Mój syn (prawie 9l, II klasa) ma dobrą pamięć, interesują go niemal wszystkie dziedziny życia. W związku z tym ma sporą wiedzę na różne tematy. Ale... on chyba jest święcie przekonany, że tym, co zapamięta na lekcji i tym, że "odwali" pracę domową, zawojuje świat. No i tak do tej pory było. Ale niestety najwyraźniej kończy się jego "dobra passa", bo nauczyciele wymagają coraz więcej i częściej samodzielnej pracy w domu (czytanie, ortografia, pisanie i czytanie w języku angielskim), a ponieważ młody nie przykłada się do "nadmiaru obowiązków szkolnych", to ocenki poleciały w dół - np. pani zapowiadała dyktando, mówiła jaki materiał z książki będzie obejmowało, ale syn, pomimo moich przypominań, nie przygotował się do tego dyktanda. No i dostał P (odpowiednik 3-ki). Najszczęśliwszy nie był, ja też nie; zganiłam jego brak przykładania się do nauki, powiedziałam, że dobre czasy się skończyły i jeżeli ma ambicje na bycie dobrym uczniem (wiem, że ma), to musi więcej czasu poświęcać na naukę.
Tylko że nie bardzo wiem, jaka moja rola powinna w tym być

. Z jednej strony jego intelekt nie wymaga, by dorosła osoba siedziała z nim przy lekcjach (swoją drogą to nawet nie bardzo mam czas na to). A z drugiej strony może potrzeba mu jakiegoś "przymusu"? Dodam, że przepracowany nie jest, bo z zajęć pozalekcyjnych ma tylko angielski. Jak Wy uważacie i postępujecie z podobnymi "uczniowskimi egzemplarzami

"?
--
Teoria jest wtedy, kiedy wiemy wszystko, a nic nie działa. Praktyka jest wtedy, kiedy wszystko działa, a nikt nie wie dlaczego.