Dodaj do ulubionych

Czy jestescie pogodzone z sytuacja?

04.07.07, 14:05
Witam
Jestem tu nowa i mam nadzieje ze wybczycie mi to intymne pytanie ale czuje
sie juz dluzej sama nie dam sobie rady.
Czytalam watek o podziwie. Mnie tez denerwuje gdy znajomi mowia ze mnie
podziwiaja, ze jestem swietna, dzielna itd. A ja czuje ze nie jestem, ze nie
zasluguje na te podziwy.
Mam 3letniego syna. zdrowy, radosny.
Mam 9m coreczke z cytomegalia wrodozna, wrodzoan chorobe ukladu krwionosnego
i jeszcze te powiekszajace sie komowr mozgowe o ktore kiedys Was pytalam. nie
wiadomo co z tego wyjdzie....

gdy urodizlam Madzie i okazlo sie ze jest chora, wpadalam w trans...jezdzilam
od szpitala do domu, dzielilam czas miedzy Szymka i Madzie. zaniedbalam meza.
konflikt za konfliktem.
o niczym nie umialam myslec, tylko o Madzi. modlilam sie jak nakrecona,
wysylalam intencje o zdrowie dla niej wszedzie gdzie tylko mi przyszlo do
glowy, nawet do Watykanu do grobu JPII.
Potem przestalam wierzyc, przestalam chodzic do kosciola, obrazona bylam na
wszystkich i na wsyzstko. to byl straszny czas.
teraz? sama nie wiem...sa dni ze nie mam juz sil...ze chcialabym zasnac i
obudzic sie za kilka miesiecy....moze wtedy cos juz by bylo wiadomo....
nie umiem sie smiac, cieszyc z tego co jest, caly czas na cos czekam i to
czekanie przyslania mi wszystko.
nie umiem sie odnalesc w tej sytuacji.
jestem jak chodzaca bomba zegarowa, lada drobnostka a juz wyzywam sie na kim
popadnie. czasem az wstyd spojzec w lustro....

zazdroszcze tym ktorzy potrafia sie smiac, cieszyc dniem....

umiecie? jak do tego dojzalyscie?
--
Iwona & Szymuś (24.06.04) & Magdalenka (25.09.06)
Mój syn - Szymon Moja córeczka - Madzia
Edytor zaawansowany
  • 76anka 04.07.07, 14:29
    na początku było trudno, ale miłość do synka zwyciężyła i cieszę się każdym jego
    postępem w rozwoju.
    chyba tak, chyba się pogodziłam, ale nie do końca, bo chyba nie chcę mieć więcej
    dzieci, z prostej ludzkiej przyczyny - ze strachu
  • igge 04.07.07, 14:40
    ściskam Cię serdecznie ivonko, masz pełne prawo nie mieć już siły czekać.
    Strasznie trudno rehabilitować dziecko i cały czas nie znać ostatecznej
    diagnozy. To banał, ale z czasem będzie łatwiej.
  • guderka 04.07.07, 14:59
    ach kochana. ,matką jesteś i człowiekiem przecież...to co przeżywasz większość
    z nas przeżywała a może nadal przeżywa nadal. nie wymgaj od siebie
    bycia "superhero" bo pewne emocje muszą się pojawić, być tobie by moc odejść.
    narodziny dziecka niepełnosprawnego powodują, iż zazwyczaj u matki (jako
    głównej opiekunki)-pojawiają się różne fazy, etapy. Jest najpierw faza szoku,
    potem faza negacji, faza pozornego pogodzenia się, faza działania i prawdziwego
    pogodzenia się z losem. dopiero po tej ostatniej zaczyna się umieć dostrzegać
    szczęscie. to tak jak ze śmiercią bliskiej osoby-też na początku jest szok,
    potem bunt i negacja -często odwrócenie się od boga, potem dopiero przychodzi
    ukojenie i pogodzenie się z losem. daj sobie czas. sobie i dziecku. z czasem
    zaczniesz dostrzegać jakiego fajnego masz dzieciaka-niepełnosprawnego ale
    fajnego, własnego, kochanego..czas , czas, czas...
    --
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,guderianka.html
  • gofer73 04.07.07, 15:20
    Z sytuacją tak, z chorobą Precla nie. Ale staramy się aby nasze życie było jak
    najbardziej radosne i normalne. Jest to bardzo trudne ale do zrobienia smile
    --
    Gofer Mama Maksia (ur 01.05.00) i Precla Szymka (30.10.05)
    Blog o Preclu
  • iwona.fa 04.07.07, 15:20
    doskonale wiem co czujesz, myśle ,ze wszystkie to przerabiamy , moje dziecko ma
    trzy lata i dalej leżące i nie mówiące, bywają dni ,że mogłabym zapłakac się
    na śmierc , ale wiecej jest takich ,ze staram się korzystać z każdej
    chwili ,żeby być razem z moim dzieckiem , cieszyc się z każdego tiptoczka do
    przodu .Wkońcu myślę kocham ją i cieszę się ,że ją mam , że jest śliczna i
    wyjatkowa , nie zmieniłabym jej na inną . Zastanówmy się , ktora zamienilaby
    swoje dziecko na inne?.... Co za pytanie , prawda?
    Może to mało pocieszające , ale dziękuje Bogu ,że nie musze sprawdzać np. czy
    respirator dziala , czy jeszcze oddycha , że są dzieci w duzo gorszym stanie ,
    co czuje matka , ktora wie ,ze jej dziecku zostalo pare miesziecy życia...
    przepraszam za smutny wątek , chciałam tylko powiedzeię c, cieszmy sie z każdej
    chwili.....
    pozdrawiam
    Iwona
  • memenka 04.07.07, 17:05
    myslę podobnie, trzeba cieszyc sie z tego co się ma, choroba bliskiej osoby
    zawsze jest dla nas trudną sytuacja, jak napisałas, najgorsza jest niepewność.
    Trzeba sie z tym niestety pogodzic i żyć dalej, szukać szczęścia i radości w
    drobiazgach życia codziennego. Ja miałam wsparcie męża i bliskich, co jest
    niezwykle wazne. Nie bójcie sie rozmawiać o dysfunkcjach swoich dzieci, nie ma
    sie czego wstydzic, niech się wstydzą ci którzy się przyglądają i krytykują.
    Nasze społeczeństwo nie jest niestety zbyt tolerancyjne, ja mam to osobiście
    gdzieś, wścibskie baby itp, olewam je (przepraszam za słowo). A zeby nie
    zwariować raz na jakiś czas muszę odreagować, spotkać się ze znajomymi, wyjechac
    tylko z meżem na kilka dni (syn do babci), wypić piwo, po prostu choć na chwile
    zapomniec o szarej codzienności.Do daje mi nowe siły i wiarę a każda nowa rzecz
    zrobiona samodzielnie przez mojego syna jest najlepsza nagrodą
  • madzialena121 04.07.07, 17:30
    myślę że żadna z nas do konca nigdy sie nie pogodzi z sytuacja ze ma dziecko
    niepełnosprawne ale tez kazda matka bedzie kochac swoje dziecko najbardziej jak
    moze,ja myslę ze ktos tam nas wybrał jako matki i musimy stwić ctemu czoła,a
    czy z płaczem czy z usmiechem na twarzy to juz zalezy od na samych,głowa do
    górysmile
    --
    Konrad ma , Kacper ma
    zdjecia
    www.psouuszczecinek.pl
  • basiunia2d 04.07.07, 23:19
    Narazie napiszę tyle ,że jeszcze nie jestem pogodzona z tym ,żę mam chore
    dziecko...Jeszcze nie umiemsad Zdaję sobie sprawe ,że potrzebuję kogoś
    kompetentnego by mi pomógł to wreszcie zaakceptować.
    Chociaż muszę przyznac ,że powolutku zmierzam do akceptacji mojej córki
    taką ,jaka jest...
    Bardzo trudno mi bywa w chwilach gdy jest nagłe zderzenie z grupą zdrowych
    rówieśników..JUlka uczęszczała do zwykłej "zerówkki" i po róznych
    spotkaniach ,typu"Dzień Matki" wracałam do domu okropnie przybita bo wtedy na
    tle tych wszystkich zdrowych dzieci moja córka odznaczała sie STRASZNIE.
    czekam na czas kiedy będe mogła powiedzieć ,że jestem pogodzona z
    niepełnosprawnością mojego dziecka...
    --
    SORKI ZA LITERóWKI,ALE TO PRZEZ EMOCJE............

    JULIA i BARTOSZ
  • anetuchap 04.07.07, 23:51
    Ja się nie pogodziłam i NIGDY się nie pogodzę z chorobą mojej Lenki.
    Kocham ją nad życie i zrobiłabym wszystko,aby Lenka była zdrowa.
    Jej niepełnosprawność ciągle budzi mój żal,rozpacz i bunt.
    Gdy rano otworzę oczy,to pierwszą moją myślą jest to,że Lenka słabo chodzi
    i ma z tym duże problemy.
    Nie zadręczam się,nie myślę o tym ciągle i nie neguje jej choroby.
    Wszystkim mówię,że Lena ma mpdz i dokładnie wyjaśniam jakie ma problemy.
    Ja bym napisała tak:mam świadomość choroby i ograniczeń mojego dziecka,
    nauczyłam się z tym żyć,nauczyłam się być szczęśliwą pomimo tych dysfunkcji,
    czasem potrafię w ogóle o tym nie myśleć,ale NIGDY się z tym nie pogodzę.
  • gorgona_1 05.07.07, 08:58
    Myślę, że potrzebujesz pomocy. Nam też może zdarzyć się depresja, objawy
    przeciążenia stresem itp.
    Zwróć się o pomoc do mamy, siostry czy przyjaciółki, może zastanów się, czy nie
    powinnaś porozmawiać z lekarzem.
    Wiele kobiet jest wykończonych opieką nad dwójka zdrowych dzieci w tym wieku!
    Porozmawiaj z mężem, on też przecież to przeżywa. Uświadomcie sobie, że musicie
    przez to razem przejść i że taki ostry kryzys nie będzie trwał wiecznie.
    Zorganizujcie życie Waszemu starszemu dziecku. Pomyśl, co on musi przeżywać,
    starajcie się go osłonić, niech nie płaci zbyt drogo za chorobę siostry, nie
    może ciagle słuchać o chorobie i lekarzach, nie może ciągle patrzeć na
    zapłakaną mamę i być świadkiem sytuacji konfliktowych.
    Znajdź kogoś do pomocy dla dobra Was wszystkich, z czasem sytuacja się
    ustabilizuje i będziesz sobie z tym wszystkim lepiej radzić.
    Przepraszam, że się wymądrzam, nie chcę nikogo pouczać, ale jestem od Ciebie
    duuużo starsza, naprawdę rozumiem i naprawdę życzę jak najlepiej. Trzymaj się!


  • maurach3 05.07.07, 10:12
    podpisuje sie po tym co napisala gorgona.Pomysl o jakiejs terapi moze
    rozmowie z psychologiem. Ja tez nie zaakceptowalam choroby dziecka.Pogodzilam
    sie w miare przyzwyczaiłam do sytuacji.Najgorzej po imprezach gdzie mozna
    porównac zdrowe dzieci i moja corke.Oj wtedy mnie sieknie na pare dni.Ale
    mysle ze różnie w zyciu bywa - ma sie zdrowe dziecko i wystarczy chwilka -
    jakis wypadek i LOS sie zmienia.
    --
    Gosia smile)
  • basiunia2d 05.07.07, 10:52
    Włąsnie najtrudniej mi jest wtedy gdy jest to zderzenie dwóch światówsad
    MOja córka i reszta zdrowych aktywnych dzieci...
    Nie umiem spokojniena patrzećsad
    --
    SORKI ZA LITERóWKI,ALE TO PRZEZ EMOCJE............

    JULIA i BARTOSZ
  • anetuchap 05.07.07, 13:37
    Mam dokładnie tak samo. Kiedyś,gdy chodziłyśmy na plac zabaw,to zawsze
    zbierało mi się na płacz. Myślałam,że mi serce pęknie gdy widziałam,że
    Lenka tak odstaje sprawnością od rówieśników.
  • guderka 05.07.07, 13:39
    jestem w szoku..nigdy nie zaznałam takich emocji-plac zabaw to najpiękniejsze
    chwile spędzone z małą-gdy ja stara krowa zjeżdzałam ze ślizgawki czy robiłam
    babki z piasku..
    --
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,guderianka.html
  • mamaronja 05.07.07, 14:51
    Ja też nie lubię chodzic na plac zabaw - widzę, gdy Zośka się śmieje i fika do
    dzieci - ale sama do nich nie podejdzie, jest zdana na moje ręce. Najbardziej
    pewnie zabolli, gdy zacznie sobie ona zdawć sprawę ze swojej ułomności.
    Mam nadzieję, że będzie dobrze.

    NIE POGODZIŁAM SIĘ. Ale przyjęłam to do wiadomości.

    Ja też uważam, że powinnaś iść do lekarza, jak widać jesteś w kiepskim stanie,
    co może się odbić i na dzieciach i na małżeństwie.
    Musisz myśleć o sobie i musicie, jak tu już było napisame, starać się żyć jak
    naj normalniej.
  • igge 05.07.07, 15:40
    podpisuję sie pod tym co napisała gordona. ja też tak zupełnie do końca nie
    pogodziłam się ale teraz, po paru latach, jestem bardziej pogodzona niż
    wcześniej. Reszta rodziny pogodziła się szybko i bezboleśnie. Chciałabym kiedyś
    pogodzić się całkowicie, dla dziecka, szczęśliwa matka to podstawa. Na placu
    zabaw, kiedy wychodzi ze świetlicą, moja córka musi siedzieć w piaskownicy cały
    czas bo żadna z pań świetliczanek nie wykaże inicjatywy, żeby podprowadzić ją
    do huśtawki, karuzeli i ewentualnie poasekurować. Raz było miło, bo same dzieci
    jej pomogły i mogła bawić się tak jak inne dzieci. Ja zamiast skupiać się na
    nieumiejętnościach córki staram się koncentrować na jej mocnych stronach
    i "odczarować" całą tę niepełnosprawność, żeby nie była taka straszna. Kiedyś
    natychmiast mówiłam każdemu co małej dolega, teraz nie, najwyżej sami
    spostrzegą. Ja też widzę w dziecku już nie przede wszystkim mpd tylko zwyczajną
    przeuroczą dziewczynkę, nawet jej sposób poruszania się polubiłam i zabraniam
    komukolwiek, szczególnie rehabilitantom nazywać go "brzydkim"
  • fajka7 05.07.07, 18:53
    U mnie z tym godzeniem bylo tak:
    jak sie okazalo 7 lat temu, ze tragedia itd. oczywiscie bylismy w szoku, nie
    moglismy sie pozbierac i w ogole jeden wielki amok to byl, a nawet zdaje sie
    mialam depresje dwuletnia. Ale - niemal od poczatku wymyslilam i powtarzalam
    sobie jedna rzecz, przez lzy powtarzalam: w tym musi byc cos dobrego, tylko ja
    jeszcze tego nie widze. Choroba mojego dziecka tylko pozornie nie ma sensu, ale
    ja musze jej ten sens nadac, musze go znalezc, musze to wykorzystac. Bo uwazam,
    ze nieszczescia, ktore nas dotykaja pozostaja bez sensu pod warunkiem, ze je
    takimi pozostawimy. No bo przeciez choroba niewinnego dziecka wydaje sie sensu
    nie ma. Pytamy dlaczego nas to spotkalo, dlaczego to dziecko spotkalo, po co
    ten absurd istnienia, ktore dopiero sie tworzy i rozwija.
    Pamietalam, ze spotykalam sie z wypowiedziami rodzicow chorych dzieci
    twierdzacych, ze te dzieci, to najwieksze ich szczescie. Nie rozumialam tego ni
    w ząb, no bo niby jak? A jednoczesnie, myslalam: ja tez tak chce, to się musi
    udac. Nie chce byc do konca zycia nieszczesliwa, nie zgadzam sie na zycie w
    cierpieniu.
    Minelo kilka lat i wyciagam nastepujace wnioski:
    Moje dziecko jest szczesliwe. Zyje sobie na luzarzu, nic go nie boli, nie
    cierpi, on sie z nikim nie porownuje i kompleksow nie ma. Jezeli ktos ma tu
    problem ze swoim szczesciem, to na pewno nie on, tylko ja.
    I teraz zadaje sobie pytanie: dlaczego ja majac szczesliwe dziecko nadal mam
    problem? Otoz dlatego, ze to dziecko nie jest takie jak wiekszosc dzieci.
    Pytanie nastepne: dlaczego zalezy mi na tym, zeby bylo podobne do innych
    dzieci, skoro to podobienstwo wcale nie gwarantuje, ze bedzie rownie szczesliwe
    jak obecnie? Odpowiedz brzmi: nie wiem dlaczego mialoby mi na tym az tak
    zalezec, skoro nie mam pojecia jak wtedy wygladaloby nasze i jego zycie i czy
    faktycznie bylibysmy szczesliwsi. Nie mam takiej pewnosci. Mnie się tylko
    wydaje, ze jego zdrowie to bylaby droga wprost do szczescia, a przeciez nie od
    zdrowia samego szczescie zalezy.
    Tym bardziej, ze tak się sklada, ze wszystko to co mamy dzis fajnego
    zawdzieczamy wlasnie jemu i temu, ze jest taki jaki jest. To on nas zmienil,
    zblizyl, kazal nam walczyc o siebie, o rodzine, nie rozwodzic sie po 1 powaznej
    klotni i zwijac do mamusi. To on nas zmobilizowal do pracy, pokazal nam jak
    wiele mozemy, objawil nam co naprawde jest w zyciu wazne, wyprostowal
    kregoslupy (w sensie metafizycznym smile.
    Wiem, jaka jestem i pamietam, jaka bylam. Ja MUSIALAM miec takie dziecko, zadne
    inne, zeby dac sobie szanse na bycie szczesliwa w zyciu. Nie byloby to mozliwe,
    gdyby byl zwyklym standardowym chlopcem jakich wielu, bo nie zadalabym sobie
    takiego trudu ogromnej pracy nad soba i swoim zyciem, gdyby bylo ono nadal
    zwyczajne, z pozoru udane, a faktycznie odwzorowujace nieciekawy model z
    wlasnego domu.
    Moje dziecko jest dokladnie takie jak trzeba, zebysmy wszyscy mogli byc
    szczesliwi. I za to jestem losowi wdzieczna.
    Wiode obecnie mile zycie, mam mozliwosc wyboru, nie boje sie nawet urodzenia
    drugiego dziecka, bo teraz juz wiem, ze nie ma takiego zagrozenia, ze wychowam
    je na takiego popapranca jak ja sama. Wiem, ze go nie skrzywdze. Wiem kim
    jestem i po co jestem, a to bardzo budujace uczucie smile
    A to wszystko dzieki mojemu synkowi wlasnie, który pojawiajac się na tym
    swiecie wywolal wielka rewolucje w zyciu kilku osob i ja nie znajduje ani
    jednej osoby, która by na tym stracila. On tu nam samo dobro przyniosl, to jak
    ja mam zalowac, ze jest taki jaki jest? Otoz okazuje się, ze on jest w sam raz,
    dokladnie taki jak trzeba.
    To tyle filozofowania, natomiast w praktyce wyglada to tak, ze ograniczenia, z
    którymi się borykami ze względu na jego niesprawnosc nie sa jakos mocno
    frustrujace, ponieważ my po prostu zyjemy inaczej. Budujemy rownolegla
    rzeczywistosc do tej, w ktorej zyje wiekszosc, bo zycie wiekszosci przestalo
    stanowic dla nas jedyny wyznacznik normalnosci. Pracujemy w innych godzinach
    niż wiekszosc, mamy inna prace niż wiekszosc, inaczej spedzamy czas wolny. Nie
    stracilismy zupelnie konktatu z wiekszoscia, ale się nia tak nie przejmujemy
    jak kiedys.
    Czy to oznacza pogodzenie się? Powiem uczciwie, ze nie wiem, bo o ile kiedys
    myslalam w kategoriach, ze będę musiala się z czyms pogodzic, o tyle obecnie
    nie do konca dostrzegam tu cokolwiek do godzenia się z tym. Mnie nie
    przeszkadza, ze moje dziecko jest takie jakie jest, ani to, ze wiekszosc
    spoleczenstwa nie rozumie moich problemow. Nic dziwnego, sa zupelnie inne. Ja z
    kolei nie mam problemow, które oni maja smile I to wiekszosci np. bytowych. A kto
    mi to dal? No rycerz mój przeciez smile
  • guderianka 05.07.07, 19:03
    pozwól że twój długi i niezwykle mądry wywód skiwtuję krótkim : zycie to
    puzzle, dopiero z perspektywy czasu widać jak się one układają..

    u mnie wszystko pasuje..rozwód, śmierć taty i początek choroby Mai- trzy
    wielkie tragedie i dopiero po latach widzę po co mi to było, czego nauczyła
    mnie każda z nich, w jaki sposób mnie ukształtowała. wychodzę z założenia że w
    życiu nie doświadczamy złego ale po prostu DOŚWIADCZAMY i wszystko jest po coś..

    fajka-przybij piątkę bo chyba podobny sens widzimy,,
    --
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,guderianka.html
  • fajka7 05.07.07, 19:08
    No wiec ja tu sie wyluszczam i zakrecam bluszcza wokol tematu, a mozna bylo
    napisac tak jak Ty:
    wszystko jest po cos
    kropka
    smile
  • basiunia2d 05.07.07, 19:55

    --
    SORKI ZA LITERóWKI,ALE TO PRZEZ EMOCJE............

    JULIA i BARTOSZ
  • igge 06.07.07, 01:11
    ale np ja bym tak lapidarnie nie zrozumiała sad (a mam się za przynajmniej
    ćwierćinteligenta i nawet dzisiaj byłam w dobrym teatrze na świetnej sztuce)
    Fajka!!! ja Twój post sobie wydrukuję i zabiorę na wakacje! A po powrocie
    zawieszę nad łóżkiem!
  • iwona.fa 06.07.07, 10:08
    brawo , mysle ,że nie jest łatwo się pogodzić z jakąkolwiek chorobą , ale
    uczymy się z tym żyć
    pozdrawiam
  • fajka7 06.07.07, 15:32
    wypowiedzi smile) wiadomo, ze sie musze powymadrzac, w koncu niedawno mialam
    urodziny i teraz to juz naprawde widac, ze jestem sędziwa, a co za tym
    oczywiscie idzie- najmądralińskowsza wink
  • ewel82 06.07.07, 17:34
    Witam.Jestem tu nowa i akurat przeczytałam Twój post...I nie wiem czy pokrzyczec trochę na Ciebie,czy nie...Jestem mamą 13 miesięcznej Natalki - cytomegalia wrodzona,głęboki niedosłuch stopnia głębokiego,agenezja nerki prawej,i wiele innych.Natalia jest opózniona psycho-ruchowo.Twoja Niunia pięknie się rozwija-doceń to że mogło byc o wiele,wiele gorzej.Naprawdę nie chciałabys aby Twoja córcia miała takie uszkodzenia spowodowane przez wirusa jak moja.Wiem że niezbyt to miłe co piszę,ale mam nadzieję że troszkę Cię to zmobilizuje i podniesie na duchu - brutalne,ale mogło by gorzej-tak jak u nas...Pozdrawiam gorąco.Jeśli masz ochotę to napisz na mail gazetowy.
    Ewelina
    ps.Sliczną masz Córeńkę.
  • kasia1506 09.07.07, 13:31
    Nie pogodziłam się z sytuacją i niewiem kiedy to nastąpi.Jeśli wogóle nastąpi.
    Jak narazie to mam tylko czarne myśli.
    Nie umiem "normalnie" życ .Zresztą nasza sytuacja nigdy nie będzie normalna więc
    i życie też nie.
  • cynnamon 10.07.07, 00:19
    Nigdy specjalnie nie szarpałam się z tym. Jestem z natury optymistką i osobą
    pogodną, tak jak i mój mąż, biorę to co życie niesie i staje temu napprzeciw i
    przyjmuję to ,więc myślę, że to też miało znaczenie. Po prostu jest jak jest,
    stało się tak a nie inaczej i nic już tego nie odwróci, nic tego nie zmieni.
    Myslę, że był jakiś powód że akurat to my, ale jaki? Nie mam pojęciasmile
    W każdym razie nasze życie wydaje mi się całkiem zwyczajne.




    --
    Dwie dziewczynki pluły z okna na przechodniów. Jedna dziewczynka była dobra,
    druga zła. Zła trafiła trzy razy, dobra osiem. Dobro zawsze zwycięży zło.
  • dorka1971 03.08.07, 14:44
    Jestem tu nowa jak ty Iwonko i co...Czuję to samo co ty.Za co nas ludzie
    podziwiają?Za to ,że jesteśmy matkami?Co dla nas jest oczywiste to inni się
    dziwią.Moja córka jest ciężko chora i do dziś przeszłam chyba wszystkie etapy
    załamania i dalej się buntuję na zaistniałą sytuację,ale...Dziś po tych
    wszystkich latach wiem,że straciłam mnóstwo czasu skupiając się na własnym
    cierpieniu,a przecież nie mogłam nic zrobić tylko starać się tak przeżyć każdy
    dzień by wiedzieć ,że moje dziecko było kochane najbardziej na świecie .Mimo
    wszystko.Ważne byś miała kogoś bliskiego by móc porozmawiać o tym co boli,a jest
    to bolesny temat.Ja takiej osoby nie miałam ,mąż się odsunął od córki,a ja
    odsunęłam go od siebie.Błędne koło.żyliśmy obok siebie,a wobec tak trudnego
    rodzicielstwa kłopoty wciąż się piętrzyły.Nie wiem jak zebrałam się w całość,ale
    dziś się uśmiecham ,może i czasem przez łzy,ale i córka też zaczęła się
    uśmiechać.Widzę jak odbiera moje emocje i jak przez lata musiała się czuć ,gdy
    ja ciągle płakałam.Iwonko to cholernie trudno,ale musisz wziąć się w garść i
    znaleźć cel w życiu.Bo przecież nie zawsze da się uzdrowić nasze dzieci ,a skoro
    nie możemy zmienić losu to pozwólmy dzieciom godnie przeżyć czas jaki mają na
    ziemi.One innego życia nie znają bo urodziły się chore i często nie wiedzą co
    jest nie tak.Pozdrawiam cię serdecznie i pamiętaj ,że nam matkom nie pomaga rozpacz.
  • dorka1971 20.08.07, 11:28
    "...Gdybyśmy mieli zawiesić na kołku nasze cierpienia i gdyby nam wolno było
    wybierać te,które najlepiej nam, się podobają,każdy wziąłby znowu swoje
    cierpienia,wszystkie inne bowiem wydawałyby mu się jeszcze gorsze..."

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.