Dodaj do ulubionych

Problemy z pierwszakiem

11.09.18, 09:46
Ja wiem że dopiero drugi tydzień szkoły ale mamy problem. Synek w I kl, wchodząc do szkoły to jest kłębek nerwów, łzy w oczach albo i płacz. Do końca nie możemy dojść o co chodzi. Pani wydaje się miła, syn potwierdza, poza tym opinie ma bardzo dobre. W klasie jest kilka osób znanych mu z przedszkola ( trzech chłopców i trzy dziewczynki, nie byli to jego przedszkolni ulubieńcy ale nie miał z nimi żadnych konfliktów, nie jest też tak że miał jakiegoś przyjaciela z którym go rozdzielono ), siedzi w ławce z chłopcem też znanym mu z widzenia z przedszkola, choć z innej grupy. Podobno chłopiec fajny. Synek do szkoky wydaje się przygotowany więcej niż dobrze. Prawie płynnie czyta, matematyka na poziomie kl I to dla niego kupa śmiechu ( ponieważ na samym początku obawiał się lekcji zrobiłam z nim w domu kilka zadań z końca podręcznika i poszły gładko, chyba uwierzył że da sobie z lekcjami radę, wychowawczyni też już mi mówiła że na lekcjach z poleceniami radzi sobie świetnie ). Jego chyba jakoś deprymuje szkolna atmosfera, nie może poradzić sobie ze stresem związanym z ilością dzieci, tłokiem, hałasem, zamieszaniem, ciasnota ( na to wprost narzeka ) czy ja wiem co tam jeszcze. Przyznam że jestem zdziwiona az taka reakcja. Wiem że jest dzieckiem dość wrażliwym, potwierdzono to w diagnozie szkolnej, ale nie jakoś wybitnie wrażliwym. Pierwsze trzy lata chodził do malenkiego przedszkola i gdyby stamtąd trafił do szkoły może bym się nie dziwiła. Ale do zerówki poszedł do normalnego dość dużego przedszkola i odnalazł się bardzo dobrze. Już po kilku dniach panie mówiły że świetnie się zachowuje, bez problemu wszedł w grupę dzieci. Ma też doświadczenie z zajęciami z innymi prowadzącymi niż przedszkolna ciocia. Chodził na basen, na piłkę, w przedszkolu na różne dodatkowe zajecia, niektóre nawet w szkole do której teraz trafił więc tą szkołę też już troszkę poznał. Wie co i gdzie ma robić w szatni, wie która to jego klasa, gdzie toaleta itp. A mimo to strasznie się stresuje i peszy. Każde odstępstwo od tego co sobie myślał powoduje stres. Np wychowawcy generalnie odbierają pierwszaków z szatni. Zwykle gdy przychodzimy jeszcze pani nie ma, a wczoraj już była no i płacz bo pomyślał ze się spóźnił. Dziś znowu pani nie było bo pierwsza jest informatyka z innym nauczycielem. Nie było też nikogo z jego klasy ( było na drugą lekcje, może wszyscy przyszli wcześniej i byli w świetlicy ). Wszystkich pierwszaków dziś na górę do sal odprowadzała woźna. Już widziałam panikę w oczach ze nie ma jego klasy, jego pani. Ki diabeł ? Szkole wybrałam z kilku powodów m. in dlatego że ma bogatą ofertę różnych zajęć pozalekcyjnych .Nie chce nic, wczoraj z miną mordercy nie chciał wejść nawet na zajęcia pokazowe i to z dziedziny która bardzo lubi. Nie usiadł z dziećmi tylko osobno i nic nie robił. Nie o to chodzi że ja chcę pierwszaka obarczyć nie wiadomo jakimi zajęciami. Po prostu lekcje kończą ok 12, ja jednak pracuje po 8h, babcią może go odbierać ale to chyba nie o to chodzi żeby sobie od 13 siedział na tyłku i TV oglądał. Te zajęcia to tylko tak dla zabicia czasu, żeby nie siedział w świetlicy, do której zresztą też chodzić nie chce - nuda. On generalnie bywa dzieckiem humorzastym, właściwie od urodzenia no ale nie jakimś zaleknionym. Czasem zupełnie obcy człowiek go zagada i on chętnie rozmawia, ludzie wręcz mówią że jest wygadany. A tu miną marsowa, nos na kwintę wszystko jest nudne albo głupie albo oba na raz. Co z tym robić ? W ogóle coś ? Czy czekać że samo przejdzie ?
Edytor zaawansowany
  • kysu 11.09.18, 10:05
    a ile syn ma lat?
    przygotowanie do szkoły pod względem merytorycznym to nie wszystko. czasami wychodzi niedojrzałość emocjonalna i na to sytuacja wskazuje.

    --
    --
    Hesia
    [WRO]
  • julita165 11.09.18, 10:14
    kysu napisała:

    > a ile syn ma lat?
    > przygotowanie do szkoły pod względem merytorycznym to nie wszystko. czasami wyc
    > hodzi niedojrzałość emocjonalna i na to sytuacja wskazuje.
    >
    Za miesiąc skończy 7. Panie w zerówce miał naprawdę świetne, diagnoza szkolna też pozytywną. Nawet bardzo. Spotkałam jedną z nich wczoraj i opowiedziałam sytuację. Stwierdziła że to nie jest dziecko które w nowe sytuacje wchodzi jak w masło ale jednak trochę dziwne.
  • kysu 11.09.18, 10:18
    w ogóle nie jest mi to dziwne.
    w każdej klasie znajdziesz dziecko, które się nie odnajduje w nowej rzeczywistości. ja też beczałam, chowałam się po kątach. ale przeżyłam! nawet studia skończyłam.

    trzeba popracować nad stroną emocjonalną. umocnić syna w przekonaniu, że da sobie radę. o triki i sposoby musisz podpytać specjalistów lub poszperać w sieci i popróbować.

    --
    --
    Hesia
    [WRO]
  • kysu 11.09.18, 10:19
    pamiętaj, że to duża zmiana. nie ma zabawy, tylko siedzenie w ławkach, jest dyscyplina, nowe okoliczności, osoby, porządek dnia.

    --
    --
    Hesia
    [WRO]
  • julita165 11.09.18, 10:33
    kysu napisała:

    > pamiętaj, że to duża zmiana. nie ma zabawy, tylko siedzenie w ławkach, jest dys
    > cyplina, nowe okoliczności, osoby, porządek dnia.
    >
    Ja to wszystko rozumiem. Nie mam pretensji do syna tylko się martwię i chce mu pomóc. Z dyscyplina to on raczej nie powinien mieć problemu. Już w zerówce był chwalony za to jak wykonuje pracę, zadania, podporządkowuje się poleceniom nauczyciela, w stosunku do dzieci też z tych grzecznych, w przedszkolu mówiono że nikogo nie zaczepia ale na głowę też sobie wejść nie da. Na pewno narzeka na ciasnotę w klasie ( przyznaje, jest bardzo ciasno ) jako najwyższy siedzi na końcu, za plecami ma szafki, no przeszkadza mu ten brak przestrzeni. Dziwi mnie też że nie wychodzą na przerwy. Nie może też zdążyć zjeść śniadania ( on z niejadkow, w dodatku rzeczywiście wolno je, wszystko bardzo dokładnie przeżuwa, nigdy go nie popedzam bo przecież podobno tak jest zdrowo ). Żeby nie było totalnego ścisku w świetlicy w najbardziej obleganych godzinach czyli 12-15 mniejszymi grupami prowadzą ich do różnych, pustych już klas. Tam znowu tylko takie zabawy stoliczkowe, chyba ma ich dość. Siedzi i nic nie robi, kredki i karton to mu mało, nie jest fanem prac plastycznych. Jest plac zabaw, wychodzą co prawda codziennie ale grupami, po pół h, czasem się zalapue, czasem nie bo już zdąży iść do domu ( na razie odbiera go babcią lub ja zwiewam z pracy, dłużej niż godzinę dotąd w świetlicy nie był ). Jak raz wyszli cala grupa swietlicowa chyba setki dzieci to ja oniemiałam na ten widok.
  • kysu 11.09.18, 11:26
    witaj w polskiej szkole.
    każde dziecko czuje to samo. jedni sobie radzą lepiej a inni gorzej.

    --
    --
    Hesia
    [WRO]
  • truscaveczka 11.09.18, 10:24
    Ja nie wiem, czy ty dobrze rozumiesz ideę szkoły i swoje własne dziecko też, w sumie.
    Dojrzałość szkolna nie oznacza czytania i liczenia, tylko odpowiedni poziom samokontroli i pewną odpowiednią dla wieku równowagę emocjonalną. To raz.
    Dwa - minął tydzień szkoły, dajże dziecku się odnaleźć w nowej sytuacji, adaptacja może trwać i parę miesięcy, to coś zupełnie innego niż zerówka czy przedszkole.
    Trzy - przestań, na ile dasz radę, rozkminiać w kółko i robić z tego problem. Obserwuj, bierz wdech i nie reaguj wink To dobrze działa, żeby w emocjach nic nie robić.
    A jeśli nauczycielka jest bystra, to faktyczne trudności czy dysfunkcje wyłapie i da ci znać.

    --
    Ci z was, którzy myślą, że wiedzą wszystko, są bardzo irytujący dla tych z nas, którzy rzeczywiście wszystko wiedzą. /Agatha Christie/
  • julita165 11.09.18, 10:44
    truscaveczka napisała:

    > Ja nie wiem, czy ty dobrze rozumiesz ideę szkoły i swoje własne dziecko też, w
    > sumie.
    > Dojrzałość szkolna nie oznacza czytania i liczenia, tylko odpowiedni poziom sam
    > okontroli i pewną odpowiednią dla wieku równowagę emocjonalną. To raz.
    Ja o tym wiem. Czytanie zaczęło się od tego że panie w zerówce po feriach zimowych powiedziały że dobrze byłoby, choc niby w szkole to nie jest wymagane, żeby dziecko czytało codziennie, po 10 minut chociaż, po parę zdań. Nie poszło nam to trudno, do Wielkanocy czytał. Bez specjalnej napinki do tego podeszłam no ale jednak starałam się regularnie. Z matematyką to inna sprawa. Moja mama jest matematykiem , od urodzenia dużo czasu z moim synkiem spędza. Jakby się nie bawili i tak zawsze wychodziło jej liczenie 😁. Tak mimochodem, w zabawie , bez wysiłku dodaje i odejmuje bez ograniczeń, rozumie proste ułamki, wie co to liczba ujemna, obecnie powoli ogarnia mnożenie i dzielenie. Też oczywiście w zabawie, nikt mu w domu lekcji nie urządza i nie urządzał.
    > Dwa - minął tydzień szkoły, dajże dziecku się odnaleźć w nowej sytuacji, adapta
    > cja może trwać i parę miesięcy, to coś zupełnie innego niż zerówka czy przedszk
    > ole.
    Jasne. Tylko ja go znam. Obawiam się że negatywne podejście może się pogłębić i któregoś dnia będę musiała go siła do szkoły zaciagnac. Wolałabym wcześniej zareagować. On jest też dzieckiem skrytym. Może mi długo nie mówić o swoich problemach, obawach a potem wybuchnąć.
    > Trzy - przestań, na ile dasz radę, rozkminiać w kółko i robić z tego problem. O
    > bserwuj, bierz wdech i nie reaguj wink To dobrze działa, żeby w emocjach nic nie
    > robić.
    Przy synu staram się w ogóle nie wspominać o moich obawach, mówię o szkole jak o fajnej przygodzie, po 20 razy dziennie zapewniam go jakim jest super chłopakiem.

    > A jeśli nauczycielka jest bystra, to faktyczne trudności czy dysfunkcje wyłapie
    > i da ci znać.
    Mam nadzieję. Wczoraj z nią chwilę rozmawiałam to go bardzo chwaliła ale to dlatego że on dobrze wykonuje pracę i jest grzeczny. Zauważyła tylko że jest bardzo cichy.
  • truscaveczka 11.09.18, 11:24
    julita165 napisała:

    > Przy synu staram się w ogóle nie wspominać o moich obawach, mówię o szkole jak
    > o fajnej przygodzie, po 20 razy dziennie zapewniam go jakim jest super chłopaki
    > em.
    >
    I z tego wyczuje, że się niepokoisz, serio mówię. Dzieci są z natury empatyczne i doskonale wyczuwają emocje rodziców i łatwo im się owe emocje udzielają.
    --
    Ci z was, którzy myślą, że wiedzą wszystko, są bardzo irytujący dla tych z nas, którzy rzeczywiście wszystko wiedzą. /Agatha Christie/
  • kysu 11.09.18, 11:30
    julita165 napisała:

    > Jasne. Tylko ja go znam. Obawiam się że negatywne podejście może się pogłębić i
    > któregoś dnia będę musiała go siła do szkoły zaciagnac. Wolałabym wcześniej za
    > reagować. On jest też dzieckiem skrytym. Może mi długo nie mówić o swoich probl
    > emach, obawach a potem wybuchnąć.

    ale tak może się stać. ino jest sztab specjalistów - przecież możesz iść do psychologa, przebadają, doradzą ... możesz pracować nad nim i zobaczyć poprawę a może być gorzej i trzeba będzie bardziej się zaangażować.

    to dopiero 2 tydzień.
    --
    --
    Hesia
    [WRO]
  • julita165 11.09.18, 11:47
    kysu napisała:

    > julita165 napisała:
    >
    > > Jasne. Tylko ja go znam. Obawiam się że negatywne podejście może się pogł
    > ębić i
    > > któregoś dnia będę musiała go siła do szkoły zaciagnac. Wolałabym wcześn
    > iej za
    > > reagować. On jest też dzieckiem skrytym. Może mi długo nie mówić o swoich
    > probl
    > > emach, obawach a potem wybuchnąć.
    >
    > ale tak może się stać. ino jest sztab specjalistów - przecież możesz iść do psy
    > chologa, przebadają, doradzą ... możesz pracować nad nim i zobaczyć poprawę a m
    > oże być gorzej i trzeba będzie bardziej się zaangażować.
    >
    > to dopiero 2 tydzień.

    Co to znaczy "bardziej się zaangażować" ?
    On naprawdę nie jest jakiś bojek ! W czerwcu był tydzień na zielonym przedszkolu, wrócił bardzo zadowolony. Panie też go chwaliły. Przez wakacje wydawslo mi się wydoroślał , wszystko sam - sam sobie kupi, sam zamówi, sam znajdzie, zapyta, załatwi. Bywało że miał zajęcia z zupełnie obcym człowiekiem. Np z instruktorem narciarstwa. Od razu - cześć jestem Ziutek, jedziemy i po 2h spokojnie z obcym człowiekiem dawał radę. Z rówieśnikami też, może nie jest z niego jakaś duszą towarzystwa ale odnajdywał się w towarzystwie bez jakiś stresów.
  • truscaveczka 11.09.18, 12:11
    Moje dziecko w sytuacjach, które opisujesz też jest superodważne. A w szkole zupełnie inne. No kurcze, dorosłej kobiecie trzeba tłumaczyć, że człowiek na grillu ze znajomymi inaczej się zachowuje, niż przed kolonoskopią? wink

    --
    Ci z was, którzy myślą, że wiedzą wszystko, są bardzo irytujący dla tych z nas, którzy rzeczywiście wszystko wiedzą. /Agatha Christie/
  • kysu 12.09.18, 10:17
    cały czas piszesz jaki jest i jak się zachowuje w szkole. i tak w kółko.
    a pomyśl co możesz zrobić dla niego.

    --
    --
    Hesia
    [WRO]
  • julita165 12.09.18, 10:43
    kysu napisała:

    > cały czas piszesz jaki jest i jak się zachowuje w szkole. i tak w kółko.
    > a pomyśl co możesz zrobić dla niego.

    Nie bardzo rozumiem. Ja cały czas o tym myślę i robię dla niego. Szkole też starannie wybralam. Ma bardzo dobre opinie i ja też te dobre strony dostrzegam. Kombinuje ja mu ułatwic szkolny start ( i to nie od teraz tylko od dawna ), stworzyć pole do kontaktów z rówieśnikami, do rozwoju zainteresowań.
  • mama_kotula 12.09.18, 13:26
    > Nie bardzo rozumiem. Ja cały czas o tym myślę i robię dla niego. Szkole też starannie wybralam. Ma bardzo dobre opinie i ja też te dobre strony dostrzegam. Kombinuje ja mu ułatwic szkolny start ( i to nie od teraz tylko od dawna ), stworzyć pole do kontaktów z rówieśnikami, do rozwoju zainteresowań.

    Dbasz o czynniki zewnętrzne, zaniedbujesz dbanie o relacje z dzieckiem i przepracowywanie jego emocji. To brzmi wszystko, jakby nie chodziło o osobę, tylko idealną realizację korpoprojektu.
  • mama_kotula 12.09.18, 13:35
    Taka sytuacja - moje dziecko najmłodsze ma szkołę rewelacyjną. Wręcz idealnie dobraną dla siebie, w klasie 6 osób, w całej szkole mniej niż 60, w świetlicy góra 20 osób, wychodzą na dwór, dużo przestrzeni i swobody, ciekawe zajęcia, boska atmosfera, pyszne żarcie. Wszyscy się znają, wszyscy interaktują, maluchy ze starszakami. Wspierana indywidualność dziecka nie tylko deklaratywnie. Marzenie. Serio.
    Córka w zeszłym roku chodziła w tej samej szkole do zerówki, nadmienię. Szkołę zna, personel zna, dzieciaki zna, bo wszystkie się spotykały przez cały rok. Przejście do 1 klasy bylo praktycznie niezauważalne, ot, zmiana sali na sąsiednią.

    A dzisiaj rano moje dziecko, po przyjechaniu do tej idealnej szkoły, nagle weszło w fazę "jestem misiem koalą i wiszę na mojej mamie koali". 10 minut siedziała wczepiona we mnie na fotelu przy świetlicy, z miną niezbyt wyraźną. Bo najwidoczniej tego potrzebowała. Po 10 minutach zauważyła koleżankę z klasy z pluszakiem z Biedronki tongue_out, powiedziała "cześć" i poszła.

    Bo dzieci po prostu tak mają i tyle, potrzebują czasu, czasem potrzebują przepracować jakieś sytuacje. I nie mają na to wpływu warunki zewnętrzne tak bardzo, jak ci się wydaje.
  • julita165 12.09.18, 15:43
    mama_kotula napisała:

    > > Nie bardzo rozumiem. Ja cały czas o tym myślę i robię dla niego. Szkole t
    > eż starannie wybralam. Ma bardzo dobre opinie i ja też te dobre strony dostrzeg
    > am. Kombinuje ja mu ułatwic szkolny start ( i to nie od teraz tylko od dawna ),
    > stworzyć pole do kontaktów z rówieśnikami, do rozwoju zainteresowań.
    >
    > Dbasz o czynniki zewnętrzne, zaniedbujesz dbanie o relacje z dzieckiem i przepr
    > acowywanie jego emocji. To brzmi wszystko, jakby nie chodziło o osobę, tylko id
    > ealną realizację korpoprojektu.

    Dbam o relacje tak jak umiem, poświęcam muduzo czasu, staram się żeby ten czas były sensownie wypełniony. Ale faktem jest, rozkminianie emocji, własnych czy cudzych, to nie jest moją mocną strona.
  • mama_kotula 12.09.18, 19:24
    > staram się żeby ten czas były sensownie wypełniony

    Korpozadanko detected again wink

    Nie chodzi o "sensowne" wypełnianie czasu. To może być zupełnie bezsensownie wypełniony czas. Albo w ogóle nie wypełniony smile)). I tak, wiem, to dość trudne, ja w sumie doznałam olśnienia przy trzecim dziecku (jak nie miałam siły i mocy przerobowych na "sensowne" wypełnianie czasu - okazało się, że można bez spiny i jest dobrze, a dziecko nie jest bynajmniej zaniedbane intelektualnie itp.).
    Co do rozkminiania emocji, pani, to też kompletnie nie moja bajka. Ale się uczę smile.
  • julita165 12.09.18, 20:11
    mama_kotula napisała:

    > > staram się żeby ten czas były sensownie wypełniony
    >
    > Korpozadanko detected again wink
    >
    A co jest najśmieszniejsze ja w życiu nawet godziny w żadnej korporacji nie przepracowałam 😁.

    No ale co jest złego w sensownym wypełnianiu czasu. Nauczenie dziecka pływać ? Ciekawa wycieczka ? Czytanie książek ? Przecież nie robimy tego non stop !
  • mama_kotula 12.09.18, 21:48
    > Przecież nie robimy tego non stop !

    A co robicie poza tym? W sensie - co bezsensownego robicie? wink
  • mama_kotula 12.09.18, 21:49
    Piszesz: nauczenie dziecka pływać. To jest bardziej sensownie spędzony czas, niż dziecko pluskające się w brodziku dla przyjemności, nie? wink
  • julita165 13.09.18, 07:09
    mama_kotula napisała:

    > Piszesz: nauczenie dziecka pływać. To jest bardziej sensownie spędzony czas, ni
    > ż dziecko pluskające się w brodziku dla przyjemności, nie? wink

    Zanim zapisałam go na naukę pływania cały rok chodziliśmy sobie sami i tylko się pluskał, w drugim roku miał 45 pływania i jeszcze dobrą godzinę tylko na pluskanie, zjeżdżalnie - już tylko ze mną. W zeszłym roku chodził już tylko na naukę z instruktorem ale nie policzę ile razy oprócz tego ja z nim chodziłam tylko dla zabawy.
  • julita165 13.09.18, 07:11
    mama_kotula napisała:

    > > Przecież nie robimy tego non stop !
    >
    > A co robicie poza tym? W sensie - co bezsensownego robicie? wink

    Siedzimy na tyłkach i rozmyślamy co by tu sensownego porobić 😁
  • mama_kotula 13.09.18, 09:36
    Oburzasz się, mam wrażenie. Po co? smile
    Kurcze, ja siedziałam dokładnie w tej samej pułapce, co ty. Wydawało mi się, że cały czas trzeba mysleć o dziecku, o tym, jak mu czas zorganizować, jak wszystko ułożyć na tip-top, jak zapewnić dobry start, jak zapobiec temu tamtemu i siamtemu. Jak sensownie spędzać czas, jak wykorzystać możliwości.

    Zaplanowałaś sobie wspaniały projekt. Z idealna fazą wstępną, planowaniem przez lata - tu małe przedszkole, stopniowo większa zerówka, zajęcia w szkole, wszystkie minitaski zostały wypełnione, wymagania spełnione. Masz wszystkie potrzebne materiały i wiedzę do realizacji projektu głównego. Po czym nadchodzi dzień zero i... zawodzi czynnik ludzki. Totalnie nie dziwi mnie, że czujesz się sfrustrowana. Każdy by się czuł.

    Tak, jak pisali inni - odpuść. Daj czas i sobie, i dziecku, na przepracowanie emocji związanych ze szkołą. Dopuść, że dziecko będzie miewać gorsze dni, że musi sie przyzwyczaić. Zobacz, jak dobrze, że już sporo umie, w sensie wiedzy - to znakomicie! Bo będziecie mieć więcej czasu i mocy przerobowych na dojrzewanie emocjonalne do szkoły smile).
    I serio, będzie dobrze, po prostu. Spróbuj troszkę mniej zadaniowo traktować dziecko, mniej w kategorii dobrze zorganizowanego planu.
  • verdana 14.09.18, 16:03
    Traktujesz dziecko jak zadanie do wykonania. Nauka pływania, znajomość programu pierwszej klasy, czytanie książek - wszystko jest w porządku, ale nie widzę tu po prostu bycia z kimś, tylko zadanie do wykonania. Zadanie pt "Uczę swoje dziecko wszystkiego, co mu się w życiu przyda i staram się, aby robiło to jak najlepiej". Dziecko doskonale zdaje sobie z tego sprawę i na początku pierwszej klasy już boi się, zę nie podoła. A nie dostaje wsparcia, tylko zapewnienie, ze na pewno mu się uda. A co sie stanie, jesli jednak będzie miał czasem problemy? Tego plan wychowania dziecka nie uwzględnia. Dziecko nie ma pojęcia, co wtedy sie stanie.
  • mama_kotula 11.09.18, 11:43
    > mówię o szkole jak o fajnej przygodzie, po 20 razy dziennie zapewniam go jakim jest super chłopakiem.

    Może jednak porozmawiać z dzieckiem o szkole nie jako o fajnej przygodzie, tylko o tym, jak ono się w niej czuje smile
    Bo dodatkowo dziecku dochodzi dysonans: mama mówiła, że będzie fajna przygoda, a ja nie czuję tego, coś ze mną nie tak.
  • truscaveczka 11.09.18, 11:47
    O, zdecydowanie - dziecko czuje się jakoś tam - może być zdezorientowane, wystraszone, zagubione i tak dalej, co jest _stanem normalnym_ w tej sytuacji. A mamusia wciska, że jest cudnie - tymczasem wcale nie jest.

    --
    Ci z was, którzy myślą, że wiedzą wszystko, są bardzo irytujący dla tych z nas, którzy rzeczywiście wszystko wiedzą. /Agatha Christie/
  • julita165 11.09.18, 11:56
    truscaveczka napisała:

    > O, zdecydowanie - dziecko czuje się jakoś tam - może być zdezorientowane, wystr
    > aszone, zagubione i tak dalej, co jest _stanem normalnym_ w tej sytuacji. A mam
    > usia wciska, że jest cudnie - tymczasem wcale nie jest.
    >
    To co mam mówić ? Masz synek rację, szkoła jest do d....Tłumacze że początki są trudne, ze nikomu nie jest na początku w nowym miejscu że wszystkim łatwo. Nawet dorośli czasem denerwują się idąc do nowej pracy. Proszę żeby się starał na lekcjach, był sympatyczny to z czasem szkoła będzie fajna. Nie wciskam mu na siłę że właśnie dziś było super .
  • truscaveczka 11.09.18, 12:04
    Guzik, szkoła nie jest do dupy. Znaczy jest, ale nie o to chodzi. Masz mówić - kapuję, czujesz się tak i tak. A jak myślisz, co można zrobić, żeby ci było przyjemniej?
    Z tym, że ja po tygodniu szkoły na pewno bym nie dusiła go oczekiwaniami, wypytywaniem, zapewnieniami i w ogóle mi duszno, jak czytam te opisy twoje. Za dużo tego jak na takiego malca, za dużo.

    Może zacznij go traktować jak synka, nie jak ucznia, jeśli rozumiesz, co mam na myśli - zainteresuj się nim, jego potrzebami, opiniami, sposobem myślenia - ale bez wypytywania, możesz np poopowiadać jakieś sytuacje ze swojej szkoły (choćby i lekko zmyślone tongue_out) i zapytać, co o tym myśli, jak by się poczuł, bo ty się czułaś tak a tak.

    I daj mu czassssss, my precioussss, czassssss.

    --
    Ci z was, którzy myślą, że wiedzą wszystko, są bardzo irytujący dla tych z nas, którzy rzeczywiście wszystko wiedzą. /Agatha Christie/
  • truscaveczka 11.09.18, 12:10
    Plus - ani staranie się, ani bycie sympatycznym nie sprawi, że szkoła będzie fajniejsza, sorry, ale nie.
    Piszę to jako matka dwójki uczniów i nauczycielka.

    --
    Ci z was, którzy myślą, że wiedzą wszystko, są bardzo irytujący dla tych z nas, którzy rzeczywiście wszystko wiedzą. /Agatha Christie/
  • julita165 11.09.18, 12:28
    truscaveczka napisała:

    > Plus - ani staranie się, ani bycie sympatycznym nie sprawi, że szkoła będzie fa
    > jniejsza, sorry, ale nie.
    > Piszę to jako matka dwójki uczniów i nauczycielka.
    >
    No to co sprawi że szkoła będzie fajniejsza ? Serio pytam. Ja szkolne mury opuściłam 25 lat temu z maturalnym świadectwem w ręku. Więcej moja noga progu szkoły nie przestapila ( pomijam głosowanie, kom wyborcze w szkole ). Może ja już coś zapomniałam albo coś jest zupełnie inaczej niż kiedyś.
  • truscaveczka 11.09.18, 12:41
    A musi być teraz zaraz od razu i z powodu tego, co my robimy akurat? Szkoła całe życie będzie RÓŻNA. Z niektórymi rzeczami będzie paskudnie, inne okażą się fajoskie. Tylko trzeba sobie dać czas i przestrzeń na adaptację, na emocje, na wszystko.
    Przerzuć może lokowanie taska z "fajna szkoła" na "emocje dziecka", to może świetnie zadziałać, serio i bez złośliwości piszę. I odsyłam do mojego poprzedniego wpisu, o czasssssie wink

    --
    Ci z was, którzy myślą, że wiedzą wszystko, są bardzo irytujący dla tych z nas, którzy rzeczywiście wszystko wiedzą. /Agatha Christie/
  • mama_kotula 11.09.18, 12:43
    > No to co sprawi że szkoła będzie fajniejsza ? Serio pytam.

    Dobre samopoczucie dziecka i ogólny wewnętrzny spokój, poczucie bezpieczeństwa, poczucie, że nie musi spełniać oczekiwań innych, poczucie zaopiekowania i dobrych relacji, takie tam, wewnętrzne sprawy wink.
  • truscaveczka 11.09.18, 12:45
    I niemierzalne kompletnie, to może być trudne dla człowieka, który dotąd mierzył sukces zadaniami z końca podręcznika, no. Bardzo trudne.

    --
    Ci z was, którzy myślą, że wiedzą wszystko, są bardzo irytujący dla tych z nas, którzy rzeczywiście wszystko wiedzą. /Agatha Christie/
  • agata16.06 13.09.18, 09:27
    Szkoła się zmieniła. Pomijając obecną deformę, i na lepsze i na gorsze. Jest inna niz przed ćwierćwieczem. Z pewnością nie pamiętasz krzyków na korytarzu ( były, są i będą i to...dobrze), na pewno nie pamiętasz biegających dzieci ( biegały, biegają i niech tak pozostanie); jest też, niestety, ciasnota. Kiedys nam az tak nie dokuczała jak dziś. Inne były warunki, inne wymagania.
    Julita, 25 lat temu inny tez był stosunek nauczyciela do uczniów i... rodziców do szkoły. Inne były dzieci. Komputery raczkowały, było więcej relacji bezposrednich, mniej zajęć pozalekcyjnych, bardziej stawiało sie na stosunki interpersonalne a mniej zajęcia typu brydż czy szermierka. Nie piszę o Twojej szkole, ale o instytucji.
    Za moich szkolnych czasów ( zblizonych do tych, kiedy Ty chodziłas do szkoły) rodzice nie robili z byle powodu dymu, nie latali do nauczyciela, bo byo za duzo zadań do odrobienia w domu.
    Dzis dzieci są mądrzejsze, ale czegoś im brakuje.
  • mama_kotula 11.09.18, 12:16
    > Proszę żeby się starał na lekcjach, był sympatyczny to z czasem szkoła będzie fajna.

    ŻE ŁOT.
    "To twoja wina, że szkoła nie jest fajna, ogarnij się". Serio to chcesz dziecku przekazać? Bo dokładnie to mówisz.
  • truscaveczka 11.09.18, 12:42
    To jest w zasadzie wprost powiedziane, bardzo przykro to się czyta sad

    --
    Ci z was, którzy myślą, że wiedzą wszystko, są bardzo irytujący dla tych z nas, którzy rzeczywiście wszystko wiedzą. /Agatha Christie/
  • julita165 11.09.18, 11:50
    mama_kotula napisała:

    > > mówię o szkole jak o fajnej przygodzie, po 20 razy dziennie zapewniam go
    > jakim jest super chłopakiem.
    >
    > Może jednak porozmawiać z dzieckiem o szkole nie jako o fajnej przygodzie, tylk
    > o o tym, jak ono się w niej czuje smile
    > Bo dodatkowo dziecku dochodzi dysonans: mama mówiła, że będzie fajna przygoda,
    > a ja nie czuję tego, coś ze mną nie tak.

    Przecież ja go pytam jak się czuje. Itp. Twierdzi że wszystko ok tylko nudno i ciasno , a potem rano miną nietega, czasem broda się trzęsie, motylki w brzuchu, raz nawet sr..a ( choć tu nie jestem.pewna czy szkoła ma z tym coś wspólnego )
  • mama_kotula 11.09.18, 11:59
    > Twierdzi że wszystko ok tylko nudno i ciasno

    No to jest właśnie ten dysonans.

    Mamusia mówiła, że będzie fajnie, jest nudno. To nie jest "_tylko_ nudno i ciasno". Siedź sobie i nudź się przez 5 godzin. Z perspektywą tego, że następnego dnia znowu będziesz siedzieć przez 5h i się nudzić. Halo. To jest pół dnia spędzone w dyskomforcie.
  • an.16 11.09.18, 15:18
    Niestety zupełnie go nie otworzyłaś na przezywanie tej "fajnej przygody", a zapewnianie 20 razy dziennie jakim jest super chłopakiem też musiało podkopać jego poczucie własnej wartości, no bo jak to taki super, wszyscy się zachwycają, że dzieli, mnoży, dodaje i czyta z czytanki, a tu okazuje się, że w szkole wcale nie jest to powód do dumy a liczą się zupełnie inne kompetencje: zjednywanie sobie znajomych, inicjatywa, umiejętność zorganizowania zabawy, lub choćby uczestniczenia w niej, brak leku przed nauczycielem.
  • an.16 11.09.18, 11:56
    Zbyt duża wagę przykładaliście oboje do nabycia umiejętności/wiedzy. A dziecko gotowe do szkoły to dziecko otwarte, ciekawe świata, umiejące nawiązać kontakt z rówieśnikami i dorosłymi. Umiejące zwrócić się do dorosłego o pomoc albo z zapytanie. Zupełnie niepotrzebnie przedstawiałaś szkołę jako miejsce zdobywania wiedzy. Co to za akcja z przerabianiem zadań z końca podróżnika? Pozostawię bez komentarza codzienne czytanie czy codzienna naukę matematyki. Dziecko miało jakieś dziwne wyobrażenie o szkole, bo takie mu przekazałaś. Teraz nie rozumie dlaczego matematyka to zupełnie nie to co przerabiał z babciąwink. Ja moim dzieciom mówiłam, że szkoła to miejsce w którym będą miały większą samodzielność. Kupią cos sobie w sklepiku, pobawią w to co chcą, pochodzą po większej przestrzeni bez ustawiania "pociągu". No i dowiedzą się wielu ciekawych rzeczy. I tyle.
  • julita165 11.09.18, 12:20
    an.16 napisała:

    > Zbyt duża wagę przykładaliście oboje do nabycia umiejętności/wiedzy.
    Chyba odniosłam mylne wrażenie. To co się i umie albo pochodzi z przedszkola albo na wyraźną sugestie przedszkola ( czytanie ) albo w ogóle weszło mu do głowy samo, przez zabawe. Żadnych "lekcji" mu nie urządzałam.
    A dziecko
    > gotowe do szkoły to dziecko otwarte, ciekawe świata, umiejące nawiązać kontakt
    > z rówieśnikami i dorosłymi. Umiejące zwrócić się do dorosłego o pomoc albo z za
    > pytanie.
    Wydawało mi się że nie ma z tym problemu. Pisałam jak sobie dobrze radził sam czy to na jakiś zajęciach czy tak ogólnie, a już szczególnie zauwazyl to w te wakacje - wszystko sam. Zapytać o droge na wycieczce, o toaletę w restauracji, o coś tam w sklepie.
    Zupełnie niepotrzebnie przedstawiałaś szkołę jako miejsce zdobywania w
    > iedzy.
    No nie mogę wykluczyć że mówiłam że nauczyciele się wielu nowych rzeczy. Nie przypuszczałbym że to może być problem.

    Co to za akcja z przerabianiem zadań z końca podróżnika? Przerabianiem bym tego nie nazwala. 03.09 wieczorem powiedział że boi się lekcji że nie będzie czegoś umiał. Chciałam dodać mi otuchy, otworzyłam jakieś ćwiczenia cz 4 i poprosił go żeby przeczytał 1 polecenie a potem je wykonał ( trzy dodawania i jedno odejmowanie ). Całość "przerabiania" zajęła góra 6 minut.
    Pozostawię bez
    > komentarza codzienne czytanie
    Wyraźną sugestia przedszkola
    czy codzienna naukę matematyki.
    Czy można nazwać nauka zabawę z babcią w sklep ?zreszta zabawę na wyraźną prośbę syna, podczas której przy okazji nauczył się dodawać i odejmować a także troszkę mnożyć i dzielić. Np mówi że coś tam kosztuje 600 zł, babcią na to że ma banknoty po 50 zł i pyta ile musi mu ich dać na co on sam kombinuje że 12. Synek naprawdę lubi różne gry i zabawy matematyczno-logiczne.

    Ja moim dzieciom
    > mówiłam, że szkoła to miejsce w którym będą miały większą samodzielność. Kupią
    > cos sobie w sklepiku, pobawią w to co chcą, pochodzą po większej przestrzeni be
    > z ustawiania "pociągu". No i dowiedzą się wielu ciekawych rzeczy. I tyle.
    No jakbym tak powiedziała to dopiero byłby strzał kula w płot. Sklepiku nie ma jest automat ale w skrzydle dla klas IV-VIII, młodsze a już na pewno nie pierwszaki nie mają szans tam pójść. Pobawic w to co chce to zupełnie nie ma szans skoro przerwy ( krótkie ) spędza w swojej klasie, w ławce albo pomiędzy ławkami, a w świetlicy to może sobie porysować co go nie pociąga. Tylko na tym placu zabaw trochę mu się podoba ale wychodzą na krótko lub wcale. Jeśli chodzi o przestrzeń to miał jej 3x tyle w przedszkolu, w pociąg się już dawno nie ustawia, a pary to rządna atrakcja.
  • an.16 11.09.18, 12:37
    Właśnie. Zamiast uspokoić synka i powiedzieć, że umie wszystko co trzeba aby zacząć szkołę i najważniejsze jast, aby się tam dobrze czuł, wyciągnęłaś podręcznik w celu udowodnienia, że jednak umie "co trzeba".
    W ogóle nie odniosłaś się do mojej uwagi dot. gotowości w znaczeniu społecznym i psychologicznym. Bronisz uparcie zupełnie zbędnego przekazywania wiedzy. Zaniedbałaś inne obszary niepotrzebnie koncentrując się na liczeniu i czytaniu. Dziecko poszło wiec do szkoły z fałszywymi oczekiwaniami i teraz dziwi się, ze to nie tak miało być.
    Sugestia przedszkola piszesz. Ale nikt nie oczekuje że matki będą sadzać codziennie przedszkolaka do 10 minutowego czytania. Bo nawet w pierwszej klasie nie ma takiej potrzeby ani wymogu. Wystarczy pokazać szyld, jakieś napisy w przestrzeni publicznej, na autobusach.
  • truscaveczka 11.09.18, 12:44
    Wierz mi, znam takie matki. Rekordzistka potrafiła 2h dziennie siedzieć z dzieckiem i zasuwać z czytaniem, pisaniem, liczeniem, nawlekaniem koralików i mymlaniem w kisielku, bo dziecko musi być dobrze przygotowane.

    --
    Ci z was, którzy myślą, że wiedzą wszystko, są bardzo irytujący dla tych z nas, którzy rzeczywiście wszystko wiedzą. /Agatha Christie/
  • agata16.06 13.09.18, 08:30
    Robi dziecku więcej szkody niż dobrego. A tymczasem matematyki mozna znakomicie uczyć robiąc z dzieckiem zakupy czy nakrywając do stołu, częstując gości czekoladą, porządkując zabawki.
  • mama_kotula 13.09.18, 09:26
    Albo może w ogóle nie uczyć tongue_out - znaczy, nie robić wszystkiego z naciskiem i myślą, że przy okazji będzie edukacyjnie i wartościowo. O tym pisałam wyżej, mówiąc o robieniu rzeczy bezsensownych.
  • agata16.06 13.09.18, 09:30
    Ależ oczywiście, że nie uczyć. Nakrywam do stołu- noże, łyżki, widelce, łyżeczki czyli sztućce - juz jest pojęcie zbioru. Nikt nie uczy, ale samo wchodzi do głowy. Nikt nakrywając do stołu nawet sie nie zastanawia, ze to nauka. Ale lepiej nakryc z dzieckeim ( przy okazji jest dumne, bo takie samodzielne) niż nakryć za dziecko. Chociaż to drugie jest znacznie szybsze.
  • mama_kotula 13.09.18, 09:41
    > Nikt nakrywając do stołu nawet sie nie zastanawia, ze to nauka.

    Ooo, kochana. Nie zdajesz sobie chyba sprawy, jak rodzice potrafią wszystko robić pod kątem edukacji tongue_out
    Albo takie sytuacje, z podwórka w przedszkolu - synek przynosi matce śnieżynkę na rękawiczce, mówi: patrz, jaka ładna, udało mi się złapać pojedynczą, jak dobrze ją widać. Na co matka: tak, jak wrócimy, to poczytam ci o fraktalach (??? coś pani dzwoni, ale nie w tym kościele, w którym powinno wink)). Już zapalona lampka w głowie, pyk, możliwość edukacyjna!!! Chryste.
    W sumie to nawet mnie nie dziwi. Ludzie mają mózgi przeprane i boją się, straszliwie się boją, że coś zaniedbają, że czegoś nie wykorzystają, a potem to już po ptokach.
  • agata16.06 13.09.18, 09:59
    Co ludzie potrafią wyrabiac to wiem. Myślę, że obie potrafiłybyśmy napisać podręcznik co "ambitna" mama potrafi narozrabiac i co z tego wyniknie dla dalszej nieedukacji dziecka ( albo cos podobnego).
    Jestem całym sercem za nauka poprzez pokazywanie świata. Np. kto mieszka na łące, ptzyjrzyjmy sie, liściom - są takie same ( u takich samych drzew) i różne, jedne drzewa mają kasztany inne żołędzie itd, itp. Ale jak dziecko mówi, ze pediatra osłucha je stetoskopem to włosy staja dęba ( a bywa, że stetoskop staje się .... spektroskopem). Serio.
  • truscaveczka 13.09.18, 10:20
    Ej no, stetoskop to normalne słowo jest, bez przesady. Ja mam dziecko używające języka tego rodzaju, nie dlatego, że jest przeedukowane, tylko dlatego, że takiego języka używa się w domu na co dzień i bez zamiarów edukacyjnych.
    Włosy to by ci dęba stanęły jakbyś usłyszała jak ośmiolatek beszta szóstoklasistę, że nie zna prawa Archimedesa (nadal mój syneczek). Ale czym innym jest po prostu stwarzanie okazji do uczenia się - w typie "oglądam Scifuna, chcesz ze mną oglądać, śmieszny jest" a robieniem taska z wyedukowania dziecka na pożądanym przez siebie poziomie, nie zawsze adekwatnym do wieku i zainteresowań dziecka.
    A nawet i edukowanie nie jest niczym trefnym, jeśli jest zrównoważone odpowiednią porcją plucia pestkami z wiśni na odległość, leżenia na dywanie i mówienia "pupa!" różnymi głosami czy brumania autkiem po plecach dziecka z łaskotkami włącznie.
    I powiem, że wnosząc z moich doświadczeń i lektur - ta druga grupa czynności potrafi być bardziej wartościowa - dla rodzica, dla dziecka, dla relacji. A szczęście w życiu ja sama wiążę z dobrymi relacjami, nie z wiedzą o różnicy w bruzdkowaniu u pierwoustych i wtóroustych.

    --
    Ci z was, którzy myślą, że wiedzą wszystko, są bardzo irytujący dla tych z nas, którzy rzeczywiście wszystko wiedzą. /Agatha Christie/
  • agata16.06 13.09.18, 10:31
    Błagam nie licytujmy się co która z nas słyszała. Zapewniam, że słyszałysmy duzo, i mozna by napisać wspomnienia.
  • mama_kotula 13.09.18, 10:22
    Stetoskop to tez kawałek świata, mnie nie dziwi.
    Chodzi mi o robienie wszystkiego z myślą (niekoniecznie uświadomioną): "czego się przy tym moje dziecko nauczy". I jak dziecko bawi się na huśtawce, próbując ją zrównoważyć, wskakuje myśl "ooo, bawi się w fizykę, to dobrze". To zwykle prowadzi do tego, że jeśli człowiek nie będzie umiał znaleźć nic edukacyjnego* w tym, co akurat robi dziecko, uzna to za bezsensowne i stratę czasu.

    *edukacyjnego = dziecko się czegoś uczy, ale nie dotyczy to skilli tzw. miękkich, nie dotyczy to sfery relacji i emocji; chodzi wyłacznie o poszerzanie wiedzy
  • agata16.06 13.09.18, 10:33
    Też racja. Uczymy się stale czegoś. Podałam przykład w nakrywaniu do stołu. Plucie pestkami tez bywa fascynujące. A stetoskop.... dla mnie to brzmi sztucznie choć nie powinno i to z kilku powodów.
  • verdana 14.09.18, 16:05
    To mi przypomina kolegę, który na zapytanie trzylatka, ile jest liści na drzewach, zaczął szukać w encyklopediach. Nie, nie wychował intelektualisty, tylko faceta z poważnymi problemami. Oczywiście, moze to nie dlatego, ale mam podejrzenie, ze takie podejście nie było bez znaczenia.
  • julita165 11.09.18, 12:57
    an.16 napisała:

    > Właśnie. Zamiast uspokoić synka i powiedzieć, że umie wszystko co trzeba aby za
    > cząć szkołę i najważniejsze jast, aby się tam dobrze czuł, wyciągnęłaś podręczn
    > ik w celu udowodnienia, że jednak umie "co trzeba".
    Może rzeczywiście tak powinnam zrobić jak piszesz. Ja mam chyba naturę takiego zadaniowca. Lubię konkrety, tak jest ok, tak jest źle, jeśli p to nie q itp. Podświadomie uznałam że najlepszym sposobem żeby go przekonać że da sobie radę to pokazać mu ile już umie.
    > W ogóle nie odniosłaś się do mojej uwagi dot. gotowości w znaczeniu społecznym
    > i psychologicznym.
    Wiem że to jest ważne nawet bardzo tylko ani mnie nie przyszło do głowy że tu może być problem ani nikt mi na to uwagi nie zwracał że dziecko może mieć jakieś deficytu w rozwoju społecznym czy emocjonalnym

    Bronisz uparcie zupełnie zbędnego przekazywania wiedzy.
    Oprócz tego nieszczęsnego czytania podkreśl.- dziecka nigdy niczego ani ja ani nikt inny w domu nie uczył niczego inaczej niż poprzez zabawę, jakieś wycieczki itp.

    Zani
    > edbałaś inne obszary niepotrzebnie koncentrując się na liczeniu i czytaniu.
    Ale jak je zaniedbalam ? Od 3rz dziecko w przedszkolu, najpierw malutkim, domowym. Zerówka większą właśnie żeby łagodnie przejść do szkoły, żeby nie było takiego przeskoku. Rozne ale z umiarem zajęcia dodatkowe, żeby się otrzaskał z różnymi ludzmi, sytuacjami. Inicjatywa uczestnictwa albo wychodziła ode mnie albo wprost od syna, nigdy jednak nie zmuszałam go do uczestnictwa, bywało że po jakimś czasie twierdził że tobie dla niego i ok, rezygnował. Nigdy go nie ocenialam za jakieś wyniki, rezulatytu itp. zawsze staram się budować jego poczucie własnej wartości. Poświęcamy mu w domu sporo czasu, to nie jest dziecko posadzone przed tv. I nie chodzi o to że to zawsze jakieś fajerwerki, często to zwykle sprawy, choćby wyjście na rower
    Dz
    > iecko poszło wiec do szkoły z fałszywymi oczekiwaniami i teraz dziwi się, ze to
    > nie tak miało być.
    Nie bardzo mogę wyczuć jak ja zbudowałam ten błędny obraz ?
    > Sugestia przedszkola piszesz. Ale nikt nie oczekuje że matki będą sadzać codzie
    > nnie przedszkolaka do 10 minutowego czytania. Bo nawet w pierwszej klasie nie m
    > a takiej potrzeby ani wymogu. Wystarczy pokazać szyld, jakieś napisy w przestrz
    > eni publicznej, na autobusach.
    Sugestia przedszkola była jasna - czytać z ksiazki/elementarza itp. codziennie. Pani główna swietliczanka na pierwszym zebraniu to samo - czytać.
  • an.16 11.09.18, 14:52
    Wiesz, chyba rzeczywiście jesteś zadaniowcem i przenosisz to na dziecko. Nie przyszłoby mi do głowy aby z taką powagą i systematycznością traktować polecenia pań z przedszkola czy ze świetlicy. Może źle się wyraziłam mówiąc o zaniedbaniu pewnych obszarów. Nie chodzi mi o rozwój dziecka, bo z pewnością nie ma jak piszesz "deficytów" tylko niefortunnie przygotowałaś go do szkoły kładąc nacisk na oczekiwania co do wiedzy. Wystarczyło po prostu powiedzieć, że w szkole będzie bardziej samodzielne, pozna nowych przyjaciół, nowe panie. Że szkoła to miejsce do którego przychodzą dzieci, żeby się bawić i uczyć i że nie potrzeba niczego na początki wiedzieć i żeby pytało gdy czegoś nie wie. Moje młodsze dziecko było w szkole zachwycone tym, że "wszystko się tak szybko kończy" i jest mnóstwo czasu na zabawę, której nikt nie organizuje. Był to oddech po przedszkolu zapełnionym do późnych godzin popołudniowych rozmaitymi zajęciami. Była tez przestrzeń, duże korytarze, ogromne boisko. I właśnie samodzielne wyprawy do sklepiku. Wszystko to okazało się nie mniej ważne niż nauka czytania i pisania, chociaż tego akurat moje 6 letnie dziecko nie umiało. Było jednak gotowe na szkołę, bo poszło bez lęku, z wiara we własne siły i ciekawością co je tam spotka.
  • julita165 11.09.18, 15:23
    an.16 napisała:

    Moje młodsze dziecko
    > było w szkole zachwycone tym, że "wszystko się tak szybko kończy" i jest mnóst
    > wo czasu na zabawę, której nikt nie organizuje. Był to oddech po przedszkolu za
    > pełnionym do późnych godzin popołudniowych rozmaitymi zajęciami.

    Dzieci są jednak różne. Synek właśnie tego czasu po lekcjach, w świetlicy nie lubi. Na to narzeka najbardziej. To tam właśnie się nudzi. Chyba chciałby właśnie jakiejś organizacji tych zabaw. Pytam czemu ? Co tam się dzieje ? Mówi że siedzi. Pytam co robią inne dzieci. Mówi że się bawią, więc pytam w co ? Wg niego w nic. W jego przypadku jest chyba jednak pewien problem z rówieśnikami. On ma z nimi trochę mało kontaktów. Mieszkamy w dzielnicy podmiejskiej. Na dużym obszarze mieszka w gruncie rzeczy mało ludzi, w bezpośrednim sąsiedztwie nikogo w jego wieku, znamy jednego chłopca rok młodszego ale tak tylko z widzenia. Robiłam podejścia żeby jakoś bliżej go poznać ale coś nie wyszło. Dzieci w tym wieku wymagają jednak jakiegoś zaangażowania rodziców. W naszym wypadku to nie jest wyjście na podwórko tylko na sąsiednia ulice, nikt samego 6-latka nie puści a jego rodzice wyglądają na zapracowanych po południu ( anglisci ). Innych dzieci w jego wieku w okolicy nie bardzo kojarzę. Zresztą u nas okolica to kilka przystanków. Jest park z placem zabaw ale rzadko można tam kogoś spotkac. Każdy ma plac zabaw we własnym ogrodku. Synek jest jedynakiem, w bliskiej rodzinie takich dzieci brak. Moje dwie przyjaciółki mieszkają daleko, jedną w ogóle pod miastem. Trzecia w innym mieście. Mają dzieci w tym wieku ale siłą rzeczy kontakty są kilka razy do roku. Do przedszkola i szkoły był/jest dowożony ( ale sporo dzieci w klasie też ). W przedszkolu odnajdywał się z rówieśnikami dobrze ale może rzeczywiście panie przynajmniej na początku czy częściowo tą grupę integrowały. A w szkole zostawiony wśród ławek nie bardzo wie co z tym wolnym czasem zrobić. Takie po prostu gadanie o tym i owym z rówieśnikami ....chyba jeszcze tego nie umie. Ja staram się jak mogę te kontakty zapewnić, stąd też te zajęcia dodatkowe, że może w mniejszej grupie, razem coś robiącej łatwiej.

    Była tez przes
    > trzeń, duże korytarze, ogromne boisko. I właśnie samodzielne wyprawy do sklepik
    > u. Wszystko to okazało się nie mniej ważne niż nauka czytania i pisania, chocia
    > ż tego akurat moje 6 letnie dziecko nie umiało.
    Już pisałam że czego jak czego ale przestrzeni to w tej szkole definitywnie brakuje 😁.

  • an.16 11.09.18, 15:56
    Wygląda na to, że syn miał i ma bez przerwy organizowany czas przez dorosłych. Oczekuje, że ktoś nim "zarządzi" sprawdzi jego umiejętności, pochwali. Chyba nie miał wystarczająco dużo przestrzeni na wykazanie się kreatywnością, jego czas był skrzętnie wypełniony, brakowało twórczej nudy. Dlatego źle się czuje, nie potraf uczestniczyć w spontanicznej zabawie i rozmowie "o niczym". W wygłupach po prostu. To nie tylko skutek miejsca zamieszkania ale również nadmiernej uwagi skierowanej na dziecko. W szkole córki tez jest tłok i harmider ale jak dzieci się ze sobą dobrze czują, nie nudzą, wymyśliły jakąś zabawę to wystarczy im przestrzeń pod ławką czy skrawek trawy z krzakamiwink
  • julita165 11.09.18, 16:10
    an.16 napisała:

    > Wygląda na to, że syn miał i ma bez przerwy organizowany czas przez dorosłych.
    > Oczekuje, że ktoś nim "zarządzi" sprawdzi jego umiejętności, pochwali. Chyba ni
    > e miał wystarczająco dużo przestrzeni na wykazanie się kreatywnością, jego czas
    > był skrzętnie wypełniony, brakowało twórczej nudy. Dlatego źle się czuje, nie
    > potraf uczestniczyć w spontanicznej zabawie i rozmowie "o niczym". W wygłupach
    > po prostu. To nie tylko skutek miejsca zamieszkania ale również nadmiernej uwag
    > i skierowanej na dziecko. W szkole córki tez jest tłok i harmider ale jak dziec
    > i się ze sobą dobrze czują, nie nudzą, wymyśliły jakąś zabawę to wystarczy im p
    > rzestrzeń pod ławką czy skrawek trawy z krzakamiwink

    Na pewno sporo w tym racji. No ale w domu czy sąsiedztwie, z braku rówieśników w zasięgu, bawimy się z nim, czasem bawi się też sam, najczęściej LEGO. Ale zdecydowanie woli bawić się z kimś. Z braku laku z dorosłymi. Kontakty rówieśnicze to było przede wszystkim przedszkole. Panie tam nie komunikowały że ma jakiś problem. Przeciwnie nawet napisały w diagnozie że jest lubiany, że potrafi uczestniczyć w zabawie i ja inicjowac , choc zwróciły uwagę na potrzebę rozwijania tych kontaktów rówieśniczych. Jedna z nich w rozmowie ze mną powiedziała że on chyba większość czasu spędza z dorosłymi. Przychodzące po syna do przedszkola w godzinach popołudniowych kiedy właśnie była ta swobodna zabawa chyba zawsze widziałam że bawi się z dziećmi, nie przypominam sobie żeby siedział jak jakiś odludek. Z nikim w przedszkolu nie nawiązał jakiejś bliskiej przyjaźni ale też mi mówiono że chłopcy z zasady nie łączą się w pary, działają bardziej w grupie. I tak też było w jego przypadku, lubił kilku chłopców, może 1 czy dwóch nie lubił. No nawet jeśli mu tych swobodnych kontaktów brakowało to co robić ? Przecież się nie przeprowadzę.
  • an.16 11.09.18, 19:37
    Nie musisz się nigdzie przeprowadzać. Daj mu oddech i samodzielność. To duże dziecko i dziwne jest ze oczekuje towarzystwa dorosłych przy zabawie czy wręcz zabawiania. Ta ciągła asysta wcale mu nie służy.
  • julita165 11.09.18, 19:45
    an.16 napisała:

    > Nie musisz się nigdzie przeprowadzać. Daj mu oddech i samodzielność. To duże dz
    > iecko i dziwne jest ze oczekuje towarzystwa dorosłych przy zabawie czy wręcz z
    > abawiania. Ta ciągła asysta wcale mu nie służy.

    Jeśli są w zasięgu dzieci to nie oczekuje ale jak pisałam tych dzieci nie ma, poza przedszkolem czy teraz szkoła albo jak trafi się impreza ze znajomymi którzy też mają dzieci w tym wieku no ale imprezy nie są codziennością. Oczywiście jest też tak że sam się czymś tam zajmuje ale często chce do zabawy kompana a zr dostępna jestem tylko ja to chce bawić się ze mną. Nie napisałam że bawię się z nim.non stop.
  • an.16 12.09.18, 09:20
    Pewno jestem wyrodna, ale nigdy nie byłam kompanem zabaw dla moich dzieci (mam2). W ogóle ode mnie tego nie oczekiwały. Od "zawsze" umiały organizować sobie zabawę same. I nie bawiły się ze sobą bo różnica wieku jest spora - 7 lat. Po prostu mówię, że nie jestem zabawiaczem i musza liczyć na siebie. Nigdy nie miały problemów towarzyskich. Są bardzo lubiane. Pewno to skutek uboczny mojego braku zaangażowania. Robiłam różne rzeczy z dziećmi ale takie typu basen, narty, rower. Czytanie, zanim zaczęły czytać samodzielnie. Nawet nie wiem jak miałabym je zabawiać w domu.
  • an.16 12.09.18, 09:23
    Planszówek nie znoszęsad
  • julita165 12.09.18, 09:55
    an.16 napisała:

    > Pewno jestem wyrodna, ale nigdy nie byłam kompanem zabaw dla moich dzieci (mam2
    > ). W ogóle ode mnie tego nie oczekiwały. Od "zawsze" umiały organizować sobie z
    > abawę same. I nie bawiły się ze sobą bo różnica wieku jest spora - 7 lat. Po pr
    > ostu mówię, że nie jestem zabawiaczem i musza liczyć na siebie. Nigdy nie miały
    > problemów towarzyskich. Są bardzo lubiane. Pewno to skutek uboczny mojego brak
    > u zaangażowania. Robiłam różne rzeczy z dziećmi ale takie typu basen, narty, ro
    > wer. Czytanie, zanim zaczęły czytać samodzielnie. Nawet nie wiem jak miałabym j
    > e zabawiać w domu.

    Zwyczajny. Już nie będę opisywać jak to wyglądało jak miał rok dwa trzy itd lat. Napiszę jak "bawię" się z synem teraz - idziemy na rower, do kina, na basen, na plac zabaw. A w domu - gramy w gry, czasem pomagam mu wyszukiwać klocki LEGO, pogramy w badmintona, poczytamy. Nic szczególnego, po prostu z braku rówieśników w zasięgu po szkole robi to ze mną Anię z kolegą
  • an.16 12.09.18, 11:37
    To chyba super sprawa dla niego, takie zaangażowanie. Ale myślę, że jest już na to za duży i dobrze byłoby gdyby nie widział w tobie robota wielofunkcyjnego, który zamienia się w kolegę gdy jest taka potrzeba. Nie zastąpisz mu towarzystwa rówieśników a alienacja może mieć przykre następstwa. I niełatwo z niej wyjść. Wytłumacz mu jakoś że dla własnego dobrego samopoczucia potrzebni mu są koledzy i że sam musi ich sobie znaleźć/oswoić/przekonać do siebie. Jak widzisz szkoła to nie tylko bycie dobrym uczniem.
  • agata16.06 13.09.18, 08:41
    Julita, ale Ty nie jesteś koleżanka, jesteś mamą. Co to znaczy, że pomagasz mu wyszukiwac klocki Lego? To naprawdę żaden problem dla 5 latka.
    Rower- super!
    Kino? - tu już postarałabym sie o kompana z choćby przedszkola. Ja natychmiast zasypiałam na filmach dla dzieci. Oczywiście musisz być na sali, ale niech syn idzie tez z kolegą/koleżanką.
    Basen- nie tylko z rodzicami. Sa ekstra zajęcia dla dzieci, albo znów- rodzice i koledzy. Z samymi rodzicami rzadziej.
    Plac zabaw- nie bedę obiektywna, bo nie lubie placów zabaw.
    Badminton - to gra dla równolatków. Nie jesteś partnerką dla dziecka. Można sporadycznie.
    Gry planszowe- to samo. I dla syna mała to atrakcja.
    Czytanie- ok, ale niech czyta też sam.
  • julita165 13.09.18, 09:01
    agata16.06 napisała:

    > Julita, ale Ty nie jesteś koleżanka, jesteś mamą. Co to znaczy, że pomagasz mu
    > wyszukiwac klocki Lego? To naprawdę żaden problem dla 5 latka.
    > Rower- super!
    > Kino? - tu już postarałabym sie o kompana z choćby przedszkola. Ja natychmiast
    > zasypiałam na filmach dla dzieci. Oczywiście musisz być na sali, ale niech syn
    > idzie tez z kolegą/koleżanką.
    > Basen- nie tylko z rodzicami. Sa ekstra zajęcia dla dzieci, albo znów- rodzice
    > i koledzy. Z samymi rodzicami rzadziej.
    > Plac zabaw- nie bedę obiektywna, bo nie lubie placów zabaw.
    > Badminton - to gra dla równolatków. Nie jesteś partnerką dla dziecka. Można spo
    > radycznie.
    > Gry planszowe- to samo. I dla syna mała to atrakcja.
    > Czytanie- ok, ale niech czyta też sam.

    A czytałaś co pisałam o miejscu zamieszkania i braku dostępnych kolegów ?




    -
  • agata16.06 13.09.18, 09:12
    Tak, czytałam. I piszę to nie dlatego, zeby Ci zrobic przykrość czy krytykować dla zasady, ale stojąc z boku zwrócić uwagę na błędy, które popełniasz. A co z tym zrobisz to Twoja wola.
  • agata16.06 13.09.18, 08:36
    Ja też jestem chyba wyrodną matką.
  • srubokretka 11.09.18, 16:07
    MZ pracujesz za bardzo nad tym zeby mu bylo idealnie z zyciu. Za bardzo go analizujesz, chronisz, robisz mu dobrze glaszczac pod wlos. Z pomoca babci rowniez.
    Jaka jest rola jego ojca w tym wszystkim?
  • julita165 11.09.18, 16:13
    srubokretka napisał:

    > MZ pracujesz za bardzo nad tym zeby mu bylo idealnie z zyciu. Za bardzo go anal
    > izujesz, chronisz, robisz mu dobrze glaszczac pod wlos. Z pomoca babci rowniez.
    >
    > Jaka jest rola jego ojca w tym wszystkim?

    Tatuś jest typowo weekendowy. Kilka godzin w sobotę lub niedzielę. Trudno mówić żeby miał na syna jakiś wychowawczy wpływ.
  • srubokretka 11.09.18, 16:17
    Szkoda. Myle, ze synowi dobrze by poranne odprowadzanie dobrze zrobilo. Tobie tez. Chociaz przez kilka pierwszych dni.
  • agata16.06 13.09.18, 08:47
    Zaangażuj tatusia. Zwłaszcza, że to chłopiec. Julita, nie chcę Ci robic przykrości ani krytykować dla sportu, ale zwróć uwagę na to, że masz syna. Syn potrzebuje męskich wzorców. Jak nie tatus ( róznie w życiu bywa) to może dziadek?
    Prócz tego nie usuwaj mu pyłków spod stóp, musi umieć radzić sobie w życiu z małymi problemikami i wuiększymi problemami, musi potrafić sie nie nudzić, zorganizować sobie czas, nie popadac w lęk, że nie ma klasy, panowac nad łzami ( emocje). Nie wszystko na raz, ale trenujcie takie zachowania.
    Nie chcę tu pisać o sobie, ale zawodowo mam do czynienia z dziecmi i rodzicami, jestem tez matką i coś tam w zyciu widziałam.
  • mama_kotula 11.09.18, 12:38
    > 03.09 wieczorem powiedział że boi się lekcji że nie będzie czegoś umiał. Chciałam dodać mi otuchy, otworzyłam jakieś ćwiczenia cz 4 i poprosił go żeby przeczytał 1 polecenie a potem je wykonał ( trzy dodawania i jedno odejmowanie ).

    A powiedziałaś dziecku, że nikt od niego nie będzie oczekiwał, że będzie umiał to i tamto? I że popełnianie błedów jest ok? I że nieumienie jest ok? Czy tylko pokazałaś mu "patrz, umiesz to, to jest łatwe".
  • kysu 13.09.18, 09:22
    generalnie prawda jest taka, że szkoła to nie jest zajebista wycieczka w gronie tylko tych co lubimy. to praca. a pracować będzie do emerytury. zabawa się skończyła. będą upadki i satysfakcja, nuda i złość, ciekawość i radość, lepsze i gorsze dni z przyjaciółmi. pewne przedmioty będą mu szły łatwo inne będą trudne. a że początek najtrudniejszy. że ma prawo do okazania złości i płaczu. że rozumiesz...

    taka jest prawda i taką informację powinnaś sprzedać dziecku.

    --
    --
    Hesia
    [WRO]
  • agata16.06 13.09.18, 08:28
    Pełna zgoda.
  • truscaveczka 11.09.18, 12:50
    Julita, ja napiszę jasno - nie chcę cię atakować ani nie oceniam, bo każdy z nas ma swoje własne uwarunkowania, predyspozycje, doświadczenia i przemyślenia. Natomiast mam nadzieję, że to, co piszemy, pomoże Ci przekierować myślenie i czucie na takie obszary, których rozwój może faktycznie sprawić, że i Tobie, i twojemu dziecku będzie lżej, łatwiej i przyjemniej w obszarze szkoły. I bardzo mam nadzieję, że to, co zostało wyżej napisane, potraktujesz jako bodziec do rozmyślań i refleksji, bo widzę, że się nie zaperzasz, nie pyskujesz, tylko starasz się rozmawiać smile

    --
    Ci z was, którzy myślą, że wiedzą wszystko, są bardzo irytujący dla tych z nas, którzy rzeczywiście wszystko wiedzą. /Agatha Christie/
  • srubokretka 11.09.18, 13:44
    Czy syna moze odprowadzac rano ktos inny? Tata, babcia?
  • julita165 11.09.18, 13:52
    srubokretka napisał:

    > Czy syna moze odprowadzac rano ktos inny? Tata, babcia?

    Nie ma takiej opcji. Chyba że w jakiejś absolutnie awaryjnej sytuacji.
  • maakita 11.09.18, 14:35
    W klasie mojej osobistej córki 2 dziewczynki po zerówce i to z początku roku czyli prawie ośmioletnie, cały zeszły rok chowały się pod ławkę z każdego powodu, od delikatnego zwrócenia uwagi przez panią, po zadanie, które im nie leżało. A było kilkoro dzieci 6-letnich, które żadnych problemów emocjonalnych nie miały i bardzo dobrze sobie radziły. Sam wiek nie jest gwarantem, że będzie dobrze.
    Ale wiem, że każde dziecko, nawet dojrzałe do szkoły, potrzebuje też czasu. Moja córka pierwsze dwa tygodnie płakała wieczorami, przeżywała że nie zna koleżanek, co teraz wspomina sama ze śmiechem.
  • verdana 11.09.18, 22:58
    Mam wrażenie, ze dziecko wyczuwa Twoje oczekiwania - ze sobie doskonale poradzi z nauka, przecież już umie czytać , a i z matematyki jest dobry, nie powinien mieć w szkole żadnych problemów.Gdy dziecko miało wątpliwości, czy sobie poradzi wyciągnęłaś podręcznik i pokazałaś mu, ze umie - tak przynajmniej Ci się wydawało. Faktycznie zrobiłaś co innego - pokazałaś mu, że oczekujesz, ze sobie ze wszystkim doskonale poradzi, natomiast nie liczysz sie z potencjalną porażką. Gdy dziecko w pierwszym tygodniu szkoły mówi "boję sie, że nie będę umiał" potrzebuje oprócz wsparcia przede wszystkim potwierdzenia, ze to się moze zdarzyć i ze jest to normalne i nieszczęścia nie ma - szkoła jest po to, aby go nauczyć, skoro z czymś będzie miał kłopoty. Ty pokazałaś mu, że ma umieć, bo jak mogły mieć problem, skoro umie rozwiązać zadania z całej książki? Dla dziecka to sygnał, że mama oczekuje tylko sukcesów. Podejrzewam, z całokształtu tego co piszesz, ze syn niepokoił sie nie dlatego, że sie boi, ze czegoś nie zrozumie, ale miał jakąś drobną wpadkę, czegoś nie wiedział, co wiedzieli inni i nie umie sobie z tym porazić. Nauczycielka mogła nawet tego nie zauważyć, bo to moze dotyczyć nie alfabetu, tylko tempa ubierania sie , tego jedzenia, z którym ma problem, zawiązywania butów. Syn potrzebuje zapewnienia, że szkoła nie jest pasmem sukcesów i ze porażki są absolutnie normalne.
  • an.16 12.09.18, 11:52
    Przeczytałam twój post startowy raz jeszcze i wygląda na to że twój syn ma małe poczucie bezpieczeństwa. Budzi w nim lęk nowe i nieznane. Nie ma poczucia, że sobie z tym poradzi. Myślę, że nie jest to rezultatem jedynie nadopiekuńczości czy braku kontaktów z rówieśnikami. Staraj się to jakoś wzmocnić, przekonać go że będzie sobie dawał radę.
  • julita165 12.09.18, 15:53
    an.16 napisała:

    > Przeczytałam twój post startowy raz jeszcze i wygląda na to że twój syn ma małe
    > poczucie bezpieczeństwa. Budzi w nim lęk nowe i nieznane. Nie ma poczucia, że
    > sobie z tym poradzi. Myślę, że nie jest to rezultatem jedynie nadopiekuńczości
    > czy braku kontaktów z rówieśnikami. Staraj się to jakoś wzmocnić, przekonać go
    > że będzie sobie dawał radę.

    Uważam, że masz rację. On niełatwo wchodzi w nowe sytuacje. Przynajmniej w większej grupie bo w relacjach 1:1 czy kilka osób jest ok. Ale jest już w szkole pewna poprawa. Na pewno nie boi się już lekcji. Uwierzył że nic strasznego się tam nie dzieje i że daje sobie radę. Trzy "6" na zachętę chyba zrobiły swoje, zresztą w rozmowie ze mną pani też go chwali. Zaakceptował też wychowawczynie, traktuje ją jak taki pkt oparcia np w szatni dziś rano ( a jest tam straszny harmider i tłok ) wyraźnie ucieszył się na jej widok. Po raz pierwszy usłyszałam też że coś było fajne w tej szkole - mieli wf na "dużej" normalnej sali gimnastycznej i bawili się tam w jakąś fajną grę. Póki co nadal nie akceptuje świetlicy. Obiektywnie to ja go rozumiem, warunki są tam fatalne, poniewaz świetlica w żaden sposób chętnych nie może pomieścić to w mniejszych grupach idą po prostu do pustych już sal lekcyjnych. 7-latek po 4-5 h lekcji ma znów siedzieć w ławce ! Trudno ta politykę bronić. Proponują im zabawy stoliczkowe - jakieś gry, rysowanie. On wyraźnie na to nie ma ochoty, potrzebowałby choć godziny ruchu, zabawy na jakiejś przestrzeni. Jak poszli na plac zabaw to gonił się tam z jakimiś chłopakami. A tu biegać nie wolno, zresztą nie ma gdzie. Podobno koledzy biegają ale pani mówi że nie wolno to on nie biega. Bo on też z tych grzecznych w szkole.
  • srubokretka 12.09.18, 16:24
    >Bo on też z tych grzecznych w szkole.

    Ja bym nazwala wytresowanym. Stad te stresy z rana. Dobrze ze te 6 dostalas big_grin Jeszcze tylko , zeby go tata rano prowadzil, to bedzie idealnie wink
  • julita165 12.09.18, 16:55
    srubokretka napisał:

    > Ja bym nazwala wytresowanym.

    Mas naprawdę mylne wyobrażenie
  • agata16.06 13.09.18, 08:28
    Julita, czy pamiętasz co napisałaś do mnie w innym watku o szkole swojego dziecka? Że, hałas, że dużo dzieci, że raczej jest słabo. Nie mam pewności, bo nie mieszkam z Toba, ale obawiam się, ze są na ten temat rozmowy w domu, że krytykujecie szkołe, to co się w niej dzieje. Nieważne, że może Ci się wydawac, że dziecko już śpi. Nie musi. Dzieci sa doskonałymi obserwatorami i taki niepokój rodziców natychmiast przenoszą na siebie. Zaburzone poczucie bezpieczeństwa ( mama sie boi to ja tez, musi to być straszne). Wystarczy jedna taka rozmowa i zaczyna działać wyobraźnia.
    Przy czym nie ma to żadnego związku z tym, ze jest intelektualnie przystosowany do szkoły.
    Ze startowego postu niepokoi to, ze masz obawy, że deprymuje go szkolna atmosfera ( hałas, tłok, ciasnota itd). To wymaga wyjaśnienia. Przyczyna może byc banalna ( i pewnie jest) czyli trzymanie przez prawie 7 lat w bardzo przyjaznych warunkach bez konieczności "walki" i dyskomfortu. A życia w puchu raczej nie ma. Może być to tez dysfunkcja wymagająca konsultacji psychologa ( żaden wstyd , nie umniejsza to wartości dziecka).
    Osobiście jestem zwolenniczką unikania długiego przedszkola, zwłaszcza u dzieci, które są intelektualnie na tyle rozwinięte, zeby pójść do szkoły.
    Z Twojego postu wyczytałam jeszcze coś niepokojącego co przypuszczam, że Ci sie całkiem nieświadomie wymknęło "przedszkolna ciocia". Przedszkolna "ciocia" vs nauczyciel, który czegoś wymaga to murowany stres. Pomysl o tym dla dobra synka.
  • julita165 13.09.18, 09:31
    W pewnych sprawach masz rację, z innymi się nie zgodzę. Na pewno do tej pory starałam się dziecku oszczędzać zbędnego dyskomfortu. Ale też stawiać jakieś wymagania, nie raz musiał pokonać jakiś lek czy opór żeby coś zrobić. Wychowawczynie w szkole też zaakceptował, myślę że ja polubił i lekcje też nie są dla niego problemem. No ale rzeczywiście są w tej szkole, w jej organizacji, takie kwestie których ja zaakceptować nie umiem. Na pewno wprost do dziecka czy nawet w jego obecności ich nie podnosiłam no ale głowy sobie uciąć nie dam że czegoś nie podsłuchał, choć nie sądzę. Nie ma ukrywać że szkoła na mnie pierwszego wrażenia jednak dobrego nie zrobiła. Pretensje mam do siebie. Zabrakło mi wyobraźni i nie przewidziałam pewnych możliwości. Np zamiast chodzić na tzw drzwi otwarte żeby zobaczyć polukrowana rzeczywistość mogłam sobie iść przed 8 popatrzeć jak wygląda sytuacja. A jest wręcz fatalnie. I chyba nie tylko mój syn ma takie odczucia. Stałam wczoraj w tym wiatrołapie dość długo ( z 10 minut ) i widział sporo dzieci pytających że łzami w oczach " gdzie moja pani ? gdzie moja klasa? ". Nie można wszystkiego zwalać na ciasnotę. Coś tu szwankuje. Np było powiedziane że pierwszoklasistów z szatni odbierają wychowawcy. Okazało się to nieprawda. Czasem to wychowawca, czasem jakas woźna, czasem inny nauczyciel. I nie ma w tym nic złego tylko należałoby o tym dzieci uprzedzić tym bardziej że w tym hałasie i zamieszaniu dziecko może nie usłyszeć wołania I a i wypatruje swojego nauczyciela. Nie ma też konkretnej godziny o której te dzieci są zabierane z szatni, byłoby powiedziane np 7.50 to tak byśmy byli ale to jest +/- 10 minut. I ostatnio okazało się że o 7.50 jego klasa już została odebrana, stał tam jak parasol i dopiero ja musiałam wejść ( dokąd podobno rodzicom nie wolno wchodzić ) i zwrócić uwagę że chyba o kimś zapomnieli. To 100x lepiej byłoby kazać tym dzieciom samodzielnie przemieszczać się do swojej klasy od np 7.45. "Trasa" jest łatwa i syn na pewno bez problemu by trafił, przynajmniej taka masa dzieci nie tloczyłaby się na tym skrawku korytarza udającego szatnie. Kolejna sprawa to niewychodzenie na przerwy. Tego nie da się bronić ! To dorosły po 3-4h murem za biurkiem ma dość. No a potem świetlica czyli ta sama lub równoległej klasy sala, w której ponownie oczekuje się siedzenia na tyłku ! A zajęcia sportowe świetlica organizuje....o 7 rano ! No halo ale organizacyjnie to jest coś bardzo nie w porządku.
  • agata16.06 13.09.18, 09:54
    Zacznę od końca - absolutnie nie da sie zaakceptować niewychodzenia na przerwę. To jest do omówienia na najbliższym zebraniu i tego nie wolno odpuścić. Dziecku trzeba powiedzieć, że na górę może je zabrać raz pani woźna, raz pani od angielskiego, raz wychowawczyni a raz zupełnie inny nauczyciel ( np. jak pani zachoruje). Prosta informacja, niekoniecznie musi wyjść ze szkoły.
    Hałas i ciasnota - były, jest i będą. Tego nie przeskoczysz i z tym nie ma co dyskutować. Takie są realia prawie każdej polskiej szkoły. A szczególnie dużej. Odwykłaś od tego. Nie ma idealnych szkół. Wszędzie coś jest. Z tego co piszesz nie jest az tak źle.
    I na koniec, jestem prawie pewna, ze dziecko musiało podsłuchać to co komus gdzies mówiłas ( nawet przez telefon). Moja rozmowa z mężem została podsłuchana przez syna. Zrobił z niej uzytek, z którego dziś sie śmieję, ale kiedys do smiechu mi nie było. Trzeba piekielnie uważąc co sie mówi. Wszyscy popełniamy ten grzech. Trzymaj sie. Nie jest az tak fatalnie. Za dwa, trzy tygodnie już będziecie mieli inna optyke. Wspieraj syna. A ja postaram się.... Ciebie.
  • mama_kotula 13.09.18, 09:56
    > Pretensje mam do siebie. Zabrakło mi wyobraźni i nie przewidziałam pewnych możliwości.

    Ale zdajesz sobie sprawę, że tak świat działa, że NIGDY nie przewidzisz pewnych rzeczy? czynnik ludzki wink). Tak, wiem, to wkurza.

    A to wszystko, o czym piszesz, przedstaw na zebraniu. Ale nie łudź się, dowiesz się, że nie da się inaczej. I że niewychodzenie na przerwy na początku to standardowa praktyka w wielu pierwszych klasach.

    > Np było powiedziane że pierwszoklasistów z szatni odbierają wychowawcy. Okazało się to nieprawda. Czasem to wychowawca, czasem jakas woźna, czasem inny nauczyciel. I nie ma w tym nic złego tylko należałoby o tym dzieci uprzedzić tym bardziej że w tym hałasie i zamieszaniu dziecko może nie usłyszeć wołania I a i wypatruje swojego nauczyciela.

    No ok. Zdarzyło się, trudno - ale dziecko już teraz wie, że nie zawsze będzie jego pani. Naprawdę, nic sie nie stało. Życie toczy się dalej. Kurcze no, takie sytuacje się po prostu trafiają, tylko że dziecko jest nieprzyzwyczajone do tego, że coś może nie być zgodnie z oczekiwaniami. Ale szybko sie przyzwyczaja, jak mu się na to pozwoli (poza dziećmi zaburzonymi ze spektrum autyzmu na przykład).
  • agata16.06 13.09.18, 10:02
    Uważam, że Julita , która trochę się sama przestraszyła szkoły, zdaje sobie sprawe z błędów, które popełniła w przeszłości ( każda z nas matek popełnia łędy wychowawcze nawet chcąc najlepiej) i powoli je odkręci. A jak nie odkręci to zycie je skoryguje i wspierana ( bo wierzę, ze kilka osób ja wesprze) pomoże dziecku w okresie szkolnym i nie tylko. Byłoby gorzej gdyby nie docierało do niej, ze problem lezy posrodku. Ja w każdym razie trzymam za nich kciuki.
  • mama_kotula 13.09.18, 10:06
    No pewnie.
    Ja wiem, doskonale wiem, jak człowiek się w takich sytuacjach miota i zaczyna siebie obwiniać za dyskomfort psychiczny dziecka. Zaczyna sobie wyrzucać rozmaite rzeczy, że coś zaniedbał, ze mógł inaczej. Nie?
    Też trzymam kciuki. Wszystko sie wyprostuje i tyle.
  • mama_kotula 13.09.18, 10:12
    Jak moje dziecko poryczało się wczoraj po szkole, że ona dzisiaj nie chce iść do pana Piotra na lekcję wiolonczeli i chce być w domeczku, w domeczku, nie idzie nigdzie i już <rozgłośne chlipanie i kupka nieszczęścia> to czułam sie jak potwór zmuszający do strasznych rzeczy. Przed oczami miałam obraz dziecka przeładowanego zajęciami, umęczonego i w ogóle. A dziecko nie ma siedmiu lat, to jest maleństwo, a matka go prowadza w takie straszne miejsca... i to PRZEZE MNIE DZIECKO SIĘ ŹLE CZUJE (potem oczywiście wyszło, o co chodzi, sprawa dość banalna, dla dziecka wazna).

    Tu, mam wrażenie, zadziałał ten sam mechanizm samoudręczenia, on jest w sumie automatyczny. Moje dziecko cierpi w szkole, a ja temu nie zapobiegłam.
  • kysu 13.09.18, 10:03
    tak, zgodzę się... mama_kotula bardzo dobrze to ujęłaś.

    --
    --
    Hesia
    [WRO]
  • julita165 13.09.18, 10:57
    To dorzucę coś jeszcze. To nie jest nasza szkoła rejonowa. Wybrałam tą szkołę z rozmysłem kierując się głównie dwiema przesłankami. Po pierwsze ta szkoła ma wyniki. Zwykle w ok 10 miejsca w województwie w egz VI kl, jak na masową szkole to jest rewelacyjny wynik. Absolwenci dostawali się do najlepszych gimnazjów. Jak będzie z VIII kl tego oczywiście na razie nikt nie wie. Po drugie - sądząc z tego co mówiła dyrekcja i z tego co wisiało na stronie szkoły w zeszłym roku była bogata oferta zajęć dodatkowych. Poza tym mam kilku znajomych których dzieci tą szkołę już skończyły albo wkrótce kończą i opinie były generalnie pozytywne. Muszę synka dowozić ale wielką fatyga to nie jest bo to dosłownie 5 minut od mojej pracy. Samodzielny powrót do domu oczywiście na razie jest niemożliwy ale nie jest to wyższa logistyka - jeden autobus sprzed szkoły praktycznie pod dom. Ok 30 minut jazdy, dość długo ale nie z powodu odległości tylko jednej zawsze niesamowicie zakorkowanej ulicy. Można więc powiedzieć że sama "własnymi rękoma" zgotowalam nam ten los 😁. No i jak tak z bliska na to popatrzyłam to nie jestem pewna czy minusy tej szkoły nie przesłaniają plusów. Zależało mi na zajęciach dodatkowych - można powiedzieć że jest tylko angielski. Reszta dla dzieci w tym wieku albo całkiem nie dla niego ( tańce, plastyka ) albo w odjechanych godzinach 7, 17, basen dostępny w niedzielę ! ). Także z tych dodatków właściwie nic nie mamy a zależało mi na tym bo ja go oczywiście mogę zawieźć na zajęcia dokądkolwiek, niekoniecznie do szkoky tyle że najwcześniej na 17. A o tej porze to on już nie ma ochoty. I nie chodzi z zajęciami o to że mam ambicje zostać matką noblisty tylko ja pracuję ! On i tak powinien spędzać w szkole czas do ok 16. Zgadzam się że odbiory przez babcię nie są rozwiązaniem na stałe a tak jak wygląda ta świetlica to on tam chodzić nie chce. Dość kategoryczny opór. I ja też nie bardzo potrafię znaleźć słowa zachety. I okazuje się że nie mam co zaproponować w zamian. Znowu tak patrząc z boku wydaje mi się, że fajnie wygląda oferta od kl IV w górę. No i szkoła ma oferty półkolonii, ferii, nawet czasem kolonii i obozów. ( Zawsze lepiej jechać z kimś znanym niż miałabym wykupować kolonie w biurze podróży ) - to jest ważne biorąc pod uwagę relacje ilości dni roboczych wolnych od zajęć szkolnych do wymiaru urlopu. Przy czym jak patrzę na "super" organizację czasu na świetlicy to zaczęłam podejrzewać że te ich ferie, kolonie itd to podobny szal. A rejonowa szkole mamy dosłownie przed domem, tyle że trzeba ją obejść bo drzwi są z drugiej strony. Dlaczego jej nie wybrałam ? To nowa podstawówka, powstająca po likwidowanym gimnazjum. Jaka będzie to szkoła nikt nie przewidzi, może świetna a może całkiem do bani. W każdym razie to likwidowane gimnazjum było raczej kiepskie. A jednak teraz szkoła podstawowa zyskała na znaczeniu, to z tej szkoły dziecko ma zdać do szkoły średniej. Gdyby podstawówki były trzyletnie pewnie wyslalabym go do rejonowej ale na 8 lat to jednak bierze się pod uwagę różne kryteria. To raz. Dwa - na razie to maleńka szkoła. Powstały dwie klasy pierwsze po 17/18 uczniow i jedna klasa czwarta. Każdy powie że kameralność tej placówki to zaleta. Dla pierwszaka pewnie tak ale ponownie zwracam uwagę że to jednak zasadniczo szkoła na 8 lat. Przerabialiśmy malutkie przedszkole i jak było świetne gdy miał 3 lata tak jako 6 latek raczej nie miał tam czego szukać. Obawiam się podobnej zasady w szkole. Zdaje też sobie sprawę z ograniczeń małej placówki np te nieszczęsne dodatki. Kto przyjdzie tam np z ofertą języka, programowania, jakiegoś sportu kiedy jest taka mała baza potencjalnych chętnych. W tej aktualnej szkole syna na ponad 100 pierwszoklasistów zgłosiło się 10 osób ! Nawet biorąc poprawkę że część może chodzić poza szkołą to bardzo mało. Jeden z rodziców miał pewna koncepcje żeby jednak dało radę zorganizować basen dla naszej klasy - na 26 dzieci chętnych było 2 dzieci, w tym ja. To ilu chętnych będzie w tej małej szkole ? 0.82% ucznia ? Dodatkowo znajomi nauczyciele zwrócili mi uwagę że w tak małej szkole problem zacznie się od kl IV, kiedy pojawi się nauczanie przedmiotowe. Chodzi o to że żaden nauczyciel przedmiotowy w takiej szkole nie uzbiera tzw pensum, chyba nawet polonista będzie miał.problem. A to podobno bardzo niedobrze kiedy wszyscy czy większość nauczycieli jest dojeżdżająca na jedna-dwie lekcje dziennie. Ja jednak w zeszłym roku byłam obejrzeć i ta rejonowa, nie odniosłam wrażenia że jest jakiś pomysł na zagospodarowanie tej szkoły i czadu tym dzieciom. Usłyszałam tylko zapewnienie, wygłoszone tonem jakby to był ósmy cud świata, że świetlica będzie. Ale rozczarowana ta szkoła wybraną tak sobie teraz myślę żeby może iść do tej rejonowej jeszcze raz się rozejrzeć co i jak tam dziala. Co myślicie ?
  • mama_kotula 13.09.18, 11:04
    > Gdyby podstawówki były trzyletnie pewnie wyslalabym go do rejonowej ale na 8 lat to jednak bierze się pod uwagę różne kryteria.

    Moje dzieci zaliczyły hm, niech policzę... 4 szkoły każde z nich i formalną edukację domową. Zawsze można zmienić, to nie jest wyrok smile
    Popatrz w rejonowej, a nuż się okaże, że jest po prostu wystarczająco dobra smile)).
  • mama_kotula 13.09.18, 11:11
    > "W tej aktualnej szkole syna na ponad 100 pierwszoklasistów zgłosiło się 10 osób !"

    Może rodzice nie chca obciążać dzieci zajęciami dodatkowymi akurat w pierwszej klasie - kiedy dziecko i tak przeżywa dużą zmianę, wiesz smile
  • truscaveczka 13.09.18, 11:17
    Ty naprawdę rozumujesz w kategoriach "paski, zajęcia dodatkowe, dostanie się do dobrej średniej szkoły" myśląc o siedmiolatku? Ja chyba czegoś nie rozumiem...
    Moja córka poszła do rejonówki, która okazała się kijowa (oferując przy tym zylion zajęć dodatkowych itp.). Nadarzyła się okazja do zmiany szkoły, zmieniła na lepszą. Lepszą, bo (szok będzie) bez ocen, z elementami edukacji demokratycznej, gdzie to dzieci decydują, co będzie na zajęciach niektórych i tak dalej. I rozkwitła w 6 klasie, znalazła nowe pasje i bardzo się rozwinęła emocjonalnie i filozoficznie. I nadal nie uważam, że w wieku 13 lat robi dużo rzeczy, które zdeterminują jej przyszłość. Ja swoje dorosłe życie zbudowałam od podstaw mając lat 23-24 i bardzo je sobie chwalę.
    Dla mnie to jest u ciebie doskonały czas na bycie wsparciem, tworzenie relacji i tak dalej, edukacja na tym nie ucierpi.

    --
    Ci z was, którzy myślą, że wiedzą wszystko, są bardzo irytujący dla tych z nas, którzy rzeczywiście wszystko wiedzą. /Agatha Christie/
  • julita165 13.09.18, 12:05
    truscaveczka napisała:

    > Moja córka poszła do rejonówki, która okazała się kijowa (oferując przy tym zyl
    > ion zajęć dodatkowych itp.). Nadarzyła się okazja do zmiany szkoły, zmieniła na
    > lepszą. Lepszą, bo (szok będzie) bez ocen, z elementami edukacji demokratyczne
    > j, gdzie to dzieci decydują, co będzie na zajęciach niektórych i tak dalej.
    No brak ocen to ja akurat uznałabym za jedną z większych bzdur.
    > ozkwitła w 6 klasie, znalazła nowe pasje i bardzo się rozwinęła emocjonalnie i
    > filozoficznieł

    I nadal nie uważam, że w wieku 13 lat robi dużo rzeczy, które zd
    > eterminują jej przyszłość.

    Ja swoje dorosłe życie zbudowałam od podstaw mając l
    > at 23-24 i bardzo je sobie chwalę.
    Jasne ale pewnie miałaś ku temu podstawy. Intelektualną bazę a ta buduje się od początku edukacji. Wtedy rzeczywiście mając ok 20 lat można wybierać. Jak to czy tamto się wcześnie zaniedba to poZniej może być bardzo trudno to nadrobić. Taki przykład - w SP byłam bardzo dobra z matematyki i lubiłam ja. Poszłam do LO i trafiłam na matematyka - niezwykle sympatycznego gościa tyle że "odklejonego" od szkolnej rzeczywistości. Chyba w ogóle od rzeczywistosci. Podobno wcześniej coś facet na uniwerku wykładał i miał system taki nieco ....akademicki. Wpadał do klasy, z rzadka sprawdzał listę ( a nawet jeśli to zdawał się nie zauważać że obecna jest może 1/3 klasy i każdy z obecnych po 3 razy powtarza obecny ) i zaczynał wykład. Stawał tyłem do klasy i zapisywał na tablicy całe ciągi wzorów, zadań w tempie że trudno było za nim nadążyć ( choć przepisać, o rozumieniu nie wspomne ) , jak mu miejsca brakowało to ścierał łokciem i kontynuował. Dzwonek, mówił do widzenia i to samo na kolejnej lekcji. Skutek był taki że już w październiku prawie nikt nie wiedział o co "kaman" ale że gość był niegroźny, obecności nie sprawdzał, klasowek nie robił, nie odpytywał to sobie spokojnie chadzalismy na wagary. Ze trzy razy w roku robił kartkówki ale zupełnie nie zwracał uwagi na sciaganie. Na koniec kl I matematyka był to juz dla mnie ciąg niezrozumiałych ideogramów. Owszem, było w klasie kilkoro uczniów którzy już w ILO wiedzieli co chcą robić w przyszłości, na jakie studia pójdą i ci tłuki matematykę poza szkołą. A poniewaz ja nie miałam żadnych skonkretyzowanych planów to tak się ogólnie "rozwijałam" . No a w IV LO przyszedł nowy nauczyciel i ręce załamał. Większość klasy nie tylko niczego się nie nauczyła ale nawet pozapominalismy część tego co było w programie podstawówki. O studiach na które trzeba było zdawać matmę mogłam zapomnieć. To znaczy nie, przepraszam, oczywiście mogłam wziąć korki, przysiąść fałdów i w rok nadrobić braki. Tyle że to o wiele trudniejsze niż nabywać wiedzę umiejętności w odpowiednim tempie na bieżąco. I dlatego już w I kL SP myślę o tym jakie dana szkoła daje mi rękojmię że dobrze przygotuje do egzaminów do szkoły średniej. Gwarancji oczywiście nie ma nigdy ale jednak jakieś przesłanki szacowania prawdopodobieństwa można wyłuskać.
  • truscaveczka 13.09.18, 12:17
    Jestem nauczycielką. Nienawidzę ocen, pracowałam tak i wychodziło doskonale, w końcu ludzie się uczyli zamiast zaliczyć na dop i mieć w dudzie.
    Moja baza intelektualna nie ma NIC do mojego dorosłego życia, może poza rodzajem lektur rozrywkowych, jakie wybieram.
    W liceum trafiliśmy na matematyczkę, która jedna ręką pisała, drugą ścierała, nic nie tłumacząc. I tu się przydały faktyczne umiejętności życiowe, nie jakieś korki czy inne głupoty. Zebraliśmy się, napisaliśmy (jako uczniowie!) petycję do dyrekcji o zmianę nauczyciela, chodziliśmy, załatwialiśmy - dostaliśmy znakomitą matematyczkę.
    Osobiście w drugim półroczu klasy maturalnej pomyślałam, że może by tak w końcu iść na jakieś studia i złożyłam papiery kontrastowo na polonistykę i ekonomię. Dostałam się na te pierwsze, bardzo miło mi się studiowało. Nagroda dziekana, takie tam - bardzo miło. Nadal - nie jest to nic, co wpływa na moje dorosłe życie.
    Edukacja jest przereklamowana. Empatia, relacje, etyka, mądrość życiowa - olewane, bo ich nie zmierzysz guzik wartą szósteczką za ładne laseczki przy "a".
    Jakie uczucia, emocje i relacje sa dla ciebie ważne? Bo póki co zdradzasz się z dużym stopniem tłumienia lub nieuznawania za istotne uczuć w ogóle, własnych także. Co by się stało, gdyby się okazało, ze dziecko jednak jest "bojkiem" i że sobie nie radzi? Jak byś się czuła? Co byś zrobiła?

    --
    Ci z was, którzy myślą, że wiedzą wszystko, są bardzo irytujący dla tych z nas, którzy rzeczywiście wszystko wiedzą. /Agatha Christie/
  • kysu 13.09.18, 12:46
    jestem po słabej podstawówce, kiepskim liceum. nie lubiłam się uczyć, szły mi tylko przedmioty ścisłe.
    jestem fizykiem, skończyłam elitarny wydział, pracuję na uczelni wyższej.

    zatem... bez paniki. nie analizuj tyle. wychyl kielicha wink

    --
    --
    Hesia
    [WRO]
  • mama_kotula 13.09.18, 13:00
    Wczoraj mój syn, zapytany, czego nowego nauczył sie w szkole, odpowiedział: Dowiedzialem sie, że Reymontowi nie chciało się w ogóle uczyć, a potem, patrz, miał osiągnięcia i dostał Nobla; czuję z nim wspólnotę dusz.

    Tyle ode mnie. Nie mam ochoty dyskutować o założeniach i realizacji korpoprojektu: "dziecko wykształcone".
  • truscaveczka 13.09.18, 10:24
    > Na pewno do tej pory starałam się dziecku oszczędzać zbędnego dyskomfortu.
    Ja mam taką filozofię, że zadaniem rodzica jest nie generować stresów - sobie i dziecku, o ile nie jest to niezbędne. ÷Życie samo ich dostarczy dostateczną ilość.
    To oszczędzanie stresów może być zwodnicze.

    --
    Ci z was, którzy myślą, że wiedzą wszystko, są bardzo irytujący dla tych z nas, którzy rzeczywiście wszystko wiedzą. /Agatha Christie/
  • agata16.06 13.09.18, 10:39
    Wszystkie mamy rację. I wszystkie o tym piszemy, tylko co sie stało to sie nie odstanie. Julita nieswiadomie generowała ten szkolny stres. Zresztą każda(y) z nas się czegos boi i , w mniejszym lub wiekszym stopniu, ten strach przechodzi na dzieci. Czy dzieci płaczą przy szczepieniu dlatego, ze boli? Nie! Sa to tak cienkie igły i tak niewielki ból, ze nie jest to powodem płaczu. Płacze, bo ktos gdzies kiedys , nomen omen, zaszczepił ten strach. I nie musiała to byc mama.
    Ludzie boja sie latania, i ten strach przechodzi na dziecko.
    Mama sie boi, ze dziecko biegając sie spoci i zachoruje, dziecko boi sie ruchu ( moze opisałam to zbyt drastycznie, ale tak jest).
    Mama boi sie wody - dziecko tez zaczyna sie obawiac itd.
    Na własnych dzieciach i to swiadomie wygenerowałam lek przed prądem elektrycznym.
  • janja11 14.09.18, 14:57
    Pogadałabym z wychowawczynią, żeby zwrócić uwagę na problem i usłyszeć relację z innego źródła. To prawda, że to dopiero 2 tydzień, a adaptacja dzieciaka to kilka tygodni, ale lepiej na bieżąco kontrolować co się dzieje.
    Nawet dobrze byłoby gdyby dzieciak uczestniczył w takiej rozmowie. Niech go wychowawczyni uspokoi, że nawet jeśli nie ona osobiście, to zawsze ktoś mu pomoże znaleźć klasę, że spóźnienie to nie tragedia, może się zdarzyć każdemu i o ile nie zdarza się codziennie to nie będzie miało żadnych negatywnych konsekwencji. Musi dzieciak trochę wyluzować.
  • julita165 14.09.18, 16:05
    Problem szkoly już rozwiązałam. Dość radykalnie ale skutecznie. Od poniedziałku idzie do innej. Wiem że dla dziecka to dodatkowy stres, zła jestem na siebie bo to ja nawarzylam tego piwa ale uważam że trzeba umieć przyznać się do bledu i jak najszybciej go naprawić. A dotychczasowa szkoła nie rokuje. Rozmawiałam wczoraj z paniami że świetlicy (bo to jest tam zasadniczy problem, jestem zdania że w takich warunkach żadne dziecko nie może funkcjonować bez szkody dla swojej równowagi psychicznej, wczoraj jak ich zobaczyłam na placu zabaw to mialam jedno skojarzenie....spacerniak, a wiem o czym mówię bo zawodowo zdarza mi się bywać w aresztach i ZK ) i w zasadzie odpowiedział mi foch urażonego majestatu i uwaga o istnieniu szkół niepublicznych. No to od razu skierowałam kroki do szkoky rejonowej....pięć minut spacerkiem z domu, klasa I licząca 15 uczniów, dwóch dyrektorów którzy z mety poświęcili mi dobrą godzinę. Nowiutkie klasy, że dwa razy większe od tej dotychczasowej, świetlica 100 m.kw, boisko wielofunkcyjne, woźna która już przedstawiła się jako "ciocia". Przespałam się z tematem i po sprawie. Odrzuciłam ta rejonowa bo to nowa szkoła, a tamta miała opinie i wyniki ale w pierwszej klasie to jednak nieważne.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka