Dodaj do ulubionych

Białorusini szykują się do obchodów Grunwaldu

19.06.10, 12:07
Na zwołanej w Mińsku konferencji prasowej wiceminister kultury
Białorusi Tadeusz Strużecki wyraził nadzieję że białoruska delegacja
zostanie zaproszona na uroczystości na polach grunwaldzkich 15 lipca
br.
Temat wspólnego świętowania rocznicy bitwy był omawiany na Białorusi
podczas spotkania polskiego ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego z
ministrami kultury Białorusi i Litwy w grudniu 2009 w Mińsku. Według
słów białoruskiego wiceministra, Bogdan Zdrojewski został zaproszony
wtedy na uroczystości w Nowogródku, zgodzili się na uczestnictwo w
nich także przedstawiciele Litwy. Zanim wybuchł konflikt o Związek
Polaków na Białorusi w polskiej prasie pojawiały się głosy by
zaprosić na pola grunwaldzkie również prezydenta Łukaszenkę.
Napięcia w stosunkach polsko-białoruskich jednak czynią to bardzo
trudnym. Prezydent Łukaszenko nie został nawet zaproszony na pogrzeb
prezydenckiej pary w Krakowie.
Podczas konferencji przedstawiciele władz Nowogródka, gdzie 25-27
lipca odbędą się główne na Białorusi uroczystości, poinformowali że
przewidują zorganizowanie okrągłego stołu historyków, występy bractw
rycerskich z Białorusi, Litwy, Czech, Rosji, oraz pokazy
średniowiecznych zwyczajów, muzyki i tańców.
W bitwie jaka miała miejsce 600 lat temu aktywny udział wzięła
nowogródzka chorągiew, o czym przypomina tablica pamiątkowa w
miejscowym kościele parafialnym. W mieście przed bitwą dwa razy
spotykali się Władysław Jagieło i Wielki Książę Witold. Władze
Nowogródka planują także postawienie w centrum miasta pomnika
Mendoga - założyciela Wielkiego Księstwa Litewskiego.
www.kresy.pl/wydarzenia?zobacz/bialorusini-szykuja-sie-do-obchodow-grunwaldu
--
"Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
Prezydent RP, listopad 2007 r.
Edytor zaawansowany
  • 20.06.10, 05:15
    Witam !
    Ciekaw jestem, czy Litwini zaprezentują na rekonstrukcji swój słynny
    grunwaldzki manewr wojenny, czyli - Ratuj się Boże, kto może ?
    Pozdrawiam
    L. Bodio
  • 20.06.10, 06:35
    W Wileńskim Parku Górnym odbędzie się dziś [17.06.] przedstawienie
    poświęcone 600-leciu bitwy pod Grunwaldem. W inscenizacji weźmie
    udział kilkuset artystów z całej Litwy.
    Na przedstawieniu upamiętniającym bitwę pod Grunwaldem wystąpią
    m.in. państwowy zespół ludowy "Lietuva", liczne chóry zawodowe i
    amatorskie, zespoły folklorystyczne oraz rycerze w zbrojach
    średniowiecznych i wojsko z czasów Wielkiego Księstwa Litewskiego.
    Obchodom 600. rocznicy towarzyszyć będzie wystawa herbów i heraldyki
    z czasów Wielkiego Księstwa.
    Z kolei Instytut Historii Litwy przygotowuje specjalną makietę. Ma
    być na niej przedstawiona walka przeszło tysiąca
    pięciocentymetrowych figurek żołnierzy.
    Znany historyk litewski Darius Baronas, który jest odpowiedzialny za
    realizację projektu, zapowiedział, że będzie się starał przedstawić
    bitwę pod Grunwaldem obiektywnie, ściśle przestrzegając planu
    dyslokacji wojsk i uwzględniając wykorzystywaną broń, kształty tarcz
    i mundurów.
    600-lecie bitwy pod Grunwaldem Wilno uczci wraz z Warszawą. Patronat
    nad obchodami rocznicy objęli prezydenci Polski i Litwy.
    www.kresy.pl/wydarzenia?zobacz/na-litwie-juz-swietuja-grunwald
    --
    "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
    faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
    Prezydent RP, listopad 2007 r.
  • 03.07.10, 07:00
    We wsi Rejże, w rejonie alituskim, z inicjatywy wspólnoty tatarskiej
    został odsłonięty pomnik upamiętniający bitwę pod Grunwaldem i
    Wielkiego Księcia Litewskiego Witolda.
    Ponad 5-metrowy granitowy pomnik ma kształt kolumny, na której są
    wypisane daty osiedlenia Tatarów na Litwie, bitwy pod Grunwaldem i
    lata panowania Wielkiego Księcia Litewskiego Witolda.
    Tym pomnikiem litewscy Tatarzy chcą utrwalić udział swych przodków w
    bitwie grunwaldzkiej i rocznicę osiedlenia się na ziemi litewskiej.
    Według źródeł historycznych tatarska konnica, około 2 tys. osób,
    dowodzona przez Dżelal ad-Din, syna chana Złotej Ordy Tochtamysza, w
    znacznym stopniu przyczyniła się do zwycięstwa nad Zakonem
    Krzyżackim. Następnie, większość Tatarów, uczestników tej
    historycznej bitwy, dzięki wsparciu księcia Witolda Wielkiego,
    otrzymało ziemię w Wielkim Księstwie Litewskim. Dzisiaj na Litwie
    mieszka blisko 400 Tatarów.
    Pomnik wzniesiono we wsi Rejże. Jest to jedna z najstarszych na
    Litwie wsi, gdzie mieszkają Tatarzy. Pierwszy meczet został tu
    wybudowany przed ponad 500 laty. Wokół wsi jest 13 tatarskich
    cmentarzy.
    W uroczystości, udział wzięli też Tatarzy z Polski, w Rejże została
    zaprezentowana m.in. reprodukcja obrazu Jana Matejki "Bitwa pod
    Grunwaldem" w oryginalnych rozmiarach. Odbyła się też inscenizacja
    bitwy z udziałem łuczników z Polski oraz turniej rycerski w
    wykonaniu klubu rycerskiego z Kowna. Można było też spróbować
    specjałów kuchni tatarskiej.
    www.kresy.pl/serwis-polski,goniec-kresowy?zobacz/tatarzy-czcza-grunwald
    --
    Panowie, ja Was przepraszam. Ja Was bardzo przepraszam.
    (Piłsudski do Ukraińców internowanych w Szczypiornie, maj 1921)
  • 12.07.10, 13:46
    W sobotę [10.07.] Klub "Wilk Wileński" rozpoczął w Miednikach
    dwudniowe obchody 600-lecia Bitwy pod Grunwaldem.

    Zorganizował je w ruinach zamku w tej miejscowości, znajdującej się
    tuż przy granicy z Białorusią. Są one jak najbardziej odpowiednim
    miejscem na tego rodzaju przedsięwzięcie. Zamek w Miednikach był
    bowiem jednym z niewielu murowanych zamków średniowiecznych i jednym
    z największych zamków obronnych Litwy. Wraz z zamkami w Wilnie,
    Trokach i Kownie był jednym z miejsc gdzie gromadziło się rycerstwo
    udające się na bitwę z Zakonem Krzyżackim.

    Pierwsze wzmianki o Miednikach pochodzą z początku 1384 r. i dotyczą
    opisów przemarszów wojsk krzyżackich. W 1385 r. Krzyżacy prowadzeni
    przez Wielkiego Mistrza po raz pierwszy dotarli do Miednik i obok
    zamku zorganizowali turniej rycerski. W 1387 r., podczas chrztu
    Litwy, Jagiełło założył w Miednikach jeden z siedmiu pierwszych
    kościołów parafialnych.

    Ściany zamku tworzą nieprawidłowy czworobok, za którym wznoszą się
    baszty - północna i południowa. Obecnie w Miednikach można oglądać
    tylko ruiny zamku, niemniej jest to miejsce o wyjątkowym klimacie. W
    sobotę i niedzielę z inicjatywy Klubu "Wilk Wileński" pojawią się tu
    rycerze, łucznicy, kuglarze, garncarze, kowale. W ramach obchodów
    odbędzie się turniej rycerski, inscenizacje historycznych wydarzeń,
    warsztaty rzemieślnicze i mnóstwo innych atrakcji.

    W sobotę przygotowania do uroczystości rozpoczną się już o godz.
    11.00, o godz. 14.00 planowane jest uroczyste otwarcie, obchody będą
    trwały właściwie aż do nocy, w niedzielę o godz. 12.00 msza św. w
    kościele miednickim, na zamku będą zaś nadal trwały pokazowe walki
    rycerzy i obrazki historyczne. Wszystko to można będzie oglądać, ale
    też wziąć czynny udział: przymierzyć zbroję rycerską, spróbować
    strzelić z łuku i utrzymać prawdziwy miecz.
    www.kresy.pl/serwis-polski,goniec-kresowy?zobacz/obchody-grunwaldu-w-miednikach
  • 22.06.10, 14:07
    JEST: wtorek 22 VI 2010 BYŁ: czwartek 22 VI 1410
    ...bez Boga ni do proga...
    Z początkiem czerwca roku 1410 król wyruszył przez Stopnicę i
    Szydłów na Święty Krzyż, czyli Łysą Górę. Wtedy (i długo, długo
    potem) uważano to miejsce za główne sanktuarium Królestwa Polskiego –
    tu w kościele benedyktyńskiego klasztoru przechowuje się relikwie
    Drzewa Krzyża, te same, które dały nazwę okolicznym górom
    Świętokrzyskim. Król, przybywszy do podnóża łysogórskiego grzbietu
    „...zatrzymał się dwa dni, w czasie których pieszo piął się w górę o
    świcie do klasztoru św. Krzyża na Łysej Górze i przez cały dzień na
    klęczkach odprawiał modły i rozdawał jałmużny, powierzając siebie i
    swoją sprawę opiece Boskiej i Świętego Krzyża. I nie wracał z modłów
    i klasztoru na posiłek wcześniej jak o zmroku, utrudzony
    całodziennym postem i modlitwą”...
    Zacytowałem tu po raz pierwszy kronikę Długosza, która będzie nam
    odtąd często gęsto towarzyszyć w grunwaldzkim itinerarium. Dzięki
    Długoszowi wiemy, że król wyjechał spod klasztoru na Łysej Górze w
    poniedziałek 19 czerwca, i że już następnego dnia był w Bodzentynie,
    gdzie przyjmował posłów książąt słupskich, szczecińskich i
    meklemburskich. Ci ofiarowywali mu posiłki przeciwko Krzyżakom, jak
    pisze nieoceniony kronikarz, „według ich słów wielkie i silne, w
    rzeczywistości zaś zebrane naprędce i śmiesznie skromne”. 22 czerwca
    był już w Żarnowie.

    Sytuacja
    Przypomnijmy. Wojna trwała od roku. Pierwsza jej runda przyniosła
    remis: Krzyżacy spustoszyli polskie pogranicze zdobywając ziemię
    Dobrzyńską i Bydgoszcz; tę ostatnią król wkrótce im odebrał.
    Jesienią podpisano zawieszenie broni, które miało trwać (i trwało)
    aż do Nocy Świętojańskiej Roku Pańskiego 1410.

    Spoko wodza
    No i właśnie koniec tego zawieszenia broni zbliżał się wielkimi
    krokami. Jagiełło żył jednak raczej bezstresowo. Tak przynajmniej
    sądzę. Wiedział, co należało czynić, wypełniał z góry ustalony plan,
    wymyślony jeszcze zimą w tajnych dysputach z Witoldem i
    podkanclerzym Mikołajem Trąbą. Teraz nie musiał wykonywać
    gwałtownych ruchów, machina państwowa – o dziwo, słowiańska –
    została już dawno wprawiona w ruch i działała nieźle; rycerstwo (w
    liczbie dotąd chyba niesłychanej i niewidanej) już się zjeżdżało,
    przenośny „most pontonowy” spławiano tajnie ku Czerwińskowi, a
    zapasy prowiantów i rzeczy potrzebnych powoli transportowały się do
    Wolborza, czyli na miejsce głównej zbiórki.
    Tam król był na razie niepotrzebny. Koniec kwietnia i początek maja
    spędził więc spokojnie w Krakowie, potem przeniósł się do swego
    ulubionego Nowego Korczyna. Stolicy nie darzył zbytnim sentymentem.
    Przed podjęciem właściwej wyprawy miał ważniejsze rzeczy do roboty,
    niż troska o materialną stronę wyprawy czy spoglądanie z góry na
    krakowskie dachy. Teraz zamierzał uczynić coś wręcz przeciwnego:
    właśnie zadzierać głowę i piąć się wzwyż w charakterze petenta,
    który kołacze z prośbą do bram Wiekuistego. Nie zaniedbując
    przygotowań doczesnych, właściwy początek kampanii przypieczętował
    duchowo: pokutnie i pokornie. Ślubował też, że równie pieszo,
    pokutnie i pokornie tę kampanie zakończy, tym razem u Bożego Ciała w
    Poznaniu. Również i tego ślubu dane mu było dopełnić.
    Jacek Kowalski
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz
  • 23.06.10, 14:21
    JEST: środa 23 VI 2010 BYŁ: poniedziałek 23 VI 1410
    W poniedziałek 23 czerwca 1410 roku król przybył do Sulejowa. To
    sławne opactwo cystersów, do dziś klejnot późnoromańskiej
    architektury, a zarazem warowny klasztor. Wyobrażam sobie Jagiełłę
    pod sklepieniem szacownej świątyni - sklepieniem, które za jego
    czasów liczyło sobie lat już prawie dwieście.

    W Sulejowie w orszaku monarchy nie występowali jeszcze chyba
    liczniejsi rycerze. Jednak Długosz już wtedy, właśnie w tym mniej
    więcej momencie znajduje w swojej kronice miejsce na dygresję, która
    godna jest zauważenia. Oto pisze on o licznych rycerzach-Polakach,
    którzy dowiedziawszy się o wybuchu wojny z Krzyżakami, porzucili
    służbę u Zygmunta Luksemburczyka, króla Węgier i króla rzymskiego,
    po czym stawili się pod chorągwie swego polskiego monarchy. Byli
    pośród nich "Zawisza Czarny i Jan Farurej, dziedzice Garbowa, herbu
    Sulima, Tomasz Kalski herbu Róża, Wojciech Malski herbu Nałęcz,
    Dobiesław Puchała z Węgrów herbu Wieniawa, Janusz Brzo[zo]głowy
    herbu Grzymała, Skarbek z Góry herbu Habdank, i niektórzy inni..."

    Polska w kleszczach krzyżacko-węgierskich

    Bo otóż konflikt z Krzyżakami oznaczał właśnie możliwość konfliktu z
    Zygmuntem. Póki co posłowie cesarscy pełnili niby-neutralną rolę
    rozjemców i pośredników. Jednak wiadomo było, że w ostateczności
    Zygmunt stanie po stronie Zakonu.

    Polaków przebywających na swoim dworze cenił on bardzo ze względu na
    waleczność i ogładę; służyli mu, otrzymywali odeń majątki,
    przydawali blasku jego świcie. Naprawdę tak było, naprawdę mu na
    nich zależało. Bo czas Grunwaldu to epoka, kiedy elity polskiego
    rycerstwa dały się już w Europie poznać od dobrej strony. Nadto
    przyznajmy, że cała Europa jednoczyła się wówczas jak nigdy dotąd.
    Nie na darmo styl, rozkwitający około roku 1400 na całym niemal
    kontynencie, niezwykle jednolity, historycy sztuki nazwali "gotykiem
    międzynarodowym". Kultura wielkich dworów była homogeniczna i
    kosmopolityczna. Można było służyć, komu się miało ochotę służyć.

    "Antyeuropejski" gest Polo-europejczyków

    A jednak znaczna część polskich rycerzy, którzy zakosztowali
    kosmopolitycznej sławy, sprzeniewierzyła się swą decyzją owemu
    kosmopolitycznemu światu, który wyniósł ich do godności i majątków.
    I wybrała wierność "zaściankowi". Troszkę tak, jakby nasi posłowie
    opuścili nagle szeregi Europarlamentu na rzecz, dajmy na to,
    obywatelstwa zostracyzmowanej IV Rzeczypospolitej. Pamiętajmy, że
    wszystko to działo się w latach przed soborem w Konstancji i przed
    Grunwaldem, że jeszcze Krzyżakom udawało się skutecznie przypinać
    Królestwu Polskiemu, Litwie i ich władcom
    łatkę "pogan", "Saracenów", "wrogów Kościoła". Łatka nie była już
    taka oczywista, przeciwnie, wielce wątpliwa (sam papież okazywał
    przecie Jagielle przyjaźń i poparcie), ale jednak okazywała się
    wciąż jeszcze w miarę skuteczna - skoro wielu rycerzy Zachodu
    pośpieszyło na krzyżackie zaproszenie, by broni swej użyć właśnie
    przeciwko Jagielle.

    A tu wyłom. Wyłom prawdziwy, dokonany zapewne w poczuciu wielkiej
    dramatyczności sytuacji, rozdarcia. Polscy "europejscy" rycerze
    porzucają dostatnie, "europejskie" życie na dworze Zygmunta, aby
    wystąpić przeciwko Krzyżakom, rycerzom Krzyża Chrystusowego. Pewno:
    wracali do swego prawowitego władcy. To nie mogło w średniowieczu
    dziwić, to sam Zygmunt rozumieć musiał. Taką wierność rozumiało się
    w średniowieczu; taka wierność wobec swego suwerena była sui generis
    obowiązkiem; ceniono ją. Mogła przysporzyć sławy, i naszym rycerzom
    istotnie sławy przysporzyła. Ale nie musiała jej przysporzyć. Rzecz
    wiązała się z ryzykiem. Nie wszyscy też je podjęli. Taki Ścibor ze
    Ściborzyc, Polak, który na dworze Zygmunta poczynił ogromną karierę,
    występował do końca wojny jako przedstawiciel tegoż i jako
    przeciwnik Jagiełły...

    Syndrom Zawiszy

    Ci rycerze w żadnym razie nie byli idealni. Nawet Zawisza,
    wzbudzający powszechny podziw. Wiemy dziś bowiem, że Zawisza Czarny
    przy wszystkich zaletach swego charakteru wcale nie stronił od
    procesów, pieniactwa i kłótni - czyli że był nieodrodnym dzieckiem
    swej epoki, pod wieloma względami niegodnym pochwał - ale jednak
    musimy przyznać, że zarówno on, jak i jego brat Farurej i inni,
    którzy zrezygnowali ze służby u Zygmunta, mieli gest. Europejsko-
    antyeuropejski. Wielki gest.

    Długosz wprost

    Na koniec tekst Długoszowy, o którym pisałem powyżej. Cytuję go w
    całości, przypominając, że nasz wielki Dziejopis zapomniał chyba o
    tym - albo o tym nie wiedział - że rycerze polscy opuścili Zygmunta
    bodaj nie w roku 1410, ale już w 1409, zaraz u początku wojny; że
    niektórzy z nich już otrzymali od króla ważne funkcje i zadania, że
    sam Zawisza Czarny w czerwcu 1410 roku nie od razu był przy
    monarsze, ale bodajże wypełniał jakieś ważne militarne misje na
    pograniczu kujawsko-krzyżackim... jak ów Brzozogłowy, któremu
    Jagiełło powierzył odzyskaną Bydgoszcz... Ale czytajmy:

    "Przebywało zaś w tym czasie wielu rycerzy polskich, przede
    wszystkim rodzeni bracia Zawisza Czarny i Jan Farurej, dziedzice
    Garbowa, herbu Sulima, Tomasz Kalski herbu Róża, Wojciech Malski
    herbu Nałęcz, Dobiesław Puchała z Węgrów herbu Wieniawa, Janusz Brzo
    [zo]głowy herbu Grzymała, Skarbek z Góry herbu Habdank, i niektórzy
    inni na dworze i na służbie króla rzymskiego i węgierskiego
    Zygmunta. Ci dowiedziawszy się, że ich władca i pan przyrodzony król
    polski Władysław przygotowuje wyprawę przeciwko Krzyżakom i że
    między jego Najjaśniejszym Majestatem a królem Zygmuntem, któremu
    służyli, wynikła zawzięta nienawiść mająca zrodzić burzę wojenną, za
    zezwoleniem króla Zygmunta, który darami i obietnicami usiłował ich
    odwieść od tego zamiaru i zatrzymać u siebie, pozostawiwszy
    wszystkie posiadłości, jakie im dał król Zygmunt na Węgrzech, za nic
    sobie mając jego względy i najwspanialsze obietnice, opuszczają go i
    przybywają do króla polskiego Władysława, by walczyć z
    nieprzyjaznymi Krzyżakami i wszelkimi innymi jego wrogami."
    Jacek Kowalski
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/zdrada-i-wiernosc-antyeuropejsko-europejska
    --
    "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
    faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
    Prezydent RP, listopad 2007 r.
  • 24.06.10, 12:57
    JEST: czwartek 24 VI 2010 BYŁ: wtorek 24 VI 1410

    Śniadanko króla...

    Idąc za Długoszem, wiemy, że król Jagiełło „we wtorek, w dzień św.
    Jana Chrzciciela wysłuchawszy mszy w klasztorze sulejowskim i
    zjadłszy tam śniadanie” – mógł spokojnie zatrzeć ręce i być niemal
    pewnym, że wielki mistrz nie podzieli jego spokoju. Bo właśnie w
    ten „dzień św. Jana Chrzciciela wygasło zawieszenie broni”, zawarte
    jesienią...

    ...wieczerza wielkiego mistrza...

    ...i kiedy tegoż dnia w Toruniu, gdy „o zachodzie słońca... mistrz
    Ulryk siedział przy stole i ucztował z posłami króla rzymskiego
    Zygmunta, wojewodą węgierskim Mikołajem Garą i Ściborem ze Ściborzyc
    oraz wielu komturami” – na horyzoncie pokazały się łuny. To
    czterystu polskich rycerzy, zaczajonych w pobliskich lasach –

    „...podłożywszy ogień podpalają chaty położone nad brzegiem rzeki
    Wisły oraz wsie Nieszawę, Murzynów i wiele innych bardzo pięknych i
    dobrze zasiedlonych, a będących wówczas w posiadaniu Mistrza i
    Zakonu Krzyżackiego osiedli”. W ten sposób „urządzili patrzącym
    piękne, lecz przykre widowisko.”

    Nie dziwota, że „mistrza pruskiego Ulryka dotknął ten pożar bardzo
    boleśnie”. Ucierpiał wszak jego prestiż; upokorzono go w obliczu
    posłów wielkiego sojusznika. Obrócenie w perzynę zakonnych
    włości „nie [tyle] uważał... za stratę, ile za wstyd”, wypowiadając
    wobec posłów „wiele ostrych słów pod adresem króla polskiego i jego
    rycerzy, którzy dopuścili się tego występku”.

    ...i jej skutek.

    Polska dywersja, prócz naczelnej zasady: zdenerwować przeciwnika –
    miała chyba też bardzo konkretne i zbawienne (dla polskiej strony)
    efekty. Otóż przedstawiciele króla węgierskiego natychmiast
    zaproponowali wielkiemu mistrzowi, iż zaproponują polskiemu
    monarsze przedłużenie rozejmu o dni dziesięć. A wielki mistrz... z
    początku ponoć piorunował, gniewnym okiem błyskał, ale zaraz potem –
    czyżby zatrwożony perspektywą spłonięcia kolejnych pogranicznych
    wiosek? – propozycje pośredników przyjął. Panowie węgierscy udali
    się więc w stronę, w której spodziewali się znaleźć króla Jagiełłę.

    Co do mnie, nie wierzę jednak, aby wielki mistrz czynił cokolwiek z
    bojaźni. Propozycja rozejmu była skalkulowana. Inna rzecz – że tym
    razem: przekalkulowana...
    Jacek Kowalski
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/wieczerza-i-sniadanko-czyli-miedzy-ustami-a-brzegiem-pucharu
    --
    "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
    faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
    Prezydent RP, listopad 2007 r.
  • 25.06.10, 14:44
    JEST: piątek 25 VI 2010 BYŁA: środa 25 VI 1410

    Poselstwo

    Jak pamiętamy, po spożyciu spokojnego śniadanka w Sulejowie (w dniu
    św. Jana Chrzciciela, kiedy to wygasało zawieszenie broni z
    Krzyżakami), Jagiełło - "...przybył do miasta Wolborza",
    gdzie "zatrzymał się przez trzy dni na ciągłych rozmowach z
    doradcami". Przebywał tu zatem od 24 do 26 czerwca. Jednocześnie z
    Torunia jechali owi przedstawiciele króla węgierskiego, aby pod
    wpływem płonących, pogranicznych wiosek krzyżackich przedstawić
    królowi propozycję przedłużenia rozejmu. Przybyli do Wolborza albo
    25, albo dopiero 26 czerwca, a relacjonując sprawę przedłużenia
    rozejmu o dziesięć dni, to jest do 4 lipca, prosili króla, "aby
    polecił go przestrzegać i nie pozwalał teraz pustoszyć lub najeżdżać
    ziem wrogów".

    Pożytki z tegoż...

    Król zaś "...zgodził się na to zawieszenie broni. Było ono bowiem
    bardzo pożyteczne dla niego i jego planów, ponieważ w ciągu
    zawieszenia broni mogły się zgromadzić i dotrzeć do ziem krzyżackich
    wojska jego Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego."

    ...i zagrożenia

    Z opisu Długosza wnioskujemy, że wielki mistrz popełnił wielkie
    zaniedbanie. Nie przygotował żadnej akcji na dzień, w którym upływał
    rozejm... co uczynił za to król polski. A z kolei, gdy wielki mistrz
    zobaczył, że płoną wioski zakonu - poprosił o rozejmu tego
    przedłużenie. Czy tak postępuje wódz wielkiego mocarstwa? Ale może
    Długosz przesadza, my zaś mylimy w domysłach. Sądzić należy, że
    wielki mistrz na coś liczył. Na coś ważnego. Nie chciał uderzać
    pierwszy, bo czekał na przeciwnika na swojej ziemi... i pewnie
    chciał czekać w spokoju... ale chciał wiedzieć, co się dzieje w
    obozie przeciwnika. A co się działo? Ciąg dalszy nastąpi.
    Jacek Kowalski
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/rachuby-wielkiego-mistrza
    --
    Śmierć jednego Lacha to metr wolnej Ukrainy. Albo będzie Ukraina,
    albo lechicka krew po kolana. Polaków w pień wyciąć.
    (Roman Szuchewycz, juszczenkowski "bohater Ukrainy")
  • 26.06.10, 11:08
    JEST: sobota 26 VI 2010 BYŁ: czwartek 26 VI 2010

    Poselskie przybycie

    Skończyliśmy na tym, jak to król był trzy dni w Wolborzu i
    jak "przybyli do jego Najjaśniejszego Majestatu posłowie panów
    węgierskich Mikołaja Gara i Ścibora ze Ściborzyc" z wiadomością o
    przedłużeniu rozejmu. Myślę, że stało się to raczej we środę 25, bo
    potem to już pozostawał tylko ranek 26. Ale też co najmniej półtora
    dnia musiało upłynąć, żeby spieszący się jeźdźcy dotarli z Torunia
    do Wolborza. W Wolborzu mieli co oglądać i na pewno chcieli to
    oglądać, i na pewno im to oglądanie zlecono.

    Poselskie widoki

    Otóż w Wolborzu -
    "...zgodnie z nakazem króla byli już niektórzy prałaci i doradcy i
    niemal cała siła wojska polskiego z wyjątkiem wojsk i rycerzy
    wielkopolskich, którzy wyszli królowi naprzeciw dopiero nad Wisłą.
    Był tam również baron czeski Sokół z innymi obcymi rycerzami
    najętymi na żołd. Zebrały się również podwody żywności, czterokonne
    zaprzęgi do dział i reszta sprzętu wojennego."

    I odjazd

    Jak tylko posłowie zobaczyli, co i jak, i powiedzieli królowi, co i
    jak - byli świadkami zmiany sytuacji. Bo we czwartek 26 czerwca
    rano "król polski Władysław rusza po śniadaniu z Wolborza z
    oddziałami i zastępami swoich wojsk. Pierwszy postój urządził w
    Lubochni..."

    Tak więc posłowie byli chyba przekonani, że wyprzedzają królewskie
    wojsko, które lada chwila, czyli za parę dni pojawi się na pomorsko-
    kujawskiej granicy. Na pewno też zdali wielkiemu mistrzowi sprawę z
    liczby rycerstwa i stanu ducha Jagiełły...

    Fałszywe kalkulacje

    ... a wielki mistrz na pewno spodziewał się, że przeciwnik chce go
    zmylić - ale nie wiedział jeszcze, gdzie tkwi zmyłka. Relacja posłów
    musiała go upewnić co do jednego - że król się zbliża... a jeśli
    nawet sprawia wrażenie, że się oddala, to dla zmyłki...
    Tymczasem, o dziwo! Przeciwnik miał się oddalać naprawdę!
    Jacek Kowalski
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/widoki-i-zmylki
    --
    Przyjrzyjcie się mi, bo patrzycie na Łukaszenkę.
    (Jarosław Kaczyński, prezes IV RP)
  • 27.06.10, 13:01
    JEST: niedziela 27 VI 2010 BYŁ: piątek 27 VI 1410

    Kolejny postój

    Wieczorem drugiego dnia marszu wojsk królewskich Jagiełło
    zarządził "w piątek w Wysokienicach", czyli nieco na zachód od Rawy
    Mazowieckiej. Ale nie w samej Rawie! No i przy okazji zauważyć
    trzeba, że właśnie: na trasie marszu, którą prześledzimy w tym i
    następnym miesiącu, nie napotkamy absolutnie ŻADNEGO większego
    miasta (no chyba, że będzie to oblegane miasto nieprzyjacielskie,
    ale to co innego). Dlaczego?

    Zasady

    Król Jagiełło i jego dowódcy byli doświadczeni w organizowaniu
    podróży wielkich ludzkich gromad. Sam nasz monarcha - jak chyba
    żaden z pozostałych środkowoeuropejskich władców - podróżował po
    Polsce i Litwie nieustannie; do tego stopnia, że w Krakowie bywał
    rzadko i krótko.
    W jego orszaku niemal zawsze znajdowali się, prócz pokojowców -
    pracownicy kancelarii, potrzebni do wydawania dokumentów. Pod tym
    względem Jagiełło utrzymywał absolutną niezależność od stolicy.
    Poruszał się zawsze otoczony konną eskortą dostojnych panów i
    rycerzy, czy to dosiadając konia, czy w powozie. W okresie pokoju
    jego orszak zatrzymywał się w miastach. Ale wojna rządziła się
    innymi prawami, bo oznaczała przemieszczanie znacznie liczniejszych
    ludzkich rzesz.
    Otóż od czasów Kazimierza Wielkiego znano regułę, która nawet
    została później przez Jagiełłę potwierdzona specjalnym edyktem,
    wydanym w Lublinie w roku 1432. Odpowiedni fragment tego dokumentu
    (w staropolskim przekładzie Herburta z 1570 roku) nakazuje, aby:
    "...obywatele koronni ciągnący na wojnę, ktorymkolwiek imieniemby je
    zwano, nigdy w mieściech, w miasteczkach, we wsiach, w folwarcech i
    innych dobrach kościelnych i klasztornych, i świeckich (które
    budowania mają), ale na polach i w chrościech stawali..."

    Przyczyny oczywiste wczoraj i dziś

    Taka zasada nikogo szczególnie nie dziwiła, toteż ówcześni
    kronikarze nie poświęcają zbyt wiele uwagi przyczynom jej
    stosowania. Podobnie jak często pomijają w swoich relacjach osoby
    drugiej i trzeciej rangi oraz zjawiska naturalne, oczywiste dla
    żyjących podówczas. Dla nas - niby mniej. Ale i dziś wystarczy
    zajechać - właśnie - na teren obecnego rycerskiego obozowiska pod
    Grunwaldem, czy też dołączyć do częstochowskiej pielgrzymki, aby
    uświadomić sobie problemy, jakim stawiać musieli czoło
    kwatermistrzowie Jagiełły. No i mieszkańcy okolic, przez które
    potężna armia się przemieszczała.
    Dziś zgromadzenie miliona czy kilkudziesięciu tysięcy ludzi z
    jakiejś okazji w jednym miejscu trwa dzień lub nawet krócej.
    Nowoczesne środki lokomocji pozwalają na luksus błyskawicznego
    ześrodkowania i rozśrodkowania tłumów. A i tak potrzeba
    specjalnej "mobilizacji" służb i dostarczenia wielkiej liczby
    tojtojów.
    Wówczas tojtojów nie było. Jeden dzień stacjonowania armii oznaczał
    potencjalne zagrożenie rabunkami, gwałtami, dokonywanymi przez
    maruderów; nadto określoną liczbę ludzkiego nawozu oraz uryny,
    pozostawionych wokół miejsca postoju. Jeśli postój się przedłużał,
    natychmiast pojawiało się zagrożenie epidemią. Druga rzecz - to
    fakt "oczyszczania" okolicy przez armię z zapasów żywności. Nie
    darmo król postarał się o odpowiednie zabezpieczenie wojska w solone
    mięso - gromadzono je od zimy, kiedy to odbyły się ogromne łowy na
    dzikiego zwierza.
    Właśnie z tych wszystkich przyczyn Jagiełło nie nakazał postoju w
    Rawie, tylko w Wysokienicach... a potem także szedł opłotkami.
    Jacek Kowalski
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/wysokienice-czyli-wedrowka-oplotkami
  • 28.06.10, 15:11
    JEST: poniedziałek 28 VI 2010 BYŁA: sobota 28 VI 1410

    Ryby i arcybiskup

    Wpierw czytanie z Długosza:
    „...w sobotę przybył do arcybiskupiej kopalni rudy żelaznej i do
    wielkiego stawu rybnego zwanego Sejmice [dziś – Samice, kilka
    kilometrów na wschód od Skierniewic; przyp. JK]. Tam piorun zabił
    kilka koni i jednego człowieka, a drugiego pozostawił pół żywego.
    Misę w namiocie rycerza Dobiesława z Oleśnicy pełną gotowanych ryb
    zniszczył doszczętnie w obecności wielkiej liczby spożywających
    posiłek przy stole, nikomu jednak z biesiadujących nic złego nie
    zrobił”.
    Król skorzystał z gościnności arcybiskupa. Nie było piątku, a
    spożywano ryby, bo były łatwo dostępne – pochodziły pewnie z
    miejscowego stawu rybnego. Bodaj za zezwoleniem właściciela. Bo
    trudno pomyśleć, że zaraz tak na początku wojny obrabowano z ryb
    własnego arcybiskupa. Logiczne.

    Po co o tym pisać – po raz pierwszy

    Na pierwszy rzut oka Długosz zanotował wydarzenie raczej sensacyjne
    niż ważne. Dlaczego je zanotował? Bo było w zwyczaju kronikarzy
    mieszać wydarzenia takie i takie. Zanotował to uderzenie pioruna
    nawet jakby wbrew sobie, bo przecież pisząc o wielkiej wojnie z
    Zakonem cały czas mnożył zjawiska nadnaturalne świadczące o
    przychylności niebios wobec Jagiełły i Polaków. Tymczasem uderzenie
    pioruna to w kontekście królewskiej osoby zła konotacja. Kiedy
    indziej, gdy piorun uderzył bezpośrednio w Jagiełłę (pod Tulcami w
    roku 1419)... sam król zinterpretował rzecz jako karę za grzechy. A
    Długosz ciągnął domysły, o co Panu Bogu mogło wtedy chodzić. Tu
    piorun uznany został chyba raczej za ciekawostkę niż znak z niebios.

    Po co o tym pisać – po raz drugi

    Ostatnie więc pytanie – skąd Długosz o tym drobnym, acz sensacyjnym
    wydarzeniu wiedział? Tu wkraczamy w tajniki warsztatu naszego
    dziejopisa. Otóż wydarzenie, jakie miało miejsce w namiocie
    Dobiesława z Oleśnicy, czyni wiele kart kroniki wiarygodnymi w
    naszych oczach. Każe wierzyć, że Długosz korzystał z kwerendy
    przeprowadzonej u bezpośrednich świadków.
    Zresztą takich miejsc, o których można powiedzieć: „z relacji
    naocznego świadka” – jest w kronice sporo. Często można nawet z dużą
    dozą prawdopodobieństwa określić, z czyich ust taka relacja,
    wykorzystana w kronice, pochodziła. Tu rzecz wydaje się prosta.
    Dobiesław z Oleśnicy był stryjem Zbigniewa Oleśnickiego, który też w
    wyprawie grunwaldzkiej uczestniczył – jako młody sekretarz
    królewski. Może zatem nawet sam był w namiocie Dobiesława. Ów
    Zbigniew, to przyszły biskup krakowski, czyli bezpośredni przełożony
    i mecenas Długosza...
    Możemy sobie wyobrazić wieczory przy piecu czy kominie, podczas
    których biskup opowiadał i wspominał rzeczy ważne i mniej ważne, a
    słuchacze słuchali zapewne wszystkiego z ogromną uwagą i z wypiekami
    na twarzy, chłonąc jednakowo opowieść o rybach, spalonych przez
    piorun, jak i o posłach wielkiego księcia Witolda, którzy właśnie
    zbliżali się do królewskiego wojska...
    Ale to należy do dnia następnego.
    Jacek Kowalski
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/swiadectwo-ryb
    --
    Przyjrzyjcie się mi, bo patrzycie na Łukaszenkę.
    (Jarosław Kaczyński, prezes IV RP)
  • 29.06.10, 12:48
    JEST: wtorek 29 VI 2010 BYŁA: niedziela 29 VI 1410

    Długosz

    Długosz pisze, że król Jagiełło, wędrując ze swoją armią, "w
    niedzielę w uroczystość św. Apostołów Piotra i Pawła doszedł do wsi
    biskupa poznańskiego Kozłów, położonej nad rzeką Bzurą".

    Święci Piotr i Paweł.

    Tych świętych patronów dnia, jako najważniejszych założycieli całego
    Kościoła - rzecz jasna po Synu Bożym i Jego Matce - dość często
    obierano na patronów diecezji nowych, zwłaszcza powstających na
    surowym korzeniu, w pogańskiej ziemi. Tak właśnie stało się z
    diecezją poznańską - być może (pewności, wbrew pozorom, nie ma!)
    najstarszą spośród diecezji polskich. To szczególny zbieg
    okoliczności, że ten właśnie dzień patronów poznańskiej katedry
    przyszło Jagielle spędzać w ważnej rezydencji poznańskich biskupów,
    w mazowieckiej części ich biskupstwa (przypomnijmy: należała do
    niego duża partia Mazowsza, wraz z Warszawą i Czerskiem).

    Kozłów, specyfikacja

    Tak więc Jagiełło z pewnością spędził ten dzień wygodnie. Kozłów -
    zwany Kozłowem Biskupim - został podarowany biskupowi poznańskiemu
    Boguchwałowi II przez księcia Ziemowita w połowie XIII stulecia.
    Znajdował się tu luksusowy dwór, często odwiedzany przez hierarchów
    i bez wątpienia często modernizowany. W tutejszym zaś kościele
    odbywały się niejednokrotnie ważne diecezjalne uroczystości. Na
    przykład w roku 1253 wyświęcono w kozłowskim kościele biskupa
    poznańskiego Piotra i misyjnego biskupa Litwy, dominikanina Wita. Co
    prawda późnogotycką, murowaną z cegieł świątynię - zachowaną do
    dziś - wzniesiono tu dopiero w kilka dziesiątków lat po Wielkiej
    Wojnie. Wcześniejsza była albo drewniana, albo też - kto wie, może
    kamienna, romańska?

    Posłowie słabszej strony

    Ciekawe, że to właśnie w Kozłowie, w miejscu niegdysiejszego
    wyświęcenia apostoła Litwy, Jagiełło przyjął poselstwo swego
    stryjecznego brata, wielkiego księcia Litwy Witolda. Brat prosił o
    pomoc. Jego poseł -
    "...donosił, że książę Aleksander [Witold] nadszedł z wojskami
    własnymi i Tatarów nad rzekę Narew i prosił króla, by przysłał na
    jego spotkanie jako eskortę kilka chorągwi wojsk polskich. Lęk przed
    wrogami wstrzymywał go bowiem przed posunięciem się poza Narew. Król
    polski Władysław posłał mu natychmiast dwanaście chorągwi rycerzy
    polskich..."
    Czy armia Witolda rzeczywiście aż tak musiała się obawiać Krzyżaków?
    Czy to nie nadmierna złośliwość Długosza? Jak wiemy, Litwini
    niejednokrotnie potrafili dać Krzyżakom łupnia. Ale byli faktycznie
    słabiej uzbrojeni, jak na starcie wprost, w polu, w otwartej bitwie.
    Wiemy też, że mistrz Ulryk doskonale zdawał sobie sprawę z marszu
    Witoldowych wojsk ku granicom swego państwa, nad Narew... Mógł więc
    swoją wiedzę wykorzystać. Ale o tym jutro.
    Jacek Kowalski
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/dostojny-popas
    --
    "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
    faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
    Prezydent RP, listopad 2007 r.
  • 30.06.10, 11:56
    liberum_veto napisał:
    Litwini potrafili dać Krzyżakom łupnia...
    Mam tu poważne wątpliwości, zwłaszcza w świetle wydarzeń z 1383-1384:

    "Na początku września Krzyżacy i Witold przejęli na krótko kontrolę
    na Trokami i bez sukcesu zaatakowali Wilno[14]. 21 października 1383
    roku w Tapiawie (ob.Gwardiejsk) w skromnej ceremonii Witold został
    ochrzczony w wierze katolickiej, otrzymując imię Wiganda
    (lit.:Wigandas) po swym ojcu chrzestnym Wigandzie, komturze Ragnety
    [17]. Witold otrzymał Nowy Marienburg, zamek na rzece Niemen,
    niedaleko ujścia Dubissy, gdzie połączył się ze swoją rodziną i
    zwolennikami, wygnanymi ze swoich dóbr przez Jagiełłę[18]. Dotyczyło
    to również jego brata Towtwiła Kiejstutowicza. Witold spróbował
    również uzyskać poparcie ze strony Żmudzinów. 30 stycznia 1384 roku
    Witold podpisał Traktat w Królewcu, w którym przyrzekł zostać
    wasalem Zakonu i scedować część Żmudzi na rzecz Zakonu Krzyżackiego,
    aż do rzeki Niewiaża, wliczając Kowno[17]. W maju 1384 roku Krzyżacy
    zaczęli budować nową fortecę w Kownie, nazwaną Neue Marienwerder
    [18]. 14 czerwca 1384 roku Witold odnowił przyrzeczenia, dane w
    styczniu w Królewcu, w tymże nowo zbudowanym zamku"

    pl.wikipedia.org/wiki/Litewska_wojna_domowa_(1381-1384)
  • 02.07.10, 06:20
    Te pojęcia zmieniały się historycznie. Ówcześni Żmudzini to w dużej
    mierze współcześni Litwini, a ówcześni Litwini to często dzisiejsi
    Białorusini. Wielkie Księstwo Litewskie obejmowało głównie obecne
    ziemie białoruskie. Tak samo dość rozbieżne są interpretacje wkładu
    poszczególnych narodów w zwycięstwo pod Grunwaldem.
    www.wolnapolska.pl/index.php/polacy-litwini-i-biaorusini-znowu-wspolnie-pod-grunwaldem.html
    Polacy, Litwini i (Biało)Rusini znowu wspólnie pod Grunwaldem?
    piątek, 10 lipca 2009
    Litwini chcą wspólnie z Polakami i Białorusinami świętować za rok
    sześćsetną rocznicę bitwy pod Grunwaldem. Czy do tego czasu
    wypracowana zostanie spójna interpretacja wielkiego zwycięstwa nad
    Krzyżakami?
    - Proponuję, aby w następnym roku razem obchodzić 600-lecie bitwy
    grunwaldzkiej – powiedział litewski ambasador w Mińsku Edminas
    Bagdonas. I nie są to słowa bez pokrycia. W przeciwieństwie do
    Polaków, Wilno przygotowuje się już do obchodów. I chce je
    koordynować.
    Litwini, Białorusini i Polacy różnie inerpretują znaczenie bitwy pod
    Grunwaldem. Polscy i litewscy historycy spierają się o udział sił
    Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz Królestwa Polskiego w
    zwycięstwie. Tymczasem Białorusini podkreślają ich wkład w wynik
    walk. Akcentują też odrębność swoich przodków zamieszkujących
    wówczas ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego od tych Rusinów,
    którzy żyli na obszarze dzisiejszej Rosji. Dla Litwinów bitwa pod
    Grunwaldem stanowi bardzo ważną część narodowego etosu. Po bitwie
    swoje nazwy (po litewsku Žalgiris, czyli Zielone Pole) noszą
    litewskie ulice, statki i kluby sportowe, w tym także czołowe kluby
    z Wilna i Kowna.
    Jednak bitwa pod Grunwaldem ważna jest jedynie dla białoruskiej
    opozycji. - Dla władzy najważniejsza jest ideologia „łukaszyzmu”
    zbudowana na sukcesach samego Aleksandra Łukaszenki oraz
    zwycięstwach sowieckich żołnierzy i partyzantów z czasów drugiej
    wojny światowej – uważa wiceprzewodniczący konserwatywnego
    Białoruskiego Frontu Narodowego, Wincuk Wiaczorka. Polskie
    Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego planuje przygotować
    program obchodów 600-lecia bitwy. Na pewno odbędzie się
    rekonstrukcja walki na grunwaldzkich polach. Bitwa pod Grunwaldem
    odbyła się 15 lipca 1410 roku. Zmierzyły się w niej wojska
    krzyżackie, wspierane przez gości Zakonu z Europy Zachodniej, z
    wojskami Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego,
    którym pomagały posiłki m.in. ruskie, czeskie i tatarskie. Była to
    jedna z największych bitew w średniowiecznej Europie.
    --
    Przyjrzyjcie się mi, bo patrzycie na Łukaszenkę.
    (Jarosław Kaczyński, prezes IV RP)
  • 30.06.10, 14:44
    JEST: środa 30 VI 2010 BYŁ: poniedziałek 30 VI 1410

    Przeprawa

    Najpierw Długosz:
    „W poniedziałek, nazajutrz po św. Piotrze i Pawle, król Władysław,
    wyruszywszy ze wsi Kozłów, przybył nad Wisłę w okolicy klasztoru w
    Czerwińsku, do miejsca, w którym ustawiony był most sporządzony
    [wcześniej] w Kozienicach i w dniu tym król przeprawił się przez
    most i rzekę, a całe wojsko królewskie szło za nim w ustalonym
    porządku z czterokonnymi wozami, z mnóstwem armat, masą żywności i
    innych bagaży [...]A przy wejściu na most król Władysław umieścił
    najlepszy oddział rycerzy, by zapobiegali tłoczeniu się i
    zamieszaniu wśród wchodzących.”

    Punkty zdobyte przez Polaków i Litwinów

    Teraz komentarz. Brawo. Przeprawy przez wszelakie przeszkody to dla
    każdej armii punkty krytyczne. Wielokrotnie zdarzało się w dziejach,
    że świetnie przygotowana do walki armia „padła” zaskoczona podczas
    przechodzenia rzeki. Tu zaś Jagielle, Witoldowi i Mikołajowi Trąbie
    udało się połączyć: A) sprawność techniczną rzemieślników (wykonanie
    i zmontowanie mostu pontonowego długości około pięciuset metrów) z:
    B) sprawnością organizacyjną (przekroczenie rzeki w odpowiednim
    porządku, po moście zmontowanym w odpowiednim czasie) oraz z: C)
    elementem zaskoczenia (Ulryk raczej nie wiedział o sposobie i
    miejscu przeprawy wojsk; co jeszcze będziemy tu roztrząsać)

    Obóz, zgromadzenie i połączenie wojsk

    Długosz drugi raz:
    „Już bowiem zgromadziła się tutaj nie tylko cała potęga wojska
    polskiego, ale i dwaj książęta mazowieccy Janusz i Siemowit ze
    swoimi wojskami, a także najemni rycerze. Po przeprawieniu się przez
    Wisłę mostem na łodziach, król polski Władysław rozbija obóz na
    drugim brzegu tejże rzeki Wisły. Tego samego dnia przybył do niego
    wielki książę litewski Aleksander ze swoimi wojskami i chanem
    tatarskim mającym ze sobą tylko trzystu Tatarów. Król polski wyszedł
    mu naprzeciw ćwierć mili z orszakiem książąt i swoich rycerzy, a
    przyjąwszy go życzliwie, zaprowadził do miejsca, gdzie znajdował się
    obóz. Król Władysław i książę Aleksander urządzili w tym miejscu
    trzydniowy postój, dopóki nie przybyło całe wojsko ze wszystkich
    ziem podległych Królestwu Polskiemu i nie przeprawiło się przez most
    i rzekę.”

    Punkty ujemne czyli straty Krzyżaków

    Ostateczne połączenie sił to pierwszy „moment krytyczny” wojsk
    maszerujących na Prusy. Gdyby wielki mistrz zrozumiał sytuację,
    usiłowałby za wszelką cenę zapobiec wejściu Jagiełły w głąb własnego
    terytorium, atakując jako pierwszy i zapobiegając zsumowaniu się aż
    tylu oddziałów pod komendą polskiego króla, tudzież odpowiednio
    ubezpieczając zamki na zagrożonych odcinkach. Ale tego nie uczynił.
    Dlaczego?
    Chyba naprawdę przez myśl mu nie przeszło, że Polacy mogą odważyć
    się na zagrywkę „wabank”. Długo sądził, że celem Jagiełły jest co
    najwyżej Pomorze, albo po prostu Ziemia Dobrzyńska, świeżo zdobyta
    przez Zakon podczas kampanii 1409 roku. Nie przewidział, że świadomy
    swej przewagi przeciwnik będzie konsekwentnie dążył do uderzenia w
    samo serce, czyli w Malbork, w trzewia zakonnego państwa. Po to, aby
    Zakon musiał przyjąć walną bitwę na własnym terytorium. O ile wyniku
    takowej bitwy nikt nie był w stanie przewidzieć na sto procent, to
    jednak choćby sama liczebna przewaga polsko-litewskiej armii była
    oczywista. I mówiła sama za siebie.
    A mimo to Ulryk i Krzyżacy okazali się niewzruszeni. Dopiero po
    Grunwaldzie tudzież po Koronowie zaczęli „kombinować” inaczej i
    skuteczniej – broniąc twierdz, a nie usiłując wydzierżyć polskiemu
    rycerstwu w polu. Na razie jednak nienakłuta wciąż, nadęta pycha
    Zakonu i jego włodarza, tak dobitnie podkreślana przez Długosza,
    pchała Niemców ku zagładzie. Zaiste, chyba ona była tu winna.

    Paralele

    Niesamowite, jak zjawisko to powtarza się w dziejach wszystkich
    wielkich mocarstw, którym zdaje się, że są u szczytu powodzenia i
    nikt nie jest im w stanie zagrozić. Takie zadufanie we własne,
    niezwyciężone siły – rodziło niemal zawsze nieuchronną klęskę. A
    zatem: zagładę armii polskiej podczas powstania Chmielnickiego;
    zagładę armii pruskiej podczas kampanii Napoleona w 1806 roku;
    zagładę armii francuskiej podczas wojny z Prusami w roku 1870. Amen.
    Jacek Kowalski
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/punkt-krytyczny
    --
    "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
    faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
    Prezydent RP, listopad 2007 r.
  • 01.07.10, 13:25
    JEST: czwartek 1 VII 2010 BYŁ: wtorek 1 VII 1410

    Ulryk, Jagiełło, Witold i agenci

    W momencie, gdy poseł Witolda podążał na powrót ku swemu panu - na
    przełomie czerwca i lipca - wielki mistrz Ulryk sądził, czy raczej
    już wiedział, że wojsko litewskie stało nad Narwią, co zresztą
    odpowiadało prawdzie (ale tylko do czasu!). Najwidoczniej zadziałały
    tajne służby informacyjne i zwiadowcy. Czy jednak agenci informowali
    Ulryka uczciwie? Zdaje się, że nie przekazali (a zatem nie zdobyli)
    informacji o tym, gdzie nastąpi połączenie sił polsko-litewskich.
    Jak widać, informacji tej skutecznie strzeżono. Może zresztą nikt
    jej tak naprawdę, prócz króla, wielkiego księcia i podkanclerzego,
    nie znał? W każdym razie mistrz w otrzymane informacje o połączeniu
    sił polsko-litewskich publicznie zwątpił, powołując się na odmienne
    doniesienia swoich "zwiadowców".
    Było to w kilka dni po wizycie Witoldowego posła w Kozłowie (gdzie,
    jak pamiętamy, Jagiełło popasał w niedzielę 29 czerwca). Ulryk
    ujawnił swą wiedzę w Toruniu, wobec dyplomatów króla Zygmunta
    Luksemburczyka. "Zdradził się" wobec nich, albo może celowo
    wypowiedział się przy nich, iżby "wiedziano, że nie wie". Otóż
    panowie wysłali do Jagiełły posła, Dobiesława Skoraczowskiego, który
    widział pod Czerwińskiem przeprawę wojsk polskich i stojące już nad
    brzegiem Wisły wojska litewskie. Mistrz wysłuchał jego rewelacji, po
    czym "zaśmiawszy się wzgardliwie" miał stwierdzić, że to wszystko
    nieprawda, bo jego "najwierniejsi zwiadowcy" dowiedzieli się,
    iż "Witold przebywa nad rzeką Narwią i nie śmie jej przekroczyć",
    oraz że w jego litewskim wojsku - o którym poseł węgierski
    twierdził, że jest świetnie uzbrojone - "można by było znaleźć
    więcej ludzi do łyżki niż do zbroi".

    Jakość agentów contra uprzedzenia Ulryka

    Czy wielki mistrz wierzył w to, co mówił? Można by równie dobrze
    założyć, że świadomie kłamał. Rozważmy: możliwe, że "zwiadowcy"
    donosili Ulrykowi aktualną prawdę, ale Ulryk chciał, aby ktoś
    doniósł Jagielle, że jest niezorientowany w Jagiełłowych planach i
    marszrutach. To niewykluczone. Jednak jeszcze bardziej
    niewykluczone, że Ulryk powiedział, co wiedział. Bo rzeczywistość
    wkrótce wykazała, że Jagiełło naprawdę zaskoczył go swoim
    pojawieniem się w Prusach. A zatem Ulryk raczej faktycznie uważał,
    że to poseł panów węgierskich Dobiesław Skoraczowski (zresztą Polak
    rodem) pragnie go zmylić. W czym się omylił.
    Jacek Kowalski
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/pojedynek-tajnych-sluzb
    --
    Przyjrzyjcie się mi, bo patrzycie na Łukaszenkę.
    (Jarosław Kaczyński, prezes IV RP)
  • 02.07.10, 18:31
    JEST: piątek 2 VII 2010, BYŁA: środa 2 VII 1410

    Święto

    Władcy Polski i Litwy oraz ich wojsko stali w nadwiślańskim obozie
    pod Czerwińskiem aż trzy dni, czekając, aż wszyscy koroniarze się
    przeprawią. Na prawym brzegu rzeki znajduje się tu bardzo szacowny,
    dwunastowiecznej proweniencji klasztor, wówczas siedziba kanoników
    regularnych. Długosz pisze:
    "A w ciągu tych trzech dni, które król Władysław i książę Aleksander
    spędzili nad rzeką Wisłą, obydwaj ze swoimi panami i rycerstwem
    obchodzili święto Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, które
    przypadło na środę, w klasztorze w Czerwińsku."

    Kazanie

    Długosz dalej:
    "Zaś biskup Jakub po uroczystej mszy świętej, jako pasterz tej
    diecezji, miał do całego wojska, które w bardzo wielkiej liczbie
    zgromadziło się w świątyni, kazanie po polsku. Rozprawiając bardzo
    wiele na temat wojny sprawiedliwej i niesprawiedliwej - jako że był
    to człowiek niezwykle wykształcony, mający dar wymowy - wieloma
    jasnymi dowodami wykazał, że wojna podjęta przez króla z Krzyżakami
    jest jak najbardziej słuszna. Dziwnym darem przekonywania zapalił
    serca wszystkich słuchających rycerzy do obrony Królestwa i ojczyzny
    i do podjęcia mężnie walki z wrogiem."

    Kto?

    Kazanie głosił biskup płocki Jakub z Korzkwi Kurdwanowski, doktor
    dekretów. To znaczy wybitnie obznajmiony z tajnikami prawa
    kanonicznego absolwent wyższych studiów; mało było takich. Z drugiej
    strony - wykształcenie miał w pewnym sensie typowe. W tamtych
    czasach najlepiej wykształceni duchowni byli często właśnie znawcami
    kościelnego prawa. I zdaje się, że właśnie to wykształcenie
    pozwoliło biskupowi na skomponowanie kazania o wojnie sprawiedliwej
    i niesprawiedliwej.

    Po co?

    Czy jednak kazanie biskupa Jakuba - zapyta czytelnik - nie było
    przez przypadek gadaniem rzeczy oczywistych, potwierdzeniem faktów
    znanych powszechnie, mieleniem słów, czczą retoryką? Przecież
    wiadomo było i jest wiadomo, że Krzyżaka bić należy i basta. Po co
    nam do tego jeszcze jakaś specjalna filozofia?
    Otóż jednak nie. Wszak jeszcze ćwierć wieku wcześniej synonimem
    wroga był dla Polaka raczej Litwin niż Krzyżak. I to synonimem wroga
    niezwykle groźnego. Pamiętano o tym zwłaszcza w miejscu wygłoszenia
    kazania - czyli na Mazowszu, które wielekroć padało ofiarą krwawych,
    pogańskich najazdów litewskich. Natomiast granica z państwem
    krzyżackim była raczej spokojna. Krzyżacy przez pół wieku od
    zawarcia pokoju kaliskiego byli raczej przyjaciółmi Królestwa, a
    polscy rycerze zasilali krzyżackie rejzy, mające podbić i nawrócić
    pogańską Litwę. Naturalnie, stosunek Polski do Litwy i Litwy do
    Polski oraz Polski do Krzyżaków i z wzajemnością zmienił się po roku
    1385, od unii w Krewie. Ćwierć wieku (1385-1410) to dość, aby
    zapomnieć o krwawych waśniach z Litwą. Ale w tym samym czasie nie
    nastąpiły też jakieś specjalne krwawe, miejscowe starcia z
    Krzyżakami, nie licząc starć z udziałem niektórych rycerzy polskich
    wspomagających Litwinów pod Wilnem, czy na Żmudzi.
    Jeśli konflikt z Krzyżakami wówczas narastał, to raczej na drodze
    dyplomatycznej. Narastał w oczach polskiej opinii publicznej, a nie
    w "krwawych faktach". Można nawet zaryzykować twierdzenie, że strona
    polska w stosunkach z Zakonem stawiała niekiedy sprawy na ostrzu
    noża specjalnie - żeby podsycić antykrzyżackie nastroje. Na papierze
    i w gębie, a nie na ubitej ziemi. Dużo było w tym dbałości o interes
    Litwy - naszego głównego sojusznika, który rzeczywiście prowadził z
    Krzyżakami walkę na śmierć i życie. U nas trzeba było przypominać o
    ziemiach zagarniętych Królestwu przez Krzyżaków jeszcze za Łokietka.

    Przyczyny wojny sprawiedliwej

    Tak więc w wymiarze bezpośrednim to działania strony polskiej na
    rzecz Litwy, a nie wrogi stosunek Zakonu do Polski doprowadziły do
    tego, że Krzyżacy Polsce wojnę wypowiedzieli. Stało się tak, a nie
    na odwrót w zasadzie właśnie na skutek zabiegów polskiej dyplomacji.
    Bo Jagiełło CHCIAŁ, żeby wypowiedziano nam wojnę - a nie żeby on tę
    wojnę w końcu wypowiedział. W takiej sytuacji można się było bowiem
    określić jako strona napadnięta. I Jagiełło stale się na to
    powoływał, stale o tym mówił. "Ty wiesz, Panie, żem ciągnął na
    zgodę"... "I wojna ta za mym żalem, | Świadczę Tobą, Bogiem samem" -
    za Długoszem i za "Kroniką konfliktu" powiada król w "Pieśni o
    bitwie pod Grunwaldem". Nie mógł inaczej. Wojna sprawiedliwa nie
    powinna być wojną, którą się samemu wypowiada - lecz wojną, do
    której się jest zmuszonym. Tu, trzeba przyznać, Krzyżacy się
    całkowicie podłożyli. Zadufali sobie za bardzo. Pycha, pycha,
    pycha!... Główna z najgłówniejszych przywar, która ściąga wszystkie
    inne...

    Sprawiedliwość względna jest

    A przecież wiadomo było jednak, że pierwsze słowa o wojnie polsko-
    krzyżackiej padły z ust polskich. Podczas wizyty arcybiskupa
    Kurowskiego w Malborku w roku 1409 miał on rzec, że jeśli wielki
    mistrz najedzie Litwę, to Jagiełło najedzie Prusy. W odpowiedzi
    Ulryk zapowiedział bezpośredni atak na Polskę. Kilka lat później,
    gdy Kurowskiemu już się zmarło, Jagiełło twierdził, że arcybiskup
    przekroczył swoje uprawnienia... ale nikt już nie mógł tego
    sprawdzić.
    Powie ktoś - no dobrze, przecież Litwa była w unii z Polską, więc
    wielki mistrz powinien to wszystko wiedzieć bez słów Kurowskiego:
    winien spodziewać się, że atak na Litwę to atak na Polskę. Sęk w
    tym, że Krzyżacy wadzili się z Litwą w zasadzie "o swoje" i byli ,
    jak się to mówi, "w prawie". Upominali się o Żmudź, która wedle
    prawa międzynarodowego została im przekazana lege artis przez
    Witolda! Stało się to wówczas, gdy Witold potrzebował pomocy Zakonu
    przeciwko Jagielle. Tak, tak, Witold sam oddał tę prowincję
    Krzyżakom w zamian za pomoc i potwierdził ową transakcję
    odpowiednimi dokumentami! Ale potem pogodził się z Jagiełłą, czyli
    odwrócił sojusze - no i postanowił Żmudź Krzyżakom odebrać. A kto
    daje i odbiera...

    Przyczyny zaciętości

    Tak więc u progu lata 1409 roku daleko jeszcze było do pełnej
    zaciętości w stosunkach polsko-krzyżackich - były za to liczne
    dyplomatyczne przepychanki. Dopiero po wypowiedzeniu wojny, w roku
    1409, Krzyżacy zarobili sobie na polską nienawiść. Tak, tak, na
    NIENAWIŚĆ i ZACIĘTOŚĆ. Przez swoją pychę naprawdę zrobili wszystko,
    aby na te uczucia polskiej strony zapracować. Mianowicie podbijając
    w krótkim czasie Ziemię Dobrzyńską, postępowali okrutnie i nie po
    rycersku. Poddających się mordowali, palili, ścinali et caetera. I
    Polakom okazywali ogólną wzgardę. A to wywołało dopiero polską
    wściekłość i wzburzenie. Pamiętajmy wszakże, iż owo nierycerskie
    postępowanie "krzyżowych" rycerzy miało miejsce już po rozpoczęciu
    aktualnej wojny. Dopiero wówczas. Nie stało więc u genezy konfliktu.
    A zatem biskup Jakub Kurdwanowski miał nad czym rozmyślać i co
    omawiać, i do czego przekonywać. Bo mimo, że to Krzyżacy byli
    agresorem, nie wszystko w tej wojnie okazuje się oczywiste. Siła
    jego perswazji pozwoliła nam walić w Krzyżaków jak w bęben, bez
    litości i opamiętania. Stąd wzięło się wkrótce nowe, Jagiellońskie
    mocarstwo na politycznej mapie Europy.
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/sila-perswazji-czyni-imperium
    --
    "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
    faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
    Prezydent RP, listopad 2007 r.
  • 03.07.10, 18:11
    JEST: sobota 3 VII 2010, BYŁ: czwartek 3 VII 1410
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/poczatek-wspolnego-marszu
    Koniec przeprawy

    Długosz: "Potem, kiedy już całe wojsko królewskie przeszło po moście
    przez rzekę Wisłę, na rozkaz króla most ten natychmiast rozebrano i
    odwieziono do Płocka celem przechowania na powrót króla i wojska."
    Wiemy, że przy próbie powtórnego użycia tego mostu pojawiły się
    problemy. A zatem do właściwego zastosowania tak niezwykłej
    konstrukcji potrzeba było nie tylko umiejętności, ale również
    troszki szczęścia czy też braku pecha.

    Początek wspólnego marszu

    Długosz: "we czwartek nazajutrz po Nawiedzeniu Najświętszej Marii
    Panny król polski Władysław z wojskami własnymi i wielkiego księcia
    Aleksandra ruszył znad Wisły i od klasztoru w Czerwińsku, a
    podążając w kierunku ziemi wrogów, urządził postój pod wsią Sochów".
    Dzisiaj wspomniana wieś nazywa się Żukowo. Ruszono, przypomnijmy, w
    kierunku, którego Krzyżacy się nie spodziewali: ku trzewiom Prus, a
    nie ku terenom przez Krzyżaków zagarniętym.

    Reakcja Krzyżaków

    Cytowałem już wcześniej toruńską rozmowę wielkiego mistrza z
    Polakiem, Dobiesławem Skoraczowskim. On to był posłem panów
    węgierskich do Jagiełły, a przebywając w królewskim obozie widział
    pontonowy most i oglądał przeprawę wojsk. Przypomnę tę relację raz
    jeszcze, tym razem koncentrując się na problemie samego mostu. U
    Długosza czytamy bowiem iście filmowy zapis dialogu na ten temat
    pomiędzy bohaterami dramatu:
    "W tych dniach przybył do króla Władysława wysłannik panów
    węgierskich Mikołaja Gary i Ścibora ze Ściborzyc, Dobiesław
    Skoraczowski. [...] Kiedy zaś wspomniany Dobiesław wrócił do panów
    węgierskich do Torunia [...] mistrz pruski Ulryk zaczął się z wielką
    skrupulatnością dowiadywać [...]: "opowiedz nam, proszę, o moście,
    który, jak powiadają, król polski zbudował w powietrzu".
    Dobiesław: "Widziałem - powiada - most zbudowany w przemyślny sposób
    ze statków, umieszczony nie w powietrzu - bo ono służy tylko ptakom
    do latania - lecz na rzece Wiśle. Na moich oczach przeprawiło się
    nim przez Wisłę suchą stopą całe wojsko królewskie, także wielkie
    działa i nie zauważono, by drgnął pod ciężarem". Ulryk zaśmiawszy
    się wzgardliwie, bo uznał opowiadanie Dobiesława za bzdurę,
    zwracając się do panów węgierskich powiada: "Płoche - rzekł - te
    słowa, które ten człowiek odważył się powiedzieć i wyglądają na
    wierutne kłamstwo. Przybyli bowiem nasi najwierniejsi zwiadowcy
    donosząc, że król polski Władysław kręci się nad rzeką Wisłą,
    objeżdża ją i usiłuje się przez nią przeprawić, ale nie może."
    Pozostaje przypomnieć, że prawdziwość wątpienia mistrza,
    wypowiedzianego w obliczu posłów króla Zygmunta Luksemburczyka,
    pozostaje pod znakiem zapytania. Parę lat wcześniej właśnie w kręgu
    dynastii Luksemburgów powstał traktat o prowadzeniu wojny, w którym
    czytamy opis i widzimy rysunek takiego mostu, jakiego użył Jagiełło,
    o jakim mówił Dobiesław i w którego zaistnienie wątpił Ulryk.
    Wysnuwano stąd w literaturze naukowej wniosek, że Ulryk rzeczonego
    traktatu nie znał. Ale odnotowane przez Długosza słowa wielkiego
    mistrza świadczą nie tyle o ignorancji, co przede wszystkim o
    irytacji mistrza i o przekonaniu o nieudaczności a zatem
    nieskuteczności tzw. polnische wirtschaft.

    Descriptio gentium

    Tłem tej omyłki okazują się stereotypowe sądy jednych narodów o
    drugich. W literaturze znano nawet taki poetycki i niepoetycki
    gatunek - decsriptio gentium, który zawierał krótkie a dosadne
    charakterystyki poszczególnych nacji. I zdaje się, że Ulryk podczas
    sławetnej rozmowy z węgierskimi posłami wykorzystał zapas tych
    stereotypów, żeby sobie ulżyć i bluzgnąć na Polaka w węgierskiej
    służbie, przymawiając mu wprost: "mówisz jako Polak i wynosisz ponad
    słuszną miarę sprawy twego pana".
    Polacy w dziedzinie szerzenia stereotypów nie pozostawali dłużni, i
    to ani wobec Niemców, ani wobec Litwinów. Na przykład Długosz,
    pisząc o królu Jagielle, wielokrotnie wspominał o jego pochodzeniu
    z "barbarzyńskiego kraju", co czynił z wyraźnym, lekko
    protekcjonalnym poczuciem wyższości. Z pogardliwymi wypowiedziami
    Ulryka o Litwinach współbrzmią informacje podawane przez Długosza
    o "bojaźni" Witolda, którego "lęk przed wrogami wstrzymywał... przed
    posunięciem się poza Narew" bez polskich posiłków. No a potem, to
    przecież Litwini mieli podczas bitwy pierzchnąć i pozostawić Polaków
    samych wobec całej krzyżackiej armii. Czy opisujący to Długosz mówił
    prawdę? Chyba tak, ale zdaje się, że ją też troszeczkę
    podkolorował...
    Z drugiej strony wywyższanie się Niemców nie tylko ponad Litwinów,
    ale i ponad Polaków bardzo wkurzało tych ostatnich. Toteż przy
    niewątpliwym uznaniu dla cywilizacji obszaru języka niemieckiego,
    przedstawiciele tego języka traktowani byli przez nas z równie
    protekcjonalną niechęcią, jak Litwini. Nie dziwi przeto
    wierszyk "eksplicitowy", jakim pewien polski kopista zamknął
    przepisywaną przez siebie księgę: "Toć tak jest koniec,| Iż kurwi
    syn Niemiec".
    Jacek Kowalski
  • 04.07.10, 10:34
    JEST: niedziela 4 VII 2010 BYŁ: piątek 4 VII 1410
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/niesprawiedliwe-luny-sprawiedliwej-wojny
    Chwała Długoszowi

    Długosz relacjonując bieg polsko-litewskiej wyprawy zapisuje rzecz
    niezbyt ciekawą. To znaczy w ogóle ciekawą, ale dla armii polsko-
    litewskiej mało chwalebną; chwalebną za to dla samego dziejopisa.
    Jej zapisanie stanowi probierz jego prawdomówności. Czytamy więc,
    że –

    Doniesienie o niechwalebnych czynach

    „Czwartego lipca w piątek wyjechawszy z Sochowa [dzisiejszego –
    przypominam – Żukowa, przyp. JK], król polski Władysław spędził ten
    dzień na łąkach jakiejś nieznanej wsi. Tam następnej nocy żołnierze
    zobaczyli ognie zapalone na ziemiach wrogów, jak płonęły w wielu
    miejscach z ogromnym blaskiem. Chociaż bowiem wojsku zostały jeszcze
    cztery dni drogi do ziemi wrogów, wielu jednak z wojska
    królewskiego, nie bacząc na karność wojskową, wbrew zakazowi króla i
    książąt, na własną rękę udawało się tajemnymi drogami do ziemi
    wrogów i pustosząc je grabieżami, rzezią i ogniem, przynosiło nocą
    do obozu znakomitą zdobycz i łupy, podczas gdy we dnie nie mieli na
    to odwagi w obawie przed karą.”

    Prawda smutna

    Powtarzam to zawsze. Wojna może być i sprawiedliwa; wojna może
    wyzwalać i ujawniać wiele szlachetnych cech ludzkich; ale przy tej
    okazji ZAWSZE ujawniają się i uaktywniają podczas wojny cechy złe.
    Wojna jako taka jest ZŁA. I wyjątków od tej reguły nie ma.
    Możemy więc usprawiedliwiać poczynania polskich wojaków (pewno po
    większej części luźnej czeladzi) nienawiścią i gniewem, jakie
    wywołało postępowanie Krzyżaków podczas inwazji na Ziemię
    Dobrzyńską, możemy mówić o słusznej zemście... A nawet o zemście i
    sprawiedliwości dziejowej, o wyrównaniu rachunków z całego stulecia.
    To o nich zapewne myślał autor „Pieśni o bitwie pod Grunwaldem”,
    wkładając w usta Jagieły słowa modlitwy: „Wejrzyj, Panie, na krew
    onę, | Która polała tę stronę, | Ta woła sprawiedliwości, | A już
    nie krew, ale kości.” Tak, „kości”, bo chodzi tu o ofiary wojen
    toczonych z zakonem na Pomorzu, Kujawach i w Wielkopolsce za
    poprzednich pokoleń – w czasach Łokietka.
    Jednakże zemsta jako taka chrześcijaninowi nie przystoi. Dalej,
    nawet zemsta za wyrządzone niegodziwości nijak nie usprawiedliwia
    zwyczajnej maruderki, której ofiarą nie padają nigdy ludzie
    odpowiedzialni za wyrządzone komuś zło, lecz Bogu ducha winni
    cywile. W tym kobiety i dzieci.
    Wojna prowadzona przez Jagiełłę była zatem sprawiedliwa w
    politycznym tego wyrażenia znaczeniu, ale nie należy stąd wnosić, że
    strona polska nie dopuszczała się podczas niej niesprawiedliwości.
    Bo dopuszczała się. Tak samo, jak Krzyżacy.
    Jacek Kowalski
    --
    Przyjrzyjcie się mi, bo patrzycie na Łukaszenkę.
    (Jarosław Kaczyński, prezes IV RP)
  • 05.07.10, 06:25
    JEST: poniedziałek 5 VII 2010 BYŁA: sobota 5 VII 1410
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/panu-bogu-swieczke-pod-zukowem
    Długosz
    "W sobotę piątego lipca król Władysław rozbija obóz pod wsią
    Jeżewem. Tam też przybyli do niego panowie węgierscy Mikołaj Gara i
    Ścibor ze Ściborzyc, którzy zachęcali jego i wielkiego księcia Litwy
    Aleksandra do pokoju i zgody jak też do podania jego warunków [tzn.
    warunków pokoju - przyp. JK]. Przybył też z nimi Jerzy Gersdorf, by
    wybadać siły i stan wojsk króla i księcia Aleksandra."

    Zamiary posłów

    Tym razem nie poseł posłów węgierskich, ale sami posłowie przybyli
    do obozu Jagiełły. Ich zamiary były niby - na pokaz - pozytywne.
    Teoretycznie zachęcali do chrześcijańskiej zgody i pojednania, jako
    arbitrzy. W istocie nie byli bezstronni, a raczej działali w imieniu
    niebezstronnego monarchy, o czym jeszcze się przekonamy.

    W gruncie rzeczy

    Tak naprawdę jednak i oni, i Jagiełło działali wedle zasady "Panu
    Bogu świeczkę, a diabłu ogarek", czyli wedle reguł dyplomacji. Co
    ciekawe - w dziejach polskich przysłów dość wcześnie przypisano
    autorstwo tego porzekadła właśnie Władysławowi Jagielle.
    W "Rocznikach" Stanisława Sarnickiego (wiek XVI) czytamy, że król
    ten, przybywszy do poznańskiego sanktuarium Bożego Ciała, oglądał
    misterium Wniebowstąpienia Pańskiego. W kluczowym momencie
    przedstawienia, kiedy "wizerunek Zmartwychwstałego w górę sznurami
    według starego zwyczaju święcenia tegoż święta wciągano",
    Jagiełło "zapytał, czyjże to wizerunek. Odpowiedzieli, że Boga.
    Wówczas on rzecze: dajcie mu świecę". A kiedy "diabeł w postaci
    smoka był zrzucany z wyżyn", zadał po raz drugi podobne
    pytanie: "Cóż to przedstawia? Po czym rzekł:... dajcie mu dwie
    świece". Potem "zapytany dlaczego tak, mówią iż odpowiedział w
    polskim języku: służ Bogu a diabła nie gniewaj".

    W istocie

    Otóż Jagiełło, mając tak piękną przewagę nad Wielkim Mistrzem,
    przewagę zarówno militarną jak propagandową, bez wątpienia nie
    zamierzał rezygnować z nadarzającej się okazji zmiażdżenia
    przeciwnika. Ale nie zrywał rozmów, które niby miały doprowadzić do
    pokoju. Wiedział, że druga strona nie przyjmie jego warunków, a nie
    chciał uchodzić za okrutnego agresora.
    Otóż dokładnie tak samo zachowywali się posłowie - którymi byli po
    części Polacy w służbie obcego monarchy, sojusznika Krzyżaków
    Zygmunta (to jest: Ścibor ze Ściborzyc, Dobiesław Skoraczowski i
    inni im podobni). Niby proponowali pokój, ale wiedzieli dobrze, że
    mają doprowadzić do wojny. Działając w tym teoretycznie na szkodę
    swojego "przyrodzonego pana" i na szkodę Królestwa Polskiego,
    starali się jednak szkodzić umiarkowanie, a wedle możliwości nawet
    wspierać króla Władysława i rodaków, w każdym zaś razie sprawiać
    takie wrażenie... i w rezultacie ciągnąć dla siebie korzyści
    podwójne, od wszystkich monarchów biorących udział w konflikcie.
    Wszyscy byli z tego zadowoleni. Do czasu - nawet Krzyżacy.
    Jacek Kowalski
    --
    Przyjrzyjcie się mi, bo patrzycie na Łukaszenkę.
    (Jarosław Kaczyński, prezes IV RP)
  • 06.07.10, 06:55
    JEST: wtorek 6 VII 2010 BYŁA: niedziela 6 VII 1410
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/demonstracja-sily-i-probny-alarm
    Kolejne negocjacje
    "A w najbliższą niedzielę, która przypadała szóstego lipca, król
    polski Władysław po naradzie z księciem Aleksandrem i doradcami,
    odpowiada na zachęty panów węgierskich, że nigdy mu nie były
    całkowicie obce plany pokojowe i że teraz również nie odmawia
    przyjęcia słusznych warunków pokoju, by nie doszło do rozlewu krwi
    chrześcijańskiej. A pokój wtedy - jego zdaniem - będzie
    sprawiedliwy, jeżeli przy Wielkim Księstwie Litewskim pozostanie w
    całości przynależna mu z dawien dawna prawem naturalnym ziemia
    żmudzka, a ziemia dobrzyńska zajęta niesłusznie przez mistrza
    pruskiego i Krzyżaków zostanie zwrócona Królestwu Polskiemu i jemu
    [tj. królowi]. W sprawie zaś wyrządzonych szkód obiecywał się poddać
    wyrokowi i decyzji króla rzymskiego Zygmunta. Zadowoleni i uradowani
    panowie węgierscy zjedli nawet śniadanie u króla w nadziei, że
    mistrz i Krzyżacy bez wątpienia zgodzą się na przedstawione warunki
    jako całkowicie słuszne."
    Nie wiemy, co naprawdę myśleli posłowie Zygmunta. Zdaje się jednak,
    że i oni rozumieli, że ich krzyżacki sojusznik ściągnął sobie na
    kark wielkie niebezpieczeństwo. Jak już napisałem wczoraj, ani to
    ich pewnie ziębiło, ani grzało pod względem dyplomatycznym -
    obarczono ich bowiem zadaniem upieczenia przy ogniu polsko-
    krzyżackiego konfliktu pieczeni dla króla Zygmunta.

    Parada wojskowa prawie bez tajemnic

    "Po śniadaniu król zwinął obóz [w Jeżewie - przyp. JK] i przybył
    tego dnia do pewnej wsi nad rzeką Wkrą [była to wieś Bieżuń - przyp.
    JK]. A wielki książę litewski Aleksander ustawia wojsko litewskie,
    dzieląc je starym obyczajem na szyki i oddziały jazdy. W każdym
    szyku umieszcza w środku żołnierzy na niższych koniach i licho
    uzbrojonych, których osłaniali żołnierze na większych koniach i
    świetnie uzbrojeni [...]
    Król zaś polski Władysław z panami węgierskimi wyszedł na większe
    wzniesienie, z którego można było oglądać całe wojsko polskie i
    litewskie dzięki temu, że poniżej szeroko rozciągały się płaskie
    pola. Za nim szło równo w odrębnych oddziałach wojsko litewskie.
    Oceniał je z największą uwagą, jakie jest wielkie, wspomniany już
    Ślązak Jerzy Gersdorf."
    Jagiełło nie miał wiele do ukrycia jeśli chodzi o stan armii. Tym
    razem należało chwalić się liczebnością wojska, więc wraz z Witoldem
    urządzili defiladę-"pokazówkę" w obecności i na użytek posłów.
    Przewaga polsko-litewska miała teraz dotrzeć do krzyżackiej
    świadomości, przerazić i zmusić do reakcji. Tym niemniej Długosz
    pozwala sobie na malutką uszczypliwość - potwierdzając "nie do końca
    europejski" moderunek litewskich jeźdźców, których prezentacja
    wymagała małego fortelu.

    Próbny alarm

    "Nadto w tym samym dniu na rozkaz króla doniesiono o nagłym
    nadejściu wrogów i całe wojsko królewskie chwyciło za broń. Król
    celowo kazał ogłosić, że wrogowie się zbliżają, mimo że nie
    przewidywano zupełnie ich nadejścia i polecił zaniepokoić wojsko,
    jakby wróg był tuż, gotowy do walki, po to, by jego wojsko, polskie
    i litewskie, w poczuciu bezpieczeństwa nie rozprzęgło się w sennej
    bezczynności, ale w każdej chwili spodziewając się nadejścia wrogów,
    stało gotowe do stawienia oporu i podjęcia walki nie inaczej, jak
    gdyby wróg był przed jego oczyma."
    A zatem - i armia i dyplomacja pod każdym względem była gotowa i
    zdolna do ostatecznego starcia.
    Jacek Kowalski
  • 07.07.10, 06:59
    JEST: środa 7 VII 2010 BYŁ: poniedziałek 7 VII 1410
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/niegodziwosci-pomiedzy-prawem-feudalnym-a-narodowoscia
    Nowy popas

    Długosz: "W poniedziałek siódmego lipca król polski Władysław
    zwinąwszy obóz przybył do wsi Bądzynia nad rzeką Wkrą i tam przez
    dwa dni urządził postój."

    Ziemia o statusie nieuregulowanym

    Była to prawie ziemia wrogów - ale niezupełnie. Otóż "chociaż zaś ta
    okolica, którą opływa naokoło rzeka Wkra, należy i należała do
    księstwa mazowieckiego, teraz jednak mieli ją w rękach mistrz pruski
    i Krzyżacy wskutek zastawienia jej przez księcia mazowieckiego
    Siemowita za pięć tysięcy grzywien szerokich groszy".

    Średniowieczne zwyczaje feudalne

    W średniowieczu suwerenny właściciel ziemi bądź jej użytkownik -
    król, książę, hrabia - mógł ją oddać, odstąpić, sprzedać czy
    zastawić innemu władcy. I niezależnie od tego, kto oddaną ziemię
    zamieszkiwał, winien był służyć wiernie nowemu panu. Tę zasadę
    wszyscy doskonale rozumieli i respektowali. Wedle tej właśnie zasady
    Kazimierz Wielki odziedziczył i przyłączył do swego Królestwa Ruś,
    której mieszkańcy wcale niekoniecznie chcieli żyć pod polskim
    berłem, ale wedle prawa winni byli na to przystać. Tak, tak: Lwów
    dostał nam się nie prawem okupanta, lecz prawem spadku. Choć spadku
    niemiłego jego dawnym mieszkańcom.

    Odpowiedzialność poddanych

    Lecz taka zmiana tożsamości politycznej danej ziemi powodowała, że
    jej mieszkańcy mogli naraz wbrew sobie stać się odpowiedzialnymi za
    czyny nowego pana. Choćby tego w ogóle nie chcieli. I tak też stało
    się w okolicach Bądzynia. Bo właśnie dlatego, że była to ziemia
    zastawiona Krzyżakom -

    "...Litwini i Tatarzy pustoszyli ten okręg w sposób okrutny i po
    barbarzyńsku jak ziemie obcych narodów, i zabijali nie tylko
    dorosłych, ale i młodzież, i dzieci kwilące w kołyskach. Innych zaś
    jak wrogów i obcych zaciągali z matkami do swoich namiotów, do
    niewoli, mimo, że wszyscy ludzie tej okolicy byli z pochodzenia
    Polakami i mówili po polsku. Przybywały matki zamordowanych dopiero
    co dzieci z rozpuszczonymi włosami i z wielkim jękiem opłakiwały
    przed namiotem królewskim rzeź swych dzieci."

    Solidarność narodowa

    Mimo powszechności takich feudalnych zwyczajów, jak opisane powyżej,
    średniowiecze znało też solidarność narodową, jak i prześladowania
    ze względu na pochodzenie, język et caetera. Na pewno inaczej
    odczuwano "narodowość" niż "nacjonalizmy" wieku XIX, ale jednak
    odczuwano silnie, bardzo silnie. Dlatego też los polskich poddanych
    krzyżackiego państwa wszystkich Polaków (podobno) poruszył
    (zwłaszcza, że w istocie byli to mieszkańcy księstwa
    mazowieckiego...). Mordowanie Niemców nie zrobiłoby pewnie takiego
    wrażenia. Tu tymczasem -

    "Wzburzeni tym prałaci i panowie polscy przybywają do króla z
    usilnymi prośbami i występują zarówno w sprawie pomordowanych, jak i
    wziętych do niewoli, surowiej, niż to przystało stanowi rycerskiemu,
    proszą o położenie kresu barbarzyńskiemu okrucieństwu, o zwrot
    jeńców ich wojsku i oświadczają, że jeżeli to nie nastąpi, wszyscy
    opuszczą szeregi i ten niegodziwy obóz, który w końcu spotka kara
    Boża."

    Sielanka

    Długosz, po nakreśleniu tego straszliwego obrazu prześladowań i
    słusznej interwencji polskich panów, roztacza przed nami panoramę
    nieomal sielankową:

    "Król polski Władysław z wielkim księciem Aleksandrem ulegając
    bardzo słusznie tym słowom, kazał wypuścić jeńców, troskliwie
    zgromadzić ich w namiocie biskupa poznańskiego Jastrzębca i zwrócić
    im wolność. Nadto wyznaczył karę śmierci dla tego, kto by ponownie
    dopuścił się tego okrucieństwa. A biskup poznański Wojciech
    Jastrzębiec jak najlepszy ojciec wyszedł ze swego namiotu i łaskawie
    pozwolił w nim zgromadzić kobiety i dzieci i zatrzymać je pod strażą
    przez następną noc. Od tej miejscowości przestał iść za królem za
    zezwoleniem króla, któremu towarzyszył z Królestwa Polskiego aż do
    tego obozu i wrócił do Polski."

    Prawda

    Prawda to była, czy podkoloryzowanie, jeśli chodzi o osoby
    dokonujące rzezi i rabunków, oraz o interwencję i jej skutki? Bo
    mimo wszystko trzeba zapytać, czy to aby wyłącznie Tatarzy zabijali
    i rabowali, i czy faktycznie wszyscy polscy panowie przybyli do
    króla z protestem? Nie docieczemy tego. Długosz chce nam jakby
    zasygnalizować: "działo się wiele rzeczy złych, ale ludzie godni
    skutecznie im przeciwdziałali lub czynili zadośćuczynienie". Możemy
    się tylko domyślać, że prawda, jak to zwykle bywa, okazałaby się
    mniej wesoła. Ale i tak jest nieźle. Po raz któryś widzimy, że
    Długosz przykrej prawdy nie tai.

    A swoją drogą - przypomina się los mazurskich Polaków-autochtonów,
    których w pierwszych dziesięcioleciach po II wojnie traktowano jak
    prawie-Niemców.

    Jacek Kowalski
  • 08.07.10, 06:52
    JEST: czwartek 8 VII 2010 BYŁ: wtorek 8 VII 1410
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/choragwie-i-modlitwa
    Rozwiniecie Chorągwi
    Dzięki Długoszowi i tak zwanej "Kronice konfliktu", współczesnej
    grunwaldzkiej bitwie (z której to kroniki, czy właściwie kroniczki
    Długosz czerpał garściami) - wiemy, że król Władysław i książę
    Witold podczas marszu pod Grunwald parę razy urządzali swego
    rodzaju "defilady", czyli prezentacje wojsk. Owe publiczne
    przemarsze na pewno podnosiły ducha przyszłych uczestników walnej
    bitwy. Podnosiła go zresztą już sama obecność osoby koronowanego
    wodza i bezpośredni kontakt z nią, ale i świadomość szerokiej
    wspólnoty walczących, która w takich okolicznościach objawiała się w
    postaci nader spektakularnej. Owa spektakularna postać wspólnoty
    miała zaś znamiona, które nie sposób przecenić. Czytajmy:
    "We środę dziewiątego lipca król polski Władysław wyruszywszy z
    wielkim księciem Aleksandrem [Witoldem] ze wsi Bądzynia do ziemi
    wrogów, za miłosierdziem Bożym pomyślnie przeszedł leśną drogę o
    długości dwu mil i przybył na rozciągającą się daleko na wszystkie
    strony równinę. Na niej po raz pierwszy wyciągnięto i rozwinięto z
    rzadką i niezwykłą czcią oraz rozrzewnieniem u wszystkich
    osiemdziesiąt dwie chorągwie rycerskie, tak własne: królewskie i
    wielkiego księcia litewskiego Aleksandra, jak i książąt
    mazowieckich: Siemowita i Janusza, oraz panów polskich."

    Chorągwie, czyli rzeczywistość i jej symbole

    Jak wynika z Długoszowych słów, chorągwie rozwinięto po raz pierwszy
    dopiero po wejściu na ziemię wrogów. Chorągwie - czyli "symboliczne"
    znaki rozpoznawcze poszczególnych "rzeczywistych" oddziałów, również
    zwanych chorągwiami. Były pośród nich tak zwane chorągwie ziemskie,
    w których walczyli rycerze zamieszkujący konkretne okolice, te,
    którym odpowiadały godła poszczególnych części Królestwa, ale były i
    chorągwie prywatne, specjalnie sformowane, które na swych proporcach
    umieszczały herby swoich "właścicieli" czy "dowódców". Trudno o
    lepszy wyraz dla idei, która łączy wolnych obywateli pod godłami ich
    małych ojczyzn oraz ich rodzin.

    Znaki Obywateli Królestwa

    Jagiełło, wstępując na tron, zastał Królestwo Polskie doskonale pod
    tym względem uformowane. Herby rycerskie i ziemskie, tak jak i herb
    Królestwa, były już w czasach Kazimierza Wielkiego nie tylko
    powszechnie kojarzone, ale i powszechnie stosowane. Każdy rycerz
    mógł je oglądać od okazji do okazji na bojowych tarczach - ale
    zdobiły też codzienne, rycerskie stroje, widniały na pieczęciach
    (no, prawda, tych to nie ukazywano publicznie byle komu), a przede
    wszystkim ozdabiały monumentalne budynki. Właśnie za panowania
    Kazimierza pojawiły się licznie na murach katedr, kolegiat tudzież
    kościołów klasztornych i parafialnych, w których odbywano polityczne
    zjazdy i publiczne sądy. Rycerze-Polacy - czy raczej szerzej:
    rycerze Królestwa różnych języków, pośród których byli już przecie
    także prawosławni Rusini - mieli ideę, do której Władysław Jagiełło
    mógł się teraz odwołać. Ideę, która okazywała się ważniejsza od
    osoby nowego monarchy-przybysza (nie był przecież "przyrodzonym
    panem" Królestwa - bo takie miano przysługiwało jedynie Piastom -
    lecz był tym, którego Królestwo obrało sobie na pana).

    Pozostałość

    Te znaki są nam dziś wspólne. Mówię o tym bez przesady. Chociaż
    herby nie są już pod ochroną prawa (jak na przykład nazwiska), a
    nawet nie odgrywają zupełnie żadnej roli w sprawach prawnych, to
    jednak w sprawach publicznych - jak najbardziej. Najlepszym dowodem
    jest medialne "granie" herbowym Korczakiem Komorowskich. Dla
    Komorowskich ów herb jest rzeczywistością bliską. Jednak większości
    Polaków trzeba przypomnieć, że dzięki zjawisku "wspólnych przodków"
    większość z nas - nawet ci nieszlacheckiego pochodzenia - jest ze
    szlachecką spuścizną herbową związana. Podejrzewam, że większość
    Polaków mogłaby znaleźć swoich przodków pośród rycerzy grunwaldzkich
    i rozpoznać się w którymś z rycerskich herbów...
    Dlatego widok zestawu takich herbów z tamtego czasu bardzo wzrusza.
    Przypomnijmy, że w Polsce herb nie był odmieniany wraz z każdym
    pokoleniem, nie tworzył osobistych mutacji, lecz należał do szeroko
    pojętego rodu herbowego - znacznie szerszego, niż prawdziwa,
    biologiczna rodzina czy ród. W latach Grunwaldu większość z
    rycerskich obywateli legitymowała się jednym z kilkudziesięciu
    herbów - ich spis mamy, dokonał go Jan Długosz, tworząc pierwszy
    polski herbarz. Rękopis tego herbarza znajduje się w Bibliotece
    Kórnickiej. Jej założyciel, zarazem budowniczy kórnickiego Zamku w
    jego obecnej postaci - hrabia Tytus Działyński, postanowił, aby
    strop Sali jadalnej udekorowały herby z Długoszowego rękopisu.
    Widnieją tam do dziś. Hrabia tłumaczył swój pomysł następująco:
    "...ja starzec zwaliskami otoczony, umy­śliłem odnowić
    hieroglificzne, niech tak powiem, zarysy herbowych znaków z owych
    czasów, kiedy nad Polską pa­nował ostatni Jagiellończyk. Plastyczne
    wyroby i obrazy są posiłkiem pamięci, sądziłem więc, że dziatwa
    nasza poglądając na Leliwę, przypomni sobie, że tego znaku uży­wał
    zwycięzca pod Obertynem i Starodubem, że Jelitczyk wiódł do niewoli
    Arcyksięcia Austriackiego, a Żółkiewski herbem Lubicz pieczętował
    poddanie Moskwy"

    Modlitwa królewska

    Na polach pod Bądzyniem nie tylko rozwijano chorągwie i maszerowano
    przed królem. Oto przy tej okazji "król polski Władysław ze łzami w
    oczach wziąwszy wielki sztandar, na którym był pięknie wyhaftowany
    biały orzeł z rozpostartymi skrzydłami, otwartym dziobem i koroną na
    głowie - jest on herbem całego Królestwa Polskiego - przy jego
    rozwijaniu użył następujących słów modlitwy: "Najłaskawszy Boże, Ty,
    który znasz tajne zamiary wszystkich serc pierwej, niż zostaną
    powzięte, widzisz z niebios, że obecną wojnę, przed którą stoję,
    podjąłem z musu w imieniu Twoim i Twego Syna, Chrystusa, ufny w
    [Twą] pomoc." I dalej słuchamy wielkiej mowy na temat wojny
    sprawiedliwej.
    Powracamy zatem do tematu, o którym była już mowa parę dni temu.
    Wówczas chodziło o odpowiedzi, dane posłom, w intymnej komnacie
    królewskiego namiotu i o kazanie, wygłoszone publicznie w Czerwińsku
    przez biskupa. Słowa, które tam padły, okazują się tylko
    przygotowaniem do wielkiej mowy króla, skierowanej do Boga, ale
    obliczonej także na rycerskich słuchaczy. Mowę tę cytuję za
    Długoszem, ale zapisano ja także w "Kronice konfliktu", zredagowanej
    tuż po grunwaldzkiej bitwie w królewskiej kancelarii. Jeśli więc nie
    słowo w słowo tekst ten odpowiada rzeczywistości, to na pewno
    odpowiada jej duchem.
    Najwyraźniej o ideę wojny sprawiedliwej król Jagiełło postanowił
    dbać aż do przesady i głosić ją publicznie jak się da i ile się
    tylko da, i wpoić ją swojej armii jako główny tytuł do działania.
    Zwłaszcza, że czyny tej naszej polskiej armii nie zawsze za ideą
    wojny sprawiedliwej podążały. Ale deklaracja nie została bynajmniej
    użyta sztucznie. Zdaje się, że wszyscy uczestnicy spotkania czuli
    podobnie i pod słowami króla podpisywali się z całym ładunkiem
    pobożności oraz - jak się później okaże - także i zaciekłości:
    "Te słowa modlitwy wypowiedział król z taką pobożnością i tak
    głośno, że mogła ją usłyszeć stojąca naokoło rzesza rycerzy. U
    większości wojska wycisnęła ona łzy. Można było widzieć bardzo wielu
    rycerzy szlochających i płaczących. Podobne modlitwy wznosili
    również wielki książę Aleksander oraz książęta mazowieccy i panowie
    polscy przy rozwijaniu swoich chorągwi."

    Carmen Patrium

    Po wybrzmieniu słów Jagiełły i po "całkowitym rozwinięciu chorągwi",
    jak pisze Długosz - "całe wojsko zaczęło śpiewać pieśń ojczystą Bogu
    Rodzica". Podobną informację notuje kronikarz odnośnie chwili tuż
    przed grunwaldzkim starciem: "Kiedy zaczęła rozbrzmiewać pobudka,
    c
  • 09.07.10, 13:33
    JEST: piątek 9 VII 2010 BYŁA: środa 9 VII 1410
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/dwa-zaskoczenia
    Ku kolejnej przeprawie
    Dziewiątego lipca, we czwartek, jak pisze Długosz -
    "...król polski Władysław zwinąwszy obóz nad jeziorami miasta
    Luterberg [Lidzbark Welski] i przemaszerowawszy dwie mile, rano
    kiedy jeszcze rosa nie opadła, przybył nad wielkie jezioro Rubkowo w
    pobliżu grodu i miasteczka Kurzętnik i rozbił obóz nad jeziorem."
    Jagiełło wybrał to miejsce zapewne dlatego, że można tu było przejść
    Drwęcę i ruszyć wprost na Malbork. Może liczył, że armia polsko-
    litewska przekroczy rzekę szybko, zanim się Krzyżacy spostrzegą.

    Pierwsze zbliżenie

    Ale te oczekiwania zawiodły. Wielki mistrz już wiedział, że wróg
    wkroczył do trzewi jego państwa; już zdążył podjąć pośpieszny marsz
    i zagrodzić Jagielle drogę:
    "A wojsko mistrza pruskiego zatrzymało się niedaleko od obozu króla,
    nad rzeką Drwęcą, której obydwa brzegi Krzyżacy na wiele dni
    przedtem zabezpieczyli gęsto wysokimi palami, żeby wojsko królewskie
    nie mogło się przez nią przeprawić."

    Pierwsze zaskoczenie

    A jednak pierwsi dali się wziąć z zaskoczenia Krzyżacy. Właściwie -
    krzyżaccy koniuchowie. Oto bowiem -
    "...pewni rycerze polscy na wieść, że wojsko krzyżackie jest w
    pobliżu, nadbiegają, by je zaczepić, a zdobywszy pięćdziesiąt
    nieprzyjacielskich koni, które pojono w rzece Drwęcy, po zrzuceniu
    siedzących na nich ludzi cało przybywają do obozu królewskiego...."

    Drugie zaskoczenie

    Jednocześnie Polacy też zostali niemile zaskoczeni:
    "Wojsko królewskie, które albo się posilało, albo odpoczywało,
    zobaczywszy ich [tzn. rycerzy, prowadzących zdobyczne konie], z
    powodu schwytanych koni wzięło ich za wrogów. Powstało ogromne
    zamieszanie, a żołnierze zostawiając posiłek co prędzej wkładali
    zbroje. Kurzawa napełniła powietrze, a słońce zlewało z góry
    niezmierny żar. Pozbywszy się w końcu próżnego strachu, wojsko
    uspokoiło się."
    Była to nauczka: logistyczna organizacja armii polsko-litewskiej
    pozostawiała nieco do życzenia, skoro możliwe okazało się
    niejako "samoistne" wywołanie paniki... Z drugiej strony król
    wiedział już, że przeprawa na drugą stronę Drwęcy w obecności
    krzyżackiej armii jest wielce ryzykowna.
    Jacek Kowalski
  • 10.07.10, 07:35
    JEST: sobota 10 VII 2010 BYŁ: czwartek 10 VII 1410
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/traby-apokalipsyNarada...
    Jak pamiętamy, w obozie pod Kurzętnikiem, w bliskości wojsk
    krzyżackich, pośród Polaków i Litwinów wybuchła krótkotrwała
    wprawdzie, lecz jednak panika. Należało wzmóc dyscyplinę. Dlatego
    też w wigilię czyli w przeddzień 10 lipca, jak pisze Długosz -
    "Pod wieczór [...] kiedy złagodniał żar słoneczny, król polski
    Władysław zwoławszy znaczniejszych doradców, wybiera tylko ośmiu z
    nich - reszta została w namiotach - którzy mieli dokładnie się
    naradzić i podjąć wszelkie postanowienia dotyczące przebiegu całej
    wojny."

    ...powołanie rady...

    A zatem powołana została rada wojenna. Na pewno głównym decydującym
    był nadal król, ale odpowiedzialność została rozłożona. Pośród
    najważniejszego grona decydentów znaleźli się: wielki książę Witold,
    kasztelan krakowski Krystyn z Ostrowa, wojewoda krakowski Jan z
    Tarnowa, wojewoda poznański Sędziwój z Ostroroga, wojewoda
    sandomierski Mikołaj z Michałowa, podkanclerzy Mikołaj Trąba,
    marszałek Królestwa Zbigniew z Brzezia i podkomorzy krakowski Piotr
    Szafraniec z Pieskowej Skały. Nadto:
    "Wezwano dwu przewodników, mianowicie Trojana z Krasnego Stawu i
    Jana Grinwalda z Parczowa. Ci obaj pochodząc z Prus znali tam dobrze
    wszystkie miejscowości, ścieżki i drogi. Stali też pode drzwiami,
    gdzie odbywała się narada, wzywani na nią, kiedy miano coś mówić o
    postojach i jutrzejszych naradach"

    ...i jej postanowienia

    No i wreszcie pojawiło się jakże ciekawe zarządzenie:
    "Zastrzeżono też i jak najsurowiej zabroniono, by nikt nie odważył
    się wyjść z szeregów, zanim marszałek Królestwa Polskiego Zbigniew
    nie wystąpi z mniejszym sztandarem królewskim, czyli proporcem,
    nadto by wszyscy szli za nim i by nikt nie ważył się go wyprzedzić.
    Zastrzeżono też, żeby nikt w całym wojsku nie poważył się grać na
    trąbie prócz jednego trębacza królewskiego. Na pierwszy dźwięk jego
    trąby, przed świtem, rankiem lub kiedykolwiek indziej wojsko
    wstawało i zbroiło się, na drugi odgłos trąby siodłano konie, na
    trzeci wojsko ruszało w drogę za maszerującym na przedzie
    marszałkiem i za chorągwiami, pod którymi stało."

    Głos Apokalipsy

    Czytając Długosza ma się wrażenie, że autor stopniuje napięcie tak,
    jak to potrafił czynić tylko Tolkien, opisujący wielkie wyprawy
    wojenne Śródziemia, albo wcześniej Sienkiewicz. A już owe trzy trąby
    zdają się niesamowite zupełnie niczym trąby Apokalipsy, choć liczba
    ich inna jest... Jakoż faktycznie, mamy tu do czynienia z Czasem
    Ostatecznym. Nic już nie będzie takie samo jak przedtem - będzie
    Nowa Ziemia, czyli Nowe Królestwo Polskie, będzie nowe, czyli inne
    państwo zakonne...
    Jacek Kowalski
  • 11.07.10, 11:51
    JEST: niedziela 11 VII 2010 BYŁ: piątek 11 VII 1410
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/decyzje-i-zmylki
    Szybka decyzja króla
    Kiedy król dowiedział się, że po drugiej stronie Drwęcy znajduje się
    cała armia krzyżacka, i że przeprawianie się przez rzekę tu i teraz
    byłoby niebezpieczne, zrezygnował z forsowania tej wodnej przeszkody
    i postanowił szybkim marszem oderwać się od nieprzyjaciela, na jakiś
    czas znów znikając mu z oczu. Długosz:
    "W piątek [...] jedenastego lipca wojsko królewskie wyruszywszy na
    dźwięk trąby o świcie, wycofuje się i tą samą drogą, którą szło
    przedtem, przybywa do miejsca swego [poprzedniego] postoju w pobliżu
    miasta Lutenburga, gdzie odpoczywało w ubiegłą środę. Następnie
    zostawiając po prawej stronie drogę, którą przybyło z Mazowsza,
    skręca na lewo i maszerując przez pagórkowate okolice rozbija obóz
    we wsi Wysoka, w pobliżu Działdowa. A ponieważ wojsko zmęczone
    długim marszem potrzebowało wypoczynku, przez te dwa dni, mianowicie
    w piątek i sobotę, urządzono postój w tymże obozie."

    Mrzonki mistrza

    A co tymczasem u mistrza Ulryka?
    "Kiedy we wspomniany piątek król Władysław wycofał się, przybył do
    obozu mistrza okryty pyłem i zlany potem zwiadowca pruski i
    stwierdził, że król polski i jego wojsko wycofuje się i ucieka.
    Mistrz pruski Ulryk nadzwyczaj uradowany jego doniesieniem,
    zaprowadził go do panów węgierskich Mikołaja i Ścibora i rzecze: oto
    wrócił człowiek wysłany na zwiady, z pochodzenia Polak, donosząc
    nam, że przez kilka dni szukał obozu króla polskiego i nie mógł do
    niego dotrzeć. Napotkał wprawdzie miejsce i znalazł kilka pustych
    naczyń i pozostawione konie, które osłabły, nadto porzucone pociski
    do dział [...] Uważam zatem za rzecz pewną, że król polski i jego
    wojsko z obawy przed mymi wielkimi siłami uciekło, ponieważ
    wycofanie się jest jawnym dowodem strachu"

    Zdanie panów węgierskich

    Posłowie węgierscy wyrazili jednak swoją wątpliwość wobec tych
    triumfalistycznych twierdzeń, sugerując że "należy sprawę zbadać
    poważniej", bo doniesienie zwiadowcy o niczym nie świadczy. Podobno
    zaś nawet znalazł się wówczas "pewien weteran z wojska mistrza",
    który "z dużym zuchwalstwem" tak się doń odezwał:
    "...bądź ostrożny, mistrzu, aby wojsko królewskie, o którego
    ucieczce ci donoszą, nie zmyło ci głowy i żebyś nie poniechał
    próżnych złudzeń, które ci sprawiają przyjemność, dopiero gdy się
    dowiesz, że wojsko królewskie wdarło się do twoich miast."

    Szybka decyzja mistrza

    Na to dictum mistrz postanowił ścigać królewską armię. Przybył więc
    do sąsiedniego zamku zwanego Bratian, w którym "schroniwszy się z
    panami węgierskimi" kazał szybko -
    "...budować na rzece Drwęcy dwanaście mostów, aby można było po nich
    przeprowadzić wojsko. A stąd urządzając ciągle po cichu małe
    postoje, zdąża jednak w kierunku obozu wrogów, wielce odważny i
    zadufany w sobie pod wpływem słów pochlebców, którzy twierdzili, że
    wynik przyszłej walki będzie zgodny z jego życzeniem..."
    Spotkanie obu armii było tuż, tuż.
    Jacek Kowalski
  • 12.07.10, 06:32
    JEST: poniedziałek 12 VII 2010 BYŁA: sobota 12 VII 1410
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/antysojusznik-czyli-wegierska-drole-de-guerre
    Kuriozum dyplomatyczne
    W dniach od 11 do 13 lipca, oderwawszy się szybkim marszem od armii
    nieprzyjaciela, król Jagiełło zarządził postój "we wsi Wysoka, w
    pobliżu Działdowa" (tu i dalej - jak zwykle cytaty z Długosza). I
    wtedy to właśnie miało miejsce kuriozalne zdarzenie dyplomatyczne, o
    którym donieść zamierzam.
    Otóż krzyżacki sojusznik, czyli król Węgier Zygmunt Luksemburczyk -
    wypowiedział królowi polskiemu wojnę. List zawierający tę wieść,
    spisany wiele, wiele tygodni wcześniej, znajdował się od samego
    początku swego istnienia w rękach... Mikołaja Gara i Scibora ze
    Ściborzyc (czyli Polaka na węgierskiej służbie), tych samych, którzy
    niby to mieli być pośrednikami w rozmowach pokojowych pomiędzy
    królem a wielkim mistrzem. Ujawnienie listu nastąpiło w pomiędzy
    jedenastym a trzynastym lipca w obozie we wsi Wysoka. "W czasie tych
    dni przybył do króla polskiego Władysława Ślązak Frycz z Repty,
    wysłany w imieniu panów węgierskich Mikołaja i Ścibora" i
    przedstawił królowi "pismo z wypowiedzeniem wojny tegoż króla
    Zygmunta". Zygmunt stwierdzał w nim, że "zrywa" stosunki z
    Jagiełłą, "stając po stronie mistrza i zakonu".
    Jak widać, rozmowy pokojowe były od samego początku tylko markowane,
    fikcyjne. Tym bardziej, że przyczyną publicznego ogłoszenia listu o
    wybuchu wojny polsko-węgierskiej stało się nie tyle samo fiasko
    rozmów pokojowych, ile uiszczenie przez Krzyżaków żądanej
    sumy: "list wypowiadający wojnę mistrz i Krzyżacy uzyskali za dość
    wysoką cenę, mianowicie czterdzieści tysięcy florenów", zapłaconych
    Zygmuntowi.

    Fiasko krzyżackiej dyplomacji czyli dyplomatycznego kuriozum ciąg
    dalszy

    Co gorsza - albo co lepsza - pieniądze te Krzyżacy wyrzucili w
    błoto. Liczyli przecie na to, że, po pierwsze, na wieść o
    wypowiedzeniu wojny przez króla Węgier osłabnie morale polskich
    rycerzy przebywających w Prusach. Wszak powinni się zaniepokoić
    losem swoich rodzinnych stron, narażonych na węgierski najazd. No i
    po wtóre, Krzyżacy liczyli, że taki najazd rzeczywiście nastąpi; to
    zmusiłoby Polaków do wycofania się z Prus.
    Ale najazd nie nastąpił. Ani nie osłabło morale królewskich wojsk.
    Po pierwsze bowiem, Jagiełło znał Zygmunta nie od dziś i wiedział,
    że ten monarcha będzie lawirował, groził, kręcił, ale nigdy się
    przed szereg nie wysunie i nie narazi na ryzyko. Po wtóre - armia
    polska nie dowiedziała się o wypowiedzeniu wojny, które
    król "polecił zachować w najściślejszej tajemnicy".
    A utrzymanie tej wieści w tajemnicy powiodło się dlatego, że tym
    razem to nie Polacy, lecz Niemcy zostali przez swoich sojuszników
    zdradzeni (i to pod każdym względem!). Bo Zygmunt traktował swoje
    zobowiązania wobec Krzyżaków jeszcze mniej konkretnie niż Francuzi
    swoje wobec Polski w roku 1939.
    Otóż po pierwsze - żaden z węgierskich posłów podczas bytności w
    obozie polskim ani słówkiem nie bąknął polskim rycerzom, z czym tak
    naprawdę przybywa... więc wypowiedzenie wojny pozostało
    dyplomatyczną tajemnicą. Po wtóre - żaden węgierski najazd nie
    nastąpił (zapisana przez Długosza wieść o rzekomo dokonanej przez
    wojsko Luksemburczyka dywersji zdaje się problematyczna). Bo, po
    trzecie, najazd taki w ogóle nie był planowany.

    Kuriozum ciąg dalszy

    No i po czwarte, król Jagiełło był świadom tej sytuacji - a Krzyżacy
    nie... Jako że w momencie dostarczenia Jagielle słono opłaconego
    przez Krzyżaków dokumentu, który miał zasiać w nim obawy i podłamać
    morale jego armii, sam poseł panów węgierskich, rycerz Frycz -
    "...na boku [...] szepnął królowi Władysławowi w imieniu panów
    węgierskich, żeby sobie nic nie robił z zerwania stosunków przez
    króla węgierskiego Zygmunta, bo jego list [...] nie pociągnie za
    sobą żadnych skutków, a sporządzono go tylko dla postrachu..."

    Podwójna zdrada sojusznika

    Jakież to niesłychane krętactwo! Ale i na nim sprawa jeszcze się nie
    kończy. Poseł rzekomego sojusznika Krzyżaków nie ograniczył się do
    zdekonspirowania pozorowanego charakteru wojennych kroków swego
    pana. Na dodatek odegrał też rolę polskiego szpiega. Oto osobiście -
    "...zachęca króla [Jagiełłę], aby wyzbywszy się wszelkich obaw trwał
    dalej przy swym przedsięwzięciu i by się nie ociągał z podjęciem jak
    najszybciej walki z Krzyżakami, którzy - jak wiadomo - siłą i liczbą
    wojsk, uzbrojeniem i pod każdym względem są od niego słabsi, a za
    zmiłowaniem Bożym odniesie pewne zwycięstwo..."
    Nic dodać, nic ująć. Pełna uciecha. Mimo wszystko jednak trudno
    żywić szacunek zarówno do Zygmunta Luksemburczyka, jak i do jego
    reprezentantów. Po trosze ratuje ich fakt, że w znacznej części byli
    z pochodzenia Polakami. Ale marna to pociecha być podwójnym zdrajcą.
    Tak więc, słabszemu zawsze wiatr w oczy. Bo tu, jak widać, wszyscy
    wokół poczuli już, skąd wiatr wieje - i że armia unii polsko-
    litewskiej jest od Krzyżaków silniejsza. Tylko Krzyżacy jeszcze o
    tym nie wiedzieli. Albo: jeszcze się z tą myślą nie oswoili.
    Jacek Kowalski
  • 13.07.10, 06:33
    JEST: wtorek 13 VII 2010 BYŁA: niedziela 13 VII 1410
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/wiatyk-rzez-prowokacja
    Wiatyk
    "W niedzielę 13 lipca, w dzień św. Małgorzaty, król polski
    Władysław" wysłuchał "uroczystej Mszy Świętej odprawionej w jego
    obozie we wsi Wysoka w pobliżu Działdowa". I właśnie "tego dnia król
    polski Władysław i całe prawie wojsko polskie przyjęło Najświętszy
    Wiatyk, czyli Sakrament Ciała i Krwi Chrystusowej, w przekonaniu że
    lada dzień zetrze się z wrogiem, co też się i stało".
    Pamiętać trzeba, że w owym czasie chrześcijanie nie przywykli do
    częstego przyjmowania Ciała i Krwi Pańskiej. Sam Jagiełło
    przystępował do tego Sakramentu tylko w najważniejsze święta
    kościelne, przy czym po śmierci swej żony, św. Jadwigi, czynił to
    zaledwie dwa razy do roku.
    Dzień św. Małgorzaty, jednej ze szczególnie czczonych Czterech
    Świętych Dziewic (obok śś. Barbary, Doroty i Katarzyny), należał
    wprawdzie do ważniejszych świąt katolickich. Jednak polscy rycerze
    nie przyjmowali Najświętszego Sakramentu przez wzgląd na to święto.
    Przyjmowali ją jako "wiatyk", czyli swego rodzaju "wyposażenie na
    drogę", w domyśle: drogę na drugi świat, w przewidywaniu
    uczestnictwa w śmiertelnym starciu.

    Odprawa posła

    Po wysłuchaniu Mszy Świętej król wezwał na "tajną naradę wysłańca
    panów węgierskich, Frycza" i wypomniawszy przed nim wszystkie
    przyjazne gesty, jakie dane mu było wcześniej wymieniać z jego
    panem, królem Zygmuntem - a jak pamiętamy, właśnie poprzedniego dnia
    Frycz przywiózł mu od Zygmunta wypowiedzenie wojny - rzekł: "Niech
    zatem Bóg wyda wyrok rozjemczy między nami a nim, czy za nasze
    dobrodziejstwa odmierza słuszną miarką i niech wynagrodzi każdego z
    nas według jego zasług..."

    Ciągnienie wojska

    Po odprawieniu Frycza król "zwija obóz pod Działdowem, nakazawszy
    wozom i taborowi jechać dwie godziny wcześniej i kieruje się pod
    miasto, które po niemiecku nazywa się Gilgenburg [po polsku dawniej:
    Dąbrowno, dziś: Dąbrówno], a którego mury i baszty obmywały fale
    oblewającego go naokoło jeziora. Rozbija obóz pół mili od Dąbrowna".

    Dąbrowno a Grunwald

    Owo Dąbrowno leżało na przesmyku pomiędzy dwoma jeziorami, blokując
    przejście ku północy - a właśnie na północ od Dąbrówna leży Grunwald:
    "Gród zabezpieczony był nie tylko wysokimi grubymi murami, mającymi
    nadto naokoło wieże i baszty, ale także położeniem. Po większej
    bowiem części oblewa go jezioro, a ponieważ jest odcięty biegnącymi
    wokół wałów głębokimi fosami z wodą, ma tylko nader wąski skrawek
    ziemi, przez który można się dostać do niego."
    Niewielkie w sumie miasto obfitowało samo z siebie "we wszelkiego
    rodzaju zasoby i bogactwa zgromadzone w czasie długiego pokoju",
    teraz zaś zawarło w sobie jeszcze mnóstwo bogatych uciekinierów i
    wszelki dobytek, który okoliczna ludność chciała uchronić przed
    nadciągającą nawałą: "Jest [...] rzeczą niewiarygodną i trudno
    wprost wyrazić, w jakie bogactwa opływało miasto i ile miało
    żywności".
    Oczywiście trudno też sobie wyobrazić, aby król podchodząc pod
    Dąbrowno, domyślał się, że decydująca rozprawa nastąpi dokładnie za
    dwa dni pod Grunwaldem. Ale z drugiej strony musiał dość dobrze
    wiedzieć, jak może wyglądać przyszła marszruta jego armii, skoro
    instruowali go "Trojan z Krasnego Stawu i Jan Grinwald wójt z
    Parczowa", którzy "pochodząc z Prus znali tam dobrze wszystkie
    miejscowości, ścieżki i drogi". Mógł więc sądzić, że właśnie na
    północ od Dąbrowna - a zatem w okolicy wsi Grunwald - nastąpi
    decydująca bitwa.
    Mógł zatem albo zdobywać Dąbrowno, po to, aby przejść przez nie
    przesmykiem na północ ku Grunwaldowi, albo też zostawić Dąbrowno za
    sobą i udać się nieco dalej na wschód, aby obejść zarówno samo
    miasto jak i pozostałe wodne przeszkody, a potem dopiero skierować
    się ku północy.

    Szturm

    Tak czy inaczej szturm do miasta jednak przypuszczono. Długosz
    pisze, iż miało to nastąpić wskutek przypadku:
    "Kiedy pod wieczór upał zelżał, wielu żołnierzy z obozu króla rusza
    w stronę miasta Dąbrowna celem zobaczenia miasta i jego położenia.
    Ale ponieważ wojska, które przybyły, by bronić miasta z obawy przed
    zaatakowaniem ich samych i grodu, wyszły im naprzeciw, dochodzi
    natychmiast do ostrej walki. Rozgorzała ona do tego stopnia, że
    rycerze polscy pobiwszy wrogów i zmusiwszy ich do ucieczki do
    miasta, zbici w wielką masę, bez rozkazu króla rzucili się na
    miasto, by je zdobywać..."
    W tym momencie "w obozie króla wybucha wielki rwetes" i - jak
    przekazuje Długosz - "król Władysław usłyszawszy go, każe heroldowi
    ogłosić zakaz zdobywania miasta w obawie, że żołnierze jego zostaną
    przy tym rozbici i staną się bezużyteczni do przyszłej walki".
    Jednak Polacy "nic sobie nie robiąc z zakazu króla" ruszyli "ogromną
    gromadą [...]do zdobywania miasta".
    Autor napisanej zaraz po bitwie "Kroniki konfliktu" twierdzi wszakże
    przeciwnie - że Dąbrowno zostało zaatakowane właśnie z królewskiego
    rozkazu. Do przyczyny tego rozdwojenia zdań zaraz powrócę. Tymczasem:
    "...mieszkańcy miasta nie lenią się do stawiania oporu, lecz
    pociskami z dział i głazami odpędzają podchodzących pod mur. Lecz
    rycerze w wielkiej masie wskakują do jeziora, osłabiają mury grodu i
    usiłują je podkopać. Inni przystawiwszy drabiny wchodzą na nie i w
    okamgnieniu zdobywają ludne, pełne mężczyzn i kobiet miasto..."

    Los Dąbrowna

    Długosz z niejaką rezygnacją stwierdza, że w momencie pierwszej
    utarczki pod murami los miasta "był już przesądzony." Tak; i to nie
    tylko "przesądzony", ale i straszny. Wszak "jeszcze nie wywieziono
    wszystkich łupów, a już miasto podpalono", a "wielu ludzi, którzy
    schronili się w kościele, ginie w wielkim pożarze". Wzięto do
    niewoli "wiele [...] tysięcy jeńców, mężczyzn i kobiet",
    których "uprowadzono do obozu króla", aby ich "ofiarować" Jagielle.
    Ale poza tym "nie było względu na wiek ani żadnej litości" - te
    słowa świadczą, że mordowano pewno i dzieci... zatem "wielu dotknął
    srogi miecz i nikt nie uniknął rzezi lub niewoli z wyjątkiem kilku,
    którzy na czółnach i łodziach wymknęli się nad jezioro".
    Skąd takie okrucieństwo, już nie tatarskie ale polskie? Długosz
    podpowiada, że "Polacy dopuszczali się tego nie tyle prawem
    wojennym, ile z nienawiści do Krzyżaków i bólu z powodu spustoszenia
    przez wrogów ziemi dobrzyńskiej". Łatwe tłumaczenie - i przykre, bo
    w tym momencie Polacy okazują się niewiele lepsi od Krzyżaków,
    których krwawe wyczyny wielokroć już opisywano...

    Z zimną krwią?

    Powracam jednak do ewentualnej przyczyny zaatakowania Dabrowna.
    Dlaczego wedle Długosza szturm nastąpił spontanicznie, wbrew
    królowi, zaś źródło z epoki powiada inaczej? Może nasz dziejopis
    dysponował jakimiś źródłami, jakąś ustną relacją bezpośredniego
    świadka? A może "Kronika konfliktu", spisana za życia Jagiełły,
    tuszowała niesubordynacje armii wobec króla (nieposłuszeństwo wojska
    było wszak pewnym wstydem dla wodza), zaś Długosz wolał ratować
    honor króla i armii przedstawiając zbrodnie popełnione na ludności
    cywilnej jako działanie "w afekcie", któremu nawet król nie był w
    stanie się przeciwstawić?
    Cóż. Można sobie jednak wyobrazić, że król podjął decyzję o okrutnym
    potraktowaniu miasta z premedytacją, z zimną krwią. I w takim
    wypadku nie tyle chodziłoby mu o utorowanie drogi na północ -
    dogorywające zgliszcza miasta nie stanowiły wszak dobrego traktu dla
    armii, która, jak się sądzi, pomaszerowała pod Grunwald "naokoło".
    Natomiast Jagiełło mógł mieć w zamiarze sprowokowanie Ulryka do
    natychmiastowego starcia. Kto wie, może bał się, że Krzyżacy, czując
    pismo nosem, zrezygnują ze spotkania z silniejszym przeciwnikiem i
    zamkną się w zamkach? Wtedy Grunwald by nie nastąpił. Natomiast
    palenie miast i wyrzynanie ludności cywilnej stanowiły swego rodzaju
    prowokację, wyz
  • 14.07.10, 07:07
    JEST: środa 14 VII 2010 BYŁ: poniedziałek 14 VII 1410
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/noc-i-znaki
    Długosz the best
    Jan Długosz byłby świetnym powieściopisarzem... Nie - po prostu nim
    był. Był, był niedoścignionym mistrzem prozy faktu. Pardon - jest.
    Czytając jego "Roczniki" po prostu czuje się narastające napięcie,
    które zmierza ku rozwiązaniu... niby pewnemu - ale jednak napięcie
    wzrasta... I "to się czyta"! Mimo, że wiemy, iż "nasi" zwyciężą.

    Spoczynek na zgliszczach

    Zgliszcza Dąbrowna jeszcze dymiły, gdy "w poniedziałek, nazajutrz po
    świętej Małgorzacie, czternastego lipca" król zdecydował, iż jego
    wojsko nie ruszy dalej, "z tego jedynie względu, żeby zebrać resztki
    rzeczy i żywności ukryte w piwnicach i podziemnych schowkach miasta
    Dąbrowna i wydać decyzje co do jeńców wziętych do niewoli".
    Rzeź z dnia poprzedniego nie była widać aż tak straszna, skoro po
    bitwie monarcha mógł uwolnić i ochronić przed ewentualnym
    niebezpieczeństwem (ze strony maruderów własnej armii) "wszystkich
    mieszkańców miasta, lud i chłopów, również wszystkie kobiety i
    dziewczęta i wszystkie niewiasty wszelkiego stanu", zatrzymawszy
    jednak "mnichów krzyżackich oraz miejscową szlachtę i ludność" -
    czyli tych, którzy należeli do groźnych przeciwników i tych, którzy
    mogli dać za siebie godny okup.

    Dyspozycja

    Wszystko wskazuje na to, że król był świadom zbliżania się momentu
    bitwy i nie zaniedbał niczego, aby do niej przysposobić swoją armię.
    Tak więc, "kiedy dzień miał się ku zachodowi [...] każe podać do
    wiadomości trasę na dzień nastepny i nakazuje żołnierzom iść do
    namiotów i wypoczywać, by nazajutrz przed świtem byli sprawniejsi,
    co król również polecił ogłosić".

    Znaki Natury

    "A następna noc upłynęła w obozie królewskim spokojnie. Zupełnie
    inaczej wyglądała ona w wojsku krzyżackim. Silny bowiem wiatr bijąc
    we wszystkie namioty powywracał je i [Krzyżacy] spędzili noc
    częściowo bezsennie."
    To pierwsza zapowiedź zwycięstwa; sprzyjającą królowi pogodę Długosz
    skomentuje potem, cytując starożytnego poetę Klaudiana: "O jakże
    drogi jest Bogu ten człowiek, | któremu w walce nawet niebo sprzyja,
    | a sprzysiężone dmą mu w żagle wiatry".

    Znaki nadzwyczajne

    Ale do znaków natury doszły znaki nadnaturalne. Naturalne, czy...
    należące do nadzwyczajnych środków propagandowych? Wielu już mówiło
    o tym i pisało, że Jagiełło zastosował zabieg, do jakiego uciekano
    się często w różnych armiach starożytnych, średniowiecznych,
    nowożytnych, nowoczesnych i współczesnych: szerzenie pomyślnych
    wróżb i błogosławionych plotek tuż przed decydującą batalią. Sam
    Długosz coś podejrzewa i ma wątpliwości co do nadprzyrodzoności tych
    znaków; wątpliwościami tymi dzieli się z czytelnikami, dając kolejne
    świadectwo dziejopisarskiej rzetelności:
    "Nie mamy pewności, czy ten obraz był wytworem umysłu
    przepowiadającego zwycięstwo, czy wyobrażeniem jakichś nadziemskich
    zjawisk, czy tez jakimś innym pochodzącym z ukrytych przyczyn
    widzeniem."
    Co ciekawe, dziejopis powątpiewa tym samym w relację własnego
    stryja, królewskiego kapelana Bartłomieja z Kłobucka, "który
    twierdził, że własnymi oczami oglądał to widzenie". Jakiż to zatem
    był "obraz", jakie było "widzenie"?

    Widzenie

    "Pewni ludzie bowiem, którzy czuwali w nocy, widzieli przez pewien
    czas na tarczy księżycowej ostrą walkę między królem z jednej strony
    a mnichem z drugiej. W końcu jednak mnich, pokonany przez króla i
    zrzucony z tarczy księżyca, spadł szybko w dół."
    Nic dodać, nic ująć. Po takich "widzeniach" wszyscy musieli wstac
    rześcy i skorzy do działania...
    Jacek Kowalski
  • 15.07.10, 13:47
    JEST: czwartek 15 VII 2010 BYŁ: wtorek 15 VII 1410
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/grunwald:-swit-bitwy
    I. Wiatr historii
    We wtorek piętnastego lipca o świcie król polski chciał wysłuchać
    mszy świętej w obozie pod Dąbrownem, jednak "wskutek gwałtownego
    wiatru nie można było z nakazaną szybkością rozpiąć ani przyczepić
    namiotu, w którym zwykle odprawiano nabożeństwo". Dlatego też "za
    radą wielkiego księcia Aleksandra... król rusza spod Dąbrowna" i
    każe rozbijać obóz nieopodal wsi Tannenbergu [Stębarka] i Grunwaldu.
    W to samo miejsce przybył też mistrz pruski Ulryk ze swoim wojskiem
    i również nakazał rozbić obóz. Jednak "mimo że przebywał w pobliżu,
    zwiadowcy królewscy nie wiedzieli jeszcze o nim".

    II. Alarm contra modlitwa

    Podczas gdy "król spieszył, aby wysłuchać mszy, przybył rycerz Hanek
    z Chełmu, herbu Ostoja, donosząc, że widział wojsko wroga na parę
    kroków od siebie". Niemal natychmiast za Hankiem przybyło kolejnych
    pięciu rycerzy, a każdy z nich donosił to samo - "że oddziały wroga
    gotowe do walki są w pobliżu". Ale -
    "...król Władysław zupełnie nieporuszony tak nagłym nadejściem
    nieprzyjaciół i to tak blisko, uznawszy za rzecz najważniejszą
    najpierw oddanie czci Bogu, a potem zajęcie się wojną [...]
    wysłuchał bardzo pobożnie dwu mszy [...] żadne [...] prośby ani
    błagania, żadne wreszcie doniesienia o niebezpieczeństwie nie mogły
    króla oderwać od mszy i modlitwy, dopóki jej nie skończył."

    III. Zagrożenie

    Czyż to nie skandal? Zamiast zająć się działaniami taktycznymi, król
    poświęca się modlitwie, podczas gdy wojsko polskie wciąż nie zostało
    uszykowane do bitwy. Tymczasem "wrogie wojsko pruskie, choć słabsze,
    ale uzbrojone i gotowe do walki, mogło było odnieść zwycięstwo [...]
    gdyby wdarłszy się do obozu [polskiego], pierwsze wszczęło walkę."
    Na szczęście Krzyżacy "uznawszy [...], że wojsko króla zatrzymało
    się śród gajów i krzaków nie przypadkiem, ale celowo i że wciąga ich
    w zasadzkę, [...]z samego strachu powstrzymali się od zaatakowania
    wojska królewskiego".

    IV. Pobożny PR i realia

    Ha. Nie mieliśmy racji. Pobożna bezczynność króla okazała się jednak
    usprawiedliwiona. Denerwowała ona wprawdzie rycerzy, ale obowiązki
    zostały właściwie rozdzielone. Podczas gdy król się modlił, wielki
    książę Witold i marszałek Królestwa, Zyndram z Maszkowic, wydawali
    rozkazy, wskutek których wojsko polskie "z godną podziwu szybkością
    ustawiło swoje oddziały i chorągwie i stanęło naprzeciw wroga." Jak
    powiada (za Długoszem, oczywiście, bo za kimże by innym?)
    starożytna "Pieśń o pruskiej porażce": "Polski lud wziął lewą
    stroną, | Litewski prawej obroną", przy czym "Na czele lud co
    wybrańszy, | A co daléj to są tańszy".
    Nie wiemy dokładnie, jak liczne były obie armie. Znamy tylko liczbę
    chorągwi, czyli oddziałów, z których armie te się składały. Wedle
    Długosza, iż "stwierdzono naocznie, że wojsko polskie miało w tej
    walce pięćdziesiąt znaków, które nazywamy chorągwiami, pełnych
    znakomitych i doświadczonych rycerzy, oprócz chorągwi litewskich w
    liczbie czterdziestu. [...] Wojsko krzyżackie było znacznie słabsze,
    zarówno gdy chodzi o liczbę i siłę żołnierzy, jak i o chorągwie"

    V. Pasowanie

    Zdaje się, że nie było wielkiego zaskoczenia ani improwizacji.
    Czytając Długosza odnosi się wrażenie, iż modły królewskie skończyły
    się równo z uszykowaniem polskiego rycerstwa do boju, kiedy to "król
    polski Władysław ukończywszy swe modły [...] wstaje i włożywszy na
    siebie oręż, okrywa się od stóp do głów najwspanialsza zbroją, [...]
    a rycerze ponownymi i coraz głośniejszymi okrzykami nastają na
    niego, by jak najszybciej dał hasło do walki (wydawało się bowiem,
    że wszystko szło nie dość szybko)".
    Wypadałoby wreszcie, aby król choć przez chwilę spojrzał na
    przeciwnika. I tak się dzieje. Jakbym słuchał "Pieśni o Rolandzie",
    w której Oliwier wypatruje Saracenów ze wzgórza:
    "Król przeto [...] wsiadł na konia i pozostawiwszy wszystkie
    insygnia królewskie prócz niesionej przed nim małej chorągwi z
    wyszytym na niej białym orłem, udał się na znaczne wzniesienie dla
    obejrzenia wojsk wrogów. Wszedł na położony między gajami pewien
    pagórek, na którym rozciągała się rozległa płaszczyzna, z której
    można było łatwo mieć pełny widok na wrogów i oceniając bardziej
    wzrokowo niz rozumowo siły własne i wrogów, wróżył sobie to
    pomyślny, to smutny los".
    Ten krótki epizod spina jak klamrą pasowanie młodych rycerzy. Oto
    król "Nasyciwszy oczy widokiem wielkiej liczby wroga, zszedł niżej i
    pasując bardzo wielu Polaków na rycerzy, zapala ich do walki
    krótkim, ale mocnym przemówieniem, przypominając każdemu o jego
    godności. A sam tak jak był, siedząc na koniu ponowił spowiedź wobec
    podkanclerzego Królestwa Polskiego Mikołaja."
    Takiego pasowania zwyczajowo dokonywano przed bitwą. Rzecz i okazja
    były uroczyste i ważne, bo trzeba jednak wiedzieć, iż bynajmniej nie
    każdy europejski rycerz otrzymywał pasowanie - ono należało się z
    powodów szczególnych, zaś "strenuus miles" - czyli "rycerz
    pasowany" - to był KTOŚ, nie byle wojownik.
    Jacek Kowalski
  • 16.07.10, 06:30
    BYŁ: wtorek 15 VII 1410
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/grunwald:-ostatnie-chwile-spokoju
    VI. Niewczesny żal Ulryka
    Długosz nie mógł sobie odpuścić relacji z obozu wroga, który
    wzajemnie obserwował Jagiełłę. Musiał tę relację zamieścić dla
    kompozycyjnej równowagi. Pewnie ją trochę zmyślił, a co najmniej
    podkoloryzował. Oto czytamy, że -
    "Mistrz krzyżacki Ulryk von Jungingen w chwili, gdy zobaczył, że
    wojska królewskie i jego zgromadziły się w wielkiej masie i stoją w
    oddziałach i szeregach gotowe do walki, zadrżał z lęku przed godziną
    decydującej walki. Pewność siebie, która w nim wbrew zasadom
    rozsądku dochodziła do pychy, zmienił w troskę i usunąwszy się w
    ustronne miejsce, nie tylko pogrążył się w smutku, ale zaczął lać
    obficie łzy."

    VII. Mała zdrada

    Tuż przed rozpoczęciem bitwy o mało co doszłoby do poważnego
    uszczuplenia sił polskich. Mianowicie "bez zezwolenia i wiedzy króla
    wycofało się [z obozu królewskiego] trzystu najemnych rycerzy
    czeskich, nie wiadomo czy ze strachu, czy też przekupieni przez
    wrogów". Na szczęście na miejscu znajdował się podkanclerzy Mikołaj
    Trąba, który zauważył ich cichą ucieczkę i zażądał wyjaśnień. Czesi
    odpowiedzieli, że "król nie wypłaca im wysłużonego żołdu". Było to
    wierutne kłamstwo; podkanclerzy Mikołaj oskarżył więc publicznie
    Czechów o "bojaźń i opieszałość". A kiedy to uczynił, Czesi,
    zawstydzeni, "wrócili do obozu króla [...] by wkrótce zetrzeć się z
    wrogami".

    VIII. Posłowie

    Kolejne zaskoczenie. Już, już miano rozpocząć walkę, a "król pragnął
    włożyć hełm i ruszyć do boju", gdy nagle -
    "...przed królem stanęło [...] dwu heroldów [...] [którzy] oddawszy
    jako tako honory królowi, przedstawiają treść swego poselstwa po
    niemiecku (Jan Mężyk [z Dąbrowy, herbu Wadwicz, podczaszy dworu]
    służył za tłumacza) [...] - Najjaśniejszy królu! Wielki mistrz
    pruski Ulryk posyła tobie i twojemu bratu [...] dwa miecze, byś się
    starł z nim i z jego wojskiem bez ociągania się i odważniej, niż się
    tym chwalisz, żebyś się dłużej nie chował w lasach i gajach, zwodząc
    go [...]. A król Władysław wysłuchawszy pełnych pychy i zuchwalstwa
    słów [...] przyjął miecze z ich rąk i bez gniewu i jakiejkolwiek
    niechęci lecz zalany łzami odpowiada posłom bez namysłu [...] -
    Chociaż nie potrzebuję mieczów mych wrogów, bo mam w mym wojsku
    wystarczającą ich liczbę, w imię Boga jednak dla uzyskania większej
    pomocy, opieki i obrony w słusznej sprawie, przyjmuje także dwa
    miecze przyniesione przez was".
    Jacek Kowalski
  • 17.07.10, 08:40
    BYŁ: wtorek 15 VII 1410
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/grunwald:-bitwa-zaczeta
    IX. Co widział podkanclerzy
    No i na koniec król "włożył hełm na głowę i w Imię Pańskie ruszając
    do walki polecił, by wojsko zagrało hejnał i by rycerze wszczęli
    bój". Czyli: "Rozkazał dać znak potkania. | I mało było czekania, |
    Bo poszli ochotnie k'sobie | Tak wybrane czoła obie" (wedle "Pieśni
    o pruskiej porażce"). Ale wróćmy do Długosza. Nim nastąpiło starcie,
    król "trzymając rumaka w ręku", a zatem w bardzo majestatycznej
    pozycji. "daje zlecenie podkanclerzemu Królestwa Polskiego
    Mikołajowi. Każe mu iść ze wszystkimi duchownymi i pisarzami oraz
    pozostałym nie biorącym udziału w wojnie i bezużytecznym w walce
    tłumem do taborów". Jednocześnie "kiedy zaczęła rozbrzmiewać
    pobudka, całe wojsko królewskie zaśpiewało donośnym głosem ojczystą
    pieśń Bogurodzica, a potem potrząsając kopiami rzuciło się do walki.
    Pierwsze jednak poszło do starcia wojsko litewskie".
    Tu dotykamy jednego z najbardziej niesamowitych passusów Długoszowej
    kroniki. Szczegół przekazany poniżej mógł bowiem wyjść jedynie z ust
    któregoś z naocznych świadków, zapewne jednego z młodych "pisarzy",
    otaczających podkanclerzego. Nie jest ten fragment "potrzebny" do
    narracji - jest raczej po prostu "prawdziwy":
    "Już podkanclerzy Królestwa polskiego Mikołaj, który zamierzał udać
    się z kapłanami i pisarzami do obozu królewskiego, wśród potoku łez
    zniknął z oczu króla, kiedy jeden z pisarzy podszepnął mu, żeby się
    chwilkę zatrzymał i czekał na starcie się w walce tak potężnych
    wojsk, bo to rzadkie zaiste widowisko, którego nigdy później nie
    miano oglądać. Ten ulegając jego słowom zwraca oczy i twarz na
    walczące szeregi. A właśnie w tym momencie wojska i obydwie strony
    wzniosły okrzyk, jaki zwykle wznoszą żołnierze przed walką."
    Dalej Długosz pisze już bardziej "literacko", nolens volens
    inspirując bezpośrednio obraz Matejki:
    "A kiedy szeregi się tak zwarły, nie można było odróżnić tchórza od
    odważnego, dzielnego od opieszałego, bo i jedni i drudzy przywarli
    do siebie jakby w jakimś splocie".
    "Kronika konfliktu", spisana wkrótce po grunwaldzkiej wiktorii w
    otoczeniu króla (możliwe, iż jej autorem jest sam Zbigniew
    Oleśnicki), podaje, że -
    "...w tym zasię miejscu po bitwie, z włóczni, które wówczas
    skruszono [utworzył się niby most], ze względu na to, że nogi
    końskie strącały w to [miejsce] z wysoka, ze szczytu obu pagórków
    połamane drzewca, które gdy dla pochyłości [stoku] nie mogły
    utrzymać sie na wierzchołku wzgórza, gromadziły się i zbierały w
    dolinie pomiędzy tymi wzgórzami, tak iż wydawały się jakby jednolity
    most ułożony ręką [ludzką] z tych włóczni."

    X. Litewskie fugas chrustas i pułki smoleńskie

    Jak wiemy, po jakimś czasie, walczące na prawej flance "wojsko
    litewskie zaczęło słabnąć i nie mogąc wytrzymać naporu wroga,
    wycofało się na odległość jednego stajania". Wreszcie
    musiało "zwrócić się do ucieczki"; "uciekających zaś ogarnął tak
    wielki strach, że wielu z ich zatrzymało się dopiero po przybyciu na
    Litwę i rozgłaszało, że poległ król Władysław oraz wielki książę
    litewski Aleksander i że wyginęło również kompletnie ich wojsko".
    Tego passusu nie mogą Długoszowi wybaczyć Litwini, twierdząc , iż
    rzekoma "ucieczka" miała w istocie charakter podstępu, fortelu. Może
    i tak - jako że źródła krzyżackie pośrednio potwierdzałyby tę
    wersję, ale tylko częściowo. Długosz - i tylko on - chwali za
    to "pułki smoleńskie":
    "W tej walce rycerze ruscy ze Smoleńska stojąc przy trzech własnych
    sztandarach i walcząc nader zawzięcie, zasłużyli na wielką chwałę
    jako jedyni, którzy nie wzięli udziału w ucieczce. Chociaz bowiem
    pod jedną choragwią wycięto ich w najokrutniejszy sposób, a sztandar
    podeptano na ziemi, w dwu jednak pozostałych walcząc bardzo
    dzielnie, jak przystało mężom i rycerzom, wyszli zwycięsko i
    przyłączyli się do zastępów polskich".
    Tylko oni zyskać mieli tego dnia pochwałę z ust Witolda,
    który "starał się biczem i potężnym krzykiem powstrzymać ucieczkę"
    swoich wojsk, "ale na próżno".
    Możemy domyślać się tylko, że ucieczka Litwinów - udana, czy
    rzeczywista - zaogniła nagle sytuację na skrzydle polskim. I oto
    nagle "wielka chorągiew króla polskiego Władysława z białym orłem w
    herbie, którą niósł chorąży krakowski, rycerz herbu Połukoza Marcin
    z Wrocimowic, pod naporem wrogów upada na ziemię." Upadek chorągwi -
    to jakby wstęp do klęski. Na szczęście "rycerze polscy pragnąc
    zetrzeć haniebną zniewagę, w najzawziętszy sposób atakują wrogów i
    rozbijają [ich] kompletnie", i "podnoszą chorągiew, która upadła pod
    naporem wrogów".
    W tym momencie powraca na pole bitwy ta część Krzyżaków, którzy
    pogonili za Litwinami, mniemając, że już po sprawie i że Polacy
    zostali pokonani. Widząc, co się dzieje, "porzuciwszy jeńców i łupy"
    oddział ten "rzuca się w wir walki".
    Jacek Kowalski
  • 18.07.10, 07:46
    BYŁ: wtorek 15 VII 1410
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/grunwald:-stal-sie-koniec
    XI. Ostatni manewr wielkiego Mistrza
    Przychodzi decydujący moment bitwy. Szala się przechyla, siły Zakonu
    coraz szybciej topnieją. Wielki mistrz jest tego świadom i rzuca
    odwód - szesnaście chorągwi. Historycy nie są zgodni co do tego, czy
    był to rzeczywiście odwód, czy może chorągwie wycofane z walki w
    innym miejscu, teraz zaś użyte w celu okrążenia przeciwnika. Pieśń
    rzecze, iż król chciał Polaków "w sak nagonić", czyli zamknąć
    jakby "w worku". Pech chciał, że obrana przezeń linia natarcia
    przebiegała tuz obok wzgórka, na którym stał król Jagiełło z
    niewielka świtą, skąd obserwując starcie, wydawał też rozkazy.
    Zbigniew z Oleśnicy, wówczas sekretarz królewski, a późniejszy
    biskup krakowski i mecenas Długosza, został natychmiast posłany do
    idącej akurat w bój chorągwi nadwornej, aby zawróciła i osłoniła
    monarchę. Misja Zbigniewa nie spotkała się jednak z przychylnym
    przyjęciem:
    "Rycerz królewski, jeden z walczących w pierwszym szeregu Mikołaj
    Kiełbasa herbu Nałęcz, zamierzając się mieczem na wysłańca
    królewskiego, pisarza Zbigniewa, łaje go głośno nakazując mu
    odejść: - Nieszczęśniku, czy nie widzisz, że wrogowie na nas
    nacierają? [...]"

    XII. Pojedynek

    W tym momencie następuje najsławniejszy pojedynek tej bitwy.
    Oddziały prowadzone osobiście przez wielkiego mistrza znalazły sie
    tuż koło wzgórka, na którym stał Jagiełło. Nie uderzyły wprawdzie na
    króla, bo powstrzymał je ich dowódca (zapewne sam Ulryk)
    krzycząc: "Herum, herum!" i wskazując kierunek natarcia ku głównym
    polskim siłom. Cóż: dzięki zwinięciu królewskiego proporca Jagiełło
    pozostał nierozpoznany. Tylko jeden rycerz z krzyżackiej armii -
    Dypold von Köckeritz - postanowił skrzyżować kopie z nieznanym sobie
    rycerzem w srebrnej zbroi. A kiedy "król polski Władysław usiłował
    podjąć z nim walkę, wywijając własną włócznią starł się z nim,
    osłaniając króla od ciosu, pisarz królewski Zbigniew z Oleśnicy bez
    zbroi i broni, mający na pół złamaną włócznię. Ugodził go w bok i
    zwalił z konia na ziemię. Leżącego na wznak wśrd drgawek król
    Władysław trąciwszy włócznią w czoło, które miał odłonięte wskutek
    odsunięcia się przyłbicy do góry, zostawi go nietkniętego. Ale
    natychmiast zabili go rycerze trzymający straż nad królem".
    Szczegóły tego pojedynku badała potem specjalna komisja kościelna,
    aby sprawdzić, czy Zbigniew winien był śmierci przeciwnika - co
    czyniłoby mu przeszkodę w osiągnięciu święceń. Gdy bowiem
    król "pragnął mu nadać jako wyróżnienie pas rycerski i nagrodzić
    wyjątkowo", on odrzekł, że "woli walczyć dla Chrystusa", czyli wejść
    do stanu duchownego. A król na to: "skoro wybrałeś lepszą cząstkę,
    ja, by nagrodzić twój czyn, jeżeli będę żył, nie zaniecham cię
    wynieść do godności biskupiej".

    XIII. Ostatnie zmagania i pościg

    Tymczasem dopiero po chwili reszta wojska polskiego rozpoznała w
    nadchodzących szesnastu chorągwiach wrogie oddziały. Sądzono bowiem
    z początku, "że jest to wojsko litewskie", które powraca na pole
    bitwy. Rycerz Dobiesław z Oleśnicy wypuścił się naprzeciw
    nadchodzącym - i natychmiast został zmuszony do pojedynku na kopie z
    wodzem krzyżackim, może nawet samym wielkim mistrzem,
    który "zręcznymi ruchami swej lancy podbija w górę wyciągniętą
    włócznię Dobiesława". Ten ostatni zawraca więc i ucieka galopem, a
    Krzyżak zdołał jeszcze ranić w zad jego konia. Ostrzeżeni w porę
    Polacy "wieloma chorągwiami rzucają się na ustawionych w szesnastu
    chorągwiach wrogów".
    To już ostatni epizod głównej walki. Wrogowie dostają się w kocioł,
    zostają otoczeni i rozgromieni. Ci, którzy mogą jeszcze uciekać,
    czynią to co najśpieszniej; pada i rozgrabiony zostaje krzyżacki
    obóz; pogoń rozciąga się na wiele mil; część przeciwników idzie do
    niewoli, wielka część ginie, a polscy rycerze biorą jeńców wyłącznie
    spoza krzyżackiej starszyzny. Kto ma czarny krzyż na płaszczu - daje
    głowę. Nie ma litości.

    XIV. Radość, wino i krew

    "Panowała zaś powszechnie wśród wszystkich ogromna radość, że przez
    odniesienie znakomitego, godnego wspominania przez wiele wieków
    zwycięstwa nad zuchwałym i potężnym wrogiem, za łaską Bożą uwolnili
    Ojczyznę od bezlitosnego i niesłusznego zagarnięcia przez Krzyżaków
    i od ich najazdu, a siebie od grożącego im niebezpieczeństwa śmierci
    lub niewoli."
    Pogoń trwa długo. Powracający z niej byli głodni i spragnieni. "Po
    przybyciu do obozu [...] król Władysław, zsiadłszy z konia, zmęczony
    wysiłkiem i upałem położył się na spoczynek w cieniu głogu na
    posłaniu z liści jaworu, w towarzystwie jedynie pisarza Zbigniewa
    Oleśnickiego. Z głośnych nawoływań, którymi w czasie bitwy nakłaniał
    i popędzał rycerzy, jego głos był tak ochrypły, że w tym i następnym
    dniu z trudem można go było zrozumieć i to tylko z bliska".
    Dopiero po bitwie król i jego rycerze mogli spożyć posiłek, "tego
    dnia bowiem" jeszcze "nie mieli niczego w ustach". W obozie
    krzyżackim znaleziono "wiele kadzi wina, do których zbiegło się po
    pokonaniu wrogów umęczone trudami walki i letnim upałem wojsko
    królewskie celem ugaszenia pragnienia. Jedni rycerze gasili je
    czerpiąc wino hełmami, inni rękawicami, wreszcie inni butami".
    Obawiając się, aby armia nie uległa pijaństwu, król "kazał zniszczyć
    i porozbijać kadzie z winem". A wino "spływało na trupy zabitych"
    I "opowiadają, że to dało okazję do zmyśleń wśród ludu i plotek,
    które głosiły, że w tej bitwie wylano tyle krwi, że spływała ona jak
    rwący strumień".

    XV. Los wielkiego mistrza

    Teraz król nakazał ogłosić, że nazajutrz odprawiona zostanie
    dziękczynna Msza Święta, i że wojsko ma mu wtedy przedstawić
    wzięte "chorągwie i jeńców". I nagle przystąpił doń rycerz Mszczuj
    ze Skrzynna, i "doniósł królowi, że wielki mistrz pruski poległ i na
    dowód jego śmierci pokazał królowi pełen świętych relikwii złoty
    pektorał, który sługa wspomnianego Mszczuja, imieniem Jurga, zdarł z
    zabitego". Mistrz wykazał się wielkim męstwem; w przeciwieństwie do
    niektórych innych dostojników krzyżackich, "padł w czasie walki od
    ciosów otrzymanych w piersi", skoro "uznał, że nie warto dłużej żyć
    po klęsce swego wojska".
    Głęboko wzruszony Jagiełło miał na to rzec: "moi rycerze [...] oto
    jak szpetną rzeczą jest pycha wobec Boga. Ten bowiem, który był
    przekonany, że nie znajdzie nikogo, kto by dorównał jego potędze,
    leży tu pozbawiony wszelkiej pomocy ze strony swoich, w najbardziej
    żałosny sposób zamordowany, służąc za dowód, że pycha jest gorsza od
    skromności".

    XVI. Finał

    Potem wszyscy udali się na spoczynek, i spadł deszcz, i "zginęło od
    ostrego zimna wielu pozostawionych na polu walki rannych". Morał
    dośpiewuje "Pieśń o pruskiej porażce":
    "Po tej bitwie stał się koniec,
    Wtym do Polski posłan goniec,
    Iż Król wygrał a mistrz stracieł
    I gardłem tego przypłacieł.
    Tak ci Pan Bóg hardość traci,
    A pokorę hojnie płaci.
    Sprawiedliwość w bitwie może,
    Daj tak zawżdy wygrać, Boże."
    Jacek Kowalski
  • 19.07.10, 07:35
    BYŁA: środa 16 VII 1410
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/grunwald:-dzien-po
    Msza Święta. Prezentacja chorągwi. Uczta, którą Jagiełło uraczył
    znaczniejszych książąt i rycerzy wziętych do niewoli. Szlachetny
    gest, w którym król odesłał ciało wielkiego mistrza do Malborka.
    Król był łaskawy - bo był szczęśliwy. Zatrzymajmy to w pamięci: że z
    obfitości swego zwycięstwa dał troszkę osłody zwyciężonym.

    Dalsze dzieje konfliktu

    Pod wrażeniem grunwaldzkiego pogromu niemal wszystkie miasta i zamki
    Prus po kolei poddawały się królowi, który jednak zbyt wolno udał
    się pod Malbork, aby móc tę ogromną twierdzę zająć z zaskoczenia.
    Długotrwałe oblężenie nie przyniosło skutku, zaś ogromna armia
    polsko-litewska okazała się zbyt szczupła aby zatrzymać zdobycz w
    rękach zwycięzców. Tak więc ostatecznie całe Prusy powoli powróciły
    pod krzyżackie panowanie. Podpisany rok potem pokój toruński
    przywracał Polsce Ziemię Dobrzyńską, a Litwie Żmudź. Tym niemniej
    potęga Zakonu została trwale złamana. To samo można powiedzieć o
    jego międzynarodowej pozycji. Skończyły się czasy masowego
    uczestnictwa pobożnych, europejskich rycerzy w wojnach toczonych
    przez Krzyżaków. Za to Królestwo Polskie niemal natychmiast uznane
    zostało za nowe mocarstwo, które zajęło miejsce potęgi krzyżackiej.
    Jagielle ofiarowywano korony sąsiednich królestw; jego potomkowie
    zasiedli na tronach Węgier i Czech, a w pół wieku odebrali Zakonowi
    Ziemię Chełmińską, Pomorze z Gdańskiem i Warmię. Jednak państwo
    zakonne nie zostało zlikwidowane. Po kolejnej wojnie królowie polscy
    pozwolili mu istnieć jako swemu lennu. Za ten polityczny błąd Polska
    zapłaciła drogo - po niespełna czterech stuleciach protestanckie już
    wtedy Prusy wzięły udział wraz z Rosją i Austrią w rozbiorach
    Rzeczypospolitej...

    Bliskie dziedzictwo Grunwaldu

    Jak widać, historyczne znaczenie bitwy grunwaldzkiej jest nie do
    przecenienia. Powtórzmy: określiła ona na całe wieki miejsce
    Królestwa Polskiego w polityce europejskiej i dała je poznać światu
    jako mocarstwo, choć mocarstwo "siermiężne". Z tego faktu zdano
    sobie sprawę od razu. Przekonuje o tym dowodnie entuzjazm, jaki
    mieszkańcy Królestwa okazali na wieść o zwycięstwie, a także decyzja
    Jagiełły, aby dzień 15 lipca uczynić po wsze czasy świętem
    państwowym, które rzeczywiście obchodzono przez następne stulecia.
    Jednak już w wieku XVI konflikt z osłabionym państwem krzyżackim, na
    koniec zhołdowanym, ostygł i przestał wzbudzać polskie emocje.
    Ówczesna Rzeczpospolita miała innych przeciwników i inne problemy -
    wojny z Turcją, Kozakami, Szwecją i Rosją.

    Dalsze dziedzictwo Grunwaldu

    Wspomnienie bitwy zyskało na znaczeniu dopiero w dobie rozbiorów
    oraz germanizacji, jakiej usiłowano poddać ziemie polskie zagarnięte
    przez Prusy. Oliwy do ognia dolewały obudzone w XIX wieku
    nacjonalizmy - zwłaszcza polski, rosyjski, niemiecki, a także idea
    panslawizmu, który chciał widzieć w Grunwaldzie symbol wiecznej
    walki Słowian z Germanami. Na fali patriotycznych porywów Grunwald
    stał się wtedy symbolem zwycięskiej walki o narodowe przetrwanie.
    Słowa i przedmioty związane z bitwą, jak i powstałe wokół niej
    dzieła sztuki zyskały sobie trwałą popularność. Mówimy tu o
    niezwykłym, ogromnym obrazie Jana Matejki "Bitwa pod Grunwaldem",
    który zapanował nad wyobraźnią Polaków i Litwinów, mówimy o powieści
    Henryka Sienkiewicza "Krzyżacy", a także o jego ekranizacji
    autorstwa Aleksandra Forda. Data "1410" jest od lat
    przysłowiowym "dwa plus dwa" dla polskich nauczycieli historii, dwa
    miecze zaś stały się symbolem, który każdy Polak rozumie bez słów,
    nawet jeśli poza tym nie ma o narodowych dziejach bladego pojęcia. Z
    kolei "Krzyżak" stał się wiecznym symbolem "złego Niemca",
    a "Bogurodzica", choć jej tekst jest zupełnie niezrozumiały dla
    przeciętnego Polaka, na stałe skojarzyła się z Grunwaldem. W roku
    1910, podczas obchodów pięćsetlecia bitwy, zaśpiewano w Krakowie po
    raz pierwszy "Rotę" Marii Konopnickiej z melodią Feliksa
    Nowowiejskiego. Utwór ten o mały włos stałby się polskim hymnem
    narodowym, a do dziś dnia należy do kilku najważniejszych dla "duszy
    polskiej" pieśni. Śpiewamy w nim:

    "Do krwi ostatniej kropli z żył
    Bronić będziemy ducha,
    Az się rozpadnie w proch i pył
    Krzyżacka zawierucha"

    Podobnie i dla strony przeciwnej Grunwald - a raczej Tannenberg -
    znaczył wiele. Miejsce, w którym pogrzebano poległych rycerzy
    oznaczone zostało ufundowaną przez następnego wielkiego mistrza
    kaplicą, do której mieszkańcy Prus odbywali potem pielgrzymki.
    Pięćset lat potem zwycięstwo nad armią rosyjską, która podczas
    pierwszej wojny światowej wtargnęła do Prus, choć nie miało miejsca
    na polach historycznej bitwy, ochrzczono starciem pod Tannenbergiem.

    Dziedzictwo obecne

    A dziś? Dziś symbol Grunwaldu jest nie mniej ważny i drogi dla
    Polaków, Litwinów i Białorusinów, którzy nadal pragną zachować swoją
    odrębność, tradycję, narodowe zwyczaje. Lecz przy tej okazji
    Grunwald zyskuje, a raczej odzyskuje jeszcze jedno symboliczne
    znaczenie, które w ostatnim stuleciu zatarło się nieco, a w latach
    po bitwie pod Grunwaldem było bardzo istotne. Mianowicie wielka
    wojna z Zakonem okazała się starciem rycerzy równych sobie w
    kunszcie i obyczaju. Nawet, jeśli wojska Zakonu nie miały zamiaru z
    tym faktem się zgodzić, taki obraz "medialny" już wkrótce
    został "kupiony" przez Europę, i to mimo aktywnego przeciwdziałania
    krzyżackich służb dyplomatycznych. Przez wiele następnych stuleci
    nikt się już nad tym zbędnie nie zastanawiał. To było oczywiste. Tak
    samo jak jest dziś, gdy na polach grunwaldzkich widzimy
    współzawodniczące ze sobą bractwa rycerskie z Polski, Litwy,
    Białorusi, Rosji, Francji, Włoch i innych krajów Europy - na równych
    prawach.
    Jacek Kowalski
  • 27.06.10, 13:13
    Marszałek Sejmu, kandydat PO na prezydenta Bronisław Komorowski
    powiedział w sobotę w Czerwińsku nad Wisłą, że idzie po zwycięstwo w
    interesie polskiego rolnictwa i polskiej wsi. Zapowiedział, że jeśli
    wygra wybory, to powoła forum środowisk wiejskich.
    Komorowski wziął udział w obchodach 600. rocznicy Bitwy pod
    Grunwaldem w Czerwińsku nad Wisłą w woj. mazowieckim. W
    uroczystościach wzięli także udział byli ministrowie rolnictwa m.in.
    Jarosław Kalinowski.
    - Tu w Czerwińsku zaczęło się zwycięstwo pod Grunwaldem. Stąd
    wyruszyli woje, żołnierze i rycerze polscy i litewscy (...) Ja też
    liczę na zwycięstwo. Jesteśmy tu po to, aby powiedzieć, że idziemy
    razem do zwycięstwa w imię interesu polskiego rolnictwa i polskiej
    wsi - powiedział Komorowski.
    Podkreślił, że najważniejszą rzeczą jest, by w dniu II tury wyborów
    prezydenckich, 4 lipca zwycięstwo odniosła cała Polska zintegrowana
    w Europie, ale przede wszystkim polska wieś.
    - Mam nadzieję, że tak jak Jagiełło stąd poszedł po zwycięstwo w
    interesie całej Polski, tak nam też uda się wygrać sprawy polskiej
    wsi - mówił Komorowski.
    Marszałek Sejmu wziął także udział w pikniku historycznym "Przez
    Czerwińsk na Grunwald" upamiętniającym przeprawę przez Wisłę
    rycerstwa polskiego i szwedzkiego latem 1410 roku. W Czerwińsku nad
    Wisłą powstał most łyżwowy, po którym w 1410 roku przeszły
    maszerujące z południa wojska Władysława Jagiełły, które po
    połączeniu z wojskami litewskimi ruszyły razem na pola Grunwaldu.
    Komorowski stanął na czele przemarszu polskiego rycerstwa
    składającego się z lokalnych bractw rycerskich.
    wybory.onet.pl/prezydenckie-2010/aktualnosci/stad-wyruszyli-woje-tez-licze-na-zwyciestwo,1,3312072,aktualnosc.html
  • 28.06.10, 00:05
    zrobi tak jak Jagiełło 600 lat temu i połączy swoje siły z Białoruskimi, które
    obok wojsk Nowogrodu ( o których udziale zawsze się zapomina)najbardziej pomogły
    wojskom koronnym, bardziej niż rodowici Litwini, którzy byli w zdecydowanej
    mniejszości.
    W dodatku dzisiejszy blamaż Komorowskiego podczas debaty, słowa o Łukaszence i
    pomyśle Kaczyńskiego o załatwieniu problemu Łukaszenki w Moskwie (nie popierając
    Kaczyńskiego w tym momencie muszę pogratulować mu pomysłu i szczerości, w końcu
    każdy wie, że największym obecnie wrogiem politycznym reżimu Łukaszenki jest
    reżim Putina, który chce, niepotrzebnego nikomu, Łukaszenkę, obalić).
    Poza tym patrząc na teorie Komorowskiego i jego obozu, woli on układać się z
    Rosją czyli kontynuatorem ówczesnego Księstwa Moskiewskiego, wroga naszego,
    ówczesnego sojusznika czyli Republiki Nowogrodzkiej. Innymi słowy Komorowski
    mówi, że idzie po zwycięstwo ale jego prawdziwym celem jest dążenie do
    przegranej i opieranie się na działaniach sprzecznych z tymi, które dały
    zwycięstwo 600 lat temu.
  • 28.06.10, 06:39
    Strasznie się zakałapućkałeś. Wcześniej czyniłeś zarzut PO,
    że "dogaduje się" jakoby z Rosją, a Tusk czy Komorowski to "agenci
    Putina i KGB". Tymczasem z debaty wynika, że z Rosją dogadywać się
    chciałby "rusofil" Kaczyński. Dogadywać się z Rosją w sprawie
    Białorusi, ponad głowami Białorusinów. To tak samo, jakby Niemcy
    dogadywały się z Rosją w sprawie Polski (pakt Ribbentrop - Mołotow
    się kłania). No i wyszło szydło z worka: Kaczyński to agent Putina!
    wybory.onet.pl/prezydenckie-2010/aktualnosci/z-moskwa-rozmawiac-o-bialorusi-to-niebywale,1,3312420,aktualnosc.html
    - To jest niebywały pomysł, żeby z Moskwą rozmawiać o Białorusi. To
    jest sprzeczne z polską racją stanu. Ja się na to nie zgadzam. To
    tak jakby Białoruś ponad naszymi głowami rozmawiała o Polsce z
    Rosją - powiedział podczas debaty Bronisław Komorowski w reakcji na
    słowa swojego kontrkandydata o potrzebie rozmowy z Rosją na temat
    sytuacji na Białorusi.
    Dodał także, że musimy także wpływać na politykę Europy, żeby
    przemówiła wobec Białorusi mocniejszym głosem. - Trzeba także
    tworzyć inne organizacje pozarządowe. To jest tkanka demokracji i my
    musimy to budować. Temu ma służyć umowa o małym ruchu granicznym,
    którą nie tak dawno podpisałem. Tędy wiedzie droga do zmiany
    moralności. Krok za krokiem, ale doprowadzimy do zmian - powiedział
    Komorowski.
    Wcześniej, odpowiadając na pytanie dotyczące stosunku wobec reżimu
    Aleksandra Łukaszenki na Białorusi, Jarosław Kaczyński powiedział,
    że potrzebna jest polityka, która będzie połączeniem dwóch metod. -
    Rozmowa ma sens, jeżeli się dysponuje argumentami typu naciskowego,
    jak i pewnego rodzaju zachętami. My taką politykę prowadziliśmy.
    Musimy chronić Polaków na Białorusi. Oni szczególnie wymagają
    ochrony. Bardzo żałuję, że ustępuje pani Andżelika Borys. To nie
    jest dobre dla Polski - mówił.
    - Trzeba także w tej sprawie rozmawiać z Moskwą. Jeżeli prezydentem
    nadal będzie Miedwiediew, to ja będę tę sprawę poruszał - mówił.
    --
    Przyjrzyjcie się mi, bo patrzycie na Łukaszenkę.
    (Jarosław Kaczyński, prezes IV RP)
  • 28.06.10, 08:34
    sam się wczoraj do tego przyznał - tutaj wielki plus za to. Oczywiście nie było
    szans aby cokolwiek z tego wyszło póki nie nadszedł kryzys który zmienił
    totalnie sytuację. Łukaszenka jak widać obecnie też chciał dogadywać się po
    cichu z Warszawą, ale to nie wyszło. Z polskiej racji stanu wynika jeden wniosek
    - po trupach do celu, skoro Łukaszenka nie chce się dogadywać (raczej sądzę, że
    to Tusk nie chce)trzeba dogadać się z jego wrogiem czyli Rosją.
    Mnie akurat sojusz Kaczyński-Putin by nie przeszkadzał, ponieważ nie dziwiło by
    to mnie, jeden i drugi człowieczek chce tylko władzy. Dziwi natomiast to, że
    "wielki liberał i wolnościowiec" liże tyłek Putinowi i temu zaprzecza. Ja jako
    osoba apolityczna, nie lubiąca zarówno Kaczyńskiego jak i Tuska oraz jego
    avatara Gbura-Komorowskiego mogę sobie pozwolić na taką ocenę. Ktoś, kto nawet
    nie kryje się za sympatią do tej tuskaszenkowskiej kreatury powinien wstrzymać
    się z komentarzami i oceną.
    Powtórzę to po raz ostatni Kaczyński=Tusk/Komorowski wybór między nimi to wybór
    między cholerą a dżumą, jak to kiedyś mówił Korwin-Mikke.
  • 28.06.10, 14:07
    1. O Twojej rzekomej "apolityczności" (zwykła hipokryzja, proszę
    pana) najlepiej świadczą napastliwe i obraźliwe wypowiedzi na temat
    Tuska i Komorowskiego. Skrajnie tendencyjne i jednostronne.
    2. Ja akurat nie jestem jakimś wielkim wielbicielem PO, a już tym
    bardziej Komorowskiego. Większą przyjemność sprawiałoby mi
    głosowanie na Tuska. No ale jest takich dwóch kandydatów, jakich
    mamy. I w tej sytuacji zagłosowałbym na każdego, kto nie jest
    Kaczyńskim. Nawet na Marka Jurka czy Leppera, a nawet Ziętka, o
    którym wcześniej w ogóle nie słyszałem. Za dobrze znam już metody
    rządzenia "rusofila" Jarosława Kaczyńskiego (podsłuchy, inwigilacja,
    szczucie). Każdy, byle nie Kaczyński! Dla dobra Polski!
    3. Piszesz, że Komorowski przegra wybory, wbrew sondażom i wynikom I
    tury wyborów. Mam nadzieję, że Twoje prognozy okażą się
    równie "trafione", jak w przypadku niedawnych wyborów na Ukrainie,
    gdzie prorokowałeś zwycięstwo Julii Tymoszenko...
    4. O Twojej "apolityczności" dobrze też świadczy ocena debaty
    prezydenckiej w TVP. Oceniłeś ją jako "blamaż" Komorowskiego.
    Tymczasem, według sondaży i ocen ekspertów oraz publicystów, nawet
    prawicowych sympatyków Kaczyńskiego, debatę wygrał Bronek, a w
    najbardziej miażdżący sposób pokonał rywala w temacie Białorusi.
    www.pardon.pl/artykul/11862/kto_lepiej_wypadl_w_debacie_jest_juz_sondaz
    Wczorajsza debata zaskoczyła komentatorów. Przynajmniej tych, którzy
    nie oglądali akurat meczu Meksyk - Argentyna. Zawodnik wagi
    ciężkiej, jakim jest Jarosław Kaczyński, dał się pokonać
    politycznemu liliputowi Bronisławowi Komorowskiemu.
    Tak twierdzą - to akurat nie dziwota - komentatorzy, którzy
    przychylni są raczej Platformie, tak też, co ciekawe, mówią, ci,
    których serce jest wyraźnie po stronie Jarosława Kaczyńskiego. Remis
    ogłosiła prof. Jadwiga Staniszkis. Łukasz Warzecha z "Faktu" napisał
    na Twitterze, że to nie był najlepszy występ Kaczyńskiego. I dodał:
    Powiem tak: relatywnie biorąc - JK jest zawodnikiem znacznie
    cięższej wagi niż BK - to była wygrana BK.
    Podobnego zdania był inny prawicowy publicysta - Michał Szułdrzyński
    z "Rz":
    BK był lepszy niż się spodziewałem. JK poniżej oczekiwań. Dlatego 52
    do 48 dla sztabu PO.
    52 - 48? Wyniki sondażu "Rzeczpospolitej", w którym zapytano Polaków
    o to, kto wygrał debatę, mówią coś innego. Mówią, że przewaga
    Bronisława Komorowskiego była miażdżąca: 52% mówi, że to on był
    wczoraj zwycięzcą, 28%, że wygrał Jarosław Kaczyński. Według 15%
    mieliśmy remis.
    Przyznaję, że WikiBronek zaskoczył i mnie. Był ostrzejszy, atakował,
    zadawał przeciwnikowi pytania. Mówił bardziej zrozumiale. Kiedy
    Kaczyński brnął w jakieś skomplikowane teorie, on pytał: a skąd
    Polska ma wziąć na to forsę?, sprawnie wyliczał sukcesy rządu Tuska
    i punktował porażki Kaczyńskiego.
    To był niezły wieczór WikiBronka. Jeśli sztab PiS nie chce we środę
    zobaczyć powtórki z rozrywki, powinien wziąć się do roboty, zamiast
    liczyć na wpadki. Bo znów może się przeliczyć.
    --
    Przyjrzyjcie się mi, bo patrzycie na Łukaszenkę.
    (Jarosław Kaczyński, prezes IV RP)
  • 28.06.10, 16:26
    "sprawiedliwość musi być po naszej stronie". Jeśli mam dwóch bydlaków, których
    nie popieram i nienawidzę, a mimo to 3/4 osób, publicystów, przedstawicieli
    "elyty" popiera go mimo, że to cham, bydlak i bezgózgowiec oraz kukła swojego
    pana Tuska, największego kłamcy i sk....a w dziejach III RP (gdzie ta druga
    Irlandia do cholery, aaa są długi jak w Irlandii i bezrobocie też, dziękujemy),
    to wiadomo, że w celu "wyrównania" muszę opluwać jednego bardziej. Kaczki nie
    popierałem nigdy ale zawsze będę się sprzeciwiał opluwaniu jednego bydlaka przez
    jego lustrzane odbicie. To tak jakby mieć dwóch morderców, jednego by skazano na
    śmierć, a drugiego uniewinniono, wtedy każdy trzeźwo myślący i honorowy człowiek
    powinien domagać się śmierci tego drugiego TO JEST SPRAWIEDLIWOŚĆ.
    Innymi słowy - obojętnie kogo "ciemna masa" bezmózgowa nie wybierze, na pewno
    nie będzie moim prezydentem. Jak zginie po 2 dni po wyborach w kolejnym wypadku
    lotnicznych, to mnie to lata, zwisa i powiewa.
  • 29.06.10, 07:07
    1. Nawet prof. Staniszkis, zaślepiona wielbicielka prezesa PiS,
    stwierdziła, że debata zakończyła się "remisem". Co znaczy, że była
    prawdziwą klęską Jarosława Kaczyńskiego. I tylko Ty dostrzegłeś
    tu "blamaż" Komorowskiego. Osiągnąłeś więc poziom oszołomstwa
    niedostępny nawet dla największych oszołomów w Polsce.
    2. Z wypowiedzi Kaczyńskiego o dogadywaniu się z Moskwą ponad
    głowami Białorusi nabijają sie już wszyscy. Poseł PSL trafnie to
    określił jako gol samobójczy i niezamierzoną gafę pana prezesa.
    3. No i to "wyszukane" słownictwo: "dwóch bydlaków", "cham, bydlak i
    bezmózgowiec", "największego kłamcy i sk...a w dziejach III
    RP", "dwóch morderców", "ciemna masa bezmózgowa"... A wszystko to
    pod maską "apolityczności" i "racjonalizmu"... Widzę, że pod
    względem obłudy i zakłamania prześcignąłeś już nawet Wielkiego
    Mistrza Jarosława.
    PS. A z tą Irlandią to już w ogóle nie wiem, o jakie "kłamstwo"
    chodzi. Stało się to, o co apelował Tusk. Młodzi Polacy zaczęli
    wracać z Irlandii i Wlk. Brytanii do Polski.
    wybory.onet.pl/preegoydenckie-2010/aktualnosci/to-byla-niezamierzona-gafa-prezesa-pis,1,3312763,aktualnosc.html
    "To jedyna sensacja, a raczej niezamierzona gafa prezesa PiS,
    potknięcie wynikające z gorączkowego poszukiwania odmiennej
    tożsamości, która nie będzie miała większego wpływu na wynik
    wyborów" – pisze na swoim blogu w Onet.pl Aleksander Sopliński.
    Poseł PSL komentuje w ten sposób wczorajszą debatę pomiędzy prezesem
    PiS a Bronisławe Komorowskim.
    Pisząc o "niezamierzonej gafie" Jarosława Kaczyńskiego, Sopliński
    precyzuje, że chodził o to, iż "(...) Jarosław Kaczyński chce
    rozmawiać o Białorusi z prezydentem Rosji". "Zatem w słabym meczu
    padł tylko jeden gol i do tego samobójczy" – pisze poseł PSL.
    --
    "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
    faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
    Prezydent RP, listopad 2007 r.
  • 29.06.10, 08:53
    w życiu. Gafą jest natomiast reakcja Komorowskiego, który chce w takim kraju jak
    Białoruś tworzyć demokrację, społeczeństwo obywateleskie, MIMO SPRZECIWU
    WIĘKSZOŚCI SPOŁECZEŃSTWA!!. Podobnie Kaczyński Lech chciał ciągnąc Ukrainę za
    uszy PRZECIWKO WOLI SPOŁECZEŃSTWA.
    Po prostu z Białorusią trzeba dogadywać się tak aby to NAM było dobrze, a nie
    Białorusi czy Rosji, skoro Łukaszenka balansuje między różnymi tak aby MU było
    dobrze,w takim razie Polska winna balansować ABY NAM było dobrze, a nie jakiejś,
    pożal się Boże "opozycji" czy "mniejszości polskiej". To jest właśnie polityka,
    widać, że Kaczyński nie tylko wygrał z Rosją podczas embarga ale i był w stanie
    dogadać się z Łukaszenką, gdyby rządził dalej po 2007 roku, zapewne Łukaszenka
    dawno by odwiedził Polskę.
    Dziękuje, że zgadzasz się co do Irlandii - TO DZIĘKI TYM POWROTOM, A NIE
    POLITYCE RZĄDU POLSKA ZACHOWAŁA WZROST GOSPODARCZY, ale o tym oczywiście nikt
    nie napisze bo to by oznaczało koniec tego rządu i koniec lizania tyłka Tuska
    biznesowi. To normalne, że skoro do kraju w którym spada produkcja, eksport i
    konsumpcja wewnętrzna (czyli następuje spadek PKB) i w pewnym momencie
    przyjeżdza kilkadziesiąt czy setki tysięcy osób z zagranicy, którzy zaczynają
    wydawać pieniądze (w sporych ilościach)w kraju, na mieszkania chociażby to
    podtrzymuje to konsumpcje wewnętrzną a więc podtrzymuje to wzrost gospodarczy. O
    tym Tuskaszenka NIGDY nie wspomniał i dlatego uważam go za największego kłamcę i
    gówno III RP.
  • 29.06.10, 12:36
    Hasło "drugiej Irlandii", jakim posługiwał się Tusk w kampanii
    wyborczej, jest wykpiwane przez różnych domorosłych "specjalistów"
    od polityki i gospodarki. Tymczasem był to pewien slogan wyborczy,
    jak również pewna wizja rozwoju Polski. Oparcie się na wzorcu
    Irlandii jako modelu dynamicznego rozwoju. Nie widzę w tym nic
    złego. Powinniśmy wzorować się na najlepszych. Kiedyś Wałęsa rzucił
    hasło "drugiej Japonii", teraz Kaczyński mówi o "drugiej Norwegii".
    To są hasła bez żadnej konkretnej treści. Robienie z tego zarzutu
    czy nawet formułowanie jakichś oskarżeń o "kłamstwo" to kolejny
    absurd. Rozumiem, że Kaczyński, w Twoim mniemaniu, też kłamie, że
    zrobi z Polski drugą Norwegię... Ocena działań rządu Tuska przez
    prawdziwych ekspertów, a nie jakichś zakompleksionych frustratów
    internetowych, wygląda całkiem nieźle. Choć można było zrobić
    więcej, gdyby nie przeszkadzał nieświetnej pamięci prezydent
    Kaczyński. To też odróżnia Polskę od Irlandii, brak porozumienia
    społecznego, wieczne konflikty na szczytach władzy. Wybór
    Komorowskiego zapewniałby większą swobodę działania rządowi. Dopiero
    wtedy można byłoby go realnie rozliczać. Dając mu możliwość
    prawdziwego rządzenia krajem. A że nie staliśmy się drugą Irlandią?
    No cóż, na całe szczęście, bo Irlandia jest jednym z krajów
    najmocniej dotkniętych kryzysem gospodarczym, spadkiem PKB,
    bezrobociem. Dziś to Polska może być wzorem dla Irlandii,
    jako "zielona wyspa" w oceanie kryzysu.
    finanse.wp.pl/kat,104546,title,Polmetek-rzadu-Donalda-Tuska-Polska-druga-Irlandia,wid,11685501,raport_specjalny.html?ticaid=1a6ec
    - Musimy pamiętać o nowej szansie. To jest wielka szansa dla Polski,
    że Polska stanie się drugą Norwegią - mówił Jarosław Kaczyński o
    polskiej energetyce podczas debaty kandydatów na prezydenta.
    Kandydat PiS odniósł się tym samym do złóż gazu łupkowego w kraju.
    wybory.onet.pl/prezydenckie-2010/kaczynski-na-debacie-w-
    polsce-jest-za-malo-dzieci,1,3244504,aktualnosc.html
    --
    Śmierć jednego Lacha to metr wolnej Ukrainy. Albo będzie Ukraina,
    albo lechicka krew po kolana. Polaków w pień wyciąć.
    (Roman Szuchewycz, juszczenkowski "bohater Ukrainy")
  • 29.06.10, 14:02
    to jego działania stworzyły podstawy pod obecne, a raczej byłe sukcesy. Tak
    naprawdę obecne działania rządu i sukcesy są wypadową tych działań, które wpierw
    zaczął rząd Millera, potem Belki, potem Marcinkiewicza, potem Kaczyńskiego. To,
    że "niektórzy oceniają" pozytywnie to chyba normalne, za Belki czy Kaczyńskiego
    też dobrze, a nawet lepiej oceniali (kiedy Polska stała się obok Chin
    najatrakcyjniejszym miejsce do inwestowania, teraz spadła o 8 pozycji w Europie
    tylko, na świecie pewnie więcej)tylko, że wtedy "trzeba było krytykować i
    opluwać". Tym się właśnie różni rzeczywistość moja i większości bezmózgowia w
    Polsce, ja oceniam po faktach, a inni po tym "jak w telewizji mądre głowy
    powiedzą". Doceniam wielkie zasługi rządu Millera, ale przede wszystkim Belki, a
    najbardziej obniżki podatków i politykę ekonomiczną Marcinkiewicza (te 67 mld.
    wywalczył on)oraz Kaczyńskiego, jestem skłonny też dobrze ocenić działania
    obecnego rządu. Niestety większość osób zapomina, że sytuacja ekonomiczna zależy
    od tego jakie podstawy do rozwoju stworzyła się kilka lat temu, a nie to jak się
    bezpośrednio je tworzy. Zobaczymy, w 2015 roku kto lepiej rządził i wtedy
    obiektywnie ocenimy. Ja mogę żyć i w IV RP i w "folwarku Tuskaszenki", tak więc
    zmiana władzy i przejęcie pełni władzy przez Kaczyńskiego i jego popleczników mi
    nie przeszkadza, podobnie jakby władzę przejęło SLD.
  • 30.06.10, 06:06
    1. Podziękuj więc Komorowskiemu. To on zaproponował kandydaturę
    prof. Belki na stanowisko prezesa NBP. Za rządów PiS i prezydenta
    Kaczyńskiego taka nominacja nie byłaby możliwa. To jest właśnie ta
    subtelna różnica. Przy nominacjach PiS decydowały nie kompetencje,
    ale kryteria partyjne. Mogła być jakaś miernota, ale koniecznie
    wierny syn partii. Do tragicznego końca w katastrofie smoleńskiej.
    2. W poprzednim poście powoływałem się na wypowiedzi ekspertów
    gospodarczych z Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, PKO BP czy PKPP
    Lewiatan (polecam jeszcze raz ten link), a nie propagandzistów
    partyjnych z TVPiS w rodzaju redaktora Pospieszalskiego.
    Udającego "eksperta" w każdej dziedzinie.
    3. Cieszę się, że oceniasz pozytywnie działania rządu Tuska. Tylko
    nie bardzo potrafię to pogodzić z opluwaniem premiera oraz ministra
    finansów, z używaniem wulgarnych słów. Wyrażaniem nieprawdziwych i
    krzywdzących ocen, posługiwaniem się prymitywną "argumentacją"
    zaczerpniętą z tabloidów o rzekomych "kłamstwach" Tuska w
    rodzaju "drugiej Irlandii".
    wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7941888,Komorowski__Marek_Belka_kandydatem_na_prezesa_NBP.html
    Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski przedstawi Sejmowi kandydaturę
    prof. Marka Belki na szefa Narodowego Banku Polskiego. Wiadomo już,
    że były premier i były szef resortu finansów zgodził się pełnić tę
    funkcję.
    - Wydaje mi się, że widać gołym okiem, że nie jest to kandydatura
    partyjna, nie jest to kandydatura politycznie bardzo naznaczona
    obecną aktywnością, człowiek spoza układu partyjnego - podkreślił
    Komorowski.
    Dodał, że jest przekonany i wydaje mu się rzeczą niemożliwą, aby
    kluby parlamentarne głosowały przeciwko kandydaturze Belki. Dodał,
    że szczególnie dotyczy to klubu Lewicy.
    --
    Śmierć jednego Lacha to metr wolnej Ukrainy. Albo będzie Ukraina,
    albo lechicka krew po kolana. Polaków w pień wyciąć.
    (Roman Szuchewycz, juszczenkowski "bohater Ukrainy")
  • 30.06.10, 07:56
    Muszę podziękować za obrzydzenie mi Twojego forum, które wydawało się bardzo
    ciekawe ze względu na tematykę. Jednak nadmierne upolitykowanie jej pod kątem -
    nasz kandydat ma wygrać, przypomina politykę komunistów po II wojnie światowej
    wobec PSL i Mikołajczyka.
    Jak na politykę krajową się nie piszę - dla mnie PO, PiS i SLD to największe
    gnidy i bydlaki jakie są w polskiej polityce i ochrona lub co gorsze popierania
    kogokolwiek z nich jest dla mnie przykładem tempoty umysłowej.
    Dziękuje za uczestnictwo w sporach i żegnam. Jednocześnie chce pocieszyć, że
    mimo tego, ze nie ide do wyborów i tak wygra Kaczor. Mnie to osobiście lata, czy
    Kaczor czy Gbur.
  • 30.06.10, 14:17
    1. Nie wiem o czym świadczy Twoja "tempota". Może nie o tępocie, ale
    co najmniej o nieuctwie, nieznajomości zasad polskiej ortografii.
    2. Zdemaskowałeś już tu ks. Isakowicza-Zaleskiego jako "agenta
    Putina i KPZR", teraz - równie trafnie - przypisałeś mi członkostwo
    w PO. Tymczasem ja nie należę ani do PO, ani do żadnej innej partii.
    Jestem apolityczny. Co nie znaczy, że jest mi wszystko jedno.
    Dlatego popieram w tych wyborach Komorowskiego, choć nie jest to
    kandydat z moich marzeń. Ostro krytykowałem go na tym forum. No ale
    jednak, w konfrontacji z Kaczyńskim i zaściankowym, anachronicznym,
    wstecznym PiS to jest oczywiście kandydat dużo lepszy. Na bezrybiu i
    rak ryba. Szkoda, że nie kandyduje Tusk.
    3. Twoje agresywne, chamskie, wulgarne i prymitywne wypowiedzi o
    polskich politykach ("gnidy", "bydlaki" itp.) świadczą o pewnym
    rozchwianiu emocjonalnym. Może nadmiernie udzieliły Ci się upały
    albo gorączka przedwyborcza. Ogranicza to możliwości trzeźwego
    myślenia i racjonalnej oceny rzeczywistości. W tej sytuacji,
    odpoczynek na jakiś czas nie tylko od forum, ale i od polskiej
    polityki byłby chyba rzeczywiście wskazany. Może nawet konsultacja z
    jakimś specjalistą (i niekoniecznie tylko z okulistą, o czym mowa w
    sąsiednim wątku)...
    --
    Śmierć jednego Lacha to metr wolnej Ukrainy. Albo będzie Ukraina,
    albo lechicka krew po kolana. Polaków w pień wyciąć.
    (Roman Szuchewycz, juszczenkowski "bohater Ukrainy")
  • 30.06.10, 15:20
    Post został usunięty przez adminów lub założyciela forum .
  • 05.07.10, 17:08
    @pultorakh
    Moje gratulacje za niezwykle "trafną", jak zwykle zresztą, prognozę.
    Jesteś w tym lepszy od najlepszych sondażowni. W Twojej macierzystej
    gminie Godziszów Kaczyński odniósł bezapelacyjne zwycięstwo.
    wybory.gazeta.pl/wybory/1,106728,8102742,Jak_glosowali_Polacy__W_niektorych_gminach_byl_remis.html
    Wynika z nich, że w Polsce wyrosło kilka nowych bastionów obu
    kandydatów. Dla Jarosława Kaczyńskiego to Chrzanów oraz gmina
    Godziszów w powiecie janowskim na Lubelszczyźnie. Właśnie tam padły
    rekordy jego poparcia - odpowiednio głosowało tu na niego 93,8 proc.
    i 93,3 proc. wyborców.
    --
    Panowie, ja Was przepraszam. Ja Was bardzo przepraszam.
    (Piłsudski do Ukraińców internowanych w Szczypiornie, maj 1921)
  • 05.07.10, 18:26
    Post został usunięty przez adminów lub założyciela forum .
  • 05.07.10, 18:31
    Post został usunięty przez adminów lub założyciela forum .
  • 09.07.10, 06:22
    Hm, może nie doceniłem użytkownika o nicku "pultorakh". Sądząc po
    jego manierach, wyszukanym słownictwie i nadgorliwości w obronie
    Prezesa Kaczyńskiego oraz zajadłych atakach na premiera Tuska i PO,
    to może być nawet jakowyś pan poseł, albo i senator wink
    www.pardon.pl/artykul/11943/posel_pis_zostal_trollem_internetowym
    Robił to z własnego komputera!
    Zaskakujące efekty przyniosło śledztwo policji wszczęte po tym jak
    obrażony poczuł się radny Platformy z Ełka. Obrażany w internecie
    przez osobą podpisującą się jako mieszczuch, radny złożył
    doniesienie, a organy ścigania odkryły, że troll działa z domowego
    komputera posła PiS.
    Wszystko zaczęło się od tego, że mieszczuch napisał o radnym
    Robercie Dawidowskim, że koledzy załatwili mu posadkę. Radny PO
    pogrzebał trochę i odkrył, jak donosi "Gazeta Współczesna", liczne
    komentarze na swój temat.
    "Tam było 60 komentarzy. Zastanowiły mnie szczególnie te obraźliwe.
    To obrzucanie błotem i bezpodstawne kalumnie. Dlatego z pomocą sądu
    i policji musiałem przerwać ten potok obelg."
    Obrażającym był poseł Wojciech Kossakowski, który specjalnie nie
    wypiera się tej działalności.
    "Nie wiem, może to i z mojego komputera pochodziły te wpisy. Nie
    rozumiem dlaczego Dawidowski jest taki obrażony."
    Faktycznie, trudno zrozumieć czemu radny poczuł się obrażony
    anonimowo rzucanymi oskarżeniami o załatwienie posady po znajomości.
    Szczególnie w sytuacji, w której panowie się znają i można było
    takie zarzuty stawiać twarzą w twarz.
    Widać jednak łatwiej jest trollować w internecie. Nie wymaga to
    odwagi cywilnej. A my możemy pocieszać się faktem, że reprezentanci
    narodu potrafią korzystać ze zdobyczy techniki. Choć mogliby to
    jednak robić z głową.
    --
    "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
    faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
    Prezydent RP, listopad 2007 r.
  • 04.07.10, 06:18
    Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego przyjechał do Polski. Ale pod
    Grunwald się nie wybiera. Przez Henryka Sienkiewicza, Aleksandra
    Forda i peerelowską propagandę
    Bruno Plater, Wielki Mistrz Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny
    Domu Niemieckiego, zwanego potocznie krzyżackim, w sobotę będzie we
    wsi Bałdy pod Olsztynem. Tu od średniowiecza witano biskupów
    obejmujących rządy w diecezji warmińskiej.
    By przypomnieć o tej tradycji, miłośnicy Warmii od trzech lat
    stawiają pamiątkowe głazy dla dawnych i obecnych biskupów związanych
    z regionem. W tym roku z okazji 600-lecia bitwy pod Grunwaldem
    postanowili uczcić głazem pierwszego warmińskiego biskupa, Anzelma.
    Diecezję objął w XIII wieku i jako jedyny w jej dziejach był
    Krzyżakiem.
    Na zorganizowanym z tej okazji festynie Wielki Mistrz będzie gościem
    honorowym. Na Warmię przyjedzie z nim spora delegacja zakonników.
    Odwiedzą też kilka miejscowości związanych z zakonem.
    Organizatorzy spodziewali się, że Krzyżacy przyjadą też na
    grunwaldzkie pola i w kaplicy pomodlą się za poległych w 1410 r.
    Plater jednak odmówił. Powód? Antykrzyżackie stereotypy
    rozpowszechnione w Polsce. - Ludzie swoją wiedzę o Zakonie czerpią
    z "Krzyżaków", filmu Aleksandra Forda. A to dzieło bardzo
    tendencyjne - mówi Szymon Drej, kierownik Muzeum Bitwy Grunwaldzkiej
    w Stębarku.
    Symbol złego Krzyżaka, który wykreował w swojej kronice Jan Długosz,
    a potem czerpali z niego Jan Matejko i Henryk Sienkiewicz, do
    masowej świadomości wprowadziła komunistyczna propaganda. Okrutnych
    Krzyżaków zrównywano z faszystami, a także z politykami Niemiec
    Zachodnich, którzy po wojnie nie chcieli uznać granicy na Odrze i
    Nysie. W polskiej prasie drukowano wówczas zdjęcie niemieckiego
    kanclerza Konrada Adenauera w białym płaszczu z czarnym
    krzyżem. "Grunwald to dzień chwały dla nas i przypomnienie klęski
    militarnej spadkobierców Zakonu Krzyżackiego próbujących unosić swe
    głowy w Niemczech Zachodnich" - pisał "Kurier Lubelski", gdy pół
    wieku temu Krzyżacy wchodzili do kin. Na akademiach szermowano zaś
    hasłem "Od Grunwaldu do Berlina".
    Grunt pod te stereotypy w XIX w. stworzyli sami Niemcy, gdy w dobie
    kulturkampfu w pruskiej propagandzie Zakon stał się symbolem
    sprawnej i nowoczesnej władzy. - Krzyżaka w Prusach podniesiono do
    rangi bohatera narodowego. Dla Polaków Krzyżak stał się wówczas
    symbolem znienawidzonego Niemca. Niemieckie oblicze Krzyżaka było
    lśniąco białe, polskie - głęboko czarne - mówi prof. Udo Arnold,
    historyk Zakonu z Uniwersytetu w Bonn.
    Krzyżacy rzeczywiście zbudowali swoje państwo na drodze krwawego
    podboju, morderstw ludności oraz oszustw i przekupstw na
    międzynarodową skalę (sfałszowali umowę z księciem Konradem
    Mazowieckim, przekupywali monarchów, by wpłynęli na decyzje sądu
    papieskiego, który rozstrzygał spory z Polską). W końcu Zakon był
    głównym wrogiem Polski i Litwy, którym ostatecznie uległ.
    Z drugiej strony na swoim terytorium zakonnicy zbudowali na wskroś
    nowoczesne państwo. Zakładali miasta, budowali zamki, rozwijali
    handel. Nieśli na wschód cywilizację. To jednak przez wiele lat
    przemilczano. Dopiero teraz stare stereotypy zaczynają pękać.
    - Zorganizowaliśmy wystawę "Zamki Państwa Krzyżackiego". Pokazujemy,
    jak dobrymi organizatorami byli zakonnicy. Stworzyli w końcu dobrze
    zarządzane państwo dobrobytu. Ludzi nie gnębili. Żyło się u nich jak
    pod każdą inną władzą - opisuje Szymon Drej.
    Sam Wielki Mistrz o stereotypach rozmawia niechętnie. -
    Oglądałem "Krzyżaków". To film o mocno ideologicznym zabarwieniu -
    twierdzi Plater.
    Ks. Henryk Błaszczyk, dyrektor warmińskiej delegatury zakonu
    maltańczyków: - Co pomaga Krzyżakom? Odpowiem przewrotnie. Wraz ze
    zmniejszającym czytelnictwem Sienkiewicza historycy zaczęli
    proklamować osiągnięcia zakonu krzyżackiego.
    wyborcza.pl/1,75248,8094856,Krzyzacy_omijaja_Grunwald.html
    --
    "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
    faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
    Prezydent RP, listopad 2007 r.
  • 19.07.10, 13:49
    Białoruski komitet organizacyjny obchodów 600-lecia bitwy pod
    Grunwaldem chce uhonorować uczestników wydarzeń z 1410 roku,
    nazywając ich imieniem ulice i budując pomniki.
    W Mińsku odbyła się konferencja poświęcona znaczeniu grunwaldzkiej
    bitwy w historii europejskich narodów. Jej uczestnicy uznali, że
    było to jedno z najważniejszych wydarzeń średniowiecznej Europy.
    Zasiadający w komitecie organizacyjnym rocznicowych obchodów
    prawosławny duchowny ojciec Leonid Akałowicz chce, aby miński
    prospekt Feliksa Dzierżyńskiego przemianowano na aleje Księcia
    Witolda. Duchowny zaproponował również, aby w Mińsku, Grodnie i
    Witebsku wybudowano pomniki Grunwaldzkiego Zwycięstwa.
    Znany białoruski artysta Mikołaj Kupawa poinformował, że
    odrestaurowano już 300 sztandarów, pod którymi walczyli Białorusini
    w grunwaldzkiej bitwie.
    - Powinny zostać wykorzystane jako część naszego dziedzictwa
    kulturowo-historycznego - uważa Kupawa.
    Według historyka Siergieja Tarasowa współczesna Białoruś nie ma zbyt
    wielu chwalebnych kart w swojej historii, dlatego tak ważne
    wydarzenia z udziałem Białorusinów jak bitwa pod Grunwaldem powinno
    się pielęgnować w szczególny sposób.
    www.kresy.pl/wydarzenia?zobacz/bialorus:-grunwald-na-ulicach-i-pomnikach
    --
    Przyjrzyjcie się mi, bo patrzycie na Łukaszenkę.
    (Jarosław Kaczyński, prezes IV RP)
  • 20.07.10, 06:48
    Białoruska milicja zatrzymała kilkadziesiąt osób, które chciały dziś
    [15.7.] wieczorem uczcić 600-lecie bitwy pod Grunwaldem. Na placu
    przed Biblioteką Narodową w Mińsku miała odbyć się symboliczna bitwa
    na poduszki.
    Osoby chcące wziąć udział w tym happeningu zatrzymywano, nim dotarły
    na miejsce zbiórki.
    Milicjanci zatrzymywali ludzi idących z poduszkami ulicą, wyciągali
    ze stacji metra, a nawet z autobusów i wagonów podziemnej kolejki.
    - To kompletne szaleństwo - tak skomentował działania białoruskich
    służb porządkowych jeden z organizatorów happeningu, były więzień
    polityczny Andrej Kim.
    Białoruska młodzież już po raz drugi zamierzała uczcić rocznicę
    bitwy pod Grunwaldem symboliczną walką na poduszki. Rok temu milicja
    przerwała zabawę, twierdząc, że zagraża ona bezpieczeństwu
    publicznemu.
    W tym roku władze Mińska nie wyraziły na nią zgody. Wbrew zakazowi
    działacze opozycyjnych młodzieżówek postanowili stoczyć poduszkowy
    bój. Zamiast symbolicznej bitwy Litwinów z Krzyżakami mieszkańcy
    Mińska byli świadkami kolejnego starcia OMON-u z opozycją.
    www.kresy.pl/wydarzenia?zobacz/mial-byc-grunwald-na-poduszki-ale-nie-wyszlo
  • 30.08.10, 17:49
    Tak, tak, w Zakonie Krzyżackim jest obecnie dwóch polskich księży...
    www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,reportaz?zobacz/zakon-krzyzacki-dzis
    Polacy w Zakonie Krzyżackim
    Obecnie w Zakonie Niemieckim jest dwóch księży pochodzących z
    Polski: Waldemar Woźniak i Dariusz Cecerski, a dwóch kolejnych
    Polaków przygotowuje się do święceń w zakonnym nowicjacie.

    Pierwszy polski ksiądz w Zakonie Niemieckim, Waldemar Woźniak,
    odprawił swoją Mszę prymicyjną w 1999 r. w Malborku. Święcenia
    kapłańskie otrzymał 26 czerwca 1999 r. w Ostrawie. Pochodzący z
    Lęborka ks. Woźniak odbył nowicjat w Rzymie, studiował w Wiedniu, a
    filozofię i teologię ukończył w Krakowie. Pracuje obecnie w
    prowincji słowacko-czeskiej Zakonu Krzyżackiego. Na jego prymicyjną
    Mszę św. w zamkowym kościele św. Jana Chrzciciela w Malborku przybył
    ówczesny wielki mistrz zakonu, ks. Arnold Wieland, konfratrzy z
    Austrii, Niemiec, Węgier, Czech i Słowacji. Była to druga wizyta
    poprzedniego wielkiego mistrza w Malborku. Po raz pierwszy odwiedził
    Malbork w 1993 r. jako pierwszy wielki mistrz Zakonu Krzyżackiego po
    550 latach.

    Drugim „krzyżackim” księdzem pochodzącym z Polski jest 35-letni dziś
    Dariusz Cecerski. Pochodzi z Myślenic. Po maturze wstąpił do
    Seminarium Archidiecezjalnego w Krakowie. Tam poznał swego
    późniejszego współbrata ks. Waldemara Woźniaka, z którym przez dwa
    lata studiowali razem, a który już był członkiem zakonu. Po dwóch
    latach studiów filozofii sam wstąpił do zakonu. Nowicjat rozpoczął w
    Południowym Tyrolu.

    „Byłem przekonany, że wrócę do Krakowa i będę kontynuował studia
    teologiczne – powiedział KAI. – Stało się jednak inaczej, wysłano
    mnie do Rzymu, gdzie przez cztery lata kontynuowałem naukę na
    benedyktyńskiej uczelni San Anselmo”. Ks. Cecerski złożył wieczyste
    śluby zakonne we wrześniu 2000 r. w Opawie, stolicy czeskiej
    prowincji Zakonu Niemieckiego, a w 2002 r. przyjął w Wiedniu
    święcenia kapłańskie. Należy do czeskiej prowincji zakonu i pracuje
    w parafii Brunntal, która do końca wojny należała do prowincji
    zakonnej.

    Zapytany przez KAI, jak pogodził swoją decyzję z wyniesioną z kraju
    wiedzą o Krzyżakach podkreślił, że przede wszystkim poświęcił się
    studium historycznemu. „Należy pamiętać, że Henryk Sienkiewicz, na
    którym opieramy swoją wiedzę o krzyżakach, nie był historykiem, lecz
    pisarzem, a więc nie można czerpać swojej wiedzy o zakonie jedynie z
    popularnych lektur” – stwierdził kapłan. Dodał, że przeczytał wiele
    książek autorstwa licznych profesorów, głównie historyków. „To są
    bardzo rzetelne prace napisane przez autorytety międzynarodowe, w
    tym także Polaków” – wyjaśnił. Zwrócił uwagę, że jego zakon „ma
    chyba najlepiej na świecie opracowaną historię”. Dotychczas ukazały
    się 52 tomy tych dziejów, od początków po dzień dzisiejszy,
    opracowane przez komisję międzynarodową.

    Wszystko to powoduje, że negatywne konotacje Zakonu Krzyżackiego w
    Polsce są coraz rzadsze – powiedział ks. Cecerski. Zauważył, że
    przyczyniają się do tego także kontakty osobiste. Poprzedni
    wieloletni wielki mistrz, prał. Arnold Wieland trzykrotnie odwiedzał
    Polskę, ostatnio, już jako były wielki mistrz, był w 2008 r. gościem
    III Kongresu Kultury Chrześcijańskiej w Lublinie. Wcześniej
    dwukrotnie uczestniczył sympozjach, poświęconych przeszłości,
    teraźniejszości i przyszłości Zakonu Krzyżackiego, organizowanych
    przez Towarzystwo Miłośników Zabytków Kultury Ziemi Malborskiej oraz
    Muzeum Zamkowe w Malborku.

    Również opat Bruno Platter chętnie odwiedza Polskę. Sam też bardzo
    interesuje się skutkami dla obu stron bitwy pod Grunwaldem. W maju
    br. wielki mistrz zaprosił do swojej wiedeńskiej siedziby
    znakomitych historyków, wśród nich prof. Henryka Samsonowicza, by
    wspólnie z nimi zastanowić się, jak to możliwe, aby średniowieczna
    bitwa, jedna z największych w średniowiecznej Europie, nawet po 600
    latach tak bardzo zajmowała naukowców. Opat krzyżaków podkreślił, że
    straty terytorialne w tej bitwie nie były dla zakonu tak bardzo
    dotkliwe, jak utrata prawie jednej trzeciej zakonnych rycerzy, a
    także utrata sławy „zakonu niezwyciężonego”, co odczuwa się po dzień
    dzisiejszy.
  • 02.10.10, 18:06
    Po roku 1990 lansowana była teza, że to Witold dowodził całym wojskiem polsko-litewskim, z czego po kilku latach zrezygnowano. Następnie został wykreowany przez litewskich historyków słynny manewr Witolda jakim była pozorowana ucieczka z pola bitwy wojsk litewskich. Ostatnio jednak możemy zauważyć pewną zmianę.
    www.kresy.pl/publicystyka,felietony?zobacz/zalgiris-czyli-grunwald
    Bitwa pod Grunwaldem jest doniosłym wydarzeniem w litewskiej świadomości narodowej. Dobitnie ujawniło się to jednak dopiero po roku 1990. Dzień 15 lipca jest na Litwie świętem, aczkolwiek świętem trzeciej rangi.
    Święta pierwszej rangi mają charakter państwowy. To są: 16 luty - dzień niepodległości państwa litewskiego (w roku 1918), 11 marca - dzień odrodzenia niepodległości Litwy (odzyskanej w roku 1990), wreszcie 6 lipca - dzień koronacji Mendoga, jedynego władcy litewskiego, który otrzymał koronę. Druga kategoria świąt ma charakter narodowo-religijny. To na przykład 6 stycznia święto Trzech Króli, czy 13 maja - święto miłości lub Mildy, pogańskiej bogini miłości. Takich świąt jest kilkanaście. I trzecia kategoria to dni pamięci, których na Litwie jest 54, do których zalicza się 15 lipca. Jeśli święta państwowe są dniami wolnymi pracy, w których flagi mają być na wszystkich budynkach, także mieszkalnych, to takie święta jak rocznica bitwy pod Grunwaldem są dniami pracującymi, a flagi wywiesza się tylko na gmachach instytucji państwowych i samorządowych.
    Na Litwie mamy 103 miasta i w 35 z nich jest ulica Żalgiris, czyli Grunwaldzka. Ponadto trzeba jeszcze wymienić 12 osiedli, gdzie też znajduje się ulica o tej nazwie. Wychodzi więc w sumie 47 tych ulic. Z kolei ulic księcia Witolda jest zaledwie o osiem więcej. A Witold to na Litwie bohater numer jeden. Żadna inna postać historyczna nie ma tylu ulic. Za to ulic o nazwie Wileńska jest na Litwie ponad 100. Tak więc bitwa pod Grunwaldem plasuje się pod tym względem wysoko, chociaż ulic Jagiellońskich jest zdecydowanie mniej, bo tylko pięć. Warto też zwrócić uwagę na nazwy klubów sportowych o nazwie Żaligiris, czyli po litewsku Grunwald. Jest słynny klub koszykarski Żalgiris Kowno. Była też drużyna piłkarska Żalgiris Wilno i w stolicy Litwy nadal mamy stadion o tej nazwie.
    I jeszcze kilka słów o historiografii. Tuż po roku 1990 lansowana była teza, że to Witold dowodził całym wojskiem polsko-litewskim, z czego po kilku latach zrezygnowano. Następnie został wykreowany przez litewskich historyków słynny manewr Witolda jakim była pozorowana ucieczka z pola bitwy wojsk litewskich. Dzięki jego geniuszowi Litwini rzekomo umyślnie uciekli z pola bitwy, by potem na nie wrócić i uratować tym samym Polaków. Ostatnio jednak możemy zauważyć pewną zmianę. Nawet radykalni politycy czy historycy o poglądach narodowych są skłonni przyznawać, że pierwsi z pola bitwy zaczęli uciekać dowodzeni przez Witolda Tatarzy, a potem pod naporem sił krzyżackich Witold dał sygnał do odwrotu. I już się nie przedstawia tego jako zaplanowanej akcji księcia, ale jako sytuację, która spontanicznie wynikła z przebiegu bitwy. Chociaż prawda jest taka, że Witold przestawiając szyki rzeczywiście wrócił na pole bitwy wspierając Polaków.
    Historiografia litewska zmierza więc, powoli i z oporami, ale w kierunku realizmu. Jednak potrzeba jeszcze czasu, żeby mogła znaleźć konsensus z historiografią polską. Chociaż co do kwestii zasadniczych, to już są zgodne.
    Jarosław Wołkonowski - profesor Uniwersytetu w Białymstoku
  • 16.11.10, 06:56
    Kiedy Polacy popijali wódeczkę, Ukraińcy byli wykorzystywani jako mięso armatnie – przez tą nową wersję bitwy pod Grunwaldem, w Drohobyczu nie może stanąć pomnik upamiętniający to wydarzenie.
    www.kresy.pl/publicystyka,reportaze?zobacz/una-unso-kontra-grunwald
    A szkoda, bo Drohobycz odegrał szczególną rolę w walce z Krzyżakami. Pułki Rusinów były formowane właśnie w Drohobyczu i były opłacane rupnikami tego miasta.
    - Do starej wersji pomnika, który stał w naszym mieście od 1910 r., dodaliśmy dwa nagie miecze i tarczę Jana Mędrzyka z Drohobycza, który ponoć odbierał miecze - mówi Adam Aurzecki, prezes Towarzystwo Kultury Polskiej i Ziemi Lwowskiej w Drohobyczu - Stawiamy pomnik w tym samym miejscu, gdzie stał jeszcze przed wojną. Tylko, że, aby postawić pomnik trzeba było ściąć trzy drzewa, a na to już jest potrzebne zezwolenie, ponieważ drzewa znajdują się w XVIII-wiecznym parku, który jest pod ochroną. Zezwolenie otrzymałem, zorganizowałem rozpoczęcie prac, przyjechał samochód i…

    I tu wkracza polityka.

    Jak wszyscy wiemy w październiku odbędą się wybory do władz lokalnych. Obecny burmistrz Drohobycza wywodzi się z partii UNA-UNSO, poprzedni również. Obaj chcą wygrać w tym roku. Co trzeba zrobić, by pokonać przeciwnika z tego samego ugrupowania? Stanąć w opozycji do jego działań. W tym wypadku przejawia się to poparciem burmistrza Mykoły Huka dla pomnika bitwy pod Grunwaldem i całkowitą jego negacją ze strony Myrosława Hłubisza, pierwszego mera Drohobycza już za niepodległej Ukrainy.

    - Początkowo otwarcie miało przypaść na 15 lipca, nie udało się. Chcieliśmy w trybie przyspieszonym rozpocząć prace, by wyrobić się z otwarciem na 24 sierpnia, znowu nie udało się. Tym razem już nie ze względu na brak zezwolenia, ale dlatego że partia "Swoboda", "Za Ukrainę' i UNA-UNSO na czele z Hłubiszem strajkami nie dopuścili do rozpoczęcia prac - opowiada Aurzecki - Gdy przyszliśmy na rozmowy do siedziby UNA-UNSO usłyszeliśmy kompletnie wypaczoną wersję bitwy pod Grunwaldem, następnie, że nie może być mowy o stawianiu polskich pomników na Ukrainie, że nie dają im postawić ich krzyża w Przemyślu, że ukraińskie cmentarze są tam zaniedbane. W końcu powiedziano nam, że w tej sprawie musi się odbyć referendum. Kiedy w Drohobyczu stawiano pomnik Stepana Bandery nikt nie pytał o zdanie ani Polaków, ani Rosjan, ani Żydów.

    Prace wstrzymano, o sprawie zrobiło się głośno, zjawili się dziennikarze z 12 kanału.

    - To było tydzień przed planowanym odsłonięciem, przyjeżdżam na miejsce, gdzie zebrała się 20-30 osobowa grupka przeciwników - mówi mi Adam Aurzecki - Widzę antypolskie transparenty, słyszę antypolskie hasła: "Nie wywołujcie wilka z lasu, bo wezmę swój pistolet i wszystkich was Polaków - Lachów wystrzelam", "Trzeba wysadzić kościół razem ze wszystkimi Polakami, aby się z niego lacka krew wylała". Pod koniec zarzucono mi, że jestem niebezpiecznym elementem dla Ukraińców i trzeba mnie wysiedlić nie za San, ale za Wisłę, bo do Wisły są ich tereny i oni je odbiorą. Wtedy nie wytrzymałem i poszedłem zgłosić sprawę do prokuratury. Okazało się, że w prokuraturze już jest złożona skarga na mnie.

    Jest potrzebne kolejne zezwolenie. Tym razem na przeprowadzenie prac ziemnych, wydaje to specjalna komisja we Lwowie. Zezwolenie nie stanowi problemu, problem stanowią uciekający czas i pieniądze.

    - Tak czy inaczej złożyłem sprawę do prokuratury. Traktor kosztuje, pracownicy również, a oni mi to wszystko blokują. Niech mi przynajmniej kompensują finansowe straty - skarży się Aurzecki - Zbieram teraz kolejną dokumentację i mam cichą nadzieję, że na dzień Miasta Drohobycza, 21 września, uda się odsłonić pomnik upamiętniający wydarzenie, które do tej pory łączyło nasze narody.

    Narody same z siebie się nie dzielą, do tego potrzebna jest zawsze siła sprawcza. Tym razem w postaci 20-osobowej grupy.

    W następnym numerze "Kuriera Galicyjskiego" ukażą się rozmowy z przedstawicielami władz Drohobycza.

    Konsulat Generalny RP we Lwowie wystąpił do władz obwodu lwowskiego z protestem przeciwko lżeniu przedstawicieli polskiej mniejszości narodowej w Drohobyczu oraz z żądaniem zapewnienia bezpieczeństwa osobom pracującym przy budowie pomnika.

    Pomnik powstaje ze środków budżetowych państwa polskiego, głównie MKiDN.

    Joanna Demcio

    Źródło: Kurier Galicyjski, nr 16 (116), 31 sierpnia - 17 września 2010 r.
    --
    Śmierć jednego Lacha to metr wolnej Ukrainy. Albo będzie Ukraina, albo lechicka krew po kolana. Polaków w pień wyciąć. (Roman Szuchewycz, juszczenkowski "bohater Ukrainy")

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.