kompletnie i jechalam na trojkach bo mi nie zalezalo na uczeniu sie
                          historii i przepisywaniu ksiazek. Jak raz napisalam wypracowanie na
                          temat Zbrodni i Kary to nauczycielka kazala przyjsc do szkoly obojgu
                          rodzicom i przeczytac co ja napisalam i jak mogli wychowac takiego
                          potwora jak ja.

                          Dzieci wybitnie zdolne maja trudniej bo sa inteligentne i czesto maja
                          ciete ripoty. Ja sobie narobilam tym pol szkoly wrogow chociaz wcale
                          nie chcialam a cale stado nauczycieli szczerze mnie nienawidzilo za
                          te odzywki, chociaz kulturalne to jednak ciete i robiace z
                          nauczycieli kretynow. Bo co ma powiedziec kretynka udajaca
                          nauczycielke jesli smieje sie z niej cala klasa bo jedna uczennica
                          powiedziala dwa slowa.

                          Nie zmuszajcie dzieci do nudnych prac domowych, wcale one nie sa
                          najwazniejsze ani nie oceny. Jesli dzieci sa zdolne to i tak cos
                          osiagna z tymze musicie sie liczyc z faktem wyjazdu za granice. W
                          Polsce nie ma dla takich ludzi miejsca, nie bylo i nie bedzie. Nie ma
                          co liczyc na uczelnie wyzsze. Po studiach, jesli przypadkowo studiuje
                          sie w Polsce, zeby cos w zyciu osiagnac trzeba wyjechac. Ja
                          wyjechalam i bardzo sobie chwale, tu jest miejsce na rozwoj i
                          wymyslanie nowych rzeczy. Niedawno spotkalam moja fizyczke z liceum,
                          nadmienie, ze na maturalnym ma lufe z tego przedmiotu. Jak uslyszala
                          gdzie pracuje i co robie to ledwo na nogach ustala. A pamieta mnie ta
                          pipa bardzo dobrze i zapewne bardzo pamieta swoje slowa,
                          wypowiedzaine przed cala klasa, ze predzej sie pieklo rozstapi niz ja
                          chociaz jeden semetr na politechnice zalicze. Moja nauczycielka
                          niemieckiego nazwala mnie absolutnym beztalenciem jezykowym
                          skutecznie zatruwajac mi zycie w szkole sredniej. Pare lat pozniej
                          spotkalam ja w pociagu i zdzira mnie pamietala. Zapytala sie co
                          robie, powiedzialam ze sie doktoryzuje w Szwajcarii. Zrobila wielkie
                          oczy i zapytala w jakim jezyku. Poniewaz w przedziale siedzialo
                          jeszcze kilka osob poslalam jej soczysta wiazanke po niemiecku,
                          zamknela sie i nic juz wiecej nie powiedziala.

                          • 05.11.09, 20:37 Odpowiedz
                            Cóż, nie "shańbiłam"smile się odrabianiem prac dmowych od 5 lkasy SP,
                            robiac wyjatki dla wypracowań, referatow i jezyka francuskiego.
                            Zamiast odrabiac lekcje - czytalam, a zadania przepisywalam od
                            kolegow. To bardzo nerwowe zajęcie... Ale nie żaluję, nie mam tez
                            szczególnego poczucia winy, bo praca w szkole jest praca przymusową,
                            nie dobrowolną.
                            Odrabianie lekcji ma sens o ile da się je odrobic, jednak polska
                            szkola przeczy zasadzie prawa rzymskiego "Nie mozna od nikogo
                            wymagac rzeczy niemozliwych". Gdy zaczęłam wymagac odrabiania
                            wszystkiego, moj syn konczył odrabianie lekcji o 23. To ja dziękuje,
                            wole, zeby czytał.
                            Jesli chodzi o "odzywki" do nauczycieli, to jestem zdania, ze
                            powinny być ograniczone do minimum - nie ma nic złego w dowcipnej i
                            niezlosliwej uwadze, ani w sporadycznym poprawieniu nauczyciela, ale
                            jest grupa mlodziezy, ktora chce caly czas wtracac swoje trzy grosze
                            i popisywac się wiedza - podczas gdy nieszczęsny nauczyciel próbuje
                            nauczyć resztę klasy programu wymaganego przez szkołę. I ja
                            rozumiem, ze to moze byc nie do zniesienia.
                            No i nie zgodze się, ze emigracja jest konieczna- na pewno nie
                            dotyczy to sporej części humanistyki.
                            --
                            Mops i kot

                            img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                            • 06.11.09, 09:15 Odpowiedz
                              Wiem, że mój syn póki co nie zachowuje się nonszalancko wobec
                              nauczycieli. Tamta kobieta była wyjątkowo klapkowata i już nie chce
                              mi się o tym pisać. W ogóle on nie pasuje do opisywanego typowego
                              dziecka wybitnie zdolnego, które przez innych uważane jest za
                              zarozumialca. Raczej jest z tych, którzy próbują ukryć przed innymi
                              to, że wiedzą więcej. Bardzo często opowiada mi w domu, że cała klasa
                              czegoś nie wiedziała, a on wiedział. Na pytanie, czy powiedział o tym
                              nauczycielowi, prawie zawsze pada ta sama odpowiedź "NIE". Jak się
                              czymś popisuje, to jest to pajacowanie, a nie elokwencja czy cięty
                              dowcip. W tamtym momencie z nauczycielką chodziło też w jego
                              mniemaniu o żart. A dlaczego ona się zdenerwowała, to już jej słodka
                              tajemnica. Ogólnie moje dzieci tak mają, ze łapią mnie za słówka,
                              wyciągają niedopowiedzenia i niekonsekwencje, a ja zazwyczaj im na to
                              pozwalam, bo wg mnie świadczy to o aktywnym słuchaniu i logicznym
                              myśleniu.
                              O cięte wypowiedzi posądzałabym prędzej córkę, która jednej
                              nauczycielce, gdy ją w czymś poprawiła powiedziała, że mogła od razu
                              o tym powiedzieć i jeszcze kilka takich historii jej się zdarzyło,
                              więc stanowczo o tym rozmawiałyśmy, że to nie jest odpowiednie
                              zachowanie wobec nauczycieli. Ale to jest normalna kobieta i tylko
                              postraszyła uwagą, ale żadnego halo z tego nie robiła.

                              A odrabiania prac domowych nie mam zamiaru odpuszczać. Jak mu ciążą,
                              to niech robi szybciej i tyle. Ostatnio stwierdził, że ma do nich
                              więcej chęci, więc może w końcu coś się zmieni.
                            • 06.11.09, 22:50 Odpowiedz
                              No wiesz, humanista to dzisiaj ktos kto nie umie liczyc wiec z tym
                              bym uwazala. Nauki humanistyczne tez jakos nigdy nie staly u nas na
                              wysokim poziomie, filozofia lezy, pisarzy jakos tez specjalnie nie
                              mamy - raczej sie naszej literatury nie tlumaczy na inne jezyki.
                              Autorytety moralne po aferze z Polanskim upadlu i juz nie powstana,
                              polska kinematografia to wciaz martyrologia i nic wiecej, no pomijamy
                              komedie.
                              Zreszta w tych dziedzinach alno sie ma talent alno sie go nie ma i
                              nic z tym zrobic nie mozna.

                              Nuki scisle oczywiscie leza, politechniki zamiast ksztalcic
                              inzynierow ksztalca ... bo ja wiem co? Trudno nazwac moje studia
                              jakos wybitnie rozwijajacymi, wielkich umyslow nie spotkalam a
                              wszystko czego sie naucazylam to ciezka praca wlasna i wrodzona
                              ciekawosc.
                          • 06.11.09, 09:27 Odpowiedz
                            Mnie z różnych względów zależy na tym, aby dzieci potrafiły zachować
                            się z szacunkiem wobec innych ludzi, także nauczyciela i inteligencja
                            nigdy tu nie będzie tłumaczeniem.
                            A jeśli chodzi o możliwości rozwoju gdzie indziej, to nie sposób się
                            z tobą nie zgodzić. Wczoraj na kursie angielskiego kanadyjski lektor
                            zaczął dyskusję na temat edukacji. W Kanadzie jest nauczycielem
                            historii i sporo dowiedzieliśmy się właśnie o tym, że tam w dobrym
                            tonie jest przerywanie nauczycielowi w czasie na lekcji i
                            argumentowanie, że nie ma racji, że uczeń się z nim nie zgadza.
                            Celowo się niejednokrotnie prowadzi lekcję w taki sposób, aby to
                            sprowokować.
                            Mój problem chyba leży w tym, że sama byłam taką wzorową uczennicą i
                            bardzo mnie to dowartościowywało. Mama zawsze wysoko stawiała
                            poprzeczkę, praktycznie aż do niemożliwości i to od nauczycieli
                            odbierałam zachęty i pochwały. Teraz, gdy syn nie garnie się do
                            lekcji, a jednocześnie zależy mu na dobrych stopniach (pisałam, że
                            jest dość dziecinny) staram się robić co się da, aby postępował tak
                            jak ja, bo nie mam innego pomysłu.
                            Poza tym on jest teraz w klasie z synem znajomych, swoim dobrym
                            kolegą, też wybitnie zdolnym, który odnosi wiele sukcesów i stale mój
                            się z nim porównuje. My tego nigdy nie robimy.
                      • 05.11.09, 12:47 Odpowiedz
                        azile.oli napisała:
                        > w szkole raczej mile jest widziana postawa przymilająco- prosząca.
                        > Na szczęście nie u wszystkich nauczycieli.

                        Jak wszędzie. W klasie mojej corki dzieci i rodzice przymilający się
                        a nawet "wazelinujący" pani maja dobre oceny. Mnie cieszy fakt, że
                        corka zrozumiala, że one nie sa najważniejsze, ale i tak gdzies w
                        srodku ją boli. Po rozmowie z nami przechodzi do porzadku dziennego
                        i przestaje sie przejmowac.
    • 07.11.09, 20:22 Odpowiedz
      A czy interesowałas się zajęciami na GUD? Nie są dla wybitnie zdolnych, ale dla
      dziecka o szerokich zainteresowaniach może byłyby ciekawe?
      www.gud.com.pl
      • 20.11.09, 19:44 Odpowiedz
        1-Dzieci rozwijaja sie fazami.
        w wieku 10 lat moze byc bardzo dobry,a juz w wieku 15 lat taki
        sobie.
        2-najwazniejsze jest uwarunkowanie dziedziczne.Jesli oboje
        ukonczyliscie dobre studia,to pracujcie nad pracowitoscia dziecka,bo
        zdolnosci mu nie zabraknie.
        3-do klasy wybitnie zdolnych razem z moja corka chodzila
        Samantha,ktora byla tam skierowana w wieku 4 lat(pre-K) ale w wieku
        10 lat juz sie do tej klasy nie nadawala i nie pisala razem z nimi
        testow szkolnych.
        4-w wieku 11 lat konczy sie podstawowka i z grupy 30 osobowej tych
        najlepszych do najlepszych gimnazjow dostalo sie tylko 12 uczniow.
        Oczywiscie do tych najlepszych gimnazjow sa b.trudne egzaminy i nikt
        tam sie nie dostaje za "dobre osiagniecia w podstawowce".
        4-za rok corka bedzie miala egzamin do liceum i juz widze,ze czesc
        tych najlepszych z podstawowki sie do najlepszych liceow nie
        dostanie.

        Oczywiscie caly czas mowie o bardzo duzej konkurencji w bardzo duzym
        miescie NYC.
        W malych miejscowosciach wyglada to na pewno inaczej.

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.