Piszę jeszcze z Pl. Będziemy wracać w pon prawdopodobnie, najpozniej we wtorek.
Wiecie co, strasznie się cieszę, że przyjechałam do mamy...
W zasadzie już tak strasznie źle z nią nie było. Dopiero po czasie się
dowiedziałam, że była w takim stanie, że ani jeść, ani wstać, nogi się pod nią
uginały, trzęsące, jak z waty. Nie jadła prawie 2 tygodnie. Jak przyjechałam,
była jeszcze słaba, ale już coś przegryzała, kompletny brak apetytu. Mało
mówiąca, smutna, załamana psychicznie. Ech... Nic nie powiedziała! Nie mówiła bo
bała się, że z nią chyba już koniec. Szlag mnie trafił!!! Stało by się coś, a ja
ponad tysiąc kilometrów stąd. Nieważne, że mam pracę, że obowiązki. Przecież
(same mamy dzieci i dla nich poświęcamy się najbardziej, już całe obecne i
przyszłe życie...) wobec niej mam dług. Nie, żeby mi ciążył, chcę się nią
opiekować, uważam to za naturalne, bo jest mi bardzo droga.
Wyobraźcie sobie małżon mnie namówił, byśmy jechali, bo ja taka realistka. Fuj!
A kiedy nas ma stać na takie gesty jak nie teraz?! Dlatego się cieszę, że nagle
jestem przy rodzicach. Robię im obiadki codziennie, śniadanka do łóżeczka,
planuję zakupy, kupiłam mamie wszystko co potrzeba i widzę, jak się ożywia, jak
zaczyna być taka jak zawsze. Jak zdrowieje. Wsuwa teraz, aż jej się uszy trzęsą
:-) Ojciec nawet nie marudzi, że to moje żarcie takie nie polskie jest, hihihihi.
Podbudowana już teraz psychicznie. Promienieje. Ktoś dba, ktoś zawsze gotowy
jest przyjechać i nie zostawi w niedoli i samotności.
Przerąbane mają Ci nasi rodzice... naprawdę.
Tyle, że muszę ją sobie wychować, by mi zadzwoniła w razie potrzeby (bo powinnam
przy niej być przynajmniej 2-3 tygodnie wcześniej) albo uruchomić odpowiednie
sznurki w rodzinie i zapewnić sobie dobry wywiad. To mnie smuci, hehehe,
szpiegować trochę własnych rodziców.
Na szczęście leki działają, moje wsparcie psychiczne i opieka też. Można wracać
do Was.
Też mi tęskno i fajnie, że Narutek wymyśliłaś nowy pretekst do spotkania :-)
Mysza
--
Eindhoven i okolice