LORD – największy (i średni wiekiem) – to mój najukochańszy kotek. Czuję, że i on mnie kocha i jak go głaszczę, to czasami aż czuję jak mnie coś chwyta za serce. Jest taki, że zawsze trzeba do niego podejść i pogłaskać i przytulić. Lubię przytulając go dotykać czołem jego zawsze gorącego czubka głowy. Lord przyciąga wzrokiem, ale sam nie podchodzi, chociaż trzyma się w pobliżu tzn. przychodzi tam, gdzie jest domownik i kładzie się gdzieś obok np. na biurku, na parapecie okna. Jest towarzyski, ale przy tym taki królewski, dostojny, spokojny.
Kłopoty z nim związane wynikają z jego wielkości i wagi. Jest taki sam duży jak nasz pies coker spaniel. Ale pies nie wskakuje na parapet zrzucając doniczki. Pies załatwia się na dworze. Lord załatwia się do kuwety tak dużej, że nie mieści się ona w małym WC – tylko w pokoju za drzwiami. Zanim on zakopie żwirkiem swoja kupę lub zanim ja ją wyniosę i spuszczę w sedesie, to smród rozchodzi się po całym mieszkaniu. Mieszkanie trzeba od razu wietrzyć. Córka ma specjalną kuwetę – ze ściankami, daszkiem i wkładem węglowym wchłaniającym zapach, ale nam się taka kuweta za drzwiami pokoju nie zmieści.
Wielkość i ciężar – to jest kłopot. Karta Mamki Julci (Moc) świetnie to oddała. Przykład z życia: Lord wiedział, że nie zgadzamy się, aby siadał na monitorze, więc gdy weszłam do pokoju – zeskoczył z monitora (to był „skrzynkowy” a nie płaski monitor). Pamiętam upadek monitora jak na zwolnionym filmie, mimo iż trwało to ułamek sekundy. Monitor przekoziołkował do przodu, na moment zawisł na kablu, ale kabel wyleciał z gniazdka i monitor poleciał dalej – obił się o blat stołu, potem o oparcie fotela, o siedzenie fotela, potem uderzył w metalową stopkę nóżki i zawisł na drugim kablu – częściowo na ziemi, częściowo w powietrzu. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że monitorowi nie zaszkodził ten upadek

.
(Mojego męża i syna męczy trochę towarzyskość Lorda – pisałam o tym w komentarzu do interpretacji TM.)
Lord ciężko adaptuje się do zmian, a zapakowania do klatki panicznie się boi. Ale jest już trochę lepiej i mama nadzieję, że karty wielu uczestników tę zmianę na lepsze uchwyciły. Lord zdążył rozwalić już dwie klatki. On się napręża i rozsadza klatkę pchając głową – jest nieprawdopodobnie silny. Ale ostatnio córka kupiła metalową klatkę do przewożenia psów – jest składana (nie było by gdzie jej w domu postawić) i bardzo duża. W tej klatce Lord zachowuje się w miarę spokojnie, może po prostu już zachowuje się spokojniej. Miauczy, pcha pręty, ale jakby ze świadomością, że jej nie da rady rozwalić - tym bardziej, ze jego wcześniejsza metoda rozpychania klatki od wewnątrz już w nowej klatce nie ma zastosowania, bo aż tak się nie rozciągnie, żeby sięgnąć od boku do boku..
Chociaż Lord nie cierpi być w klatce, to nigdy na nas nie wyciągnął pazurów czy zębów – klatkę owszem, chciał zniszczyć, ale zawsze uważał, żeby nam nie zrobić krzywdy.
Nie tylko zapakowania się boi. Również źle znosi podróż. W tych mniejszych klatkach potrafił załatwić się ze strachu. (Całe szczęście, że nie jeździł środkami komunikacji publicznej – tylko w samochodzie swojej właścicielki.) Na wszelki wypadek cały dzień przed wyjazdem nie dostaje jeść.