dlaczego niektorzy ludzie wstydza sie przyznawac Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • ze lubia proste zwykle potrawy?
    Np swojskie zurki czy zalewajkismileAlbo kotletytongue_out
    Albo mielone,ziemniaki i buraczki?smile
    Bo to nie jest trendy?smile
    Jasne,ze nalezy urozmaicac kuchnie i nie byc slynnym "kotleciarzem",ale takie
    proste potrawy zapamietane najczesciej z dziecinstwa chyba nie powinny byc
    ujma albo?
    Oczywiscie to zalezy od kraju w ktorym sie wychowalo-dla Wlocha makarony nawet
    z truflami moga byc swojskim pokarmembig_grin
    Ja pisze o naszych typowo polskich potrawachsmileNiesmiertelne jajo w sosie
    chrzanowym lub barszcz z krokietemsmileItd itd..smile


    --
    no i jeszcze Pinezka
    Kuchenne Pogaduszki
    • Nie wiem dlaczego niektorzy tak maja.

      Ja tam lubie swojskie polskie zarcie, ale mam taki ped do poznawania nowych
      smakow, ze po prostu rzadko je przygotowuje. Za to zawsze u Mamy, Babci, Cioci
      upominam sie (choc wcale nie musze) o ulubione swojskie smaki. smile
      --
      Zmysły w kuchni
    • ktore kaza im wyburzac lub porzucac stare, czasami piekne chaty, i na ich
      miejscu/lub obok stawiac paskudztwa, lub zrywac stara farbe z komody tylko po
      to, zeby pomalowac za piec minut w przecierke, udajaca stara, ale 'lepsza niz
      stara' bo nowa smile Po czesci jest to wstydzenie sie pochodzenia, korzeni,
      nieswiadomosc, epatowanie 'swiatowoscia'....a w przypadku przecierek-zwykly brak
      gustu big_grin
      --
      wloszczyzna.blogspot.com/
    • Ja się nie wstydzę. W ogóle mało wstydliwy jestem smile.
      Chłop ze wsi jestem, sushi nie jadłem, owoców morza nigdy nie jadłem (chyba, że
      liczyć śledzie) i wielu, wielu innych jeszcze. Nie to nawet, żebym jakoś nie
      chciał, po prostu to drogie rzeczy są, nie bardzo mnie stać żeby się nimi żywić.
      Nie bardzo mam ochotę kupić raz do roku homara czy jagnięcinę za pół mojej
      pensji, wolę pół świni kupić, wiaderko śledzi i krzynkę piwa. Jadam to co jest
      wokół mnie ogólnie dostępne i na co mnie stać, nie staram się "przeskoczyć" za
      wszelką cenę swojego statusu. Pewnie gdybym się wyprowadził do kraju gdzie
      sprzedają na rynku świeże przegrzebki i ośmiornice to bym się przestawił smile, ale
      tak jestem tu gdzie jestem, jestem tym kim jestem i nie narzekam smile.
      --
      BETTER MOTORHEAD THAN DEAD
    • Ja tam sie przyznaje otwarcie ze gotuje jak moja mama czyli tradycyjniesmile I juz
      nie raz dziekowalam i hymny pochwalne pialam Rafalowi za jego przepisy, ktore
      czesto pokrywaja sie z tym co pamietam z kuchni mojej babci (nie, nie przytyk w
      kierunku wieku Rafala, a raczej komplement za tradycyjna pyszna kuchniesmile )
      Owszem, gotuje tez roznosci makaronowe na wloska nute, zdarzy sie tajskie czy
      chinskie jedzenie albo jakis modny "gadzecik" o ktorym mojs mama nie slyszala,
      ale generalnie w naszym domu rzadzi przyslowiowy mielony i buraczki Tez
      Fettiniowe-barowe leniwewink
      A.
      --
      Ewcia
      Ninka
    • Ale kto się wstydzi?

      Może naprawdę są tacy ludzie, którzy nie lubią prosto i zwykło, więc
      nie mają się do czego przyznawać?

      Uwielbiam mielone mojej Mamy. Do tego buraczki i ziemniaki z
      koperkiem. A od tyodnia chodzi za mną zsiadłe mleko z młodymi
      ziemniakami. Czy ktoś mi wytłumaczy jak krowie na rowie, co zrobić,
      by zaspokoić swe żądze?
      big_grin
      --
      równość
    • A kapusta kiszona zasmazana z kopytkami,a nalesniki ,placki ziemniaczane,krupniok pieczony ,gotawany ,smazony z cebulka.
      Same swojskie pysznosci,a gulasz ,a jajko sadzone ,krokiety,
      mozna by wymieniac .....
    • Mowienie o swoich nawykach zywieniowych to mowienie o sobie.
      Czesto, powiedzialabym, o bardzo intymnych sprawach. Jesli sie z
      tym zgodzimy, dochodzimy do konstatacji, ze mowienie o tym, co, jak
      kiedy itd sie je, moze byc - i czesto jest - elementem
      autoprezentacji.
      I ze sa ludzie, ktorym np zalezy, zeby byli wzieci za osoby 'z
      wyzszych sfer' (obojetnie, co przez te wyzsze sfery uwazamy). Jesli
      chce uchodzic za kogos takiego, prycham z obrzydzeniem na mielone i
      buraczki, a nad sushi niby mimochodem rzucam uwage o tym, jakie
      powinny byc PRAWDZIWE sushi, bo te sushi to nieprawdziwe jakies
      sa... Co oczywiscie nie zmienia faktu, ze jesli ktos sie bardzo
      napina i napręża, zeby mowiac o jedzeniu przdestawic siebie w
      dobrym swietle, zazwyczaj osiaga skutek wbrew przeciwny.

      Musze przyznac, ze moja czesta obecnosc na fk jest spowodowana
      takze mozliwoscia obserwacji z pogranicza psychologii spolecznej i
      antropologii smile))


      --
      śpiewali kiepsko, ale bronili swego prawa do fałszowania
    • w polsce niefajnie jest byc dumnym ze swojskiego jedzenia i
      regionalnych smakow. komuna tez zrobila swoje, bogate przedwojenne
      tradycje zostaly zapomniane (dobrze, ze coraz wiecej ludzi szuka w
      starych ksiazkach zapomnianych przepisow), tradycje "spauperyzowaly"
      sie, ostala sie chlopska kuchnia w okrojonej kryzysowo - robotniczej
      wersji...i jeszcze ten stereotyp kuchni niezdrowej, ciezkiej i
      nieladnie sie prezentujacej.
      we francji (bo tylko tym przykladem moge sie posluzyc) ludzie
      przewaznie sa dumni z lokalnego swojskiego jedzenia z regionu, z
      ktorego pochodza. dlatego ruch slowfoodowy jest tu bardzo slaby, gdyz
      bardzo jest silne przywiazanie do regionalnych kuchni, produktow i
      jakosci.
      Ciekawie napisano o tym w ksiazce dwoch dziennikarzy, ktorzy badali
      paradoksy spoleczenstwa francuskiego... niestety ksiazka chyba nie
      zostala przetlumaczona na polski: Sixty Million Frenchmen Can't Be
      Wrong: Why We Love France but Not the French.
      A poza tym niektorzy sa snobami i jadaja tylko to co jest trendy.

      --
      Tasty Colours
    • Lubie kuchnie w oparciu o szerokopojete lokalne produkty.
      Szerokopojete -czyli ze strefy klimatycznej w ktorej mieszkam I
      kture tu sie uprawia, hoduje, lowi, poluje na nie etc.... (no dobra
      wloszczyzne uwazam za produkt lokalny bo wrosla w nasz klimat przez
      te setki lat, które minęły od czasów Bony. Tak samo z korzeniowymi
      przyprwaami, kawą, herbatą i ziemniakami).I dlatego lubie te
      tradycyjnen polskie dania. No fakt, moze w stosunku do trendu
      sprzed wielu latt - uzywam mniej tluszczu np do smazenia. Ja wierze
      w jednosc przyrody big_grin Jakos w mrozną zime z przyjemnoscia siegam po
      te mielone z buraczkami ii ziemniakami czy tes gesty zur czy
      kapusniak... Mniej mi odpowiadaja wówczas lekkie dania z basenu
      Morza Śródziemnegosmile nPo prostu - potrzebuje zastrzyk kalorii big_grin
      W zas w lecie - z checia siegam po nie. Moze niekoniecznie
      codziennie, ale naprzemian z daniami "polskimi": ziemniaki z kefirem
      i kalafiorem/fasolką szparagową i zsiadlym mlekiem, kurczak
      pieczony, ziemniaki i mizeria, etc... Dla mnie to pychota! (pod
      warunkiem,m ze nie ma koperkutongue_out ). Mloda kapusta? o raju - cud
      miód smile
      Za to gdy bywam w innym kraju - z dzika radoscią próbuje lokalnych
      kuchni. Wyznaje zasadę, ze odmienna kultiure najlepiej poznakje sie
      od kuchni...smile
      I nie marudze, szukam polskich dan. Korzystam z kuchni lokalnych.
      Czasami przenosze co ciekawsze przepisy do nswojej codziennej
      kuchni.Ot taki miks.

      NIe wstydze sie tego, ze lubie polska kuchnie. Ona jest taka
      różnorodna. Nie będę rżnęła damy i mowila, ze jej nie uznaję, ze
      jest be - bo przeciez nie jest trendysmile
      Ona jest w pewnym sensie dostosowana do naszych warunków
      klimatycznych- ot cala tajemnica smilesmile
    • Wydaje mi się, że wstydzą się niektórzy na forum Kuchnia, bo wśród znajomych
      kompletnie czegoś takiego nie zauważam.

      Ja się nie wstydzę i zawsze mówię, że bardzo lubię polską kuchnię (no, niektóre
      potrawy, bo nie wszystkie). Lubię, ale nie gotuję tradycyjnie, bo to jednak
      więcej czasu zajmuje.

      Wydaje mi się też, że czasami ludzie chcieli by właśnie do czegoś aspirować -
      robią 'inne' potrawy, szukają nowych przepisów - z różnych powodów - właśnie nie
      tylko z chęci poznawania, ale często pokazania się czy zaimponowania komuś.

      Ja naprawdę jadłam bardzo dużo różnych rzeczy, bo zawsze gdziekolwiek wyjeżdżam
      próbuję co tylko mogę. I im więcej poznaję tym bardziej dochodzę do wniosku, że
      jednak lubię polską kuchnięsmile

      A FK jest, jak już któraś z was zauważyła, ciekawym miejscem do obserwacji -
      mnie np. teraz bawi wątek o tych wybrednych znajomych.
      • W ostatnim Przekroju jest ciekawy artykul o klasach spolecznych z
        uwzgledniemiem polskiej specyfiki. O jedzeniu tam akurat nie ma,
        ale mozna spokojnie przetlumaczyc inne zbadane w polskich realiach
        przyklady - np mlody i sympatyczny socjolog Maciej Gdula zbadal
        przynaleznosc klasowa przy pomocy roweru smile
        Tzn nie pytal o pieniadze, ktore zazwyczaj przychodza do glowy jako
        wyznacznik przynaleznosci do danej klasy, ale pytal po co im rower.

        I byla liczna grupa, ktora dzieki rowerowi oszczedzala (ludzie
        ubodzy, studenci etc).
        Dla kolejnej rower byl wyznacznikiem statusu - ich rowery to byly
        wypieszczone cacka, warte razem z oprzyrzadowaniem pare dobrych
        tysięcy. I ze 'wszyscy koledzy takie mają'.
        A kolejna grupa cenila rower ze wzgledu na wolnosc, jaka daje - ze
        wiatr we wlosach, ze gwizdza na korki, ze z siodelka maja inna
        perspektywę.

        Pierwsza grupa zostala nazwana 'klasa nizsza', srodkowa -
        'burzuazja kredytową', przedstawiciele trzeciej nalezeli i do
        kadry kierowniczej i ludzi biznesu, ale tez byli wsrod nich
        wykladowcy, artysci, pisarze itd, wiec trudno ich sklasyfikowac.
        Dosc, ze wielu sposrod niej jezdzilo na takich samych albo niewiele
        lepszych gruchotach, co studenci i oszczedni z grupy pierwszej.

        Mysle, ze podobnie jest z jedzeniem: niektorzy, jak to zgrabnie
        ujmuje artykul, 'muszą potwierdzac prestiz i separowac sie od
        biednych przy pomocy kolejnych dobr' - tym, jak zyja, jak spedzaja
        czas, co kupuja i gdzie, co jedzą potwierdzaja swoja tozsamosc, z
        ktora czesto czuja sie dosc niepewnie. Pewnie dlatego tak chetnie
        deklaruja nienawisc do biednego schabowego smile


        --
        dont hejt de pleja, hejt de gejm
        • smile
          Poza tym jest jeszcze jadna sprawa. W wirtualnym świecie mozna
          napisoc wszystko. Rowniez to - nie jakim sie jest, a jakim CHCIALOBY
          sie byćsmile
          Czasami tylko dziwie sie jednemu - ze ludzie zapominaja, ze jak ktos
          w miare regularnie wyraza swoje poglady, to jednoczesnie bardzo duzo
          mówi o sobie big_grin

          --
          Liczba literówek jest wprost proporcjonalna do poziomu irytacji.
          • O tak, to jest bardzo sluszna uwaga - tu mozna do imentu pisac o
            tym, co sie i gdzie jadlo, albo co sie ma na codzien w lodowce, a
            czego by sie w zyciu nie tknelo.

            No wlasnie - mowiac o jedzeniu i swoich upodobaniach, obnaza sie
            prawde albo to, co by sie za prawde uznac chcialo - a to mowi o
            czlowieku wiecej niz chce powiedziec. wink


            --
            Moja mama ma Nobla z fizyki, mój tata pracuje w przedszkolu.
        • ladnie napisane.
    • Ja lubie proste potrawy, ale nie polskie...
      Po 20 latach jednak mnie przeciagnelo na strone srodziemnomorska, z zakreceniem
      wegetarianskim. Nie wymyslilam, tak sie porobilo.

      Aczkolwiek mlodych ziemniaczkow z koperkiem sie nie wyrzeklam, tylko je
      podsmazam na oliwie z czosnkiem i zjadam z greckim jogurtem...

      Wyrzeklam sie kielbas i kotletow, bigosow, klusek i plackow (tak, tak) a pozeram
      pity z feta, pomidorem i ogorkiem i popijam czerwonym winem zamiast czystej
      ojczystej.

      To juz chyba podpada pod wynarodowienie...


      --
      ... La ausencia es al amor lo que al fuego el aire:
      que apaga el pequeno y aviva el grande ...
      • a ja bigos i inne ojczyste danie popijam winem smile


        --
        Tasty Colours
      • E tam - moj ojciec, ktory pierwszych kilkanascie lat zycia spedzil
        na wsi, wojennej i zaraz powojennej twierdzi, ze mieso jadali raz-
        dwa razy do roku. Na codzien byl zur, zalewajka, kartoflanka, chleb
        pieczony przez babcie i zupa dyniowa - wszystko wegetarianskie albo
        i weganskie.


        --
        Żona pierze, gotuje, sprząta, robi zakupy i opiekuje się dziećmi,
        mąż wbija gwoździe, pilnuje domostwa przed niedźwiedziami i zombie
        oraz zdobywa żywność na polowaniu.
        • eno, ale z drugiej strony na podworkach kwitla "produkcja" krolikow i
          kurczakow. mama urodzila sie w niecaly rok po wojnie i dziecinstwo
          spedzila w zabrzu, gdzie jej rodzicow wyslano do pracy. cale rodziny
          hodowaly kroliki i kurki na podworku (w sklepach mieso bylo dla
          uprzywilejowanych - rzeczywistosc poczatku lat piecdziesiatych, przed
          smiercia Stalina), a od swieta kaczki rowniez. mama do tej pory nie
          trawi krolika, ma przesyt - jak twierdzi - do konca zycia.
          nie przepada tez za kapusta kiszona, ktora musiala udeptywac, gdy
          byla mala dziewczynka.
          • > hodowaly kroliki i kurki na podworku (w sklepach mieso bylo dla
            > uprzywilejowanych - rzeczywistosc poczatku lat piecdziesiatych,
            przed
            > smiercia Stalina), a od swieta kaczki rowniez. mama do tej pory
            nie
            > trawi krolika, ma przesyt - jak twierdzi - do konca zycia.

            A ja kiedyś spotkałam chłopaka - w moim wieku, czyli żeglującego ku
            trzydziestce, który nigdy nie miał w ustach króliczego mięsa. Wzięło
            się to stąd, że R. ma bardzo wiekowego ojca, który zdążył w swoim
            życiu zahaczyć o Syberię i spędzić tam kilka lat, i jedyne, czym
            udało mu się czasem napchać żołądek, były cudem łapane dzikie
            króliki... Tak więc królik pozostał w rodzinie mięsem wyklętym, a
            znajomy, fan dojrzewającej szynki hiszpańskiej i antyfan psychologii
            ("wężowa woda"), opowiadał mi o króliku z autentycznym obrzydzeniem.

            16%VOL
            22%VAT

            --
            takie tam... forum homeopatia
        • www.kliowkuchni.muzhp.pl/index.php?id=3&content=&aid=88

          a i strona sprawi Wam radosci i wieczorow przyjemnych wiele, bo to powrot do polskowsci i kuchennosci naszej, hej.

          smile
          • Ha, Jacku, drobnej manipulacji dokonałeś, musisz przyznać smile
            Jadłospis który pokazałeś dla służby był przeznaczony, a gdyby pokazać menu
            stołu ziemiańskiego byłby obraz zgoła odmienny. Drugi biegun jak nic - frykasy o
            które pewnie dziś trudno; bażanty, pulardy, rydze, smardze i inne takie.
            Wiadomo, że różnice w poziomie życia były wtedy ogromne, co na stole musiało być
            widoczne. Dużo później się to spłaszczyło i zdemokratyzowało, pewnie z jednej
            strony patrząc spsiało z innej o niebo się polepszyło.
            Muszę jednak stwierdzić, że powszechna dostępność do nieprzebranych ilości
            jedzenia jest teraz najłatwiejsza w historii ludzkości w ogóle. Sam pamiętam z
            dzieciństwa, że mięso było zazwyczaj raz w tygodniu, na niedzielny obiad. No ale
            u mnie raczej biednie było smile
            --
            BETTER MOTORHEAD THAN DEAD
    • Nie mam kompleksów w tej materii(znaczy, w ogóle nie mam).
      Jadam różnie, ale nie silę się na jakieś cuda, bo nigdy nie wiem czy mi cośtam
      zasmakuje.
      Chętnie korzystam, poczęstowana, z owych "cudów" m.in. owoców morza i smakują
      mi, ale mnie wszystko(prawie) smakuje oprócz smażonej ryby w occie i oliweksmile
      W domu nie mam dla kogo tego robić, więc odpuszczam, bo dla mnie samej nie
      chciałoby mi się.
      Może nie jadam "przaśnie" ale zwyczajnie, z lekkim wskazaniem na zdrowsze
      rzeczy, ale czy one zdrowsze są...?
      Na pewno zimą nie jadam "nowalijek" typu pomidory, czy ogórki i rzodkiewki, bo
      toto smaku nie ma, a kosztuje.


      --
      Podróżewzbogacają mędrców i pogarszają stan głupców

      Serwis komputerowy
      • a ja mam wrazenie, ze jest dokladnie odwrotnie. kto nie wyraza zachwytu i nie komentuje "uwielbiam!", "moje smaki dziecinstwa" w kazdym galerianym watku z jedzenie, nazwijmy to "przasnym" jest przez reszte szanownego towarzystwa traktowany nieufnie jako potencjalny "snob". bo jakze to domowej kaszanki nie lubic? na pewno udaje na pokaz bo sie wstydzi.
        nie przyszlo wam do glowy, ze mozna za czyms takim zwyczajnie nie przepadac?
        tak najzwyczajniej, bez doczepionej ideologii o nowobogackim snobizmie?
        ze mozna po prostu nie bardzo lubic ociekajacego tluszczem kotleta schabowego w panierce, duszona wieprzowine, wodzionke, kluchy, pizze i innych tarty na bulowatym spodzie? (a nie, sorry to teraz zdaje sie jest uznawane za eleganckie)
        ze mozna jadac galarete z glowizny czy inny bigos raz do roku ze smakiem, ale bez ochow i achow i publicznego oswiadczania z duma jaki to ze mnie wiejski/swojski chlopek/dziewucha?
        nie dostawac slinotoku na widok zdjecia golabkow badz pyz?
        ze sa cale rodziny w ktorych od wojny nikt nie mieszkal na wsi ktore sila rzeczy o kuchni wiejskiej nie maja pojecia?
        u mnie w domu od lat 70tych cala kase przeznaczalo sie na ksiazki (w tym wszystkie kucharskie jakie tylko wychodzily) i na podroze.
        dlugo, wrecz bardzo dlugo nie mielismy dlatego kolorowego telewizora, pralki automatycznej ani porzadnego samochodu. nie kupowalo sie wodki ani papierosow.
        za to wieczorami siadalismy przegladajac wystne w kolejkach pozycje typu "potrawy z roznych stron swiata", czy "co jedza nad dunajem" ustalajac jadlospis na niedziele. my sami, rodzina i znajomi przywozili z zagranicznych wojazy przyprawy. na dzialce hodowalismy ziola, skorzonere, jarmuz, salate amerykanska, chodzilismy do herbapolu kupowac glutasol, lebiodke, czyli oregano i tym podobne. to wszystko za czasow gierka. potrafilsmy wtedy pojechac do slupska czy warszawy tylko po to, aby zjesc obiad w restauracji wyroznionej w plebiscycie o srebrna patelnie miesiecznika "swiatowid". albo na lody do hortexu w olsztynie. jeszcze zanim poszlam do szkoly podstawowej jadalam wiec u wierzynka, w bazyliszku, krokodylu, karczmie slupskiej i nigdy pozniej nie przyszlo mi do glowy, ze to nienormalne, albo snobistyczne.
        dla mnie od dziecka w kuchni panuje pelne rownouprawnienie. nie ma potraw lepszych czy gorszych. dziele je na te ktore lubie i nie.
        pozdrawiam psychologow - amatorow


        --
        Six afraid of seven, ‘cause seven eight nine/I’m afraid of losing the places I find/If I was made equal, is this what I get:/A bunch of stories to interpret? It’s so tricky tricky, this little one too,/Well, if it is a lunatic we’ll name it after you./Put it in your pocket and pick it up/We’re here to entertain, show them what you got.
        • ania_m666. Zna sie na wszystkim, wszystkie kulinaria przerobila juz w
          dziecinstwie, w przedszkolu jeszcze pisala recencje , a niedawno Adria poprosil
          ja by mowila mu na ty. Jednym slowem: ideal

          A teraz na powaznie: masz zdecydowany talent do wynoszenia sie nad innych(zeby
          nie nazwac tego snobizmem= i obrazania inteligencji czytelnika przy jednoczesnym
          braku tolerancji. Kotlet schabowy nie musi ociekac tluszczem, a twoje komentarze
          o polskiej kuchni potwierdzaja moja teze, ze niektorym woda sodowa do glowy uderza.
          --
          wloszczyzna.blogspot.com/
          • coz, dziecinstwo funduja nam rodzice i nie jest ono w zadnej mierze nasza zasluga.
            ja mialam szczesci i moje bylo bardzo fajne, twoje jo.hanno sadzac ze
            zgryzliwego tonu nie.
            i wyobraz sobie, ze mialm rowniez to szczescie jeden raz w moim zyciu jesc w el
            bulli, ale bylo to dobre 10 lat temu i pan adria nie zaproponowal mi niestety
            bruderszaftu sad
            gorzej nawet, nie moglam nawet popisac sie moja wiedza na temat kuchni
            molekularnej, ktorej ani wtedy ani dzis nie posiadam, nie gotuje bowiem za
            pomoca cieklego azotu i innych utensylii z zestawu "maly chemik".
            bawi sie w to narzeczony przyjaciolki prowadzacy party service we frankfurcie
            nad menem.
            ile razy go widze, jest w okolicy ust i nosa tym cieklym azotem poparzony smile
            --
            Six afraid of seven, ‘cause seven eight nine/I’m afraid of losing the places I
            find/If I was made equal, is this what I get:/A bunch of stories to interpret?
            It’s so tricky tricky, this little one too,/Well, if it is a lunatic we’ll name
            it after you./Put it in your pocket and pick it up/We’re here to entertain, show
            them what you got.
        • a tak z ciekawosci :w ktorym roku otwarty zostal Hortex w
          Olsztynie ?
          Zawsze myslalam ze warszawski byl pierwszy smile
          --
          Fotoforum Wielka Brytania i Irlandia
          • warszawski byl na pewno pierwszy. do dzis pamietam dlugasna kolejke na zewnatrz
            w tym na marszalkowskiej (tak sie ta ulica nazywala?) i na rogu jeszcze jakiejs
            - aleji jerozolimskich? - warszawiacy nie bic, a bylam wtedy w okolicach
            pierwszej klasy podstawowki. pierwszy punkt kazdej naszej wizyty w stolicy to
            byl deser lodowy "ambrozja" w pucharku wlasnie tam. obiadokolacja przewaznie w
            "bazyliszku" z ktorego do dzis najbardziej pamietam przepyszne dauphinki.
            chodzilismy tez do "krokodyla", a w pozniejszych latach do hortexowskiej
            pieczarkarni ktora byla gdzies w okolicy domow centrum na pietrze, dobrze mam
            topografie w pamieci?
            ale z 3miasta do warszawy na same lody i spowrotem nie wyskoczysz smile
            a do olsztyna, w szczegolnosci kiedy niedzielny obiad wypadal u rodziny w
            elblagu, tak.
            ale to mogla byc juz koncowka lat 70tych albo sam poczatek 80tych.
            reasumujac, ksiazkami kucharskimi bylam zafascynowana od dziecinstwa, a czytac
            nauczylam sie b. wczesnie. pasje kulinarna i zbierania kuchennej literatury mam
            po rodzicach. obecnie zbiory wraz z rocznikami ulubionego niemieckiego
            miesiecznika zajmuja prawie 2 ikejowskie regaly i dalej sa uzupelniane tudziez
            intensywnie czytane. towarzysz zyciowy z racji zawodu i zamilowan wloczyl mnie
            po calych niemczech i kawale europy po tzw "lepszych" restauracjach, pamiec mi
            nie szwankuje, wiec mam prawo przez te lat to i owo z zagadnien kulinarnych
            podlapac. czytaj - mam prawo wiedziec cos na temat nie ze szpanu, a z pasji.
            --
            Six afraid of seven, ‘cause seven eight nine/I’m afraid of losing the places I
            find/If I was made equal, is this what I get:/A bunch of stories to interpret?
            It’s so tricky tricky, this little one too,/Well, if it is a lunatic we’ll name
            it after you./Put it in your pocket and pick it up/We’re here to entertain, show
            them what you got.
        • Dałaś pokaz klasy nie raz i nie dwa na FK, ostatnio w wątku z kotletami to już
          wbiłaś sobie gwóźdź do trumny. Doprawdy przecieram oczy ze zdumienia czytając
          Twój post w obecnym wątku. sad
          --
          Zmysły w kuchni
          • przyznam, ze nie zauwazylam watku o kotlecie. wlasnie przeczytalam i
            szkoda mi poczciwego schabowszczaka.
            p.s. a pyszne, gigiantyczne i legendarne schabowszczaki, to byly u
            endziora na placu nowym w krakowie. w grubej, ale bardzo chrupiacej
            panierce (wypiekal je w piekarniku). potem niestety zaczal robic z
            kuraka i to juz co innego bylo. choc mimo to, w piatek w nocy albo
            raczej w sobote nad ranem mozna bylo "spotkac" pod endziorem
            owczesnych warszawskich celebrytow, co to na dzien dbaja o lynie i
            jedza gotowany szpynak z tofu, hehehe.
          • Bo ten moj post przeznaczony byl na TO forum i TEN watek i skutkiem
            nierozbudzenia po zmianie godziny znalazl sie w jednym garnku z kotletem:
            " Byla jeszcze druga "szkola przezycia" za tych "wspanialych" czasow.
            Z gory przepraszam, jesli w dalszym ciagu tego postu uraze czyjekolwiek uczucia
            religijne.
            ämietacie te slawetne "dary", ktore przychodzily do parafii? Ja owszem,
            pamietam, ze przychodzily a potem wiesc o nich ginela....no, nie calkiem:
            mielismy dwie dosc zaprzyjaznione, wiec szczere znajome moich Rodzicow, ktore z
            osciennej parafii przyjezdzaly na niedzielna sume do naszej.
            I top nie tramwajem czy rozklekotanym autobusem, ale samochodem, jakikolwiek on
            by nie byl. Przyjezdzaly regularnie, czy upal czy mroz - zimno zreszta niezbyt
            im doskwieralo, chronily je zgrabniutkie futerka - nie, nie z jakichs
            wulgarnych nutrii, ale zkarakulow zamawianych przez Pewex u hodowcy w Grecji.
            W drodze powrotnej wpadaly do Rodzicow bardzo ucieszone, ze na najblizsza
            uroczystosc rodzinna beda mogly upiec swoje "sztandarowe" torty, bo "ta maka z
            darow u Was lepiej sie do tego nadaje niz ta, ktora daja w naszej parafii.
            Szczodrzy ksieza regularnie uczestniczyli w podziale tortu.Oooch, ja tez
            "swieta" nie bylam: kiedy udalo mi sie w pracowym bufecie kupic 5 kostek masla 2
            odstapilam mamie mojej kolezanki, co mi ona na lata dlugie zapamietala.
            Byl jeszcze jakis Pan Prezes Warzyw i Owocow, ktory mnie sobie ulubil za
            malowanie mu roznych reklamek (juz nie pamietam, co moglam wtedy reklamowac -
            moze wlasnie wyroby "Hortex'u", ze przysylal mi do owczesnej roboty kosze
            cytrusow i bakalii, ktorymi dzielil sie caly Wydzial - to wtedy nauczylam sie
            jesc ...mango.
    • nie wiem, dlaczego sie ne przyznaja...moze naprawde nie lubia

      choc tak naprawde nie chce mi sie wierzyc by w mlodosci naszej(m nie
      jadalo sie schabowychm,ziemniakow z siadlym mlekiem i pyz tudziez
      plackow ziemniaczanych (czy czego tam jeszcze) i nie docenialo sie
      ich smaku, bo.... smaczne sa

      nawet jesli tluste... amoze wlasnie dlatego, ze tluste (fat means
      taste - mawiaja wspolczesni kuchenni celebryci)

      ja rzadko jadam polskie specjaly, bo do takich prawdziwych dostepu
      prawie nie mam ( moge sobie wpardzie zamowic kabanosy i krakowska
      obsuszana, ale ostatnio wedrowaly do mnie przez miesiac i panie na
      poczcie malo sie nie potruly wonia jadu kielbasianego) ;DD

      jak prawdziwa polska baba " ...tak zona gotuje, jak mezowi smakuje"
      wiec sa curry indyjskie, i chilli prwns, i kway teow, i rozniste
      nonya potrawy - gotuje je nie tylko ze wzgledu na meza ale i
      dlatego, ze mi ogromnie smakuja...

      co nie zmienia faktu ze od czasu do czasu nachodzi mnie ogromna
      ochota na polski salceson wiec kupuje najblizszy zamiennik
      czyli 'pork brawn' i podjadam az mi sie znudzi


      dosc trudno jest przekonac kogos wychowanego na kuchni pelnej
      mocnych smakow i przypraw by docenil smak mlodych ziemniakow z
      koperkiem, choc bigos i golabki do niedawna byly daniem pojawiajacym
      sie regularnie na moim stole


      musze jednak przyznac, ze wszelkie nowe smaki sa mi teraz blizsze ze
      wzgledu na latwosc dostania skladnikow i w zwiazku z tym latwosc ich
      przyrzadzania

      niemniej jednak, kiedy tylko mam szanse dostania czegos, co
      przypomina polska klasyke to draze do oporu - ostatnio jest to chleb
      na zakwasie, taki jak w pl....na sniadanie zajadam kromke z zimnym
      mlekiem (wiem, wim, dlaczego sama nie pieke? A: bo mi sie nie
      chce ;P)

      oj jak to smakuje!

      lepiej niz dakltyle mlekiem zapijane

      o kanapce z rzodkiewka czy pomidorem nawet nie wspomne wink)

      ale peanow na ten temat nie wypisuje... bo jest tylu innych, ktorzy
      to tobia, po co mam to powielac

      • Historyjka, bardzo mi tu pasujesmile
        Poszliśmy sobie pracowo na piwko. Każdy zamówił coś do jedzenia.
        Wszedł spóźniony kolega i zapytał koleżankę co je. Odpowiedziałam za
        nią, że kluski z sosem. Koleżanka bardzo się oburzyła, jakie kluski
        z sosem, przecież ona je paste. Dodam tylko, że był to makaron
        wstążki z sosem mięsno pieczarkowym, w kolorze szaro-burym.

        Ja jem to co lubię. A lubię schabowego i łososia wędzonego (no tego
        to niestety zbyt czesto nie jem, drogi piorun). Zachwycam się
        plackami ziemniaczanymi, bigos mi szkodzi, owoce morza nie smakują,
        ale pizza mniam. Wyznacznikiem jest przede wszystkim czy lubię
        danie, czy mnie na nie stać, ile to ma kalorii (czasami muszę się
        nad tym zastanowić niestety), czy danie można przygotować szybko.
        Dodam tylko, że miastowa jestem od pokoleń, warszawska, jeśli to ma
        jakiekolwiek znaczenie statystycznesmile Aaa, jeszcze napiszę, że z
        wyksztalcenia jestem księgarzem (teraz wykonuję inny zawód) i też
        kupowałam zawsze mnóstwo książek. Po knajpach niestety rodzice mnie
        nie prowadzali, nie podróżowaliśmy też niestety (bo takie wyjazdy do
        lasu pod miasto to się pewnie nie liczą). Ale cóż zrobić, takie
        czasy były.
      • ale ja rowniez uwielbiam ziemniaki i kwasne mleko, kasze, twarog.
        nie przepadam za to za miesem i ryba w panierce i za wieprzowina ogolnie. no
        chyba, ze w marynacie ktora cakowicie zabija ten charakterystyczny smaczek, np
        taki boczek glazurowany w stylu azjatyckim raz do roku.
        i nic na to nie poradze. nie interesuja mnie golonki (chyba ze peklowane),
        schabowe i tym podobne.
        co za glupota dorabiac do niecheci do wieprzowiny ideologii o pogardzie dla
        kuchni polskiej i snobizmu!
        p.s. nie mam partnera muzulmanina smile
        --
        Six afraid of seven, ‘cause seven eight nine/I’m afraid of losing the places I
        find/If I was made equal, is this what I get:/A bunch of stories to interpret?
        It’s so tricky tricky, this little one too,/Well, if it is a lunatic we’ll name
        it after you./Put it in your pocket and pick it up/We’re here to entertain, show
        them what you got.
        • od twierdzenia, ze polska kuchnia prymitywna jest (to w starym watku o menu dla
          'eleganckiego' towarzystwa), poprzez opowiesci o braku kultury ludzi ktorzy maja
          odwage pachniec czosnkiem, za watek o kotletach.
          --
          wloszczyzna.blogspot.com/
          • ziemianskiej, czy arystokra, czy szlachty dawnej nie jest i nie bedzie charakterystyczne dla kuchni polskiej, oj nie - mimo, ze tylko stad pochodzi wiekszosc zapisow i wspomniensmile

            Polska kuchnia prawdziwa, czyli "przaśna" to to wlasnie.

            Ja tez z kretenskiej znam doskonale - mieso tylko raz w tygodniu o ile nie raz na miesiac. Choc pewnie dlatego tak duzo swiat i specjalnych okazjismile zeby wiecej razy moc zamiesicsmile)

            Ale i klusownicy - ponad 40% spoleczenstwa swego czasu... - nie jadali bazantow w tygodniu, oj nie.
    • Ja się nie wstydzę - wszyscy znajomi znają moją szczególną słabość
      do ziemniakówsmile, w każdej postaci. Z ziemniakiem jest zabawnie, bo
      jak tylko zostanie podany na sposób hiszpański, to od razu przestaje
      być ziemniakiem, a staje się Ziemniakiem, żeby go nawet na tę
      hiszpańską modłę jak najbardziej spaskudzić.


      16%VOL
      22%VAT

      --
      takie tam... forum homeopatia
    • "w polsce niefajnie jest byc dumnym ze swojskiego jedzenia i
      regionalnych smakow."---- to nie prawda, ze komuna zrobila swoje, wrecz
      przeciwnie, wszyscy, ktorych znam z przyjemnoscia wspominaja smaki i zapachy z
      okresu dziecinstwa i czesto chcieliby na chwile miec do nich dostep, nie sa to
      znajomi wirtualni, wiec ich pragnienia rzetelne smile

      ja poprosze o nie uogolnianie, zurek na przyklad jest potrawa na ktora ochote
      mam zawsze, wlasnie dzisiaj go robie, srednio raz na tydzien i robie z wlasnego
      zakwasu, na dodatek wlasnie taki uzyskuje smak, jaki pamietam z dziecinstwa (mam
      nadzieje ze bardzo zlizony) i moje dzieci bardzo lubia smile

      bigos, kapusniak z ziemniakami, kotlety z jajek tez bardzo lubia, zwykle potrawy
      jak buraczki, kluski,kluseczki, krokiety (+barszczyk) takze lubimy i dosc
      czesto robimy i polityka tutaj nie gra zadnej roli
      --
      Biżuteria's Blog
      • no no no, z wiatrem, kto tu teraz ugololnia smile ?

        tesknota za smakami dziecistwa chocby byly to lazanki ze smalcem, bo
        nie mozna bylo nigdzie dostac miesa - nie oznacza jeszcze, ze komuna,
        swojego nie zrobila. zrobila i to duzo, bo odpowiednie jedzenie w
        prlu, zwlaszcza w czasach stalinizmu, bylo przedmiotem ideologizacji

        zawsze budzi moj niesmak wspominanie jak to wtedy fajnie bylo,
        bo dla mnie to byl jeden rodzaj jogurtu (sorry - dwa - naturalny i
        truskawkowy), kubanski ohydne pomarancze, i jedzenie w zakladach
        zbiorowego zywienia, ktore bylo tragiczne.

        nie powiem, mieso w domu przewaznie mielismy - glownie dlatego moja
        ciotka miala na krakowskim Kleparzu sklep i znala wszystkich, ktorzy
        pod lada sprzedawali niebadane mieso.

        ja tez przyjemnie wspominam smaki dziecinstwa jako kuchnie rodzicow i
        babci, uwazam, ze polska kuchnia taka jak kazda inna warta jest nawet
        wyeksportowania po lekkim liftingu, to taki moj konik ostatnio, ale z
        drugiej strony nieprzyjemnie wspominam braki zaopatrzeniowe, zaklady
        zbiorowego zywienia, to ze musialam stac z mama w kolejkach.

        ja tam jeszcze nie zapomnialam jak to swietnie w prlu bylo i za nim
        nie tesknie smile
        • Prawda jest tez taka, ze mleko smakowalo wtedy nie UHTczem, ale
          mlekiem, sery to byly sery a nie seropodobne, szynka, o ile byla,
          rozplywala sie w ustach, a na kazdym glupim ryneczku mozna bylo
          kupic ze trzydziesci gatunkow jablek, o ktorych dzisiaj nikt nie
          slyszal, tanszych niz gdziekolwiek i do bolu ekologicznych.


          --
          dont hejt de pleja, hejt de gejm
          • I nawet "baby" do domu jajka,twarog,smietane przynosily..a mleko za drzwiami
            czasem juz kwasne stalobig_grin
            --
            no i jeszcze Pinezka
            Kuchenne Pogaduszki
            • Za bene: e tam!
              baby za komuny przynosily, bo nie mozna tego bylo kupic w sklepie,
              komuna tepila kulakow i chlopow, nie?
              teraz za to baby co prawda nie przynosza, ale np na krakowskim
              Kleparzu mozesz kupic smietane, mleko, maslo, sery od bab. stoja tam
              codziennie.
              a co do jablek i innych takich tam: to akurat moim zdaniem ma
              niewiele wspolnego z peerelem.
              we francji dwadziescia-trzydziesci lat temu tez nie bylo plastikowej
              zywnosci. Mc donald w tym kraju wystartowal bardzo pozno i byly duze
              obawy, ze nie przetrwa, gdyz francuzi mieli wlasny fastfood – np
              crock monsieur, crock madame, kanapki ze swiezej bagietki
              sprzedawane w kazdej boulanzerii, chrupiace croissanty.

              • W moim miescie na targu juz niestety nie stoja..
                A co do jablek-to jednak byl wiekszy wybor,nie pryskane no i nie na kartkismile
                Wlasciwie to nie za prlem tesknimy,tylko za dziecinstwem i mlodoscia w owych
                czasach-obojetnie kiedy one by nie bylysmileTak jak dziadki ze znanych dowcipow "za
                moich czasow..itd"big_grin
                --
                no i jeszcze Pinezka
                Kuchenne Pogaduszki
                • no wlasnie fetti, za dziecinstwem tesknimy i latami beztroski, nawet
                  jezeli trzeba bylo wystac sie w kolejkach po srajtasme!
                  a teraz sobie przypomnialam, ze w stanie wojennym moi rodzice i
                  sasiedzi organizowali na klatce - tak na klatce schodowej (akurat
                  przestronna byla)- wspolne sniadanie wielkanocne. byly stoly
                  wyniesione z mieszkan i polaczone w jeden wielki stol, dzieciaki
                  ganialy po pietrach (w tym i ja). To se ne vrati, teraz kazdy sobie
                  rzepke skrobie.

                  --
                  Tasty Colours
              • emigrantka34 napisała:

                > Za bene: e tam!
                > baby za komuny przynosily, bo nie mozna tego bylo kupic w
                sklepie,
                > komuna tepila kulakow i chlopow, nie?
                > teraz za to baby co prawda nie przynosza, ale np na krakowskim
                > Kleparzu mozesz kupic smietane, mleko, maslo, sery od bab. stoja
                tam
                > codziennie.
                > a co do jablek i innych takich tam: to akurat moim zdaniem ma
                > niewiele wspolnego z peerelem.

                O ile wiem, 'prymitywne' gatunki jabloni i innych owocow to wynik
                archaicznego rolnictwa. Kiedysmy pierwszy raz pojechali na nasza
                wioskę (domek tam kupilismy trzydziesci lat temu), mi, malemu
                knypkowi, utkwil w glowie zachwyt ojca - 'popatrz, te rase swin
                hodowalo sie w sredniowieczu'). Swinie mialy maly przyrost masy i
                malo tkanki tluszczowej, wiec tuczenie ich bylo srednio oplacalne,
                wiec mlode swiniaki czesto puszczano na zadomowe bagienko i las,
                zeby sobie same costam wygrzebaly - zamiast tuczyc w tuczarni.
                Takie mieso i mieso puszczanych samopas po wiosce kur i gęsi mialo
                niesamowity aromat i smak. To, co bylo slaboscia polskiego
                rolnictwa (prymitywne metody upraw, archaiczne gatunki, brak -
                chroniczny - nawozow sztucznych i reczne, a nie chemiczne
                niszczenie szkodnikow, takze struktura ludnosci - 30% mieszkancow
                Polski utrzymywalo sie czesciowo badz calkowicie z roli) bylo jego
                siłą. Owszem - byl i brak higieny, i okrucienstwo wobec zwierzat, i
                zwyczajna bieda. Byly tez wypasione gospodarstwa i PGRy z
                nowoczesnymi urzadzeniami, bogate i idace niemal krok w krok z
                Zachodem, z pestycydami i solidnie wykalkulowana oplacalnoscia. Ale
                wiekszosc tego, co produkowalo polskie rolnictwo bylo o wiele
                lepsze od tego, co mozna kupic teraz.

                Wlasnie teraz rozgrywa sie los gatunkow GMO w Polsce - bardzo
                bogaci lobbysci przekonuja naszych politykow, kuszac bogwieczym.
                Nie wiem, jak w centrum Krakowa, ale na Mokotowie w Wawie
                ekologiczne - a raczej 'ekologiczne' produkty mozna kupic w
                ekologicznych sklepach, za kretynskie pieniadze. Itd. Nie ma juz
                chlopow, ktorym sie oplacalo tluc do miasta z paroma skrzynkami
                koszteli albo mirabelek.


                --
                Żona pierze, gotuje, sprząta, robi zakupy i opiekuje się dziećmi,
                mąż wbija gwoździe, pilnuje domostwa przed niedźwiedziami i zombie
                oraz zdobywa żywność na polowaniu.
                • to wszystko prawda co piszesz. dorzuce jednak trzy grosiki: ochrona
                  srodowiska w polsce w czasie komuny nie istniala, bylo znacznie
                  gorzej nize teraz ... czystosc wod gruntowych wolala o pomste do
                  nieba;
                  w sprawie gmo to polska to teraz pole do popisu; na stronach
                  slowfoodowych mozna znalezc rozne informacje, choc szkoda, ze strona
                  dziala na "polgwizdka";
                  www.slowfood.pl/
                  krakow blizej gor, bliskie zwiazki z podhalem; panie z koninek
                  przyjezdzaja pekaesami jak dawniej, choc to oczywiscie skromny
                  wycinek rzeczywistosci i na podstawie tego nie mozna wyciagac
                  ogolnych wnioskow;
                  cena zywnosci ekologicznej zalezy tez moim zdaniem od miejsca, w
                  ktorym jest sprzedawana. I bardziej lub mniej snobistyczna kliental .
                  np tu na snobistycznym markecie bio mleko bio tej samej firmy jest o
                  30-40 procent drozsze niz w bio sklepie dla "plebsu".
                  ceny zywnosci w stolicy moga tez podbijac ceny czynszu i transportu.
                  wielowatkowe zagadnienie, niestety teraz musze uciekac i na tym
                  koncze.

                  --
                  Tasty Colours
                • 30.03.10, 18:47
                  Jeżeli mam być szczera, to wolę mądrze nadzorowane, obostrzone
                  odpowiednimi przepisami prawnymi gospodarowanie GMO niż puszczone
                  samowolnie naworzenie i "herbicydowanie".
                  Jestem po A.R. i troszkę się naoglądałam. Liznęłam fitogenetykę i
                  genetykę, dlatego uważam, że dużo mniej ( albo zadnej ) szkody dla
                  zdrowia przyniesie ziemniak z genem pomidora niż ziemniak zwalonony
                  herbicydami "antybiedronce w paski".Oczywiście świni genetycznie
                  modyfikowanej ( geny ludzkie lub inne) karpia z genem świni jestem
                  PRZECIW! ale jeżeli GMO ma OGRANICZYĆ STOSOWANIE NAWOZÓW SZTUCZNYCH I
                  HERBICYDÓW JESTEM ZA!!!!
                  A,propos "starych" ras- rasa " polska biała wielkoucha" dziś jest za
                  wszelką cenę odnawiana - jako cenna i " prawdziwa". Kto chce zjeść
                  prawdziwy kotlet schabowy ten nie zrobi go z preparowanych świń
                  duńskich i innych " tworów" krzyżówek - fakt,to nie GMO, ale sztuczne
                  tworzenie nowych ras które są wbrew baturze niezdolne do egzystencji
                  poza laboratoriami i " fabrykami" świń.
                  Zdenerwowałam sięwink idę robić galaretę z nóżek ( na święta)i gotować
                  ozorki w sosie chrzanowymtongue_out
                  • To nie tylko o to chodzi.
                    Przeczytalam ostatnio pare artykulow o praktykach wielkich firm w
                    rodzaju Monsanto w USA i wlos mi sie zjezyl na glowie. Jesli tak ma
                    wygladac polskie rolnictwo za 30 lat, to bardzo nędzna perspektywa.
                    --
                    a moja mama zawsze mi powtarzala: 'maksiu, badz grzecznym kotkiem,
                    bo odrodzisz sie czlowiekiem'
        • ale ja zupelenie nie o prlu ....

          mimo ze Nowa Huta dla mnie nie byla mlekiem i miodem plynaca

          naprawde lubimy w mojej rodzinie proste potrawy i ja o tym jakby co
    • A zjadlabym maslo z lat *60-70 i chleba prawdziwego,
      takiego cieplego z prywatnej piekarni lub GS-u.Slodkie rogale.
      Ziemnaki z maslem i koperkirm od rolnika.Rosol z wiejskiej kury z oczkami zoltymi jak zonkile.
      Pachnace pomidory.Ale mi sie ckni.
    • A ja prosze pan, po latach gotowania dan zagranicznych wloskich, hiszpanskich,
      meksykanskich, arabskich etc wracam do kotletowwink No moze nie doslownie bo
      jakos miesozerna to nie jestem ale ostatnio na moim stole z pomyslami kroluje
      ksiazka "Polska kuchnia tradycyjna" i za kazdym razem nie moge sie doczekac co
      to bedziemy dalej gotowac wink wiec niech zyja te kotlety i niech sie nikt nie
      przejmuje tym co znani kucharze gotuja oni tez kotlety robia w domu.
      Duzo smiechu dla kazdego
      Dorota

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.