W tamtym okresie zafascynowana byłam wyprawami polarnymi. Zaczęło się to tak, że
przez przypadek i z nudów (byłam wtedy chora i spędzałam kilka dni w szpitalu na
obserwacji) dano mi w rękę jedną książkę na ten temat i tak mnie ona zauroczyła,
że nie mogłam się od niej oderwać i później wyczytałam wszystko, co tylko było
dostępne w bibliotekach z tym tematem związanego. I to wcale nie chodziło o
powieści Centkiewiczów, (chociaż te też mi się podobały), ale o całkiem
„dorosłe”, poważne opisy i relacje z badawczych wypraw polarnych w okolice
obydwu biegunów. Potrafiłam wtedy wyrecytować z pamięci (teraz już praktycznie
wszystko pozapominałam…

kto, kiedy, na jakim statku płynął i w jakiej wyprawie
uczestniczył oraz jaki był przebieg danej wyprawy. Oczywiście marzyłam, aby
zostać polarnikiem, prowadzić badania naukowe na dalekiej północy, odkrywać
miejsca, w których ludzie często lub wcale nie bywają, a przy okazji zobaczyć
zorzę polarną oraz morsy i foki albo pingwiny. Nie odstraszały mnie opisywane w
książkach niesamowicie ciężkie warunki tam panujące, które często powodowały, że
uczestnicy wypraw polarnych przypłacali je zdrowiem lub życiem. Chciałam
wyjechać w jakieś zimne, podbiegunowe tereny i samej doświadczyć tych wszystkich
trudów i niebezpieczeństw jakie tam można spotkać. Fascynowały mnie panujące tam
ekstremalne warunki klimatyczne, bezkresne białe i bezludne przestrzenie oraz
to, jakimi cechami charakteru musieli wykazać się ludzie, którym udawało się tam
przeżyć.
Ale jak już na tyle dorosłam, żeby ewentualnie taki wyjazd poza krąg polarny
sobie zorganizować (chociażby turystycznie) i po kilku zimowych wyjazdach w
nasze góry stwierdziłam, że tak właściwie to jestem osobą bardzo nieodporną na
mróz (straszliwy zmarzluch ze mnie, aż się wszyscy wokoło śmieją, jak widzą mnie
poopatulaną w różne swetry i trzęsącą się z zimna w towarzystwie lekko
poubieranych ludzi, którym jest zupełnie ciepło) i tak naprawdę nie lubię
śniegu, zimy ani chłodu. No i nigdy bym sama sobie tego nie zrobiła, żeby z
własnej woli wyjechać tam, gdzie można bardzo zmarznąć. Tak więc przestałam
marzyć o wycieczkach na głęboką północ, czy na Antarktydę i zajęłam się innymi
rzeczami nie wymagającymi wyjazdów w tak ekstremalne warunki klimatyczne.
Zresztą dalekie wyjazdy też z wiekiem przestały mnie pociągać, szczególnie w
zimie. I tak do tej pory zorzy polarnej nigdy nie widziałam na żywo, pingwiny
tylko w zoo, a jak widzę śnieg za oknem, to odchodzi mi cała ochota do wyjścia z
domu. Dobrze, że nie zrealizowałam tych marzeń z młodzieńczych lat, bo kiepski
by był ze mnie polarnik, który bardzo boi się mrozu

.