Dodaj do ulubionych

Czy to dużo? Mało? Normalnie?

19.03.10, 12:15
Koleżanka pisze pozew do sądu o podwyższenie alimentów i przy
różnych wyliczeniach wyszło jej, że miesięcznie na 8-latka średnio
wydaje 2 tys. Poradziłabym jej, żeby nie podawała takiej kwoty, bo
to duża suma i nie będzie miała szans na wyższe (chce 900 zł/mies)
alimenty. Ale może się mylę i te 2 tys. to norma obecnie?... Co
myślicie?
Edytor zaawansowany
  • idyla 19.03.10, 12:27
    Ja rozumie ze kazda matka chce dla dziecka jak najlepiej,ale wydaje mi sie ze to
    grubo przesadzona suma.Za dwa tys zl to zywi sie nie jedna rodzina
    miesiecznie.Wszystko zalezy do zarobkow ojca chyba ze chce sie go zostawic bez
    srodkow do zycia.Zaden sad nie przyzna takiej sumy.Walka rodzicow to najgorsza
    rzecz dla dziecka .To tylko moje zdanie.
  • asiara74 19.03.10, 12:36
    Pyt. zasadnicze to ile pan tata zarabia, jeśli grubo ponad 2 tyś to nie jest to
    wygórowana kwota. Argument, że niektóre rodziny za tyle wegetują(zamiast żyć)
    nie mają nic do rzeczy.
  • dorotammc 19.03.10, 12:43
    Tata - ok 2200. I dziecko z drugiego aktualnego małżeństwa.
  • edytek1 19.03.10, 12:42
    To za ile żywi się rodzina x czy y nie ma znaczenia dziecku po rozwodzie nie powinien się obniżyć standard życia i jeśli przed były pieniądze na języki, muzykę narty ( itp) to alimenty powinny to uwzgędniać tak samo jak możliwość zarobkowania ojca( kiedy dziecko zostaje z matką)
    --
    Czas na nową sygnaturkę.
  • dorotammc 19.03.10, 12:46
    Rozstali się, gdy dziecko miało 4 lata, więc trudno mówić o
    wydatkach wtedy i teraz. Ojciec zarabia ok. 2200-2300, i ma dziecko
    w drugim aktualnym małżeństwie.
  • olifra1 19.03.10, 12:49
    przy takiej pensji ojca (i jego drugiej rodzinie) to ona może nie dostać tych
    900 zł., ale decyzja należy tylko i wyłącznie do sądu.
  • olifra1 19.03.10, 12:46
    nasz znajomy płaci 1700 m-c. jest bogatym człowiekiem, który próbował w zasadzie
    ukryć swoje dochody, ale nie do końca mu wyszło. nie będę rozpisywać się w
    szczegóły bo tu nie o to chodzi, ale matka jego dziecka chciała 4000 tyś. trzeba
    wnioskować o jak najwięcej. sąd zawsze tą kwotę i tak obetnie. także ja na Twoim
    miejscu takiej rady bym nie dawała.
  • anndelumester 19.03.10, 12:50
    900 złotych alimentów na dziecko to kwota śmieszna, ale w wielu polskich
    rodzinach niestety tak jest, że nie żal na alkohol, papierosy i telewizje
    satelitarna , a na dziecko żal każdej złotówki.
    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • dorotammc 19.03.10, 12:52
    Bardziej pytam o te 2 tys. miesięcznie na 8-latka, czy to nie będzie
    jakaś kwota dla sądu bulwersująca, niż o wysokośc tych alimentów.
  • anndelumester 19.03.10, 12:59
    A co ma być bulwersującego?
    Dziecko się wychowuje, a nie hoduje.
    Koszty jedzenia - chyba wysoki sąd nie zajada 30 dni w miesiącu pasztetowej z
    Biedronki.
    Koszty szkoły, zajęć dodatkowych, ubrania, sport rozrywka, edukacja typu
    wystawy, kino, muzea, wyjazdy, wakacje , ferie - niestety wszystko kosztuje.
    plus koszty życia - mieszkanie, prąd woda, gaz etc.
    Niech koleżanka pisze o jak najwyższą kwotę. To że pan zrobił drugie dziecko ,
    nie zwalnia go z zapewnieniu normalnego funkcjonowania pierwszemu.

    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • olifra1 19.03.10, 12:59
    nie będzie bulwersująca, bo ta kwota sama w sobie nie jest bulwersująca, poza
    tym sąd naprawdę nie jedno już widział i słyszał. podstawą jest odpowiednie
    uzasadnienie każdej kwoty.
  • asiara74 19.03.10, 13:07
    Uzasadnienie niewiele tu da, jeśli facet zarabia niewiele ponad 2 to żaden sąd
    nie przyzna alimentów w takie kwocie. Myśle że koleżanka może liczyć na kwotę do
    1 tyś.
  • olifra1 19.03.10, 13:25
    w tym wypadku zapewne nie, ale ja tylko odpowiadałam na pytanie czy taka kwota
    jest bulwersującawink
    wyżej napisałam, że według mnie nie wiem czy ma szanse nawet na te 900 zł
    zważywszy na jego sytuację rodzinną i zarobkismile
  • dorotammc 19.03.10, 14:01
    jeśli facet zarabia niewiele ponad 2 to żaden sąd
    > nie przyzna alimentów w takie kwocie. Myśle że koleżanka może
    liczyć na kwotę do 1 tyś.

    Nie rozumiem, czyli "żaden sąd nie przyzna 900 zł, ale przyzna do
    tysiąca?" ???
  • asiara74 19.03.10, 14:21
    Nie przyzna kwoty 2 tyś, to miałam na myśli
  • dorotammc 19.03.10, 14:24
    Więc przeczytaj mój pierwszy post, bo nie zrozumiałas chyba, o co
    pytam i jakie sa to kwoty.
  • jaspers 31.03.10, 15:47
    moja koleżanka, miała sprawę w ubiegłym roku. Jej mąż zarabia około 4500 zł na
    rękę. Chciała 1000 zł i dostała bo tak ustalili wcześniej z mężem. Koleżanka na
    rozprawie mówiła że koszt miesięczny dziecka łacznie z piłką nożną, kursem
    językowym i basenem, plus kolonie itp itd, oraz codzienne życie to średnio 2
    tys. złotych. Sędzina złapała się za głowę i stwierdziła że 1000 zł to i tak
    bardzo dużo.
    Więc tak naprawdę to zależy od sędziego niestety.
    Chyba niektórzy nie zdają sobie sprawy ile kosztuje dorastający dzieciak.A to,
    że niektóre rodziny żyją za mniejszą kwotę to nie ma znaczenia. Jeśli dziecko
    przed rozwodem mogło chodzić na te wszystkie zajęcia to dlaczego ma mu się
    obniżyć stopa życiowa po rozwodzie rodziców?
    Ale tak to już u nas jest.
  • srebrnarybka 19.03.10, 14:13
    Znam wypadek, gdy ojciec zarabia 2000 zł, matka 6000 zł, rozwód z
    winy obopólnej, dziecko przyznano matce, a ojcu zasądzono "na dzień
    dobry" 1000 zł alimentów. Sąd uzasadniał, że podobno niższych
    alimentów się nie przyznaje. Różnica tylka ta, że ojciec dziecka
    pozostał samotny, więc z tych 2000 zł musi utrzymać siebie i 1/2
    dziecka.
  • morekac 19.03.10, 20:53
    Sąd uzasadniał, że podobno niższych
    > alimentów się nie przyznaje.
    Gdzie taki świetny ten sąd?
    --
    "To moja pierwsza miłość. Taka istotka co leży pode mną. Wiem, że nie mogę za
    mocno nią sterować, bo to boli." by E.Staszulonek
  • srebrnarybka 19.03.10, 22:59
    Gdzie taki świetny ten sąd?
    W Warszawie.
  • morekac 19.03.10, 23:53
    No patrz ty... ale to uzasadnienie to nieprawda, niestety.
    --
    "To moja pierwsza miłość. Taka istotka co leży pode mną. Wiem, że
    nie mogę za mocno nią sterować, bo to boli." by E.Staszulonek
  • srebrnarybka 20.03.10, 00:02
    W uzasadnieniu było więcej kwiatków. Była to zresztą druga instancja
    po apelacji. Wyrok w pierwszej instancji zawierał nie tylko wiele
    stwierdzeń nieprawdziwych, ale także błędy ortograficzne. No, ale ta
    ostatnia sprawa wiąże się jakoś z kwestią poruszaną w "zapętleniu"
    niżej - tym, ile zarabia profesor belwederski i jak trudno jest
    znaleźć pracę, nawet z habilitacją. Jakoś to tak jest, że skoro
    społeczeństwo opłaca profesorów tak, jak opłaca, to najwyraźniej
    rośnie liczba osób, które robią błędy ortograficzne i toleranacja
    dla pozostawiania ich w oficjalnym piśmie. Nie usprawiedliwia tego
    dysleksja - dyslektyk wie, że robi błędy, więc powinien sprawdzić
    napisany tekst korektorem komputerowym. Ale po co ...
    Coraz częściej myślę, że pora umierać ...
  • w.i.l 19.03.10, 17:18
    mężczyzny z zarobkiem 2200 i drugim dzieckiem na utrzymaniu.
    Jak ta kobieta wyobraża sobie utrzymanie swojego dziecka za 2000 zł
    a dorosłego mężczyzny i innego dziecka za kilkaset zł?
    Wprost w głowie się nie mieści jej arogancja.
  • sion2 19.03.10, 17:43

    Zadbac o wlasnie dziecko to nie arogancja. Tylko że ten facet ma
    dwoje dzieci i zadne z nich nie jest winne temu, że facet
    jest nieodpowiedzialny. To drugie dziecko jest tak samo wazne, ma
    takie samo prawo do zycia w godziwych warunkach. I powtarzam nie
    jest winne
    postepowaniu tatusia.
    Wiec kwota 2 tys zlotych przy zarobkach nieco ponad 2 tys jest
    nieporozumieniem, mysle ze kazdy sprawiedliwy sedzie wezmie pod
    uwage sytuacje życiwą obydwojga dzieci. Zwlaszcza jesli to drugie
    jest malutkie a matka opiekuje sie nim i nie pracuje.
  • anndelumester 19.03.10, 19:16
    Co do nieodpowiedzialności tatusia pełna zgoda. Ale...
    Sąd na szczęście zazwyczaj bierze pod uwagę możliwości zarobkowe delikwenta, a
    nie ile dostaje na rękę. Pan chce żyć na dwie rodziny - trudno, trzeba zarabiać
    więcej. Nic nie usprawiedliwia , ani malutkie dziecko (moze trzeba było w
    odpowiednim momencie założyć ogumienie), ani druga zona, która chyba miała
    świadomość z jakim kochającym tatusiem się wiąże.

    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • morekac 19.03.10, 20:51
    Primo: koszty utrzymania dziecka wyszły ok 2 tys - IMHO: mogą być trochę
    naciągnięte, ale nie tak dużo. Dzieci są kosztowne.
    Secundo: Alimenty mają być w wysokości ok 900-1000 zł - czyli ok 50% kosztów.
    Alimenty nie mają być w wysokości 2tys.
    Tertio: nie wiadomo,dlaczego rodzice nie są razem, kto kogo zostawił itp - a wy
    już napadacie, że facet nieodpowiedzialny. Równie dobrze nieodpowiedzialna może
    być mama, bo wydaje na dziecko powyżej swoich możliwości. Powiedzmy,że facet ma
    na utrzymaniu siebie, żonę, 1 niemowlaka i pół ośmiolatka, Zatem realnie
    utrzymuje 3,5 osoby. Wypada po 628 zł na osobę... Jeśli będzie płacił 900 zł
    alimentów - na utrzymanie pozostałych trzech osób będzie miał po 433 zł na
    głowę. Ile wynosi minimum socjalne?
    --
    "To moja pierwsza miłość. Taka istotka co leży pode mną. Wiem, że nie mogę za
    mocno nią sterować, bo to boli." by E.Staszulonek
  • w.i.l 22.03.10, 18:06
    Z tym, że 2 tys na utrzymanie dziecka mieszkającego z matką?
    A ile dostają emeryci mieszkający sami i ponoszący sami koszty
    mieszkania i opłat?
    2000 zł to fanaberia. Baba sama juz nie wie jak dokuczyć byłemu
    mężowi.

    --
    2325 zł 38 gr na sekundę - to koszt nieróbstwa Donalda Tuska.
    Licznik bije: z każdą sekundą o 2325 zł 38 gr przyrasta dług III RP
    pod rządami PO.
    Zapłacisz Ty.
    www.zegardlugu.pl/
  • iin-ess 01.04.10, 09:39



    w.i.l napisał:

    > mężczyzny z zarobkiem 2200 i drugim dzieckiem na utrzymaniu.
    > Jak ta kobieta wyobraża sobie utrzymanie swojego dziecka za 2000 zł
    > a dorosłego mężczyzny i innego dziecka za kilkaset zł?
    > Wprost w głowie się nie mieści jej arogancja.


    Sąd powinien brać pod uwagę możliwości zarobkowe, anie nie zarobki( i w tym
    wypadku najprawdopodobniej Sąd tak zrobił) uznał, że kwota 2000 jest zaniżona i
    człowiek z jego wykształceniem, doświadczeniem bądź kwalifikacjami może zarobić
    więcej.


    A jak nazwiesz to, że Sąd przy zarobkach ojca 5000-6000 zasądza alimenty w
    kwocie 450zl?
  • jakw 19.03.10, 17:56
    Kwota może być niecałkiem z sufitu. Dziecko zapewne je, pije i co
    jakiś czas potrzebuje też ubrań i butów. Jako uczeń potrzebuje też
    książek i przyborów szkolnych. Dolicz zajęcia dodatkowe, rozrywki
    czy wakacje. Dziecko zużywa też prąd, wodę, produkuje śmieci. Jeśli
    koleżanka potrafi udokumentować i uzasadnić te wydatki - dlaczego
    nie ma wpisać takiej kwoty. Btw na obojgu rodzicach ciąży obowiązek
    utrzymania dziecka, więc wpisywanie wydatków w wysokości 900 złotych
    i domaganie się tej całej kwoty od byłego pewnie nie byłoby dobrze
    widziane przez sąd.
  • jakw 19.03.10, 17:57
    A ile koleżanka tych alimentów dostanie - to już kwestia sądu, który
    pewnie jednak będzie brał pod uwagę sytuację finansową obu stron.
  • fogito 19.03.10, 19:24
    Kwota 2000 na dziecko to jak bajbardziej normalna kwota. 900 to dla
    mnie smieszna kwota. Nie wiem o jakie miasto chodzi, ale w W-wie to
    ciezko dziecko utzrymac za takie grosze.
    A co do pana, ktory zarabia tak malo - jak ktos powiedzial - liczy
    sie to ile moze zarobic w konkretnym zawodzie a nie to ile zarabia.
    Wszystko zalezy od sadu i od udokumentowania wydatkow.
  • srebrnarybka 19.03.10, 20:29
    liczy
    > sie to ile moze zarobic w konkretnym zawodzie a nie to ile
    zarabia.

    Są zawody, w których NIE MOŻNA zarobić więcej, niż te nieco ponad 2
    tysiące. I to niektóre całkiem prestiżowe - np. profesor belwederski
    w instytucie panowskim. Można dorabiać honorariami autorskimi, ale
    to jest bardzo nieregularne i niepewne.
  • anndelumester 19.03.10, 21:27
    > Są zawody, w których NIE MOŻNA zarobić więcej, niż te nieco ponad 2
    > tysiące. I to niektóre całkiem prestiżowe - np. profesor belwederski
    No to może trzeba zmienić zawód? Albo miejsce pracy?
    O ile facet po niepełnej podstawówce z IQ <60 mógłby mieć z tym kłopot, tak
    profesor, a do tego belwederski - ma pełen wachlarz możliwości, bo i kapitał
    społeczny duży, języki, inteligencja etc. etc.

    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • verdana 19.03.10, 22:01
    Nie.
    Profesor belwederski ma ograniczone możliwosci - za publikacje się
    nie płaci, etaty sa ograniczone do dwóch, a jak się chce je utrzymać
    to wymagane są publikacje (za które się nie płaci). Więc mnostwo
    czasu zajmuje pisanie -za darmo. W dodatku profesor np. filologii
    ukraińskiej/ historii sredniowiecznej/ gramatyki historycznej nie
    jest , ze tak się wyrazę, rozrywany. Ma więc ten etat za 2400
    (brutto). I pracuje dla ideismile
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • srebrnarybka 19.03.10, 22:54
    Na razie jestem tyko dr hab. i pracując na wyższej uczelni zarabiam
    więcej niż "nieco ponad dwa tysiące". (Na uczelniach zarabia się
    więcej, niż w instytutach panowskich). Ale w tej chwili kierunek, na
    którym wykładam, jest na mojej uczelni likwidowany, i dosłownie w
    całej Polsce nie mogę znaleźć pracy na żadnej innej uczelni. Nie mam
    pojęcia, co będę robić od października. Oczywiście, że ostatecznie
    zawsze znajdę zajęcie jako sekretarka w podrzędnym biurze, kasjerka
    w teatrze albo dozorczyni, ale wtedy też nie zarobię więcej
    niż "nieco ponad dwa tysiące". Na szczęście nie płacę alimentów.
    Ale doprawdy są zawody, w których nie da się zarobić więcej i nie
    wynika to z lenistwa, nieudacznictwa życiowego i braku kwalifikacji.
  • triss_merigold6 21.03.10, 09:14
    Nie dorabiaj ideologii do nieudacznictwa. Mając dr hab potrafisz
    prowadzić zajęcia/wykładać tylko na jednym kierunku? Coś mało
    prawdopodobne, skoro ja i znajomi doktoranci (czyli magistrzy)
    prowadziliśmy ćwiczenia i konwersatoria z 2-3 przedmiotów. Dr hab
    powinien być bardziej zdywersyfikowany.
    Zachowujesz się jak ludzie na początku lat 90-tych wpadający w
    panikę kiedy likwidowano fabrykę/zakład pracy, w którym pracowali 15-
    20 lat i nie wyobrażali sobie zmiany zajęcia. Tylko, że u
    przedstawicieli zdeklasowanej znienacka wielkoprzemysłowej klasy
    robotniczej posiadających wykształcenie zawodowe lub max technikum,
    taka panika była w miarę zrozumiała.
    Od niemal 20 lat wszystkie możliwe porady dotyczące przyszłości
    zawodowej zalecają posiadanie wielu umiejętności umożliwiających
    pracę w różnych miejscach oraz przzywyczajenie się do myśli, że
    praca w jednej instytucji nie jest dana raz na całe życie. Ktoś z
    wykształceniem wyższym powinien umieć to zauważyć i wyciągnąć
    wnioski.
  • verdana 21.03.10, 10:04
    Rozumiem, ze poperasz g.. robotę - dr. hab wykladający nie to, na
    czym się zna, tylko cokolwiek za kasę? Każdy potrafi wykładać 2-3
    rzeczy, ale ze swojej dziedziny - a nie z calkiem innej, na innym
    kierunku. Ortopeda pracujący jako ginekolog, aby dorobic jest tez OK?
    Rozumiem, ze dla Ciebie licza się pieniądze, zarobione uczciwie lub
    mniej uczciwie. Sa jednak tacy, co wola zarobic mniej, ale
    sumiennie.

    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • triss_merigold6 21.03.10, 10:38
    Lekarze to inna bajka, zresztą wielu ma po 2 specjalizacje.
    Porównywanie lekarza z humanistą to demagogia.

    Nie wierzę, że dr hab nie jest w stanie przygotować wykładów z
    tematyki związanej ze swoim wykształceniem, nawet jeśli mają być
    nieco inne niż te, które prowadził dotychczas. Srebrnarybka ma w
    perspektywie - jak pisze - bezrobocie, a to nie jest wizja
    sprzyjająca fochom i kaprysom. Jeśli będzie głodować z powodu
    ambicji to na własne życzenie.
    Ja tylko podkreślam, że nie ma nakazu pracowania całe życie w jednym
    miejscu i robienia tego samego. Od 20 lat czytam (i zapewne inni
    również), że warto mieć wiele umiejętności i adaptować się do
    sytuacji na rynku. Tym bardziej jeśli są dzieci. Skazywanie dzieci
    na mierny poziom życia, bo rodzice mają ambicję pracować
    hobbystycznie uważam za nie fair.
    Co do redaktorów - mam zupełnie inne info. Zatrudniania są na etat
    m.in. np. w redakcji IPN, Ośrodka "Karta", w CEO, obecnie też mam
    etat redaktora w swojej fabryce.
  • srebrnarybka 21.03.10, 11:02
    Po pierwsze - mnie nikt nie chce zwolnić. Mnie chcą koniecznie
    zatrzymać, ponieważ jest im potrzebne "pogłowie' dr. hab. Natomiast
    jeśli rzeczywiście zlikwidują kierunek i każą mi wykładać na tym,
    który zamierzają utworzyć, zwolnię się sama, bo moja praca na nim
    byłyby nieuczciwością. Po pierwsze dlatego, iż kierunku, który
    zamierzają utworzyć, w ogóle za naukę nie uważam i nie będę go
    firmowć moim nazwiskiem. Po drugie ten kierunek na innych uczelniach
    produkuje tony bezrobotnych, więc jest oszukiwaniem studentów.
    Zamierzają go uruchomić, żeby zapewnić ciepłe posady pracownikom
    zwalnianym w tej chwili w dużej ilości z pewnej instytucji. Po
    trzecie - dlatego żę wykłądowca może wykłądać na poziomie
    akademickim to, z czego prowadził badania. Teoretycznie mogę
    przygotować jakieś wykłady z bełkotu, który ma być wykładany na
    mojej uczelni, ale byłoby to nieuczciwe, bo w tej dziedzinie nie
    prowadziłam badań. Akademickie standardy tym różnią się od
    szkolnych, że wykłądy powinny być zakorzeniowe w badaniach naukowych
    prowadzonych przez wykładowcę, a nie być streszczeniem skryptu
    przeczytanego w noc przed wykładem. W innym wypadku są oszustwem. A
    dla mnie, z punktu widzenia mojej ambicji, wszystko jedno czy będę
    wykłądała bełkot, który zaproponują mi władze uczelni, czy będę
    sprzątaczką. Tyle, że w tym ostatnim wypadku będę uczciwa. Mimo
    wszystko myślę, że na bezrobotne nie pójdę.
    Aha, w ramach kierunku, na którym wykładałam dotąd, prowadziłam już
    kilkanaście typów różnych zajęć. Na mojej uczelni likwidują nie
    jedną specjalność, ale cały kierunek. Tak, jakby zlikwidowali
    medycynę, a lekarzowi kazali wykładać farmację. Przy czym farmacja w
    ogóle jest pożytecznym kierunkiem, a ten, na którym każą mi
    wykładać - nie jest.
    Sama masz dziecko/dzieci i życzę Twemu potomstwu, gdy będzie
    studiowało, by wykładali mu ludzie czerpiący wiedzę ze swoich badań
    naukowych, a nie oszuści skaczący w jedną noc z kierunku na kierunek.
    Skazywanie dzieci na posiadanie nieuczciwych rodziców uważam za nie
    fair.
    Uważam też, że społeczeństwo, które płąci pensję 6000 zł panience od
    PR za robienie ludziom wody z mózgu, a profesorowi belwederskiemu i
    opiekunowi niepełnosprawnych dzieci 2000 zł jest chore i żadnym
    rynkiem nie da się tego wytłumaczyć. Jeżeli już, to ogólnym
    schamieniem, które sprawia, że nie ceni się wykształcenia,
    twórczości naukowej i poświęcenia dla chorych dzieci.
    Wiele lat zarabiałam bardzo mało i nie uważam się za nieudacznika
    życiowego. Wręcz przeciwnie. Byl to mój świadomy wybór. W tej
    chwili, póki się z tej pracy nie zwolnię, zarabiam nieźle, ale
    zapewne i tak mniej, niż większość na tym forum. Ale przynajmniej
    wiem, że jak będę umierała, będę wiedziała, że napisałąm parę
    wąznych książek i wniosłam jakiś wkład do kultury polskiej. Ciekawa
    jestem, jaką satysfakcję będzie miała pani od PR zarabiająca teraz
    6000 zł?
  • verdana 21.03.10, 12:58
    Bo humanistyke to może każdy wykladać? I potem kształceni przez byle
    kogo pójda do szkół nauczyciele, do róznych osrodków opiekunowie
    spoleczni - super po prostu.
    Wiesz, są ludzie, ktorzy wola bezrobocie od nieuczciwosci. Uwazam
    też, że poziojm życia dzieci to nie jest najwazniejsze - owszem,
    ponizej pewnego poziomu nie powinno sie zejść - ale tłuczenie kasy
    gdziekolwiek, dal "dobra dziecka" wcale nie powoduje, ze będzie mu
    się lepiej żylo. Sfrustrowany, niezadowolony z pracy rodzic - to nie
    jest akurat to, czego dziecko potrzebuje najbardziej.
    Bardzo szerokie umiejetności i zmiana pracy jest OK (sama pracowałam
    w róznych miejscach w życiu), ale do pewnego poziomu - profesor albo
    jest dobrym naukowcem, albo jest dobry we wszystkim i moze spokojnie
    zacząć sprzedawać ubezpieczenia czy pracować dla koncernu. Takich
    cudów nie ma.
    Masz etat redaktora??? Bo ja mam przyszłą synową, konczącą studia,
    ktora poszukuje etatu?
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • anndelumester 21.03.10, 13:59
    > Masz etat redaktora??? Bo ja mam przyszłą synową, konczącą studia,
    > ktora poszukuje etatu?
    Z doświadczenia wiem, ze dobrze jest pracować na studiach, wtedy po studiach nie
    ma problemu z etatem. Etat redaktora miałam na 4 roku, ale ja kończyłam banalnie
    proste studia(historia), i nawet dodatkowy kierunek i dodatkowa specjalizacja
    dawały mi dużo wolnego czasu.


    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • srebrnarybka 21.03.10, 14:12
    Jeśli studiowałaś historię + coś jeszcze + pracowałaś, to będę
    złośliwa i pozwolę sobie na prognozę, że raczej profesorem
    belwederskim historii nie zostaniesz. Historia to nie są studia
    banalnie proste i porządne jej studiowanie wymaga masy czasu na
    czytanie, by dogłębnie poznać studiowane problemy. Chyba, że
    zaliczałaś po łebkach "od - do" metodą paznokciową. I jeżeli takie
    postawy są w życiu premiowane, to jest smutne i tyle.
  • anndelumester 21.03.10, 14:22
    Jestem po prostu bardzo zdolna. W końcu stypendiów naukowych nie płacą idiotom,
    a na pewno nie płacili te 10 lat temu.
    To co niektórym przychodziło z trudem, mnie łatwo - to sie nazywa kapitał
    społeczny. Z domu. Z dobrej szkoły. Dzięki temu, ze moi rodzice nie oszczędzali
    na mojej edukacji, nie musiałam na studiach uczyć się uczyć, uczyć się robić
    notatki, uczyć się pisać. Mając w rodzinie sporo dobrze wykształconych
    humanistów - i niezłe biblioteki domowe kwestia lektur i podręczników była
    banalna. Poza tym zawsze czytałam szybko i ze zrozumieniem i mam fotograficzną
    pamięć. Języków obcych ucze się w zasadzie przy okazji...Jak to powiedział mój
    szef, gdy odchodziłam z roboty - wielka strata.
    Za to mój Instytut ma Zyzaków i innych pajaców...i robi wielką nauke i
    kulturę...rotfl...
    Ale niestety - dziecko kosztuje - a dobry rehabilitant - prywatnie - to spory
    wydatek (tak przy okazji wątku o Twoim znajomym).


    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • srebrnarybka 21.03.10, 15:07
    Jestem po prostu bardzo zdolna.

    Cóż, gratuluję dobrego samopoczucia. Ale zdolności, pamięć etc. nie
    tłumaczą dużej ilości wolnego czasu przy studiowaniu historii.
    Bowiem studiowanie hitorii polega na dogłębnym czytaniu o
    studiowanych zagadnieniach, zatem nigdy nie można powiedzić, że
    przeczytało się już wszytko, tylko zawsze jest coś następnego do
    przeczytania. Jeżeli czytasz bardzo szybko, to i tak studiując
    historię nie masz prawa mieć wolnego czasu, bo zawsze pozostają
    kolejne pozycje do przeczytania, to jest studnia bez dna. Jeżeli
    miałaś dużo wolnego czasu, tzn., że czytałaś "od - do".
    Stypendia naukowe płacą za średnią. Przy fotograficznej pamięci
    można zdać egzaminy na dobre oceny, nie znaczy to, że się porządnie
    studiuje historię.
    No, i Instytut, w którym pracujesz zajmuje się historią najnowszą,
    która zawsze uchodziła za łatwiejszą. Nie wymaga znajomości łaciny,
    czytania ton książek w obcych językach, często trudno w Polsce
    dostępnych, paleografii etc.
    Mój znajomy nie jest rehabilitantem, zajmuje się taką formą
    niepełnosprawności, której nie można poprawić i w której nie
    wynajmuje się prywatnych opiekunów.
  • anndelumester 21.03.10, 15:44
    Ach to ocenianie na odległość, ta poza wszechwiedzy i oceny, co lepsze i gorsze,
    trudniejsze i łatwiejsze - masz habilitację z jasnowidzenia i czytania myśli na
    odległość? Wiesz co skończyłam, jakie specjalizacje, jakie znam języki? Czy
    musiałaś napisać cokolwiek, żeby sobie dysonans zredukować.
    Chyba najwyższy czas przyznać się przed samym sobą - że nie jedyna w kraju, w
    Europie i na świecie masz habilitację, a dzieciństwo jakie Ci rodzice
    zafundowali nie było opcją all inclusive.
    Skąd ja to znam - te niewiele sobą nie reprezentujące, nabzdyczone pańcie z
    pretensjami do całego świata, tworzące atmosferę prawie jak z
    wysokospecjalizowanego zakładu pracy chronionej, gdzie człowiek czuje się,
    cytując pisarkę, "ciężkim zadem motłochu duchowego przyciśniony". Nic ciekawego
    nie widziały, nic ciekawego nie czytały, nigdzie nie były - utrzymuje je przy
    życiu staranne pielęgnowanie pozornej wyższości, możne nie intelektualnej (bo na
    to trzeba jednak kasy), ale automoralno-duchowej.


    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • airam.as 21.03.10, 16:15
    Hejka, Annde.
    Ale bez przesadyzmu. Tak samo nie wiesz nic o Pań dorobku naukowym, jak i one o Twoim. To sa rózne podejścia po prostu. I choć częściowo i w pewnych sprawach nie zgadzam się z Verdana i Srebrnarybką, to jednak warto uwzględnić specyfikę branży zanim się wypowie takie kwestie.
    Choc oczywiście - lista filadelfijska jest pewnym wskaźnikiem dorobku naukowego i jego poziomu, ale w mniejszym stopniu jesli chodzi o nauki humanistyczne (szczególnie - języki), latwiej jest z pewnością, jeśli chodzi o nauki ścisłe.
    Zauwaz też, że kariera naukowa u "ścisłowca" siłą rzeczy przebiega o wiele szybciej, niz u humanisty. Bo warsztat pracy zupełnie na czym innym jest oparty. I automoralność duchowa, jak się wyraziłaś, nie do konca jednak może posłuzyć jako argument w tej dyskusji.
  • srebrnarybka 21.03.10, 16:21
    Wiesz co skończyłam, jakie specjalizacje, jakie znam języki? Czy
    > musiałaś napisać cokolwiek, żeby sobie dysonans zredukować.

    Nie wiem. Wiem, jaka specjalizacja jest potrzebna do pracy w
    instytucie, w którym pracujesz.

    Chyba najwyższy czas przyznać się przed samym sobą - że nie jedyna w
    kraju, w
    > Europie i na świecie masz habilitację

    nigdy tego nie twierdziłam. W każdym razie ja mam habilitację, a Ty,
    o ile wiem, nie, więc nie rozumiem, dlaczego musisz mną z tego
    powodu pogardzać.

    dzieciństwo jakie Ci rodzice
    > zafundowali nie było opcją all inclusive.

    i bardzo dobrze. Jeśli chodzi o moją edukację intelektualną, to z
    domu wyniosłam akurat bardzo dużo i kontakt z moim ojcem był czymś w
    rodzaju małego uniwersytetu. Mimo, że było cienko, starczało na
    prywatne lekcje angielskiego od II klasy podstawówki, w LO uczyłam
    się drugiego języka, na prywatne lekcje łaciny (LO humanistycznych
    wtedy praktycznie nie było), na regularne chodznie do teatru, na
    bardzo poważne lektury. Z domu wyniosłam też zamiłowanie do
    zwiedznia zabytków i jeździło się dużo, choćby autostopem. Miałam
    okazję przysłuchiwać się wielu intelektualnym dykusjom znajomych
    moich rodziców. I wyniosłam jeszcze jedno: przekonanie, że
    najważniejsze w życiu nie są pieniądze, ale rozwój duchowy i
    intelektualny. Jakim więc prawem piszesz o mnie "Nic ciekawego
    > nie widziały, nic ciekawego nie czytały, nigdzie nie były"?
    Do nikogo nie mam pretensji. O swoich kłopotach ze znalezieniem
    nowej pracy napisałam tylko dlatego, by uzmysłowić, że w wielu
    zawodach i to niekiedy wysokokwalifikowanych, trudno jest dorobić
    duże pieniądze i tyle.
  • triss_merigold6 21.03.10, 16:42
    Ale dlaczego zakładasz, że rodzic zmieniający pracę na inną musi być
    nieszczęśliwy i sfrustrowany? Jak obserwuję siebie i znajomych to
    rózne rzeczy robiliśmy i robimy z większą lub mniejszą
    przyjemnością, ale też praca nie jest jedynym miejscem w którym
    zaspokajamy swoje potrzeby i ambicje. Do sprzedawania ubezpieczeń
    trzeba mieć predyspozycje psychiczne, profesor ich nie będzie miał
    na 99%.
    Jeśli chodzi o etat redaktora to po prostu zmieniłam w ramach
    fabryki biuro na takie, które zajmuje się publikacjami - serie,
    pojedyncze książki pasujące tematycznie, periodyki i jako redaktorzy
    pracuje tam spokojnie ze 20 osób. Podstawa to doświadczenie w
    pisaniu i redagowaniu tekstów, aplikacja administracyjna i kursy
    PTWK + staż w centralnej budżetówce.
  • srebrnarybka 21.03.10, 16:58
    Jeżeli rodzic-naukowiec zmieni pracę naukową na PR dlatego, że uważa
    ją bardziej odpowiadającą jego zainteresowaniom, to sfrustrowany nie
    będzie. Ale jeżeli rodzic-naukowiec zdolny do kariery naukowej,
    czyli głęboko zainteresowany dziedziną wiedzy, w której pracuje,
    zrezygnuje z twórczości naukowej i przejdzie do PR tylko dlatego, że
    tam się więcej zarabia, to pozbawia się bardzo ważnej sfery życia i
    zrozumiałe, że będzie sfrustrowany. Sądzę, że pogarda, z jaką Annde
    pisze o mojej pracy też dowodzi jakiejś frustracji.
    Praca nie jest, a w każdym razie nie musi być jednym miejscem, w
    którym zaspakajamy swoje potrzeby i ambicje. Ale w pracy spędza się
    bardzo dużo czasu. Jeśli poświęcamy go na czynności, które w żaden
    sposób nie odpowiadają naszym zainteresowaniom i ambicjom, to musi
    to rodzić frutrację. No, i jeszcze kwestia czasu. Rodzic poświęca na
    pracę ileś tam godzin dziennie niezależnie od tego, czy praca
    zaspokaja jego zamiłowania, czy nie. Jeśli nie, to jeśli nie jest
    zerem bez żadnych zainteresowań, będzie chciał takie zainteresowania
    zaspokajać po pracy. A to zabiera czas potrzebny na kontakt z
    dzieckiem. Oczywiście niektóre zamiłowania można realizować z
    dzieckiem razem, ale nie wszystko i nie zawsze. Rodzic, który w
    pracy się wyłączie męczy i nudzi, mui z natury rzeczy być
    sfrustrowany.
  • airam.as 21.03.10, 17:21
    srebrnarybka napisała:

    > Jeżeli rodzic-naukowiec zmieni pracę naukową na PR dlatego, że uważa
    > ją bardziej odpowiadającą jego zainteresowaniom, to sfrustrowany nie
    > będzie. Ale jeżeli rodzic-naukowiec zdolny do kariery naukowej,
    > czyli głęboko zainteresowany dziedziną wiedzy, w której pracuje,
    > zrezygnuje z twórczości naukowej i przejdzie do PR tylko dlatego, że
    > tam się więcej zarabia, to pozbawia się bardzo ważnej sfery życia i
    > zrozumiałe, że będzie sfrustrowany.


    Rybka, to tez nie jest tak do końca.
    Mam przyjaciółkę ktora robila doktorat będąc na etacie w takiej jednej instytucji PANowskiej. Męczyła się straszliwie przez trzy lata, raz ze pracowała z 1500 zł, dwa, jak twierdziła - lepszy żaden szef, niż szef idiota. Zrobiła doktorat ( dostała nagrodę ministerialną), była bardzo dobrze zapowiadającym się naukowcem- bo ma po prostu taki umysł, cały czas w międzyczasie dawała korepetycje, bo za 1500 wyżyć się nie dało, mimo że dzieci nie miała.
    Jak zrobiła doktorat, i w międzyczasie dzięki korkom nabrała doświadczenia dydaktycznego i przejrzała wszystkie możliwe podręczniki na rynku, - to po doktoracie szurnęła wszystko w cholerę. I zajęła się korkami. zarabia - od paru dobrych lat - po 4-6 tyś zł nie wychodząc z domu. Siedząc z uczniami i studentami, tłukąc im wiedzę do głów i prostując kretyńskie błędy w podręcznikach sygnowanych nazwiskami znanymi z danej dziedziny.
    Wreszcie się zebrała, napisała własny podręcznik, własne skrypty dla liceów i uczelni, podpisala kontrakt z wydawcą, i - żyję!
    Etyki przy tym nie naruszyła, ani ujmy na honorze nie doznała, że tak się potoczyła jej kariera. A wręcz dumna jest - że po hochsztaplerach profesorach podręczniki poprawia.
    Zawsze jest wybór. Zawsze. tyle że wszystko zależy od naszych priorytetów. Bo można być i uczciwym, i dobrze zarabiać. Jedno drugiego nie wyklucza.
  • srebrnarybka 21.03.10, 17:32
    Twoja koleżanka nie naruszyła etyki, ale zrezygnowała z dalszej
    twórczej pracy naukowej. Pisanie podręczników dla uczniów szkolnych
    i dawanie korepetycji to nie jest to samo, co prowadzenie własnych
    badań naukowych. Z tego, co piszesz, koleżanka zrezygnowała z
    dalszej pracy naukowej, czyli prowadzenia dalszych badań, które
    mogłyby być uwieńczone habilitacją. Nie twierdzę, że każdy musi mieć
    habilitację, ale to, o czym piszesz, to nie jest praca naukowa,
    chociaż z pewnością wykorzystuje to doświadczenie Twojej koleżanki.
    Jeśli ona jest zadowolona z takiego sposobu na życie, to świetnie.
    Życzę powodzenia.
  • triss_merigold6 21.03.10, 17:42
    Wiesz, ale taka forma popularyzacji wiedzy jest bardziej pożyteczna
    społecznie i efektywna niż produkowanie wyników badań z którymi
    zapozna się może z 50 równie wąsko wyspecjalizowanych osób.
  • srebrnarybka 21.03.10, 17:49
    Na to, by było co popularyzować, potrzebne są badania naukowe. Jeśli
    nauka nie będzie się rozwijać, bo wszyscy będą popularyzować, to
    ugrzęźniemy w zaścianku w tyle za całym światem.
    Oczywiście popularyzację uważam za rzecz pożyteczną, ale nie
    rozumiem lekceważenia badań, które przeczyta 50 specjalistów.
    Potrzebni są i badacze i popularyzatorzy.
  • airam.as 21.03.10, 18:04
    srebrnarybka napisała:

    > Twoja koleżanka nie naruszyła etyki, ale zrezygnowała z dalszej
    > twórczej pracy naukowej. Pisanie podręczników dla uczniów szkolnych
    > i dawanie korepetycji to nie jest to samo, co prowadzenie własnych
    > badań naukowych.

    Badania własne, ktore nikomu nie sa potrzebne i nie przekładają się na dochód
    narodowy - są bez sensu. W związku z tym i tak dziwie się, że ktoś pracuje dla
    idei i własnej satysfakcji - i jeszcze mu za to płacą ponad dwa tys zł z budżetu
    państwa!

    A koleżanka, oprócz tego, że prostuje absurdy podręcznikowe profesorów, to
    jeszcze wpływ wychowawczy niejaki ma na swoich uczniów. Rzecz jak najbardziej
    pożyteczna, z p. widzenia przyszłości społeczeństwa naszego.
  • srebrnarybka 21.03.10, 19:55
    Badania własne, ktore nikomu nie sa potrzebne i nie przekładają się
    na dochód
    > narodowy - są bez sensu. W związku z tym i tak dziwie się, że ktoś
    pracuje dla
    > idei i własnej satysfakcji - i jeszcze mu za to płacą ponad dwa
    tys zł z budżet
    > u
    > państwa!

    Wybacz, ale, cytując użyte tu sformułowania, taki pogląd uważam
    właśnie za przejaw skundlenia duchowego. To, że jakieś badania nie
    przekładają się dziś na dochód narodowy, nie oznacza, że są
    bezużyteczne. Służą rozwojowi kultury narodowej. Podobnie można
    uznać np., że bezużyteczna jest poezja, bo też nie przekłada się na
    dochód narodowy. I zasadniczo np. szkoda godzin polskiego w szkole,
    poświęcanych na g..ną znajomość owej poezji, skoro to i tak w życiu
    do niczego pożytecznego się potem nie przyda. Lepiej, żeby w
    szkołach była sama informatyka i biznes, bo cała reszta jest
    niepotrzebna. Aha, no może jeszcze fizyka, chemia, biologia, bo to
    przyda się do kształcenia lekarzy. A całą resztę won.
  • triss_merigold6 21.03.10, 20:07
    Cudnie, ale nie oczekuj, że badania, które na nic konkretnego się
    nie przekładają, będą równie dobrze wynagradzane jak te z zakresu
    nauk ścisłych, czy nawet nauk społecznych.
    Wiesz, wiele lat temu też uważałam, że za sam fakt włożenia wysiłku
    w przyswojenie wiedzy, powinnam dostawać dobre pieniądze. Na
    szczęście dla siebie i dziecka zmieniłam zdanie w kierunku bardziej
    rynkowego podejścia.
    Poezja się przydaje, bo zwiększa zasób słów oraz znajomość środków
    wyrazu, a to kapitał kulturowy. Erudycję da się lekkim twistem
    wykorzystać w pracy.
  • srebrnarybka 21.03.10, 20:21
    Nie ma nauk ścisłych i nieścisłych. Wszystkie nauki są ścisłe. Jak
    coś jest nieścisłe, to nie jest nauką. Tzw. nauki społeczne, typu
    politologia, to są pseudo-nauki bez jasno określonej metodologii i
    warsztatu. Normalną nauką z jasno określonym warsztatem jest
    socjologia, natomiast wszystkie modne obecnie politologie i
    europeistyki to są kursy 1majowe, na których powyrzucani z różnych
    instytucji urzędnicy robią chałtury i po których jest największe
    bezrobocie.

    Poezja się przydaje, bo zwiększa zasób słów oraz znajomość środków
    > wyrazu, a to kapitał kulturowy.

    Tak samo nauki humanistyczne też zwiększają kapitał kulturowy. Albo
    uznamy, że kultura nie jest nikomu do niczego potrzebna, ale wtedy
    przestajemy dotować filharmonie, teatry i opery (też się nie
    utrzymują z biletów) oraz wydania tomików poezji, przestajemy
    dotować muzea, bo po cholerę płacić za jakieś starocie, z Wilanowa
    też nie ma dochodu narodowego, wyrzucamy wszytkich nauczycieli
    polonistów i historyków, albo uznajemy, że jest potrzebny właśnie
    tzw. kapitał kulturowy, a wtedy dbamy o to, by on się rozwijał
    równomiernie.
  • triss_merigold6 21.03.10, 21:06
    Ty naprawdę jesteś maksymalnie oderwana od rzeczywistości. Powiedz
    ludziom pracującym w strukturach unijnych na bosko płatnych fuchach,
    że po specjalizacji z europeistyki nie znajdą pracy. Najlepiej
    wyjaśnij to Wojtaszczykowi, na pewno się zgodzi. Oczywiście młodzi
    wcześniej na jakieś stypendium, a później staż muszą się załapać ale
    potem mają pięknie. Powiedz specjalistom od pozyskiwania funduszy
    strukturalnych, że będą bezrobotni, lol. Po politologii i prawie
    najłatwiej się dostać na aplikację administracyjną, potem już etat
    specjalisty w centralnej budżetówce.
  • srebrnarybka 21.03.10, 21:16
    kobieto, przeczytaj sobie jakąkolwiek gazetę, żeby się dowiedzieć,
    że największe bezrobocie w Polsce jest po pedagogice i politologii.
    Słusznie zresztą, bo na większości politologii i europeistyk niczego
    nie uczą. Politologię masz teraz w każdej wyższej szkole gotowania
    na gazie w każdej gminie. W samej Warszawie jest 11 miejsc, gdzie
    możesz studiować politologię. Dodaj sobie do tego co najmniej
    wszytkie dawne miasta powiatowe, w ktorych działają prywatne wyższe
    szkoły tego i owego. W każdej jest politologia. A generalnie owa
    politologia sprowadza się do mikstury: trochę socjologii, trochę
    filozofii, trochę prawa, trochę ekonomii, trochę historii
    najnowszej. Czyli niczego porządnie, a wszystko powierzchownie,
    popłuczyny po popłuczynach. Więc trudno się dziwić, że potem idzie
    się handlować pietruszką.
  • triss_merigold6 21.03.10, 21:51
    Zdaje się, że w oczekiwaniach rynku jestem lepiej zorientowana...
    Oczywiście, że politologów po byle szkółkach jest zbyt wielu,
    najtaniej taki kierunek otworzyć. Niemnej operatywny politolog po UW
    i dobrze wybranej specjalizacji, jak dobrze zacznie na studiach to
    pracę znajdzie. Dlaczego? Ponieważ jest zdywersyfikowany - może
    pracować w marketingu politycznym, w mediach, uczyć WOS, pracować w
    urzędach centralnych tylko musi się specjalistycznie dokształcić i
    mieć minimum umiejętności społecznych. A większość absolwentów szkół
    tego i owego jest zwyczajnie na to zbyt głupia.
    Przy okazji potwierdzasz tezę, że nie ma sensu kształcenie takiej
    liczby humanistów, rynek ich nie kupi ergo jeśli państwo ma w coś
    inwestować - to w inne kierunki: biotechnologię, cybernetykę,
    informatykę, inżynierskie, medyczne.
  • srebrnarybka 21.03.10, 22:20
    politoogii nie uważam za kierunek humanistyczny ani w ogóle za
    naukę. To "zdywersyfikowanie" to zwyczajna powierzchowność i tyle.
    Politologów pracujących w mediach też na codzień oglądamy i nie ma
    dnia bez kompromitującej wpadki jakiegoś celebryty, bo oni
    zwyczajnie na niczym się nie znają.
    Szkoły tego i owego w powiatach bym pozamykała. Na ogół państwo w
    nie nie inwestuje, one są prywatne.
    Natomiast historyk znajdzie prędzej pracę jako nauczyciel,
    bibliotekarz, nawet właśnie w wydawnictwie, mediach a także jako
    urzędnik. Cóż, większość moich kolegów ze studiów porobiła kariery
    dyplomatów.
    Ja też zapewne bezrobotna nie zostanę, mimo trudności, jakie mam
    obecnie. Tyle, że chciałabym pracować w takim miejscy, by możliwie
    najpełniej wykorzystać kwalifikacje, jakie mam.
  • airam.as 21.03.10, 20:14
    srebrnarybka napisała:


    > Wybacz, ale, cytując użyte tu sformułowania, taki pogląd uważam
    > właśnie za przejaw skundlenia duchowego. To, że jakieś badania nie
    > przekładają się dziś na dochód narodowy, nie oznacza, że są
    > bezużyteczne. Służą rozwojowi kultury narodowej. Podobnie można
    > uznać np., że bezużyteczna jest poezja,


    Po co dramatyzujesz? Pokazałam Ci jasno - mechanizm.
    Inaczej, chcesz uprawiać zawód dla własnej satysfakcji i domagasz się, aby Ci
    płacono za to?
    GUT. Ja też, uwierz, bardzo bym chciala żyć w ten sposob i nie narzekać.
  • srebrnarybka 21.03.10, 20:25
    Trzeba było wybrać zawód, który daje satysfakcję. Co więcej, duża
    liczba moich dawnych studentów jest w tej chwili nauczycielami i być
    może ktoś z nich uczy Twoje dziecko, część pracuje jako
    bibliotekarze, pracownicy wydawnictw, parę osób w mediach. Nie można
    więc wykluczyć, że korzystasz z ich pracy i pośrednio z mojej. Być
    może kiedyś czytałaś jakiś mój artykuł popularyzatorski (pisuję
    czasami takie) albo słyszałaś mój występ popularyzatorski w radio
    (miewam takie, nie mów o dochodach, bo płacą śmieszne grosze) lub
    widziałaś mnie w telewizji (byłam raz, ZA DARMO, w ogóle mi nie
    zapłacili) i także bezpośrednio z mojej pracy korzystasz.
  • airam.as 21.03.10, 20:40
    Jestem pod wrażeniem.
  • anndelumester 21.03.10, 21:37
    Prawda jest brutalna - nie płacą , bo nie negocjujesz stawek.
    Dajesz się wykorzystywać.
    Praca to praca, wolontariat to wolontariat. Trzeba być konsekwentnym w działaniu
    - albo masz misję i jak Siłaczka chcesz to społeczeństwo dźwignąć (moim zdaniem
    mrzonka), albo prezentujesz postawę , ze każda praca to płaca, a edukacja
    kosztuje. Tragedią tego kraju, jest wpojenie przez komunę ludziom przekonania,
    ze wiedza, edukacja jest za darmo i się należy. Nie jest i się nie należy.

    Za wszystkie teksty popularnonaukowe, które zostały opublikowane i gdzieś
    wykorzystywane brałam pieniądze.
    Pamiętam niemal histerię wśród współpracowników , gdy przyznałam się , ile
    dostałam za artykuł naukowy (1200 netto 5 lat temu) i jak musiałam wyszarpywać z
    gardła szefowi pieniądze za każdą godzinę zajęć. Trzeba się cenić. W każdej
    sytuacji.



    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • srebrnarybka 21.03.10, 22:25
    Po pierwsze nie tylko ja nie negocjuję, ale wszyscy nie negocjują.
    Po drugie dla mnie gratyfikacją jest sama możliwość opublikowania
    wyników badań i dlatego cieszę się, jak mi je publikują, bo z tego
    się mnie rozlicza. Za teksty popularnonaukowe zwykle mi płacą, ale
    nie mogę pisać samych popularnonaukowych, bo wypadnę z obiegu jako
    naukowiec.
    Jak na uczelni we wrześniu postawiłam się szefowi, że nie zapłacono
    mi za naggodziny za cały poprzedni rok akademicki, usłyszałam, że
    powinnam się cieszyć, że jeszcze pracuję. Przy czym powiem
    nieskromnie, że na mojej uczelni jestem jedną z
    najlepiej "punktowanych" osób, którą się chwalą przy wszystkich
    możliwych wizytacjach, więc ze mną i tak się jeszcze pieszczą. Z
    osobami, które mają gorsze wyniki, nie byliby tak delikatni.
  • anndelumester 21.03.10, 22:41
    srebrnarybka napisała:

    > Po pierwsze nie tylko ja nie negocjuję, ale wszyscy nie negocjują.
    Chyba nie wszyscy.
    Jedna z bardzo znanych pań profesor, czas temu w wywiadzie mocno podkreślała
    konieczność godnej płacy za wszystko co robi. Łącznie z wywiadami dla mediów.
    > Po drugie dla mnie gratyfikacją jest sama możliwość opublikowania
    > wyników badań i dlatego cieszę się, jak mi je publikują, bo z tego

    Podziwiam za brak generowania kosztów, mnie nigdy nie było stać na pracę za
    "uścisk dłoni prezesa". Radość w oczach innych zamiast wynagrodzenia nie
    zadowala mnie wystarczająco, ale taki już mój charakter - nie nadaję się na
    niewolnika, ani nie jestem fanem systemu feudalnego.

    > Jak na uczelni we wrześniu postawiłam się szefowi, że nie zapłacono
    > mi za naggodziny za cały poprzedni rok akademicki, usłyszałam, że
    > powinnam się cieszyć, że jeszcze pracuję. Przy czym powiem
    > nieskromnie, że na mojej uczelni jestem jedną z
    > najlepiej "punktowanych" osób, którą się chwalą przy wszystkich
    > możliwych wizytacjach, więc ze mną i tak się jeszcze pieszczą. Z
    > osobami, które mają gorsze wyniki, nie byliby tak delikatni.

    Dajesz się szantażować pracodawcy i jeszcze się cieszysz.
    Niepojęte.




    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • srebrnarybka 21.03.10, 22:45
    cieszę się, że nie wywalono mnie z pracy we wrześniu zeszłego roku,
    tylko sama odejdę w październiku obecnego. Mam dzięki temu rok
    dłużej na szukanie pracy.
    Ja mam zresztą całkiem przyzwoite dochody, bo pracuję na uczelni,
    tyle, że moje stanowisko pracy jest właśnie likwidowane. 2400
    zarabia profesor belwederski w PAN, ja nie pracuję w PAN.
  • triss_merigold6 21.03.10, 17:37
    Moja koleżnka po doktoracie i publikacjach zamieszczanych na liście
    filadelfijskiej (efekty badań) obronionym w instytucji PAN-owskiej,
    po kilku latach przepracowanych wtedy za 900 zł (full etat,
    labolatorium + mnóstwo zajęć ze studentami), po prostu szurnęła do
    Kanady. 3 uczelnie zagraniczne złożyły jej propozycję bardzo, bardzo
    przyzwoitej kasy i takich możliwości badawczych o jakich w Polsce
    nie mogłaby marzyć, bo długo nie przebiłaby się przez akademicką
    geriatrię. Długo się nie zastanawiała dziewczyna, a w wieku 30 lat
    znudziło jej się mieszkać z rodzicami i oszczędzać na wszystkim.
  • srebrnarybka 21.03.10, 17:46
    Twoja koleżanka zachowała się zupełnie racjonalnie, ale w
    humanistyce są trochę inne możliwości ze względu na różnice
    warsztatowe. Natomiast polecam uwadze następujacą kwestię: czy gdyby
    szanowne państwo ze naszych podatków płaciło takim osobom powiedzmy
    3 razy tyle, nie byłoby lepiej dla owego państwa, całego
    społeczeńtwa i nas wszystkich? Bo wtedy owi zdolni i twórczy
    naukowcy zostawaliby w kraju, pracując nad podniesieniem poziomu
    nauki w Polsce, a nie w Kanadzie? No, ale jeśli takich ludzi otacza
    pogarda, to nikt im pensji nie będzie podnosił, bo przecież, jak
    sama pisałaś, mamy wolny rynek.
  • triss_merigold6 21.03.10, 18:04
    Akurat ta dziewczyna zajmowała się badaniami, których efekty mogły
    być wdrożone do produkcji (pasz dla zwierząt). Czymś rynkowym, a nie
    sztuką dla sztuki i dlatego dostała korzystne oferty. Oczywiście, że
    powinna otrzymywać tu w kraju wyższe wynagrodzenie, ale zaplecza
    labolatoryjnego by jej nie stworzono takiego jak otrzymała za
    oceanem.
  • srebrnarybka 21.03.10, 19:58
    Zaplecza jej by nie stworzono, ale gdyby płacono jej przyzwoicie,
    jest mniejsze prawdopodobieńtwo, że wyjechałaby. Gdyby pracowała w
    Polsce, badania w jej dziedzinie w Polsce miałyby wyższy poziom,
    wskutek tego byłaby większa możliwość np. współpracy
    międzynarodowej, wykorzystania międzynarodowych funduszy i poziom
    nauki w Polsce by się podnosił, a nie spadał, tak, jak dzieje się
    wskutek takich sytuacji.
  • triss_merigold6 21.03.10, 17:21
    Nie bardzo rozumiem tę manichejską wizje świata. Zainteresowania i
    ambicje pożyteczne dla ogółu można łączyć z zarabianiem więcej niż
    minimum socjalne, zwłaszcza jeśli ktoś ma wysokie IQ, dobry
    background kulturowy i niezłe formalne wykształcenie. Dlaczego
    upierasz się przy PR? Są urzędy centralne w których naukowcy mogą
    znaleźć pracę, są organizacje pozarządowe, podmioty unijne - żyć nie
    umierać.
    POnieważ miałam pragmatyczne podejście do pracy to - po pierwsze
    nigdy nie pracowałam w czynie społecznym; po drugie - robiłam wiele
    rzeczy na raz i w różnych miejscach ale zawsze było to jakoś
    związane z kierunkami studiów, pomijając chwilowe bycie kelnerką czy
    hostessą. Swoją pracą obecną jestem zachwycona pod każdym względem.
    Pragmatyzm - robię zadania do których jestem przygotowana, efekty
    namacalne, płacą przyzwoicie, full socjal, przed 16 jestem w bloku
    startowym. W dupie mam czy to bardzo pożyteczne dla dorobku
    kulturowego ludzkości.
    Hobby niestety z pracą łączyć nie mogę, bo trudno żyć w Warszawie z
    jazdy konnej i korzystania ze SPA, ale dziecko z końmi jest oswajane.
  • srebrnarybka 21.03.10, 17:40
    Są urzędy centralne w których naukowcy mogą
    > znaleźć pracę, są organizacje pozarządowe, podmioty unijne - żyć
    nie
    > umierać.

    Akurat nie znam takich, gdzie mogłabym znaleźć pracę i jednocześnie
    zachować możliwość pracy naukowej w mojej dziedzinie.

    W dupie mam czy to bardzo pożyteczne dla dorobku
    > kulturowego ludzkości.

    rozumiem, że to takie podejście jest dowodem tego udziału w wyższej
    kulturze, którego to podejścia ja, skundlona w matriksie, nie jestem
    w stanie doświadczyć.

    Hobby niestety z pracą łączyć nie mogę, bo trudno żyć w Warszawie z
    > jazdy konnej i korzystania ze SPA, ale dziecko z końmi jest
    oswajane.

    Gdyby dla mnie najważniejszym w życiu zamiłowaniem była jazda konna,
    poszłabym nan studia na AWF albo na SGGW, by móc pracować z końmi.
    Ponieważ akurat interesuje nie w życiu co innego, wybrałam studia
    odpowiadające moim zainteresowaniom i dlatego praca jest
    jednocześnie dla mnie hobby.
  • triss_merigold6 21.03.10, 17:55
    Cóż, urzędy realizują określone zadania i wymagają dość konkretnych
    kwalifikacji. I zwykle nie jest to znajomość łaciny tylko np. aktów
    prawnych UE.
    A co ma praca do udziału w kulturze? Z oferty kulturalnej korzystam
    z dzieckiem z przyjemnością, dziś byliśmy w Teatrze Polskim
    na "Przygody Sindbada Żeglarza", bilety po 40 zł, z wolontariatu nie
    byłoby mnie stać. Podobnie jak na nowości książkowe, "Alicję w
    krainie czarów" w 3D (również polecam) czy płyty dla dziecka albo
    wyjazdy do parków tematycznych. Dziecko widzi mnie generalnie dość
    zrelaksowaną + mam możliwości fajnego spędzania czasu z synem.
    Jest to IMO bardzo ok. - pokazywanie dziecku, że można mieć bardzo
    satysfakcjonującą pracę i przyzwoity standard jednocześnie.

    Nie zrozumiałaś: lubię jeździć konno, a nie pracować przy koniach.
  • szymon66 30.05.10, 14:58
    www.tvnwarszawa.pl/28415,1658260,0,1,awf_w_rozsypce_nie_ma_pieniedzy_na_remonty,wiadomosc.html
    AWF w rozsypce: nie ma pieniędzy na remonty - TVN
    Autor: Gość: student AWF IP: *.chello.pl 29.05.10, 22:57
    Dodaj do ulubionych Skasujcie
    Odpowiedz
    AWF w rozsypce: nie ma pieniędzy na remonty
    06:00 29.05.2010 / TVN Warszawa
    Uczelnia się sypie fot. AWF
    - Uczelnia się sypie i to dosłownie – mówi bezradnie rektor warszawskiej
    Akademii Wychowania Fizycznego, Alicja Przyłuska-Fiszer. Kanclerz uczelni z
    kolei twierdzi, że każda próba o dofinansowanie remontów kończy się porażką.
    Tymczasem w innych uczelniach sportowych w Polsce jest odwrotnie - bez
    problemu znajdują pieniądze na nowe inwestycje.
    Bielańska uczelnia to kompleks 46 budynków oraz kilku boisk. Odpadający tynk,
    zagrzybione pomieszczenia, przeciekające sufity - w takich warunkach na co
    dzień muszą uczyć się studenci - sportowcy reprezentujący nasz kraj na
    międzynarodowych zawodach.

    Rdza i zniszczone nawierzchnie
    Pilnego remontu wymaga kilkanaście budynków, w których odbywają się zajęcia
    dla studentów i treningi. - Z trudem znajdujemy pieniądze na bieżące naprawy.
    Nie myślimy o większych remontach, modernizacjach czy naprawach, bo nie mamy
    na nie pieniędzy - martwi się Tomasz Iwańczuk, kanclerz uczelni.

    W tym roku wygospodarowano pieniądze jedynie na częściową modernizację
    uczelnianej pływalni. Zbiornik przelewowy basenu z każdej strony zżera rdza.
    Bez trudu można z niego oderwać kawałki pokrytego rdzą metalu. - Wiele z tych
    urządzeń nie było wymienianych od końca wojny - tłumaczy kanclerz. Remont
    rozpocznie się w lipcu i obejmie tylko dolną część obiektu. - Będzie to
    modernizacja od strony technicznej. Wymienimy zbiorniki i pompy - wyjaśnia
    Iwańczuk.

    Mistrzowie trenują w rozpadających się halach
    Pilnego remontu wymaga oddany do użytku 10 lat temu stadion lekkoatletyczny.
    Jego tartanowa nawierzchnia pokryta jest dziurami. Uczelnia prowizorycznie
    łata ubytki.

    W sąsiadującej ze stadionem hali im. Kusocińskiego przez całe dnie odbywają
    się treningi. Zawodnicy i trenerzy muszą uważać, aby nie przewrócić się o
    odstające fragmenty posadzki. W zimie w takich warunkach trenuje tutaj np.
    mistrz olimpijski Tomasz Majewski.

    Potrzeba 150 mln zł
    Żeby wykonać kompleksowy remont, potrzebne są pieniądze - około 150 mln zł,
    które zdaniem władz uczelni są nieosiągalne.

    - Infrastruktura sportowa jest zaliczana przez Unię Europejską jako obiekty
    towarzyszące. Na budowę nowych boisk możemy dostać maksymalnie kilkanaście
    procent dofinansowania. Resztę musimy znaleźć sami - żali się Tomasz Iwańczuk.
    Z trudem znajdujemy pieniądze na bieżące naprawy. Nie myślimy o większych
    remontach, bo nie mamy na nie pieniędzy
    Kolejnym problemem dla uczelni jest przygotowanie dokumentacji projektowej i
    zdobycie różnego rodzaju pozwoleń. Jest to wymagane przy ubieganiu się o
    dofinansowanie.

    - Możemy zrobić dokumentację za kilkaset tysięcy złotych, ale staje się to
    ryzykowne, bo nie mamy pewności czy dostaniemy potem dofinansowanie - wyjaśnia
    Iwańczuk

    W ten sposób koło się zamyka. Zamiast budowy nowych boisk czy modernizacji
    istniejących już budynków, uczelnia, zniechęcona porażkami przy dofinansowaniu
    projektów, nie decyduje się na podjęcie żadnych działań w kierunku poprawy
    bazy sportowej i dydaktycznej dla studentów.

    Inne sobie radzą
    Zupełnie inaczej jest w innych miastach, gdzie również znajdują się Akademie
    Wychowania Fizycznego. - O dofinansowanie staramy się z kilku źródeł. Nigdy
    nie spotkaliśmy się z sytuacją, kiedy powiedziano nam "nie" przy staraniu się
    o pieniądze - tłumaczy Franciszek Romaniak, kanclerz Akademii Wychowania
    Fizycznego w Krakowie. - Nawet jeśli tak było na początku, to nigdy się nie
    poddawaliśmy i walczyliśmy o pieniądze do końca - dodaje.

    W zeszłym roku na uczelni w Krakowie wybudowano nowy stadion lekkoatletyczny.
    W tym roku planowane jest rozpoczęcie budowy nowoczesnego basenu.

    Z kolei gdański AWF dostał 18 milionów z funduszy europejskich na realizację
    kilku sportowych projektów wraz z polepszeniem bazy sportowej.

    Jednak oprócz dofinansowania potrzebny jest także tzw. wkład własny uczelni. -
    Proszę mi wierzyć naprawdę nie mamy tylu pieniędzy, żeby sfinansować
    dokumentację, a tym bardziej zapewnić wkład własny przy inwestycjach -
    podkreśla Iwańczuk.
  • anndelumester 21.03.10, 19:06
    Najbardziej frustrująca sprawa dla rodzica to niemożność zapewnienia dziecku
    poziomu równego temu, na którym samemu się wychowywało. To pierwsza frustracja -
    druga - wybór czy zdrowie dziecka czy inne potrzeby.
    Bardzo dobrze pamiętam ten etap w swoim życiu, gdy zadecydowałam, ze moje
    zainteresowania nie mogą sprawić, ze będę do końca życia mieszkać w ciasnym
    mieszkaniu, oblizywać sie na to lubię, a nie wydam, bo mam pilniejsze potrzeby,
    a moje dziecko będzie skazane na to co nazywamy z mężem zejściem na psy - bo
    pradziadek przedwojenny lekarz, (btw naukowiec) mógł zabierać 4 dzieci do
    Bayreuth, a ja muszę wybierać miedzy książkami, czasopismami dla siebie,
    książkami dla jednego dziecka i butami. Poza tym - o ile moja matka (btw
    naukowiec) i ojciec (btw naukowiec przebranżowiony) mogli sobie w komunie
    plumkać - bo wszystko było prawie za darmo i tak samo byle jakie , tak w
    czasach kapitalizmu ja już nie bardzo.
    Praca i pieniądze nie są celem samym w sobie - są środkiem do realizacji fajnych
    rzeczy.
    Rytm życia i potrzeby mojej rodziny wykluczają moją prace po 15-16 i pracę w
    weekendy. Moje dziecko z uwagi na swoje pewne dysfunkcje wymaga solidnej,
    przyjaznej, ale wymagającej szkoły od 9-15 - zajęcia popołudniowe - oprócz
    rekreacji w jego przypadku odpadają , bo nie jest w stanie skupić uwagi.
    Praca moja i męża pozwala na spokojne życie - bez pospiechu i tyrania 14 godzin
    na dobę - na wspólne posiłki w tygodniu (i rano, i popołudniu i wieczorem), na w
    zasadzie nieograniczone zakupy wszystkich tych pozycji "naukowo - kulturalnych",
    o których wcześniej mogłam pomarzyć i drobnych acz przyjemnych dupereli typu
    ciuchy, kosmetyki, wreszcie na przyzwoite wakacje w takim stylu jakie
    preferujemy czyli swobodna włóczega GT (nie promocje z tłumem idiotów w
    obciachowych pseudo -kurortach) i jako taką opiekę zdrowotną.
    Paradoksalnie teraz , gdy sprawy bytowe mam wyluzowane, odczuwam większą
    przyjemność z czytania pozycji kompletnie niszowych i jestem bardziej na
    bieżąco w "moim" temacie, niż gdy pracowałam na uczelni. Może dlatego, że nie
    muszę żenująco tłumaczyć ograniczonym osobnikom, koniecznosci prenumerowania
    tego czy tamtego (btw za śmieszną cenę 15 euro), wyjazdu tu czy tam, kupna
    książek za waluty, konieczności wysławiania się i pisania po polsku, logicznej
    organizacji pracy i czasu, i tym podobnych oczywistych oczywistości. Z moim
    charakterem, niechęcią do marnowania swojego czasu i pieniędzy bycie panem
    siebie jest za... komfortem.

    Jedyne co mnie teraz frustruje, to niepokój , gdzie moje dziecko będzie
    studiować - na polskich uczelniach po moim trupie.





    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • srebrnarybka 21.03.10, 20:07
    Najbardziej frustrująca sprawa dla rodzica to niemożność zapewnienia
    dziecku
    > poziomu równego temu, na którym samemu się wychowywało.

    W takim razie cieszę się, że w dzieciństwie miałam świadomość
    ograniczonych możliwości finansowych moich rodziców.

    Zejściem na psy byłoby dla mnie niezrobienie habilitacji, skoro mój
    ojciec jest profesorem. Natomiast uważam, że dochody nie są
    miernikiem wartości człowieka, więc ewentualne niższe dochody, niż
    rodziców, nie oznaczałyby zejścia na psy, tak, jak wyższe, iż
    osiągnęłam więcej niż oni. Pieniądze - rzecz nabyta. To, co sobą
    reprezentuję, jest moje niezależnie od tego, ile zarabiam.

    Rozumiem, że jakieś okoliczności Twojego życia mogły uniemożliwić Ci
    pracę naukową. Jeśli to było z powodów niezależnych od Ciebie -
    współczuję. Cały czas natomiast nie rozumiem, dlaczego pogardzasz
    mną z tego powodu, że ja mam habilitację.
  • anndelumester 21.03.10, 21:22
    > Rozumiem, że jakieś okoliczności Twojego życia mogły uniemożliwić Ci
    > pracę naukową. Jeśli to było z powodów niezależnych od Ciebie -
    > współczuję. Cały czas natomiast nie rozumiem, dlaczego pogardzasz
    > mną z tego powodu, że ja mam habilitację.
    Nigdzie nie napisałam, że pogardzam. To nadinterpretacja.
    Dziwi mnie po prostu postawa, którą prezentujesz - przypominam sobie dyskusję
    nt, szkół niepublicznych - będąc osobą inteligentną i wykształconą, a jednak
    działającą w prostym, bajkowym schemacie - biedny = dobry, szlachetny, mądry,
    zły = bogaty i prymitywny.
    Poza tym mierzi mnie sytuacja, gdy środowiska naukowe graja w klasyczną grę
    "tak, ale"z jednej strony narzekają na niedobory finansowe, a z drugiej strony
    rękami i nogami bronią się przed zmianami, promując ubóstwo i miernotę
    intelektualną. Prawda jest taka, że już pod koniec lat 90. na studia
    doktoranckie przyjmowano w ramach łapanki - i oprócz 5% fascynatów cała reszta
    to były osoby, które nigdy nie znalazłyby żadnej innej pracy. Z powodów braku
    predyspozycji społecznych czy intelektualnych.
    A przecież less is more - wystarczy przyjąć niewiele, ale wybitnych na podstawie
    egzaminu z dwóch języków, testu wiedzy ogólnej, testu rozumienia tekstu, eseju
    na wybrany temat (zdolność syntezy i analizy na piśmie oraz logicznego wywodu to
    jakaś umiejętność z kosmosu), rozmowy kwalifikacyjnej przed komisja i portfolio
    naukowego.
    Taka rekrutacja nie daje szans nepotyzmowi i upychaniu krewnych i znajomych
    Królików - zmorze polskiej "nauki". Prawdziwa jakość obroni się sama, a
    przyzwoicie opłacona będzie robić rzeczy na najwyższym poziomie.
    A jednak geruzja decyduje, ze jest inaczej , przyjmuje się byle kogo, kto
    produkuje byle jakie prace, a potem ma pretensje.
    Naszego społeczeństwa nie stać na opłacanie masy miernot, które są kiepskie w
    dydaktyce, ich wypociny nadają się co najwyżej na przykłady bełkotu
    pseudonaukowego. A jednak prof. i hab. się pod czymś takim podpisują - i nie w
    filiach zawodowych w Wąchocku, tylko na znanych i lubianych uniwersytetach.
    Pracujesz w PAN, o ile dobrze zrozumiała, więc na pewno słyszałaś o żałosnych
    cyrkach związanych z PSB. Dno den i 4 kilometry mułu - animozje personalne,
    fochy i przepychanki maluczkich, totalne oderwanie od rzeczywistości, inny matrix...
    I to ma być dobrze opłacane?
    To jest ta wyższa kultura?


    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • srebrnarybka 21.03.10, 22:12
    Nigdzie nie napisałam, że pogardzam. To nadinterpretacja.

    - Twoje posty na to wskazują.

    Nigdzie nie napisałam, że pogardzam. To nadinterpretacja.
    > Dziwi mnie po prostu postawa, którą prezentujesz - przypominam
    sobie dyskusję
    > nt, szkół niepublicznych - będąc osobą inteligentną i
    wykształconą, a jednak
    > działającą w prostym, bajkowym schemacie - biedny = dobry,
    szlachetny, mądry,
    > zły = bogaty i prymitywny.

    - działam nie w żadnym schemacie, tylko na podstwie doświadczenia.
    Znam osoby, które wypruwały sobie żyły, by posłać dzieci do szkół
    prywatnych i głównym skutkim tego było nabawienie się przez dzieci
    snobizmu, pogardy dla mniej zamożnych i roszczeniowej postawy wobec
    życia, a poziom nauki nie był wyższy, niż w szkołach publicznych.


    To, co piszesz na temat środowiska naukowego, to jest właśnie jakiś
    bajkowy schemat pod publiczkę. Dla jasnośći dodam, że na studium
    doktoranckie byłam przyjęta po procedurze kwalifikacyjnej nieco
    podobnej do opisanej przez Ciebie, było do w '88 r. Mój ojciec jet
    profesorem w innej dziedzinie, niż ja, studiowałam w innym mieście,
    by nie było podejrzeń o nepotyzm i nigdy z jego poparcia nie
    korzystałam. Owszem, w środowiskach naukowych istnieją niekiedy
    rzeczy niegodne, ale generalnie uważam, że procedury kwalifikacyne
    działają sprawnie, przynajmniej w tych ośrodkach, które dbają o
    reputację. Istnieją uczelnie gorsze i lepsze, środowisko te rzeczy
    wyczuwa. Nepotyzm odgrywa minimalną rolę. W mojej dyscyplinie rzadko
    zdarza się, by potomstwo uprawiało tę samą dyscyplinę, co ojciec lub
    matka. W pary znanych mi wypadkach wcale nie przyspieszyło to
    kariery, czasem potrafi nawet szkodzić. Z drugiej strony nie ma też
    nic nienormalnego w fakcie, że ojciec lub matka, zapalony miłośnik
    dyscypliny naukowej, którą uprawia, zarazi taką pasją swoje dziecko
    i ono też pragnie prowadzić badania w tej samej dyscyplinie.
    Co więcej - wybacz, ale kto dał Ci prawo oceniać całe środowisko tak
    surowo, skoro sama nie udowodniłaś, że potrafisz napisać doktorat
    czy habilitację z historii? Może Twoja zawiść bierze się jednak z
    zazdrości, iż nie było Ci dane tego osiągnąć?
    Nie pracuję w PAN, napisałam, że pracuję na uczelni i zarabiam
    więcej, niż 24000 brutto, bo na uczelniach zarabia się więcej. O
    sporze o PSB słyszałam. To nie ma nic wspólnego z poziomem naukowym.
    PSB jest niewątpliwie chlubą polskiej nauki i jest wydawany na
    bardzo wysokim poziomie. Awantura dotyczy sposobu finansowania i
    sporu kompetencyjnego pomiędzy poszczególnymi komórkami. To rzecz
    ludzka. Spór zapewne przebiegałby zresztą łagodniej, gdyby nauki
    humanistyczne były lepiej dofiansowane i gdyby dotacja dla PSB nie
    była tak łakomym kąskiem dla zwaśnionych stron.
  • anndelumester 21.03.10, 22:33
    Awantura dotyczy sposobu finansowania i
    > sporu kompetencyjnego pomiędzy poszczególnymi komórkami. To rzecz
    > ludzka. Spór zapewne przebiegałby zresztą łagodniej, gdyby nauki
    > humanistyczne były lepiej dofiansowane i gdyby dotacja dla PSB nie
    > była tak łakomym kąskiem dla zwaśnionych stron.
    To co napisałaś utwierdza mnie w przekonaniu, ze na polską humanistykę szkoda
    każdej wydanej publicznie złotówki. Prymat prywatnych żenujących potyczek i
    rozgrywek nad pracą? Która poważna firma pozwoliłaby sobie na coś takiego.

    > Co więcej - wybacz, ale kto dał Ci prawo oceniać całe środowisko tak
    > surowo,
    Płacę podatki smile
    To proste, prawda?
    Nie ma tak dobrze, ze bierze się kasę - nawet małą - z publicznej kieszeni i
    strzela fochy. Wizja bycia państwem w państwie jest kusząca, ale nie sądzę, żeby
    taki stan rzeczy długo potrwał.
    I jeszcze jedno, bardzo mnie ciekawi, dlaczego skoro jest tak świetnie jak
    piszesz , jest tak źle?


    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • srebrnarybka 21.03.10, 22:50
    Oczywiście myśleć, mówić i pisać sobie możesz, co tylko chcesz, bo
    żyjemy, chwała Bogu, w wolnym kraju. Ale jakoś tak nie mam zaufania
    do oceny prac naukowych przez osobę, która sama nie udowodniła
    własnymi pracami, że jest do tego kompententna. I tyle.
    W sprawie PSB nadal nie rozumiem, o co Ci chodzi. Słownik jest
    redagowany bardzo profesjonalnie i można się nim chlubić. A że dwie
    niedofinansowane komórki spierają się o dotację, trudno się dziwić,
    skoro państwo z budżęetu przeznacza w ogóle żenująco mało na ich
    pracę. Merytorycznie bardzo dobrą pracę, podkreślam.
  • triss_merigold6 21.03.10, 21:28
    Sugerujesz, że bieda uszlachetnia? Kiedyś miałam bardzo kiepski
    finansowo okres w życiu i absolutnie nie czułam się uszlachetniona.
    Wręcz przeciwnie - depresyjnie wk....a.
    Czuję się uszlachetniona kiedy mogę w Empiku nabyć dowolną książkę
    dla dziecka, iść bez stresu do fryzjera czy nagle skorzystać z
    prywatnego laryngologa. Bo mam luz psychiczny pozwalający na
    dokształcanie się i lektury dla przyjemności.
    Na szczęście miałam pracowitego dziadka i pracowitego ojca, dzięki
    którym dostałam "z domu" dobre zaplecze finansowe z mieszkaniem
    włącznie. Mój pracowity i ambitny ojciec nigdy by nie pozwolił na
    to, żebyśmy z siostrą niedojadały, nosiły stare buty lub nie mogły
    wyjechać na wakacje.
    Zejściem na psy byłoby dla mnie niezadbanie o to samo wobec własnego
    dziecka/dzieci. Wszystko jedno, z lenistwa czy źle ulokowanych
    ambicji. Dziecko = odpowiedzialność, również za dobry standard.

    To co sobą reprezentujesz jest zależne od punktu odniesienia. Jeśli
    rynek pracy Cię nie kupuje, to brutalnie rzecz biorąc, jesteś dla
    rynku pracy bezwartościowa. Niezależnie od tego jak świetnie znasz
    łacinę czy sztukę Etrusków.
  • srebrnarybka 21.03.10, 22:53
    Sugerujesz, że bieda uszlachetnia?

    - nie tyle bieda, co dystans do spraw materialnych. Daje cholerną
    niezależność.
    Mój ojciec też był bardzo pracowity.
    To, co sobą reprezentuję, jest we mnie. Rynek pracy jest kapryśny,
    ja nie.
  • dynema 01.04.10, 14:22
    > - nie tyle bieda, co dystans do spraw materialnych. Daje cholerną
    > niezależność.

    I ten dystans maja najczesciej osoby o wyzszych dochodach.

    Najwiekszy odsetek przestepcow - szczegolnie sprawcow kradziezy z
    rozbojami i morderstw, pochodzi z ubiogich rodzin.
  • verdana 21.03.10, 17:17
    Nie zakladam tego jako pewnik, fakt. Ale jako mozliwość. ja i moj
    mąż nie zarabiamy specjalnie duzo, ale zdecydowanie oboje nie
    jestesmy sklonni zmienić pracy na inną - własnie dlatego, ze nasza
    jakość życia dramatycznie by spadła.
    Pewnie, ze zamiana jednej średniej pracy na drugą jest OK. Mowię
    tylko o przypadkach wyjątkowego zaangazowania w nie najlepiej platną
    pracę.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • anndelumester 21.03.10, 14:14
    i, tak jak napisała Triss, dorabiasz ideologię.
    Pauperyzacja na życzenie powoduję skundlenie kulturowe, niestety, a z czasem
    obwarowywanie się we własnym matrixie.
    Zbaczamy z tematu głównego, ale chciałam Ci przypomnieć , że korzystanie z
    kultury wyższej i wysokiej, kosztuje (o masowej nie wspominam, chociaz Alicja
    dla 3 osób w kinie 3D to prawie 80 zeta). A trudno nazwać osobę nie biorącą
    udziału w kulturze kulturalną.
    Ceny książek, czasopism, teatru, filmów dvd (jako osoba żyjąca z praw autorskich
    nie pochwalam piractwa) koncertów (btw polecam bardzo
    www.misteriapaschalia.pl/pl/3/155/172/bilety - dziecko płaci full bilet,
    ale odmówić dziecku wstyd) są jakie są. Czasami zdarza nam się dojeżdżać do
    Wrocławia czy Wawy, wiec trzeba doliczyć transport i nocleg, - bo oferta
    krakowska jest taka sobie.

    Dobrze , że porzuciłam tak "szacowną" uczelnię (rotfl) na rzecz PR - moje
    dziecko - wychowywane bez telewizora - najtańszej i najbardziej dostępnej formy
    rozrywki - musi mieć zapewniona rozrywkę na poziomie, a bilet nawet tanich linii
    lotniczych do Paryża czy Londynu, trochę kosztuje. Ale nie moge pozwolić by coś
    co było oczywiste dla przodków mojego dziecka - czyli zwiedzanie, wyjazdy na
    imprezy kulturalne, wakacje w ciekawych miejscach, edukacja na poziomie a nie
    tania przechowalnia i opieka proponowana przez licencjonowane produkty Wyższych
    Szkół Solarystyki Stosowanej i Tipsologii Teoretycznej - zastąpiło żałosne
    smęcenie o etosie, patosie i kabanosie. Albo nawet nie o tym - polecam
    wypowiedzi ustne i pisemne rektora mojej Alma Mater - kabaret za darmo. On i
    jego poprzednik chyba mieli bardzo ubogie duchowo i materialnie dzieciństwo.



    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • airam.as 21.03.10, 14:31
    anndelumester napisała:
    Albo nawet nie o tym - polecam
    > wypowiedzi ustne i pisemne rektora mojej Alma Mater - kabaret za darmo. On i
    > jego poprzednik chyba mieli bardzo ubogie duchowo i materialnie dzieciństwo.
    >

    smile))
  • srebrnarybka 21.03.10, 15:38
    Pauperyzacja na życzenie powoduję skundlenie kulturowe, niestety, a
    z czasem
    > obwarowywanie się we własnym matrixie.

    Jeśli podlegam pauperyzacji, to nie na MOJE życzenie, tylko na
    życzenie społeczeństwa, które tak właśnie wycenia moją
    wysokokwalifikowaną pracę. Gotowość do życia w ubóstwie dowodzi
    szlachetności i kultury duchowej, bo istnieją dobra, których za
    pieniądze kupić nie można, a nie odwrotnie. Jeżeli środowisko ludzi
    ceniących przede wszystkim dobra duchowe i intelektualne, a nie
    materialne, nazywasz matrixem - Twoja sprawa.
    Udział w kulturze "wysokiej" kosztuje - owszem, ale są też rzeczy,
    na których można oszczędzać. Z dzieciństwa pamiętam, że w domu
    nieraz się nie dojadało, telewizor został kupiony ze spadku, gdy
    miałam 11 lat, ale na lekcje angielskiego się supłało. Przecież nie
    mówię, że naukowiec w ogóle nie zarabia i nie dorabia, tylko o tym,
    że nie dorabia tyle, ile PRowiec za nic nierobienie.
    Co zaś tyczy kulturalnej edukacji Twojego dziecka: cóż, być może
    masz pieniądze, by więcej razy zabrać go do teatru, niż kto inny,
    ale i tak wszystkich sztuk teatralnych Twoje dziecko nie obejrzy.
    Natomiast otrzymało ono na całe życie jeden bardzo ważny komunikat:
    że oto dla matki ważniejsze są wyższe zarobki niż udział w
    twórczości naukowej. I nie ma znaczenia, ile sztuk obejrzy jako
    konsument. Będzie natomiast wiedzieć, że twórczość naukowa i tzw.
    kultura wyższa to jakaś snobistyczna zabawka, którą bawią się godni
    pogardy idioci pauperyzujacy się w matriksie, a to, co warto robić -
    to tłuc kasę.
    Skoro masz takie podejście do pracy naukowej, to dobrze, że
    zwolniłaś miejsce na uczelni i przeszłaś do PR. Miejmy nadzieję, że
    Twoje miejsce zajął ktoś, kto pracę naukową ceni i uważa za jedną z
    najwyższych wartości.
  • verdana 21.03.10, 15:46
    A tłumaczenie dziecku, że nie wazne gdzie pracujesz i co robisz,
    tylko ile zarabiasz nie powoduje skundlenia kulturowego? szybko
    dziecko dowie się, ze czas przeznaczony na rozrywkui kulturalne to
    czas finansowo stracony. Że lepiej porzucić cikawaą, slabo płatną
    pracę, na rzecz nieciekawej, ale dochodowej. Może nawet domyśli się,
    ze to samo dotyczy męża - lepszy ten, co dobrze zarabia, od tego co
    kocha - czy nie ma tu pewnej analogii?

    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • anndelumester 21.03.10, 15:56
    A nie można i kochać i zarabiać i jeszcze mieć czas dla dziecka?
    Przed czterdziestką - mając ugruntowaną pozycję zawodową to nie jest jakiś wyczyn.
    Czasami zadziwiasz mnie Verdano swoją manichejską wizją świata - albo mądry,
    biedny i kocha, albo zły, podły, głupi i z pieniędzmi. Życie jest trochę
    bardziej wymiksowane jednak.


    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • verdana 21.03.10, 17:21
    Nie bardzo, bo nieźle zarabiam i wobec tego sama siebie bym do zlych
    zaliczyła.
    Jednak co innego, gdy rodzic daje dziecku przyklad, ze pracuje się
    TYLKO dla kasy. Widze sporo takich wypadkow i nie bardzo szczęśliwe
    są te osoby... Moja przyjaciółka, ktora porzucila dobry zawod dla
    tłumaczeń tekstów, ktorych nie znosi - cóż, z beztroskiej dziewczyny
    przerodzila się w zgorzkniałą kobietę, jej dzieciaki miały wszystko,
    o czym zamarzyły, a od matki zwialy, gdzie pieprz rosnie.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • anndelumester 21.03.10, 15:56
    Miejmy nadzieję, że
    > Twoje miejsce zajął ktoś, kto pracę naukową ceni i uważa za jedną z
    > najwyższych wartości.
    Spoko, zaniedbanych, niedouczonych i deficytami dzieci wiecznych starszych
    asystentów jest cała masa, gdzieś je trzeba upchnąć. Lista filadelfijska wprost
    pęka w szwach od ich wypocin, i tłoczno od nich na międzynarodowych
    konferencjach, gdzie ci poligloci ze swadą prowadzą intelektualne pogwarki.
    Wszak Polska to potęga w naukach wszelkich big_grin



    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • srebrnarybka 21.03.10, 16:29
    Akurat lista filadelfijska nie jest dobrym miernikiem poziomu
    humanistyki. Jest w Polsce wielu humanistów przeciętnych, jest wielu
    dobrych, są i bardzo dobrzy. Gdybym była złośliwa, to mogłabym
    powiedzieć, że najłatwiej krytykować osobie, która z trudu pracy
    naukowej zrezygnowała. Co, może nie udało się napisać doktoratu i
    teraz ta pogarda wobec ludzi, którym się udało coś zrobić w nauce?
  • anndelumester 20.03.10, 00:52
    Nie podejrzewam ludzi o takim potencjale intelektualnym, że nie wiedzieli w co
    się pakują. Planowanie życia zawodowego w dorosłości niestety tak wygląda, że
    trzeba zdawać sobie sprawę , ze w życiu bywa różnie bardzo, a ideami dzieci się
    nie nakarmi, nie zapłaci czesnego i nie opłaci spraw podstawowych i tych
    bardziej zbędnych acz przyjemnych.

    Dlatego , wracając do bohatera naszej dyskusji, jeśli pan spłodził dwoje dzieci
    ma obowiązek je utrzymywać, i ja się eksżonie nie dziwię, ze chce jak najwięcej,
    bo tak instynkt samozachowawczy podpowiada. Dziwię się natomiast drugiej
    partnerce, że niezaradnemu z obciążeniami finansowemu dała sobie zrobić dziecko.
    Tłumaczenia, ze więcej się nie da jakoś do mnie nie przemawiają - skoro na
    jednym etacie mało, może trzeba jakieś mało prestiżowe, ale dobrze płatne
    zajęcie dodatkowe - osoba sprzątająca kasuje za jedno mieszkanie ok. 100 - 200
    zł - klienci się prawie biją i umawiają z dużym wyprzedzeniem. O branży
    remontowo budowlanej nie wspominam, bo tam zarobki też do niskich nie należą.
    Chcieć to móc, a wypinać się na własne dzieci - wstyd i żenada.



    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • srebrnarybka 20.03.10, 01:14
    Może mój potencjał intelektualny najwyższy nie jest, ale ja akurat
    wiedziałam, w co się pakuję. Mój Ojciec jest profesorem
    uniwersytetu, obecnie emerytownym. Jedyna w klasie w podstawówce nie
    miałam telewizora w domu, został kupiony, gdy byłam w V klasie, a
    mama dostała niewielki spadek. (Było to dawno temu, wtedy telewizor
    był droższy w stosunku do przeciętnych dochodów, niż dziś). Czasem
    niedojadaliśmy. Ale na lekcje angielskiego dla mnie się
    wyskrobywało. I wtedy, i teraz, czuję się z tego dumna i cieszę się,
    że rodzice nauczyli mnie dystansu wobec dóbr materialnych.
    Nieodpowiedzialność byłaby wtedy, gdyby mój Ojciec zamiast pisać po
    kilkanaście godzin na dobę (wtedy częściej płacono honoraria, więc
    był z tego także wymierny dochód), lenił się i oglądał mecz przed
    TV.
    No i jeszcze jedno przynajmniej: ludzie "o takim potencjale
    intelektualnym" mają to do siebie, że nie oceniają ludzi wedle
    zarobków i zamożności, a wedle tego, co oni sobą reprezentują. To
    się nazywa kultura.
    A jako przykład rozwinę sprawę rozwodu, wzmiankowaną przeze mnie
    powyżej. Owa matka zarabia 6000 zł w agencji PR, czyli wykonując
    rzecz społecznie niepotrzebną, a nawet szkodliwą, tzn. zajmuje się
    robieniem ludziom wody z mózgu. I te czynności wyceniane są na 6000
    zł. Jej eksmąż jest wykwaifikowanym opiekunem dzieci
    niepełnosprawnych, czyli robi rzecz społecznie niezwykle potrzebną i
    szlachetną. I społeczeństwo, w którym jego ciężką pracę wycenia się
    na 1/3 tego, co dostaje panienka robiąca ludziom wodę z mózgu, jest
    chore. Ale by to dostrzec, potrzeba faktycznie pewnego potencjału.
  • dynema 01.04.10, 14:49
    > szlachetną. I społeczeństwo, w którym jego ciężką pracę wycenia
    się
    > na 1/3 tego, co dostaje panienka robiąca ludziom wodę z mózgu,
    jest
    > chore. Ale by to dostrzec, potrzeba faktycznie pewnego potencjału.

    Az sie zapienilas. Widac nie jestes tak obojetna na element
    finansowy jak pisalas powyzej. Przemysl to - jak Ciebie to gryzie,
    to to zmien.
  • morekac 20.03.10, 02:54
    A czy pan się wypina? Czy zostało to gdzieś napisane? Nie wiadomo
    (chyba), ile płaci teraz, czy zalega, czy robił cokolwiek, aby nie
    płacić itp. Nie wiadomo, czy to ona jego porzuciła czy on ją. Ale
    już wiadomo, że gość jest winny. Bo nieodpowiedzialny i mało zarabia
    (jakby to jakaś zbrodnia była).Ale ludzie są często
    nieodpowiedzialni: nie mają gdzie mieszkać, biorą kredyty, mało
    zarabiają, tracą pracę, nie chce im się harować po 25h na dobę - i
    jeszcze, bezczelni, śmią mieć dzieci.
    Zakładając hipotetyczną sytuację, że pan i pani byliby sobie ze sobą
    nadal, 8-latkowi zrobiliby braciszka, pani nie pracowałaby przez
    czas jakiś - ile wydaliby na tego 8-latka z 2.2 tys? 600 zł? I też
    okazałoby się, że można...
    --
    "To moja pierwsza miłość. Taka istotka co leży pode mną. Wiem, że
    nie mogę za mocno nią sterować, bo to boli." by E.Staszulonek
  • morekac 20.03.10, 03:00
    > że niezaradnemu z obciążeniami finansowemu dała sobie zrobić
    dziecko
    Ta pierwsza też sobie dziecko z niezaradnym strzeliła wink. Widocznie
    niezaradny jest tylko w zarabianiu kasy, a nie w innych dziedzinach.

    --
    "To moja pierwsza miłość. Taka istotka co leży pode mną. Wiem, że
    nie mogę za mocno nią sterować, bo to boli." by E.Staszulonek
  • jakw 20.03.10, 06:47
    morekac napisała:

    > Ta pierwsza też sobie dziecko z niezaradnym strzeliła wink.
    Widocznie
    > niezaradny jest tylko w zarabianiu kasy, a nie w innych
    dziedzinach.
    >
    Oj, po prostu obie litowały nad jego niezaradnością...
  • triss_merigold6 20.03.10, 16:45
    Takie ryzyko bardzo wąskich i nieprzydatnych rynkowo specjalizacji.
    Nie wierzę, że profesor nauk humanistycznych nie jest w stanie pisać
    artykułów naukowych i popularnonaukowych na potrzeby budżetówkowych
    instytutów, wydawnictw, biuletynów, zesztyów etc. Nie wierzę, że nie
    jest w stanie robić nieźle płatnych opracowań, analiz czy generować
    kilka razy w miesiącu banalnych tekstów "rocznicowych". Widze komu
    moja fabryka płaci i jakie pieniądze. Żyła złota.
  • verdana 20.03.10, 17:01
    To uwierz, ze za książki, artykuly itd się nie płaci lub płaci
    śmieszne sumy. Uwierz też, ze nie wszyscy mają ochotę pisać teksty
    rocznicowe - jest kilkanascie osób, ktorzy takie teksty tłuką na
    kazdy temat, tyle, ze musza się liczyć z tym, ze nie będą przez
    środowisko traktowani powaznie.
    Owszem, zarobic można wyłącznie niemal wykladajac na prywatnych
    uczelniach, ale nie na wszystko jest zapotrzebowanie.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • triss_merigold6 20.03.10, 17:36
    Że za artykuły naukowe publikowane w uczelnianych czasopisamch
    płacone są komiczne kwoty, to wiem doskonale. Wydawać można ksiązki
    również poza uczelniami, prawda? Poza tym budżetowe jednostki, min.
    ministerstwa rozpisują często otwarte konkursy na analizy
    strategiczne - w ub. roku np. taki konkurs ogłoszony przez UKIE
    wygrali panowie z AON, inna rzecz, że zrobili za ciężką kasę shit,
    ktory im odesłano do poprawek pod groźbą oddania sprawy do sądu (o
    dziwno poprawili znakomicie i w terminie).
    Dobra, nie wierzę, że filolog nie może tłumaczyć, prof ekonomii brać
    zleceń od spółek skarbu państwa, a prof polonistyki redagować
    czegokolwiek.
  • verdana 20.03.10, 18:04
    He, he.
    Wydaje poza uczelniami. Ile mi placą? Za pierwsza mieli zaplacić 50
    zł (nie, nie opuscilam żadnego zera). Za pozostałe - zero (nie, nie
    popuscilam żadnej cyfry). Prace naukowe nie przynosza dochodu
    wydawnictwu, więc tną koszty - a publikowac trzeba.
    Jaka analizę strategiczna moze przeprowadzić historyk znajacy się na
    XI- wiecznej Turcji i Balkanach? Albo jezykoznawca, zajmujacy się
    fleksją?
    Jesli chodzi o redagowanie, to wydawnictwa nie zatrudniaja już
    redaktorów na etat - na stanowisko "dochodzacych" redaktorów jest
    tak ze 40 osób na miejsce. Filologowie moga tłumaczyc, o ile sa
    anglistami - jakos zapotrzebowania na filologie białoruską brak.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • morekac 20.03.10, 18:00
    To policz jeszcze ilość tych biuletynów i ilość
    profesorów/docentów/doktorantów.

    --
    "To moja pierwsza miłość. Taka istotka co leży pode mną. Wiem, że
    nie mogę za mocno nią sterować, bo to boli." by E.Staszulonek
  • triss_merigold6 20.03.10, 18:12
    To trzeba się trochę postarać, pochodzić za dobrymi fuchami,
    poszukać.
    Nie twierdzę, że koszty utrzymania 8-latka MUSZĄ wynosić 2 tysiące
    zł, ale ubolewanie nad trudną sytuacją finansową profesorów
    belwederskich jest IMO kuriozalne. Gospodarka się urynkowiła 20 lat
    temu, był czas przywyknąć. Jeśli ktoś jest niezaradną d... to będzie
    grosze zarabiał i jako hydraulik i jako profesor.
  • airam.as 20.03.10, 19:47
    > To trzeba się trochę postarać, pochodzić za dobrymi fuchami,
    > poszukać.
    > Nie twierdzę, że koszty utrzymania 8-latka MUSZĄ wynosić 2 tysiące
    > zł, ale ubolewanie nad trudną sytuacją finansową profesorów
    > belwederskich jest IMO kuriozalne. Gospodarka się urynkowiła 20 lat
    > temu, był czas przywyknąć. Jeśli ktoś jest niezaradną d... to będzie
    > grosze zarabiał i jako hydraulik i jako profesor.

    Calkowicie się zgadzam.
    Owszem, profesor fizyk, matematyk, chemik czy informatyk ma dzisiaj większy popyt na swoją wiedzę, niż prof filologii serbskiej czy białoruskiej. Tym niemniej, każdy z tych wymienionych - może stwierdzić - że ma wąską specjalizację. A to nieprawda.
    Są granty, współpraca międzynarodowa, dydaktyka (np. nadgodziny, skrypty), prowadzenie magisteriów/doktoratów, konsultacje naukowe czy praca na prywatnej uczelni itp., i za wszystko dostaje sie pieniądze. Ale nader wszystko - rozszerzenie swojej wąskiej specjalizacji, skoro ta uwiera. Chęć, znaczy, i praca własna - wystarczą smile
    Mówienie i użalanie się, że tytularny prof PANu zarabia trochę ponad 2 tys zl jest śmieszne, jak dla mnie, i świadczy nawet nie tyle o niezaradności, ile o wygodnictwie. Na zasadzie, wolę pracować za dwa tysiące i narzekać, jak to źle profów w Polsce wynagradzają, powolując się na "pracę dla idei", niż zabrać się za rozszerzenie swoich kwalifikacji.

    ps.To co ma powiedzieć np nauczyciel gry na tamburynie o swojej specjalizacji? wink
  • morekac 21.03.10, 09:27
    I nawet nie wiadomo, czy mowa o jakimś profesorze... Może facet jest
    po prostu ochroniarzem i stoi po 12 godzin w sklepie... Może ma 2
    lewe ręce do cegieł, stolarki i układania kafelków... Może nie ma
    zdolności do prowadzenia biznesów...
    --
    "To moja pierwsza miłość. Taka istotka co leży pode mną. Wiem, że
    nie mogę za mocno nią sterować, bo to boli." by E.Staszulonek
  • airam.as 21.03.10, 12:42
    morekac napisała:

    > I nawet nie wiadomo, czy mowa o jakimś profesorze... Może facet jest
    > po prostu ochroniarzem i stoi po 12 godzin w sklepie... Może ma 2
    > lewe ręce do cegieł, stolarki i układania kafelków... Może nie ma
    > zdolności do prowadzenia biznesów...

    No tak...Za to ma zdolności do robienia dzieci....
    Równowaga w przyrodzie musi być smile
  • verdana 21.03.10, 13:18
    Jest wiele zawodów i wiele miejsc - gdzie nie da sie dorobic, ani
    znaleźć lepszej pracy. Bezrobocie, o ile pamietam, jest wysokie. Są
    miejscowosci, gdzie praca za ponad dwa tysiace to i tak dobra praca.
    Rozpatrywanie wszystkiego z punktu wiedzenia wielkomiejskich,
    wykształconych inteligentek daleko nie prowadzi.
    A dwoje dzieci to nie dwanaścioro. I nie świadczy o krancowej
    nieodpowiedzialnosci.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • airam.as 21.03.10, 14:25
    O nieodpowiedzialności świadczy brak świadomości co do własnych możliwości
    zawodowych (lub ich ograniczeń) robiąc w tym samym czasie kolejne dzieci, nawet,
    jeśli sie wie, że nawet jednego dziecka nie da się utrzymać i zabezpieczyć. Bo
    dziecko - to nie sa wydatki na czas niemowlęctwa i kolejnych pięć lat. To jest,
    co najmniej - do 18 roku życia. Więc albo - trzeba zapewnić dziecku rozwoj
    finansując to, albo - samemu się zając kształceniem i wychowaniem dziecka. Bo
    sytuacja - kiedy samemu się nie potrafi/nie chce/nie może, a na zewnętrzną
    opiekę/naukę finansowo nie stać, i plodzić przy tym dzieci - jest
    potwierdzeniem, że dorosły człowiek, rodzic - jest niedojrzały.

    Żeby była jasność - ja nie mówię o tym, że dziecko 8 letnie MUSI mieć 2 tys na
    utrzymanie miesięczne. Absolutnie - nie. Jak się chce, to się utrzyma dziecko za
    800 zl. Ojca mojego dziecka i mnie stać na wiele, ale nasze dziecko nie biega na
    6 rodzajów zajęć pozalekcyjnych - bo dla nas, jako rodziców - to absurd i
    spychologia jeśli chodzi o wychowanie własnego dziecka. Bo nikt lepiej nie
    zajmie się dzieckiem jak własny rodzic. Nasze dziecko może mieć o wiele więcej
    niż ma - ale nie chce. Samo z siebie nie chce. Z kieszonkowych nie kupuje nic -
    bo zbiera na jakieś swoje bliżej nieokreślone plany.
    I uważam, że w dużym stopniu to sami rodzice nakręcają jakieś abstrakcyjne
    wydatki na własne dzieci. Dziecko nie ma np. jakichś potrzeb, ale rodzic, z
    własnej próżności - generuje je, na siłę wręcz. A potem jęczy - że kasy brakuje.
    Po co to?

    I uleganie jakiejś powszechnej euforii, że dziecko : basen, konie, szermierka,
    taniec, karate, języki.. itp - tylko KASĘ dawaj! - to jest nonsens. To jest
    miecz obosieczny.
    Lepiej mniej, ale lepiej. smile
  • anndelumester 21.03.10, 14:44
    > A dwoje dzieci to nie dwanaścioro. I nie świadczy o krańcowej
    > nieodpowiedzialności.
    Zabrzmiało jak z dowcipu o Leninie. Dobry tatuś - a mógł zrobić 12, i wszystko
    co zarobi/dostanie przepijać.

    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • morekac 21.03.10, 16:11
    A ja chciałam przypomnieć, że średnia pensja w 2009r wyniosła 3,1
    tys (brutto)- na netto to daje ok 2,2 tys. Czyli gośc zarabia
    przeciętnie - podejrzewam, że w tej liczbie przeciętnie
    zarabiających jest spora grupa: żołnierzy, policjantów, strażaków,
    strażników miejskich, ratowników medycznych, nauczycieli. Ale
    wiadomo - wszyscy zawsze mogą dorobić,a w ostateczności wziąć
    łapówkę... Life is brutal.
    --
    "To moja pierwsza miłość. Taka istotka co leży pode mną. Wiem, że
    nie mogę za mocno nią sterować, bo to boli." by E.Staszulonek
  • morekac 21.03.10, 16:14
    Dwójka dzieci to nie jakaś straszna zdolność... W odstępie kilku
    lat - nawet roweru nie musiał używać...
    Ale już był w okolicy wątek o tym, jak nieodpowiedzialni są
    ludzie,którzy mając dwupokojowe mieszkanie mają aż dwójkę dzieci wink.
    --
    "To moja pierwsza miłość. Taka istotka co leży pode mną. Wiem, że
    nie mogę za mocno nią sterować, bo to boli." by E.Staszulonek
  • airam.as 21.03.10, 16:21
    Nie popadajmy w skrajności.

    Chodzi o to, że jeśli wiem, kim jestem i na co mnie stać, to odpowiednio planuję.
    Siły na zamiary, słowem...
  • verdana 21.03.10, 17:25
    Nie, Triss.
    Pensja prof. w PAN-ie wynosi 2400 zł brutto. Ja mam ine prace, u
    mnie jest OK - ale sporo osób nie może znaleźć zatrudnienia - bo
    moja instytucja zakazuje pracy na pierwszym etacie gdzie indziej.
    Historykow się zwalnia, nie zatrudnia - wybacz, ale naprawde dla
    częśći z nich, ludzi b. dobrych nie ma nigdzie przyzwoitej pracy. Te
    przepisy wprowadzono nie 20, ale z 5 lat temu - trochę późno dla
    niektórych , aby się przekwalifikować na hydraulika.
    Ja prosperuję, bo mam inne wykształcenie.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • triss_merigold6 21.03.10, 19:19
    Mam wstręt do borejkowszczyzny, więc uważam, że jeśli ktoś o bardzo
    wysokim (formalnie najwyższym w kraju) wykształceniu i wysokim IQ,
    pracuje za 2400 brutto MAJĄC DZIECI, to jest w jakimś sensie ułomny.
    Może społecznie? Może emocjonalnie? To brak odpowiedzialności.

    Historycy? Proszę bardzo: mówiącego składnie historyka kupi PTTK do
    oprowadzania wycieczek, historyków przewodników zatrudnia Wilanów,
    Zamek Królewski i Muzeum Powstania Warszawskiego. Kursy
    przygotowawcze z historii do matur cieszą się niezmienną
    popularnością. Historyków do robienia materiałów rocznicowych i
    większych projektów bierze CEO. Sporo ludzi po historii pracuje w
    IPN (można się brzydzić instytucją, wiem). To takie pierwsze z
    brzegu przykłady.
    Rozumiem, że nie jest to rozwiązanie idealne dla profesora ale można
    w ten sposób dorabiać zamiast smęcić.
  • srebrnarybka 21.03.10, 20:14
    mówiącego składnie historyka kupi PTTK do
    > oprowadzania wycieczek, historyków przewodników zatrudnia Wilanów,
    > Zamek Królewski i Muzeum Powstania Warszawskiego.

    nie żartuj, tam się zarabia grosze. Nie mówiąc o tym, że zabiera to
    czas konieczny do pisania publikacji naukowych.

    Kursy
    > przygotowawcze z historii do matur cieszą się niezmienną
    > popularnością.

    I większość moich znajomych naukowców na tych kursach dorabia.
  • triss_merigold6 21.03.10, 20:55
    ROTFL. Zabiera czas na pisanie artykułów naukowych za które nie
    płacą, tak? To już się staje przekomiczne.
    30 - 40 zł za godzinę netto za grupę polską, 60 zł za obcojęzyczną
    to PTTK. Dużo to nie jest ale lepiej niż 2400 brutto.
    Ja też tłukę kursy, od dobrych 10 lat z przerwami. Naprawdę do tego
    wystarczy być magistrem z doświadczeniem dydaktycznym, habilitacja
    jest doskonale zbędna.
  • srebrnarybka 21.03.10, 21:08
    Zabiera czas na pisanie artykułów naukowych za które nie
    > płacą, tak?

    Za pisanie tych artykułów płacą owe 2400 miesięcznie. Tego nie płacą
    za samo posiadanie stopnia dr hab. albo tytułu profesorskiego, ale
    za prowadzenie badań naukowych i publikowanie ich wyników. Napisanie
    porządnego artykułu naukowego zajmuje czas.

    Ja też tłukę kursy, od dobrych 10 lat z przerwami. Naprawdę do tego
    > wystarczy być magistrem z doświadczeniem dydaktycznym, habilitacja
    > jest doskonale zbędna.

    Też tak uważam. I dlatego żałuję, że nasze prześwietne państwo, w
    ramach dbanie o ten "kapitał kulturowy" nie płaci ludziom z
    habilitacjami tak, by mogli prowadzić badania naukowe wykorzystując
    w pełni posiadane kwalifikcje. "Kapitał kulturyowy" państwa by się
    wzbogacił, a podniesienie pensji kilkunastu tysiącom naukowców nie
    doprowadziłoby kraju do bankructwa.
  • triss_merigold6 21.03.10, 21:38
    Retoryka zadziwiająco podobna do retoryki górników niezdolnych
    przyswoić, że ich kopalnie są nierentowne.
    Z punktu widzenia interesów ekonomicznych państwa i przyszłego rynku
    pracy, absolwentów studiów humanistycznych jest aż nadto. Są zbędni
    w takiej masie.
    Co do poziomu kadry naukowej to przyglądałam się z bliska. Z bardzo
    bliska. Część owej kadry to byli ludzie o imponującym dorobku i
    świetni dydaktycy przy okazji, a część miernoty odczytujące wykłady
    z pożółkłych karteczek. Miernoty, które nie potrafiły odebrać maila
    i niestety nie korzystały z dorobku naukowego kultury zachodniej z
    powodu braku znajomości jakiegokolwiek języka obcego.
  • srebrnarybka 21.03.10, 22:31
    absolwentów studiów HUMANISTYCZNYCH nie jest za dużo. Za dużo jest
    absolwentów pseudo-studiów typu politologia, stosunki międzynarodowe
    (nie wiem, czym się różni, ale występuje osobno), albo europeistyka.
    Za dużo jest pseudo-szkół tego i owego. Ale skąd one się wzięły? Ano
    stąd, że na początku lat 90tych pensje na uczelniach były głodowe i
    wykłądowcy zaczęli tworzyć takie prywatne szkółki w pobliskich
    gminach i powiatach, żeby dorobić. No, i część z nich tak się już
    przyzwyczaiła, że woli kursować od szkoły do szkoły i tłuc na
    okrągło te same dyrdymały niż prowadzić badania naukowe i odświeżać
    wiedzę. Ale gdyby na początku lat 90 tych dawało się przyżyć za
    pensję profesora uniwerytetu, zapewne ta patologia nie osiagnęłaby
    aż takich rozmiarów.
    Przykro mi, ale kończę dyskusję. Jutro mam zajęcia i będę uczyć
    moich studentów tych nikomu niepotrzebnych bzdetów.
  • anndelumester 21.03.10, 23:12
    srebrnarybka napisała:

    > absolwentów studiów HUMANISTYCZNYCH nie jest za dużo. Za dużo jest
    > absolwentów pseudo-studiów typu politologia, stosunki międzynarodowe
    > (nie wiem, czym się różni, ale występuje osobno), albo europeistyka.


    Litości...
    A słyszałaś o Szkole nauk Politycznych we Lwowie - powstała 108 lat temu, trochę
    później bo w okresie międzywojennym, największą uczelnią politologiczną była
    Szkoła Nauk Politycznych w Krakowie.
    Mw. od lat 40. XX wieku wiadomo co to za dyscyplina, na pewno nie wymysł lat 90.
    Ja rozumiem, ze nauki społeczne mogły być metodologicznie uznawane za novum, ale
    w XIX wieku, w XXI ??????????



    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • srebrnarybka 21.03.10, 23:52
    owszem, takie elitarne szkoły istniały i kształciły bardzo wysoko
    wykwalifikowanych urzędników, zresztą nie udają nauki, bo to żadna
    nauka nie jest. Podobnie, jak obecnie istnieje Wyższa Szkoła Służby
    Publicznej, czy jakoś tak, elitarna uczelnia kształcąca przyszłych
    członków korpusu służby państwowej, zresztą przyjmuje ludzi, którzy
    są już magistrami innych NAUK I nie udaje, że jest uczelnią naukową,
    tylko zawodową na bardzo wysokim poziomie. Natomiast politologie
    krzewiące się w każdej gminie nie są ani studiami zawodowymi, bo do
    zawodu wysokokwalifikowanego urzędnika nie przygotowują, ani też
    żadnymi naukami, bo są powierzchowną mieszaniną rozmaitych nauk. I
    nie udawajmy: politoogia jest mieszaniną rozmaitych nauk, a nie
    samodzielną nauką. Ale na dobrym uniwersytecie, jak warszawski, jest
    uczona na wysokim poziomie, poza tym szanse jej absolwentów wynikają
    z tego, że są w Warszawie i mają możliwość załapania się do
    rozmaitych urzędów na praktyki i nawiązania kontaktów. Ale nazywanie
    tego humanistyką, czyli naukami o kulturze, jest nieporozumiemiem.
  • srebrnarybka 21.03.10, 23:57
    Istnieją nauki społeczne o jasno ustalonej metodologii. To
    socjologia i ekonomia.
    Natomiast nauka polegająca tylko na nauczeniu, jakie są instytucje
    UE, to nie jest żadna nauka, tylko kurs wieczorowy. Zaś okraszania
    tego tradycją np. od Karola Wielkiego jest wybiórczym popisywaniem
    się wiedzą historyczną na poziomie wykłądowców ze studium wojskowego
    (jako młodsze ode mnie osoby nie miałyście takiej atrakcji na
    studiach). Wykładowcy ci, na ogół oficerowie wyrzuceni ze służby
    liniowej za nieudolność, popisywali się przed studentami swoją
    rzekomą wiedzą humanistyczną, wskutek czego stawali się powszechnym
    pośmiewiskiem. Teksty typu: "w czasie średniowiecznych bitew nad
    walczącymi powiewały rycerskie PROPORCJE" stanowiły normę. No, i
    zresztą właśnie wykłądowcy owych studiów z braku lepszych zajęć
    stanowią często kadrę tych wszystkich politologii i stosunków
    międzynarodowych w Pcimiu Dolnym...
  • anndelumester 22.03.10, 09:28
    Ciekawe , kto firmuje je swoimi nazwiskami i dokonaniami..
    Nie ja - ja się czepiam poziomu "naukawców", wiec jestem bardzo podejrzana,
    Triss chyba też nie?
    Może UFO ?
    Albo Rada Fantomasów - na szczęście ojciec wszechwiedzący google pokazuje -
    ojej te same nazwiska na lepszych uniwersytetach i te same w powiatowych
    wyższych szkołach zawodowych flizowania i administracji w Pcimiu.
    Oni wszyscy to "oficerowie wyrzuceni ze służby liniowej za nieudolność" ?
    Pisałaś czas temu, w innym wątku o zachowaniach lekarzy - o bezkarności i
    kolesiostwie , a więc jesteś w stanie zauważać patologię środowiskową, może więc
    czas przyjrzeć się bacznie temu co się dzieje w Twojej branży.



    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • srebrnarybka 23.03.10, 13:53
    Akredytacje poniekąd daje Triss i podobni jej urzędnicy nie mający
    pojęcia o dziedzinach, którymi zarządzają. Przeżyłam parę lat temu
    akredytację na mojej uczelni, niezbyt wybitnej, na której czuję się
    źle, ale gdzieś pracować muszę. Uczelnia jest państwowa. "Nalot"
    akredytacyjny składał się z 3 przyzwoitych profesorów naszej
    dyscypliny, paru urzędniczek i studenta. Sprawdzanie odbywało się
    zgodnie z rubrykami wymyślonymi przez urzędników typu Triss, którzy
    skończyli politologię i znają się na zarządzaniu. Zatem kwestie
    poziomu sprawdzono "formalnie" - czy jest odpowiednia liczba dr i
    dr hab., zresztą to sprawdzić najłatwiej, dorobek pracowników był
    znany. Natomiast komisja nie pytała o rzeczy, o których rozsądniejsi
    pracownicy wiedzą, że są słabością, bo tego rubryki nie przewidują.
    Komisja, zgodnie z rubrykami wymyślonymi przez urzędników typu
    Triss, sprawdzała, czy jest na korytarzu automat z kawą, bo musi być
    wg wymagań, czy kible są odnowione (zanzaczam, że jesteśmy uczelnią
    państwową, więc na kafelki do kibla można przeznaczyć tyle, ile da
    ministerstwo, nie ma możliwości zdefraudować czesnego na willę
    rektora kosztem kafelków w kiblu), czy wszyscy mają aktualne badania
    okresowe, czy koło naukowe studentów ma osobny pokój (lokalowe
    warunki mamy marne, ale ten pokój trzeba było odddać studentom, żeby
    dostać akredytację). Jedyna rzecz związana z dydaktyką, która ich
    zainteresowałą, to to, że z jakiegoś przedmiotu wykłąd prowadził dr,
    a ćwiczenia ktoś świeżo po hab., obaj kompetentni, ale akurat
    każdemu z nich brakowało do pensum tyle, ile im przydzielono. I to
    był jedyny zarzut merytoryczny, poza tym komisja interesowała się
    kiblami i pokojem studentów. Komisja akredytacyjna nie jest
    wszechwładna, działa w ramach wymyślonych przez urzędników, takich
    jak Triss. Zatem nie dziwię się, że te powiatowe szkoły tego i owego
    dostają akredytację. Nie ma problemy ściągnąć paru oficerów studium
    wojskowego albo innych urzędników wywalonych z jakiegoś urzędu,
    ustawić automat z kawą, wukafelkować kibel, na jednym pokoju
    wywiesić tabliczkę "koło naukowe" i otworzyć politologię. I wg
    rubryk wymyślonych przez Triss wszystko gra.
  • airam.as 23.03.10, 21:47
    Srebrnarybko, zejdź na ziemię i przejrzyj na oczy.
    Największą krzywdę nauce robią sami naukowcy-niezdary, analfabeci i krętacze. Nie urzędnicy.
    Pracowałam dziewięć lat na uczelni technicznej i przeżyłam dwie akredytacji. Nawet nie chce wyobrażać, co się dzieje na uczelniach/wydziałach tzw. humanistycznych.

    ps. Myślę natomiast, że ktoś taki jak Triss ze swoim podejściem, bardzo szybko by sprawił, aby odpowiednie wydziały albo by zniknęły w ogóle, albo zaczęły by być rentowne.
    No ale to marzenie ściętej głowy, jeśli chodzi o naukę polską.
  • triss_merigold6 23.03.10, 21:50
    5 lat przepracowałam na uczelni i mam dość sprecyzowane poglądy.P
    Ciekawe, że to stara kadra najbardziej broniła się przed systemem
    wewnętrznego oceniania przez studentów, w efekcie objął on tylko
    doktorantów. Jak sądzisz dlaczego?
  • fogito 23.03.10, 21:58
    Tak trzymać. Mądrze gadasz Kobieto!
  • triss_merigold6 23.03.10, 22:03
    Po lekturze ksiązki "Paranoja polityczna. Psychologia nienawiści" i
    zrobieniu jednej (z dwóch zrobionych) specjalizacji z marketingu
    politycznego nic już nie jest takie samo. Tzw. mechanizmy władzy na
    co dzień oglądam i nie zachwycają, oględnie ujmując.
  • fogito 23.03.10, 22:51
    triss_merigold6 napisała:

    > Po lekturze ksiązki "Paranoja polityczna. Psychologia nienawiści"
    i
    > zrobieniu jednej (z dwóch zrobionych) specjalizacji z marketingu
    > politycznego nic już nie jest takie samo. Tzw. mechanizmy władzy
    na
    > co dzień oglądam i nie zachwycają, oględnie ujmując.

    Triss - a gdzie twoje poświęcenie dla narodu! Obecni kandydaci na
    prezydenta nie zachwycają a nawet przerażają. Powiedz sobie - "nie
    chce a musze" i do dzieła big_grin
    I jak widać masz podstawy, więc dasz radę wink
  • srebrnarybka 23.03.10, 22:44
    W mojej uczelni była i chyba jest nadal tzw. ewaluacja czyli
    anonimowe oceny wystawiane przez studentów. Ale na Boga, nie mogą
    być one jedynymi ocenami. Ktoś, kto nic jeszcze nie umie, nie może
    ocenić, czy dorobek profeora X jest więcej wart od dorobku profeora
    Y. To może ocenić tylko profeor Z.
  • srebrnarybka 23.03.10, 22:42
    Nie twierdzę, że nie ma wśród naukowców krętaczy i pozorantów. Ale
    są we wszystkich naukach, nie tylko humanitycznych prawdziwych,
    czyli tych uczących o kulturze. Natomiast Ande i Triss z założenia
    uważają za krętaczy i darmozjadów WSZYSTKICH historyków czy
    filozofów, niezależnie od ich poziomu. I co jeszcze - właśnie w tym
    problem, że procedury akredyacyjne, opanowane przez urzędników,
    którzy każą sprawdzać, czy wykładowcy mają aktualne badania
    okresowe, bo to umieją, a nie umieją ocenić poziomu prac naukowych,
    nie potrafią zmusić tych naukowców, którzy są nie na poziomie, do
    lepsze pracy. Bo nikt nie ocenia poziomu naukowców, ale to, czy
    uczelnia ma automat z kawą na korytarzu.
  • airam.as 23.03.10, 23:29
    srebrnarybka napisała:

    > Nie twierdzę, że nie ma wśród naukowców krętaczy i pozorantów. Ale
    > są we wszystkich naukach, nie tylko humanitycznych prawdziwych,
    > czyli tych uczących o kulturze. Natomiast Ande i Triss z założenia
    > uważają za krętaczy i darmozjadów WSZYSTKICH historyków czy
    > filozofów, niezależnie od ich poziomu. I co jeszcze - właśnie w tym
    > problem, że procedury akredyacyjne, opanowane przez urzędników,
    > którzy każą sprawdzać, czy wykładowcy mają aktualne badania
    > okresowe, bo to umieją, a nie umieją ocenić poziomu prac naukowych,
    > nie potrafią zmusić tych naukowców, którzy są nie na poziomie, do
    > lepsze pracy. Bo nikt nie ocenia poziomu naukowców, ale to, czy
    > uczelnia ma automat z kawą na korytarzu.

    Jest w tym część prawdy, ale na dobrą sprawę, to dziekani poszczególnych wydziałów i rektorzy uczelni urządzają taką szopkę. Bo... nie maja czym się pochwalić, oprócz automatów z kawą na korytarzu.
    Dlaczego? No bo nie o naukę im chodzi, tylko o stanowiska. Proste.
    Fajnie - jak się ma paru sensownych profów na wydziale i ich doić - zrób doktorat temu, zrób habilitację temu, napisz artykuł temu itp... a my się odwdzięczymy...

    Dobrze Balcerowicz kiedyś mówił - polska nauka ma za dużo kasy. Jakąkolwiek kasę otrzyma z budżetu państwa - to roztrwoni.
    Mechanizmy funkcjonowania trzeba zmieniać i racjonalizować, a nie topić pieniądze w błocie.
    Nie chce mi się o tym gadać i rozwijać tematu, przepraszam.
  • srebrnarybka 23.03.10, 23:56
    Bo... nie maja czym się pochwalić
    > , oprócz automatów z kawą na korytarzu.

    Więc dlatego komisje akredytacyjne w ogóle nie powinny się
    automatami z kawą ani badaniami okresowymi interesować. Bo wiadomo,
    ze od tego poziom nauczania nie zależy. Ale skoro mają takie
    rubryki, to muszą je wypełnić. No, a w ministerstwie siedzi
    dostatecznie dużo urzędników niemających pojęcia o nauce, którą
    kontrolują, żeby powymyślać takie wymagania.

    Owszem, są i niekompetentni dziekani i rektorzy. Ale proponowane
    przez ministerstwo zmiany, czyli np. zniesienie habilitacji, tylko
    może pogłębić te zjawiska, bo zwiększy liczbę hochsztaplerów. O
    zniesienie habilitacji najgłośniej bili się ci, którzy nie byli w
    stanie jej napisać.

    Fajnie - jak się ma paru sensownych profów na wydziale i ich doić -
    zrób doktor
    > at temu, zrób habilitację temu, napisz artykuł temu itp... a my
    się odwdzięczym
    > y...

    Takich rzeczy nie robią sensowni profowie. Sensowny prof na taką
    propozycję nie pójdzie. Cóż, mnie niedawno władze uczelni groziły
    komisją dyscyplinarną za sprzeciw przy lipnym doktoracie. Ale się
    nie ugięłam. Nazwisko mam jedno.
  • airam.as 24.03.10, 00:36
    srebrnarybka napisała:
    Ale proponowane
    > przez ministerstwo zmiany, czyli np. zniesienie habilitacji, tylko
    > może pogłębić te zjawiska, bo zwiększy liczbę hochsztaplerów. O
    > zniesienie habilitacji najgłośniej bili się ci, którzy nie byli w
    > stanie jej napisać.
    >

    Zjawiska nie pogłebi, choć zgadzam się,że jest to krzywdzące dla tych habilitowanych ,którzy na habilitację zapracowali własnym umysłem, a nie koneksjami. Zrównanie dr hab z doktorami - jest krzywdzące dla dr hab. Zgadzam się. Poniekąd.
    Ale wiesz jak się robi dziś doktoraty i habilitacje? Jedzie się np do Ostravy i załatwia się, to co trza.
    Natomiast - jest to (brak habilitacji) sensowne rzecz ujmując obiektywnie. Ta propozycja jest wzorowana na Stanach. Robisz doktorat - i już. I, masz alternatywę, albo dzięki dorobkowi naukowemu zostajesz profem na jakiejś uczelni - w sensie, dostajesz kontrakt itp ( a nie żadnym belwederskim dożywotnio żerującym na budżecie państwa), albo zostajesz dr tak długo, aż się wykażesz. Czyste reguły, rynkowe zasady. Proste, jasne i klarowne.
  • srebrnarybka 24.03.10, 08:27
    Jedzie się np do Ostravy i
    > załatwia się, to co trza.

    Zjawisko Ostrawy jest mi dobrze znane. Wystarczy dla jego
    zlikwidowania wpisać do ustawy o nostryfikacji zastrzeżenia, iż
    uznaje się habilitację zagraniczną pod warunkiem, iż wymagania w
    kraju, który ją nadał są porównywalne z polskimi.
    Co do reszty - to, co piszesz, jest, wybacz, nonsensowne.
    To, że coś jest wzorowane na USA, nie musi znaczyć, że jest
    najlepsze. Kiedyś każda rzecz kopiowana z ZSRR była najlepsza, teraz
    każda rzecz kopiowana z USA. Bo my, Polacy, niczego nie możemy
    wymyślić.
    Dlaczego obniżenie wymagań do uzyskania stanowiska profesora, czyli
    zniesienie habilitacji, tzn. przeprowadzenia poważnych badań
    naukowych i opublikowania na ich podstawie poważnej monografii
    miałoby zmniejszyć liczbę hochsztaplerów? Moim zdaniem zwiększy.
    Wymagania do doktoratu są niższe, więc człowiek po jego uzyskaniu
    nie powinien mieć uprawnień takich, jak ten, co zrobił habilitację.
    Przy czym procedura habilitacji: konieczność oceny dorobku
    delikwenta przez 4 recenzentów z różnych ośrodków, w tym dwóch
    wyznaczonych przez Centralną Komisję przy Ministerstwie,
    utrudnia "kolesiostwo". Dlaczego ta procedura miałaby zniknąć?
  • airam.as 24.03.10, 09:03
    srebrnarybka napisała:

    > Wymagania do doktoratu są niższe, więc człowiek po jego uzyskaniu
    > nie powinien mieć uprawnień takich, jak ten, co zrobił habilitację.


    Podnieść wymagania do doktoratu, aby nie było tak, że każdy bezrobotny magister mając wejścia usadawiał się na uczelni latami symulując robienie doktoratu. A ci, co mają dorobek naukowy nieraz nie gorszy niż habilitowani muszą bezskutecznie żebrać o etat...
    A zresztą, przecież i tak Cie nie przekonam . Wiadomo, własna koszula bliższa ciałusmile
  • anndelumester 23.03.10, 23:40
    > Nie twierdzę, że nie ma wśród naukowców krętaczy i pozorantów. Ale
    > są we wszystkich naukach, nie tylko humanitycznych prawdziwych,
    > czyli tych uczących o kulturze. Natomiast Ande i Triss z założenia
    > uważają za krętaczy i darmozjadów WSZYSTKICH historyków czy
    > filozofów, niezależnie od ich poziomu.

    A gdzie Ty widzisz wielki kwantyfikator w moich wypowiedziach?
    Po raz kolejny powtarzam - czytanie ze zrozumieniem i mniej histeryczny stosunek
    do swojej pracy i wykształcenia sposobem na lepsza komunikację (no tak , ale
    teoria komunikacji to pewnie nie nauka według Ciebie smile.


    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • srebrnarybka 23.03.10, 23:59
    Akurat nie Ty, ale Triss. Triss, a także ktoś jeszcze inny,
    twierdzili, że taka nauka jak historia jest w ogóle nie potrzebna i
    w ogóle nie powinno się nikomu płacić za prowadzenie badań naukowych
    w tej dziedzinie (a także za kształcenie studentów, którzy zostają
    przecież nauczycielami), bo takie badania są zupełnie zbędne. Można
    najwyżej je popularyzować, ale prowadzić nowych nie ma sensu. Czyli
    w całej Europie historia, archeologia, historia sztuki, filozofia
    będą się rozwijać, a w Polsce będzie się jedynie popularyzować
    badania sprzed 100 lat, bo obecne nie tworzą dochodu narodowego.
  • triss_merigold6 23.03.10, 21:00
    Małe sprostowanie: istniej KSAP czyli Krajowa Szkoła Administracji
    Publicznej, która w założeniu miała kształcić urzędników mianowanych
    tworzących korpus służby cywilnej państwa.
  • srebrnarybka 23.03.10, 22:39
    Przecież pisałam o tej szkole, tylko nie pamiętałam nazwy. Ta szkoła
    po pierwsze nie udaje placówki naukowej, bo tam się nie uprawia
    nauki, tylko uczy pewnego, bardzo prestiżowego zawodu, po drugie
    przyjmuje absolwentów innych studiów, którzy jakąś naukę już
    opanowali.
  • srebrnarybka 23.03.10, 14:09
    Ciekawa jestem za to, w jaki sposób Ty i podobni Tobie urzędnicy po
    politologiach i europeistykach wzbogacacie nasz dochód narodowy i co
    takiego twórczego robicie? Z efektami działalności takich urzędnikow
    w Ministrstwie Nauki mam do czyenienia od lat. Co roku nowe pomysły,
    wdrażania, sprawozdania, kontrole, co roku wymuzanie innych
    standardów, przy czym to są pomysly wydumane przez urzędników przy
    biurku, którzy nie mają pojęcia o pracy w szkole wyższej i o żadnej
    z dyscyplin naukowych, którymi zarządzają. Ale przez to, że ciągle
    wymyślają nowe, bzurdne przepisy, mają pracę, bo ktoś musi
    kontrolować "wdrożenie: reformy, którą po roku się odwołuje i wdrażą
    inną. I dla jakości pracy w szkole wyższej byłoby najlepiej zwolnić
    3/4 urzędnikow ministerstwa nauki, żeby nam nie zawracali głowy
    produkując bzdurne przepisy. I tyle.
  • anndelumester 23.03.10, 17:51
    Ciekawa jestem za to, w jaki sposób Ty i podobni Tobie urzędnicy po
    > politologiach i europeistykach wzbogacacie nasz dochód narodowy
    Płacąc podatki.
    Nie jestem urzędnikiem.

    Wyleczyłam się z pracy, współpracy i korzystania z jakichkolwiek instytucji
    publicznych. Jazdę obowiązkowo typu ZUS, US - traktuję jako obowiązkowe
    cierpeinie, które nie uszlachtenia. Nie korzystam, nie uczestniczę - bo do szału
    doprowadza mnie marnowanie mojego czasu (przede wszystkim).
    Pracuję w prywatnej firmie (etat) do tego jestem współwłaścicielem innej firmy.
    Podatki jakie odprowadzam nie są małe. Do tego dochodzi nakręcanie koniunktury
    plus konsumpcja (wiec tez podatki) smile
    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • srebrnarybka 23.03.10, 18:14
    To było do Triss, która jest urzędniczką.
    Czytam ze zrozumieniem, więc wiem, że pracujesz w PR. O tym, co
    sądzę o tej pracy, napisałam już i nie chcę tego powtarzać, by nie
    być niegrzeczną.
    Podatki płacę także. Uczę studentów, którzy być może będą uczyli
    Twoje dziecko. Pisuję teksty popularne, czasem występuję w radio i
    TV, więc nie wykluczam, że i w ten sposób miałaś okazję skorzystać z
    mojej pracy czyli z tych "bzdetów", które produkuję po moich
    banalnie prostych studiach.
  • anndelumester 23.03.10, 18:40
    > Czytam ze zrozumieniem, więc wiem, że pracujesz w PR. O tym, co
    > sądzę o tej pracy, napisałam już i nie chcę tego powtarzać, by nie
    > być niegrzeczną.
    Spoko, ja mam dystans do swojej roboty i nie reaguje histerycznie - nie ma we
    mnie też zbytniej solidarności zawodowej.
    > Podatki płacę także. Uczę studentów, którzy być może będą uczyli
    > Twoje dziecko. Pisuję teksty popularne, czasem występuję w radio i
    > TV, więc nie wykluczam, że i w ten sposób miałaś okazję skorzystać z
    > mojej pracy czyli z tych "bzdetów", które produkuję po moich
    > banalnie prostych studiach.
    Owszem kupuje dużo czasopism, płace abonament (moje dziecko reagowało histerią
    na reklamę nadawana w Dwójce PR (ze moze jej nie być)i razem opłaciliśmy
    abonament (szkoda, ze nie można go rozdzielić i płacić tylko za radio) i jestem
    w stanie odróżnić bzdety od rzeczy napisanych, wyprodukowanych przyzwoicie. Tak
    jak średnio rozgarnięty człowiek odróżnia bełkot (pisemny czy ustny) od ciekawej
    pogadanki, przykuwającej uwagę i logicznie skonstruowanej. Przykro mi, że miałaś
    trudno na studiach.
    Trudno miałam w LO i tam musiałam się uczyć na prawdę, nigdy potem nie uczyłam
    się więcej i intensywniej - nawet na studiach. Trudne studia to moim zdaniem
    medycyna i muzyka (kolega takie skończył prawie jednocześnie i przyznaje sam -
    czasami w sesji było ciężko), na wybrane kierunki na uniwersytecie dostawałam
    się bez problemu, dwa z nich skończyłam. Nie pamiętam żadnego stresującego
    momentu, raczej fascynację pewnymi działami i znudzenie innymi (a raczej
    prowadzącymi). Jedyne czego żałuję, to to, że Międzywydziałowe Indywidualne
    Studia Humanistyczne otwierzyli długo po tym jak ja skończyłam swoje, chociaż i
    tak miałam dużą swobodę w wybieraniu przedmiotów i tematów - bo wtedy Wydziały
    jeszcze się tak strasznie miedzy sobą nie rozliczały i biurokracja nie była
    upierdliwa.


    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • srebrnarybka 23.03.10, 22:49
    Ja nie miałam "trudno" na studiach, byłam jedną z najlepszych
    studentek i uczylam się bez problemu. Tyle tylko, że historia jest
    nauką bez dna. Nie ma momentu, kiedy się już wszystko przeczytało i
    wszystko umie. Jeżeli ktoś się interesuje, zawsze będzie miał coś do
    czytnaia przed sobą. Jeżeli Ty czytałaś tylko tyle, ule potrzeba na
    egzamin, to nie jest żadne studiowanie.
    Przykro mi, że mimo Twoich wybitnych zdolności i łatwości
    przyswajania nie byłaś w stanie napisać doktoratu. Jeśli to takie
    łatwe ...
  • anndelumester 23.03.10, 23:15
    Ponawiam pytanie, skąd wiesz ile przeczytałam i co napisałam?
    Z tego, że na forach internetowych nie powtarzam jak katarynka kim są moi
    rodzice i jakież to wybitne osiągnięcia naukowe mam za sobą i dopiero wtedy
    przechodzę do meritum, albo i nie smile)
    Nie mam takich potrzeb.
    Masz z tym jakiś problem, że ktoś może uważać, że czytanie książek i publikacji
    historycznych jest przyjemne i ciekawe i nie ma nic wspólnego z ciężką pracą
    pazurami?
    No to Ci piszę po raz kolejny: To nie jest ciężka praca i nie są trudne studia.
    Znam trudniejsze kierunki wymagające większego wysiłku intelektualnego czy
    choćby biegłości w czytaniu ze zrozumieniem oraz lotności umysłowej.
    eot




    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • srebrnarybka 23.03.10, 23:29
    Jeżeli miałaś czas na studiowanie czegoś jeszcze poza historii i
    mimo to dużo wolnego czasu, to znaczy, że nie mogłaś przeczytać zbyt
    dużo.
    O swoich osiagnięciach naukowych piszę wtedy, gdy wymaga tego
    meritum.
    Ja też uważam, że czytanie książek historycznych jest ciekawe i
    dlatego ten zawód wybrałam. Ale nie znaczy to, że przyzwoite
    wykonywanie zawodu historyka nie jest też pracą i to ciężką. To tak,
    jak z chodzenie po górach: ludzie chodzą dla przyjemności, ale nie
    znaczy to, że się przy wchodzeniu na szczyt nie umęczą.
    Historia wymaga biegłości w czytaniu ze zrozumieniem i lotności
    umysłowej. Bez tego można wykuć się na egzamin, ale inteligentnej
    pracy się nie napisze.
  • triss_merigold6 23.03.10, 21:21
    Nie Ty jedna masz na koncie publikacje naukowe. Studentów uczyłam,
    uczę młodzież, która przynajmniej z tego praktycznie korzysta zdając
    matury z dobrą punktacją, za podręczniki do dziś dostaję tantiemy
    autorskie. Pracowałam jako przewodnik, również krzewiąc wśród ludu
    wiedzę historyczną. Zdecydowanie jednak bardziej POD KAŻDYM WZGLĘDEM
    opłaca mi się bycie urzędnikiem na etacie redaktora. Z powodu kasy,
    satysfakcji i braku kontaktu z feudalną geriatrią. Oraz ponieważ
    jesteśmy zinformatyzowani, a mój dawny wydział nadal życzy sobie
    przesyłania artykułów na dyskietkach.P

    Nie nadymaj się tak, nie Ty jedna masz wkład w edukację. Róznica
    jest taka, że Ty poza strukturą uczelni utoniesz natychmiast, a ja
    sobie poradzę lekkim twistem. To cenne z punktu widzenia dobra
    dziecka, nie sądzisz?
  • srebrnarybka 23.03.10, 22:52
    Czy ja gdziekolwiek napisałam, że tylko ja jedna mam na koncie
    publikacje naukowe? Ponieważ twierdzisz, że z mojej pracy nie ma
    pożytku, piszę, jaki jest. Oczywiście podobne rzeczy robi wielu
    moich kolegów.
    Poza strukturą jasne, ze sobie poradzę, tyle, że ja chcę pracować
    naukowo, bo uważam to za wielką wartość.
    Jaki jest pożytek z pracy urzędników - już napisałam.
  • triss_merigold6 23.03.10, 21:14
    Szczęśliwie nie pracuję ani w MEN, ani w Ministerstwie Nauki i
    Szkolnictwa Wyższego. Zresztą, jak wynika z obserwowania debat na
    temat reformy polskiego szkolnictwa wyższego, to właśnie kadra
    rękami i nogami broni się przed zmianami i modernizacją dość
    anachronicznych i niewydolnych struktur. Broni się np. przed
    zwolnieniem żywych trupów, które poza firmowaniem katedry swoim prof
    dr hab, nie robią już absolutnie nic z powodu demencji. Również to
    kadra broni się przed zniesieniem habilitacji i kontraktowaniem
    przez państwo określonych, pożytecznych rynkowo, typów studiów.
    Zarządzanie w nowoczesny sposób uczelnie vide warszawska SGGW radzą
    sobie znakomicie, a nawet inwestują w solidną infrastrukturę.

    Z dochodów są mi odciągane wysokie podatki (zbyt wysokie, biorąc pod
    uwagę, że nie nadużywam NFZ, nie korzystam z lokalu komunalnego,
    MOPS czy innych form pomocy) + dużo konsumuję. Przez konsumpcję dla
    zaspokojenia potrzeb swoich i dziecka, generuję wpływy do budżetu
    państwa. Z dobrodziejstwa praw autorskich tez korzystam, co roku
    dostaję kasę za popełnione kiedyś podręczniki.
  • srebrnarybka 23.03.10, 22:57
    Kobieto, gdyby zniesiono habiitację, to mógłby wykładać każdy
    hochsztapler, a juz obecnie jest ich za dużo. RAdziłąbym mieć taką
    wiedzę, jak owe "żywe trupy", a potem krytykować. Zmiany wprowadzane
    przez urzędasów rujnują naukę. Chociażby idiotyczne licencjaty,
    które np. zmuszają do ścieśnienia programu historii wykłądanego
    dawniej w 5 lat do 3 lat. I to ma być postęp? że dawniej było 60
    godzin wykładu historii średniowiecznej, a teraz 30? To co, student
    będzie lepiej uczony?
    Żywe trupy są rozliczane ze swoich publikacji. Kobieto, nawet ja po
    habilitacji nie mam pewności zatrudnienie, jestem zatrudniona na
    kontrakt 5etni, a teraz i tak likwidują mi kierunek. To ślussarz po
    zawodówce ma stały etat, a profesora nadzwyczajnego zatrudnia się na
    5 lat?
  • anndelumester 23.03.10, 23:30
    Ślusarz - ma albo własną działalność, albo etat. Bywa różnie. Rynek i
    konkurencja weryfikuje go na bieżąco.

    Co do demencji i konkurencji - mój instytut na początku lat 90. zrobił rewolucję
    - student miał wybór tematu wykładu i prowadzących - podobnie ćwiczenia. No i
    się zrobiło strasznie - bo przynudzające przysypiające żywe trupy - czytające na
    swoich wykładach swoje podręczniki sprzed 30 lat miały pustki, a inni z resztą
    świetni mieli dziki tłum i studentów siedzących na parapetach. Na jeden wykład
    btw ze średniowiecza przychodzili ludzie z innych instytutów i wydziałów.
    Dlaczego? Bo był doskonały. Do jednych wołami na seminaria, proseminaria i
    monografy nie dało się zaciągnąć 5 sztuk, a do innych były kolejki.

    I nie dlatego, ze było łatwiej. Było po prostu przyjemniej, ciekawej - miało się
    wrażenie studiowania, a nie wegetacji.
    Eksperyment ujawnił pewne smutne prawdy i szybko z niego zrezygnowano na rzecz
    innych form "sprawiedliwego" podziału studentów. No bo jak to tak, nie wypada,
    żeby u pana X. było 10 sztuk a u pana Y. 60.

    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • srebrnarybka 24.03.10, 00:03
    Przed wojną był prosty sposób, który zapobiegał czemuś takiemu, jak
    czytanie włąsnych podręczników sprzed 30 lat, co uważam za haniebne.
    Otóż przed wojną nie było na humanistyce czegoś takiego, jak wykłądy
    kursowe. Były tylko wykłądy monograficzne, które musiały być oparte
    na własnych badaniach. Kto nie prowadził nowych badań, nie mógł
    wykładać na uniwersytecie, bo nie miał co wykłądać. Niestety do tego
    powrócić się nie da, także ze względu na ograniczenia narzucane
    przez urzędników.
  • morekac 19.03.10, 23:51
    Tylko że profesor belwederski może nie nadawać się na zwierzę
    korporacyjne. Poza tym przekwalifikowanie się to w praktyce
    zaczynanie od zera.
    --
    "To moja pierwsza miłość. Taka istotka co leży pode mną. Wiem, że
    nie mogę za mocno nią sterować, bo to boli." by E.Staszulonek
  • jakw 20.03.10, 06:53
    morekac napisała:

    > Tylko że profesor belwederski może nie nadawać się na zwierzę
    > korporacyjne.
    Profesor na 99,99999% nie nadaje się do korporacji.
    Najprawdopodobniej jest za inteligentny, umie samodzielnie myśleć i
    ma mnóstwo tego typu złych (z punktu widzenia korporacji) nawyków.
  • hankam 20.03.10, 15:17
    I raczej, z punktu widzenia korporacji, jest za stary.
    Chyba, że potrzebny jest jako paprotka.
  • morekac 19.03.10, 20:57
    900 zł to ma być połowa kosztów utrzymania, litości. Za 1.8 tys dziecko, owszem,
    można utrzymać na dobrym poziomie.
    >liczy
    > sie to ile moze zarobic w konkretnym zawodzie a nie to ile zarabia
    Problem powstanie, jeśli w jego zawodzie zarabia się właśnie tyle i ani grosza
    więcej nie można wyciągnąć. Może to budżetówka?
    --
    "To moja pierwsza miłość. Taka istotka co leży pode mną. Wiem, że nie mogę za
    mocno nią sterować, bo to boli." by E.Staszulonek
  • fogito 20.03.10, 08:34
    morekac napisała:

    > 900 zł to ma być połowa kosztów utrzymania, litości. Za 1.8 tys
    dziecko, owszem
    > ,
    > można utrzymać na dobrym poziomie.

    Chyba na podstawowym poziomie wydając owe pieniądze na jedzenie.
    Jeśli dojdą jakieś wydatki na leczenie, szkołę, wyjazdy, czy
    ewentualne zajęcia pozalekcyjne, to już na pewno nie.

    > Problem powstanie, jeśli w jego zawodzie zarabia się właśnie tyle
    i ani grosza
    > więcej nie można wyciągnąć. Może to budżetówka?

    Jak budżetówka to pracuje w określonych ściśle godzinach i pozostaje
    masę czasu na dorobienie.
    Zresztą, po co te gdybania. Standard życia dziecka ma się
    teoretycznie nie pogorszyć i o to powinna zadbać matka. Litowanie
    się nad facetem, który mało zarabia chyba nie powinno zaprzątać jej
    głowy.
  • morekac 20.03.10, 10:09
    Fogito - ja się nie lituję - tylko po prostu twierdzę, że niewielkie ma szanse
    na otrzymanie tej kwoty. Półtora roku temu wyliczyłam utrzymanie dwójki
    nastolatek na 3,5 tys/miesiąc. Na przyzwoitym poziomie, ale bez 'ekstrawagancji'
    typu zajęcia dodatkowe codziennie czy prywatna szkoła, I uważam jeszcze, że
    jeśli to mama, a nie ojciec podejmuje wyłączną decyzję o tym, że dziecko będzie
    na jakieś zajęcia chodziło - to ona powinna za to płacić. Co innego - jeśli tata
    stwierdza, ok - stać mnie, niech młody chodzi na 3 języki, tenis i szermierkę, a
    co innego, jeśli realnie ojca stać na wydanie 500 zł na dziecko.
    >Jak budżetówka to pracuje w określonych ściśle godzinach i pozostaje
    > masę czasu na dorobienie.
    Pożyć też kiedyś trzeba?

    Standard życia dziecka ma się
    > teoretycznie nie pogorszyć i o to powinna zadbać matka.
    Nie wierzę,że 4-latek jeździł na obozy narciarskie, kolonie,uczęszczał na 5
    języków itp. Równie dobrze można napisać, że matka powinna na to wszystko zarobić...
    --
    "To moja pierwsza miłość. Taka istotka co leży pode mną. Wiem, że nie mogę za
    mocno nią sterować, bo to boli." by E.Staszulonek
  • srebrnarybka 20.03.10, 10:22
    Jak budżetówka to pracuje w określonych ściśle godzinach i pozostaje
    > masę czasu na dorobienie.

    Ów przysłowiowy profesor belwederski, a także dr. hab., dr niehab.,
    czy nawet doktorant - mgr, nie pracują w ściśle określonych
    godzinach. Wymaga się od nich określonej liczby publikacji, a ich
    pisanie, czy prowadzenie badań i zbieranie materiałów, zajmuje czas.
    Śmiem twierdzić, że pracują oni więcej, niż 8 godzin dziennie.
    Zresztą to, że ktoś przebywa w biurze 8 godzin, nie znaczy, że
    pracuje.
  • 0golone_jajka 19.03.10, 21:23
    Jak ma gość sporo zajęć dodatkowych to czemu nie.
    Tenis 300
    Angielski 150
    Niemiecki 150
    Basen 100
    Komórka 50
    Kieszonkowe 50
    To już 8 paczek na drobiazgi poszło. A tu jeszcze komitet rodzicielski, obiady w szkole, kino czy kręgle raz w miesiącu, jedzenie, ubranie. No i na wakacje trzeba gdzieś pojechać. Narty w zimie, morze w lecie - to są koszty. 2 tys. zł to nie jest przesadzona suma, niestety, jeśli wziąć WSZYSTKO pod uwagę.
    --
    Forum niepokorne
  • verdana 19.03.10, 21:27
    Tak, tylko dziecko nie musi żyć na poziomie wyższym niż rodzice.
    Rodzice nie zarabiaja dosyć - trzeba m.in. obnizyć wydatki na
    dziecko. Taka jest prawda. A jeśli jest jeszcze drugie dziecko, to
    sąąd bierze takze pod uwagę jego dobro - w pełnych rodzinach też na
    ogół suma wydawana na starsze dziecko spada, gdy rodzi się mlodsze.
    Tak więc sad może nie przyznać 900 zł alimentów, o ile facet zarabia
    mało i nie ma szans dorobić.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • morekac 19.03.10, 23:57
    Dolicz jeszcze do tego szofera, który tego 8-latka na te zajęcia
    dostarcza. Osobnik normalnie pracujący nie wyrobiwink
    --
    "To moja pierwsza miłość. Taka istotka co leży pode mną. Wiem, że
    nie mogę za mocno nią sterować, bo to boli." by E.Staszulonek
  • fogito 20.03.10, 08:30
    morekac napisała:

    > Dolicz jeszcze do tego szofera, który tego 8-latka na te zajęcia
    > dostarcza. Osobnik normalnie pracujący nie wyrobiwink

    To niech ten 'normalnie zarabiajacy' zacznie malować mieszkania albo
    przekwalifikuje się na hydraulika. Zarobi krocie w W-wie i będzie go
    stać na 10 dzieci.
  • srebrnarybka 20.03.10, 10:23
    To niech ten 'normalnie zarabiajacy' zacznie malować mieszkania albo
    > przekwalifikuje się na hydraulika. Zarobi krocie w W-wie i będzie
    go
    > stać na 10 dzieci

    Owszem, to jest jakieś wyjście, zwłaszcza np. dla profesora
    belwederskiego. Takie rzeczy robili Czesi w najgorszych czasach
    komunizmu.
  • dhirkae 20.03.10, 12:33
    W pełni popieram egzekwowanie alimentów na dziecko, jednak wymaganie kwoty 900 zł od mężczyzny zarabiającego 2200 zł to jakaś pomyłka. Wele osób pisze, że matka dąży do zaspokojenia jak najlepszego bytu swojemu potomkowi i dlatego nie ogląda się na zarobki byłego męża. Weźcie jednak pod uwagę, że 900 zł to prawie 1/2 zarobków tego faceta. Nie przypuszczam, żeby jakikolwiek sąd się na coś takiego zgodził (a przynajmniej mam taką nadzieję:/). Verdana ma rację, dziecko nie powinno ponosić konsekwencji rozpadu rodziny, ale z drugiej strony, nie powinno żyć na dużo wyższym poziomie kosztem rodziców! Jeśli w pełnej rodzinie zmniejszają się dochody albo rodzi się kolejne dziecko, logiczne jest, że obniża się standard życia CAŁEJ rodziny. Ojciec tego dziecka raczej nie utrzyma się za 1300 zł. To jakaś bzdura, żeby skazywać go na wegetację, bo dziecko MUSI mieć angielski, niemiecki,jazdę konną, tenisa, karate i najlepiej jeszcze zajęcia w prywatnej szkoleuncertain To dopiero jest hodowanie dzieci, a nie wychowywanie...

    A co do samego faceta, to podejrzewam, że będzie wolał nie płacić nic, niż oddawać połowę swoich zarobków. To trochę podobna zależność jak przy krzywej Laffera (zbyt duża stawka podatku prowadzi do spadku wpływów do budżetu - bo nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie tyle płacił).
  • dorotammc 20.03.10, 15:31
    ...po przeczytaniu większości postów mam smutne. Widzę pianę na
    ustach wielu kobiet, które "z definicji" wiedzą, że ten tata to
    skońzczony chu... nieodpowiedzialny i ma płacić, chocby nie wiem co,
    każdą sumę, jakiej życzy sobie matka. Po pierwsz - skąd panie
    wiedzą, kto kogo z tym pierwszym małżeństwie zrobił w bambuko i kto
    kogo pogonił. Po drugie, gdyby żyli pod jednym, to racjonalnie
    wydawaliby pieniądze, a nie zawsze sztywno określona kwotę, BO TAK,
    bo dziecko MUSI mieć 6 zajęć pozalekcyjnych. Nie, nie musi, jeśli
    roziny nie stać. I jeśli nie można wydać 2 tys. mies na dziecko, to
    by sie nie wydawało. Ale sytuacja nagle diametralnie się zmienia,
    gdy w grę wchodzą alimenty. Zero dyskusji, masz płacic tyle i tyle,
    bo dziecko MUSI chodzic na 6 zajęć pozalekcyjnych... Tego nie
    pojmuję. Facet ma drugie dziecko, żonę, sam tez ma jakieś podstawowe
    życiowee potrzeby. PYTAM - dlaczego ze całej tej grupy osób
    najlepiej ma się wieść tylko jednej z nich, czyli dziecku z
    pierwszego małżeństwa? Myślę, że każdy powinien po równo ponosic
    ciężary i radości życia. To tyle. A koleżance nie odradzę
    wpisywania, że wydaje na dziecjko 2 tys. mies. Po tym, co
    przeczytałam, cos zrozumiałam. Niech sąd spojrzy na PRAWDĘ i
    rozsądek matki lub jego brak. Wedle sędziego.
  • fogito 21.03.10, 09:33
    dorotammc napisała:

    > ...po przeczytaniu większości postów mam smutne. Widzę pianę na
    > ustach wielu kobiet, które "z definicji" wiedzą, że ten tata to
    > skońzczony chu... nieodpowiedzialny i ma płacić, chocby nie wiem
    co,
    > każdą sumę, jakiej życzy sobie matka.

    Tatuś, który się wyprowadza ma płacić tyle, żeby dziecku nie
    pogorszyły się warunki życia. Ile to będzie zależy od tych warunków
    właśnie.

    Po pierwsz - skąd panie
    > wiedzą, kto kogo z tym pierwszym małżeństwie zrobił w bambuko i
    kto
    > kogo pogonił.

    To nie ma znaczenia w kwestii zabezpieczenia finansowego dziecka.

    Po drugie, gdyby żyli pod jednym, to racjonalnie
    > wydawaliby pieniądze, a nie zawsze sztywno określona kwotę, BO
    TAK,
    > bo dziecko MUSI mieć 6 zajęć pozalekcyjnych.

    Na 6 zajęć dodatkowych to te 2000 może nie starczyć wink

    Nie, nie musi, jeśli
    > roziny nie stać. I jeśli nie można wydać 2 tys. mies na dziecko,
    to
    > by sie nie wydawało.

    Zapewne, ale mówimy o utrzymaniu standardu życia dziecka z powodu
    rozwodu rodziców a nie pogorszenia sytuacji materialnej rodziny,
    która żyje razem.

    Ale sytuacja nagle diametralnie się zmienia,
    > gdy w grę wchodzą alimenty. Zero dyskusji, masz płacic tyle i
    tyle,
    > bo dziecko MUSI chodzic na 6 zajęć pozalekcyjnych...
    Tego nie
    > pojmuję. Facet ma drugie dziecko, żonę, sam tez ma jakieś
    podstawowe
    > życiowee potrzeby. PYTAM - dlaczego ze całej tej grupy osób
    > najlepiej ma się wieść tylko jednej z nich, czyli dziecku z
    > pierwszego małżeństwa?

    Dlatego, że było pierwsze? A może po to, żeby ten kogo na to nie
    stać nie rozmnazał się na potęgę? Na szczęście sąd jest od tego,
    żeby zapewnieć porzuconemu przez ojca dziecku godziwe alimenty.
    Każda kobieta, która bierze sobie faceta z odzysku z przychówkiem
    powinna mieć świadomość, ze ten facet będzie płacił alimenty i że
    jej nowa rodzina będzie miała mniej. To chyba jest jasne i oczywiste
    dla każdego. Nie wymaże się pierwszego dziecka gumką myszką, chociaż
    wielu próbuje to zrobić.

    Myślę, że każdy powinien po równo ponosic
    > ciężary i radości życia.

    Jak napisała koleżanka niżej - matka, która zostaje z dzieckiem i je
    wychowuje, de facto wkłada więcej w to wychowanie i dlatego dla
    wyrównania tej opieki ojciec być może będzie musiał wyłożyć więcej
    pieniędzy.


    To tyle. A koleżance nie odradzę
    > wpisywania, że wydaje na dziecjko 2 tys. mies. Po tym, co
    > przeczytałam, cos zrozumiałam. Niech sąd spojrzy na PRAWDĘ i
    > rozsądek matki lub jego brak. Wedle sędziego.

    No właśnie - niech sąd spojrzy i zdecyduje. A matka niech przedstawi
    kosztorys wydatków na dziecko, włacznie ze zwolnienieami lekarskimi
    na dziecko i nieprzespanymi nocami wink Nipoliczalne, prawda?
  • triss_merigold6 21.03.10, 09:33
    Widzisz, jak planuję teraz drugie dziecko to od roku systematycznie
    ZWIĘKSZAM swoje dochody i gonię aktualnego partnera do roboty.
    Tatuś, który był uprzejmy założyć nową rodzinę powinien zrobić
    dokładnie to samo - zwiększyć dochody. Proste, prawda?
  • verdana 21.03.10, 17:27
    Nie.
    Bo część osób nie moze zwiekszać swoich dochodów, bowiem doba ma 24
    godziny, a bezrobocie nadal mamy.
    I Triss, Ty zwiększasz dochoddy - skąd wiesz, że Pan ich tez nie
    zwiekszył? Mógł wcześniej zarabiać 1500.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • triss_merigold6 21.03.10, 19:29
    Fakt, mógł zarabiać jeszcze mniej.
    Nie upieram się, że utrzymanie zdrowego, chodzącego do publicznej
    szkoły 8-latka MUSI kosztować 2 tysiące złotych. Zwłaszcza poza
    dużym miastem, gdzieś gdzie ogólnie koszty życia są mniejsze.
    Ale upieram się, że od człowieka z wysokim wykształceniem,
    mieszkającego w dużym mieście, ze znajomymi, z drobkiem zawodowym
    można i należy oczekiwać większych dochodów niż od mieszkańca byłego
    PGR po zawodówce rolniczej czy pracownika warsztatu w małym
    miasteczku.
    Potencjał mają nieporównywalny i to sądy biorą na szczęście pod
    uwagę - możliwości zarobkowe, a nie faktyczne dochody.
  • triss_merigold6 23.03.10, 20:54
    Tak sądy biorą pod uwagę dochody i możliwości zarobkowe matek.
    Zwłaszcza matek. Praktycznie niemożliwe jest zdarcie nawet
    symbolicznych alimentów od dziadków dziecka (rodziców niepłacącego
    tatusia) jeśli matka ma dochody nieuprawniające do zaliczki
    alimentacyjnej z FA. Ponieważ, jak argumentują sądy - jest w stanie
    utrzymać dzieci, a rodzic ma taki obowiązek w pierwszej kolejności.
  • verdana 25.03.10, 18:33
    Akurat przy dziadkach to rozumiem - dla mnie w ogóle jest to
    przyklad odpowiedzialnosci zbiorowej, ktora w cywilizowanym prawie
    nie powinna mieć miejsca. Ale jeślli matka zarabia mało, a mogłaby
    więcej i chce podwyzszenia alimentów od ojca - to jak to jest?
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • hankam 20.03.10, 15:22
    Kwota 2000 miesięcznie wydaje mi się calkowicie realna.
    Ja wydaję więcej, ale wliczylam w to niepubliczną szkolę, za to moje dziecko
    dopiero wkracza w okres nastoletni.
  • verdana 20.03.10, 17:03
    Ja wydawałam zdecydowanie mniej. Przy wiecej niż jednym dziecku suma
    wydawana na dzieci zazwyczaj spada - jakos nigdy nie zarabiałam
    tyle, by na dzieci wydawać 6 tysiecy miesiecznie.
    Prywatna szkoła jest dla osób, ktore na to maja pieniądze, nie jest
    jednak czymś, za co ma obowiazek placić źle zarabiający rodzic.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • triss_merigold6 21.03.10, 09:06
    Moja znajoma niedawno uzyskała 2,5 tys. zł alimentów na 6-latka.
    Sama zarabia przyzwoicie, ojciec dziecka bardzo dobrze. Sąd
    uwzględnił koszty opiekunki, która zostaje z dzieckiem, kiedy jest
    chore. Koleżanka zwolnień nie bierze (kiedyś brała), tatuś zwolnień
    nie brał nigdy i nie ma takiego zamiaru - tłumaczy się pracą.
    Alimenty w wysokości 900 zł to żaden cud w dużym mieście.
    BTW koszty utrzymania wcale nie muszą rozkładać się 50/50, jeśli
    dziecko mieszka z matką to matka ma znacznie większy wkłąd w
    czynności opiekuńczo-wychowawcze i w ten sposób realizuje swoją
    część obowiązku alimentacyjnego.
  • fogito 21.03.10, 09:19
    triss_merigold6 napisała:

    > BTW koszty utrzymania wcale nie muszą rozkładać się 50/50, jeśli
    > dziecko mieszka z matką to matka ma znacznie większy wkłąd w
    > czynności opiekuńczo-wychowawcze i w ten sposób realizuje swoją
    > część obowiązku alimentacyjnego.

    Dobrze, że to napisałaś, bo zapomniałam w feworze dyskusji. Chyba
    większość o tym zapomina - tak jakby wkład w wychowanie był tylko
    wkładem pieniężnym.
  • triss_merigold6 21.03.10, 09:31
    Że mężczyźni lubią o tym zapominać to mnie nie dziwi zupełnie. Dziwi
    mnie natomiast "zapominanie" o tym drobiazgu przez kobiety, które
    same sobie strzelają w stopę. Codzienne przygotowywanie posiłków,
    odprowadzanie/przyprowadzanie do przedszkola/szkoły, pamiętanie o
    tym, że trzeba dokupić blok rysunkowy/pidżamę/jogurt/syropek etc.,
    sprzątanie po dziecięcych zabawach, chodzenie po lekarzach i
    użeranie się z NFZ - to wszystko są czynności opiekuńczo-
    wychowawcze. Pan bierze w tym aktywny udział? Super, alimenty mogą
    być równe dla każdego rodzica.
    Tylko dlatego sama nie występuję o wyższą kwotę alimentów, ponieważ
    zmuszam eksa do brania zwolnień na dziecko równo ze mną i do
    zajmowania się małym kiedy mam sobotnie fuchy (zajmuje się na zmianę
    z moim aktualnym partnerem).
    Wydatki na 5-latka mogę wyliczyć lekkim twistem: samo przedszkole
    publiczne z zajęciami dodatkowymi to 400zł, wyjście do teatru 80 zł
    (pięciolatek nie pójdzie sam więc płacę za drugi bilet dla siebie),
    wyjście do kina 50 zł (identycznie - sam nie pójdzie), zestaw leków
    przy byle infekcji wirusowej - minimum 50 zł etc.
  • fogito 21.03.10, 09:39
    triss_merigold6 napisała:

    > Że mężczyźni lubią o tym zapominać to mnie nie dziwi zupełnie.
    Dziwi
    > mnie natomiast "zapominanie" o tym drobiazgu przez kobiety, które
    > same sobie strzelają w stopę.

    Bo kobieta większość tych czynności robi z powołania i za darmo :0 A
    tatuś może, ale nie musi. Ech, życie. Żeby jeszcze polskie sądy
    zasądzały wyższe alimenty, to moze jeden pan z drugim zastanowił
    się, czy warto budować kolejną rodzinę, która często gęsto nie jest
    wcale ostatnią. Ale skoro same kobiety użalają się nad losem
    niewiernych tatusiów (uogólniam oczywiście) to trudno będzie to
    zmienić.
  • verdana 21.03.10, 13:20
    Rozumiem, ze nie istnieje możliwość, ze to pani wykopała pana. I że
    wykopany pan ma resztę życia żyć samotnie - bo ma zobowiązania. To
    dopiero jest dyskryminacyjne myslemnie - jak kobieta, to musi byc
    niewiniątko, zdradzone przez ponurego chasma.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • fogito 21.03.10, 15:38
    verdana napisała:

    > Rozumiem, ze nie istnieje możliwość, ze to pani wykopała pana. I
    że
    > wykopany pan ma resztę życia żyć samotnie - bo ma zobowiązania. To
    > dopiero jest dyskryminacyjne myslemnie - jak kobieta, to musi byc
    > niewiniątko, zdradzone przez ponurego chasma.

    Niekoniecznie, ale jak facet porządny, dobrze zarabia, dba o rodzinę
    i nie zdradza to raczej się takiego za drzwi nie wykopuje.

  • verdana 21.03.10, 15:42
    Nie? Nie mozna sie w innym zakochać, nie może nie wychodzic w łóżku,
    nie mozna uznać pana za nudziarza? Rozumiem, że jak ktos szuka
    sponsora, to pana zarabiającego z domu nie wykopie, ale sa tez
    kobiety, ktore patrza nie tylko na kasę.
    Dosyć to przerazająca wizja świata, w ktorym sa tylko skrzywdzone
    kobiety, a jak któraś ma porzadnego męża, to nigdy go nie rzuci...
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • fogito 21.03.10, 17:01
    verdana napisała:

    > Nie? Nie mozna sie w innym zakochać, nie może nie wychodzic w
    łóżku,
    > nie mozna uznać pana za nudziarza?

    Można, ale to jednak mniejszość wypadków. Jak sa dzieci, to rzadko
    nuda jest wystarczającym powodem do rozwodu.

    Rozumiem, że jak ktos szuka
    > sponsora, to pana zarabiającego z domu nie wykopie, ale sa tez
    > kobiety, ktore patrza nie tylko na kasę.

    Jasne. Nie chodzi o sponsorowanie, tylko o zapewnienie rodzinie bytu
    na odpowiednim poziomie. Rozumiem, że jak się ma dwadzieścia lat i
    masę ideałów w głowie, to można i o chlebie i wodzie marzyć pod
    księżycem. Ale jak się ma dzieci i rodzinę to realia są troszeczkę
    inne. Chociaż znam takich, co marzą i klepią biedę całe życie.
    Gorzej, że mają pretensje o to do całego świata.

    > Dosyć to przerazająca wizja świata, w ktorym sa tylko skrzywdzone
    > kobiety, a jak któraś ma porzadnego męża, to nigdy go nie rzuci...

    Bo to niestety większość. A co do pana w/w dyskusji - cały czas nie
    wiemy, jakie są realia, bo autorka postu nie podaje. Więc możemy
    sobie gdybac na potęgę.
  • srebrnarybka 21.03.10, 17:28
    Nie chodzi o sponsorowanie, tylko o zapewnienie rodzinie bytu
    > na odpowiednim poziomie.

    A jaka różnica? I co to jest odpowiedni poziom?

    A swoją drogą w omawianym wypadku rozwiedziony mąż, od którego
    eksżona chce podwyższonych alimentów, zarabia właśnie niezbyt dużo.
    Jeśli tyle zarabiał przed rozwodem, to może właśnie żona uznała, że
    nie zapewnia rodzinie bytu na odpowiednim poziomie i go wykopała?
    Oczywiście gdybamy, ale jeśli przed rozwodem zarabiał mniej więcej
    tyle samo, to nie był to wypadek, że żona nie wykopie z domu męża
    dobrze zarabiającego.
  • fogito 21.03.10, 18:19
    srebrnarybka napisała:

    > Nie chodzi o sponsorowanie, tylko o zapewnienie rodzinie bytu
    > > na odpowiednim poziomie.
    >
    > A jaka różnica? I co to jest odpowiedni poziom?

    Jeśli nie widzisz różnicy - a powinnaś przy swoim wykształceniu - to
    zajrzyj do słownika.
    A odpowiedni poziom to taki, który pozwala nakarmić dziecko i
    wychować bez zastanawiania się czy starczy do pierwszego.


    > A swoją drogą w omawianym wypadku rozwiedziony mąż, od którego
    > eksżona chce podwyższonych alimentów, zarabia właśnie niezbyt
    dużo.
    > Jeśli tyle zarabiał przed rozwodem, to może właśnie żona uznała,
    że
    > nie zapewnia rodzinie bytu na odpowiednim poziomie i go wykopała?
    > Oczywiście gdybamy, ale jeśli przed rozwodem zarabiał mniej więcej
    > tyle samo, to nie był to wypadek, że żona nie wykopie z domu męża
    > dobrze zarabiającego.

    No włąśnie - gdybamy. Każda sytaucja jest inna więc dobrze byłoby
    wiedzieć jakieś konkrety.
  • srebrnarybka 21.03.10, 20:09
    tyle, że pod słowem "wychować" można różne rzeczy rozumieć.
  • fogito 21.03.10, 20:15
    srebrnarybka napisała:

    > tyle, że pod słowem "wychować" można różne rzeczy rozumieć.

    a dlaczego w cudzysłowiu? Matka dzieciom będzie wiedziała co to
    znaczy wychować.
  • srebrnarybka 21.03.10, 20:27
    chodzi o finansowe podstawy tego wychowania. Co innego będzie pod
    tym rozumiała matka (i ojciec) w zależności od poziomu życia rodziny.
  • fogito 22.03.10, 12:01
    srebrnarybka napisała:

    > chodzi o finansowe podstawy tego wychowania. Co innego będzie pod
    > tym rozumiała matka (i ojciec) w zależności od poziomu życia
    rodziny.

    I dlatego na szczęście to sądy podejmują decyzje a nie ojcowie,
    którzy zakładają kolejne rodziny. Bo dla nich pewnie to i 100 zł na
    dziecko byłoby za dużo. Znam takie wypadki niestety.
    Każda sytuacja jest indywidualna, ale nie należy zapominać o
    niewymiernym wkładzie w wychowanie dziecka tego rodzica, który z
    dzieckiem zostaje. I dlatego nie zawsze jest równo po połowie, choć
    zapewne wielu by tak chciało.
  • verdana 21.03.10, 17:28
    To ja mam nietypowe znajome.
    Jedna wyrzucila faceta za pracoholizm. Jedna - za brak osiągnięć
    łóżkowych.. Jedna poznała innego pana.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • fogito 21.03.10, 18:20
    verdana napisała:

    > To ja mam nietypowe znajome.
    > Jedna wyrzucila faceta za pracoholizm. Jedna - za brak osiągnięć
    > łóżkowych.. Jedna poznała innego pana.

    No to bardzo dojrzałe znajome masz. Pozazdrościć uncertain
  • srebrnarybka 23.03.10, 13:59
    To tylko potwierdza, że uważasz, że najważniejszą zaletą faceta jest
    to, ile zarabia, a reszta nieważna. Dojrzałością bym tego nie
    nazwała, na to są zupełnie inne określenia.
  • fogito 23.03.10, 14:58
    srebrnarybka napisała:

    > To tylko potwierdza, że uważasz, że najważniejszą zaletą faceta
    jest
    > to, ile zarabia, a reszta nieważna. Dojrzałością bym tego nie
    > nazwała, na to są zupełnie inne określenia.

    Facet jest od przynoszenia mamuta od zarania dziejów. Taki, który
    nie zarabia wystarczająco na swoją rodzine to nie facet tylko
    nieudacznik. W końcu, co innego on ma robić - rodzić i karmić nie
    będzie.
    Gdyby kobiety w Polsce były bardziej wymagające dla swoich misów
    rysiów to żyłoby im się o niebo lepiej. No ale my mamy ten polski
    instynkt macierzyński i lubimy się opiekować bidulkami, co to tysiąc
    złoty zarobią i na więcej siły nie mają uncertain
  • srebrnarybka 23.03.10, 15:42
    Oboje rodzice powinni zapewnić dzieciom byt, to oczywiście, Ale
    jeżeli uważasz, że obowiązki rodziców i życie rodzinne w ogóle
    sprowadzają się do zapewnienia kasy, urodzenia dziecka i
    wykarmienia, to jest to żenujący prymitywny i zwierzęcy obraz. Tyle
    potrzebują zwierzęta. Koleżanka Verdany potrzebowała więcej, np.
    udanego seksu.
  • anndelumester 23.03.10, 18:09
    Bardzo polecam książkę Richarda Wranghama (Srebrnarybka z pewnością ją zna, bo
    było o niej głośno w uznanych czasopismach, naukowych również) - facet jest
    profesor antropologii biologicznej na Uniwersytecie Harvarda, więc z pewnością
    odpowiada poziomem wybrednym gustom intelektualnym, do tego renoma uczelni daje
    podejrzenia graniczące z pewnością, ze jego stopnie naukowe nie są za ser i gęsi
    - pt. Walka o ogień - jak gotowanie stworzyło człowieka. Książka , a zwłaszcza
    bogata bibliografia - pokazuje jednoznacznie co się działo i dzieje z facetami,
    gdy nie zdobywają przysłowiowego mamuta i jak to się rzuca nie tylko na mózg ,
    ale na życie społeczne etc.


    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • fogito 23.03.10, 21:23
    srebrnarybka napisała:

    > Oboje rodzice powinni zapewnić dzieciom byt, to oczywiście, Ale
    > jeżeli uważasz, że obowiązki rodziców i życie rodzinne w ogóle
    > sprowadzają się do zapewnienia kasy, urodzenia dziecka i
    > wykarmienia, to jest to żenujący prymitywny i zwierzęcy obraz.

    To są podstawy a nie "prymitywny i zwierzęcy obraz". Reszta to są
    przyjemne dodatki. Jednakże brak podstaw może spowodować problemy i
    nie będzie żadnego żcyia rodzinnego a tym bardziej udanego seksu.
    Jak na osobę wykształconą - podobno - ciężko ci idzie zrozumienie
    słowa pisanego.

    Tyle
    > potrzebują zwierzęta. Koleżanka Verdany potrzebowała więcej, np.
    > udanego seksu.


    Zwierzęta nie zapewniają sobie kasy a co do seksu - psy kopulują
    nawet na ulicy. Może znajdź lepsze porównania.
  • triss_merigold6 23.03.10, 21:43
    Srebrnarybka nie uznaje piramidy potrzeb Maslowa? Dziwne, bo KRiO
    uznaje i nakłada na rodziców obowiązek zaspakajania potrzeb dzieci.
    BTW dzieci niedożywione w dzieciństwie mają niższe IQ.
  • dorotammc 21.03.10, 23:18
    Miło usłyszeć głos rozsądku osoby znającej życie, a nie tylko
    teoretyków typu "fogito".
    Mnie też poraża tak płaskie i roszczeniowe, apodyktyczne podejście
    do eks, do mężczyzn w ogóle. To wizja jakaś roszczeniowo-bajkowa, a
    nie realna, ze świata dorosłych ludzi. I to zdrobnienie pełne
    jadu "tatuś" jest powalające i ośmieszające te kobiety, które
    zapewne przez własne doświadczenia majją tyle żalu do facetów.
    Facet pogoniony przez laskę ma do końca życia zostac sam i nie ma
    prawa do szczęścia? I każdy kto tylko sobie tak wymyśli może
    podnieśc swoje dochody? To my chyba nie w tym samym kraju żyjemy...
  • fogito 22.03.10, 09:55
    dorotammc napisała:

    > Miło usłyszeć głos rozsądku osoby znającej życie, a nie tylko
    > teoretyków typu "fogito".

    Wolałabyś, żebym w praktyce przeszła rozwód i potem dawała ci złote
    rady. Póki co nie zanosi się.


    > Mnie też poraża tak płaskie i roszczeniowe, apodyktyczne podejście
    > do eks, do mężczyzn w ogóle. To wizja jakaś roszczeniowo-bajkowa,
    a
    > nie realna, ze świata dorosłych ludzi.

    Hmmm coraz bardziej jestem przekonana, że to ty jesteś tą drugą
    żoną, która będzie musiała znieść wysokie alimety męża.
    Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

    > Facet pogoniony przez laskę ma do końca życia zostac sam i nie ma
    > prawa do szczęścia? I każdy kto tylko sobie tak wymyśli może
    > podnieśc swoje dochody? To my chyba nie w tym samym kraju żyjemy...


    Prztytul go do serca a potem wyślij do roboty, to może uda mu sie
    zarobić na dwójkę dzieci.
    A do szczęścia ma prawo. Ale ma również obowowiązki. I na szczęście
    Polska to nie środkowa Afryka i można sporo zarobić jak się chce.
    Albo wyjechać do UK, jak ktoś nie daje rady w kraju.
  • dorotammc 22.03.10, 22:36
    Nadal śnisz, młoda niedoświadczona teoretyczko. Ale może lepiej,
    żeby życie nigdy Cię nie obudziło, nie każdy musi na własnej skórze
    sie przekonac, co to znaczy rzeczywistość. Więc nie, nie życzę Ci
    rozwodu, tylko szczęscia, które uchroni Cię od trudnych życiowych
    wyborów. Niektórym ludziom tak właśnie udaje się przejść przez
    życie, i dobrze.
  • fogito 22.03.10, 22:44
    dorotammc napisała:

    > Nadal śnisz, młoda niedoświadczona teoretyczko.

    Dziękuję za komplement. To miło zostać nazwaną młodą w wieku 38 lat.
    Ty na pewno jesteś starsza ode mnie... chociaż wątpię.

    Ale może lepiej,
    > żeby życie nigdy Cię nie obudziło, nie każdy musi na własnej
    skórze
    > sie przekonac, co to znaczy rzeczywistość.

    Ja już się przekonałam jak wygląda rzeczywistość, bo miałam paskudne
    dzieciństwo dzięki tatusiowi, który nie mógł się powstrzymać.

    Więc nie, nie życzę Ci
    > rozwodu, tylko szczęscia, które uchroni Cię od trudnych życiowych
    > wyborów. Niektórym ludziom tak właśnie udaje się przejść przez
    > życie, i dobrze.

    Może rozód nie będzie moim udziałem, ale ja długo czekałam z
    podjęciem ostatecznej decyzji. Po to właśnie aby była to decyzja
    przemyślana i aby moje dziecko miało dobrego ojca.
  • jakw 22.03.10, 22:44
    verdana napisała:

    > Jedna wyrzucila faceta za pracoholizm.
    A biedak pewnie chciał dochody zwiększyć...
  • verdana 23.03.10, 17:56
    Dokladnie!!!!!
    A okazało się, ze moja przyjaciółka chciała mieć męża i ojca
    dzieciom, a nie tylko dochody.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • fogito 23.03.10, 21:25
    verdana napisała:

    > Dokladnie!!!!!
    > A okazało się, ze moja przyjaciółka chciała mieć męża i ojca
    > dzieciom, a nie tylko dochody.

    Można mieć wszytko w jednym.
  • jakw 25.03.10, 19:49
    > Można mieć wszytko w jednym.
    Rozumiem, że masz to "wszystko w jednym". Co zrobisz, gdy pan
    zostanie zwolniony z pracy i jego dochody najpierw spadną, a potem w
    końcu znajdzie pracę pt. "wymagana dyspozycyjność" za połowę
    dotychczasowej pensji? Za drzwi, bo "mamuta" nie przyniósł?
  • fogito 25.03.10, 20:08
    jakw napisała:

    > > Można mieć wszytko w jednym.
    > Rozumiem, że masz to "wszystko w jednym". Co zrobisz, gdy pan
    > zostanie zwolniony z pracy i jego dochody najpierw spadną, a potem
    w
    > końcu znajdzie pracę pt. "wymagana dyspozycyjność" za połowę
    > dotychczasowej pensji? Za drzwi, bo "mamuta" nie przyniósł?

    Na takie okazje są oszczędności robione w latach tłustych. Słyszałaś
    o czymś takim? My jesteśmy zabezpieczeni na wszelkie ewentualności i
    nie szastamy pieniędzmi wtedy kiedy je mamy.
    Poza tym to jest facet zaradny i dałby sobie radę we wszelkich
    warunkach.
  • jakw 31.03.10, 17:43
    Ale co zrobisz gdy lata chude będą trwały dłużej niz lata tłuste?
    Albo ten zaradny facet ulegnie wypadkowi bądź zachoruje (absolutnie
    nie życzę) i nie będzie mógł wykazać swojej zaradności we wszystkich
    warunkach. Wystawisz go za drzwi czy nie?
  • fogito 31.03.10, 20:32
    jakw napisała:

    > Ale co zrobisz gdy lata chude będą trwały dłużej niz lata tłuste?

    Póki co po wielu latach chudych mamy 10 lat tłustych smile I odkładamy
    na wszelki wypadek.

    > Albo ten zaradny facet ulegnie wypadkowi bądź zachoruje
    (absolutnie
    > nie życzę) i nie będzie mógł wykazać swojej zaradności we
    wszystkich
    > warunkach.

    Facet ma wysokie ubezpieczenie na zycie. A jako chory nie będzie
    musiał być zaradny, bo ja się nim zajmę. Odpukać... Póki co to ja
    jestem w gorszej kondycji i nawet nie mam ubezpieczenia na życie, bo
    jemu to niepotrzebne surprised

    >Wystawisz go za drzwi czy nie?

    Oczywiście, że nie. Poza tym mam wyzsze wykształcenie i zawsze
    znajdę pracę.

    ps. za drzwi wystawiam tylko zdrowych leni a nie chorych zaradnych.
  • jakw 31.03.10, 21:18
    fogito napisała:

    > Facet ma wysokie ubezpieczenie na zycie.
    A na chorobę ma?

    > Poza tym mam wyzsze wykształcenie i zawsze
    > znajdę pracę.
    Jakąś pewnie znajdziesz (przy czym nie stawiałabym równości między
    wyższym wykształceniem a byciem niebezrobotnym), pytanie tylko czy
    chociaż na pół mamuta dla was wszystkich starczy?


    > ps. za drzwi wystawiam tylko zdrowych leni a nie chorych zaradnych.
    Widzę, że jednak masz wyjątki od zasady:"Taki, który nie zarabia
    wystarczająco na swoją rodzine to nie facet tylko nieudacznik"
    wink
  • srebrnarybka 31.03.10, 21:25
    Jeżeli fogito jest profesorem belwederskim i znajdzie pracę w
    instytucie panowskim, to z mamutem kiepsko.
  • fogito 01.04.10, 08:34
    srebrnarybka napisała:

    > Jeżeli fogito jest profesorem belwederskim i znajdzie pracę w
    > instytucie panowskim, to z mamutem kiepsko.

    Na szczęście nie jestem. Ale po wielu latach w firmie zagranicznej
    mam jako takie doświadczenie w zdobywaniu mamuta. Poza tym cały czas
    zapominacie o zgomadzonych oszczędnościach na lata chude tongue_out
  • airam.as 01.04.10, 14:52
    srebrnarybka napisała:

    > Jeżeli fogito jest profesorem belwederskim i znajdzie pracę w
    > instytucie panowskim, to z mamutem kiepsko.


    Srebrnarybko, po iluś już Twoich postach, w których wspominasz o belwederskim,
    zaczynam podejrzewać, że masz kompleks. Chcesz, a nie możesz? I żal? Bo
    chciałoby się świat dostosować do siebie, a się nie da?
    Sorki z góry za uszczypliwość.
  • fogito 01.04.10, 08:38
    jakw napisała:

    > fogito napisała:
    >
    > > Facet ma wysokie ubezpieczenie na zycie.
    > A na chorobę ma?

    Też smile


    > > Poza tym mam wyzsze wykształcenie i zawsze
    > > znajdę pracę.
    > Jakąś pewnie znajdziesz (przy czym nie stawiałabym równości między
    > wyższym wykształceniem a byciem niebezrobotnym), pytanie tylko czy
    > chociaż na pół mamuta dla was wszystkich starczy?

    Ciągle zapominasz o oszczędnosciach w akcjach, obligacjach i
    nieruchomościach. Starczy na kilka mamutów smile



    > > ps. za drzwi wystawiam tylko zdrowych leni a nie chorych
    zaradnych.
    > Widzę, że jednak masz wyjątki od zasady:"Taki, który nie zarabia
    > wystarczająco na swoją rodzine to nie facet tylko nieudacznik"
    > wink

    NIe nie mam. Facet zaradny bierze pod uwagę wypadki losowe i choroby
    i dlatego zabezpiecza rodzinę zanim jedno z w/w się wydarzy. Czy to
    tak trudno zrozumieć?
  • airam.as 01.04.10, 14:47
    fogito napisała:

    > NIe nie mam. Facet zaradny bierze pod uwagę wypadki losowe i choroby
    > i dlatego zabezpiecza rodzinę zanim jedno z w/w się wydarzy. Czy to tak trudno
    zrozumieć?

    I już cię lubię, Fogito smile

  • jakw 01.04.10, 18:38
    Trudno - bo imho zrzucasz mu na głowę całą odpowiedzialność za twoją
    finansową przyszłość.
  • jakw 01.04.10, 18:39
    sorry, to miało być do fogito.
  • airam.as 01.04.10, 14:48
    fogito napisała:
    >
    > ps. za drzwi wystawiam tylko zdrowych leni a nie chorych zaradnych.

    I za to też - szacun smile
  • anndelumester 21.03.10, 14:27
    > Bo kobieta większość tych czynności robi z powołania i za darmo
    Tak, tak z uśmiechem na twarzy na dodatek.


    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • zawsze_wolna_nilka 23.03.10, 18:17
    Zastanawiam się zawsze, dlaczego w rozliczeniach matki nie
    podają...kosztów zabawek, zorganizowania urodzin, dziecięcego
    wystroju pokoju, kupna krzesła i biurka do szkoły, tapczanu zamiast
    łóżeczka, kosztów remontu czy odświeżenia dziecięcego kąta, kosztów
    wakacji...
    lezc tylko takie zasadnicze rozliczenie kosztów PRZEŻYCIA, bez
    wszystkiego, na co składa się dzieciństwo.
    Mnie nie jest potrzebna kołderka w misie, ani klocki walające się
    po pokoju. Gdybym nie mieszkała z dziećmi, nie musiałabym odnawiać
    ścian upstrzonych łapkami albo pierwszymi gryzmołami. Gdyby dzieci
    nie były pod moją opieką, nie musiałabym płacić opiekunce, żeby
    załatwić sprawę lub po prostu się rozerwać.
    Jestem w stanie przejść obojętnie obok sprzedawcy waty cukrowej na
    festynie, a do kina w ogóle nie muszę chodzić. Nie skusi mnie żadna
    reklama i trend na zabawkę panujący wśród rówieśników.

    Jesli rodzice się rozchodzą, a matka zostaje obarczona opieką i
    wychowaniem, dlaczego opinia publiczna wymaga, żeby jeszcze zgodziła
    się na spapranie dziecku dzieciństwa?
    Ojciec moich dzieci oferował kiedyś bardzo niską sumę na utrzymanie
    ich (100€ na miesiąc na oboje). Zgodziłam się, pod jednym warunkiem.
    Osobą płacącą tę kwote będę ja, a on bierze dzieci do siebie.
    Zgadnijcie, co zdecydowałwink

    --
    Nudne kobiety mają nieskazitelnie czyste domy- by magnesik na lodówce
  • anndelumester 23.03.10, 18:47
    > Zgadnijcie, co zdecydowałwink
    Koleżanka zrobiła podobnie - przy rozwodzie, zaproponowała panu, żeby wziął
    dziecko na stałe - a ona je będzie co drugi tydzień brała na weekend i płaciła
    mu alimenty. Pan przerażony wizją zatrucia świeżej, właśnie rozkwitającej
    miłości stałym pobytem bardzo aktywnego przedszkolaka bez szemrania zostawił
    żonie mieszkanie, płaci bardzo wysokie alimenty (na pewno ponad 5 tys.).
    Nie ma jak kochający ojciec, wszystko dla dziecka, aż łza się w oku kręci...
    Ale może to jest sposób na opornych osobników.
    --
    Kiedy z tobą tańczę, myślę o miłości
    Ja tam wolę tańczyć, mnie myślenie złości
  • fogito 23.03.10, 21:29
    anndelumester napisała:
    > Nie ma jak kochający ojciec, wszystko dla dziecka, aż łza się w
    oku kręci...
    > Ale może to jest sposób na opornych osobników.

    Szkoda, że nie ma badań na temat iluż to panów dobrowolnie dzieci po
    rozwodach zabrałoby do siebie. Wiem, że tacy są, ale chyba jest ich
    garstka.
  • fogito 23.03.10, 21:28
    zawsze_wolna_nilka napisała:

    >?
    > Ojciec moich dzieci oferował kiedyś bardzo niską sumę na
    utrzymanie
    > ich (100€ na miesiąc na oboje). Zgodziłam się, pod jednym
    warunkiem.
    > Osobą płacącą tę kwote będę ja, a on bierze dzieci do siebie.
    > Zgadnijcie, co zdecydowałwink

    To jasne - zabrał dzieci a ty balujesz wink Żartuję oczywiście. Typowe
    zachowanie niestety. Mam nadzieję, że płaci więcej.
  • triss_merigold6 23.03.10, 21:40
    Zawsze proponuję porażającą lekturę forum "W stronę ojca" -
    wyjątkowe popisy panów trwale bezrobotnych lub rencistów dołem
    sprawnych, którzy uważają, że 250 zł alimentów, matka (pardon,
    WŁAŚCICIELKA dziecka) wyda na tipsy, fryzjera, torebki Chanel, buty
    od Prady i jeszcze gacha utrzyma.
    Znam jednego (JEDNEGO) faceta, który mieszka z synem po rozwodzie.
    Jest pod każdym względem świetnym, dbającym ojcem. Początkowo syn
    mieszkał z matką ale ona się go chętnie pozbyła, bo przeszkadzał w
    balangach.
  • fogito 23.03.10, 22:01
    triss_merigold6 napisała:

    > Zawsze proponuję porażającą lekturę forum "W stronę ojca" -
    > wyjątkowe popisy panów trwale bezrobotnych lub rencistów dołem
    > sprawnych, którzy uważają, że 250 zł alimentów, matka (pardon,
    > WŁAŚCICIELKA dziecka) wyda na tipsy, fryzjera, torebki Chanel,
    buty
    > od Prady i jeszcze gacha utrzyma.

    To ja chyba zajrze z ciekawości, bo mnie by nawet 2500 na takie
    ekstrawagancje nie wystarczyło. ALe mąż twierdzi, że ja rozrzutna
    jestem i pewnie ma chłopak rację surprised

  • triss_merigold6 23.03.10, 22:11
    2500 zł na buty Blahnika nie starczy, nawet po przecenie.
    IMO wdrożenie i udokumentowanie owych założeń przyniosłoby takiej
    matce Nobla z mikroekonomii.
    Forum to czytuję pasjami, bawi mnie zwłaszcza uzasadnianie chęci
    ustalenia opieki naprzemiennej "ponieważ wtedy ojciec nie musiałby
    płacić haraczu alimentacyjnego właścicielce", tak jak gdyby dziecko
    mieszkając o ojca, nie generowało kosztów.
  • fogito 23.03.10, 22:54
    triss_merigold6 napisała:

    > 2500 zł na buty Blahnika nie starczy, nawet po przecenie.
    > IMO wdrożenie i udokumentowanie owych założeń przyniosłoby takiej
    > matce Nobla z mikroekonomii.

    To ja szansy na Nobla nie mam i butów owych też nie mam uncertain

    > Forum to czytuję pasjami, bawi mnie zwłaszcza uzasadnianie chęci
    > ustalenia opieki naprzemiennej "ponieważ wtedy ojciec nie musiałby
    > płacić haraczu alimentacyjnego właścicielce", tak jak gdyby
    dziecko
    > mieszkając o ojca, nie generowało kosztów.

    Oj tam - o chlebie i wodzie z ojcem przesiedzi to kosztów nie
    wygeneruje przeciez.

    Chyba wiele straciłam nie czytając tego forum i zamierzam to zmienić.
  • buba13 03.06.10, 13:48
    Blahnika za 2500 spokojnie kupisz, w zależności od kursu nawet 4
    pary (nie każde i nie zawsze, ale da radę)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka