23.11.07, 23:10
podobaja ci sie slowa tej piosenki?


tekst piosenki Wyspa - Ryszard Rynkowski

Wyspa

Być może jest taka wyspa
na jakimś oceanie
która ma jedną przystań
i jeden jacht w tej przystani

i wody jednej rzeki przecinają ją w poprzek
i jeden strażnik rekin
pilnuje wyspy dobrze
i pojedyńczo się łamią
o skały samotne fale

i jeden czarny namioy stoi na owej skale
nad palmą jedną jedyną
błyszczy jedyna gwiazda
a gdy się chce tam dopłynąć
jest tylko jedna jazda
gdyż jeden jest kierunek
i jeden mały bilet

więc po swój biedny pakunek
niebawem się pochylę
i opuszczę swą izbę bez słów i powrotów
by popłynąć na wyspę
do czarnego namiotu

i będzie coraz ciemniej
ciemno, smutno i mglisto
psy, kiedy wyją w pełnię
też tęsknią za tą wyspą.

Byś może jest taka wyspa
na jakimś oceanie
która ma jedną przystań
i jeden jacht w tej przystani
Być może, być może




autor słów utworu:

kompozytor:
Edytor zaawansowany
  • jan_stereo 23.11.07, 23:14
    nie podobaja, wietrze w nich podstep :"))
  • ala.l 23.11.07, 23:15
    smile))

    jaki podstepsmile)

    juz masz manie przesladowczasmile))?
  • jan_stereo 23.11.07, 23:16
    wszedzie widze trolle :L)
  • ala.l 23.11.07, 23:17
    jan_stereo napisał:

    > wszedzie widze trolle :L)

    i prowadza biele myszki na smyczysmile))

    ???
  • elissa2 24.11.07, 13:14
    Ale mi zadałeś ćwieka!
    Nie miałam zielonego pojęcia że trioda, a właściwie dwie, może mieć
    coś wspólnego z jakością odtwarzania cd.
    Poszłam szukać i nadziwić się nie mogę.

    "Dotychczasowe doświadczenia z płytą CD wskazywały braki dynamiki,
    analityczności, separacji instrumentów cyfrowego nośnika, mimo
    teoretycznie lepszych parametrów w porównaniu z płytą analogową.
    Jednak postęp techniki odtwarzaczy CD wskazywał, że ograniczeniami
    nie jest format płyty CD, ale możliwość prawidłowego jej
    odtworzenia. Sukcesy kolejnych generacji odtwarzaczy CD "Lektor"
    oraz zebrane doświadczenia skłoniły firmę Ancient Audio do
    opracowania bezkompromisowej konstrukcji, będącej podsumowaniem
    możliwości tkwiących w srebrnym krążku. Bezkompromisowe podejście
    wymusiło zupełnie inną koncepcję budowy, niż tradycyjne konstrukcje."

    Masz odtwarzacz własnej "produkcji" czy masz jakiś "fabryczny"?
    I czy mógłbyś mi powiedzieć jak się nazywają takie pospolite, które
    ma większość z nas a jak takie ... takie jak "lector grand"
    (rozumiem że to takie rolsrojsy w świecie odtwarzaczy, tak?)
  • shachar 24.11.07, 15:00
    moze i ja dryndania jakie slyszala na komnatach, ale ogladalam w
    duzym niezrownane bzdzidlo pt. failure to launch, to nieslychane jak
    sie mozna tak zebzdzic aktorsko i scenariuszowo. a co Ty po nocy nie
    spisz? myslisz o Ali? chcesz o tym pogadac? smile
  • elissa2 24.11.07, 16:44
    shachar napisała:

    > a co Ty po nocy nie spisz? myslisz o Ali? chcesz o tym pogadac? smile
    >
    Kto? Ja? smile
    Eeeee. to chyba nie do mnie choć jako odpowiedź na mój post
    napisane smile))
  • jan_stereo 24.11.07, 16:18
    A jak to pieknie gra, bajka...
  • elissa2 24.11.07, 16:52
    jan_stereo napisał:

    > A jak to pieknie gra, bajka...
    > (...)wedlug wielu najlepszy na swiecie odtwarzacz w jednym
    pudelku, musisz wiedziec, ze sa tez zrodla dzielone gdzie osobno
    mamy transport i osobno dekoder dzwieku-DAC, ten wlasnie z Twojego
    linku MBL1631 nalezy do takich
    >
    Hehe ... Aż tak dobry?!
  • jan_stereo 24.11.07, 16:59
    elissa2 napisała:

    > Hehe ... Aż tak dobry?!

    No bardzo, bardzo dobry (jego zaleta jest to ze laczy przejrzystosc z wiarygodnym cieplem i przestrzenia przeogromna, a to rzadkosc nawet na tym poziomie),ale nie trzeba wcale wydawac az tak astronomicznych sum by odnalezc czar w muzyce...
  • elissa2 24.11.07, 17:14
    jan_stereo napisał:

    > elissa2 napisała:
    >
    > > Hehe ... Aż tak dobry?!
    >
    > No bardzo, bardzo dobry (jego zaleta jest to ze laczy
    przejrzystosc z wiarygodnym cieplem i przestrzenia przeogromna, a to
    rzadkosc nawet na tym poziomie),ale nie trzeba wcale wydawac az tak
    astronomicznych sum by odnalezc czar w muzyce...
    >
    A to z pewnością!
    Nasi pradziadowie płakali ze wzruszenia przy ... patefonie.
    smile))
  • jan_stereo 24.11.07, 16:17
    elissa2 napisała:

    > Masz odtwarzacz własnej "produkcji" czy masz jakiś "fabryczny"?

    Ja mam MHZS cd88E:

    www.pacificvalve.us/images/mhzs_cd_88_cover_off_side_angle.JPG
    Moj jest w kolorze srebrnym z zewnatrz wyglada identycznie jak ten nizszy model:

    www.pacificvalve.us/images/100_2646.JPG
    A tu link do strony:

    www.pacificvalve.us/MHZSCD88.html

    > I czy mógłbyś mi powiedzieć jak się nazywają takie pospolite, które
    > ma większość z nas a jak takie ...

    Przypuszczam, ze z racji popularnosci w swym czasie w Polsce ludziska maja takowe firmy w swych domostwach:

    Technics, Pioneer, Denon, Onkyo,Philips,Yamaha, Harman Kardon,...

    > takie jak "lector grand"
    > (rozumiem że to takie rolsrojsy w świecie odtwarzaczy, tak?)

    Zgadza sie, wspomniany ponizej MBL1531 (wedlug wielu najlepszy na swiecie odtwarzacz w jednym pudelku, musisz wiedziec, ze sa tez zrodla dzielone gdzie osobno mamy transport i osobno dekoder dzwieku-DAC, ten wlasnie z Twojego linku MBL1631 nalezy do takich)dalej:

    Accuphase,Audio Aero Capitole,Gryphon, Metronome, SimAudio, Audionet, Wadia, i wiele wiele innych.

    Z takich bardziej dla ludzi:

    NAD, Rotel, Arcam,Cambridge Audio, Marantz (to tez Philips,ale wydanie ekskluzywne), Usher,C.E.C, Cyrus,

    a tutaj fajna stronka mozna sobie poczytac:

    www.highfidelity.pl/archiwum.html
    Wkleje zaraz ponizej dwie recenzje sluchawek mojego znajomego, ten to jest pasionat :"))
  • jan_stereo 24.11.07, 16:21
    Grado GS-1000 Statement Series - czyli magia swobody

    Inwokacja

    Ich sławny poprzednik, RS-1, pojawił się w 1998 roku i należało oczekiwać, że kolejny najwyższy model czcigodnej nowojorskiej firmy przybędzie niebawem, niemniej nie było żadnych tego oznak. Kiedy jednak zarówno Sony jak i AKG wystąpiły z nową ofertą najwyższych modeli, nowojorczycy postanowili kontratakować i na zeszłorocznym słuchawkowym zlocie amerykanów, ku osłupieniu wszystkich, właściciel firmy, John Grado, wyciągnął asa z rękawa w postaci tychże słuchawek. As był nader okazałych rozmiarów, a słuchający go szczęśliwcy wpadli natychmiast w zachwyt. Także oficjalni recenzenci nie szczędzili pochwał, zwracając szczególnie uwagę na wyeliminowanie w nowym flagowcu wszystkich mankamentów poprzednika, czyli miernej wygody, niewielkiej sceny i dającego się momentami odczuć braku neutralności.
    Ponieważ recenzje te są powszechnie znane, nie ma powodu ich szerzej omawiać. Wystarczy powiedzieć, że zdaniem "6moons" i "HI-FI Choice" Grado GS-1000 to najlepsze słuchawki w bieżącej produkcji, a może nawet najlepsze w ogóle.


    Oczekiwanie

    Jako zdeklarowany wielbiciel RS-1 zameldowałem się natychmiast w gronie wyglądających z wielką niecierpliwością możności posłuchania nowego arcydzieła słuchawkowej sztuki autorstwa Grado. Próba ta okazała się nader ciężka i długotrwała, jako że nie nadążający z realizacją zamówień producent najwyraźniej potraktował odległą Polskę po macoszemu i pierwszy egzemplarz przysłał dopiero po około roku od premiery. I tego jednak było mało, gdyż te pierwsze GS-1000 znalazły natychmiast nabywcę i nie trafiły w me ręce. Jednocześnie narastała we mnie frustracja również z innego powodu; w miarę przybywania użytkowników jęły się bowiem pojawiać także opinie krytyczne. Zwracający nabytek producentowi (co w USA jest normą i do trzydziestu dni można tam bez żadnego tłumaczenia zażądać zwrotu pieniędzy) wyjaśniali pozostałym, że nie tego oczekiwali i że nie są to już na dobrą sprawę prawdziwe Grado, z ich zniewalającą bezpośredniością, rzucającą słuchacza w sam środek muzycznych wydarzeń. Krótko mówiąc, jakość brzmienia ich nie zadowoliła.
    Pojawiła się zdecydowana polaryzacja opinii - obozy przeciwników i zwolenników. Ci pierwsi utrzymywali, iż dawne szczytowe modele RS-1 i PS-1 były lepsze, drudzy, że bynajmniej; równolegle sypały się w prasie i Internecie entuzjastyczne recenzje. Zły byłem jak wszyscy diabli, że sam nie mogę tego informacyjnego chaosu zweryfikować, a całkowicie niemal beztreściowa recenzja w "HI-FI Choice" dobiła mnie zupełnie. W międzyczasie nawinęły się jeszcze Ultrasony Edition9, o których wielu amerykańskich słuchawkowców pisało, że GS-1000 nie mają szans z nimi konkurować, a do tego dołączyły się wieści, iż prawdopodobnie żadnego egzemplarza spośród czterech zmierzających do Polski w kolejnej dostawie też nie posłucham, bo już mają nabywców.
    Przemierzając w te i nazad dno studni desperacji pozwoliłem sobie zawyć na naszym Forum z bólu i wtedy to pan dystrybutor zlitowawszy się przysłał jednak do mnie jeden z tych mających już de facto właścicieli egzemplarzy. Cóż za ulga. Jestem dozgonnie wdzięczny.


    Zdobycie

    Na wieść, że już w Studiu Pro na mnie czekają pognałem jak szalony, miotając po drodze straszliwe obelgi pod adresem gigantycznych krakowskich korków. Po przeszło godzinie zmagań z nimi wreszcie dotarłem, zyskując możność posłuchania jakże długo wyglądanych słuchawek w towarzystwie najniższego modelu CD Audio Aero Capitol (tego za 6 tysięcy) tudzież nowego wzmacniacza Vincenta (tego pionowego); czyli w sumie całkiem przyzwoitego systemu. Na miejscu okazały się też być nowe RS-1 do porównania.
    Płyta z tradycyjnym jazzem w wykonaniu GS-1000 wypadła znacznie lepiej od prezentacji zdetronizowanego lidera, co mnie oczywiście bardzo ucieszyło, a sprzedawca - p. Robert - pełen był słów zachwytu dla swego nowego podopiecznego.
    Podelektowawszy się ździebko i podpisawszy co trzeba pomknąłem (jeśli można tak nazwać przedzieranie się przez kilometrowe korki) do domu. Czekał tam na GS-1000 najsurowszy sędzia - Ultrasony E9 - których moja recenzja jest już Wam znana i jeśli jej dowierzacie to wiecie, iż są to słuchawki zdolne sponiewierać nawet najgroźniejszych przeciwników.


    Budowa

    Zwyczajowo najpierw napiszę coś o budowie, wyglądzie i ergonomii nowego króla spod herbu Grado.
    Że są to Grado poznać od razu po drewnianych muszlach z otworami charakterystycznymi dla słuchawek otwartych; wszystkie inne drewniane słuchawki poza Orfeuszem mają bowiem budowę zamkniętą. Wyrzeźbione w drewnie napisy rozwiewają wszelkie ewentualne wątpliwości.
    Ogromna jest dysproporcja pomiędzy bardzo masywnym wyglądem a rzeczywistą lekkością. Są lekkie jak piórko. Pałąk i sposób mocowania pozostały bez zmiany, co nie jest mankamentem, bo w RS-1 sprawowały się całkiem dobrze. Gorzej było z poduszeczkami, czyli archaiczną konstrukcją nauszną. Niektórzy nie mogli znieść nacisku na małżowiny, a wszystkim pozostałym także trochę dokuczał ten typ rozwiązania. Tu Grado poszło na całość, której efektem jest niemal zupełny brak kontaktu ucha ze słuchawką. Jeżeli dodać do tego wzmiankowaną lekkość, to po krótkiej chwili odnosimy wrażenie, że w ogóle nie ma słuchawek na głowie. W połączeniu z walorami brzmieniowymi, o których powiem za chwilę, powstaje łuda uczestnictwa w prawdziwym koncercie, a nie słuchawkowej sesji. Jest to uczucie fenomenalne i w swoim rodzaju jedyne, jeśli nie liczyć legendarnych AKG K-1000, mieniących się jednak nie słuchawkami ale głośnikami nagłownymi. K-1000 były wszelako mimo to niewygodne, bo podparte głównie na skroniach słuchającego i ciężkie, podczas gdy GS-1000 po założeniu niemalże znikają. Zamysł i realizacja ergonomicznego aspektu udały się zatem nowojorczykom wprost kapitalnie, przydając ich szczytowemu modelowi atutu o naprawdę wielkiej randze.
    Wpływ AKG K-1000 jest widoczny nie tylko w braku kontaktu małżowiny usznej z oprawą przetwornika lecz także w oddaleniu tego ostatniego od otworów słuchowych. Jest ono wyjątkowo duże, co przekłada się na wspaniałe wrażenie przestrzenności dźwięku. Tak swobodnie wykreowanej i ogromnej sceny jeszcze na słuchawkach nie spotkałem. Nie ma jednakowoż róży całkiem bez kolców - ceną za to jest duża głośność zewnętrzna, wyraźnie większa niż w RS-1, a także konieczność przesunięcia potencjometru nieco dalej. Zaobserwowałem przy tym rzecz doprawdy zdumiewającą: gdy je dostałem (a miały wtedy już na liczniku podobno około stu godzi), by grać równie głośno co Ultrasony i RS-1 wymagały przesunięcia gałki do przodu o bite trzy godziny, tj. daleko poza 12-tą na Twin-Headzie. Obecnie, po czterech dobach ciągłego dalszego grania, dystans ten zmalał do ledwie niecałej godziny. W ogóle rola wygrzewania jest w przypadku tych słuchawek wręcz nieprawdopodobna, do czego powrócę przy opisie brzmienia.
    Te oddalone przetworniki są, jak zapewnia Grado, całkowicie nowej konstrukcji, jednakże wyglądem i rozmiarem się od poprzednich nie różnią, a firma nie chce swoim zwyczajem podać żadnych technicznych szczegółów odnośnie ich budowy. Pozostaje wierzyć na słowo.
    Trzeba jeszcze niestety nawiązać także do sprawy mniej radosnej. Otóż kabel został ten sam. Jest wprawdzie grubszy i cięższy od na przykład sennheiserowskiego oraz podobno ze świetnej miedzi, ale tragiczny umieszczony na nim trójnik o źle dobranych skosach oraz fakt, że bywa od nowości pozaginany i przy wejściu do tegoż trójnika spłaszczony, nie jest budujący. Można wprawdzie kupić GS-1000 od razu z lepszym kablem - Moon Audio lub Stefan Audio Art, ale to kosztuje dodatkowe 300 dolarów, a cena nawet ze zwykłym jest i tak trudna do przełknięcia, opiewając w USA na 900 do 1000 dolarów, a w Europie na jeszcze półtora raza więcej. W Polsce wynosi 3450 zł i jest w naszej części świata zdecydowanie najniższa, za co dystrybutorowi należą się gromkie brawa. (Musi wszak odprowadzać VAT, a amerykanie nie.)
    Ostatnia rzecz to opakowanie.
  • jan_stereo 24.11.07, 16:22
    Com usłyszał

    Jak już mówiłem w Studiu Pro zdawały się grać bardzo ładnie, znacznie lepiej od poprzednika. Ale też był to tylko maleńki dżezik, nie mogący pozostawać wyrocznią. Niemniej rozochocony udanym początkiem dotarłszy do domu i podłączywszy do Twin-Heada oczekiwałem wspaniałych doznań. Usiadłem i w skupieniu słuchałem. Jedna płyta, druga, trzecia, kolejne. Mijają godziny. Na koniec mam dość - to przecież wcale nie jest przyjemne! Dźwięki boleśnie się zlewają, a cały muzyczny obraz jest podbity jakimś dziwnym a nieznośnym basowym albedo o doprawdy wrednej konsystencji. Coś znaczy się w tle buczy i warczy, jakaś ściana obrzydliwego, stłumionego basu, pozbawionego niemalże rozdzielczości. A przecież zapewniono mnie, że grały już około stu godzin! Oj, niedobrze - myślę. Łapię za telefon i dopytuję dystrybutora, czy faktycznie, bo może jednak dostałem omyłkowo całkiem surowy egzemplarz. Ale zapewniają, że nie, że już długo grały ze specjalną płytą Isoteca do wygrzewania. Teraz popadam w przerażenie. Tak źle to jeszcze nawet w przybliżeniu nigdy nie było, a kupiłem w życiu niemało słuchawek. Cała nadzieja w dalszym wygrzewaniu, lecz jak tu się trzymać nadziei, kiedy żona włożywszy je pyta: A co to tak dudni i warczy?
    W nocy syn wrócił z koncertu; ja mu nic nie mówię, a słuchawki grzeją się w jego systemie. Staje po chwili w drzwiach i pyta:
    - Co to za badziew gra u mnie?
    - Słuchałeś? - pytam.
    - Słuchałem, kompletna kicha. One są zepsute.
    - Nie zepsute - mówię - tylko nie wygrzane.
    - E, tam! - powiada - i poszedł.
    Następnego ranka jest jednak trochę lepiej, a wieczorem jeszcze lepiej. I tak dzień po dniu basowa kotara stopniowo się rozwiewała, scena nabierała porządku i wyrazu, a dźwięki głębi i charakteru.
    Pytam syna na trzeci dzień, czy słyszy o ile lepiej grają. Potwierdza i dziwi się, że do tego stopnia dźwięk może się zmieniać. Także żonie już się teraz podobają.
    Kiedy to piszę mają za sobą cztery doby nieustannego grania u mnie i wypada jedynie żałować, że jutro muszę je oddać. Na pewno się jeszcze poprawią, ale ja już tego nie usłyszę. Tak więc recenzja ta odnosi się do GS-1000 mających za sobą około dwieście godzin grania i zapewne 85-90% ujawnionego potencjału.
    Zacznę od tego, że są na pewno lepsze od RS-1 i to nawet tych moich, czyli starego typu, który w oczach słuchawkowych ekspertów uchodzi za dostrzegalnie lepszy, o czym miałem okazję przekonać się osobiście zarówno podczas krakowskiego spotkania słuchawkowego jak i obecnie, jako że w domu me RS-1 okazały się zrazu od GS-1000 lepsze w stopniu wręcz nieprzyzwoicie wysokim. Ba, lepsze były nawet HD 650, i to także bardzo wyraźnie. Jedyne co przemawiało na korzyść nowoprzybyłych, to barwa dźwięku - bardzo naturalna i w tej naturalności jednocześnie niezwykle przekonująca i miła. W dużej mierze za ten naturalizm brzmienia odpowiada wielkość komory rezonansowej i swobodny dostęp dźwięku do obszarów zewnętrznych. - Wspaniale płynie i niczym nie skrępowany rozchodzi się na wielkim obszarze. W efekcie zupełnie zanika wrażenie słuchania na słuchawkach. Zostajemy owiani muzyką - piękną, naturalną, swobodną. Tak zabrzmiały jednak dopiero ostatniego dnia, ukazując mym zdumionym uszom miarę swojego talentu. Całkowicie zanikło początkowe wrażenie strasznego scenicznego bałaganu i makabrycznego dudniącego tła. Porządek zapanował wzorowy, a po tle nie pozostał ślad. Prawdę powiedziawszy dałbym głowę, że taka metamorfoza nie jest możliwa. Życie jest jednak dużo ciekawsze od wyobrażeń i bez trudu obala nasze zaściankowe imaginacje.
    Jeżeli zatem ktoś oddał je nie poczekawszy cierpliwie na wygrzanie, wyszedł na idiotę. Niemniej efekt wygrzania jest w tym przypadku tak monstrualnie ogromny, że moim zdaniem producent powinien o tym uprzedzać. Milczenie nie jest fair, zwłaszcza że niektórzy o efekcie wygrzania w ogóle nie wiedzą, a nawet ja, stary wyga, wątpiłem w możliwość jego zbawiennego wpływu na aż taką skalę. Ten brak ostrzeżenia jest tym dziwniejszy, że działa przecież na niekorzyść zarówno producenta jak i dystrybutorów. Bardzo to osobliwe, choć przyznać trzeba, że nie ma zwyczaju szerokiego informowania o tym zjawisku. Tak się jakoś utarło, na pewno niesłusznie. Niektórzy wprawdzie coś tam przebąkują, zwłaszcza kablarze, ale to się jeszcze nie stało regułą. Poza tym na pewno uczciwiej by było, gdyby producenci sprzętu audio, zwłaszcza tego ekskluzywnego, sprzedawali wyroby już wygrzane, lub chociaż oferowali odsłuch wygrzanych elementów. Bo jakże inaczej zdobyć wyobrażenie o ich grze, skoro efekt wygrzewania jest aż tak ogromny? W efekcie pozbawieni takiej możliwości kupujemy kota w worku, a na pewno nie o to chodzi, zwłaszcza gdy wyasygnowana kwota jest znaczna i niemożliwa do odzyskania. Same recenzje to przecież za mało, a gdy się jeszcze w dodatku różnią, albo są nieuczciwe, to stajemy w obliczu czystej loterii z bardzo wysoką stawką. Strasznie się można, doprawdy, przejechać i to w obie strony.
    Porzucam teraz odwołania do przemian w brzmieniu i całkowicie skupiam się na stanie końcowym.
    Obok naturalnej barwy i niespotykanej swobody narzucającą się cechą GS-1000 jest wielka czujność - gotowość do uchwycenia i przeniesienia każdego, nawet najdrobniejszego, muzycznego pulsu i tchnienia. Cały czas się to odczuwa - są czujne niczym wataha głodnych wilków i nic im nie umknie. Zarazem jest też to bardzo przyjemne, dając poczucie pewności, że niczego nie przeoczymy. Ogromne czarne nozdrza GS-1000 wychwycą każdy muzyczny powiew i niuans.
    Jednocześnie nie przyjmuję do wiadomości, że nie są to prawdziwe Grado. Dla mnie to bzdura. Sygnatura brzmienia jest trochę jaśniejsza niż w RS-1, ale to na pewno jest ta sama szkoła grania, kreśląca wspaniały realizm, doposażony w przypadku modelu Statement w fenomenalną swobodę przestrzenną. Zupełnie bzdurne są przy tym opinie o jakimś dużym dystansie do wykonawców, jakichś dziesiątych rzędach od sceny itp. Scena jest dużo większa, a wykonawcy odrobinę dalsi, ale na to się w ogóle nie zwraca uwagi, tak jest naturalnie. Nie wiem, może z innymi wzmacniaczami sprawa wygląda inaczej, ale u mnie z GS-1000 zyskuje się wyraźnie lepszy wgląd w prawdę muzyczną niż z RS-1 i podobnego typu obiekcje mam za całkowicie bezzasadne. Ogromną muzyczną wiarygodność nowego flagowca potęguje jeszcze fakt, że nie ma zupełnie tendencji do grania ponad głową. Scena ustawiona jest na jednej wysokości wokół słuchacza, z preferencją do prezentacji przed nim, jak z prawdziwych głośników. To bardzo cenne i niezwykle rzadkie zjawisko. Podobny zamysł usiłują wcielać w życie także E9, ale wychodzi im to odrobinę gorzej.
    Gdy już mówimy o wysuwanych pod adresem GS-1000 zarzutach, trzeba również przypomnieć posądzenia o chropowatość brzmienia, zwłaszcza ludzkich głosów. Od siebie mogę jedynie powiedzieć: daj nam Panie Boże wszystkim takie zdrowie, jak zdrowe jest brzmienie tych słuchawek. Bo owszem, mają nutę pikanterii i oddają naturalną chropowatość, ale czyż nie o to właśnie chodzi? Prawda, nie jest to brzmienie syropowate i śliskie, lecz w zamian pyszni się swoją neutralnością i naturalizmem, toteż nie jest bezzasadne według mnie nazwanie ich AKG K-701 z podwójnym, a właściwie to nawet potrójnym turbodoładowaniem. Bas bowiem, którego tamtym brakuje, mają GS-1000 z twardą konsystencją i przestrzennym wymiarem, o należytym ciosie i braku tendencji do pchania się poza własny obszar, a jednocześnie górę, której AKG także nieco nie dostaje, mogą windować dowolnie wysoko, przy czym jej może nie do końca poprawny szlif z pewnością udoskonali się z czasem do perfekcji, o której wzmiankują liczni recenzenci. Średnica wreszcie jest typowa dla szczytów oferty Grado - zachwycająco bogata i ujmująca, a przy tym rozpisana w przypadku GS-1000 na dużo większy obszar, wypadając bezdyskusyjnie ciekawiej i naturalniej niż u AKG. Jest zarazem, przyznać trzeba, od tej sławetnej z RS-1 cokolwiek chłodniejsza, ale mnie to zupełnie nie przeszkadzało; przeciwnie, lekki chłód orzeźwia i przydaje
  • jan_stereo 24.11.07, 16:23
    Zwłaszcza to drugie - nigdy nie słyszałem średnicy bardziej wiarygodnej i naturalnej.
    Słuchając GS-1000 nie sposób też nie podziwiać wielowymiarowości dźwięku, jego bajecznie utrafionej barwy i cudownego wyrafinowania, przy czym wszystko to ukazuje się na zjawiskowej scenie. Sycą się tym sposobem nasze najwyuzdańsze muzyczne pragnienia, a sytość owa, w odróżnieniu od gastronomicznej, tą ma zaletę, że rodzi jednocześnie pragnienie dalszej konsumpcji. Pożeramy przeto i zarazem jesteśmy syci, a mimo to ciągle nam mało. Z tego względu obżarstwo muzyczne jest jednym z najlepszych spośród obżarstw i chyba tylko zaspokojony głód wiedzy i miłości potrafią dać większą satysfakcję.
    Cóż jeszcze? Szczegółowość, wyrazistość i obrys dźwięku są w najprzedniejszym gatunku, a do takiej czerni tła i ilości powietrza niemal cała konkurencja może sobie jedynie powzdychać.
    Wszystko to składa się na spektakl o niezapomnianych walorach emocjonalnych i estetycznych, z akcentami na naturalność brzmienia, uczuciowość i nieskrępowaną przestrzenność. GS-1000 to arcydzieło słuchawkowej sztuki, w dziedzinie oddania przestrzeni przekraczające dotychczasowe granice i wyznaczające nowy punkt odniesienia.
    Kocham szkołę brzmieniową Grado i zawsze będę kochał. Wyrafinowany, misterny naturalizm dźwięku, jego przeszywającą nutę i to jak płynie niesiony wiatrem.


    Przejdę teraz do odsłuchu konkretnych płyt

    Ponieważ jeden z najniecierpliwiej wyglądających recenzji kolegów wspomina, że słucha dużo muzyki poważnej, zwłaszcza w wykonaniu Krystiana Zimermana, pozwolę sobie zacząć od koncertów fortepianowych Fryderyka Chopina w tymże wykonaniu z towarzyszeniem Orkiestry Filharmonicznej Los Angeles pod batutą Carlo Marii Giuliniego.
    Nagranie (DG) samo z siebie wydaje się niezłe, a w wykonaniu GS-1000 okazuje się zachwycająco piękne. Faktura fortepianu jest lśniąca, głęboko rzeźbiona, krystalicznie czysta i postawiona we wspaniale wymodelowanej przestrzeni. Brzmienie instrumentów ma wyraźnie odczuwalną głębię i moc. Akcja toczy się z niczym nie krępowaną swobodą, przykuwając uwagę słuchacza nadzwyczajną jakością. Wszystko jest pod kontrolą i bez niedomówień, a czujne nozdrza słuchawek nie zapominają poinformować nas o wszystkim co się dzieje. Brakuje wprawdzie odrobiny ostatecznego wyrafinowania, zwłaszcza masywności, lecz i to zapewne pojawi się w czasach po dwusetnej godzinie grzania.
    Nad całością obrazu dominuje walor uczuciowy, jak zawsze u Grado zdolny zachwycać i pszeszywać duszę. Rysunek orkiestry jest wyraźny, choć mógłby być jeszcze lepszy. Daje się zauważyć leciutka tendencja do zlewania niskich i średnich rejestrów. Brakuje też trochę najniższego fundamentu. Niemniej wrażenie uczestnictwa w żywym spektaklu jest niebywale wysokie, a przy tym całkowicie nie przynoszące zmęczenia. Powietrza masa, oddychamy całkowicie swobodnie, zachwycając się jego krystaliczną czystością.

    Jan Sebastian Bach "The Brandenburg Concertos" Academy of St Martin - Neville Mariner.
    Aczkolwiek płyta Zimermana jest jakościowo dobra, to ta (Philipsa) jest lepsza. Bardziej przestrzenna i ze staranniejszym rysunkiem. Przepiękny, cudownie uprzestrzenniony Bach poraża mistrzostwem kompozycji, jej wykonania, nagrania i bajecznego tego wszystkiego oddania przez Grado GS-1000. Być może smyczki mogłyby być jeszcze gładsze, a instrumenty dęte jeszcze głębsze, ale takie uwagi zasługują na ukaranie za pychę, bo brzmi to arcypięknie i trzeba słuchać a nie zawracać głowę rozwydrzonymi ponad wszelką miarę oczekiwaniami.

    Joaquin Rodrigo "Concierto de Aranjuez" Pepe Romero i Academy of St Martin - Neville Mariner.
    Koncert gitarowy o imponujących walorach brzmieniowych w wykonaniu jednego z najlepszych wirtuozów instrumentu. Właściwie wszystko to co w recenzji płyty poprzedniej odnosi się i do tej, a i ta jest Philipsa. Przestrzeń, doskonała faktura; strun gitary można dotknąć, tak są realne. Rysunek orkiestry znów dużo lepszy niż u DG.

    Modest Musorgski "Pictures at an Exhibition" Fritz Reiner, Chicago Symphony Orchestra.
    To jedno z najsławniejszych nagrań w całych dziejach fonografii, zrealizowane przez Deccę jej unikatową metodą Decca Three. Dźwięk w efekcie jest potężniejszy i dużo bardziej realny. Schodzi niżej i wyżej wzlatuje. Orkiestra staje przed oczami jak żywa.
    Są moim zdaniem dwa rodzaje tego przeżycia - słabsze, kiedy możemy sobie wykonawcę zmaterializować i silniejsze, kiedy nie możemy tego nie zrobić. Ta płyta w kreacji GS-1000 z T-H jest tego drugiego rodzaju. Jedyna uwaga krytyczna dotyczy może nieco za dużej ostrości górnych rejestrów, zapewne na skutek niedostatecznego jeszcze wygrzania. Dół jest potężny, a średnica wspaniała. Szczegółowość zachwycająca. Głębia dźwięku, przestrzeń, rysunek sceny, powietrze - bez najmniejszych zastrzeżeń.
    Ta płyta objawiła prawdziwą moc drzemiącą w GS-1000, moc potężną i dla konkurentów złowrogą.

    Wolfgang Amadeus Mozart "Die Zauberflote" John Eliot Gardiner (Archiv)
    Ta z kolei płyta powiedziała mi o GS-1000 najwięcej dobrego. Względem RS-1 dźwięk jest dużo bardziej naturalny, odmroczony i z niebywałą sceną. Wielowymiarowość planów, lokalizacja wykonawców i ich przemieszczanie się po scenie, wyraźność licznych równoczesnych głosów - to wszystko powołało do życia fantastyczny, niezrównany spektakl. Dla miłośników opery to słuchawki genialne, chyba niezastąpione.

    Stan Getz "Jazz Jamboree '60"
    Pięknie nagrana polska płyta wydana przez Polonię. W wykonaniu GS-1000 brzmi tak magicznie i uwodzicielsko, że aż strach. Ktoś już kiedyś zauważył, że jazz na tych słuchawkach jest wyjątkowym zjawiskiem. I faktycznie, to czysta muzyczna poezja: przestrzenna, nasycona, dogłębna. Nie można się oderwać. Instrumenty perkusyjne są ostrzejsze niż w E9 i nie mają takiej trójwymiarowości i masy, ale też są przepiękne. Odrobinę melancholijny saksofon całkowicie zniewala jakością.

    Yes "Close to the Edge" (Newly digitalny remastered - Atlantic Records)
    Znów można powiedzieć, że poprzedni opis dobrze pasuje i do tej płyty; wystarczy jedynie zamienić saksofon elektronicznymi instrumentami klawiszowymi i gitarami.
    Wielka przestrzeń i swoboda. Wokaliza z własnym, charakterystycznym smakiem. Bas słabszy niż u E9, niemniej budzący respekt. Długie wybrzmienia, echa, pogłosy, dal. Wspaniałe wydobycie wszystkiego z tła. Misterium.

    Guns & Roses "Greatest hits"
    Wyrazistość i przestrzenność wyraźnie górują nad masą i mocą. Za to scena najwyższej klasy. Rozpiska planów i lokalizacja wykonawców zachwycające. Power względem E9 skromniejszy, dźwięk bardziej delikatny.


    Podsumowując. Bezdyskusyjna przynależność do najściślejszej elity - ten sam poziom co Stax Omega II i Ultrasone Edition9. Bardzo groźny dynamiczny konkurent szczytowej oferty Staxa; z podobnie genialną, a nawet jeszcze większą wygodą i podobnie fenomenalną, trójwymiarową sceną. Zarazem z dużo bardziej wyeksponowaną szczegółowością, znacznie lepszym basem i znakomicie większą naturalnością barw, całkowicie pozbawionych ocieplenia, a mimo to tak uwodzicielskich i lekkostrawnych, że tylko przyklękać z zachwytu i bić pokłony.
    Z kolei względem E9 zupełnie odmienny charakter: mniejsza potęga, dźwięk lżejszy, podany nerwowiej, mniej trójwymiarowy, odświętny i lśniący. Za to ludzkie głosy prawdziwsze. Ogólnie rzecz biorąc E9 i Stax są sobie bliższe, jeśli nie liczyć dolnych rejestrów, gdzie różnica jest między nimi przepastna. Jedne i drugie od GS-1000 są gładsze i cieplejsze. Ich dźwięk jest lekko złocisty, podczas gdy tamtych się srebrzy. (Szczegóły wyłożę w odrębnym tekście.)
    Kończąc powiem, iż w moim najgłębszym przekonaniu pomiędzy bardzo głupie i szkodliwe bajki należy włożyć opowieści o gorszości GS-1000 względem RS-1 i chybionej próbie przy ich pomocy poprawy wizerunku firmy. To słuchawki zaiste wspaniałe, pod pewnymi względami nawet niezrównane, lecz wymagające naprawdę dobrego otoczenia, by się móc odpowiednio zaprezentować i niedowiarków o tym przekonać. Wzmacniacz lampowy najwyższej klasy bardzo w
  • elissa2 02.12.07, 21:14
    Nieeee, to jest masochizm w czystej postaci!
    A ze strony autora sadyzm!
    smile
  • jan_stereo 02.12.07, 21:43

    --
    Pastwa
  • elissa2 02.12.07, 20:45
    jan_stereo napisał:

    > Jako zdeklarowany wielbiciel RS-1 zameldowałem się natychmiast w
    gronie wyglądających z wielką niecierpliwością możności posłuchania
    nowego arcydzieła słuchawkowej sztuki autorstwa Grado.
    >
    A na jakiej zasadzie ludzie załapują się na taką możliwość?
    A z drugiej strony to wygląda na to, że producent/dystrybutor daje
    tę możliwość żeby ktoś je wygrzał.
    Dziwne, że nie sprzedają wygrzanych. Czyli ktoś wreszcie kupi
    wygrzane ale to znaczyć będzie, że zaliczyły już niejednego
    tymczasowego właściciela ...

    Bardzo ciekawie facet pisze. Jakie emocje!
    Hmmm, tak sobie pomyślałam ... gdyby tak przyszło mu opisać ... no
    np. jak przeżywał narodziny potomka albo coś w tym stylu. smile))
  • jan_stereo 02.12.07, 21:43
    elissa2 napisała:


    > A na jakiej zasadzie ludzie załapują się na taką możliwość?

    A to zwyczajnie posiadacz takich zabawek audio ma kontakt z dystrybutorem sluchawek (albo raczej salonem ze sprzetem audio), tak wiec ten daje cynk, ze wlasnie otrzymal dany produkt i mozna go sobie posluchac w konkretnym dniu. Mozna naturalnie w ciemno polezc do takiego salonu, problem tylko w tym, ze przy bardzo drogich 'eksponatach' sa one zazwyczaj sprowadzane na zamowienie i dlugo nie leza.

    > A z drugiej strony to wygląda na to, że producent/dystrybutor daje
    > tę możliwość żeby ktoś je wygrzał.Dziwne, że nie sprzedają wygrzanych.


    Bo na to zwykle trzeba w przypadku sluchawek nawet do 500 godzin, a na to nie maja najwidoczniej czasu/checi przy seryjnej produkcji..


    >Czyli ktoś wreszcie kupi wygrzane ale to znaczyć będzie, że zaliczyły >już niejednego tymczasowego właściciela ...

    Sluchawki moga sobie grac 'luzem', wpiete w system audio, nie musza koniecznie znajdowac sie przez caly czas wygrzewania na czyjejs glowie :"))


    > Bardzo ciekawie facet pisze. Jakie emocje!
    > Hmmm, tak sobie pomyślałam ... gdyby tak przyszło mu opisać ... no
    > np. jak przeżywał narodziny potomka albo coś w tym stylu. smile))


    Pewnie pisal by podobnie, tylko jeszcze na takowe forum nie trafil z racji swych zainteresowan :"))
  • jan_stereo 24.11.07, 16:26
    Ultrasone Edition9 - czyli bóg muzyki o konstrukcji zamkniętej


    W szarych polskich realiach rzadko trafia się okazja recenzowania czegoś naprawdę wyjątkowego, niemniej czasami się trafia. Od spotkania Staxa Omegi II minęło już przeszło pół roku ale oto wyjątkowy wyrób ponownie jest w moich rękach więc w sumie nie ma co narzekać.
    Kiedy dawno temu Gelo przyjechał z Sony MDR5000 miał ze sobą także Ultrasony 2500, których używał przed Sony. Model 2500 stanowił wówczas i nadal stanowi szczyt normalnej oferty Ultrasone. Słuchaliśmy ich przez chwilę i obaj mieliśmy to samo zdanie - od Sony i RS-1 są słabsze. W dość licznych prasowych recenzjach oceniano je jednak zazwyczaj wysoko, a na forach internetowych potworzyły się koła entuzjastów, wychwalających zwłaszcza imponujący bas. Stosunkowo młoda niemiecka firma Ultrasone miała wszakże w swojej ofercie także prawdziwą wunderwafe - limitowany ilościowo do tysiąca sztuk model Edition7, którego nieliczni użytkownicy i słuchacze nie kryli zachwytów nad usłyszanym zeń dźwiękiem. Ten entuzjazm zapewne sprawił, że Ultrasone postanowiło pójść za ciosem i stworzyło kolejne wcielenie linii Edition, opatrzone cyfrą 9. Nie są to już słuchawki ilościowo limitowane, a od poprzednika są sporo tańsze - zamiast 2500 kosztują "jedynie" 1500 Euro. Dla zwykłego słuchawkowego zjadacza chleba mała to pociecha - wsakoz zawsze, panocku, co tanij, to tanij - jakby powiedział góral.
    Jak na parę słuchawek cena 1500 Euro jest zawrotna, tym niemniej żaden to precedens. Mam stary katalog Sony, w którym legendarny dziś model R-10 opatrzony jest kalkulacją 7 tysięcy DM, co licząc w krążących obecnie pieniądzach przekłada się na jakieś 14 tysięcy złotych bez uwzględnienia inflacji. Tych słuchawek Sony nie robi już od dawna, ale jeszcze do zeszłego roku japoński koncern oferował model Qualia za 2500 dolarów. Tak więc w kategoriach cenowych Edition9 lokują się bardzo wysoko, lecz bynajmniej nie aż na samym szczycie. Jeżeli jednak wziąć pod uwagę wyłącznie bieżącą produkcję, to nie ma w chwili obecnej na liniach montażowych droższych słuchawek dynamicznych, a cena szczytowych elektrostatów Staxa (samych nauszników) jest zbliżona.
    Cóż, za taką forsę należy oczekiwać czegoś naprawdę wyjątkowego, wszelako docierające do mnie relacje nie były jednoznaczne. Za oceanem rozgorzała wokół Edition9 prawdziwa wojna na opinie, zwłaszcza z akolitami AKG K-1000, zdaniem których E9 to karygodnie przeszacowany przeciętniak. Zwolennicy E9, stanowiący ledwie kilkuosobową grupę, bo są to przecież słuchawki czysto elitarne i w dodatku bardzo świeżej daty, nie pozostali dłużni, określając ze swej strony K-1000 mianem pozbawionego basu nudziarstwa, także nie mającego do zaoferowania nic ponad to, co prezentują słuchawki za około 200 dolarów. Ta przezabawna momentami wymiana zdań trwa na angielskojęzycznym forum z krótkimi przerwami na nabranie oddechu i poszukanie nowych argumentów po dziś dzień, niemniej dla postronnych, odciętych od możliwości odsłuchowych obserwatorów nie ma żadnej wartości merytorycznej. Z tym większym zainteresowaniem powitałem fakt, że nasi forumowi koledzy uczestniczący w ostatnim warszawskim Audio Show mieli okazję zapoznać się z E9 osobiście. Ich z kolei opinie były jednobrzmiąco chłodne: "nic specjalnego", "są tańsze sposoby pokaleczenia sobie uszu" - w tym tonie utrzymana była wiązanka wyciśniętych z nich zeznań. Ciekawą przy tym sprawą był fakt, że warszawski wystawca nie reklamował E9 w towarzystwie żadnego znamienitego wzmacniacza, skrywając tajemniczo napęd słuchawek za zasłoną. Czym to tajemnicze napędzające coś było dowiedziałem się dopiero kilka dni temu z ust samego szefa przedstawicielstwa Ultrasone na Polskę - firmy Audiotech. W miłej rozmowie poinformował mnie on, iż był to profesjonalny studyjny napęd o całkowicie płaskiej charakterystyce brzmieniowej. Efekt jego zastosowania najwyraźniej jednak nie zachwycił degustujących go słuchawkowych smakoszy.
    Rozmowa o Ultrasonach nie była na me szczęście jedynie miła, ale okazała się także ze wszech miar owocna, jako że w jej efekcie bohater niniejszej recenzji trafił w me ręce. To chyba pierwszy taki przypadek kiedy słuchawkowy wyrób trafia do mnie od dystrybutora natychmiast i ot tak, bez błagania, negocjacji, nacisków, podstępów i umizgów. Cóż za różnica względem na przykład Ragtimea, którego producent uważa najwyraźniej swój wyrób za brylantowe jajo i nie zechciał go udostępnić nawet mimo nalegań zaprzyjaźnionych z nim osób. Ultrasone Edition9 przybyły zaś do Krakowa natychmiast po moim telefonie, wszelako najpierw trafiły do p. Pacuły, który przygotowuje ich prasową recenzję. U mnie znalazły się jednak już kilka dni później, bo pan Wojciech jest bardzo zajęty i nie ma czasu na długotrwałe oględziny. Gnałem po nie do Chillout Studio z wywalonym ozorem, nie wierząc własnemu szczęściu. Szkoda, że świat tak rzadko idzie na rękę. Gdyby chciał częściej AKG K-1000 i Audio-Technicę ATH-W5000 miałbym już zaliczone, ale co tam, niech się wypchają.
  • jan_stereo 24.11.07, 16:27
    Dopadłszy, porwawszy, uwiózłszy, dotarłszy i przywdziawszy - posłuchałem. Do dzisiaj słucham i jeszcze przez kilka dni będę. Rozmyślam przy tym, jakby tu wejść w posiadanie, ale po kolei.
    Kiedym je raz pierwszy przywdziewał zdawałem sobie sprawę, że po podróży samochodem nienajlepiej słyszę, niemniej ciekawość była niepowstrzymana. Zapuściłem muzykę (nie pamiętam już jaką) i natychmiast się rozczarowałem. Właściwie to świetnie grają, ale dźwięk jest jakiś taki stłamszony. Nie propaguje swobodnie na zewnątrz, tylko zawraca z powrotem do ucha i po raz drugi się wciska. Jasna sprawa, to konstrukcja zamknięta, ale ani Bayerdynamic DT-150, ani Fostexy, ani żadne słuchawki douszne nie dawały takiego efektu. Przykre wrażenie pompowania dźwięku do głowy psuje całą przyjemność słuchania. A przy tym jakież one są niewygodne! Nie dość, że dźwiękiem uszy forsują, to jeszcze poduszeczkami nauszników (tymi z arcywykwintnej jagnięcej skórki, do których było tyle uszczypliwych przytyków), głowę jak w imadle ściskają. Panowie, męka! Ja tego nie wytrzymam, myślę sobie, jak ludzie w ogóle z tymi słuchawkami współżyją, przecież to jakaś kara za grzechy a nie przyjemność! Ale zaraz sobie przypomniałem Grado RS-1, których fabrycznie ustawiony nacisk też zrazu był nie do zniesienia i dopiero po odkształceniu nagłownego pałąka zelżał do akceptowalnych wymiarów. Ultrasonów niestety odkształcić się nie da, chociaż jak zauważyłem można by nieco i ich pałąk pomęczyć, by się poluzował. Niemniej nie swoją własnością dysponując mowy nie ma, bym takie techniki stosował; niechby tak trzasnął, ale miałbym się z pyszna - dopieroż by mnie małżonka odkształciła. Lecz i bez tego jest pewna rada; zauważyłem mianowicie, że słuchawki te uskuteczniają technologię samozaciskową - kiedy się je ubiera pałąk automatycznie się skraca, nękając silnym uściskiem. Wystarczy jednak już je ubrawszy go rozsunąć, by się w ściskaniu owym cokolwiek powściągnął, ulgę tym naszej głowie przynosząc. Do tego dobrą nader jest rzeczą muszle nieco ku tyłowi rozewrzeć i, nie powiem, wygodnie nie jest, ale da się wytrzymać. No ale biorąc pod uwagę cenę, ergonomia jest skandaliczna. Względem Staxa Omegi to nawet nie jest przepastna różnica, ale cała ergonomiczna otchłań. Dziwaczna zaiste koncepcja, lecz może Niemcy lubią mieć zaciśnięte łby? Bies ich tam wie, skurczybyków, faktem jest, że przez historię zawsze się przetaczali w jakimś żelastwie na głowach. Odłóżmy jednak na inną okazję historyczne dygresje.
    Wracając do meritum, a będąc już przy konstrukcyjnych sprawach, dodać trzeba, że materiały użyte do budowy są ogólnie rzecz biorąc wysokiej jakości, niemniej niektórzy właściciele informują, iż lustrzany lakier na zewnętrznych pokrywach muszel wybula się miejscami w małe banieczki, co jest oczywiście hańbą. Na moich nic się wszakże nie wybula. O kablu za to muszę jeszcze coś dodać, i to niestety także niepochlebnego. Otóż wygląda on jak żywcem przejęty od Sennheisera HD 600, co budzi me zdumienie i grozę. Coś tam słyszałem, że podobno drut przewodzący ma niezły, niemniej wyglądem razi i przywołuje bardzo niemiłe wspomnienia licznych usterek. Ale to zawsze jest do poprawienia, są od tego słuchawkowi kablarze.
    Niemniej prócz ważących in minus kosmicznej ceny, godnej pożałowania ergonomii i mizernego kabla zawarta jest też w tych słuchawkach unikalna specyfika, w dużej mierze kompensująca tamte ułomności; mają one mianowicie wbudowany tak zwany S-Logic, czyli własną, unikatową technologię mieszania kanałów, a poza tym redukują w sposób istotny nacisk fali dźwiękowej na błonę bębenkową, co pozwala słuchać bardzo głośno bez obawy o uszkodzenie słuchu. W uzupełnieniu tego prozdrowotnego rozwiązania kierują też pole magnetyczne przetworników na zewnątrz głowy słuchacza, co ma przeciwdziałać jego rakotwórczym właściwościom. Pola magnetycznego nie mierzyłem, natomiast jest faktem, że można rzeczywiście słuchać naprawdę głośno bez bolesnych tego dla uszu następstw. Zaraz, zaraz - już słyszę jak wołacie - toć przecież dopiero co mówiłeś, że uciskają dźwiękiem jak żadne inne. Mówiłem, faktycznie, ale to trochę inna sprawa. Tamten nacisk jest bowiem nieco innego rodzaju i prawdopodobnie wynika z początkowego braku przyzwyczajenia do technologii S-Logic i konstrukcji zamkniętej, a nie z obiektywnie większego ciśnienia dźwięku. W każdym razie już po kilku godzinach zaczynamy się oswajać z odmiennym typem serwowania przez E9 przekazu, by po kilku dniach mieć go już za coś całkiem naturalnego. W moim przypadku nie jest tak jednak aż do samego końca. Ciągle słyszę, że obudowa przetworników jest zamknięta i dźwięk nie wędruje swobodnie na zewnątrz, tylko coś go tłumi. Niemniej wrażenie to jest obecnie bez porównania słabsze i prawie że nie przeszkadza. Łatwo zwłaszcza o tym się zapomina kiedy chłoniemy inne aspekty brzmienia, a dajcie wiarę, jest co chłonąć.
  • elissa2 02.12.07, 23:33
    "Ultrasonów niestety odkształcić się nie da, chociaż jak zauważyłem
    można by nieco i ich pałąk pomęczyć, by się poluzował. Niemniej nie
    swoją własnością dysponując mowy nie ma, bym takie techniki
    stosował; niechby tak trzasnął, ale miałbym się z pyszna - dopieroż
    by mnie małżonka odkształciła."

    big_grinDDDDDDDDDDDDD
  • jan_stereo 24.11.07, 16:27
    Do wielkich ich przewag jeszcze dojdziemy, lecz pierwej na chwilę powrócę do początkowych wrażeń. Skonstatowawszy smutny fakt dźwiękowego i fizycznego uścisku jakim E9 nas traktują jąłem się poprzez uściski owe przysłuchiwać ich muzycznej produkcji i szybko odkryłem kolejne niedobre cechy: brak echa i długich wybrzmień oraz niejaką nudę brzmieniową. S-Logic = krótki dźwięk, pomyślałem. No i do tego ta wszechogarniająca nijakość; brak jakiejkolwiek swoistości. Właściwie każde dobre słuchawki mają własną, od razu rozpoznawalną sygnaturę, a tu nic - jakbyś pił wodę. Nudziarsko neutralne, cholernie niewygodne i do tego jeszcze stłamszone - tak wyglądała pierwsza ocena. Ale nic, dalej zawzięcie słucham, bo czytałem, że wymagają bardzo długiego okresu przyzwyczajenia, a poza tym mają oczywiście także cechy ze wszech miar pozytywne, a to w postaci wspaniałej szczegółowości i mocarnego basu. (Widzicie jak szybko poszło, już jesteśmy przy pozytywach.)
    Bas ów wymaga szerszego omówienia, jako że jest naprawdę wyjątkowy. RS-1 i HD 650 mają basowy fundament bardzo dobry, przy czym ten z RS-1 jest bardziej zwarty, szybszy i ma lepszą teksturę, a ten z HD 650 jest bardziej przestrzenny i trochę potężniejszy. Oba jednak ustępują basowym właściwościom Bayerdynamica DT-150 w aspekcie całościowej potęgi. Zachwycałem się swego czasu tym bayerdynamicowym basem, ale teraz wam powiem, że jeśli nie słyszeliście basu Ultrasonów Edition9, to nawet sobie nie wyobrażacie jaki może być bas na słuchawkach. Przede wszystkim jest fizjologiczny jak z kolumn, choć oczywiście jedynie w obrębie szyi i głowy. Ma jednak tak potężne kopnięcie, że podziw to jest za małe słowo. A przy tym wcale nie jest męczący! Słuchasz i się zachwycasz, a potężne fale o niskiej częstotliwości niosą cię jak surfera. Orgia! Do tego ma lepszą rozdzielczość od tego z RS-1 i fenomenalne barwowe oddanie instrumentów perkusyjnych. Dzwonki, bębny, talerze - to wszystko jest niewiarygodnie realne. Syn-perkusista kiedy posłuchał, popadł w zadumę. Nareszcie prawdziwa perkusja - rzekł po chwili. Istotnie. Pewne jest, że lepszy już być prawie nie może, bo po prostu nie ma z czego. To sama krawędź ostatecznej perfekcji. Kapitalna sprawa. Kiedy się porządnie odkręci potencjometr wylatujemy w kosmos. Dodatkowo trójwymiarowość dźwięku i doprawdy nie wiem co jeszcze sprawiają, że odnosimy wrażenie, jakby basowy masaż docierał do całej górnej połowy ciała. No, magia! Ale to i tak jeszcze nie wszystko. Okazuje się bowiem, że taki basowy arcymistrz wcale nie musi przesłaniać sobą choćby skrawka pozostałego pasma. Nic a nic. Siedzi cały gdzie ma być, a nie jak w HD 650 łazi po wszystkich kątach. Absolutna perfekcja. Nie znajduję słów dla wyrażenia podziwu.
    Tymczasem szczegółowość E9 wcale nie chce być gorsza. Poświęciłem sporo czasu na jej rozpracowanie i nie mam cienia wątpliwości, jest lepsza od tej z RS-1 i Staxa Omegi. Wystarczy wziąć jakiś kawałek z pomału gasnącym dźwiękiem. Na vangelisowych "Themes" dwunasty utwór "La petite file de la mer" jest właśnie taki i wyraźnie słychać, że z Ultrasonami są na końcu jeszcze jakieś dodatkowe resztówki. Także dopiero z tymi słuchawkami odkryłem, że na "The Dark Side of The Moon" w ostatnich sekundach płyty, kiedy słychać już tylko bicie serca, w prawym kanale pojawia się coś jeszcze. Pytanie do czytelników - co? Później sprawdziłem, i na RS-1 też to słychać, ale na tyle słabo, że się nie zauważa, w każdym razie nie ja. Dodatkowym kąskiem jest fakt, że ta nadzwyczajna szczegółowość, podobnie jak bas, wcale nie jest męcząca. Kiedy słuchamy w oderwaniu można wręcz sądzić, że wcale nie są to słuchawki szczegółowe. Brak jakiegokolwiek wyrwania z kontekstu, sykliwości, czy uwypuklenia szumu tła. Całkowity brzmieniowy spokój i spójność przekazu. Melodyjna słodycz, a w pierwszych godzinach słuchania niemalże nuda. W parze z tą szczegółowością idzie kapitalna i zupełnie niewymuszona wyrazistość. Weźmy na tapetę Bruca Springsteena. Gość ma dykcję oględnie mówiąc nie za szczególną. Mamrocze nosowo, bardzo fajnie, no ale mamrocze. Na przeciętnych słuchawkach wychodzi z tego nieomal bełkot, a na znanych z wyrazistości RS-1 coś tam słychać, lecz by zrozumieć bardzo się trzeba chwilami przykładać. Tymczasem na E9 Bruce okazuje się śpiewać całkiem wyraźnie i jeszcze do tego melodyjnie. Pojęcia nie mam jak Ultrasone zdołał uzyskać efekt większej wyraźności i większej szczegółowości przy jednoczesnym wzroście melodyjności i spoistości brzmieniowej, ale jest to niewątpliwie fantastyczne osiągnięcie.
  • jan_stereo 24.11.07, 16:28
    Drugi dzień odsłuchów przyniósł dwie istotne przemiany. Wygoda okazała się lepsza niż dnia poprzedniego, można się zatem do ich ergonomii stopniowo przyzwyczajać, lecz z perspektywy ponad tygodnia stwierdzam, że wygodne z czasem się jednak nie staną. Da się je znieść, lecz nic ponad to. Druga rzecz, to stwierdzenie, że nie są nudno-neutralne, lecz bardzo gładkie i lekko ocieplone. Ta zmiana postrzegania jest niewątpliwie w moim przypadku następstwem zanikania akomodacji do dźwięku RS-1; z natury nerwowego, ostrawego i eksponującego szczegóły. To z jego perspektywy E9 wydawały mi się początkowo nijakie i za spokojne. Teraz, po jednym zaledwie dniu, wrażenie wodnistości jęło zanikać, ustępując miejsca postępującemu zachwytowi. Wprawdzie w dalszym ciągu wydawały mi się za gładkie i trochę pozbawione własnego charakteru, ale pozytywne odczucia zaczęły zdecydowanie dominować, a tak naprawdę przeszkadzało jedynie to ograniczenie w swobodzie rozchodzenia się dźwięku. Zauważyłem jednak, że niewidzialna bariera przesunęła się znacznie dalej. Wrażenie całościowe było następujące: słuchawki o niespotykanych możliwościach technicznych i optymistycznym, miłym dla ucha typie prezentacji.
    Ogólnie rzecz biorąc słuchałem głównie dla przyjemności, ale przy okazji także obserwowałem ich zachowanie. Na pierwszy ogień poszedł dostrzeżony pierwszego dnia brak echa i długich wybrzmień. Zmieniłem kilka razy muzyczny materiał i ciągle dalej to słyszę, ale już nie tak radykalnie. Wreszcie puściłem ostatni utwór na płycie Ewy Demarczyk "Live" - "Palma Sola"; czyli śpiew acapella w teatralnej sali. I jest echo, jak najbardziej. Wyraźne i wielokrotne. One po prostu nie akcentują pogłosu i wybrzmień, wybierając bardziej całościowy przekaz. Czy bardziej naturalny - nie umiem powiedzieć, ale po kilkudniowym przyzwyczajeniu tak się na pewno będzie wydawało.
    Następnie spróbowałem się przyjrzeć pracy systemu S-Logic. Stereofonia z pewnością jak na słuchawki w całościowym ujęciu jest perfekcyjna, rysując jednolitą a zarazem precyzyjnie rozstawioną scenę. Lokalizacja źródeł nie stwarza żadnego problemu i czepiać się można jedynie miernej głębokości. Przekaz jest bardzo bliski, często bliższy nawet niż w RS-1 i szeroko rozpostarty na boki. By jednak ocenić przestrzenne walory brzmienia potrzebna jest odpowiednia płyta, a taką jest "Carlos V" Savalla. Są tam te odchodzące w dal dzwony, o których już parę razy pisałem i okazuje się, że S-Logic radzi sobie z nimi fantastycznie. Rzeczywiście w dal odchodzą, a tembr i własną przestrzenność mają cudownie piękne. Cała płyta wypadła niesamowicie, a bębny Pedro Estevana zabrzmiały wręcz nieprawdopodobnie. Jednak w momentach wyjątkowo szybkiej wibracji membran pojawiają się lekkie przesterowania. Na RS-1 też są, ale trochę mniej dokuczliwe. Nie wiem jaka jest tego przyczyna - za słaby odtwarzacz, niedoskonałość nagrania, czy wada samych słuchawek. To jednak w sumie drobiazg, bo całościowy przekaz muzyczny był zachwycający.
    Najokazalej prezentują się jednak płyty rockowe i jazz. Zamkniętość konstrukcji prawie w ogóle nie daje wtedy znać o sobie, a power basu, szczegółowość i barwność brzmienia są niesamowite. Sławne perkusyjne solo z "In-A-Gadda-Da-Vida" Iron Butterfly zabrzmiało jak nigdy dotąd, a techniczna słabość leciwego nagrania zupełnie nie przeszkadzała. To samo powtórzyło się z Jethro Tull, którego "Thick as a Brick" wreszcie okazał się płytą wspaniałą nie tylko w sensie artystycznym. Równie wielką ucztę przynosi muzyka elektroniczna, gdzie precyzja wybrzmień i ich niezrównany koloryt po prostu zapierają dech. Pewne zastrzeżenia można mieć natomiast do reprodukcji ludzkich głosów, które wydają się nieco za gładkie. Dotyczy to zwłaszcza tych z naturalną chrypką. Edith Piaf, dla przykładu, wypada realniej na RS-1. To niewątpliwie cena za gładkość górnych rejestrów, które, podobnie jak u Staxa Omegi II, nawet w najmniejszym stopniu waszych uszu nie drasną. Drugie frycowe za ten gładki specjał, to zmniejszony walor emocjonalny smutnych partii muzycznych. Adagio V koncertu fortepianowego Beethovena okazało się dużo bardziej neutralne uczuciowo niż z Grado. W przypadku muzyki poważnej nie mają już zatem E9 zdecydowanej przewagi. Niektóre utwory są dzięki nim lepsze, inne nie. Różnice bywają czasami zdumiewająco wielkie. Fortepianowa transkrypcja "La Campanelli" Paganiniego w boskim wykonaniu Ferrucio Busoniego zabrzmiała na E9 tak wspaniale, że siadłbym z wrażenia, gdyby nie to, że już siedziałem. Cóż za przyrost doskonałości formy, o ileż więcej i piękniej słychać! Ale gdy mamy do czynienia z całą orkiestrą, brak swobodnego rozchodzenia się dźwięku potrafi dać się we znaki i znacznie uszczuplić przyjemność wynikającą z pozostałych walorów reprodukcji. Powstaje wrażenie piękności odrobinę sztucznej, nie do końca poprawnie wypowiedzianej. Ale to są niuanse, marginałki i trzeciorzędne sprawy, bo całokształt zawsze pozostaje tak wspaniały, że bierze podziw.
    W następnych dniach było już tylko lepiej i lepiej. Może niezbyt znacznie, ale przyzwyczajenie robiło swoje i w sensie brzmieniowym stopniowy postęp dawał się zauważyć. Mając własne doświadczenia zupełnie nie mogę zrozumieć niektórych uwag wpisywanych przez odsłuchujących E9 uczestników amerykańskiego zlotu słuchawkowego, który dopiero co miał miejsce w San Jose. Mimo iż dysponowali sporą ilością czasu i przez kilka dni słuchali po wiele razy z różnym, zazwyczaj bardzo dobrym sprzętem, piszą, że są "za jasne", z "za ostrą górą", czy, dla odmiany, "z wielką, otwartą sceną". Kiedy się czyta takie opisy natychmiast nasuwa się refleksja, iż większość osób rozpowszechnia bzdury: myli słuchawki, słucha nieuważnie, albo nie ma należytego punktu odniesienia. Zresztą, wszystko jedno, to są po prostu brednie. Za jasne na pewno nie są, co już od samego początku wiedziałem; dźwięk zaś mają lekko złocisty i trochę ocieplony. Jest też gładki jak tafla weneckiego szkła i to całkiem niezależnie od wysokości, a scena pozostaje niestety ograniczona do pewnego stopnia ramami konstrukcji zamkniętej.
    Trafiają się oczywiście także osoby opisujące poprawnie, tylko zupełnie nie wiem dlaczego wydają się być w mniejszości. Dziwna zaiste to świata uroda.
    Wraz z kolejnymi dniami odsłuchów pojawiło się u mnie także niestety i coś negatywnego - kilkugodzinne codzienne słuchanie zaczęło wywoływać permanentny ból głowy, powodowany zdecydowanie za dużą siłą dociskową muszel. Bez radykalnej zmiany tego stanu rzeczy poprzez jakąś gruntowną ingerencję w ustawienie fabryczne na pewno nie mógłbym używać tych słuchawek jako swoich flagowych. Wielka szkoda, bo przecież nie ma pewności, że da się coś z tym zrobić na tyle, by było całkiem dobrze.
  • jan_stereo 24.11.07, 16:29
    Dwa są zatem istotne powody, dla których nie mogę nazwać Ultrasone Edition9 absolutnym szczytem perfekcji - mierna, a nawet, co tu kryć, nieznośna ergonomia oraz ograniczenia w budowaniu sceny. To pierwsze wydaje się w jakiejś mierze do poprawienia, drugie - raczej nie, chociaż niektórzy zapewniają, że całkowite zrośnięcie z systemem S-Logic następuje dopiero po dwóch tygodniach. Ale dwa tygodnie właśnie upływają - jak zatem jest? Na pewno dużo lepiej niż początkowo: dźwięk potrafi powędrować naprawdę daleko i mieć całkowicie trójwymiarowy kształt. Niemniej do scenicznej perfekcji Staxa Omegi trochę mu brakuje. Podział na plany nie jest tak czytelny, a zjawiska muzyczne dziejące się w dużym oddaleniu tak wyraźne i misterne. Pozostała też odrobina stłumienia, lecz tak mała, że nie jest bezzasadna nadzieja, iż po całkowitym zżyciu zaniknie zupełnie.
    Kładąc tedy na recenzorskiej szali wady i zalety Ultrasone Edition9 i porównując je z wagami pozostałych słuchawek grupy ścisłego high-endu, których słuchałem - Staxem Omegą II i Grado RS-1 - wydają się całościowo wypadać najlepiej, zwłaszcza po odrzuceniu ergonomii. Prawdę powiedziawszy zupełnie się tego nie spodziewałem i jestem in plus zaskoczony ogromnie.
    Na koniec, wzorem prawdziwych zawodowców, przedstawię opisy odsłuchowe kilku konkretnych płyt.

    Ligi Boccherini "Fandango, Simfonie & La Musica Notturna di Madrid" w wykonaniu Le Concert Des Nations pod dyrekcją Jordi Savalla.
    XVIII-wieczna muzyka w najlepszym wydaniu, pięknie nagrana w gmachu gotyckiej katedry na instrumentach z epoki. Materiał różnorodny, zawierający zarówno oszałamiające momenty kastanietowego solo, jak i partie stricte orkiestrowe. Dominuje odczucie przestrzenności, a specyfika miejsca nie daje ani na chwilę zapomnieć o sobie. Tak więc dla zamkniętych Ultrasonów zadanie jest trudne. Równocześnie w materiale nagrania zawarta jest mnogość informacji towarzyszących - skrzypnięć, posapywania, westchnień. To z kolei okazja do popisania się niebywałą szczegółowością.
    Dźwięk z RS-1 okazuje się trochę swobodniejszy i sprawia wrażenie minimalnie bardziej naturalnego, z tęskną nutą. Szczegóły są dużo nerwowsze, bardziej wyeksponowane. Całość utrzymana w delikatnej, srebrzystej aurze. Powietrze bardzo dobrze widoczne.
    Muzyka Ultrasone E9 jest znacznie masywniejsza i podana bardziej bezpośrednio, natomiast szczegóły są bardziej drugoplanowe. Dominuje odcień złota, a dźwięki są cięższe i bardziej trójwymiarowe. Powietrza jest mniej, przez co atmosfera spektaklu staje się bardziej duszna. Przed gęstą kreacją Ultrasonów trudniej też uciec we własne myśli, bo się znacznie bardziej narzuca. Twarz muzyki zwrócona jest ku neutralności; gramy, po prostu gramy. Dźwięk kastanietów, jak i wszystkich innych instrumentów perkusyjnych, wypada znacznie lepiej - bardziej przestrzennie, z wyraźniejszym rysunkiem i dużo mocniejszym dotykiem. To wrażenie nasila się bardzo wraz ze wzrostem głośności. Ultrasony kochają głośne granie i bardzo go potrzebują. Ich dźwięki są zawsze staranniej wykończone, co przy wzroście głośności staje się coraz bardziej widoczne. Całość w ich wykonaniu sprawia wrażenie większej perfekcji i większej potęgi. Jest też bardziej połyskliwa.

    Ludwig Van Beethoven "Triple Concerto"
    Już wszyscy nie żyją: Oistrakh, Richter, von Karajan, a przed kilkoma dniami odszedł ostatni z solistów - Rostropowicz. Ale została muzyka, jakże wspaniała, pod rozpostartymi skrzydłami geniuszu Beethovena. Richter wspominał, że nagranie powstawało w atmosferze widowiska sportowego i nie był przekonany do brania w nim udziału, ale wymiar propagandowy jak to zwykle bywa wziął górę. Karajan z kolei zawsze bardzo dbał o dobrą realizację nagraniową swoich wykonań, lecz ja z kolei nie jestem przekonany, że współpracujący z nim inżynierowie faktycznie przykładali się do tego należycie. W każdym razie nagranie (EMI) jest średnie. Ultrasony potrafią jednak uczynić je lepszym. Znów dominuje potęga i blask. Dają się wprawdzie odczuć ograniczenia przestrzenne sceny, jednakże w tym zamkniętym obrębie wspaniale miota się złowrogi muzyczny smok gniewnego Ludwika. Chwilami jedynie bębni na fortepianie, albo jakby nucił za pośrednictwem instrumentów smyczkowych, ale momentami pręży też potężne cielsko całej orkiestry, miotając groźne spojrzenia. Kocham tę muzykę i nigdy nie umiałem przejść obok niej obojętnie. Ultrasony potrafią swoim zwyczajem nadać jej masę, połysk i niebywale wykwintny wygląd. Kiedy jednak potęga smoka zamienia się w smutek Largo, Grado znów bardziej wzruszają, czyniąc go jeszcze smutniejszym i ozdabiając srebrzystą, eteryczną mgiełką. Niemniej dźwięki E9 są pełniejsze i lepiej określone.

    Jan Garbarek "Works"
    ECM jak wiadomo potrafi nagrywać płyty, toteż jakości nie musimy się czepiać. Długie pociągnięcia saksofonu Garbarka są cieplejsze niż z Grado i bardziej przestrzenne. Ogólnie robią lepsze wrażenie. O perkusyjnych sprawach nie ma co pisać - wiadomo, E9 są tu bez konkurencji. Trzeba natomiast napisać, że przestrzenność samego dźwięku bez konieczności wzbogacania go o przestrzeń pomieszczenia, mają E9 wyśmienitą, bo nie tylko prawdziwie trójwymiarową, ale jeszcze doposażoną w bardzo dużą masę. Jest gęsto, bogato, sycąco. Kapitalnie. Jazz wypada rewelacyjnie, można słuchać bez końca.

    Vangelis "1492"
    Piękna, bogata i mająca wspaniałe walory opisowe muzyka Vangelisa jest na tej płycie nagrana marnie. Jeżeli jest prawdą, że materiał muzyczny bywa przesyłany za pośrednictwem sieci w skompensowanej formie, to można podejrzewać, iż mamy tu do czynienia właśnie z takim przypadkiem. W każdym razie komuś się spieszyło i zależało głównie na zysku a nie na efekcie artystycznym, co z dobrym sprzętem staje się bardzo widoczne. Plany muzyczne się zlewają a dźwięki nie są wypowiadane dokładnie. Akcent jest położony na dolne rejestry, gdy tymczasem finezja pozostałych części pasma pozostawia wiele do życzenia. Epatujemy grzmotem, a nie pieprzymy się z drobiazgami - ktoś musiał rzucić takie hasło. Trudno zatem zapomnieć, że to kino a nie koncert.
    Grzmot jest jednak Ultrasonom bardzo na rękę, stanowiąc wspaniałą okazję do popisowego numeru. I numer wychodzi. Jest przepotężnie, przestrzennie i z mrowieniem po plecach. Subwooferowy huk przesyca wszystko, a dżungla staje przed oczami w groźnej szacie wspaniałych barw i tajemniczych odgłosów. Mrok, pełganie świateł, uczucie niepewności, niepokoju i ciekawości rzeczy nieznanych. Spiętrzone chóry, akcenty muzyki ludowej, potężne bębny, parabole wysokich dźwięków; to wszystko żyje własnym wspaniałym życiem jakby nie z tej planety, albo widziane z lotu ptaka.
    W tego rodzaju muzyce E9 nie mają godnych współzawodników. Ich moc deklasuje rywali, a potęga nie ma równej sobie. Bas Grado to przy nich karykatura.
  • elissa2 24.11.07, 17:08
    Ale super! I super że przyszło Ci do głowy to tu powklejać.
    Dzięki!!!
    Masę rzeczy, które bardzo mnie interesują. Muszę to sobie dokładnie
    przeczytać, póki co przejrzałam trochę, wczytałam się w kawałek
    o "Obrazkach z Wystawy" (uwielbiam!) i "Zaczarowanym Flecie" Mozarta
    I o mojej ukochanej "1492". Hmmm, tak, to całkiem możliwe że tanim
    kosztem poszli na ilość zakladając że zdecydowana większość ludzi
    słuchać tego będzie na byle czym.
    Ale z drugiej strony ... No tak ... super sprzęt, prawie idealny ...
    Tak dobry że aż za dobry! Bo czego na nim słuchać jeśli "słyszysz"
    wszystkie łatwizny, niedoróbki i fuszerki inżynierów dźwięku.

    Ciekawe, jaki odtwarzacz może mieć Vangelis? smile))
  • jan_stereo 24.11.07, 17:23
    elissa2 napisała:


    > Tak dobry że aż za dobry! Bo czego na nim słuchać jeśli "słyszysz"
    > wszystkie łatwizny, niedoróbki i fuszerki inżynierów dźwięku.

    Najlepsze urzadzenia sprawiaja, ze dobrze sie slucha mimo swiadectwa wlasnie owych niedorobek..

    > Ciekawe, jaki odtwarzacz może mieć Vangelis? smile))

    Gdzies mam informacje jakie sprzety audio w domach maja niektorzy znani ludzie, muzycy,aktorzy, moge pogrzebac..
  • elissa2 24.11.07, 17:39
    jan_stereo napisał:

    > elissa2 napisała:
    >
    >
    > > Tak dobry że aż za dobry! Bo czego na nim słuchać
    jeśli "słyszysz" wszystkie łatwizny, niedoróbki i fuszerki
    inżynierów dźwięku.
    >
    > Najlepsze urzadzenia sprawiaja, ze dobrze sie slucha mimo
    swiadectwa wlasnie owych niedorobek..
    >
    Tak, tak to wiadomo ... Jakoś niefortunnie się wyraziłam. Chodziło
    mi o to co czuje(!) taki kompozytor i wykonawca słysząc to wszystko
    i marząc być może nieraz o powtórnym nagraniu lub poprawieniu
    (remastering to się chyba nazywa)
    >
    > > Ciekawe, jaki odtwarzacz może mieć Vangelis? smile))
    >
    > Gdzies mam informacje jakie sprzety audio w domach maja niektorzy
    znani ludzie, muzycy,aktorzy, moge pogrzebac..
    >
    O, fajnie! Jakbyś przy okazji znalazł taką ciekawostkę ... smile
  • jan_stereo 24.11.07, 17:47
    problemem jest to,ze za stolem mikserkim siedza najczesciej ignoranci, dla nich cyfra to cyfra i wszystko gra tak samo, taki Marylion spieprzony dokumentnie i w calosci. Sa naturalnie i wyjatki, Realizacja 'Piano' Leszka MOzdzera w Holandii to prawdziwy majstersztyk realizatorski, no ale tam spotkali sie zawodowcy po obu stronach...
  • elissa2 24.11.07, 19:26
    jan_stereo napisał:

    > problemem jest to,ze za stolem mikserkim siedza najczesciej
    ignoranci, dla nich cyfra to cyfra i wszystko gra tak samo, taki
    Marylion spieprzony dokumentnie i w calosci. Sa naturalnie i
    wyjatki, Realizacja 'Piano' Leszka MOzdzera w Holandii to prawdziwy
    majstersztyk realizatorski, no ale tam spotkali sie zawodowcy po obu
    stronach...
    >
    Wielu dźwiękowców pewnie trochę źle wybrało zawód. Ktoś taki
    powinien mieć dobry słuch muzyczny a i pewnie ideałem byłoby gdyby
    chodził choć kilka lat do szkoły muzycznej (lub baletowej) albo był
    niezłym muzykiem. A i dobry sprzęt to kolejna sprawa.
  • elissa2 24.11.07, 16:41
    ala.l napisała:

    > www.latabernadecharli.com/magnetofon.jpg
    >
    smile)))))))))))

    Moja mama miała takiego.
    A ja w piwnicy mam jeszcze grundiga, sprawnego i taśm pełno ale
    pewnie już do niczego ...
  • ala.l 24.11.07, 16:43
    elissa2 napisała:

    > ala.l napisała:
    >
    > > www.latabernadecharli.com/magnetofon.jpg
    > >
    > smile)))))))))))
    >
    > Moja mama miała takiego.
    > A ja w piwnicy mam jeszcze grundiga, sprawnego i taśm pełno ale
    > pewnie już do niczego ...

    to go zapakuj ladnie
    nie wiadomo czy kiedys na tym nie skorzystasz

    jako na zabytkusmile

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka