Zdjęcie to liczy już sobie sporo lat, byłam w momencie jego wykonania studentką.
Było ono zrobione we Włoszech, a dokładniej w Castel Gandolfo, na dziedzińcu
letniej rezydencji papieskiej. Jest na nim uwieczniony ówczesny Papież, czyli
Jan Paweł II. Było to jeszcze przed zamachem na niego, można wtedy było przy
odrobinie szczęścia wziąć udział w cotygodniowej mszy odprawianej tam przez
Papieża po polsku dla polaków, a po tej mszy spotkać się z Papieżem „z bliska” i
chwilę z nim porozmawiać. Papież podchodził wtedy do każdej grupy pielgrzymów,
ściskał ręce, przekazywał błogosławieństwa, rozmawiał z ludźmi, itd. Taka
właśnie chwila została sfotografowana na zdjęciu o którym mowa. Dla mnie, młodej
wtedy dziewczyny było to bardzo emocjonujące, wzruszające i radosne przeżycie. W
końcu stanąć oko w oko z tak wielkim człowiekiem, móc go dotknąć, zamienić z nim
kilka słów, to było coś, o czym nawet wcześniej nie marzyłam.
Zdjęcie to zostało zrobione w lecie około południa, był wtedy sierpień i jak to
we Włoszech o tej porze roku bywa - było bardzo gorąco. Zdjęcie jest duże
(prawie, że format A4) i utrzymane jest w ciepłych, brązowo-żółtych barwach.
Widać na nim całą naszą grupę młodych ludzi (był to wyjazd studencki), w sumie
ponad 20 osób. Stoimy wszyscy na tle żółto-brązowej ściany, u góry widać
fragment okna z zamkniętymi drewnianymi okiennicami. Chociaż zdjęcie to było
robione na dworze, to nie widać na nim ani skrawka nieba, ani żadnej zieleni –
są tylko ludzie na tle tej ściany.
Ale najciekawsza jest kompozycja tego zdjęcia i to ona powoduje, że wszyscy na
jego widok zawsze się uśmiechali i pytali parafrazując znany dowcip: „a kto to
jest ten facet ubrany na biało koło Canady?” No bo centralnie, na samym środku
fotografii, (zamiast jak można by się było spodziewać na tym miejscu Papieża)
stoję sobie ja. Cała szczęśliwa, uśmiechnięta od ucha do ucha i zadowolona, że
udało mi się zająć tak strategiczne miejsce. Mam na sobie żółty t-shirt i długą
spódnicę w żywe, pomarańczowe wzory, co tym bardzo rzuca się w oczy i przyciąga
wzrok. Stoję wyprostowana i patrzę prosto w obiektyw. Po lewej swoi ksiądz
ubrany na czarno, po prawej JPII oczywiście w białej sutannie. Z tyłu widać
sylwetki i głowy pozostałych uczestników naszej wyprawy do Włoch. Papież akurat
chciał się przywitać z księdzem stojącym koło mnie i uśmiechając się wyciągnął
do niego rękę, ksiądz obrócił się w stronę Papieża. I wygląda to trochę tak,
jakby obydwoje (a szczególnie JPII) się ze mną witali, patrzyli na mnie, czy do
mnie się zwracali z jakimś pytaniem albo prośbą. Cała ta sytuacja uchwycona na
zdjęciu sprawia dosyć zaskakujące i zabawne wrażenie aż można się zastanowić kto
tu do kogo na audiencję przyszedł, a ja mogę się pochwalić, że mam naprawdę
wyjątkową pamiątkową fotografię z JPII. Zawsze, kiedy patrzę na to zdjęcie, to
robi mi się radośnie, wesoło i z przyjemnością oraz z wielkim wzruszeniem
przypominam sobie tamte chwile.
Zdjęcie to zostało zrobione przez jednego z watykańskich fotografów –
fotografowali oni „z urzędu” wszystkie grupy pielgrzymów razem z Papieżem, a
następnego dnia można było sobie te zdjęcia u nich kupić (za niemałe zresztą
pieniądze; moja studencka kieszeń dosyć mocno wtedy ucierpiała). Ale wszyscy moi
znajomi mi mówili, że takiego zdjęcia nie mogę nie mieć i że ono jest jakby dla
mnie specjalnie zrobione, więc po prostu musiałam je nabyć. Pozostałe zdjęcia
już były zupełnie klasyczne, z Papieżem jako centralnym punktem ich kompozycji i
z pozostałymi ludźmi w tle.