Dodaj do ulubionych

Edukacja w Polsce

13.11.13, 11:27
Od dłuższego czasu czytuję wątki dotyczące małych kibelków, spotkań ze starszymi uczniami, obecności lub nie papieru toaletowego i innych technicznych wymogów, które muszą być spełnione aby 6-latki mogły sczęśliwie iść do szkoły. Dyskusje te skłoniły mnie do stworzenia tego wątku - bardzo chcę poznać opinie polskich rodziców na zupełnie inny temat.
Na podstawie moich krótkich doświadczeń ze szkołą, moim zmartwieniem jest zupełnie coś innnego,a mianowicie nauczyciele i ich podejście do dzieci oraz sposób nauczania. Co więcej, nie widzę specjalnej różnicy między 6 a 7 latkami i myślę, że obie grupy mają podobne wymagania edukacyjne.
Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że oprócz pięknych podręczników, ćwiczeniówek itp w szkolnictwie NIC się nie zmieniło od 30 (, a świat i realia zmieniły się bardzo). Dzieci zmuszane są do nauki od A do B, nie ma miejsca na kreatywność. Jeżeli dziecko odważy się zrobić coś inaczej niż Pani kazała, sprowadzone jest do pionu przy użyciu pieczątek, kwadratów (, a w starszych klasach pewnie ocen) itp Z pewnością wkrótce odechce mu się obnoszenia z własnymi pomysłami i rozwiązaniami. Panie nie potrafią prowadzić zajęć z młodzymi dziećmi w sposób, który będzie dla nich interesujący (doświadczenia, nauka przez zabawę). Powtarzam, nie widzę różnicy między 6 i 7 latkami, więc nie o to mi chodzi by 'ratować mluchy'. Moim zdaniem, ratować trzeeba polski system, którego celem jest generowanie robotów biegłych w nauce pamięciowej, ale niezdolnych do praktycznego wykorzystania zdobytych informacji. Czy tak jest czy mnie się wydaje - będę wdzięczna za wszelkie opinie?
Edytor zaawansowany
  • kocio-kocio 13.11.13, 11:32
    Jakby Ci tu powiedzieć...
    Tak, masz rację.

    --
    Muranów
  • fogito 13.11.13, 11:49
    Masz rację niestety. Wygląd polskich szkół i ich kiepskie wyposażenie to mały pikuś w porównaniu z XIX wiecznym sposobem nauczania dzieci. Ja uciekłam w Polsce od polskiego systemu wysyłając dziecko do szkoły brytyjskiej. Płacę krocie, ale póki mogę to się będę tego trzymać pazurami. Syn uwielbia swoją szkołę, choć jak każda ma minusy z perspektywy rodzica.
  • linulina 13.11.13, 12:25
    Do której szkoły brytyjskiej chodzi Twoje dziecko, jeśli mogę spytać?
  • fogito 13.11.13, 12:26
    linulina napisała:

    > Do której szkoły brytyjskiej chodzi Twoje dziecko, jeśli mogę spytać?

    W W-wie. Jest tylko jedna.
  • linulina 13.11.13, 12:31
    Ja mam najbliższą (prawdziwą) w Krakowie, a mieszkam w Katowicach. Jest jedna polska szkoła międzynarodowa w Katowicach, ale wydaje mi się, że to nie to samo, gdyż kadrę mają 100% polską. Czy słyszałaś może coś o tej katowickiej szkole?
  • fogito 13.11.13, 12:37
    linulina napisała:

    > Ja mam najbliższą (prawdziwą) w Krakowie, a mieszkam w Katowicach. Jest jedna p
    > olska szkoła międzynarodowa w Katowicach, ale wydaje mi się, że to nie to samo,
    > gdyż kadrę mają 100% polską. Czy słyszałaś może coś o tej katowickiej szkole?

    Niestety nie. Ograniczałam się w poszukiwaniach do terenów W-wy. Jeśli szkoła ma być inna, to niestety musi być mniejszość kadry polskiej a nie większość.
  • olena.s 13.11.13, 11:47
    A czy w ostatnich dekadach zmienil sie tryb/forma/zakres/ szkolenia kandydatow na nauczycieli?
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • fogito 13.11.13, 11:51
    olena.s napisała:

    > A czy w ostatnich dekadach zmienil sie tryb/forma/zakres/ szkolenia kandydatow
    > na nauczycieli?

    TAk. Na gorsze. Teraz najgłupsi lądują w oświacie, bo płacą głodowe pensje. Oczywiście uogólniam, bo jakiś procent ludzi z pasją jest. Ale malutki niestety.
  • olena.s 13.11.13, 11:57
    To jeszcze nina kwestia - ale czy ucza ich inaczej,/ czego innego niz tych 30 lat temu?
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • linulina 13.11.13, 12:22
    Wydaje mi się, że nic się nie zmieniło pod tym względem i dzieci uczą się tego samego i w ten sam sposób.
  • ewa_mama_jasia 13.11.13, 11:56
    Nauczyciele nauczania początkowego tępią kreatywność, przygotowując dziecko do pisania testów. Bo w testach nie masz miejsca na kreatywność, na żadnym poziomie edukacji.
    --
    Jasiek urodził się 23.10.2005r. o godz. 18.20
  • joa66 13.11.13, 12:09
    Nie wiem czy to system wykształcenia nauczycieli czy system ich późniejszego promowania. Zarówno wspaniali nauczyciele jak i kiepscy kończą te same uczelnie. Co się dzieje potem? Oto jest pytanie. Moje dziecko miało nauczycieli fantastycznych, ale ich 'fantastyczność" była promowana przez dyrekcję.

    Inna sprawa, że od nauczycielki z innego forum dowiedzialam się, że często rodzice wymuszają "testowanie", aby ich dzieci mialy jak najlepsze wyniki.
  • linulina 13.11.13, 12:24
    Ale przed epoką testów (w moich czasach), kreatywność również była (bardzo skutecznie) tępiona, co widać po moim niezaradnym pokoleniu. Testy są wszędzie ( w każdym kraju) i nie wiem czy tu naprawdę o testy chodzi.
  • kocianna 13.11.13, 12:25
    Ja mogę mówić wyłącznie o swoim przedmiocie - nie znam się na nauczaniu wczesnoszkolnym i dziecko mam w niepolskim systemie. Uczyłam w szkole angielskiego. W ciągu ostatnich 20 lat dokonała się olbrzymia i bardzo pozytywna zmiana, odejście od metody gramatyczno-tłumaczeniowej w kierunku podejścia komunikacyjnego, doskonałe podręczniki, bardzo wyraźna w ostatnich latach poprawa jakości kadry nauczycielskiej, wystarczająca liczba godzin, w wielu szkołach - międzyklasowy podział grup wg poziomów, a nie "chłopcy-dziewczynki". Dziś można już język opanować w szkole, kiedyś było to bardzo trudne.
    --
    On nie jest winny, on jest inny

    Z dzieckiem w Moskwie
  • linulina 13.11.13, 12:29
    Mam nadzieję, że masz racjęsmile Ja, niestety mam nienajlepsze zdanie o absolwentach filologii angielskiej (, z którymi się często stykam zawodowo). Niektórzy, z tytułem mgr, niepotrafią sklecić poprawnego zdania. I oczywiście, nie uogólniam i nie mówię, że wszyscy, ale jest takich spora grupa. Jak skończyli studia - oto jest pytanie...
  • joa66 13.11.13, 12:40
    Off topic - filologia angielska nie jest nauką j. angielskiego. Jeżeli student sam się nie przyłoży, to jego angielski może być taki sobie. Może za to byc wybitny ze morfologii , gramatyki historycznej czy historii USA smile
  • linulina 13.11.13, 12:44
    No, sczerze mówiąc, nie sądzęsmile Chyba, że wszystko, co wymieniłaś umie w języku polskimwink Może być również fantastycznym tłumaczem, bo przeczytał po polsku dość sporo o teorii tłumaczeniawink
  • joa66 13.11.13, 12:37
    Ja z pozycji dawnego ucznia i obecnego rodzica widzę ogromny postęp i zmiany w nauczaniu przedmiotów humanistycznych, co oczywiście nie znaczy, że wszędzie jest super. Mam na myśli nie program i egzaminy (prawdę mówiąc nigdy się nim specjalnie nie interesowałam) ale samych nauczycieli. Jest zdecydowanie więcej takich otwartych na dyskusję, analizę, pytania.

    Matematyka jest na podobnym dobrym poziomie.

    Moim zdaniem jedyny problem w szkołach ... biologia. Coś jest nie tak z programem skoro nawet dzieci, które przyszły do szkoly z zainteresowaniami przyrodniczymi , szybko je traci.
  • paszczakowna1 15.11.13, 06:44
    > Matematyka jest na podobnym dobrym poziomie.

    Na "dobrym poziomie" wedle jakich standardów i w porównaniu do czego? Program jest żałośnie okrojony w stosunku nie tylko do Finlandii, ale też i Niemiec i Wielkiej Brytanii. W testach PISA z 2009 wynik Polski z matematyki to 495 (5 punktów poniżej średniej) i 25-te miejsce na świecie. W testach TIMSS (10-latków) jeszcze gorzej: 34-te miejsce i 481 punktów (też przy średniej 500 - dla porównania, USA i Rosja to 542, kraje azjatyckie osiągają ponad 600). A sądząc po tym, co zrobiono z matematyką w edukacji wczesnoszkolnej przy okazji tzw "reformy", będzie jeszcze gorzej.

    Gdzie ten "dobry poziom" w polskim nauczaniu matematyki widzisz i jak to się ma do obiektywnych danych?
  • di_kormia 15.11.13, 06:50
    zgadzam sie, matematyka jest na fatalnym poziomie, okrojona i przede wszystki zle uczona- tutaj jest bardzo a to bardzo duzy problem metodyczny- nauczycielom udaje sie zniechecic gro dzieci juz od poczatku, nie widza talentów matematycznych (statystycznie duzo mnie talentów wiedza, niz nauczyciele w innch krajach, co jest niemozliwe)

    i tu by trzeba mocno działac- bo to przyszłośc. potem nam sie takei zakompleksione jednoski na mish-e wybiaraja i mamuski gadłuja na forum, ze pracy nie maja....
  • ankar_a 15.11.13, 18:55
    Oj, jak bardzo zgadzam się ze wszystkimi wypowiedziami powyżej...
    Moje dziecko, aktualnie klasa 3, nawet nie ma jeszcze tabliczki mnożenia. W szkole aktualnie uczą się działań do 50. Może ja źle pamiętam, ale tabliczkę mnożenia to ja miałam pod koniec 2 klasy... Co do angielskiego, to podstawa programowa jest tak beznadziejnie zaniżona, że po dwóch latach dawania szansy publicznemu systemowi edukacyjnemu, kiedy to w 3 roku nauki mamy już trzeciego nauczyciela języka - dałam za wygraną i zapisałam moje młode na dodatkowy angielski. Trzecia klasa i trzeci raz rok szkolny zaczyna się od słownictwa z zakresu przyborów szkolnych...
    Dobór lektur - o zgrozo - nadal ten sam, który ja miałam ponad 30 lat temu: gdy młode czytało "Karolcię" musiałam mu wyjaśniać co to znaczy "dom towarowy", a przy lekturze "Witaj Karolciu" musieliśmy tłumaczyć co to jest "kalka". Lektura "Oto jest Kasia" wymusiła konieczność wytłumaczenia:
    1) dlaczego tata Kasi musiał cały dzień szukać mleka dla Agnieszki i nie miał czasu kupić jej książki - współcześnie kobieta nie karmiąca piersią naraża się niemal na społeczny ostracyzm - w naszym otoczeniu nie mieliśmy dziecka karmionego sztucznie, ponadto ciężko też wyjaśnić, że kiedyś towary się zdobywało...
    2) dlaczego mama zniknęła bez wyjaśnienia na kilka dni i pojawiła się z powrotem ze szpitala z "piszczącym tłumoczkiem" - kto w obecnych czasach mając drugoklasistę/tkę w domu nie uprzedza dziecka, że rodzina się powiększy?
    3) ewidentnie wychodzi na to, że jestem pokoleniem wychowanym na książkach dr Spocka. W obecnych czasach naturalnym jest, że gdy przychodzi się w odwiedziny do rodziny, która niedawno się powiększyła, nie zapomina się o prezencie dla starszego rodzeństwa maleństwa, aby nie czuło się odrzucone. Moje młode nie mogło zatem zrozumieć dlaczego dziadkowie, którzy przyszli w odwiedziny siedzieli kilka godzin i do tego cały czas w pokoju u mamy i Agnieszki, nie zaglądając do Kasi nawet na chwilę...
    Że o tłumaczeniu co to jest stalówka przy lekturze "Plastusia", nie wspomnę...
    Nawet zatem dobór lektur szkolnych pozostał stary, nie zmienił się od tych trzydziestu paru lat, nie przystaje do rzeczywistości, co tu mówić o kondycji edukacji...
  • olena.s 15.11.13, 19:20
    Lista lektur pozostaje bez wielkich zmian z prozaicznego powodu: tylko lektur biblioteki mają na tyle dużo, żeby na raz czytało je 20/40 dzieci.
    A ponieważ (oczywiście) lektura obowiązkową być musi...
    A ponieważ (oczywiście) należy sporawdzić, czy wszyscy wiedzą, z jakiego płótna miał kontusz pan Podbipięta, i jak miał na imię Bohun....
    A ponieważ (oczywiście) lekktura musi byc omawiana, umiejscawiana w kontekście, oceniana moralnie i zazynana na masę sposobów...
    A ponieważ są to klasyki, to nikt ich nie będzie wywalał.
    Witaj szkoło, można powiedzieć.
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • joa66 15.11.13, 08:28
    www.oecd.org/pisa/46643496.pdf
    zawsze mi się wydawało, że 495 to więcej niż 492 (uk).

    Sugerujesz, że im dalej w las tym lepszy poziom? (TIMSS vs PISA)?

    Paszczakówna , pozwól, że wycofam się z tej dyskusji, bo zaczynam mieć deja vu.
  • paszczakowna1 15.11.13, 09:33
    > www.oecd.org/pisa/46643496.pdf
    > zawsze mi się wydawało, że 495 to więcej niż 492 (uk).

    Acha, mamy "dobry poziom", bo mamy trzy punkty więcej niż UK. Rozumiem. Co prawda poniżej średniej światowej, ale ciii... Poziom jest dobry. I już. (Jeśli to, co piszesz, ma się jakoś do mojego postu, tu zwracam uwagę, że porównywałam program matematyki w Polsce i UK. Rozszerzonej matematyki na poziomie licealnym, dla jasności.)

    > Sugerujesz, że im dalej w las tym lepszy poziom? (TIMSS vs PISA)?

    Czy ja coś sugeruję? To są wyniki. Dane. Interpretować można je różnie.

    > Paszczakówna , pozwól, że wycofam się z tej dyskusji, bo zaczynam mieć deja vu.

    Nie rozumiem. Najpierw coś piszesz, zadajesz pytania, a potem "pozwól, że wycofam się z tej dyskusji". O co chodzi?
  • olena.s 15.11.13, 09:52
    TIMMS/Pirls badał inną generację (chyba o 10 lat młodszą, biorąc pod uwagę terminy testów i wiek badanych) i w przypadku Polski bada ją po mniejszej liczbie lat nauki (sześcio lub siedmiolatki startujące w szkole). A także bada nieco inne zakresy - kiedyś wyjaśniałam, że PISA, co może zepsuć humor części fanek, jest idealnie dopasowana do programu edukacji w Finlandii. Więc nic Finlandii nie ujmując, ma to wpływ na rezultaty fińskiej młodzieży w PISA.
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • joa66 15.11.13, 16:56
    Bo mam wrażenie, ze pięćset razy o tym rozmawiałyśmy. Jeżeli masz jakieś konkretne pytania z przyjemnoscią odpowiem.
  • paszczakowna1 15.11.13, 19:15
    > Bo mam wrażenie, ze pięćset razy o tym rozmawiałyśmy. Jeżeli masz jakieś konkre
    > tne pytania z przyjemnoscią odpowiem.

    Jeśli nie masz ochoty na rozmowę, bądź zatem uprzejma nie kontynuować dyskusji, a już szczególnie nie zadawaj mi pytań. Jeśli ktoś mnie o coś pyta, zakładam, że oczekuje odpowiedzi. Jeśli ktoś zadaje pytanie i w tym samym poście pisze, że nie ma ochoty na rozmowę, mam wrażenie, że robi ze mnie głupią.

    Pytań zasadniczo nie mam. Uważam po prostu, że twoje przekonanie o "dobrym poziomie" matematyki w polskich szkołach jest kompletnie błędne, ale jako że nie jesteś zainteresowana jego rewizją, nie widzę pola do dyskusji.
  • joa66 15.11.13, 19:39
    Paszczakówna - o co ciebie pytałam? Mam wrażenie, że się czepiasz. Jeżeli ktoś pisze, że PL ma gorsze wyniki od UK i o 5 punktów mniej niż średnia, a na link wskazujący, że PL ma jednak wyższe wyniki niż UK odpowiada , że tylko o 3 punkty, to jednak jest to zła wola a nie dyskusja.
  • mama-ola 13.11.13, 12:25
    > a mianowicie nauczyciele i ich podejście do dzieci

    Mój syn poszedł do 1 klasy jako 6-latek. Miał nauczycielkę, która kompletnie się nie orientowała, że ma małe dzieci, prosto z przedszkola wyjęte. Ciągle na nich narzekała, że się źle zachowują. Miały siedzieć cicho i pracować. Pamiętam, jak na wywiadówce w czerwcu powiedziała oburzonym tonem, że dzieci patrzą na lekcji przez okno! No tak, czerwiec, lato, co za pomysł, żeby zerkać przez okno, gdy w książce tyle ćwiczeń do zrobienia...

    > Jeżeli dziecko odważy się zrobić coś inaczej niż Pani kazała

    Na to akurat nie ma szans. Zadaje się tyle, że dzieci się ledwo wyrabiają. Mój syn od 1 klasy (teraz jest w 3) codziennie musiał odrabiać jakieś lekcje.

    > Powtarzam, nie widzę różnicy między 6 i 7 latkami, więc nie o to mi chodzi by
    > 'ratować mluchy'.

    A ja widzę różnicę... Uważam, że dzieci 6-letnie nie powinny zostawać w przedszkolu. Bo to nie są maluchy, ale stare konie wink Powinny iść do szkoły - z tym, że do zerówki. Między przedszkolem a 1 klasą musi być rok przejścia, inaczej na lekcji w 1 klasie jest ciężko z ogarnianiem się ucznia. A do 1 klasy mogłyby iść te 6-latki, których rodzice sobie tego życzą, zgłoszą to, i o ile utworzy się w danej szkole klasa złożona z samych 6-latków. Taka reforma byłaby moim zdaniem najbardziej życiowa.

    > Moim zdaniem, ratować trzeeba polski system, którego celem jest gene
    > rowanie robotów biegłych w nauce pamięciowej, ale niezdolnych do praktycznego w
    > ykorzystania zdobytych informacji.

    Polski system edukacji to testomania. Coś strasznego i wyniszczającego młode umysły. Tylko czy da się z tym coś zrobić?...
    --
    Synowie: A. (8 lat) i M. (4 lata)
  • linulina 13.11.13, 12:38
    No właśnie tu się nie zgodzę - 6 latek może (i powinien) iść do 1 klasy, ale nauczyciel i program powinny być do niego dostosowane i nikt nie może wymagać wysiedzenia kilku godzin w ławce, bo to torturywink A tego samego można się nauczyć w inny sposób. Oczywiście, wymaga to większego zaangażowania i wysiłku ze strony nauczyciela. Jednocześnie, nie wydaje mi się aby każdy 7 latek był gotowy do spokojnego siedzenia na pupie przez x godzin i chłonięcia w ten sposób wiedzy. Dlatego właśnie, nie widzę różnicy między 6 a 7 latkami.
  • joa66 13.11.13, 12:49
    Powtórzę - moim zdaniem to nie system kształcenia nauczycieli , tylko sposób ich promowania, w tym słynna Karta Nauczyciela.
  • fogito 13.11.13, 12:59
    joa66 napisała:

    > Powtórzę - moim zdaniem to nie system kształcenia nauczycieli , tylko sposób ic
    > h promowania, w tym słynna Karta Nauczyciela.

    A moim skromnym zdaniem nieznajomość metodyki nauczania. Co innego wiedzieć a co innego umieć to przekazać komuś innemu. JA nie wiem, czy ta metodyka pojawia się w kształceniu nauczycieli, a jeśli tak to może powinien być na nią kładziony większy nacisk.
  • joa66 13.11.13, 13:07
    To skąd się biorą wspaniali nauczyciele po tych samych uczelniach i zajęciach z metodyki?

    Dlaczego wiele młodych nauczycieli rezygnuje z pracy w szkole bo nie jest w stanie przeciwstawic się metodom starszych kolegów?
  • fogito 13.11.13, 13:14
    joa66 napisała:

    > To skąd się biorą wspaniali nauczyciele po tych samych uczelniach i zajęciach z
    > metodyki?

    Ja znam tylko jedną wspaniałą polską nauczycielkę z młodego pokolenia, ale swoją wspaniałość zawdzięcza pasji i poświęceniu mnóstwa czasu dzieciom a nie metodologii.
    Zdarza się czasami, że ktoś ma nauczanie w genach. Ale większośc nauczycieli musi się tego nauczyć. I niestety się nie uczy, bo nie ma ich kto tego nauczyć zapewne.

    > Dlaczego wiele młodych nauczycieli rezygnuje z pracy w szkole bo nie jest w sta
    > nie przeciwstawic się metodom starszych kolegów?

    A muszą się przeciwstawiać? Niech uczą po swojemu i z pasją.
  • joa66 13.11.13, 14:04
    A ja znam znaczenie więcej niż jednego wspaniałego nauczyciela. ( w różnym wieku)

    > A muszą się przeciwstawiać? Niech uczą po swojemu i z pasją.

    Nie wiem czy muszą, ale podobno (znam to tylko z mediów) nauczyciele lubiani przez uczniów potrafią być sekowani przez swoich bardziej "doświadczonych' kolegów. Nie każdy to wytrzymuje.
  • linulina 13.11.13, 13:16
    Być może to mieszanka niewłściwego kształcenia przyszłych nauczycieli i tej nieszczęsnej karty nauczyciela. Inna sprawa, że z mojego środowiska nauczycielami zostali najgorsi absolwenci - czyli tacy, ktorzy nie mogli znaleźć pracy w żadnym innym miejscu z powodu niskich umiejętności w swojej dzidzinie. Nie mam wątpliwości, że nauczycielska pensja nie zachęca wybitnych jednostek do podążenia tą drogą. Z drugiej strony, podwyżka pensji przy obecnym stanie prawnym (karta nauczyciela) niczego nie poprawi (oprócz sytuacji nauczycieli).
  • fogito 13.11.13, 13:19
    linulina napisała:

    , podwyżka pensji przy obecnym stanie prawnym (karta n
    > auczyciela) niczego nie poprawi (oprócz sytuacji nauczycieli).

    Oczywiście, że nie. Należałoby najpierw podnieść oczekiwania wobec nauczycieli i dokształcić wielu od strony własnie metodycznej. Problem polega na tym że w Polsce nie ma dobrego systemu kształcenia nauczycieli i chyba długo nie będzie.
  • olena.s 13.11.13, 13:45
    Tez bym podejrzewala metodyke.
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • mama-ola 13.11.13, 13:22
    > No właśnie tu się nie zgodzę - 6 latek może (i powinien) iść do 1 klasy

    To tylko teoria... W klasie mojego syna były same 6-latki, i to nieprzymusowe, bo to 2 lata temu było. I co? Część z nich z całą pewnością powinna była zacząć edukację rok później, bo praca z nimi była tragedią - dla nich, dla rodziców, dla nauczyciela. A takie poronione wejście w szkołę ciągnie się potem za dzieckiem latami.

    >, ale nauczyciel i program powinny być do niego dostosowane

    Programy i podręczniki są dostosowane, a scenariusze zajęć - cudne.
    Może rzeczywiście tylko nauczyciele szwankują...
    --
    Synowie: A. (8 lat) i M. (4 lata)
  • linulina 13.11.13, 13:30
    Być może dlatego, że nauczyciel nie wiedział jak pracować z dziećmi? Usadził je w ławkach i wymagał skupienia?
    Nie wierzę, że w innych krajach są inne dzieci - lepiej dostsowane do podjęcia nauki niż polskie. W Australii czterolatki uczą się czytać, liczyć, a pięciolatki muszą liczyć do 100 (dodawać i odejmować!), samodzielnie czytają książeczki (jedyna praca domowa jaką mają) itp I nie ma z tym problemów! Nauczyciel potrafii zachęcić i motywować dzieci do nauki -one często nie wiedzą, że się uczą. Dlatego własnie wydaje mi się, że nauczyciele/podejście w Polsce jest do kitu. I zamiast zająć się problemem, skupiamy się na rozmiarze muszli klozetowej i dostępności mysła w płynie w każdej szkolnej łazience.
  • linulina 13.11.13, 13:35
    Dodam jeszcze, że dzieci w tych krajach nie są w późniejszym okresie głupsze niż nasze polskie. Studiowałam zagranicą i po pierwszym wykładzie przeżyłam szok - studenci zadawali pytania w trakcie wykładu, nie obawiali sie, że są to pytania głupie, a wykładowca cierpliwie odpowiadał - nawet na te najdziwaczniejsze. Na polskich studiach, na wykładach nikt z nas nie ośmielił się odezwać, bo mógłby wyjść na niedouczonego (, albo wykładowca mógłby nie znać odpowiedz i nie umieć się do tego otwarcie przyznać).
  • fogito 13.11.13, 13:37
    linulina napisała:

    > Dodam jeszcze, że dzieci w tych krajach nie są w późniejszym okresie głupsze ni
    > ż nasze polskie. Studiowałam zagranicą i po pierwszym wykładzie przeżyłam szok
    > - studenci zadawali pytania w trakcie wykładu, nie obawiali sie, że są to pytan
    > ia głupie, a wykładowca cierpliwie odpowiadał - nawet na te najdziwaczniejsze.
    > Na polskich studiach, na wykładach nikt z nas nie ośmielił się odezwać, bo mógł
    > by wyjść na niedouczonego (, albo wykładowca mógłby nie znać odpowiedz i nie um
    > ieć się do tego otwarcie przyznać).

    Polska mentalność to mur nie do przebicia sad
  • joa66 13.11.13, 14:09
    Dodam jeszcze, że dzieci w tych krajach nie są w późniejszym okresie głupsze niż nasze polskie. Studiowałam zagranicą i po pierwszym wykładzie przeżyłam szok - studenci zadawali pytania w trakcie wykładu, nie obawiali sie, że są to pytania głupie, a wykładowca cierpliwie odpowiadał - nawet na te najdziwaczniejsze

    Bingo. Tylko to znowu raczej nie system kształcenia. Moje osobiste dziecko nauczane przez 9 lat przez nauczycieli po polskich uczelniach, smiało dyskutuje, zadaje pytania, drąży. Niestety nie dotyczy to większości jego kolegów? Dlaczego? Dlatego, że w poprzednich szkołach syna dyrekcja mogła sobie wybrać kadrę.
  • fogito 13.11.13, 13:36
    linulina napisała:

    > wydaje mi się, że nauczyciele/podejście w Polsce jest do kitu.
    > I zamiast zająć się problemem, skupiamy się na rozmiarze muszli klozetowej i do
    > stępności mysła w płynie w każdej szkolnej łazience.

    Nie zapominajmy o problemie stołówek szkolnych. To jest dopiero temat rzeka. Bo dziecko ma w szkole jeść dwudaniowy obiad! Coby w domu nie trzeba było gotowac!
    I zgadzam się, że rodzice nie o to co trzeba się martwią i walczą.
  • linulina 13.11.13, 13:40
    Przepraszam, zapomniałam wspomnieć o tej jakże istotnej kwestiiwink
  • abiela 13.11.13, 13:58
    linulina napisała:

    > Przepraszam, zapomniałam wspomnieć o tej jakże istotnej kwestiiwink

    Nie zapomnij o herbacie.

    Nie znam polskiej szkoy aktualnie aż tak dobrze, ale też obawiam się, że wina lezy w metodyce, i także w ustalonych normach - tak się zawsze robiło, tak nie można, dziecko musi itd.

    Mam dzieci w brytyjskim systemie edukacyjnym - syn 4 lata zna wszystkie litery, większość cyfr, ma lekcje, siedzą w ławkach ale właśnie uczy się, nie wiedząc o tym! To jest IMO tajemnica sukcesu.

    Widuje zdjęcia z lekcji córki - świetnym przykłądem była dla mnie lekcja o symetrii w 1 klasie. Cała klasa i nauczyciel na czworakach na podłodze układało ogromną budowlę z przyległościami, biorąc pod uwagę właśnie symetrię. Jak pisałam, nie znam realiów polskich aż tak dobrze, więc nie wykluczam, że się mylę, ale jakoś mam wrażenie, że takie lekcje to rzadkość.

    Co mnie także zaskakuje z obserwacji i rozmów z rodzicami, to bardzo roszczeniowa postawa i zarazem lużne podejście do obowiązku szkolnego - dzieci sa brane na ferie, urlopy w czasie roku szkolnego, totalna swoboda.

    Nie wime na ile poslka szkoła angażuje rodziców? Nie mam na myśli tu malowania klas i kupowania materiałow - u nas ciągle organizowane sa sprzedaże ciasteczek (dzieci zbierają pieniądze na UNICEF albo inny dobroczynny cel, albo na zakup konkretnej rzeczy), bazary, projekty, gdzie oczekiwana jest wyraźna współpraca rodziców. I jasne, wiele rodziców ma to gdzieś, ale jests pora grupa, która się angazuje.
  • linulina 13.11.13, 14:20
    Oczywiście, herbata w dobrej szkole musi byćwink A tak na serio, to właśnie to o czym piszesz mam na mysli. Dzieci odpowiednio prowadzone chłoną wiedzę i nie jest to dla nich tortura. Można więc chyba stwierdzić, że to w nauczycielach i ich oczekiwaniach do dzieciaków leży problem polskiej szkoły. Nie potrafią dostosować zajęć do rozwoju dzieci.
  • joa66 13.11.13, 14:26
    Mimo wszystko dodałabym też rodziców i ich oczekiwania.
  • olena.s 13.11.13, 14:52
    Gdy by sadzic po reakcjach forumowych, to sadze, ze zaangazowanie rodzicow jest bardzo nikle. Zdaniem zbiorowej ematki a) angazuja sie lizusy, b) ematka NIE znosi wymuszonej integracji, c) nikt w Pl nie ma czasu na takie glupoty.
    -- ,
    Życie w Zatoce Perskiej
  • abiela 13.11.13, 15:09
    olena.s napisała:

    > Gdy by sadzic po reakcjach forumowych, to sadze, ze zaangazowanie rodzicow jest
    > bardzo nikle. Zdaniem zbiorowej ematki a) angazuja sie lizusy, b) ematka NIE
    > znosi wymuszonej integracji, c) nikt w Pl nie ma czasu na takie glupoty.

    Nie śledzę ematki wcale, ale potwierdziłaś niestety moje przypuszczenia.
  • linulina 13.11.13, 12:54
    Chciałam jeszcze dodać, że nie chodzi mi tylko o klasy 1-3 szkoły podstawowej - myślę, że do kitu jest cały system edukacji. Jak wspominałam wcześniej - spotykam liczną grupę abolwentów filologii angielskiej, którzy nie potrafią napisac poprawnie prostego tekstu, o komunikacji werbalnej nie wspominając... Ostatni kwiatek (dla choc odrobinę zaznajomionych z j. ang. ) to should to gowink Mam nazdzieję, że ten Pan nie zostanie nauczycielem mojej córkiwink
  • aviance 13.11.13, 14:35
    A ja nie do końca jestem pewna czy wszystko jest winą nauczycieli. Porównujecie pewne aspekty szkół brytyjskich zapominając o warunkach jakie tam stworzono nauczycielom do tego by prowadzić kreatywne lekcje. Liczebność, wielkość i wystrój sali, asystenci nauczyciela do pomocy, elastyczność w organizacji edukacji sprawiają że pewne rzeczy tam są możliwe, a u nas nie. Nauczyciele pozostawiają wiele do życzenia, fakt. Ale najpierw należy im stworzyć warunki, a potem wymagać.
    Mam córkę w 1. klasie (7 lat) i pani nawet gdyby chciała nie mogłaby zrealizować lekcji o symetrii opisanej powyżej, bo w klasie jest 32 dzieci a sala ledwie mieści stoliki. Więc brakuje fizycznie miejsca na takie ekstrawagancje. Świetlica również jest niedużym pomieszczeniem gdzie czasem muszą się zmieścić 3 klasy. Dla mnie jako matki priorytetem byłyby ludzkie warunki czyli siedzące miejsce dla dziecka w świetlicy i mniejsze natężenie hałasu, większe sale lub mniejsze klasy, pomoc dla nauczyciela by wszystkie dzieci były dopilnowane i nie trzeba było angażować rodziców kilka razy w tygodniu do pomocy.
    Posłałam córkę do szkoły w wieku 7 lat, by przedłużyć jej fantastyczne przedszkole i dać szansę lepszego rozwoju. To tam panie mogły sobie pozwolić na kreatywność, miały na to warunki lokalowe i wykorzystały to w 100%. Szkoła to dla nas krok w tył. A jest to jedna z najlepszych (biorąc pod uwagę wynik testu 6 klasisty) podstawówek we Wrocławiu.
  • abiela 13.11.13, 14:44
    aviance napisała:

    > A ja nie do końca jestem pewna czy wszystko jest winą nauczycieli. Porównujecie
    > pewne aspekty szkół brytyjskich zapominając o warunkach jakie tam stworzono na
    > uczycielom do tego by prowadzić kreatywne lekcje. Liczebność, wielkość i wystró
    > j sali, asystenci nauczyciela do pomocy, elastyczność w organizacji edukacji sp
    > rawiają że pewne rzeczy tam są możliwe, a u nas nie. Nauczyciele pozostawiają w
    > iele do życzenia, fakt. Ale najpierw należy im stworzyć warunki, a potem wymaga
    > ć.

    Naturalnie masz rację - 32 dzieci w pierwszej klasie to graniczy z masakrą i nie ma szans na indywidualne podejście do ucznia czy kreatywne lekcje. Sądziłam, że klasy sa jednak mniej liczne w Polscesad

  • aviance 13.11.13, 14:57
    Dopiero od przyszłego roku będzie obowiązywało w polskich szkołach rozporządzenie określające max. liczbę dzieci w klasie w szkole podstawowej (25 osób). Coś co w innych państwach jest normą u nas dopiero się pojawi. Niestety mojej córki to nie obejmie, bo prawo nie działa wstecz sad
  • mamma_2012 13.11.13, 15:23
    W zerowkach (najlepiej w całym nauczaniu zintegrowanym) powinno byc jeszcze mniej max. 20-22 osoby plus obowiazkowa pomoc dla dzieci sprawiajacych najwieksze problemy i nagle okazałoby sie, ze w polskie szkoły nie sa takie zle
  • linulina 13.11.13, 15:29
    A co by się zmieniło? Pytam poważnie , bo nie do końca rozumiem. Czy nauczyciele zaczęliby traktować dzieci jak ludzi, a nie roboty? U mnie w szkole klasy są małoliczne, a kreatywnośc, własna inicjatywa, niesztampowe rozwiązania są tłumione w zarodku. Dodam, że obecna szkoła jest i tak lepsza od innej (również niepublicznej), z której wzięłam dziecko po 5 dniach nauki (tam pani nauczycielka przypominała wrzeszczącego gestapowca).
  • mamma_2012 13.11.13, 16:21
    Ten, kto nie spędzi kilku godzin sam na sam z grupa ok. 30 maluchów nie zrozumie co to znaczy (tak samo było i ze mna, takie doświadczenie uczy pokory)
    Jest mniej dzieci, wiec nauczyciel moze do każdego podejść, przypilnowac, a u najmłodszych to bardzo wazne.
    Jest mniej dzieci, wiec jest spokojniej w takiej grupie nawet dwie bardziej problemowe osóbki mozna "upilnowac" i efektywnie im pomoc, przez co cała klasa pracuje lepiej.
    Mozna tez sobie pozwolić na wiecej metod aktywnych itd.
    Nauczyciele do bani zdarzają sie i w szkołach niepublicznych. W klasie córki w zerowce była cudowna pani, grupa funkcjonowała swietnie, pani odeszła z przyczyn osobistych i pojawił sie potwór, grupa zwariowala, nauka leżała, następna pani w porządku i jakos ogarnęła poojowisko zostawione przez potworasmile
  • mamma_2012 13.11.13, 15:19
    Wlasnie jednym z najsłabszych punktów polskiej edukacji jest liczebność grup, zwłaszcza w najmłodszych klasach.
  • linulina 13.11.13, 15:24
    Chciałabym żeby tak było, ale nie mogę się zgodzić. Wiadomo, przeludnienie nie pomaga, ale poważniejszych problemów jest chyba znacznie, znacznie więcej. A sposób nauczania w żaden sposób nie zależy od ilości dzieci w klasie. Wszędzie tak samo - nie ważne czy uczniów jest 15 czy 32 ...
  • aviance 13.11.13, 15:58
    A sp
    > osób nauczania w żaden sposób nie zależy od ilości dzieci w klasie. Wszędzie ta
    > k samo - nie ważne czy uczniów jest 15 czy 32 ...

    Hmm, sposób nauczania nie zależy od liczby uczniów? Tak samo pracujesz z 1, 2, 5, czy setką dzieci?
    Piszę o swojej szkole i o tym co mnie boli najbardziej a co naprawiałabym w dalszej kolejności. Twoja perspektywa jest inna, i tu nie można nauczycieli usprawiedliwić. Jeśli to szkoła prywatna, walcz, masz możliwość wywarcia nacisku całkiem sporą na metody pracy, zwłaszcza jeśli przekonasz innych rodziców. My też walczymy, ale na efekty tej walki trzeba czekać i moje dziecko już na tym nie skorzysta. Klasa 32 osobowa (są 3 klasy pierwsze u nas, wszystkie mają > 30 osób) to nie jest norma w polskiej szkole, ale też nie taka rzadkość jak niektórzy tu twierdzą. W okolicznych 3 szkołach jest to 27-30 osób, więc też nie rewelacja. Ten rocznik (2006) to rocznik wyżowy, przynajmniej we Wrocławiu.
  • olga727 13.11.13, 20:09
    mamma_2012 napisała:

    > Wlasnie jednym z najsłabszych punktów polskiej edukacji jest liczebność grup, z
    > właszcza w najmłodszych klasach.

    Liczebność klas,to tzw."gwóźdź do trumny",bo z kreatywnością nauczycieli nie jest najlepiej: u starszej córki( 3 kl.SP) jest 20-oro dzieci w klasie(w tym 1 dziecko mutyzmem wtórnym),wych. sama bez pomocy, ale przy tak komfortowej liczbie też specjalnych "fajerwerków kreatywności" nie widać. U młodszej( rocznik 2007) w grupie przedszkolnej jest 26 dzieci i robią znacznie więcej,niż u starszej w szkole.
  • linulina 13.11.13, 15:00
    Moje dziecko chodzi do szkoły niepublicznej (, w klasie 15 uczniów) i pani nigdy nie lezala na podlodze z uczniami (, myślę że autorytet by jej upadł). Ba, ławki opuszczają dość rzadko. A możliwości ku temu na pewno są. To co opisujesz to jednak chyba ekstremum. Jeżeli chodzi o wystrój i wyposażenie brytyjskich szkół, to nie przesadzajmy, że aż tak się rózni. Mówię tu o większości szkół w Pl i WB, a nie o ekstremalnych przypadkach, które w każdym kraju się zdarzają.
  • linulina 13.11.13, 15:05
    W polskiej szkole nawet prace plastyczne robią rodzice, a dziecko które w projekt włoży serce i zrobi coś samodzielnie zostaje gorzej ocenione. Inna sprawa, że w przedszkolu jest to samo - Panie się produkują i na wystawkach stoją idealnie wykonane 'prace przedszkolaków'.
  • abiela 13.11.13, 15:11
    linulina napisała:

    > W polskiej szkole nawet prace plastyczne robią rodzice, a dziecko które w proje
    > kt włoży serce i zrobi coś samodzielnie zostaje gorzej ocenione. Inna sprawa, ż
    > e w przedszkolu jest to samo - Panie się produkują i na wystawkach stoją idealn
    > ie wykonane 'prace przedszkolaków'.

    Żartujesz? W życiu nie pomagałam dziecku w żadnych pracachsmile Wolę zaangazowac się w przygotowywanie kostiumów na występ bożonarodzeniowy lub pieczenie przysłowiowych ciasteczek.
  • linulina 13.11.13, 15:21
    W czasach, gdy moja córka chodziła do przedszkola w UK, jej prace to były jej własnoręczne produkcje. Np. na święta szkoła, w której mieściło się przedszkole, zamówiła tea towels, na których nadrukowane były autoportrety dzieciaków (śmieszne głowonogi i inne 'bazgroły')- z rozrzewnienim wspominam te czasy. W obecnej szkole wyszłoby, że każde dziecko to przyszły Matejkowink
  • mamma_2012 13.11.13, 15:26
    Na to niestety potrzebna jest kasa, a kasy nie maja ani szkoły ani rodzicesad
  • linulina 13.11.13, 15:33
    Rodzice kupowali te ręczniki, a szkoła zyski wydawała na niezbędne zakupywink
  • mamma_2012 13.11.13, 16:11
    Ja bym sie zarzuciła, ale wiem, ze sa sytuacje, gdzie sa problemy z wyjazdem, gdzieśtam, bo cześć rodzicow nie ma po 10 zlotych na biletuncertain
    Inna sprawa, ze rodzice urzadziliby długa dyskusje, gdzie je kupic, w jakim kolorze i zawsze znalazłaby sie jakas mamusia, ktora obrażona powiedziałaby, ze sama wyhaftuje ładniejtongue_out
  • joa66 13.11.13, 15:55
    W szkole syna nauczycielka prosiła kilkakrotnie rodziców, żeby ogólnie się nie wtrącali w prace domowe dzieci (chyba, że sama o to poprosi). Nie wiem czy wszyscy rodzice się stosowali.
  • joa66 13.11.13, 15:59
    Prowadzę podobną dyskusję na innym forum. I przyznam się, że za Boga nie rozumiem dlaczego nauczyciel X może a nauczyciel Y nie może. Teoretycznie mają takie samo wykształcenie.
  • abiela 13.11.13, 15:10
    linulina napisała:

    > Moje dziecko chodzi do szkoły niepublicznej (, w klasie 15 uczniów) i pani nigd
    > y nie lezala na podlodze z uczniami (, myślę że autorytet by jej upadł). Ba, ła
    > wki opuszczają dość rzadko. A możliwości ku temu na pewno są. To co opisujesz t
    > o jednak chyba ekstremum. Jeżeli chodzi o wystrój i wyposażenie brytyjskich sz
    > kół, to nie przesadzajmy, że aż tak się rózni. Mówię tu o większości szkół w Pl
    > i WB, a nie o ekstremalnych przypadkach, które w każdym kraju się zdarzają.

    Masz na myśli wspólne ekspreymenty na podłodze, pisząc o ekstremum? Nie mam porównania, u nich tak jest, szkoła jednak prywatna.
  • linulina 13.11.13, 15:14

    > Masz na myśli wspólne ekspreymenty na podłodze, pisząc o ekstremum? Nie mam por
    > ównania, u nich tak jest, szkoła jednak prywatna.

    Chyba nie wyraziłam się jasno - ekstremum to klasy z 32 dzieciaków. Leżenie na podłodze z uczniami to fantastyczny przykład innego podejścia do nauczania małych dzieciwink
  • abiela 13.11.13, 15:18
    linulina napisała:

    >
    > Chyba nie wyraziłam się jasno - ekstremum to klasy z 32 dzieciaków. Leżenie na
    > podłodze z uczniami to fantastyczny przykład innego podejścia do nauczania mały
    > ch dzieciwink

    Dziękuję, nie zrozumiałam ale teraz wszystko jasne.

    Ja nie słyszałam o aż tak licznych klasach w Polsce.
  • pszczolka1020 13.11.13, 15:50
    U nas klasy pierwsze wszystkie po 29 uczniów, niestety to chyba nie jest aż taka rzadkość, a gmina bogata, nawet rodzice na początku roku interweniowali aby utworzyć dodatkową klasę pierwszą , ale się nie udało. Więc jest po 29 uczniów, klasa w całości jest wypełniona ławkami, dzieci spędzają też niektóre przerwy w klasie, bo nie zawsze mogą wyjść na korytarz- zarządzenie pani dyrektor- na korytarzu nie mogą przebywać łącznie trzy klasy, więc po kolei korzystają z korytarza, gdzie dzieci mogą się trochę pobawić. W świetlicy w godzinach szczytu jest koło 100 uczniów, też są rozdzielani z nauczycielami po klasach, więc czasem jest dzień że mój syn spędza w klasie, w ławce prawie 8 godzin. Czy w UK też tak jest ? Więc chyba jednak warunki są nieco inne do nauczania zarówna dla dzieci jak i nauczycieli, nie ma co porównywać . Nauczycielka syna przy tak licznej grupie niektórych zajęć nie jest w stanie tak poprowadzić jakby chciała.
  • mamma_2012 13.11.13, 16:06
    W sumie trzeba przyznać, ze system edukacji w Polsce leży, ale niesprawiedliwoscia jest obarczac cała wina za to nauczycieli.
    Chociaż sama nie jestem nauczycielka to wiele razy zdarzało mi sie współpracować ze szkołami i nauczycielami, wiec znam temat z dwoch stron.
    Powiem szczerze, ze wsród nauczycieli zwłaszcza tych z KZ jest calkiem sporo zapaleńców, osob z pomysłami i pasjami. Czasem rzeczywiscie nie sa to orly jesli chodzi o wykształcenie czy ogólne obycie, ale przy pracy z maluchami ważniejsze jest zaangażowanie, pomysłowość i otwarty umysł.

    Nauczyciele działają w ramach takiej rzeczywistości jaka maja, a czesto pracują np. nie posiadając odpowiedniej ilości papieru, odtwarzacza CD, czy komputera do dyspozycji na każdych zajęciach. I co z tego, ze wracają z kolejnych szkoleń pełni pomysłów, jesli rzeczywistość sprowadza ich do parteru.
    Druga sprawa jest to, ze Karta Nauczyciela promuje nie kwalifikacje i wyniki, a staż pracy, wiec "stary" wyjadacz jesli nie ma ochoty, moze usmiechac sie do dyrektora i robic minimum i pozostanie nietykalny, zarabiając przyzwoite jak na swoje kwalifikacje pieniadze, a młody zdolny zawiewac, bo w byle pracy zarobi wiecej, a sie nie narobi

    Testy to kolejny trudny temat, raz, ze rodzice cisną, bo fajnie pochwalić sie przed sąsiadami, ze latorosl dostała maksa, ale tez i samych nauczycieli, bo miedzy innymi na tej podstawie ocenia sie ich prace i cała szkole.

    I dalej sprawa rodzicow, którym nigdy sie nie dogodzi, bo połowa chce metod ciekawych, a druga połowa przychodzi i mowi "znowu dzien ziemniaka, dzien europejski, dzien literki A, a ćwiczenia niewypelnione" Albo "w naszej szkole nic sie nie robi, boznowu marnowali dzien tarzajac sie po podłodze"uncertain
    Ćwiczenia zreszta to kolejny problem, bo nie ćwiczy sie tego co powinny ćwiczyć dzieci w tym wieku tylko np. wkleja sie naklejki.
    I jeszcze największy problem, to liczebność klas, w klasach młodszych nie powinno byc wiecej niż 20-22 osoby.
    Kurcze, mogłabym tak jeszcze długo pisać, bo problemów jest mnóstwo i to na rożnych poziomach, a ja chciałam tylko dać znać, ze zwalenie całej winy na nauczycieli jest splyceniem problemu, jesli cos ma sie zmienić na lepsze to nie tylko przez zmiany nauczycieli czy w nauczycielach (chociaż pewnie jakas cześć należałoby odesłać na wcześniejsza emeryturę jako jednostki niereformowalne i niebezpieczne:/)
  • joa66 13.11.13, 16:19
    I dalej sprawa rodzicow, którym nigdy sie nie dogodzi, bo połowa chce metod ciekawych, a druga połowa przychodzi i mowi "znowu dzien ziemniaka, dzien europejski, dzien literki A, a ćwiczenia niewypelnione" Albo "w naszej szkole nic sie nie robi, boznowu marnowali dzien tarzajac sie po podłodze

    no właśnie sad
  • linulina 13.11.13, 16:35
    Czyli wygląda na to, że trzeba pakować walizki, aby dać dziecku możliwość chodzenia do szkoły, która rozwinie jego umiejętności i nauczy wiary we własne siłycrying Ewentualnie posyłać do szkół brytyjskich, francuskich czy amerykańskich - jeśli kogoś stać i są takie w pobliżu miejsca zamieszkania. Niezbyt optymistyczne wnioski.

    Co do rodziców - to fakt - są tacy, którrzy uważają, że dziecko musi nasiedzieć się nad pracą domową, bo inaczej dzień szkolny zmarnowany...
  • joa66 13.11.13, 16:56
    Wiesz, z drugiej strony.. mając porównanie swojego dziecka po szkole polskiej niepublicznej i dzieci znajomych/rodziny (Irlandia, UK, Kanada) po szkołach również niepublicznych to ja milion razy wolę 'swoją" szkołę. Bo poza uczeniem myślenia, dyskusji itp, dała jednak ogólne wykształcenie na znacznie wyższym poziomie. Oczywiście można dyskutować czy takie ogólne wykształcenie/obycie jest ważne w życiu- moim zdaniem tak, ale co kto lubi/potrzebuje.
  • linulina 13.11.13, 17:04
    Niestety, ale nie wydaje mi się aby polscy uczniowie byli lepiej wykształceni (pod jakim względem?). To smo tyczy się niestety absolwentów polskich uczelni wyzszych, którzy (w większości) nie mają pojęcia o wykonywaniu swego zawodu w praktyce. Czy Polska i jej wykształceni abolwenci mają jakiekolwiek istotne osiągnięcia naukowe? A w rankingach uczelni jesteśmy w ogonie światowymcrying Co więc dzieje się z dobrze wykształconymi dziećmi po gimnazjach i liceach? Gdzie jest błąd?
  • joa66 13.11.13, 17:14
    Bo uczelni niestety nie mamy najlepszych na świecie.smilewink

    Niestety, ale nie wydaje mi się aby polscy uczniowie byli lepiej wykształceni (
    > pod jakim względem?).


    Matematycznym i w skrócie - humanistyczno-kulturowym. Zwłaszcza to drugie bylo widoczne w przypadku 3 krajów , o których pisałam. Może potem napiszę więcej.
  • abiela 13.11.13, 22:00
    joa66 napisała:

    > Matematycznym i w skrócie - humanistyczno-kulturowym. Zwłaszcza to drugie bylo
    > widoczne w przypadku 3 krajów , o których pisałam. Może potem napiszę więcej.

    Napisz, bo jestem ciekawa. Ja mam na razie doświadczenie do 3 klasy i wydaje mi się, że córka robi dużo więcej. Od pierwszej klasy ma takie przedmioty jak humanities, science, pshe. Przerabia tematy historyczne (aktualnie starożytny Rzym), fizykę (prąd el., ruch), geografię (otoczenie, mapy, orientacja w terenie), biologiczne (żywienie, budowa ciała itp.) plus naturalnie angielski, niemiecki, matematyka, muzyka, plastyka, sport, zajęcia kreatywne.
  • joa66 13.11.13, 22:26
    Piszę z perspektywy edukacji do 16-19 roku życia. Od przedszkola. Na podstawie doświadczeń własnych, dziecka, jego kolegów, dzieci moich polskich znajomych w polskich szkołach, dzieci rodziny i przyjaciół/znajomych z wymienionych krajów, dzieci kolegów niepolskich chodzących do warszawskich/konstancińskich szkół brytyjskiej, amerykańskiej, francuskiej. Trochę się tego uzbierało, ale nie mam 15 lat , od ponad 25 lat pracuję w środowisku międzynarodowym w PL i poza PL. Uczyłam się także poza PL. Nie jest to jakiś nietypowy życiorys, są takich tysiące, ale dla niektórych bardzo podejrzany i nierealnywink

    Ok do tematu. W pierwszych klasach tzw podstawówki tych różnic nie ma wiele. Ze względu na wiek rozpoczęcia nauki dzieci np z Anglii wczesniej poznają literki, czytają pierwsze książki itp. O wszelakich science nie wspominam, bo już pisałam- moim zdaniem coś jest nie tak z polskimi programami, zwłaszcza biologii.

    Coś się jednak dzieje po drodze (przypominam, że cały czas mówię o tzw dobrych szkołach we wszystkich wymienionych krajach). Tylko, żeby to zrozumieć trzeba by uznać, że istnieje pewien kanon dla człowieka, który chce być uważany za wykształconego. A to nie jest takie oczywiste, bo dla wielu świetny lekarz to świetny lekarz i nieważne, że nie wie kim jest Molier czy Strawiński. Nie twierdzę, że to jest złe - to jest kwestia priorytetów. A ta dobra polska szkoła na ogół "pilnuje" takich rzeczy. W dodatku od dłuższego czasu odchodzi od "Słowacki wielkim poetą był" wink

    Czy mam dawać przykłady z życia?
  • abiela 13.11.13, 22:35
    Rozumiem o co ci chodzi z kanonem, bo mam dokładnie takie same przekonania i spostrzeżenia - teraz załapałam o co ci chodzi.
    Intuicyjnie sądzę (biorąc pod uwagę studiów w Polsce i na dwóch różnych uniwersytetach w Niemczech), że odgrywa tu rolę fakt, że w Polsce dużo przedmiotów nauczanych jest przkerojowo, chronologicznie, a tu znowu studencie koncentrują się na jednym aspekcie i go zagłębiają. Widze to już teraz w podstawówce - np. szczegółowe opracowanie Flornce Nightingale czy pożaru londyńskiego, ale chyba bez osadzenia go na osi czasu. Może to za wcześnie i później będzie inaczej, nie wiem? Widze, że niektóre rosyjskie matki w starszych klasach uważają, że poziom jest za niski - z pewnością porównują do ojczyzny.

    Z drugiej strony staram się mentalnie pożegnać z przekonaniem o konieczności wiedzy ogólnej. Kiedyś sądziłam, że każda wykształcona osoba musi znać w moim odczuciu podstawowe fakty (np. data bitwy pod Grunwaldem, podstawy mitologii greckiej, kanon literacki, orientacja w faktach historycznych - luźne przykłady), a teraz myślę, że o wiele wązniejsza jest umiejętność ich znalezienia. Bo skoro nie moge sobie przypomnieć daty rozpoczęcia rewolucji we Francji, to siegam po smartfona i w minutę ją znamsmile A nasze dzieci pewnie jeszcze inaczej do tego będa podchodzić. Co nie zmienia faktu, że obeznanie kulturalno-ogólne jest świetne i od własnych dzieci jednak go oczekuję.
  • joa66 13.11.13, 22:51
    W czasach kiedy ja chodziłam do szkoły nie było internetuwink

    I nie chodzi o pamiętanie daty bitwy pod Grunwaldem tylko raczej o to, że nie Hitler ją prowadził, a wielkiej rewolucji francuskiej nie "wygrał Balzac" . Oczywiście wygłupiam się , ale mam nadzieję, że wiadomo o co chodzi. To taka wiedza, która nie wiadomo kiedy i jak wchodzi do głowy, podczas "nudnych lekcji' też.

    Gdyby założyć, że takie podejście wyklucza możliwość dociekania, samodzielnej pracy, eksperymentów, dyskusji i zadawania pytań, miałabym ogromny problem z wyborem systemu. Na szczęście są w PL szkoły (i jest ich niemało), które z powodzeniem realizują wszystkie te rzeczy. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, nie dotyczy nawet większości - z wielu względów, o których dzisiaj tu rozmawiamy.

    A mój post wypłynął z innego postu, że "trzeba wyjechać' lub uczyć się w szkołach międzynarodowych w PL (których wyniki bywają wątpliwe, mimo zapewne przyjaźniejszej atmosfery, zwłaszcza w młodszych klasach)

  • abiela 13.11.13, 22:59
    Rozumiem, i szczerze mam nadzieję, że tak elementarną wiedzę moje dzieci będą miały. Pewnie zdobędą ją zresztą przy okazji w domu, w czasie rozmów.
    Nie wiem czy trzeba wyjechać, trudno mi powiedzieć...My od niemieckiego systemu uciekliśmy.
  • joa66 13.11.13, 23:14
    Jako ciekawostkę podam listę lektur/autorów dla gimnazjów (wiek 13-16 lat) literatury obcej:

    Dickens
    Homer
    Shakespeare
    Curwood
    Amicis
    London
    Tolkien
    A. de Saint – Exupery
    Molier
    Cervantes
    Czechow
    Hemingway
    Orwell
    Sofokles

    Która szkoła z krajów angielskojęzycznych ma tak dużą reprezentację dziedzictwa światowego, a nie tylko własnego.



  • linulina 13.11.13, 23:28
    Australia - grade 9

    Lilies of the Field by William E. Barrett
    Merchant of Venice by William Shakespeare
    Where the Red Fern Grows by Wilson Rawls
    The Red Badge of Courage by Stephen Crane
    The Light in the Forest by Conrad Richter
    An Old-Fashioned Girl by Louisa May Alcott
    A Christmas Carol by Charles Dickens
    Cyrano de Bergerac by Edmund Rostand

    Grade 10

    Animal Farm by George Orwell
    A Tale of Two Cities by Charles Dickens
    The Scarlet Pimpernel by Baroness Emmuska Orczy
    Great Expectations by Charles Dickens
    Giant by Edna Ferber

    The Prince and the Pauper by Mark Twain
    David Copperfield by Charles Dickens
    Set All Afire [St. Francis Xavier] by Louis de Wohl
    Lay Siege to Heaven [St. Catherine of Siena] by Louis de Woh
    My Ántonia by Willa Cather
    The House of the Seven Gables by Nathaniel Hawthorne
    Joan of Arc by Mark Twain
    The Robe by Lloyd Douglas
    Shane by Jack Schaefer
    The Bronze Bow by Elizabeth George Speare
    The Old Man and the Sea by Ernest Hemingway
    Song of Bernadette by Franz Werfel
    El Cid (Spanish narrative poem)

    The Song of Roland (French narrative poem)
    Quo Vadis by Henryk Sienkiewicz smile

  • joa66 13.11.13, 23:35
    Prawie w ogole nie ma literatury obcej w programie australijskim.._
  • joa66 13.11.13, 23:36
    p.s. obcej jezykowo-kulturowo
  • linulina 13.11.13, 23:45
    Ależ jestsmile Nie podałam wszystkich pozycji z braku miejsca. Lektury, które wymieniłaś w polskiej liście są w większości anglojęzycznymi klasykami - Australijczycy też je czytają - czemu maja ich nie znać? Mają sporo lektur arabskich, których nasze dzieci nie znają, jest Sienkiewicz, Dostojewski. Całkiem niezły mają kanonwink
  • joa66 13.11.13, 23:49
    No to nie wiem, pytałam się o obcojęzyczną, wymieniłaś głownie angielskojęzyczną.

    Poza tym- mało wiem o edukacji w Australii, poza tym co od syna, który miał wielu australijskich nauczycieli.smile
  • abiela 13.11.13, 23:55
    Ale trudno, żeby dziecko z kraju anglojęzycznego miało w kanonie polskie lektury.
    U nas też są to lektury ograniczajace się tylko do europejskiego obszaru kulturowego, nie ma tu nic azjatyckiego czy afrykańskiego.
    Trudno porównywać edukację literacką języka "mełego" z rozpowszechnionym.
  • linulina 13.11.13, 23:57
    Jest Henryk Sienkiewicz (nawet pogrubiłam)smile
  • olena.s 14.11.13, 00:02
    Twoja lista jest chyba z jakiejs katolickiej placowki?
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • joa66 14.11.13, 00:09
    Moja? (pogubiłam się w drzewku) Jeżeli tak - to chyba nie - rejonówki. Przypadkowej. Nie wiem na ile lista lektur szkolnych syna byłaby reprezentatywna (wątpię, żeby ktoś w szkołąch publicznych zajmował się np Satrapi)
  • abiela 14.11.13, 00:12
    Zaobserwowałam jeszcze, że, przynajmniej gdy ja chodziłam do szkoły, jeśli uczeń nie umiał / nie rozumiał to była to wina ucznia. W szkole moich dzieci jest to wina nauczyciela - to on ma się tak nagimnastykowac, żeby uczeń zrozumiał. Nikt nie zakłada, że dziecko jest głupie, tylko że nauczyciel się nie postarał.

    Druga sprawa, która obserwuje wśród polskich znajomych ale i tutaj: brak zaufania rodziców do szkoły. Objawia się to właśnie wiecznymi pretensjami, dyskusjami na temat tego, co nauczyciel robi bądź nie robi, stawianiem znaku zapytania pod wszystkim i plotkowaniem z innymi rodzicami.
  • joa66 14.11.13, 00:16
    W szkole moich dzieci jest t
    > o wina nauczyciela - to on ma się tak nagimnastykowac, żeby uczeń zrozumiał. Ni
    > kt nie zakłada, że dziecko jest głupie, tylko że nauczyciel się nie postarał.

    W szkole syna było podobnie - nauczyciel brał odpowiedzialność za nauczanie. Ale zdaję sobie sprawę, że niestety nie dotyczy to większości szkoł/nauczcyieli.

    Co do drugiego akapitu. Kiedyś ktoś tutaj napisał najlepsze podsumowanie polskiej edukacji: Najwięcej zła robi Karta Nauczyciela i walnięci rodzice. I zgadzam się z tym całkowicie.


    Dobranoc wszystkim.
  • joa66 14.11.13, 00:00
    Nie mówię o literaturze polskiej! Ale o Molierze, Czechowie, Dostojewskim, Kunderze, Balzaku, Goethem, Camus itp. I oczywiście nie w oryginale.
  • abiela 14.11.13, 00:07
    joa66 napisała:

    > Nie mówię o literaturze polskiej! Ale o Molierze, Czechowie, Dostojewskim, Kund
    > erze, Balzaku, Goethem, Camus itp. I oczywiście nie w oryginale.

    Ale z pobieżnego "researchu": wynika, że i Sofokles, i Dostojewski, i Remarque i Goethe czy Balzak są czytani przez uczniów anglojęzycznych, przynajmniej takie jest zalecenie.
  • joa66 14.11.13, 00:12
    przynajmniej takie jest zalecenie.

    A więcej informacjo o tym zaleceniu? Chętnie przeczytam. W jakim kraju?
  • abiela 14.11.13, 00:14
    joa66 napisała:

    > przynajmniej takie jest zalecenie.
    >
    > A więcej informacjo o tym zaleceniu? Chętnie przeczytam. W jakim kraju?

    Googlowałam listy lektur różnych szkół angielskich i takie nazwiska się przewijały, poza anglojęzycznymi oczywiście. Pisząc zalecenie miałam na myśli owe listy, bo inną sprawą jest czy te książki faktycznie przez uczniów są czytane? Tutaj nie mam doświadczenia.
  • joa66 14.11.13, 00:17
    wyślij jakiegoś linka jak będziesz miała sekundę.

    Tym razem naprawdę dobranoc.
  • maksimum 20.11.13, 22:11
    www.wiocha.pl/919040,Czy-naprawde-polska-mlodziez-jest-taka-tepa
    Rozumiem ze to jakies male miasteczko na wschodzie Polski,ale z takimi wiadomosciami nie powinni podstawowki skonczyc.

    Profesor sie uwzial na matolow i to na renomowanej uczelni.

    lublin.gazeta.pl/lublin/1,48724,14985309,Byly_wykladowca_KUL___Niektorzy_studenci_nie_powinni.html#BoxSlotII3img
  • linulina 13.11.13, 23:56
    Wiesz, Polacy też raczej nie czytują tych pozycji w oryginalewink Ujmijmy to tak - to kanon literaury światowej czytanej (najczęściej) w języku kraju czytelnika (tłumaczeniu)wink Australijski system jest ok - aczkolwiek ostatni prime minister wprowadził dość niefortunne zmiany organizacyjne.
  • di_kormia 13.11.13, 23:37
    joa, ale zdajesz sobie sprawę, że wiekszość- statystyczna wiekszośc! ucznów tego nie czyta?
    zdajesz sobie sprawe, że z niemą aprobatą nauczycieli, ktorym wszystko jedno! korzystaja z bryków, opracowań, netu etc?
    zdajesz sobei sprawe, że w wiekszości szkół, nawet jeżeli uczen przeczyta, to teat potraktowany jest sztampowo, i nie zwieksza kultury czy obycia literackiego uczniów?
    zdajesz sobie sprawe, że sztampowe tematy esejów/rozprawek czy ne wiadomo czego tam sprawiają, ze sa one pisane przez kolegów/firmy studenckie lub sciagane z netu?
    wiesz, że ten dumnie brzmiący kanon do niczego nei prowadzi- a na pewno nie do zwiekszenia czytalenictwa?
    i tu dochodzimy do sedna-
    najwiekszym problemem polskiej edukacji jest jej pozoranctwo!
  • joa66 13.11.13, 23:46
    dikormia - w jakim wieku masz dziecko? Bo ja widzę, z jest coraz mniej sztampowości - i mam na myśli szkoły publiczne i niepubliczne. Po drugie - nie twierdzę, że po pierwszej lepszej szkole mamy mistrzów interpretacji literackiej - mam na myśli - tak jak pisałam - ogólną świadomość kanonu. Ja np nie byłam w stanie przeczytać Goethego swego czasu. Ale sam fakt bycia na lekcjach , wysłuchania innych dały mi pewną wiedzę. Oczywiście poległabym w dyskusji z "goethologiem", pewnie wygrałabym z większością absolwentów szkoł brytyjskich.

  • olena.s 14.11.13, 00:00
    Nic, dalibog, nic nie przebije wyznania pewnej matki drugo?trzecio?klasisty, ktory nie mogl przebrnac przez Sierotke Marysie. Matka skonstatowawszy, ze jezyk archaiczny a dziecko ma juz z nudow szklany wzrok sporzadzila osobiscie bryk. Dziecina przeszla przez testy, a nastepnie rozprowadzila kopie bryku po klasie, w cenie 5 pln od lebka. A mowia, ze polska szkola niepraktyczna....
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • joa66 14.11.13, 00:02
    Nie o tym jest mowa.
  • abiela 13.11.13, 23:52
    joa66 napisała:

    > Dickens
    > Homer
    > Shakespeare
    > Curwood
    > Amicis
    > London
    > Tolkien
    > A. de Saint – Exupery
    > Molier
    > Cervantes
    > Czechow
    > Hemingway
    > Orwell
    > Sofokles


    Napradwę? Chodziłam do dobrego liceum ale z tego na liście lektur miałam tylo Sofoklesa, Moliera, Shakespeare'a i Homera.
  • joa66 13.11.13, 23:57
    wygooglałam listę z jakiejś szkoły (rejonowej). Nie wiem czy są ogólnopolskie. Mój syn (teraz kończy liceum) miał trochę inną ale miał równie bogatą w utwory "obce" (nie miał np Amicisa i Hemingwaya, o ile mi wiadomo, miał za to np Satrapi ),
  • paszczakowna1 15.11.13, 06:48
    > Matematycznym i w skrócie - humanistyczno-kulturowym.

    Matematycznym? Mówiąc brutalnie - nie rób sobie jaj z pogrzebu. Pod względem matematycznym to polscy uczniowie byli dobrze wykształceni lat temu ponad 20. To dosyć dawno.
  • di_kormia 15.11.13, 06:55
    nie, 20 lat temu tez byli zle wyksztaceni.
  • paszczakowna1 15.11.13, 07:00
    > nie, 20 lat temu tez byli zle wyksztaceni.

    W skali bezwzględnej oczywiście trudno powiedzieć (testów międzynarodowych nie robiono), ale lepiej niż teraz (nie wiem, czy akurat 20, może 25 lat). Można porównać program matematyki.
  • di_kormia 15.11.13, 07:31
    program programem, ale to tylko założenia były. rzadk wypełniane, tzn program zrobiony, ale uczniowei... program też taki sobie, niekonsekwentny i niepraktyczny,
  • olena.s 15.11.13, 08:36
    A nie byłamy taka pewna.
    20 lat temu nie robiono badań, więc może raczej wyżej wyedukowana była ta garsteczka z mat-fizów w ogólniakach? Czyli ile tego mogło być, 3 procent rocznika? 5? Skoro na studia, od polibudy po AWF szło 10-12%
    A ten poziom powszechny... Przypominam, że jak przebadano dorosłych Polaków w latach 90, to się okazało, że mamy zastraszający poziom wtórnego analfabetyzmu, mimo dumy edukacyjnej i powszechnego przekonania, że polski program jest ambitny, a szkoły może i surowe, może i nienowoczesne, ale uczą, panie dziejku, że hoho, niech się schowają Francuzy, Jankesy i Brytole.

    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • joa66 15.11.13, 08:52
    Przypominam, że jak przebadano dorosłych Polaków w latach 90,

    A jakieś podobne badania w innych krajach? Wskazywały na coś innego, panie dziejku?

    p.s. nie, nie spodziewam się odpowiedzi.
  • olena.s 15.11.13, 09:02
    Nie odpowiem, poniewaz nie mam ochoty z toba rozmawiac. Wiec skoro ignorujesz moja prosbe, pogodz sie z mysla, ze odpowiadac ci wiecej nie bede - bez wzgledu na tezy i antytezy.
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • paszczakowna1 15.11.13, 09:38
    > 20 lat temu nie robiono badań, więc może raczej wyżej wyedukowana była ta gars
    > teczka z mat-fizów w ogólniakach? Czyli ile tego mogło być, 3 procent rocznika?
    > 5? Skoro na studia, od polibudy po AWF szło 10-12%

    To prawdopodobne (nawet podejrzewam, że bardzo prawdopodobne - szkolnictwo w PRL było moim zdaniem nastawione na kształcenie elit). Ale pozom matematyki tej "garsteczki" (zresztą 3% to wcale nie tak mało) jest kluczowy dla rozwoju społeczeństwa.
  • olena.s 15.11.13, 09:44
    Właściwie można by na temat priorytetów założyć nowy wątek, bo to ciekawe.
    Niemniej ja nie twierdzą, że tych 5% jest nieważnych, skąd. Zastanawiam się, czy przypadkiem te pięć procent nadal nie świeci własnym światłem, tylko przyćmionym przez 20 procent które i za dawnych czasów miały znacznie nizszy poziom.
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • paszczakowna1 15.11.13, 09:59
    >Zastanawiam się, cz
    > y przypadkiem te pięć procent nadal nie świeci własnym światłem, tylko przyćmio
    > nym przez 20 procent które i za dawnych czasów miały znacznie nizszy poziom.

    Obawiam się, że nie. Nie znaczy, broń Boże, że są głupsi, ale nie ma cudów - jak się matematyki w odpowiednim zakresie nie uczy, to się i nie nauczy. Równie dobrzy (co najmniej, a może i lepsi, bo więcej pracują) są ci, którzy mieli szczęście kończyć np. matex w warszawskim Staszicu, eksperymentalne klasy matematycznie w innych liceach z absolutnie najwyższej półki, ale to nie 3-5%, tylko drobny promil rocznika. Reszta z tych 3-5% na edukację matematyczną porównywalną z tą dostępną w innych krajach nie ma szans (chyba, że poza szkołą). (Choć tu jest szansa na pewną poprawę, bo rozszerzoną matematykę nieco uzupełniono ostatnio - ale i tak program jest okrojony w stosunku do tego, co ja miałam w zwyczajnym mat-fiz. Dramat jest z kolei z fizyką w nowym programie.)
  • olena.s 15.11.13, 10:09
    Ja jestem niematematyczna, nie ocenię. A czy twoim zdaniem róznice są istotne w kontekście studiów? Tzn to, czy to, co określasz jako okrojenie programu wymaga długiego czasu do nadrobienia?
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • paszczakowna1 15.11.13, 19:02
    >A czy twoim zdaniem róznice są istotne w
    > kontekście studiów? Tzn to, czy to, co określasz jako okrojenie programu wymag
    > a długiego czasu do nadrobienia?

    Samo "okrojenie", rozumiane jako pewne pojęcia i umiejętności do wprowadzenia (podstawom matematyki brakuje badania przebiegu funkcji, statystyki z porządnym rachunkiem prawdopodobieństwa, i logiki matematycznej; rozszerzonej brakuje tego co powyżej w większym zakresie plus całek) to moim zdaniem kwestia może roku, pewnie nawet niecałego. (Tyle, że na studiach ścisłych tego roku nie ma, bo trzeba jeszcze bodaj liznąć wielu innych zagadnień.) Ale problem jest głębszy - program nie zachęca zupełnie do rozwoju myślenia matematycznego i samodzielnego, twórczego wnioskowania. Mało wyprowadzeń, mało dowodów, a co najgorsze - brak miejsca na własną inwencję. Zwłaszcza na niższym szczeblu edukacji matematyki uczy się przez pamięciowe przyswojenie schematów. Tego już się nie nadrobi nigdy - talent matematyczny trzeba rozwijać w młodości. (Nie jest przypadkiem, że najwięcej w matematyce dokonali ludzie przed trzydziestką - to ma zastosowanie i na niższym szczeblu.)
  • maksimum 15.11.13, 21:15
    olena.s napisała:

    > Tu masz ciut reklamowy tekst na temat singapurskich podręczników - i efektu, ja
    > ki spowodowały.
    >
    > Ciekawe, czy w Polsce któreś podręczniki są budowane wokół tego wzoru?

    Polacy nie gesi i nie bede nikogo nasladowac.
    Szczegolnie w szkolnictwie,ktore powinno byc priorytetem.
    Nie bardzo rozumiem czemu Polacy buduja drogi i autostrady na wzor zachodni,sieci handlowe na wzor zachodni,nawet architektura na wzor zachodni a w szkolnictwie prymityw.
    W USA nie ma czegos takiego jak matura rozszerzona,czy zawezona.
    SAT jest jedno dla wszystkich i w liceum moich dzieci kazdy co rok pisze SAT.
    Jest mozliwosc porownania wszystkich szkol i uczelni,bo egzaminy sa takie same dla wszystkich.
    Czy mieszkasz w Kentucky,NYC czy LA to SAT jest takie samo a nie jakas sciema jak w Polsce,ze nawet najlepsze uczelnie przyjmuja jak leci,a pozniej dziwota,ze poziomu nie ma.
    Olimpiady,swiadectwa z paskiem itd jakby nie bylo mozna zrobic ogolnokrajowego egzaminu takiego samego dla wszystkich.
    SAT trwa okolo 4,5 godziny i jest bardzo wyczerpujacy tak z jezyka jak i z matematyki.
  • apfelstrudel 16.11.13, 13:44
    Wetnę się w dyskusję. Zgadzam się z przedpiśczynią. U mnie studiują najlepsi. Naprawdę. Taki kierunek, że to oni biją się o miejsca i nie przyjmujemy jak leci, byle więcej, bo jest ich tyle co 20 czy 30 lat temu. Pracuję z nimi 20 lat i naprawdę widać zjazd. Tak jak to napisano - nie tylko sama znajomość faktów jest gorsza, ale brak umiejętności wyszukiwania informacji (brzmi to absurdalnie w obecnych czasach, ale tak jest), brak zdolności do kojarzenia tychże faktów, wyciągania wniosków, syntezy wiedzy z różnych dziedzin i kompletny brak wyobraźni - pokazany schemat odrysują, sami swojego nie wymyślą. O ile jeszcze z biologii chociaż trochę wykują, o tyle chemia leży i kwiczy. Zresztą samo wykucie kilku faktów z biologii też niewiele daje. Wbrew pozorom nauka biologii nie polega na tępym zapamiętywaniu, z czego większość ludzi nie zdaje sobie sprawy. Mam zajęcia z drugim rokiem i niestety musimy nadrabiać zupełne podstawy, na które tak naprawdę nie mamy czasu, bo studia są długie i ciężkie, a nasz przedmiot to jedna z największych kobył. I nie mówię, że są głupsi. Są niedouczeni ale przekonani, że jest inaczej. A przy okazji wylewania żalów, kiedyś musieli jeszcze znać fizykę, żeby się dostać na ten kierunek. Teraz nie muszą. Szczerze współczuję kolegom, którzy mają zajęcia z przedmiotów gdzie fizyka jest potrzebna (u nas też zresztą pewne elementy są niezbędne).
  • paszczakowna1 18.11.13, 19:19
    Medycyna, czyż nie? Prawdziwie ciekawe czasy dla nauczycieli akademickich na kierunkach przyrodniczych nadejdą, gdy na studia przyjdzie rocznik, który nie miał w ogóle fizyki w liceum... (Bo, prawdaż, jak nie każą matury z tego zdawać, to w ogóle niepotrzebne, po co fizyka w klasach biol-chem, lekarz elektronu od elektrody odróżniać nie musi.)
  • menodo 18.11.13, 21:05
    Jak to wcale? Po trzyletnim kursie w gimnazjum kończą fizykę w 1 klasie liceum, a potem mają jeszcze przyrodę - to nie wystarczy, aby odróżnić elektron od elektrody?
    Zresztą, bardzo podobnie wygląda kształcenie potencjalnych studentów nauk medycznych w klasach IB.
    I po pięćdziesiąte - są szkoły, w których można sobie nawybierać tych rozszerzeń do woli, ale - fakt - są to szkoły bardzo wysokoprogowe.
    Myślałam, że to już zostało przerobione?
  • paszczakowna1 20.11.13, 18:15
    > Jak to wcale? Po trzyletnim kursie w gimnazjum kończą fizykę w 1 klasie liceum,

    Fizyka w liceum bez kontynuacji to jedna godzina, poświęcona głównie na astronomię, czyli w naszym wydaniu składankę encyklopedycznych informacji bez ładu i składu. W gimnazjum natomiast nie ma aparatu matematycznego, by pewne rzeczy z fizyki zrobić. (Nie zrobią np. praktycznie nic z optyki, bo nie mają funkcji trygonometrycznych. Nie zrobią równań ruchu, bo nie mają pochodnych.) W efekcie nasz lekarz może mieć jakieś mgliste pojęcie, czym różni się elektron od elektrody (to była hiperbola), ale nie będzie miał nawet mglistego przeczucia, jak działają tomografy rezonansu magnetycznego - bo nikt go nigdy niczego o promieniowaniu elektromagnetycznym nie nauczył.

    > a potem mają jeszcze przyrodę

    Dream on. Otóż nie mają przyrody. Jak masz jakikolwiek przedmiot uznany za "przyrodniczy" (nawet geografię) przyrody nie masz. Zatem w efekcie masz więcej fizyki w klasie humanistycznej niż w biol-chem.

    > Myślałam, że to już zostało przerobione?

    Nie do końca rozumiem, co do mnie mówisz, ale jeśli chodzi o to, że w co drugim poście ględzę o tym samym, to masz rację. Ględzę, bo mnie to doprowadza do szału.
  • joa66 13.11.13, 17:16
    rankingi to jeszcze inna sprawa, bo pozycja zależy od metodologii. Moim zdaniem słaba pozycja polskich uczelni wynika z innych powodów niż powinna. Pozycja mniej więcej byłaby ta sama, ale z innych powdów niż te rankingowe.
  • linulina 13.11.13, 17:23
    Czekam więc na rozwinięcie. Jeżeli chodzi o rankingi - mówię o tych wymiernych, które ustalane są wg. cytowania opublikowanych osiągnięć danego wydziału przez innych naukowców w ich publikacjach.
  • joa66 13.11.13, 18:22
    Najpierw rozwinę temat uczelni, bo mam nadzieję wczesniej zamknąć ten temat.

    1) Otóż na przykład bierze się pod uwagę liczbe publikacji. I najlepszą uczelnię w UK (np Cambridge) i najlepszą polską (np UW).

    Cambridge ma publikacje z historii, medycyny, inżynierii.
    UW nie ma publikacji z medycyny , inżynierii.

    Czyli mamy pierwszy powód: rozczłonkowanie uczelni

    2) Język - obecne rankingi opierają się na kadrze i jej osiągnięciach przede wszystkim sprzed 2004 (możliwości akademickiej wymiany międzynarodowej na szerszą skalę), nie mówiąc o dominującej kadrze z czasów PRL, która w większości nie znała języków obcych itp. Co nie znaczy, że merytorycznie była słabsza.

    A teraz dlaczego JA uważam, że uczelnie mamy nienajlepsze, bo wcale nie z powodów rankingowych:

    1) nepotyzm na uczelniach, zatrudnianie pociotków na niższych pozycjach akademickich

    2) lekceważenie studentów - począwszy od administracji po sprawy akademickie

    3) i ostatnia świeża sprawa - nie mamy ani jednego uniwersytetu, który by przyjmował TYLKO najlepszych.
  • linulina 13.11.13, 19:24

    > 1) Otóż na przykład bierze się pod uwagę liczbe publikacji. I najlepszą uczelni
    > ę w UK (np Cambridge) i najlepszą polską (np UW).

    Nieprawda, bierze się liczbę publikacji danego wydziału, a nie całej uczelni - w innym razie ranking byłby bezsensu (przynajmniej w rankingach,o których piszę)

    >
    > 2) Język - obecne rankingi opierają się na kadrze i jej osiągnięciach przede w
    > szystkim sprzed 2004 (możliwości akademickiej wymiany międzynarodowej na szersz
    > ą skalę), nie mówiąc o dominującej kadrze z czasów PRL, która w większości nie
    > znała języków obcych itp. Co nie znaczy, że merytorycznie była słabsza.

    Nie da się być naukowcem bez znajomości angielskiego - jak dowiedzieć się o postępach w swojej dziedzinie? Nie mówię tu o kierunkach takich jak fillologia polska czy historia? Nauka w dzisiejszych czasach polega na kolaboracji i wymienianiu informacji.
    >
    > A teraz dlaczego JA uważam, że uczelnie mamy nienajlepsze, bo wcale nie z powod
    > ów rankingowych:
    >
    > 1) nepotyzm na uczelniach, zatrudnianie pociotków na niższych pozycjach akademi
    > ckich

    Zgadzam się w całej rozciągłości - i w związku z tym nie liczy się inteligencja i wiedza, a znajomości (dlatego osiągnięcia mamy jakie mamy)
    >
    > 2) lekceważenie studentów - począwszy od administracji po sprawy akademickie

    Zgadzam się.
    >
    > 3) i ostatnia świeża sprawa - nie mamy ani jednego uniwersytetu, który by przyj
    > mował TYLKO najlepszych.

    Również prawda.
  • joa66 13.11.13, 19:30
    Nie da się być naukowcem bez znajomości angielskiego - jak dowiedzieć się o pos
    > tępach w swojej dziedzinie


    Czym innym jest znajomośc bierna. czym innym aktywna , na poziomie publikacji.

    Nieprawda, bierze się liczbę publikacji danego wydziału, a nie całej uczelni -
    > w innym razie ranking byłby bezsensu (przynajmniej w rankingach,o których piszę
    > )

    A o jakim piszesz?

    Ze względu na fakt, że teraz sa oceniane osiągnięcia, na które się pracuje od co najmniej 20 lat, trudno o wysoką pozycję PL. Gorsze jest to, że nie sytuacja może się nie poprawić ciągu najbliższych 20 lat jeżeli nie usunie się leśnych dziadków , albo nie ograniczy ich wpływów.
  • linulina 13.11.13, 19:50
    Proszę cię, nauka polega na badaniach i pisaniu publikacji - trzeba się dzielić ze środowiskiem swoimi odkryciamiwink Oczywiście, tylko wtedy kiedy się takowe posiada. Czyli, twierdzisz, że mamy super przełomowe odkrycia u nas w Pl, ale naukowcy ich nie opisują, bo mają bierną znajomosc jezyka angielskiego?
  • joa66 13.11.13, 19:56
    Nie, nie twierdzę, że tych odkryć jest nie wiadomo ile. Twierdzę, że jest ich więcej niż wskazują na to rankingi. Więcej - to nie znaczy mnóstwo. Dlaczego - też pisałam.
  • joa66 13.11.13, 22:34
    Jeszcze o rankingach, bo to ciekawy temat. Tym razem pomijam PL. Trochę znam zachodnie środowisko akademickie (nauki humanistyczne, społeczne) i znam ich opinie na temat rankingów. Otóż rankingowy wyścig szczurów doprowadził do tego, że prawie cały wysiłek jest wkładany w publikowanie a nie w nauczanie. Pamiętam jak mój znajomy ze "starej generacji" wypożyczył parę książek (i przejrzał, przeczytaŁ) tylko po to, żeby sprawiedliwie ocenić pracę swojego studenta. Niestety coraz rzadziej zdarzają się takie sytuacje, bo czasu dla studentów coraz mniej.
  • joa66 13.11.13, 18:42
    Zakładam, że porównujemy szkoły adekwatnie czyli dobre do dobrych itd.

    W polskich szkołach (dobrych) cały czas panuje kult inteligencji. Czy to dobre czy nie - temat na oddzielna dyskusję. Inteligencji stawia się określone wymagania, ma się związane z nią oczekiwania. Bez względu na kierunek ewentualnych studiów. Te wymaganie to między innymi pewna swoboda poruszania się w świecie szeroko rozumianej kultury, literatury itp. Luki dzieciaków ze wspomnianych wcześniej krajów były czasami żenujące ( i nie, nie mam na myśli tego, że nie wiedzieli kim był Kasprowicz) . Tak naprawdę porównywalny do mojego syna poziom miały tylko te dzieci, których rodzice zaangażowali się w edukację pozaszkolną. Czy ta wiedza jest niezbędna w życiu: Nie nie jest, ale jest diablo przyjemna i pozwala poznać wielu ciekawych ludzi i swobodnie z nimi rozmawiać. BTW na dobrą sprawę np łacina nie jest potrzebna, a jednak najbardziej elitarne szkoły na świecie wcale z niej nie rezygnują.

    Matematyka - broni się sama. W podobnych tematach wklejałam linki, nie chce mi się powtarzać.

    Wielką porażką jest natomiast nauczanie biologii. I jestem przekonana, że akurat w tym przypadku to jednak wina programu, a nie nauczycieli czy rodziców.

  • tinywee 13.11.13, 21:36
    Fajnie napisałaś z tym 'kultem'.

    Jako absolwentka liceum z czasów, kiedy matura nie tylko zobowiązywała do jakiejś wiedzy w zakresie zdawanych przedmiotów, ale też bezwzględnie do niebycia uogólnionym troglodytą - popieram.
  • joa66 13.11.13, 18:48
    jeszcze małe post scriptum do uczelni. Nie jestem na 100% pewna , bo to informacja z mediów: podobno nawet Noblista nie dostałby posady na uczelni państwowej w PL o ile nie przejdzie procedury nostryfikacji wszystkich swoich dyplomów. Przepisy zabraniają.
  • tinywee 13.11.13, 21:39

    To raczej nie jest prawda, po ostatniej nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym (m.in. rozszerzyła listę krajów z uczelniami niepotrzebującymi nostryfikacji).
  • joa66 13.11.13, 22:05
    Nie upieram się, poza tym czytałam to jakieś 2-3 lata temu smile
  • mamma_2012 13.11.13, 17:21
    Pewnie jeden z powodow to brak kasy, a nawet moze nie do końca brak kasy a jej zle lokowanie.
    Poza tym, spektakularne sukcesy osiągają np. Chińczycy, Japończycy, Rosjanie, Hindusi, a tam raczej własne zdanie i prawa jednostki sa mocno tepione, a liczy sie ciężka praca, pot i łzy.
    Amerykanie czy Brytyjczycy odnoszący sukcesy, to czesto absolwenci bardzo mało liberalnych placówek lub emigranci.
    Czyli sukces naukowy to w dużej mierze ciężka praca.

    A brak przygotowania do zawodu wynika nie tylko z organizacji studiów, ale także z tego jak praktykanci sa traktowani w firmach (czesto zostają wytrawnymi baristami i ekspertami od kserografu i szmaty), dostają kwitek i idą w swiat z niczym, a pracodawca całkiem słusznie dziwi sie, ze przychodzi taki ignorant, chociaż teczka wypchana dyplomami, zaswiadczeniami i referencjamisad
  • linulina 13.11.13, 17:37
    Pozwolę sobie częściowo się nie zgodzićwink Robiłam studia i doktorat poza naszą ojczyzną (kierunek ścisły, ale mający zastosowanie praktyczne w medycynie). W Pl to wykładowcy nie mieli pojęcia o czym mówią, zajęć praktycznych (w szpitalach) w zasadzie nie było. Wyszliśmy z uczelni jak stado baranów.
    Na uczelni zagranicznej spotkałam wielu naukowców, nawet noblistę (!) i żaden z nich nie skończył Eton ani innej snobistycznej szkoły. Nie da się porównać Chin czy też Korei z Europą (róznimy się kulturowo pod każdym względem). Nie mam wątpliwości, że przciętny młody Austalijczyk, Brytyjczyk czy też Amerykanin są bardziej przygotowani do studiowania (nie wkuwania) i życia zawodowego (mowię o tych, dla których edukacja jest ważna, bo są i tacy, którzy wybierają pracę fizyczną i nie potrzebują do tego mgr). Czy nie o to właśnie w szkolnictwie chodzi?
  • mamma_2012 13.11.13, 18:04
    Moze masz racje. Nie pisałam tego na podstawie badań, a jakiejs swojej subiektywnej oceny. Istnieje tez specyfika rożnych dziedzin, ta kserologia i szmatologia dotyczą raczej firm pracujących, powiedzmy bardziej biurowo. W laboratorium, szpitalu czy kilku innych miejscach jest troszkę inaczej, w mojej "działaczce" zreszta tez.
    Ja na swoich drugich studiach miałam wielu wykładowców, ktorzy uczyli za granica, czyli pewnie jakos inaczej patrzę.
    Zreszta, tak szczerze mówiąc, to dla mnie najwazniejsze jest jak beda przygotowane moje dzieci, a nie statystyczny Polaksmile
  • joa66 13.11.13, 18:29
    przciętny młody Austalijczyk, Brytyjczyk czy też Amerykanin są
    > bardziej przygotowani do studiowania (nie wkuwania)


    Zobacz statystyki studentów zagranicznych w Oxford i Polaków na tle innych:


    www.ox.ac.uk/about_the_university/facts_and_figures/student_numbers_at_a_glance/index.html#astudents_by_country
    Chyba, żeby założyć, że Oxford przyjmuje ludzi nie przygotowanych do studiowania

  • linulina 13.11.13, 19:28
    Ale to o niczym zupełnie nie świadczywink Nie wiemy jakie ci Polacy ukończyli szkoły i gdzie do nich uczęszczali. Wiemy tylko, że mają polskie obywatelstwo.
  • joa66 13.11.13, 19:32
    Wiemy - jest oddzielny podział na obywatwlstwo i na kraj, z którego pochodzą. BTW Polskie szkoły państwowe (Kopernik, Batory) z nauczycielami po polskich uczelniach lepiej przygotowują do matury IB niż "prawdziwa" szkoła brytyjska.
  • maksimum 14.11.13, 05:55
    joa66 napisała:

    > przciętny młody Austalijczyk, Brytyjczyk czy też Amerykanin są
    > > bardziej przygotowani do studiowania (nie wkuwania)

    >
    > Zobacz statystyki studentów zagranicznych w Oxford i Polaków na tle innych:
    >
    >
    > www.ox.ac.uk/about_the_university/facts_and_figures/student_numbers_at_a_glance/index.html#astudents_by_country
    > Chyba, żeby założyć, że Oxford przyjmuje ludzi nie przygotowanych do studiowania

    Nie bardzo wiesz o czym piszesz.
    Amerykanie zaczynaja studia w wieku 18 lat.Moj syn zaczal studia na NYU w wieku 17 lat.
    A duzo Polakow zaczyna Oxford duuuzo po 20-stce.
  • jotde3 14.11.13, 09:30
    maksimum napisał:
    > Amerykanie zaczynaja studia w wieku 18 lat.Moj syn zaczal studia na NYU w wieku
    > 17 lat.

    ale na pielęgniarstwie więc sie nie liczy wink
  • olena.s 13.11.13, 20:38
    Fakt, Fakt. Pamietam, jak w jakiejs 5 lat po studiach (najlepsza polska uczelnia, itp,) mialam okazje zetknac sie z panna, ktora konczyla analogiczny wydzial w USA, na bardzo dobrej, acz NIE Ivy League uczelni. w jej przypadku byly to kierunkowe studia roczne/dwuletnie, a nie, jak u mnie, piecioletnie. I ona byla o wiele lepiej przygotowana do wszechstronnego uprawnienia zawodu. Upraszczajac, byla powiedzmy na moim poziomie, osiagnietym po studiach plus 5 latach pracy. A z uwagi na roznice w edukacji, w dodatkowy byla o dwa lata mlodsza, niz kiedy ja studia konczylam. Bardzo frustrujace doswiadczenie.
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • maksimum 14.11.13, 06:04
    olena.s napisała:

    > Fakt, Fakt. Pamietam, jak w jakiejs 5 lat po studiach (najlepsza polska uczelni
    > a, itp,) mialam okazje zetknac sie z panna, ktora konczyla analogiczny wydzial
    > w USA, na bardzo dobrej, acz NIE Ivy League uczelni. w jej przypadku byly to ki
    > erunkowe studia roczne/dwuletnie, a nie, jak u mnie, piecioletnie. I ona byla o
    > wiele lepiej przygotowana do wszechstronnego uprawnienia zawodu.

    Poziom nauczania w USA jest ZDECYDOWANIE wyzszy niz w Polsce.
    Nie ma nawet co porownywac.
    Tu nawet wysmiewane uczelnie tzw Community Colleges maja jaki taki poziom i pewno wyzszy niz polowa polskich uczelni.
    Takie NYU jest o 2 klasy lepszy niz najlepsza polska uczelnia.


    > Upraszczajac, byla powiedzmy na moim poziomie, osiagnietym po studiach plus 5 latach pracy.
    > A z uwagi na roznice w edukacji, w dodatkowy byla o dwa lata mlodsza, niz kiedy
    > ja studia konczylam. Bardzo frustrujace doswiadczenie.

    Zgadza sie.
    Syn zaczal studia na NYU w wieku 17 lat a skonczy je przed ukonczeniem 21 roku zycia.
    Spozywac alkohol mozna w USA powyzej 21 roku zycia i to by dobilo polskich studentow.
    Na dobrych uczelniach w USA nie ma balangowania,bo po prostu nie ma na to czasu.
    A jak jeszcze syn zaangazowany jest w sport na uczelni i w soboty i niedziele ma treningi i mecze,to nawet nie ma jak na weekend wyjechac.
  • najma78 13.11.13, 19:17
    joa66 napisała:

    > Wiesz, z drugiej strony.. mając porównanie swojego dziecka po szkole polskiej n
    > iepublicznej i dzieci znajomych/rodziny (Irlandia, UK, Kanada) po szkołach rów
    > nież niepublicznych to ja milion razy wolę 'swoją" szkołę.

    Przede wszystkim nie masz zbyt dobrego porownania bo kilkoro dzieci znajomych to jednak zadne porownanie wink

    Bo poza uczeniem myślenia, dyskusji itp

    to uczenie myslenia, dyskusji to bardzo duzo, bo o to chodzi wlasnie chodzi i o to "itp" tez..

    , dała jednak ogólne wykształcenie na znacznie wyższym poziomie.

    A co to jest to ogolne wyksztalcenie? Obawiam sie ze to takie wszystko i nic, a wiekszosc nawet dorozwiazywania krzyzowek nie wykorzsta. Polska szkola nie uczy myslenia, dyskusji, rozwiazywania problemow, szukania rozwiazan, wiazania faktow, kreatywnosci itd bo zadne faktyczne reformy nie zostaly przeprowadzone i wciaz tkwi w porzednim systemie i nikomu nie zalezy. Ty za to twierdzisz ze daje swietne wyksztalcenie ogolne, ja pytam jakie? Pytam tez jak to robi gdy wiekszosc nauczycieki musi leciec z programem a i tak nie ma szans aby "przerobic" wszystkie podreczniki i cwiczenia, dodatkowo szkoly sa przepelnione, nauka na dwie zmiany, braki sprzetu itp.
    W innych krajach tez nie jest tylko kolorowo i pracuje sie nad usprawnieniem tego co nie dziala jak powinno ale roznica jest zasadnicza - zmiany sa wprowadzane w zycie. W pl robi sie cos po lebkach no i to co tu sie zmienia w pl nawet nie zostalo osiagniete.
  • joa66 13.11.13, 19:24
    najma - czytaj uważnie.
  • najma78 13.11.13, 19:30
    joa66 napisała:

    > najma - czytaj uważnie.

    Ja z czytaniem problemow nie mam, ty z argumentacja w obronie tego niezwyklego wyksztalcenia ogolnego jaki daje polska szkola owszem - jak widze smile
  • joa66 13.11.13, 19:35
    najma - nie chce mi się z Toba uprawiać pyskówki. Pisałam WYRAŹNIE - porównywałam szkoły dobre, a nie przepełnione klasy 32 osobowe ze sklerotyczną nauczycielką.

    eot
  • najma78 13.11.13, 19:39
    joa66 napisała:

    > najma - nie chce mi się z Toba uprawiać pyskówki. Pisałam WYRAŹNIE - porównywał
    > am szkoły dobre, a nie przepełnione klasy 32 osobowe ze sklerotyczną nauczyciel
    > ką.

    Porownywalas szkoly dobre na podstawie kilkorga dzieci znajomych i ilu wlasnych?
  • joa66 13.11.13, 19:44
    Kilkudziesięciu polskich i kilkudzisięciu niepolskich.

    Przepraszam, za sama mam tylko jedno dziecko. A Ty?
  • najma78 13.11.13, 19:52
    joa66 napisała:

    > Kilkudziesięciu polskich i kilkudzisięciu niepolskich.
    big_grin
    Jakas ty przewidywalna. Spodziewalam sie ze beda to dziesiatki big_grin

    > Przepraszam, za sama mam tylko jedno dziecko. A Ty?

    Ja nie prowadze badan porownawczych poziomu wyksztalcenia w najlepszych szkolach na swiecie w przeciwienstwie do ciebie wink
    Ja podobnie nam inni wspoldyskutanci, oprocz ciebie, dziele sie swoimi spostrzezeniami.
  • joa66 13.11.13, 19:54
    Oczywiście moje to nie są spostrzeżeniabig_grin

  • najma78 13.11.13, 20:00
    joa66 napisała:

    > Oczywiście moje to nie są spostrzeżeniabig_grin

    Ty wiesz lepiej, jak zawsze wink
  • joa66 13.11.13, 22:03
    najma - czy Ty masz obsesję na moim punkcie?
  • najma78 13.11.13, 22:27
    joa66 napisała:

    > najma - czy Ty masz obsesję na moim punkcie?

    Moja droga, rzadko z toba dyskutuje wiec nie wiem skad taki wniosek? Ty zdaje sie masz chyba problem z wyciaganiem pdawidlowych konkluzji? Nie jestes jedyna, ktorej posty komentuje wink
    big_grin
  • mamma_2012 13.11.13, 17:29
    Ej tam, ej tam, nie jest tak zle.
    Sa szkoły społeczne/prywatne/pozarejonowe, a i w rejonowych zwykle jest kilka klas i wsród nich ta najlepiej prowadzona.
    Ja napisałam na podstawie swoich doświadczeń zawodowych, ale prywatnie w zasadzie nie znam praktycznie nikogo, kto by nie był zadowolony z podstawówki swoich dzieci, czyli każdy odnalazł miejsce, z którego jest zadowolony.
    To, ze system działa zle, nie dyskwalifikuje wszystkich i wszystkiego.
    A pewność siebie, otwarty umysł i kreatywnośc to cechy, ktore rozwija sie nie tylko w szkole (super jesli szkola to promuje), natomiast i tak rola nas, rodzicow, jest nie do przecenienia.
  • anetchen2306 13.11.13, 17:37
    Wydaje mi sie, ze szkoly sa rozne i rozniaste. Mam za soba ponad 13-letnie doswiadczenie w pracy w szkolnictwie: prawie 8 lat w Polsce (podstawowka oraz gimnazjum) i mija wlasnie juz ponad 5 lat, od kiedy pracuje w szkolnictwie niemieckim.
    W Polsce pracowalam (jestem jezykowcem) w malej wiejskiej szkolce. Ale w tej szkolce wiele sie dzialo. W ciagu calego polrocza w szkole niemieckiej nie ma tylu ciekawych zajec, spotkan, imprez co w mojej owczesnej polskiej szkole w ciagu zaledwie jednego miesiaca.
    Co mnie zaskoczylo w szkole niemieckiej? Co bylo inne?
    Pierwsza rzecza byl ... regulamin szkolny i to, ile uprawnien ma nauczyciel, jaka swobode dzialania ma nauczyciel, swobode dobierania tematow, srodkow dydaktycznych, metod ... Dla mnie bylo to jak uczenie sie od nowa. Przede wszystkim ta swoboda w doborze, uzgadnianie wszystkiego z kolegami uczacymi w danym poziomie klasowym (te same materialy, te same zadania domowe, te same sprawdziany ...), w Pl nie bylo takiej wspolpracy. Tzn. wspolpraca "zespolow" byla, ale tylko i w wiekszosci na papierze sad
    Drugim klujacym w oczy spostrzezeniem byla bardzo daleko zaawansowana indywidualizacja nauczania, takze pod katem sprawdzania wynikow nauczania: zdolnie uczniowie pisali i pisza testy i sprawdziany o wyzszym poziomie trudnosci, ktore sa tez roznie oceniane.
    Byl tutaj Jakis czas temu watek poruszajacy takie wlasnie rozwiazania, z mysla o uczniach zdolnych. Niestety spotkal sie tutaj w wiekszosci z oburzeniem, ze jak tak mozna, ze to "nieuczciwe", ze jak wszyscy, to wszyscy, kto decyduje o tym, kto jaka wersje sprawdzianu pisze itd. ... sad
    Wiec z jednej strony chcemy zmian, chcemy nowej jakosci a z drugiej strony bronimy sie rekami i nogami przed nimi, bo tak "bylo i bylo dobrze".
    Nastepnym milym zaskoczeniem bylo stwierdzenie faktu, ile czasu nauczyciel poswieca na kontakty z rodzcami: wystarczy nieodrobione zadanie domowe i nalezy spodziewac sie telefonu. Mala "rozroba" na przerwie: natychmiast telefon do rodzicow (jezeli zachowanie bylo karygodne to nawet wezwanie rodzica do natychmiastowego odebrania dziecka ze szkoly!). Wszystko zgodne z regulaminem szkoly i ustawa o oswiacie danego landu. Nauczyciel poswieca tutaj baaardzo duzo czasu na rozmowy z rodzicami/opiekunami. Telefonowanie w przerwe do rodzicow jest normalnoscia. Sprawy zalatwia sie na biezaco, na swiezo, nie po tygodniu ... Za notoryczne niesubordynacje ucznia mozna na kilka dni zawiesic w prawach ucznia i to sie stosuje! I stosuje sie to czesto!
    Do szkoly Ida dzieci PO ukonczeniu 6 roku zycia, w pierwszych dwoch klasach sa oceny opisowe, od klasy trzeciej ocena cyfrowa plus ocena opisowa. Dzieci najczesciej Maja "plan tygodniowy" do wykonania wg swoich umiejetnosci i mozliwosci: nie wszyscy musza wszystko wykonac. Ocene/zaliczenie dostaje sie z tego, co zdolalo sie wykonac (na lekcji, planu nie mozna zabierac do domu). Dzieciaki nie maja praktycznie zadnych lektur (lub jedna, najwyzej dwie na rok), a mimo to dosc fajnie potrafia sie wyslawiac i pisac. Na opanowanie alfabetu (oraz pisownie pismem uproszczonym drukowanym), nauki czytania dzieci maja ... 1,5 roku.
    Moj syn chodzil do niemieckiej podstawowki, teraz jest w Gymnasium (odpowiednik 2 klasy polskiego Gymnasium, choc programowo bardziej przypominajace liceum). O ile podstawowky byla typowo "zabawowa", o tyle Gymnasium nastawione jest na konkretny wynik, na nauke.
    Dzieciaki sa baaardzo rzadko oceniane: liczbe prac klasowych, kartkowek z gory okresla regulamin szkoly/landu, nauczyciel nie ma prawa zrobic ani jednej "niespodzianki" wiecej. Nie ma odpytywania. Jest ogolna ocena (raz na kwartal) za "udzielanie sie podczas zajec".
    Prac klasowych na ogol sa dwie z kazdego przedmiotu, w kazdym semestrze. Nie ma poprawiania ocen, "zdawania" na lepsza ocene ...
    No nie wiem, czy taki system by sie nam, przyzwyczajonym do "polskich" warunkow, spodobal ...
  • mamma_2012 13.11.13, 17:50
    No i to by była rewolucja, a nie reforma. Chociaż i tak podejrzewam, ze i w Niemczech opisany system ma przeciwników, bo wszystkim nie da sie dogodzicwink
    Wlasnie jeden z problemów o ktorych nie napisałam, to praktyczne odebranie praw nauczycielowi.

  • anetchen2306 13.11.13, 18:15
    Oczywiscie, ze ma wielu przeciwnikow, ja tez niejako do nich naleze, bo tez nie przyjmuje wszystkiego bezkrytycznie. W niemieckiej szkole brakowalo i brakuje mi przede wszystkim tej calej "otoczki", ktora jest tak popularna w polskiej szkole: wyjscia na basen, do kina, wyjazdy do teatru. W De to naprawde rzadkosc! Rzadkoscia sa wspolne imprezy dla calej szkoly. Jezeli cos sie swietuje, to w ramach klasy. Nie ma raczej czegos takiego jak "spolecznosc szkolna", jest ona w zasadzie na poziomie klasowym. Niemieccy rodzice zazwyczaj chca, by wymagac od ich dzieci raczej mniej (mniej stresu), niz wiecej ... Brakowalo mi tez w poczatkowych klasach u mojego syna zajec manualnych: praktycznie przez caly rok szkolny malowali farbami sad Gdy widzialam, ile prac przynosil wczesniej z przedszkola (bo chodzil do niego jeszcze w Polsce), to sie zalamywalam sad Ale tez praktycznie caly okres szkoly podstawowej (4 lata u nas) byl bezstresowy. stres zaczal sie od klasy piatej, bo dzieciaki przyzwyczajone wlasnie do systemu "zabawowego" ciezko odnajdowaly sie w nowym systemie (gdzie nikt juz o niczym nie przypomninal, nie chodzil za uczniami, nie pisal im "liscikow" w zeszytach zadan domowych). Przeskok systemowy byl w naszym przypadku baaardzo znaczny, choc syn byl zawsze bardzo samodzielny i praktycznie nigdy, jako rodzic nie musialam kontrolowac, czy mial np. odrobione prace domowe.
    Fakt, nauczyciel ma w De znacznie wiecej uprawnien.
  • najma78 13.11.13, 18:31
    anetchen2306 napisała:

    > Rzadkoscia sa wspolne imprezy dla calej szkoly. Jezeli cos sie swietuje, to w r
    > amach klasy. Nie ma raczej czegos takiego jak "spolecznosc szkolna", jest ona w
    > zasadzie na poziomie klasowym


    To u nas wrecz odwrotnie. Akurat kladzie sie duzy nacisk na spolecznosc szkolna jako caloscwspolnote, integracje. Np w secondary schools w moim miescie pierwsza kikudniowa wycieczka jest zaraz w pierwszych dniach szkoly, a potem kontunuuja.
    Wiesz moze z czego to wynika?

    . Brakowalo mi tez w poczatkowych klasach u mojego syna zajec manualnych: praktycznie przez caly rok szkolny malowali farbami

    Moze tylko w szkole twojego syna?
  • anetchen2306 13.11.13, 20:34
    Z czego to wynika?
    A moze z tego, ze szkole postrzega sie tutaj jako miejsce do zdobywania wiedzy, niekoniecznie jako instytucja zapewniajaca rozrywke i "ukulturnianie" wink Od tego sa rodzice. Todo zadan rodzicow jest chodzenie do kina, na basen, na teatrzyki itd. ... Owszem, czasem Cale klasy wedruja do kina, przewaznie w tygodniu "szkolne Kino", gdzie repertuar jest dostosowany np. do danej lektury.
    Wycieczki i spotkania tzw. integracyjne sa tylko i wylacznie na poczatku jakiegos poziomu ksztalcenia: i to w klasach starszych. Np w 5 klasie (czyli po przejsciu do nstepnego popodstawowce etapu) dzieciaki wyjezdzaja z wychowawca na jakies 2-3 dni. W srodku roku szkolnego jest przewaznie 1-2 dni "wedrowkowe", gdzie klasa wraz z wychowawca ustala sobie jakas trase na wedrowke albo wyjezdzaja gdzies dalej, w region.
    Po przejsciu do klasy 7 znowu byl wyjazd "usamodzielniajacy", tzw. zielona szkola, 700 km od miejsca zamieszkania, na 10 dni (obowiazkowy wyjazd!! jak sie ktos tlumaczy, ze nie ma pieniedzy, to musi przedstawic zeznanie podatkowe, oswiadczenia o zarobkach itd ... nie ma zmiluj, ze ktos nie jedzie, bo "mu sie nie chce", bo "mama nie kaze" ...).
    Z tymi zajeciami manualnymi to ogolnie niezbyt ciekawie jest: zarowno w przedszkolu (obecnie moja mlodsza corka jest na tym etapie, ostatni rok przedszkola), jak i w podstawowce. W pozniejszych latach tez nie lepiej ... sad
    Mialam przez 2 lata zajecia z prac manualnych w postawowce: koledzy dziwili sie, jak pokazywalam im projekty, ze chce zrobic z uczniami to i owo ... byli swiecie przekonani, ze nie poradza sobie z tym (np. wycinaniem!), ze to za trudne, zbyt pracochlonne, zbyt duzo czasu trzeba temu poswiecic ... Zszokowani byli, jak pokazywalam im prace 4-5 latkow z polskich przedszkoli i CO sie robi i z jakich materialow.
  • najma78 13.11.13, 20:51
    anetchen2306 napisała:

    > Z czego to wynika?
    > A moze z tego, ze szkole postrzega sie tutaj jako miejsce do zdobywania wiedzy,
    > niekoniecznie jako instytucja zapewniajaca rozrywke i "ukulturnianie" wink Od t
    > ego sa rodzice. Todo zadan rodzicow jest chodzenie do kina, na basen, na teatrz
    > yki...

    Z takim podejsciem sie zgadzam. A tych wyjsc, wspolnych wyjazdow nie jest tak malo, wlasciwie w sam raz.
    Co do prac manulanych, plastycznych to u nas jest tego ogrom i roznorodnosc poczawszy od przedszkola.
  • olga727 13.11.13, 18:43
    Czy dobrze pamiętam,że mieszkasz w NRW ? Mogłabyś napisać w którym mieście ? smile
  • olga727 13.11.13, 19:35
    olga727 napisała:

    > Czy dobrze pamiętam,że mieszkasz w NRW ? Mogłabyś napisać w którym mieście ? :
    > )
    Bo zastanawia mnie jedna rzecz: czego niemiecki pierwszak może spodziewać się od władz landu:darmowych podręczników ( tak słyszałam wink ) i czy pierwszaki maja u was wolne od zadań domowych przez pierwsze półrocze pierwszej klasy ?
  • anetchen2306 13.11.13, 20:51
    Nie, ja akurat jestem z Pfalz wink
    Wszystko zalezy od regulacji danego landu, bo oswiata w kwestiach administracyjnych danego landu lezy.
    Darmowych podrecznikow raczej bym sie nie spodziewala ...
    Wszystko zalezy od zarobkow w obrebie rodziny.
    Wiekszosc landow odchodzi od darmowych podrecznikow dla osob ponizej progu dochodowego na rzecz bezplatnego wypozyczenia lub wypozyczenia z niewielka oplata podrecznikow na caly dany rok szkolny (podreczniki sa kodowane, pod koniec roku szkolnego w nienagannym stanie trzeba je oddac).
    Osoby z najnizszymi dochodami, a przecietnie ponizej progu dochodowego (trzeba wszystko udokumentowac) otrzymuja wowczas wypozyczone ksiazki bez oplaty. Pozostali moga wypozyczyc za oplata. Zeszyty cwiczen (do wypelniania) przewaznie rodzice musza kupic sami lub tez zlozyc wniosek (z oswiadczeniem dochodowo-majatkowym) o zwrot kosztow ich zakupu.
    Koszty wyprawki (zeszyty, przybory szkolne, tornister, buty sportowe ...) takze ponosza rodzice, nie ma dofinansowan.
    Jezeli nie przekracza sie ustalonego w danym landzie progu dochodowego, wowczas AA pokrywa koszty wycieczek klasowych (ale tylko tych obowiazkowych), trzeba tez skladac odpowiedni wniosek.
    Pobyt w Ganztagsschule (forma "swietlicy", popoludniowej opieki nad dzieckiem) jest bezplatny, rodzice placa tylko za cieply posilek (cena tez uzalezniona od dochodow: ci z malym progiem placa 1€ za posilek, reszta od 2-3€, nie ma calkowitego zwolnienia z oplat!).
    Jezeli dziecko jest zapisane do Ganztagsschule to obecnosc jego jest tam obowiazkowa. Nie ma tak, ze jednego dnia dziecko zostaje na zajeciach popoludniowych, nastepnego woli isc do domu ... Taka "godzinna" forma opieki takze w szkolach istnieje (tzw. Betreuung), ale za taka forme trzeba juz zaplacic z wlasnej kieszeni (nie ma dofinansowan), przewaznie od 5-10€ miesiecznie, ale to tylko opieka, bez prawa do posilku.
    Od 3 klasy sa obowiazkowe zajecia w ramach wybranego kola zainteresowan: bez oceny, ale trzeba w nich uczestniczyc,w ramach zajec lekcyjnych.
    Pierwszaki od pierwszego dnia nauki maja u nas zadania domowe. Ale to tez lezy w kwestiach szkoly lub ... nawet samego nauczyciela. W "mojej" szkole nie ma np. zadan domowych w poniedzialki ... Bo zadaje sie je w piatek (wiecej) i uczniowie maja czas do wtorku, by sie z nimi wyrobic big_grin Musza sobie sami podzielic zadania i czas na ich wykonanie. Wiec o system prac domowych trzeba dowiadywac sie w danej szkole i u danego nauczyciela, bo jak wczesniej pisalam, nauczyciel tutaj jest jednostka wysoce samodzielna wink
  • najma78 13.11.13, 18:21
    Widze anetchen ze system edukacji w twoim landzie jest bardzo podobny do systemu edukacji w Anglii smile ja pracuje w tut edukacji juz 4-ty rok, najpierw w szkole podstawowej (my mamy mlodsze dzieci- 4-latki plus 3-latki w oddzialach przedszkolnych w szkolach, a wplanach sa 2-latki) a obecnie pracuje w secondary school plus 6th form collage czyli wiek students 11-16 i 16-18. Roznice w porownaniu do polskiego systemu edukacji sa ogromne, wlasciwie na kazdym poziomie edukacji to inny system. Z ciekawosci pytam znajomych uczniow Polakow w roznym wieku ktorzy mieli doswoadczenie z polskim systemem o wrazenia, odczucia i najczesciej odpowiadaja ze zdechdowanie wola szkoly tejsze a na pytanie dlaczego, czesta odpowiedzia jest bo nauczyciele dbaja, bo im zalezy, bo sie interesuja postepami, bo pomagaja.
  • abiela 13.11.13, 22:08
    anetchen2306 napisała:


    > Do szkoly Ida dzieci PO ukonczeniu 6 roku zycia,

    Anettchen w Twoim landzie tak, w Berlinie w roku kończenia 6 lat, czyli idą też pięciolatki.
  • linulina 13.11.13, 23:14
    A gdybyście miały wprowadzić jedną zmianę w polskim systemie edukacji, co byście zrobiły?

    Po przemyśleniach po lekturze tego wątku - wymieniłabym tych nauczycieli, którzy się do swojej pracy nie nadają. Wydaje mi się, że nawet problemy o jakich tu piszemy mogłyby zostać znacznie zniwelowane przy zaangazowaniu entuzajstycznego pedagoga.
  • joa66 13.11.13, 23:16
    Zlikwidowalabym Karte Nauczyciela.
  • di_kormia 14.11.13, 00:02
    barzdo ciekawy temat. mam do sprawy edukacji podejscie takie jak autorka- ale, niestety, uważam ja za niewypal, od przedszkola, ktore jest pierwszym etapem pozoranctwa do uczelni- ktora znam od podszewki i z wielim a to wielkim żalem napiszę- nie, polskie uczelnie nie są dobre sad i pisze to z perspektywy wykładowcy na najlepszej uczelni, na najbardziej prestiżowych kierunkach.
    ale po kolei.
    1. najwiekszym problemem edukacji jest pozoranctwo, ktore uprawiaja, z błogosławieństwem władz, i dyrekcji i kogo tam jeszcze nauczcyiele. tzn- programy nie są złe, zgadzam się, ze poza ogólnei rzecz ujmująć sciences i niestety, matematyki. czyli, jak dl amnie- królowych nauk sad
    skąd się to bierze- cóż, to wina nauczycieli, niestety. i pochodne dwóch spraw: mentalności i niedouczenia. od razu napiszę, ze jest bardzo, a to bardzo wielu doskonałych nauczuycieli, znam ich osobiście, ktorzy sa kreatywni i pozytywni, i staraja sie uczyc dobrze wbrew kłodom rzucanym im pod nogi przez innych nauczycieli, rodziców i przełozonych.
    niestety, nauczyciele sa jako grupa zawodowa leniwi (rozpuszczeni przez karte, zwiazki), roszczeniowi i po prostu niedouczeni. i nie wiem jak to napisać- ale bardzo a to bardzo negatywni. ich praca nie jest dla nich fascynujaca, robią tak, zeby sie nie narobic, spychają notorycznie pracę na rodziców. i dzieci. jak jas sie zle zachowuje- to nei uwazają, że to ICH porazka (brak umiejetności wprowadzania pozytywnej dyscypliny, zainteresowania- po rpsotu brak metod). a tak wlasnie jest! to ich porazka (choc wiem, że czasami jest wiele zmiennych), to ich brozka, to ich PRACA. a oni chcieliby w zasadzie pracowac tak jak to było w latach przedwojennych i powojennych- podyktować/wyegzekwować. niesety, to nie działa.
    nauczyciele są bardzo nieelastyczni, negatywni, sa ignorantami, nie wierzą w pewne osiągnięcia nauki/pedagokigi, bo im tak wygodnie. jest takie prawo, że nauczyciel, jezeli nie został inaczej nauczony, bedzie dzieci uczył tak, jak jego uczono- i koło sie zamyka.
    poza tym, sa po prostu negatywni, odbebniaja swoja prace, sa zamknieci na dzieci i ich problemy. do dzis nei są rozliczani z tego CZY NAUCZYLI JASIA, ALE Z TEGO CZY JAS UMIE- dlatego fora sa pełne matek nauczajacych dzieci w domu, a korepetycje kwitna.
    znamienne jest to, ile jest krzyku w polskiej szkole- zarówno od strony nauczycieli, jak i dzieci- to jest jedyny sposob a jaki oni próbują egzekwować swoje polecenia. a dlaczego- bo iczaczej nie umieja.....
    jezeli chodzi o edukacje nauczycieli- wiele zostało powiedziane. selekcja negatywna, ci, ktorzy studiują kierunki nauczycielskie sa zupełnie niezaintersowani tym, czego sie ucza. na studiach pedagogicznych cały czas wielu wykladowcow korzysta z materiałów z uwaga- lat 70 i 80! a od tego czasu juz tyle wiemy, iedzy innymi o budowie mózgu, o uczeniu. porażka sad
    inna sprawa to rodzice w szkole- z rosczeniami, wymaganiami i kompletnym niezrozumieniem tego, co bardziej nowoczesni nauczyciel staraja sie robic. dotyczy to nawet nauczania jez. obcych- pomysly rodziców, czesto nawet nie mowiacych obcym jezykiem, sa w kalsie mojej córki leasto to say- kuriozalne.
    nauczyciele, poneiważ im sie nie chce, ponieważ wymagałoby to odejscia od konspektu, ktory przygotowali 8 lat temu i troche hałasu w klasie nie stosuja w zasadzie żadnych metod aktywizujących. no to mamy znudzone dzieciaki...
    osobiscie staram sie przepchnac dzieic przez syste edukacji jak naszybciej, jak najbardziej bezboleśnie- po prostu wiem, że nie tam, w szkole odbywa sie nauka, ktora ma dla nich znaczenie sad ale jednocześnie staram się rozwijac dzieci jak najbardziej dzieci pozalekcyjnie, rowniez przez zapewnianie im aktywizacji- i na ten moment moje dzieci nie odbieaja w umiejetnościach od swoich kolegów i rodziny z zagranicy. ale, przy ich doskonałej szkole i doskonałych wynikach, i naszych dodatkowych staraniach- nie, nie są lepsi. może maja troche wiecej wiedzy na teaty bardzo ogólne- ale to jest wiedz, ktora ucieka w dalszych latach, do wyguglania w 60 sekund, i wcale, a to wcale nie robi wielkiego wrazenia na salonach, naprawde.

    osobiscie uwazam, że nauczycieli wszystkich jak leci w ramach jakiejs ogólnopolkiej akcji należy zwolnić, zatrudnic na smieciówki na rok, a pote zatrudnic tylko tych, ktorzy przez rok cos osiagneli- zaintersowali nauczyli przeprowadzili fajne projekty. wtedy by było lepiej.
  • joa66 14.11.13, 00:06
    . najwiekszym problemem edukacji jest pozoranctwo,

    Niestety najbardziej na uczelniach wyższych. Tak jak pisałam, nie ma uczelni, która przyjmuje tylko najlepszych. Przyjmuje się prawie jak leci, bo za studentem idą pieniądze, a za nimi etaty na uczelni. A potem uczelnie się dziwią, że studenci "niedouczeni" - a niby jak mają być douczeni skoro przyjmują każdego? I to jest właśnie pozoranctwo czystej wody.
  • di_kormia 14.11.13, 00:18
    z przykrościa przyznaję, że pozoranctwo istnieje na studiach wyższych.
    ale istnieje na KAŻDYM etapie edukacji, an każdej lekcji, w przedszkolu też- w nim bardzo, a to bardzo dużo.
    przykład od mojego syna, z tego co wiem w kazdej szkole to tak wygladało: zrób zielnik w domu (nic o drzewach na zajeciach, ma to byc praca grupowa, najczesciej robia rodzice, ma to byc projekt- a jest kretynskie zadanie) wiele, wiele takich jest.
    powinn byc:
    omówienie drzew
    obejrzenie obrazków
    wyjście do parku
    zbieranie listków
    praca w grupach pry indetyfikacji i opisie- praca ze źródłami
    wspólne grupowe zaprojektowanie i wykonaie/
    rozumiesz?
  • joa66 14.11.13, 00:23
    I tak było. W przedszkolu (państwowym) i szkole (niepaństwowej) mojego dziecka. Przyznam się bez bicia, że wybierałam starannie.

    P.S. Idę spać big_grin
  • di_kormia 14.11.13, 09:18
    joa, wybrałam prawdopodobnie jedną z NAJlepszych szkół w mieście. starannie wybrana. i jestem w kontakcie z wieloma wieloma osobami, ktore maja dzieci w wieku ok. moich w wielu szkołach- i wygłada to tak samo!
    pozzoranctwo- nauczyciel odhacza "projekt- wykonany".
    piszesz o jakiejś mitycznej placowce- cóż, nie wiedze ani mozliwości, ni potrzeby wysyłania do niej. rozmowa jest ogólna. przestan juz reagowac jak obrazona promadonna- "bo w moje szkole to było". rozmowa ma tory ogólne, i uwierz, bo moze nie wiesz- w przecietnej i bardzo dobrej szkole tego niema!
    i nie, uwazam, jak Olena napisała, że bez omółków mozna zyc, podobnie jak bez pozycji literackich przytoczonych przez Ciebie. i kultura to wazna rzecz (cóż, jedna z tych rzeczy, która musze, nadrabiac z dziecmi- na szczescie to uwielbiamy!), ale duxzo bardziej ważny jest nawyk critical thinking czy np umiejetnosci weryfikacji żródeł- oj, to bardzo kuleje.
    ważne, żeby dziecko nie traciło zainteresowanai swiatem, zeby zostalo ono wzmocnione, nawwyk uczenia sie przez całe zycie zaszczepiony i przekazane narzedzia- moi studenci ani nie maja narzedzi, ani wiedzy, ani ochoty, żeby zglebiac wiedze przez całe zycie. efektem calej ich edukacji (powtrzam, prestiż uczelni, najlepsze kierunki etc) jest absolutne lenistwo intelektualne, zniechecenie, brak motywacji etc.
    zejdz z tej swojej szkoly, prosimy.
  • joa66 14.11.13, 09:44
    dikormia, napisz gdzie Ty się uczyłaś krytycznego myślenia , analizy...
  • di_kormia 14.11.13, 09:49
    jestem samoukiem smile
    pochodze też z rodziny tzw "intelygenckiej"- i to bardzo. dużo tego w domu było.
    w szkole- nie było NIC!
    i dalej nie ma.
  • joa66 14.11.13, 10:08
    dikormia, a kto dał Ci narzędzia do 'samonauki" ? wink

    Jednym z największych grzechów polskiej szkoły jest negatywna motywacja i efekty tego widać w wielu wpisach w tym (i nie tylko tym) wątku. Cokolwiek "mam" jest słabe, niedobre, mogłoby być lepsze, bo Kowalski "ma lepsze". Jak widać wlecze się to za ludźmi latami.
  • di_kormia 14.11.13, 10:33
    joa- narzedzia dał mi DOM.
    szkoła nie dała mi NIC w tym wzgledzie. nauczyla mnie komformizmu, pozoranctwa nauki, oduczyła mnie wyrażac swoje- krytyczne zdanie.
    na szczescie DOM pozwlal mi na to, dawał mi podwaliny i mozliwosc rozwoju.
    serio serio serio
    a czego uczy dzisiejsza szkola? tego samego, co moje kiedys....
    na szczescie moje dzieci maja DOM, gdzie są kultywowane pewne aspekty.
  • olena.s 14.11.13, 09:46
    Mam wrazenie, ze to jest kwestia priorytetow. Moim skromnym zdaniem dziecko nauczone satysfakcji czytelniczej moze zajsc w literature dowolnie wysoko, ale dziecko nienauczone tej frajdy nawet zmuszone przez szkole do dziel wybitnych, odlozy je po maturze w niebyt I zwyczajnie przestanie czytac (co w zasadzie juz sie stalo, jezeli wierzyc badaniom Biblioteki Narodowej). Dziecko wdrozone do rozumowania doswiadczalno-naukowego moze sie zafascynowac nawet omulkami, ale dziecko zakatowane omulkami I inna pamieciowka, bedzie mialo mniejsze szanse na wdrozone sie do analizy I krytycznego myslenia. A w koncu clou calej zabawy polega na tym, ze rozumowanie krytyczne przydaje sie kazdemu, podczas gdy omulki stanowic beda esencje zycia wylacznie dla niektorych biologow morskich, rybakow i restauratorow.
    Dlatego dla mnie priorytetem nie moze byc Ezop i Andersen, ani szostka za spamietanie wszystkich gatunkow mytilidae.
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • di_kormia 14.11.13, 09:56
    Olena- zgadzam sie w zupęłności.
    I czesto wydaje mi sie, ze to nastawienie na tą wiedze ogólną i kulture jest nastepnym etapem pozoranctwa.... nic nei umie zrobic, ale znam kilka cytatow kulturalnego człowieka.... nie wazne, że nie przeczytałem NIC poza tymi cytatami, czesto przecztałem kilka brykow- ale ogłade mam. pozorną...
    hipokryzja hipokryzja hipokryzja. cała nasza edukacja. z przyklaskiem niektorych rodziców, jak widac.
    dziecko, ktore jest zmuszane do czytania ambitnej literatury bez umiejetnosci czytania, bez wprawy vzytelniczej (czyli jak w Polsce!) ani tej literatury nei zrozumie, ani nie zacheci to ich do czytania.
    z drugiej strony-0 dziecko, ktore jest przyzwyczajone do czytania, tzn po prostu czyta i umei czytac i lubi czytac- wejdzie w te ambitna literature jak w maslo- co nie znczy, ze wszystko polubie. tak maja moje dzieci- lektury sa czytane, oceniane krytycznie, a jakże. ale CZYTAJA, i to dużo.


  • olena.s 14.11.13, 10:05
    Albo myslenie magiczne moze? Ezop przeczytany w dziecinstwie otworzy przed toba magiczne drzwi rozwoju intelktualnego, a odpuszczenie klasyki i zastapienie jej dowolnym gie, ale wybranym przez zaciekawione dziecko - cholera, niech to bedzie nawet komiks o siostrzencach Kaczora Donalda - skaze je na zawodowke i ciemnote po wiek wiekow?

    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • menodo 14.11.13, 10:01
    Stad trzymanie pazura
    > mi kanonow, stad zadania przywrocenia 'pelnego programu nauki historii', stad g
    > lowienie sie - kwadratura kola, IMHO - jak pogodzic ogien z woda, czyli upchn
    > ac cale gimnazjum klasyczne, oraz informatyke, umiejetnosci pisania cv, 4 godzi
    > ny wf, Pana Tadeusza, analize ofert banku, wychowanie techniczne, olimpiady prz
    > edmiotowe, szkole manier, wiedze o spoleczenstwie, Ezopa, edukacje prozdrowotna
    > , wychowanie seksualne, kwasy karboksylowe, jak dodac do tego edukacje prawna,
    > a jednoczesnie nie trzymac dzieci w szkole do trzydziestki."


    No bez przesady. Ja bym nie przeceniała roli szkoły - w sensie programów szkolnych - w szeroko rozumianej edukacji dzieci.
    Akurat moje dzieci nauczyły się wielu z rzeczy, o których piszesz - pomijając rolę domu - przy okazji różnych działań pozalekcyjnych, w czasie uczniowskich wymian międzynarodowych, szkolnych wycieczek zagranicznych (z tych najsensowniejszych- np. do Cern, do Brukseli, na Węgry - na międzynarodowy obóz językowy wygrany w międzyszkonym konkursie, na Ukrainę), przy realizacji projektów Comenius; w przypadku córki - przy organizowaniu festiwalu teatralnego (zobacz w necie czacki-festiwal). Nie mówiąc już o tym, że dobre szkoły to wcale nie te, które podają wszystko na tacy, nie te, które "nauczają", al takie - które pomagają uczyć się, inspiruja, rozbudzają zainteresowania; moje dzieci są w istocie samoukami, co bardzo im się przydaje na studiach.

  • abiela 14.11.13, 10:08
    Najbliższe są mi przekonania oleny - ale musiałam przejść spora ewolucję, by także do nich dotrzeć. Nie ukrywam, że w szkole, pewnie dzięki dobrej pamięci, miałam tę zakutą wiedzę na dość wysokim poziomie i nadal sporo pamiętam (aczkolwiek często na zasadzie, że gdzieś coś dzwoni) ale nie jest mi ona do niczego przydatna.

    Joa - szukałam tych list lektur i przypadkowo trafiłam na opis angielskiego curriculum i zagłębiłam się przy reading dla klasy 3 (dzieci 7/8 lat), gdzie jak byk stoi, że najważniejszym celem nauczania jest wyorbienie w dzieciach nawyku czytania, nauczenie ich przyjemności z czytania, ustawienie podwalin w tym aspekcie itp. Oczywiście masz racje, dominuje literatura anglojęzyczna (tak jak u nas polska, a w Niemczech niemiecka), znajdują się pojedyncze utowory z innych obszarów językowych ale co mnie zaskakuje - bardzo dużo jest literatury świeżej, współczesnych noblistów, książek, poruszających trudne tematy, z klasyki przewija się jedynie Dickens, Shakespeare, Austen ale nie dominuje ona tak jak u nas!
    Z drugiej strony, jeśli nauczycielowi 3 klasy uda się wypełnic zalecenie, o kórym pisałam powyżej, to dziecko będzie czytać i umiejętnie pokierowane i tak sięgnie po literaturę obcojęzyczną.
  • joa66 14.11.13, 10:44
    abiela - był już watek na temat lektur i nie chce go powielać. Pisałam też, ze mówię z perspektywy rodzica starego dziecka. Teraz chodzi o znajomość dorobku kultury (nie tylko literatury) powszechnej. Zdaje sobie sprawę , że z różnych powodów polska kultura jest mało powszechna i nie o niej teraz piszę. Żeby na chwilę odciąć się od tematu lektur, może skupmy się na tle czyli nauczaniu historii literatury i kultury, filozofii. Przyjmijmy może też podział na problemy (1) czy faktycznie polska szkoła uczy tego lepiej (w ogóle uczy) (2) czy jest to potrzebne (3) czy nauka "teorii" I historii szerokorozuminaej kultury wyklucza czytanie, rozumienie, myślenie krytyczne itp.

    Moim zdaniem

    1) Tak, zdecydowanie tak
    2) To kwestia preferencji , decyzji. Moim zdaniem jest to na pewnym etapie ważne, zwłaszcza, że:

    3) Nie, nie wyklucza. Bo jezeli ograniczymy się do nauki krytycznego myślenia tylko w szkole, zapewne każdy z nas miał co najmniej jednego nauczyciela , który tego uczył. Przy istniejącym programie. Problemem jest to, żeby takich nauczycieli było jak najwięcej, ale tu wracamy do karty nauczyciela.
  • joa66 14.11.13, 10:54
    p.s. policzyłam - w ciągu kariery szkolnej (12 lat) miałam 7-8 nauczycieli, którzy uczyli myśleć samodzielnie, krytycznie, uczyli rozwiązywac problem i z którymi "zbieralo się liście w parku).
    Oczywiście to o wiele za mało, ale jednoczesnie pokazuje, że to w ludziach jest problem, a nie programach.
  • di_kormia 14.11.13, 11:06
    cóż, zazdroszcze ci. ja mialam jednego....
    oczywiscie, ze problem jest w ludziach, w mentalnosci jednak tez, w tym, ze rodzice np wola, zebys ie dzieci uczyly faktów a nie myslenia- sami tego myslenia nie nauczeni nie maja pojecia, o co chodzi...
    z reszta sie nie zgadzam- tzn obycie kulturale to rzecz baaardzo ważna, ale......są ważniejsze. szkoła, nei taka jak twoja, bo ta jakis twor mityczny sad, nei ma czasu aby robic WSZYSTKO.
    osobioscie wole, zeby uczyc myslenia stawiania pytan hipotez i zeby do tego zahcecala, niz zeby uczyla obycia- bo do tego sie sprowadza ta dyskusja. czytanie "amitnej" literatury dla czytania, zeby WIEDZIEC.
    NO NIE- TEGO NIE MOGE POPRZEC. to wlasnie jest to pozoranctwo, czesto gesto bedace grzechem nie tylko nauczycieli, ale tez rodziców. jak widac... taka mentalniosc...
  • joa66 14.11.13, 11:15
    nei ma czasu aby robic WSZYSTKO

    Jest czas. Swobodnie. Czego doświadczyłam i ja i moje dziecko. I to zalezy od człowieka, nie od 'szkoły", programu itp.

    Nauka myślenia krytycznego nie polega na wykonywaniu 5 zadan dziennie przygotowanych przez specjalistów, tylko obcowanie i przyswajanie wiedzy z dowolnej dziedziny z pomocą człowieka myślącego krytycznie. Wybacz, ale nawet ćwiczeniówki do analizy i krytycznego myslenia robione z nauczycielem ciołkiem nieczeog nie nauczą.
  • abiela 14.11.13, 11:21
    joa66 napisała:
    może skupmy się na tle czyli nauczaniu histori
    > i literatury i kultury, filozofii. Przyjmijmy może też podział na problemy (1)
    > czy faktycznie polska szkoła uczy tego lepiej (w ogóle uczy) (2) czy jest to po
    > trzebne (3) czy nauka "teorii" I historii szerokorozuminaej kultury wyklucza cz
    > ytanie, rozumienie, myślenie krytyczne itp.
    >
    > Moim zdaniem
    >
    > 1) Tak, zdecydowanie tak
    > 2) To kwestia preferencji , decyzji. Moim zdaniem jest to na pewnym etapie ważn
    > e, zwłaszcza, że:
    >
    > 3) Nie, nie wyklucza. Bo jezeli ograniczymy się do nauki krytycznego myślenia t
    > ylko w szkole, zapewne każdy z nas miał co najmniej jednego nauczyciela , który
    > tego uczył. Przy istniejącym programie. Problemem jest to, żeby takich nauczyc
    > ieli było jak najwięcej, ale tu wracamy do karty nauczyciela.

    Nie jestem przekonana czy polska szkołą uczy lepiej wyżej wymienionych dziedzin - brakuje mi tu doświadczenia. Wcześniej pisałam już, że IMO ogłada i wiedza ogólna w ww jest wynikiem przekrojowo-chronologicznej nauki, a nie skupianiu się na jednym wydarzeniu/epoce/nurcie.
    Zgadzam się w punkcie trzecim - na pewno nie wyklucza, ale jak piszesz sztuką jest połączenie tych dwóch aspektów.

    I jak Olena pisze - tu chodzi o każde dziecko. W przypadku naszych dzieci, możemy być spokojne, że jeśli szkoła zawiedzie, to dom wypełni zadanie, ale co z całą rzeszą dzieci, gdzie rodzice albo nie potafią, albo nie widzą potrzeby albo nie mają czasu?
    I wracamy do początku czyli zmiany kadry, jej podejścia do ucznia i przekazywania wiedzy.
  • di_kormia 14.11.13, 11:42
    Nie jestem przekonana czy polska szkołą uczy lepiej wyżej wymienionych dziedzin
    > - brakuje mi tu doświadczenia.

    no, nie, wyniki ma marne big_grin mimo deklaracji.
    i przecietny kowalski nie czyta nic, nie chodzi do teatru i filharmonii.
    kultura wyzsza mu wisi.
    czyl znow porazka.
    oczywiscie, uczniowie szkół prywatnych to inna inszośc (ok, złośkliwie dodam, ze dobrze, ze ich szkola probuje uczyc, bo ze znanych mi dzieci w prywatnych plaćówkach, ktorych wcale a to wcale nie cenie, zadne nie chodziłoby z rodzicami tongue_out)
  • joa66 14.11.13, 11:49
    przecietny kowalski nie czyta nic, nie chodzi do teatru i filharmonii.
    kultura wyzsza mu wisi.


    Przeciętny Kowalski szybciej skojarzy kto to Balzac czy Czechow niż przeciętny Smith.

    oczywiscie, uczniowie szkół prywatnych to inna inszośc

    Porównywałam uczniów szkoł niepublicznych w PL i 3 krajach. Nie porównywałam ucznia Raszyńskiej z uczniem z Bronxu.
  • di_kormia 14.11.13, 12:11
    nie wiem co to raszynska- a raczej wiem, i wierz mi- mam to w nosie, uwierz, ze stolyca nie jset pepkie swiata i wieksozsc uczniow zyje poza nia- co sobei chwala smile

    zapewne wiedza o balzaku w pracy ksiegowego czy ekspedientki jest bardzo ważna... i faktycznie, swiadczy o obyciu... hipokryzja hipokryzja- hipokrytka jestes big_grin
    jeżeli chodzi o ilośc tych, ktorzy z roznych powod,ow sięgneli po pozycje tego autora (przyjmując, że to nie jest lektura) i na bronxie i w tomaszowie mazowieckim bedzie to ilośc por,ownywalna.
  • olena.s 14.11.13, 10:14
    A ja bym ja przeceniania, jednakowoz. Bo rozmowa o edukacji NIE jest rozmowa o inteligentnych I zdolnych dzieciach inteligenckich od pokolen ematek z bidetem. Dotyczy wszystkich dzieci, takze tych z zerowym kapitalem kulturowym. I bardzo prosze, niech szkoly inspiruja jak najwiecej - tylko watpie, aby robily to powszechnie, wymagajac jednoczesnie omulkow i godzac sie na bryki z sierotki Marysi (bo ja mowie o podstawowkach, a nie ostro selekcjonujacych stolecznych gimnazjach). Nie da sie miec obu systemow na raz. Nie w jednym zyciu i 24-godzinnej dobie.
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • menodo 14.11.13, 11:13
    olena.s napisała:

    > A ja bym ja przeceniania, jednakowoz. Bo rozmowa o edukacji NIE jest rozmowa o
    > inteligentnych I zdolnych dzieciach inteligenckich od pokolen ematek z bidetem.
    > Dotyczy wszystkich dzieci, takze tych z zerowym kapitalem kulturowym. I bardzo
    > prosze, niech szkoly inspiruja jak najwiecej - tylko watpie, aby robily to pow
    > szechnie, wymagajac jednoczesnie omulkow i godzac sie na bryki z sierotki Marysi"

    Olena, sorry, ale wydaje mi się, że mam większe pojęcia o polskiej szkole, a nawet o polskim społeczeństwie, także tym pozbawionym bidetu.
    I to co piszesz - ze swojej bardzo odległej perspektywy matki dziecka w międzynarodowej szkole - jest bardzo krzywdzące dla wielu polskich szkól, w których pracuje wielu bardzo zaangażowanych w swoją pracę nauczycieli. Na przykład wymiany uczniowskie, projekty Comenius - to standard w wielu prowincjonalnych szkołach i to raczej w Warszawie mało komu chce się pisać wnioski o dotacje/finansowanie unijnych projektów.

    Aha - a jeżeli chodzi o pamięciówki, to - odkąd upowszechniono metodę testową w ocenianiu - chyba jest ich dużo mniej niż za naszych czasów. Po prostu nauczycielom "nie opłaca się" egzekwowanie wiedzy encyklopedycznej - chociaż pewnie spora ich część ma stare nawyki. Pamiętam, że moja córka miała takie dwa relikty PRL-u - od biologii i geografii - w gimnazjum; nie dało się ich zwolnić, bo jedna była szefową szkolnego ZNP, a druga rok przed emeryturą big_grin

  • joa66 14.11.13, 11:22
    swojej bardzo odległej perspektywy matki dziecka w międzynarodowej

    Ja wiem, że olena pluje sobie w brodę, ze w ogóle o tym napisała, ale trudno. Wyciągam te historię tylko wtedy kiedy jest na temat. Właśnie po tej szkole jej znajoma uczennica musiała chodzić na kursy wzbogacające słownictwo, żeby odpowiednio dobrze zdać egzamin. Co pokazuje, że jednak cos w tym systemie szwankuje i warto zastanowic się czego zabrakło , a nie się obrażać.
  • menodo 14.11.13, 10:13
    Moim skromnym zdaniem dziecko nau
    > czone satysfakcji czytelniczej moze zajsc w literature dowolnie wysoko, ale dzi
    > ecko nienauczone tej frajdy nawet zmuszone przez szkole do dziel wybitnych, odl
    > ozy je po maturze w niebyt I zwyczajnie przestanie czytac (co w zasadzie juz si
    > e stalo, jezeli wierzyc badaniom Biblioteki Narodowej)"

    Olena, a Ty znowu to samo? Nie można nikogo nauczyć satysfakcji czytelniczej big_grin

    Natomiast można pokazać komuś - czym jest dobra literatura i nauczyć go odróżniania pamiętników Churchilla (ten to dopiero nienawidził swojej szkołybig_grin) od pamiętnika Kasi Cichopek - i tego może i powinna uczyć szkoła.
  • olena.s 14.11.13, 10:25
    NIE zgodze sie zupelnie. Nic a nic. Bo widzisz, zapewne nie da sie nauczyc umiejetnosci czerpania radosci z lektury kazdego brzdaca, ale da sie pokazac te frajde bardzo, bardzo wielu. Przypominam uprzejmie cytowane niegdys przeze mnie badania Scholastic najwazniejszy czynnik determinujacy, czy ksiazki zostanie przeczytana do konca, czy nie, to samodzielny jej wybor. i o ile dziecko startujace od brrrr, Kaczora moze zajsc do Prousta, o tyle dziecko niemajace domowych doswiadczen ksiazkowych zmuszone do korzystania z brykow z jakiegos Puca (bo inaczej pala) raczej na te droge nie wkroczy.
    Ale te dyskusje mamy juz za soba, nie widze powodu, aby po raz kolejny mielic te same argumenty.
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • menodo 14.11.13, 10:47
    Sama zaczęłaś big_grin
    W tamtej dyskusji chodziło o to, że jedno nie wyklucza drugiego tzn. można znaleźć wartościową literaturę dla dzieci, która sprawia im przyjemność i wyrobi w nich nawyk sięgania po literaturę, a nie po Grocholę czy Steall - to pisała joa i ja to popieram.
    Spędziłam niedawno kilka dni na kujawskiej wsi, gdzie sporo dzieci w wieku szkolnym obdarowałam książeczkami, na których wychowały się moje dzieci. Wierszyki Tuwima czytaliśmy sobie wieczorami, takoż Mikołajki i Pippi - dziesięciolatka nawet odmówiła oglądania z babcią M jak Miłość.. A możliwe, że gdybym przywiozła pamiętniki Kasi Cichopek albo jakiejś gwiazdki mtv - też byłaby przeszczęśliwa i to byłby dowód na to, że dziecko powinno czytać to, co chce - prawda?

    Wiec będę się upierać przy swoim - że jeśli szkoła ma kształtować rynek czytelniczy dla grafomanów - to ja jestem przeciwna. Bo czytanie głupot może być tak samo szkodliwe dla umysłu i psychiki człowieka jak słuchanie, oglądanie czy nawet przebywanie w towarzystwie ludzi, którzy są głupi.
  • olena.s 14.11.13, 11:47
    Aha, mozliwe. Ale mozliwe tez jest, ze spodobala by sie jej rodzina Fisiow, a moze Potter, albo przeciwnie Nowacka? A moze zachecil by ja komiks, Strrrraszna Historia, czy jakies badziewie o makijazu, albo zestaw dowcipow czy Zmierzch?v w kazdym razie gdyby zobaczyla ze moze byc ksiazka ciekawa, to szanse na poszukiwanie kolejnej pozycji sa wieksze, niz kiedy czyta bryk. No, ale bryk I Ezop jest latwiejszy do przelkniecia, niz Cichopek - magia, powiadam, magia.
    Tymczasem zas jest tak, ze przy wszystkich ogolnoswiatowych spadkach 80 proc Amerykanow powyzej 18 roku zycia czyta.(Pew, Gallup) 46 procent - powyzej 6 ksiazek rocznie. W Polsce takich gieroji jest 11 procent. ( Biblioteka Narodowa), oba badania za 2012 rok. Wiec ja pozostane przy pogladzie, ze jednakowoz wielu da sie nauczyc zamilowania do lektury.
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • joa66 14.11.13, 11:51
    jakiej lektury?

    Takiej, że ten kogo stać music chodzić na kursy uczące trudniejszych słów?
  • di_kormia 14.11.13, 12:13
    moja droga- wiesz, wielu studentów uj powinno na takie kurs isc. ty w jakimś wyimaginowanym swiecie zyjesz....
  • joa66 14.11.13, 12:25
    DIkormia - ja twierdze tylko, ze szkoła która nie nauczyła uczniów bardzie zaawansowanego slwonictwa, pomimo takich możliwości NIE JEST dobra szkołą.
  • di_kormia 14.11.13, 12:28
    a ja twierdze, ze są rzeczy wazniejsze niz zaawansowane słownictwo (cokolwiek ti znaczy, bo nie mam pojecia).
    na przykąłd to, ze ktos widzi swój problem i idzie ta taki kurs!
  • joa66 14.11.13, 12:34
    Nie o tym piszę - piszę, że szkoła nawaliła.
  • di_kormia 14.11.13, 12:43
    dlaczego nawaliła? co to za słownictwo? czy nie uwazasz, ze wiekszosc licealistów nie zdala by takieo testu ze slownictwa? oczywiscie- wg moje wyobrazni, bo nie wiem, co dokładnie jest w takim kursie.
    i byc moze nawaliła? i co? widzi problem organizuje kurs. a u nas? ani slownictwa (studenci nie znaja zaawansowanego slownictwa, poza studntami z mish-u, ktorzy znaja tylko to...) ani kursu. i oczywiscie- zaden student by nie czula takiej potrzeby.
    u nas nawal i szkola i system i mnetalnosc .
    jeszcze raz, zyjesz w wyimaginowanym nieprawdziwym swiecie, nie masz chyba stycznosci z produktami, bardzo dobrymi pewnie skad inad, normalnych szkoł z terenu wiekszego niz srodmiescie warszawy. twoej spostrzerzenai nie sa prawdziwe- sa tylko dla kilku osob
  • joa66 14.11.13, 12:50
    Nie odpowiadam za to kogo przyjmujecie na swój wydział. Powiedzmy szczerze-dla pieniędzy.
  • joa66 14.11.13, 12:51
    dikormia - z ciekawości - ilu masz studentów po szkołach angielskich, kanadyjskich?
  • menodo 14.11.13, 16:55
    studenci nie znaja zaawansowanego slownictwa, poza studntami z mish-u, ktor
    > zy znaja tylko to."

    Dobre, dobre - gnojcie tych studentów mishu, niech jadą w cholerę na koniec świata i nie wracają; będzie więcej miejsca dla tych z maturą na 30 procent big_grin
  • di_kormia 14.11.13, 17:56
    a kto powiedział, ze studenci na mish-u są gnojeni? ???\
    mocno rozreklamowana, i to nieslusznie sprawa.
    niestety, niewielu z nich odnosi sukces, z ktorego byliby zadowoleni
  • menodo 14.11.13, 18:20
    niewielu z nich odnosi sukces, z ktorego byliby zadowoleni "

    To raczej zależy - co na tym mishu robili, nie sądzisz? Jakie minima zrealizowali, dyplomy jakich wydziałów mają? Bo tak samo można powiedzieć, że mocno przereklamowane jest prawo - większość absolwentów ma problemy z pracą.
    Sam pomysł studiów międzywydziałowych uważam za znakomity, gorzej z realizacją, zwłaszcza z tutorami, z betonem uczelnianym na poszczególnych wydziałach - ale to nie jest wina studentów mish.
    Ale zaczęłaś od tego, że studenci mish posiadają tylko umiejętność wypowiadania się na wysokim poziomie abstrakcji (tak zrozumiałam) - możesz to rozwinąć?
  • di_kormia 14.11.13, 18:39
    nie ma co rozwijac o studentach mishu- wielu z nich to tak naprawde studenci dośc słabi, typ kujonów, nei majacy wystarczajacych umiejetności i motywacji do tego typu studiów. czesto nie wiedza co od nich chca.
    jednoczesnie- sa ambitni i roszczeniowi- co stanowi mieszanke wybuchowa.... dodatkowo- co mnie zawsze mocno przygnebia- kompletnie oderwani od rzeczywistosci, od rynku. i brak im otwartosci.
    zgadzam sie, że organiozacja szwankuje- choc z roku na rok coraz lepiej.
    to są moje obserwacje, oczywiscie, uczelnia nie jest bez winy- ale ,żadna elyta jak miało to byc to to nie jest. materiał nie ten. wykonanie tez wadliwe sad
    to tylko moje obserwacje- stykam sie z nimi ramach przedmiotów, ktore prowadze. oczywiscie są w wsród nich perełki- jak wsród innych wydziałów. czy jest ich wiecej? nie wiem.
    prawo to pomyłka- masowe studia dla wystrwałych. ale na swiecie tylko ok 60% osób konczacych law schools zostaje praktykujacymi adwokatami etc. i u nas tez tak juz jest. z tym, że wiedza prawna nie ginie, zawsze jest potrzebna- łatwiej choćby firme poprowadzic. a po mish-u....
  • menodo 14.11.13, 21:55
    żadna elyta
    > jak miało to byc to to nie jest"

    Sorry, ale wychodzi z ciebie zakompleksiona pańcia : sama wyróżniłaś wcześniej te "elyty", że przynajmniej mówić umieją, bo reszta powinna zapisać się na kurs wzbogacenia polszczyzny - ale jednak okazuje się, że drażnią cię te "elyty" - to słowo jest zresztą kluczem do rozumienia twojego stosunku do studentów mish. ŻAL.

    " u nas tez ta
    > k juz jest. z tym, że wiedza prawna nie ginie, zawsze jest potrzebna- łatwiej c
    > hoćby firme poprowadzic. a po mish-u.... "

    Bidulko, to ty nawet nie rozumiesz, na czym mish polega; nie wiesz, że po mishu można być też prawnikiem? Że jest to tryb studiowania, a nie kierunek studiów?
    Łomatko, że też te wszystkie mądre dzieciaki na ostatnim etapie edukacji takie coś musi spotykaćsad



  • di_kormia 14.11.13, 22:21
    pańcie sobie zostaw dla mamusi, rozumiem, ze uderzyłam w czuła strunę. leczysz konpleksy dziciakami, prawda?
    o mishu wiem troche, po prostu trafiaja mi sie tacy studenci. organizacje znam o tyle o ile- nie mam zadnego interesu w znajomosci szczegółów administracyjnych.
    nic nadzwyczajnego- to znaczy zze żadna elita uniwersytecka, na ktora probuja sie zgrywac. próżni, zakompleksieni, najczesciej bez pomyslu na siebie.
    owszem, w mishu mozna skonczyc prawo (bo to nie jest tozsame z zostaniem prawnikiem), ale niewielu z nich wybiera taka opcje- przynajmniej z tych mi znanych.
    możesz sobie odpuscić łamatko sarkazm- znani mi studenci mish-u rzadko osiagneli sukces i sa zadowoleni ze swojej kariery. stosunkowo niewielu decyduje sie na pozostanie na uczelni- i dobrze.
    ogólnie nie polecam, nie byłabym zadowolona, gdyby moje dzieci wybrały taka drogę.
    ewidentnie moja odpowiedź, napisana w dobrej woli, naruszyła twoje poczucie bezpieczenstwa- z tego mniemam, ze jakis potomek sie na mish wbrał big_grin jak to szło- bidulko ty moja.
    cóż, trudno, miejmy nadzieje, ze znajdzie sposób na siebie i swoje ambicje i nie podzieli losu niezdecydowanych, niesamowicie czesto skrajnie niedojrzajrzałych kolegów, ktorych jedynym przymiotem jest umiejetnosc pieknego wyslawiania sie, ale w głowkach pusto. słownictwo skomplikowane znają, a jakże.
    EOT- nie wicej do powiedzenia nie mam.
    Ps- zawsze mozna zmienic ierunek na jednak ścisły big_grin
  • joa66 14.11.13, 22:30
    Niestety dikormia - to co piszesz to jest właśnie to co należy wytępić ze szkół - pogardę dla ucznia studenta. To jest bolączka polskiej edukacji.
  • menodo 14.11.13, 22:56
    Ogniem i mieczem!!!
  • di_kormia 14.11.13, 23:04
    moja droga- ja nie mam żadnej, a to żadnej pogardy smile ja studetów uwielbiam, a oni mnie smile
    odpuśc sobie- było pytanie, odpisałam.
    nie rozumiesz- studenci, przynajmniej mi znani - mishu sa niezadowoleni ze swoje zyciowej drogi, z kariery po studiach.
    i tyle. wielu studentów tak mysli po róznych studiach- ale mish iał byc elitarny. a nie jest. szkoda.
    i tyle na ten temat. w dobrej wierze odpowiedzialam na pytania.
  • menodo 14.11.13, 23:10
    ja studetów uwielbiam, a
    > oni mnie smile

    dobre big_grin
  • menodo 15.11.13, 00:24
    ale mish iał byc elitarny. a nie jest. szkoda. "

    Szkoda - że studenci Mish trafiają na takie osoby jak ty. Jak rozumiem - udajesz, że pracujesz w Krakowie; w Warszawie aż takiej żenady nie ma.
  • fogito 15.11.13, 06:53
    joa66 napisała:

    > Niestety dikormia - to co piszesz to jest właśnie to co należy wytępić ze szkół
    > - pogardę dla ucznia studenta. To jest bolączka polskiej edukacji.

    Popieram. To jest to co rujnuje nasz system szkolnictwa. Wykładowcy i nauczyciele, którzy mają w odwłoku ucznia/studenta. NIe można dobrze uczyć jak się nie szanuje ucznia. Nic dodać nic ująć.
  • maksimum 15.11.13, 14:40
    joa66 napisała:

    > Niestety dikormia - to co piszesz to jest właśnie to co należy wytępić ze szkół
    > - pogardę dla ucznia studenta. To jest bolączka polskiej edukacji.

    Ludzie,opanujcie sie troche!!
    Realna ocena sytuacji wyglada dla was jako pogarda dla studenta.
    Bolaczka polskiej edukacji jest to,ze niemal wszyscy rozgarnieci ludzie uciekaja z Polski razem ze swoimi dziecmi,a pozostaja roszczeniowcy,ktorzy za matolstwo swoich dzieci obwiniaja system a nie samych siebie.
  • fogito 15.11.13, 22:09
    maksimum napisał:

    > Ludzie,opanujcie sie troche!!
    > Realna ocena sytuacji wyglada dla was jako pogarda dla studenta.
    > Bolaczka polskiej edukacji jest to,ze niemal wszyscy rozgarnieci ludzie uciekaj
    > a z Polski razem ze swoimi dziecmi,a pozostaja roszczeniowcy,ktorzy za matolstw
    > o swoich dzieci obwiniaja system a nie samych siebie.

    Uciekają po to, żeby pielęgniarstwo studiować? Można bliżej wink
  • menodo 14.11.13, 22:42
    Pańcia w Twoim przypadku jest jak najbardziej na miejscu - nie dostałaś się na mish czy co? Tacy są najgorsi - przynajmniej tak słyszałam od zaprzyjaźnionych dzieciaków, niekoniecznie tych z mishu. Ci od razy wyjeżdżają z tą "elytą".

    Nic o mnie nie wiesz, w przeciwieństwie do ciebie nie kreuję się na pracownika naukowego - może nawet nie mam dzieci; przyznaj się, może pracujesz w sekretariacie mish na uj, a na forum leczysz kompleksy? big_grin

  • di_kormia 14.11.13, 23:08
    mish chyba nie ma sekterariatu, choc szczerze, nie mam pojecia. znam tylko studentów.
    mish nie istniał w czasie, kiedy studiowalam. nawet gdyby istniał- nie byłabym zainteresowana.

    masz dzieci, chyba wlasnie na studiach. pewnie na mish-u big_grin
    EOT- nie mam na ten temat nic do powiedzenia. wszystkiego dobrego dla ciebie i twoich dzieci.
  • menodo 15.11.13, 00:08
    di_kormia napisała:

    > mish chyba nie ma sekterariatu, choc szczerze, nie mam pojecia. znam tylko stud
    > entów. "

    No nie masz pojęcia, bo jesteś po prostu zakompleksionym szarakiem.
  • di_kormia 15.11.13, 06:46
    uuu, jednak dziec na mishu.
    wszedzie mish wyglada tak samo, w warszawie tez. na uw zreszta zdecydowanie słabszy. ze wzgledu na charakter i na materiał nabierany smile
    wez na wstrzymanie, kobieto, meliski sie napij. żyłka ci pójdzie.

    tak maksiu- to dokładnie to. studia bez przyszłości, bo wiekszość studentów idzie na mish, poniewaz ma kompletnie, ato kompletnie nieustalone priorytety. najczesciej laureaci jakiś tam opimpiad etc.
    dobry student skonczy sobie po prostu dwa kierunki z MA, za darmo, bo jest w 10% najlepszych.
    pozdrawiam - szarak-nikt big_grin
  • fogito 15.11.13, 06:55
    di_kormia napisała:

    >
    > tak maksiu- to dokładnie to. studia bez przyszłości, bo wiekszość studentów idz
    > ie na mish, poniewaz ma kompletnie, ato kompletnie nieustalone priorytety. najc
    > zesciej laureaci jakiś tam opimpiad etc.

    Jeśli spotykają taką kadrę jak ty, to się nie dziwię, że niczego się tam nie nauczą uncertain

  • di_kormia 15.11.13, 07:29
    gwoli dokładności- bardzo niewielu z nich spotyka MNIE, wiekszośc nie spotyka mnie. akurat z tymi, korych spotkałam jestem, z wielu wzgledów, w dłuższym kontakcie.
    i zrozum- założenia były inne, a narybek inny- założen nie spełnia. byc może założnia błedne, ale oczywiście skostniała uniwersytecka kadra założen nie modyfikuje- nie wiem, bo to nie moja bajka. ale efekt jest jaki jest- i co, wg mnie najgorsze, w wypełnianej ankiecie oni sami nie sa zadowoleni z własnych wyborów- a wybieraja sami. a potem juz niesety koniec studiów, i niezadowolenie wzrasta- bo nikt im nie powie, że ich pomysły....
    niedawno gdzies na portalu gw widzialam wywiad/artykuł, gdzie mishowcy mówia o sobie-- dokładnie to samo mówią. poźniej tam był komentarz jakiegos psychologa-doradcy ds kariery. poszukam- może wam to zobrazuje sytuacje.
  • menodo 15.11.13, 09:46
    "niedawno gdzies na portalu gw widzialam wywiad/artykuł, gdzie mishowcy mówia o sobie-- dokładnie to samo mówią. poźniej tam był komentarz jakiegos psychologa-doradcy ds kariery. poszukam- może wam to zobrazuje sytuacje. "

    Może o to ci chodziło? Durny artykuł, obśmiany na fejsie, dokładnie wpisujący się w polskie klimaty wokół czegokolwiek, co wykracza poza przeciętność.
    Phi, laureaci "jakiś tam olimpiad", wielkie mi co, i tak będą bezrobotni hahahaha, co dikormia?

    forum.gazeta.pl/forum/s,46,148017045,148052622.html?rep=1&from=2
  • maksimum 15.11.13, 14:46
    fogito napisała:

    > di_kormia napisała:
    >
    > >
    > > tak maksiu- to dokładnie to. studia bez przyszłości, bo wiekszość studentów idz
    > > ie na mish, poniewaz ma kompletnie, ato kompletnie nieustalone priorytety
    > . najczesciej laureaci jakiś tam opimpiad etc.
    >
    > Jeśli spotykają taką kadrę jak ty, to się nie dziwię, że niczego się tam nie nauczą uncertain

    Z tego co tu czytam,to di_kormia spokojnie by sobie dala rade w USA,niestety ty nie.
  • fogito 15.11.13, 22:11
    maksimum napisał:

    >
    > Z tego co tu czytam,to di_kormia spokojnie by sobie dala rade w USA,niestety ty
    > nie.

    Na pewno wink Ja zbyt wrażliwa i delikatna jestem, żeby znosić to amerykańskie ograniczenie.
  • menodo 15.11.13, 09:10
    "studia bez przyszłości, bo wiekszość studentów idzie na mish, poniewaz ma kompletnie, ato kompletnie nieustalone priorytety. najczesciej laureaci jakiś tam opimpiad etc. "

    Dobre, w olimpiadzie też się nie powiodło?
    I "jakichś", kobieto, pamiętaj - to ważne w korespondencji ze studentami mishu: jakiCHś !!!

    dobry student skonczy sobie po prostu dwa kierunki z MA, za darmo, bo jest w 10
    > % najlepszych. "
    Co z tego, że będzie w 10 proc. najlepszych, jeśli będzie zmuszony do chodzenia na zajęcia prowadzone przez kogoś na twoim poziomie. A mishowiec po pierwszym kontakcie z tobą od razu może się wyrejestrować, na czym tylko zyska jakość jego wykształceniabig_grin
  • linulina 14.11.13, 12:33
    Również nie sądzę aby znajomość określonych pozycji książkowych była kluczowa dla większości społeczeństwa. Jeżeli ktoś poczuje potrzebę - na pewno poczyta klasyków - choćby z ciekawości. Do czytania nie potrzebna jest szkoła. Do czytania najbardziej zachęca interesująca książka, od której nie można się oderwać. Oczywiście, rolą szkoły jest promowanie czytelnictwa, ale nie jestem pewna czy lektura Goethego może skłonić przeciętnego gimnazjalistę do sięgnięcia po jakąś inną książkę.
  • joa66 14.11.13, 12:48
    Nie kontroluję drzewka, więc nie jestem pewna czyjej wypowiedzi dotyczy ten post.

    Pozwolę sobie jednak podsumować swoje stanowisko.

    Wiem z doświadczenia , że jest możliwe uczenie , najprosciej mówiąc, teorii i praktyki. Pokazanie dorobku kultury narodowej i powszechnej oraz wprowadzanie w czytanie samodzielnie wybranych pozycji, nauczenie myślenia krytycznego, rozwiązywania problemów itp.

    Wiem, że nie stoimy wobec wyboru albo-albo, przynajmniej nie w tzw dobrych szkolach, które nie borykaja się z problemami cięższego kalibru. Wiem, że można mieć obie te rzeczy. Mnie udało się zapewnic własnemu dziecku taka edukację i dlatego chciałabym, żeby większośc dzieci miałą taka możliwość (bo w to że wszystkie nie wierzę). Wiem też, że do tego nie są potrzebne góry pieniędzy.

  • menodo 14.11.13, 12:50
    Oczywiście, rolą szkoły jest promowanie czytelnictwa, ale nie jestem pewna czy lektura Goethego może skłonić przeciętnego gimnazjalistę do sięgnięcia po jakąś inną książkę. "

    Jak mamusia nie wychodzi poza Grocholę, a tutusia głowa boli od druku, dzieciak już w kojcu ma tablet z bzdetami do gapienia się, a potem już tylko mtv - a tak to wygląda na poziomie mainstramu - to na etapie gimnazjum na Goethego może być już za późno.
    Chyba że dzieciak trafi na dobrego nauczyciela w podstawówce i tam nauczy się zdrowego snobizmu czytelniczego.
  • linulina 14.11.13, 12:58
    Nie zgodzę się. Do niektórych pozycji literackich trzeba dojrzeć i zgromadzić odpowiednią wiedzę o świecie żeby je zrozumieć. Co to znaczy snobizm lietracki? Czy Twoim zdaniem większość dzieci w SP jest w stanie czerapać przyjemność z tego typu lektur? Wydaje mi się, że lektura Tolkiena, Dickensa czy Sienkiewicza jest bardziej na ich poziomie i zachęci ich do sięgnięcia po trudniejsze utwory w przyszłości.
  • joa66 14.11.13, 13:07
    Kwestia co i kiedy, w całości czy we fragmentach , samodzielnie czy czytane przez nauczcyiela itp jest odrębnym problemem.
  • menodo 14.11.13, 13:32
    Wydaje mi się, że lektura Tolkiena, Dickensa czy Sienkiewicza j
    > est bardziej na ich poziomie i zachęci ich do sięgnięcia po trudniejsze utwory
    > w przyszłości. "

    Do Tolkiena też trzeba dojrzeć i jeżeli dziecko nie czytało wcześniej wartościowej literatury dla dzieci i młodzieży - tylko poradniki o makijażu albo brednie z życia barbie czy moje ulubione pamiętniki Kasi Cichopek - to nagle - na etapie gimnazjum wymienione przez Ciebie "starocie" będą niestrawne.

    Nie upieram się przy kanonie -aczkolwiek klasa mojej córki wystawiała Antygonę w 1 klasie gimnazjum i nawet tzw. dresy (rejonowe gimnazjum) były nim zachwycone.
    Bardzo fajnie wyszło im też przedstawienie Romea i Julii.
  • olena.s 14.11.13, 14:06
    E, NIE zgadzam sie. Ty zakladasz, ze od malego jest out-out. Albo Ezop, albo Barbie. Dziecko opromienione Ezopem trafia na prawo, pomiedzy zbawionych, przed dzieckiem zbrukanym Barbie otwiera sie otchlan. Dokonalo sie!
    Tymczasem znajoma jedenastolatka, ktorej osobiscie wypozyczalam w szkolnej bibliotece Barbie 5 lat temu (udzielalam sie ochotniczo), teraz czyta Dzienniki Anny Frank, i to chyba pelna wersje. Po drodze, mimo braku lektur obowiazkowych (z obowiazkowym sprawdzianem) dzieciak przewedrowal w zupelnie inne obszary czytelnicze. Jak? Ano tak, ze ksiazek sa masy, ze dzieci czytac musza I w domu i w szkole, (choc panuje w podstawowce swoboda wyboru), ze pokazuje sie im roznorodne pozycje, takze z zakresu literatury faktu dla dzieci, takze z zakresu biografii, takze z zakresu poradnikow, komiksow, bajek, wspomnien, popularnej nauki I diabli wiedza, czego jeszcze. Dalej pokazuje im sie radosc z czytania - poprzez pokazywanie ulubionych ksiazek, spotkania autorskie, dyskusje, nocne czytanie, akcje szkolne I bazujace na ukladzie peer to peer, kiermasze, wymiany itp. I jakos te Barbie pomalu odpadaja, mimo sie nikt NIE wpiera w nich Ezopa. Lektury obowiazkowe, inaczej omawiane i inaczej czytane, pojawiaja sie w koncu podstawowki, czyli wsrod 9,5 -10 latkow.
    Wiec, jak widzisz, starocie nie musza byc niestrawne mimo Barbie i Kaczora.
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • menodo 14.11.13, 14:43
    olena.s napisała:

    > E, NIE zgadzam sie. Ty zakladasz, ze od malego jest out-out. Albo Ezop, albo Ba
    > rbie. Dziecko opromienione Ezopem trafia na prawo, pomiedzy zbawionych, przed d
    > zieckiem zbrukanym Barbie otwiera sie otchlan. Dokonalo sie!"

    Jeżeli Barbie jest jedynym doświadczeniem czytelniczym panny w wieku szkolnym,w domu tylko seriale ew. Steal, a szkoła nie pokaże jej niczego innego, no bo fajnie, że dziecko czyta - i takie dziecko nie będzie miało w swoim otoczeniu nikogo, kto mu pokaże literaturę - to jak najbardziej może dostać się na prawo UW, a nawet je ukończyć ( to modny kierunek wśród cebrytek big_grin), ale poza Kasię Cichopek czy Grocholę nie wyskoczy.
  • olena.s 14.11.13, 15:26
    Nie, dlaczego miala by byc jednym doswiadczeniem? Barbie byla czyms, co fascynowalo 6 latke, tak samo jak mogly ja fascynowac rozowe kucyki, neonowe skarpetki czy inny Batman. I oczywiście, ze szkola pokazuje multum innych opcji, ale nie zmusza do czytania konkretnych Muminkow czy Dziewczynki z zapalkami. Chyba to kiedys wyjasnialam: dzieciom przedstawia sie np. biografie jako gatunek,ale czy ktos wybierze Lincolna, Florence Nightingale czy Michaela Jacksona na poziomie 3 czy 7, to juz decyzja dziecka. Podczas przygotowywania prezentacji krajow dziecko odpowiedzialne za Chiny musi przeczytac jakas pozycje o Panstwie Srodka, ale to ono wybierze sposrod paru opcji. Basni tez jest wiele, niekoniecznie Andersen czy sadystyczni braciszkowie G. Nauczyciel czyta dzieciom na lekcjach, bibliotekarka prezentuje gatunki czy autorow i masy dzieci zaczynaja czytac dla frajdy, po to, zeby zyskac wiedze I umiejetnosci. Zreszta ksiazek o Barbie jest chyba tylko pare, wiec dziecko, ktore odkrycie radosc z czytania na tej plastikowej wywloce, zacznie szukac dalej.
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • menodo 14.11.13, 15:51
    Ja pozostanę przy swoim i podkreślę naszą odmienną perspektywę widzenia problemu.
    I nadal będę się upierać, że dobrze dobrany i przedstawiony dzieciom kanon lektur - to inwestycja w dzieci, których kapitał kulturowy wyniesiony z domu jest ujemny; patrz moje wpisy o przedstawieniach teatralnych w gimnazjach mojej córki i akcje pt. dresy czytają Miłosza.
    I jeszcze jedna rzecz - uważam, że dużą wartością jest omawianie lektur w klasie, dyskusje o książkowych, czytanie na głos własnych wypracowań. Nie da się tego zrobić jeśli danej lektury nie przeczytają wszyscy. A że komuś się to nie spodoba albo poczuje się zmuszony - ojejku jejku; szkoła to także obowiązki i nie ma w tym nic złego.

    PS. Dlaczego bracia Grimm są sadystyczni?
    Ja kiedyś pracowałam w przedszkolu terapeutycznym, które właśnie bazowało na tych baśniach; dzieci mają ogromną potrzebę konfrontacji z tym, co je przeraża i przepracowywania tego; pod warunkiem, że wszystko dobrze się kończy (w dużym skrócie to napisałam) - i to jest od dawna opisane i udowodnione.
    Ja swoim dzieciom zabroniłam czytania Andersena - w dzieciństwie tylko brzydkie kaczątko zaliczyło, bo jest mądre; reszta to depresja i ogólne popapranie.
  • olena.s 14.11.13, 16:53
    Oczywiscie, wiem o terapeutycznym działaniu baśni, ale oryginalnych Grimmów nie znoszę i już, czytałam kiedyś i nie, precz, nie podoba mi się. Wariacje mogą być, nie wadzą mi, podobnie jak miliony innych baśni. Ale to an passant.
    Żeby już zakończyć z mojej strony, pozwól że doprecyzuję: przez lekturę obowiazkową rozumiem tradycyjnie dłuższe teksty zlecane do czytania w domu na określony termin. Nie mieści się w tym pojęciu tekst przeczytany przez nauczyciela na lekcji, ani fragmenty utworów zamieszczone w podręcznikach. I problem dotyczy głównie dzieci dopiero uczących się czytać i nie mających ugruntowanych nawyków czytelniczych ani biegłości, czyli powiedzmy uczniów pierwszych 3-4 klas. Potem nadal uważam kanon za raczej szkodliwy niż pomocny, ale jest mniej szkodliwy w aspekcie jaki mi wydaje się bardzo ważny. W tym kontekście 13-letnie i starsze konie z gimnazjum są poza zakresem moich zainteresowań i obserwacji.
    Zaś problem najbardziej ogólny jaki dostrzegam w sprawie książek, to fakt, że o ile wystarczająco dobrze znam program szkolny, o tyle w ogóle nie istnieje w nim kategoria czytania dla przyjemności. Jest tylko czytanie jako obowiązek, rozliczany i sprawdzany przez nauczyciela juz w okresie nauczania początkowego.


    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • menodo 14.11.13, 17:42
    Nie mieści się w tym pojęciu tekst przeczytany przez nauczyciela na lekcji, ani fragmenty utworów zamieszczone w podręcznikach. I problem dotyczy głównie dzieci dopiero uczących się czytać i nie mających ugruntowanych nawyków czytelniczych ani biegłości, czyli powiedzmy uczniów pierwszych 3-4 klas."

    A to sorry, ja pisałam o dzieciach starszych i tym już bym proponowała lektury do samodzielnego czytania.
    Na etapie 1-3 to nie przypominam sobie, aby moje dzieci miały jakieś lektury obowiązkowe, natomiast pamiętam, że książeczki do wspólnego omawiania w klasie córki czytała na głos pani albo robili to na zmianę najbieglej czytający uczniowie. I były nawet jakieś głosowania - co czytamy i silne lobbowanie, co będziemy czytać, i ogólnie fajne to było.
    Więc tym bardziej teraz takiego przymusu nie ma, nawet ocen w klasach 1-3 nie ma przecież.
  • olena.s 14.11.13, 18:05
    Nie. Są lektury zalecane, sugerowane, a nauczyciele wybierają pozycje jako obowiązkowe dla danej klasy. Na ogół są tożsame z ostatnią obowiązkową listą - choćby ze względów logistycznych - biblioteki mają najwięcej egzemplarzy. Prawnie opiera się to o rozporządzenie MEN, w praktyce jak rzucisz okiem po szkolnych stronach, to zobaczysz nieco różniące się od siebie listy. Od pierwszej klasy w górę - nauyczyciel ma swobodę dotyczącą terminów, więc coś z klasy pierwszej w x może być w klasie trzeciej w y. O, tu, tu czy www.sp73.waw.pl/index.php/lektury-1-3.html.

    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • menodo 14.11.13, 22:09
    Eee, rozmawiałam z byłą nauczycielką 1-3 mojej córki i ona mi powiedziała, że no tak, są takiezalecenia, ale jednak nauczyciele mają tu dużą swobodę i te lektury obowiązkowe czyta się głównie w klasie, bo nauczyciel to przecież nie jest urzędnik skarbowy big_grin
  • olena.s 15.11.13, 07:48
    To już się robi nudne.
    Ja pisałam o dzieciach z pierwszych kilku klas podstawówki, (także poza nauczaniem początkowym) nie klasy pierwszej! I o ile oczywiście Bełzę albo Andersena nauczyciel może przeczytać w klasie, o tyle Puca, Plastusia, Bullerbyn czy Kleksa nie przeczyta. Nawet Wyśmiewaczka, podejrzewam, nie zdąży.
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • menodo 15.11.13, 11:05
    Aha, to nie - uściślę: jestem przeciwna, aby dzieci w najmłodszych miały tyle (co w linku ) lektur zadawanych do czytania w domu. Rzeczywiście - lepiej niech czytają, co chcą. Moje dzieci miały coś takiego jak zeszyt lektur, gdzie rysowały ilustracje do przeczytanych książek i coś tam o nich pisały i znajoma nauczycielka powiedziała, że taki zeszyt lektur nadal poleca swoim uczniom.

    Ale przy dobrej literaturze dla maluchów czytanej - choćby we fragmentach - w szkole nadal się będę upierać; zresztą mnie od początku chodziło o jakość tej literatury, a nie jej objętość.

    Natomiast w starszych klasach lektury obowiązkowe bym zostawiła.
  • fogito 15.11.13, 13:15
    olena.s napisała:

    > To już się robi nudne.
    > Ja pisałam o dzieciach z pierwszych kilku klas podstawówki, (także poza nauczan
    > iem początkowym) nie klasy pierwszej! I o ile oczywiście Bełzę albo Andersena n
    > auczyciel może przeczytać w klasie, o tyle Puca, Plastusia, Bullerbyn czy Kleks
    > a nie przeczyta. Nawet Wyśmiewaczka, podejrzewam, nie zdąży.

    Ale do kurki nędzy w czym jest problem. Mam dziewięcioletniego syna dwujęzycznego, który robi III klasę polską i V brytyjską i nie jest dla niego problemem przeczytanie żadnej lektury ani po polsku ani po angielsku (tak! też są lektury o dziwo) . Poza lekturami czyta tez co chce w obu językach i na dodatek ma czas na treningi co drugi dzień i na dłubanie w nosie też.
    Nie traktujmy dzieci jak półmózgów, bo one mądrzejsze od nas są.
  • menodo 15.11.13, 13:56
    Moje też już na etapie 1-3 swobodnie czytały "grube" książki, ale rozmawiałam z różnymi matkami i niektóre twierdzą, że ich dzieci np. Dzieci z Bullerbyn nie były w stanie samodzielnie przeczytać (chyba trzecia klasa to była).
    I wtedy zaczynały się cyrki w domu, bo zbliżał się deadline, książka nieprzeczytana, więc rodzice biorą się za czytanie...Albo wprowadzają przymus czytania np. kilkanaście minut/pół godziny dziennie tej konkretnej zadanej lektury - i owszem, taki przymuszony i dopilnowany maluch wymęczy te Dzieci z Bullerbyn, ale znienawidzi je po drodze...A taki niedopilnowany dzieciak...nie przeczyta wcale.
  • fogito 15.11.13, 14:06
    menodo napisała:

    > Moje też już na etapie 1-3 swobodnie czytały "grube" książki, ale rozmawiałam
    > z różnymi matkami i niektóre twierdzą, że ich dzieci np. Dzieci z Bullerbyn n
    > ie były w stanie samodzielnie przeczytać (chyba trzecia klasa to była).

    Tak. Mój to właśnie skończył.

    > I wtedy zaczynały się cyrki w domu, bo zbliżał się deadline, książka nieprzeczy
    > tana, więc rodzice biorą się za czytanie...Albo wprowadzają przymus czytania np
    > . kilkanaście minut/pół godziny dziennie tej konkretnej zadanej lektury - i ows
    > zem, taki przymuszony i dopilnowany maluch wymęczy te Dzieci z Bullerbyn, ale z
    > nienawidzi je po drodze...A taki niedopilnowany dzieciak...nie przeczyta wcale.

    To ja się pytam gdzie był ten rodzic przez te wszystkie wcześniejsze lata, że dzieciak w III klasie czytać nie umie. No sorki, ale takie wspólne czytanie na głos powinno odbywać się codziennie od I klasy (przynajmniej). Nie byłoby potem pobudki w nocniku w III klasie. No chyba, że ktoś uważa, że szkołą ma wszystkiego nauczyć. Otóż nie nauczy.
    A dzieci z rodzin patologicznych, gdzie pilnowania nie ma powinny być wychwytywane przez nauczycieli i wspomagane w czytaniu w szkole na lekcjach dodatkowych.

  • maksimum 15.11.13, 14:59
    fogito napisała:

    > Mam dziewięcioletniego syna dwujęzyczne
    > go, który robi III klasę polską i V brytyjską i nie jest dla niego problemem p
    > rzeczytanie żadnej lektury ani po polsku ani po angielsku

    9-latki na dobra sprawe z wlasciwa edukacja jeszcze sie nie zetknely.
    2-jezycznosc jest normalna dla milionow ludzi,wiec to nie jest zadne aj-waj.
    Jak twoja dziecina zda egzamin wstepny do najlepszego gimnazjum w miescie jakim jest np NYC czy Londyn to wtedy bedzie mial pojecie o poziomie edukacji.
    Mozliwe ze w UK nie ma takich rankingow jak w USA i nie ma egzaminow wstepnych do najlepszych gimnazjow,to wtedy sie nigdy nie dowiesz jak dobra edukacja wyglada.
  • fogito 15.11.13, 22:13
    maksimum napisał:

    > 9-latki na dobra sprawe z wlasciwa edukacja jeszcze sie nie zetknely.
    > 2-jezycznosc jest normalna dla milionow ludzi,wiec to nie jest zadne aj-waj.

    W Europie na pewno. W Stanach już niekoniecznie, poza Meksykanami wink Ty nie dałeś rady nauczyć syna języka polskiego, więc cóż możesz mieć do powiedzenia...

    > Jak twoja dziecina zda egzamin wstepny do najlepszego gimnazjum w miescie jakim
    > jest np NYC czy Londyn to wtedy bedzie mial pojecie o poziomie edukacji.

    Mój syn będzie piłkarzem tongue_out


    > Mozliwe ze w UK nie ma takich rankingow jak w USA i nie ma egzaminow wstepnych
    > do najlepszych gimnazjow,to wtedy sie nigdy nie dowiesz jak dobra edukacja wygl
    > ada.

    Ważne, żeby miliony euro zarabiał, coby jego żona była zadowolona tongue_out
  • olena.s 15.11.13, 15:40
    Fogito, naprawdę, już żeśmy się o to przeżarły wszakże?
    Ale proszę, specjalnie dla pani, reasumpcja moich poglądów:
    1. Nie interesują mnie genialne dzieci inteligenckich ematek, troskliwych, oblatanych i posiadających bogate zbiory książek. To jest mniejszość, moje panie, i dla obrazu sytuacji jest totalnie nieistotne, że nasze inteligenckie dzieci czytają od kołyski.
    2. Dziecko, które z dowolnych powodów jeszcze nie czyta, albo czyta słabo, albo nawet czyta sprawnie, ale nie miało okazji polubić książek, zmuszone do czytania konkretnej pozycji przeczyta ją lub nie, ale przy okazji raczej znielubi lekturę niż odwrotnie.
    3. Takie dziecko ma szansę na wejście w czytelnictwo tylko, jeżeli coś je zachywci, zaciekawi, spowoduje, że uzna książki za przedmiot obiecujący rozrywkę i przyjemność. Lektura szkolna (każda obowiązkowa lektura zresztą) komuś może się spodobać, a komuś za cholerę nie, i dotyczy to tak samo 'Trędowatej' jak 'W stronę Swana'. I oto mamy część dzieci, które książkę przeczytają słabo, a przy okazji znielubią czytanie.
    4. Zmienić to mozna nie dowalając kolejne lektury obowiązkowe, testy i sprawdziany, ale wdrażając czytanie dla przyjemności jako element edukacji przedszkolno-szkolnej, czy może kultury przedszkolno szkolnej.
    5. Program minimum - moim zdaniem - powinien objąć grupę nieczytelników i początkujących czytelników - zdaje się, że okres przyswajania umiejętności czytania konkluduje się w wieku 11 -12 lat, ale w sytuacji trwałego niedoboru niech będą pierwsze 3-4 szkolne klasy. Plus choćby zerówka, oczywiście.
    6. Program powinien zakładac stały kontakt dziecka z książką na bazie swobdnego wyboru treści. Książki powinny być obecne i intensywnie użytkowane także w klasach. Sądzę, że obyczaj 'mojej' szkoły, kiedy kilka razy w tygodniu pewna część dnia poświęcona jest na czytanie, to dobry trop. Dzieci powiny móc wypożyczać książki także ze zbiorów klasowych.
    7. Dzieci łatwo kupują temat od innych dzieci. Działania typu peer-to-peer bywają bardzo skuteczne. Dzieci mogą opowiadać o tym, co ciekawego przeczytały, pokazywać, pożyczać sobie wzajemnie książki, można robić wystawę okładek można mnóstwo.
    8. Atrakcyjne podanie tematu - to jest to. Może czytanie nocne w szkole w śpiworach? Może miesiąc ksiązki, kiedy dzieci odpowiadają na pytanie 'co dziś czytałeś?' - nie na stopień, tylko ot, tak, żeby wprowadzić temat codziennej lektury do klas. Zwyczajnie pierwszych piętnaście minut lekcji można poświęcić na taką rozmowę. Może można robić zakładki, loterie, a nawet konkurs zespołowy w rodzaju Wielkiej gry? Może można zrobić coś, co zamiesza szkolny dzień - u nas była przez tydzień akcja 'rzuć wszystko i czytaj' - odzywał się dzwonek i dzieciaki rzucały matmę, wf, robale i zajmowały się przez kwadrans lekturą. Sądzę, że fajnych pomysłów jest mnóstwo, i nie jest to coś, co by wymagało jakichś ogromnych i kosztownych wysiłków.
    9. A co do tego ma moja ostra niechęć do lektur obowiązkowych? Ano to, że te dwie rzeczy - czyli obowiązek, narzucona treść, rozliliczanie i stopnie kłócą się z przyjemnością i rozrywką. I oczywiście, dziecko, które czyta i czytać lubi może przeczytać także pozycję nudną. Ale jeżeli przyjemności i atrakcji nikt dzieciom nie pokazuje, za to rozlicza się je Puca czy Wyśmiewaczka, to może i wypuścimy kolejną generację, która otrze się o Goethego i Krasińskiego, ale znow nie będzie to generacja czytelników.
    Tylko 11 procent Polaków czyta powyżej 7 ksiazek rocznie. Dobrze byłoby coś z tym zrobić.

    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • joa66 15.11.13, 17:01
    Ja też wielokrotnie to mówiłam , ale powtórzę. Lektura nie musi z załozenia czytana samodzielnie. To zależy od sytuacji. I właśnie ze wzgledu na mniej uprzywilejowane dzieci ,szkoła powinna je wprowadzić w swiat literatury, tej klasycznej też. Czy zrobi to nauczyciel czy bibliotekarka na lekcjach bibliotecznych to nie jest istotne.
  • joa66 15.11.13, 17:06
    8. Atrakcyjne podanie tematu - to jest to. Może czytanie nocne w szkole w śpiworach? Może miesiąc ksiązki, kiedy dzieci odpowiadają na pytanie 'co dziś czytałeś?' - nie na stopień, tylko ot, tak, żeby wprowadzić temat codziennej lektury do klas. Zwyczajnie pierwszych piętnaście minut lekcji można poświęcić na taką rozmowę. Może można robić zakładki, loterie, a nawet konkurs zespołowy w rodzaju Wielkiej gry? Może można zrobić coś, co zamiesza szkolny dzień - u nas była przez tydzień akcja 'rzuć wszystko i czytaj' - odzywał się dzwonek i dzieciaki rzucały matmę, wf, robale i zajmowały się przez kwadrans lekturą. Sądzę, że fajnych pomysłów jest mnóstwo, i nie jest to coś, co by wymagało jakichś ogromnych i kosztownych wysiłków.

    Naprawdę mozna robic to co powyżej a oprócz tego nauczyciel może zadać do domu przeczytanie krótkiego wiersza Tuwima, kiedy dzieci już mniej więcej czytają PLUS np przeczytać dzieciom legendę o Złotej Kaczce (tym z Warszawy, a dzieciom z innego regionu inną).

    Też pisałam o tym wielokrotnie I też nigdy nie odpowiedziałaś 'bo ze mną nie rozmawiasz" wink
  • fogito 15.11.13, 22:18
    olena.s napisała:

    > Tylko 11 procent Polaków czyta powyżej 7 ksiazek rocznie. Dobrze byłoby coś z t
    > ym zrobić.
    >

    Olena. Ulituj się. Mam w domu Amerykanina w wieku średnim, który odkąd go znam 15 lat przeczytał może 2 książki. I to jest efekt edukacji bezlekturowej. Ja zaś- 'katowana' lekturami od kołyski połykam jedną książkę na tydzień odkąd zaczęlam czytac w wieku 5 lat. Nie przekonasz mnie absolutnie, że lektury zabijają chęć do czytania. Może brak umiejętności czytania zabija tę chęć ale nie same książki.
  • olena.s 15.11.13, 22:48
    Fogito, odkładając na bok USA i twoją na tym tle obsesję, sytację w kraju mamy taką, że wylekturowane społeczeństwo nie czyta - na poziomie zastraszającym. Po zapoznaniu się z klasykami rzuca książki po maturze i cześć. Zostaje nieliczna garstka maniaków słowa pisanego, a reszta - szkoda gadać.
    Więc albo Polacy organicznie nie nadają się na czytelników, brak im jakiegoś genu, na przykład, i nie czytaliby w żadnych okolicznościach, albo coś w naszym trybie edukacji mocno nie przynosi efektów (lub wręcz przynosi efekty odwrotne).
    I nie wyjeżdżaj mi proszę z domem rodzinnym, bo po pierwsze różne domy i różnych rodziców mają również te nacje, które czytają 2, 3, i 4 razy więcej niż Polacy. A po drugie łatwiej wpłynąć na tryb kształcenia, a trudniej na 10 milionów gospodarstw domowych,
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • joa66 15.11.13, 23:25
    www.statisticbrain.com/reading-statistics/
    Total percentage of american adults who can’t understand the labels on their prescriptions 46%

    Total percentage of U.S. adults who are unable to read an 8th grade level book
    50%

    Total percent of U.S. high school graduates who will never read a book after high school
    33%

    Total percentage of college students who will never read another book after they graduate 42%

    Total percentage of U.S. families who did not buy a book this year
    80%

    Total percentage of adults that have not been in a book store in the past 5 years
    70%
  • joa66 16.11.13, 00:25
    www.telegraph.co.uk/news/uknews/1512778/Catastrophe-of-undergraduates-who-cannot-write-a-basic-sentence.html
    British undergraduates are incapable of composing even the most basic English sentences, according to a damning new report.
    The Royal Literary Fund study, due to be published later this month, describes the writing skills of young people starting university as a public catastrophe.


    ***

    Absent, in many cases, is any sense of confident fluency, of knowing how to mount an argument, how to articulate it with clarity and consistency and how to see it through to a decent conclusion."

    Dobranocsmile
  • fogito 16.11.13, 06:54
    joa66 napisała:

    >
    > Total percentage of college students who will never read another book af
    > ter they graduate 42%
    >
    > Total percentage of U.S. families who did not buy a book this year
    > 80%
    >
    > Total percentage of adults that have not been in a book store in the past 5 yea
    > rs
    > 70%

    Gorzej niż można by się spodziewać. A lektur w szkole nie mieli surprised
  • olena.s 16.11.13, 12:55
    Fogito, wszędzie, wszędzie jest problem z czytaniem (definiowanym jako spadek odsetka czytelników), dlatego właśnie jak świat zachodni długi i szeroki staje się na uszach, poszukując rozwiązania. Nie rozumiem jednak tego podejścia: o ja cię, może i w Polsce nie czyta 89 procent ludzi, ale co tam, cieszmy się, że gdzieś nie czyta 25 procent, ha ha.
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • azjaodkuchni 16.11.13, 13:38
    W każdym systemie są szkoły dobre i mniej dobre. Każdy system ma wady i zalety. Jeśli chodzi o lektury to bardzo cenię fakt, że w podstawówce mojego dziecka nie ma lektur obowiązkowych. Ja do dziś wspominam jak trawiłam Puca Bursztyna i gości i Sierotę Marysię. Zniechęciło mnie to do czytania lektur na długie lata. Dobrze pamiętam, że w pierwszej klasie polskiej podstawówki sprawność czytania była bardzo różna i żaden nauczyciel nie mógłby dobrać lektury dla wszystkich dzieci. To co było możliwe do czytania dla dzieci ledwo czytających było zbyt nudne dla dzieci czytających już sprawnie. Gdyby każdy czytał co chciał nikt by się nie zniechęcił i może więcej dzieci lubiło by czytanie tak po prostu.

    Podglądam czasem pracę w singapurskim gimnazjum i widzę , że tu
    czytanie tekstu źródłowego czy lektury do tematu jest normą. Ciężko rozmawiać o klasykach literatury z kimś kto nie znam żadnej powieści przecież.

    Dorośli singapurczycy czytają dużo więc może to jest sposób?
    --
    azjaodkuchni.blogspot.sg/
  • olena.s 16.11.13, 14:11
    Azja, a jak wygląda praca z literaturą w waszej podstawówce?
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • fogito 16.11.13, 06:52
    olena.s napisała:

    > Fogito, odkładając na bok USA i twoją na tym tle obsesję,

    Wiesz. Ty masz obsesję na tle lektur. I ja nie wiem dlaczego. Bo lektura to książka jak każda inna. Jak ktoś umie czytać to przeczyta bez bólu.

    sytację w kraju mamy
    > taką, że wylekturowane społeczeństwo nie czyta - na poziomie zastraszającym. P
    > o zapoznaniu się z klasykami rzuca książki po maturze i cześć. Zostaje nieliczn
    > a garstka maniaków słowa pisanego, a reszta - szkoda gadać.

    Ale moim zdaniem lektury nic tu do rzeczy nie mają. Może Polacy z lenistwa nie czytają. Nie wiem. Wokół mnie czytają wszyscy. Za to znani mi Amerykanie poza teściową nie czytają. I lektur nie mieli. Więc ja bym dała sobie luzu z tą krucjatą przeciwko lekturom


  • olena.s 16.11.13, 14:04
    Biblioteka Narodowa ocenia sytuację polską jako zapaść, i to zapaść utrwaloną. Nie zetknęłam się z opiniami podważającymi rzetelność tych badań - kiedyś je tu linkowałam zresztą - więc zakładam, że odpowiadają one rzeczywistości.
    I fakt, że ty akurat zyjesz w jakiejś enklawie czytaczy nie zmienia ogólnego obrazu sytuacji ani na jotę. Mieszkasz w tych 11 procentach, i to jest bardzo miło, ale nic z tego nie wynika.

    Nie wiem, czy lektury obowiązkowe mają znaczenie decydujące dla tej polskiej zapaści, i z ogromnym zainteresowaniem przeczytałabym badania w tym zakresie. Moim zdaniem mają znaczenie ogromne o tyle, że snobistyczne - bo to jest czysty żywy snobizm - skoncentrowanie się na konieczności wtłaczania uczniom klasyków uniemożliwa spojrzenie na wdrażanie czytelnictwa jako przyjemności, a nie - obowiązku, może i ciężkiego, może niemiłego ale absolutnie nieodzownego. (Dlaczego obowiązek ten będzie ciężki i niemiły dla części dzieci pisałam wcześniej).
    Poza tym istnienie lektur obowiązkowych oznacza zwolnienie przeciętnych nauczycieli i bibliotekarzy (oraz tych, którzy budżetują szkoły) z myślenia o ksiązkach, które mogą dzieci zaciekawić. Po co szukać recenzcji nowej Pii Lindbaum, Nordkvista czy inneo Kasdepke, skoro zawsze w pierwszej klasie dzieci czytają Plastusia, a w III Puca?
    I wreszcie pozostają dwie prozaiczne kwestie: pieniądze i czas. Kupując Puca w liczbie 30 egzemplarzy nie kupimy 30 innych, roznorodnych tytułów. A może w ogóle kupic tylko pięć ksiażek w tym roku, bo te egzemplarze Plastusia z 1958 jeszcze całkiem niezłe są.
    Dalej, zużywając czas na sprawdzanie, odpytywanie i omawianie lektury obowiązkowej nie będziemy mieć czasu na czytanie w klasie czegokolwiek innego. I oczywiście nie będziemy szukać innych możliwości pracy z tekstem - w końcu tego Puca czy Plastusia od przedwojny piłują, zawsze wszyscy muszą przeczytać tę samą książkę w tym samym czasie, to po co się męczyć i kombinować jak inaczej mówić o książkach? W końcu dresy nie muszą czytać dla przyjemności, dość że szkoła wyniośle wskaże im Plastusia i Balzaka.



    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • joa66 16.11.13, 14:53
    Po co szukać recenzcji nowej Pii Lindbaum, Nordkvista czy inneo Kasdepke, skoro zawsze w pierwszej klasie dzieci czytają Plastusia, a w III Puca?


    Znowu mylisz pojęcia. Nikt chyba nie twierdzi, że obecna lista lektur jest idealna czy nawet dobra. I dlatego jej układaniem powinni się zająć specjaliści a nie urzędnicy jak do tej pory.
  • olena.s 16.11.13, 15:29
    Nie odpowiem, poniewaz nie mam ochoty z toba rozmawiac. Wiec skoro ignorujesz moja prosbe, pogodz sie z mysla, ze odpowiadac ci wiecej nie bede - bez wzgledu na tezy i antytezy.
    --
    Życie w Zatoce Perskiej
  • joa66 16.11.13, 15:44
    olena- wiem już pisałaś smile Naprawdę nie musisz powtarzać. Moje komentarze są skierowane do wszystkich czytających.
  • joa66 16.11.13, 14:58
    Wiele autorytetów załamuje ręce nad czytaniem, pisaniem społeczeństwa. Na całym świecie -patrz linki. I brak lektur jakoś tego nie zmienił na lepsze.

  • di_kormia 16.11.13, 16:36
    chyba ne masz zielonego pojecia, jak wyglada układanie list ew. lektur- juz dlugo, NB nic takieog nie ma. urzednicy nie aja wiele do powiedzenia- zapisuja sugestie specjalistów.
  • fogito 16.11.13, 22:49
    di_kormia napisała:

    > chyba ne masz zielonego pojecia, jak wyglada układanie list ew. lektur- juz dlu
    > go, NB nic takieog nie ma. urzednicy nie aja wiele do powiedzenia- zapisuja sug
    > estie specjalistów.

    Nauczyciele mają teraz wielką dowolność, więc mogą wybrać praktycznie każdą książkę do lektur. Ja Kasdepke nie znoszę, ale syn ma go w lekturach. Chyba jakieś mity dla dzieci.
  • fogito 16.11.13, 22:47
    olena.s napisała:

    >
    > Dalej, zużywając czas na sprawdzanie, odpytywanie i omawianie lektury obowiązko
    > wej nie będziemy mieć czasu na czytanie w klasie czegokolwiek innego. I oczywiś
    > cie nie będziemy szukać innych możliwości pracy z tekstem - w końcu tego Puca c
    > zy Plastusia od przedwojny piłują, zawsze wszyscy muszą przeczytać tę samą ksią
    > żkę w tym samym czasie, to po co się męczyć i kombinować jak inaczej mówić o ks
    > iążkach? W końcu dresy nie muszą czytać dla przyjemności, dość że szkoła wynioś
    > le wskaże im Plastusia i Balzaka.

    Demonizujesz Olena. Syn w szkole brytyjskiej ma mniej polskiego niż w polskich szkołach a jest czas na wszystko. I na lektury i na czytanie w klasie na głos i na wypracowania i na ćwiczenia i na projekty.
    Nie wiem, czy twoje dziecko ma problem z lekturami, ale wydaje mi się, że robisz z igły widły. Są ludzie, którzy czytac nie będą niezależnie od lektur i tacy co czytać będą włącznie z lekturami. Może trzeba się z tym pogodzić.


    >
    >
  • olena.s 17.11.13, 06:49
    Nie Fogito.
    Szukam rozwiązania problemu nieczytających polskich dzieci, nie własnego.
    Jak zapewne wiesz, Brytyjczycy wyszacowali, że fakt, czy dziecko z bodajże czwartej klasy czyta dla przyjemności w wolnym czasie jest istotniejszym prognostykiem sukcesu edukacyjnego niż pochodzenie społeczne i dochody w rodzinie, czyli nasz osławiony kapitał kulturowy. I że czytanie szesnastolatków dla przyjemności w wolnym czasie jest jedyną pozaszkolną aktywnością, która wyraźnie koreluje z późniejszym sukcesem zawodowym, w sensie uzyskania zawodów wysoko kwalifikowanych czy stanowisk zarządzających.
    A w Polsce z czytaniem jest bardzo słabo.
    Przy tym mało zachęt czytelniczych plus te upiorne lektury... W szkole (w sensie reguły, a nie szczytnych wyjątków) jest odpytywanie i idiotyczne porównywanie statystyk bibliotecznych, prowokujace do oszustwa i gry pozorów. Nie ma budowania fanu wokół czytania książek... Jest oczywiście 'Cała Polska Czyta Dzieciom', ale skierowana jest do rodziców.
    Można oczywiście założyć, że Polacy są nacją, która nie jest zdolna do czytania i skazana jest przez to na tworzenie światowej klasy niższej. Ale osobiście odmawiam uwierzenia w to, zarówno ze względów światopoglądowych jak i praktycznych. W końcu widzę efekty innego podejścia do dzieci w innej szkole, i owszem, na pewno są to dzieci lepiej uposażone kulturowo niż dzieci ze Stalowej, ale też nie są to żadne powybierane geniusze z IQ 150 i lepiej.
    I zależy mi, żeby takie same efekty zobaczyć u polskich dzieci z normalnych szkół rejonowych.
  • fogito 17.11.13, 07:02
    olena.s napisała:

    > Nie Fogito.
    > Szukam rozwiązania problemu nieczytających polskich dzieci, nie własnego.

    wink To jakaś misja? Wcześniej pisałaś, że twoje dziecko (syn?) ma problemy z polskim czytaniem, więc może boisz się powrotu do POlski i do owych demonicznych lektur, które zjadają czytelnika żywcem

    > Jak zapewne wiesz, Brytyjczycy wyszacowali, że fakt, czy dziecko z bodajże czwa
    > rtej klasy czyta dla przyjemności w wolnym czasie jest istotniejszym p
    > rognostykiem sukcesu edukacyjnego niż pochodzenie społeczne i dochody w rodzini
    > e, czyli nasz osławiony kapitał kulturowy. I że czytanie szesnastolatków dla
    > przyjemności w wolnym czasie
    jest jedyną pozaszkolną aktywnością, która w
    > yraźnie koreluje z późniejszym sukcesem zawodowym, w sensie uzyskania zawodów w
    > ysoko kwalifikowanych czy stanowisk zarządzających.

    Och ci brytyjczycy. Nie wiem, czy ich młodzież ma czas na czytanie, bo jak się zerwie z łańcucha to w pubach siedzi. Statystyka to jedno a życie to drugie.

    > A w Polsce z czytaniem jest bardzo słabo.

    Statystycznie, bo w realu tego nie widzę. Empik zawalony czytającymi, że przejść nie można. W bibliotece na Pradze złapanie lepszej książki graniczy z cudem, bo ciągle w obiegu. Nie jest tak źle, choć oczywiście sa ludzie, którzy nie czytają wcale.

    > Przy tym mało zachęt czytelniczych plus te upiorne lektury...

    Dla Ciebie upiorne... skonsultowałabym tez fobię ze specjalistą wink

    W szkole (w sens
    > ie reguły, a nie szczytnych wyjątków) jest odpytywanie i idiotyczne porównywani
    > e statystyk bibliotecznych, prowokujace do oszustwa i gry pozorów. Nie ma budow
    > ania fanu wokół czytania książek... Jest oczywiście 'Cała Polska Czyta Dziecio
    > m', ale skierowana jest do rodziców.

    Man! Ależ nie jest tak źle obawiam się. Z tego co donoszą dzieci znajomych z polskich szkół, to nie ma jakiegoś dramatu. Dzieciaki czytają co chcą + lektury.

    > Można oczywiście założyć, że Polacy są nacją, która nie jest zdolna do czytania
    > i skazana jest przez to na tworzenie światowej klasy niższej. Ale osobiście od
    > mawiam uwierzenia w to, zarówno ze względów światopoglądowych jak i praktycznyc
    > h. W końcu widzę efekty innego podejścia do dzieci w innej szkole, i owszem, na
    > pewno są to dzieci lepiej uposażone kulturowo niż dzieci ze Stalowej, ale też
    > nie są to żadne powybierane geniusze z IQ 150 i lepiej.

    Dzieci ze Stalowej mają bibliotekę na Ząbkowskiej i nie tylko. Mają tam też komputery i fajne konkursy plastyczne i czytelnicze. Widziałam efekty tych działań w postaci wystaw. Ciągle uderzasz w dramatyczną nutę. Myślę, że statystyczny Plak po prostu uwielbia leżeć przed telewizorem w wolnym czasie tak jak mój amerykański mąz i dlatego statystykę czytelniczą nam obniża.

    > I zależy mi, żeby takie same efekty zobaczyć u polskich dzieci z normalnych szk
    > ół rejonowych.

    Nie ma czegoś takiego jak normalne szkoły rejonowe. Każda jest inna. Ja wyszłam z małej wiejskiej szkółki i tam się czytało na potęgę. Ale to były czasy bez komputerów, tabletów i komórek. Teraz dzieciaki się zachłystują elektroniką i jeśli czytają, to z czytników a nie z książek. Może jak pierwsza fascynacja elektroniką minie to wrócą do tradycyjnych książek. Moim zdaniem lektury lub ich brak ma się nijak do chęci późniejszego czytania.
  • olena.s