Białorusini szykują się do obchodów Grunwaldu Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Na zwołanej w Mińsku konferencji prasowej wiceminister kultury
    Białorusi Tadeusz Strużecki wyraził nadzieję że białoruska delegacja
    zostanie zaproszona na uroczystości na polach grunwaldzkich 15 lipca
    br.
    Temat wspólnego świętowania rocznicy bitwy był omawiany na Białorusi
    podczas spotkania polskiego ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego z
    ministrami kultury Białorusi i Litwy w grudniu 2009 w Mińsku. Według
    słów białoruskiego wiceministra, Bogdan Zdrojewski został zaproszony
    wtedy na uroczystości w Nowogródku, zgodzili się na uczestnictwo w
    nich także przedstawiciele Litwy. Zanim wybuchł konflikt o Związek
    Polaków na Białorusi w polskiej prasie pojawiały się głosy by
    zaprosić na pola grunwaldzkie również prezydenta Łukaszenkę.
    Napięcia w stosunkach polsko-białoruskich jednak czynią to bardzo
    trudnym. Prezydent Łukaszenko nie został nawet zaproszony na pogrzeb
    prezydenckiej pary w Krakowie.
    Podczas konferencji przedstawiciele władz Nowogródka, gdzie 25-27
    lipca odbędą się główne na Białorusi uroczystości, poinformowali że
    przewidują zorganizowanie okrągłego stołu historyków, występy bractw
    rycerskich z Białorusi, Litwy, Czech, Rosji, oraz pokazy
    średniowiecznych zwyczajów, muzyki i tańców.
    W bitwie jaka miała miejsce 600 lat temu aktywny udział wzięła
    nowogródzka chorągiew, o czym przypomina tablica pamiątkowa w
    miejscowym kościele parafialnym. W mieście przed bitwą dwa razy
    spotykali się Władysław Jagieło i Wielki Książę Witold. Władze
    Nowogródka planują także postawienie w centrum miasta pomnika
    Mendoga - założyciela Wielkiego Księstwa Litewskiego.
    www.kresy.pl/wydarzenia?zobacz/bialorusini-szykuja-sie-do-obchodow-grunwaldu
    --
    "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
    faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
    Prezydent RP, listopad 2007 r.
    • Witam !
      Ciekaw jestem, czy Litwini zaprezentują na rekonstrukcji swój słynny
      grunwaldzki manewr wojenny, czyli - Ratuj się Boże, kto może ?
      Pozdrawiam
      L. Bodio
      • W Wileńskim Parku Górnym odbędzie się dziś [17.06.] przedstawienie
        poświęcone 600-leciu bitwy pod Grunwaldem. W inscenizacji weźmie
        udział kilkuset artystów z całej Litwy.
        Na przedstawieniu upamiętniającym bitwę pod Grunwaldem wystąpią
        m.in. państwowy zespół ludowy "Lietuva", liczne chóry zawodowe i
        amatorskie, zespoły folklorystyczne oraz rycerze w zbrojach
        średniowiecznych i wojsko z czasów Wielkiego Księstwa Litewskiego.
        Obchodom 600. rocznicy towarzyszyć będzie wystawa herbów i heraldyki
        z czasów Wielkiego Księstwa.
        Z kolei Instytut Historii Litwy przygotowuje specjalną makietę. Ma
        być na niej przedstawiona walka przeszło tysiąca
        pięciocentymetrowych figurek żołnierzy.
        Znany historyk litewski Darius Baronas, który jest odpowiedzialny za
        realizację projektu, zapowiedział, że będzie się starał przedstawić
        bitwę pod Grunwaldem obiektywnie, ściśle przestrzegając planu
        dyslokacji wojsk i uwzględniając wykorzystywaną broń, kształty tarcz
        i mundurów.
        600-lecie bitwy pod Grunwaldem Wilno uczci wraz z Warszawą. Patronat
        nad obchodami rocznicy objęli prezydenci Polski i Litwy.
        www.kresy.pl/wydarzenia?zobacz/na-litwie-juz-swietuja-grunwald
        --
        "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
        faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
        Prezydent RP, listopad 2007 r.
      • We wsi Rejże, w rejonie alituskim, z inicjatywy wspólnoty tatarskiej
        został odsłonięty pomnik upamiętniający bitwę pod Grunwaldem i
        Wielkiego Księcia Litewskiego Witolda.
        Ponad 5-metrowy granitowy pomnik ma kształt kolumny, na której są
        wypisane daty osiedlenia Tatarów na Litwie, bitwy pod Grunwaldem i
        lata panowania Wielkiego Księcia Litewskiego Witolda.
        Tym pomnikiem litewscy Tatarzy chcą utrwalić udział swych przodków w
        bitwie grunwaldzkiej i rocznicę osiedlenia się na ziemi litewskiej.
        Według źródeł historycznych tatarska konnica, około 2 tys. osób,
        dowodzona przez Dżelal ad-Din, syna chana Złotej Ordy Tochtamysza, w
        znacznym stopniu przyczyniła się do zwycięstwa nad Zakonem
        Krzyżackim. Następnie, większość Tatarów, uczestników tej
        historycznej bitwy, dzięki wsparciu księcia Witolda Wielkiego,
        otrzymało ziemię w Wielkim Księstwie Litewskim. Dzisiaj na Litwie
        mieszka blisko 400 Tatarów.
        Pomnik wzniesiono we wsi Rejże. Jest to jedna z najstarszych na
        Litwie wsi, gdzie mieszkają Tatarzy. Pierwszy meczet został tu
        wybudowany przed ponad 500 laty. Wokół wsi jest 13 tatarskich
        cmentarzy.
        W uroczystości, udział wzięli też Tatarzy z Polski, w Rejże została
        zaprezentowana m.in. reprodukcja obrazu Jana Matejki "Bitwa pod
        Grunwaldem" w oryginalnych rozmiarach. Odbyła się też inscenizacja
        bitwy z udziałem łuczników z Polski oraz turniej rycerski w
        wykonaniu klubu rycerskiego z Kowna. Można było też spróbować
        specjałów kuchni tatarskiej.
        www.kresy.pl/serwis-polski,goniec-kresowy?zobacz/tatarzy-czcza-grunwald
        --
        Panowie, ja Was przepraszam. Ja Was bardzo przepraszam.
        (Piłsudski do Ukraińców internowanych w Szczypiornie, maj 1921)
      • W sobotę [10.07.] Klub "Wilk Wileński" rozpoczął w Miednikach
        dwudniowe obchody 600-lecia Bitwy pod Grunwaldem.

        Zorganizował je w ruinach zamku w tej miejscowości, znajdującej się
        tuż przy granicy z Białorusią. Są one jak najbardziej odpowiednim
        miejscem na tego rodzaju przedsięwzięcie. Zamek w Miednikach był
        bowiem jednym z niewielu murowanych zamków średniowiecznych i jednym
        z największych zamków obronnych Litwy. Wraz z zamkami w Wilnie,
        Trokach i Kownie był jednym z miejsc gdzie gromadziło się rycerstwo
        udające się na bitwę z Zakonem Krzyżackim.

        Pierwsze wzmianki o Miednikach pochodzą z początku 1384 r. i dotyczą
        opisów przemarszów wojsk krzyżackich. W 1385 r. Krzyżacy prowadzeni
        przez Wielkiego Mistrza po raz pierwszy dotarli do Miednik i obok
        zamku zorganizowali turniej rycerski. W 1387 r., podczas chrztu
        Litwy, Jagiełło założył w Miednikach jeden z siedmiu pierwszych
        kościołów parafialnych.

        Ściany zamku tworzą nieprawidłowy czworobok, za którym wznoszą się
        baszty - północna i południowa. Obecnie w Miednikach można oglądać
        tylko ruiny zamku, niemniej jest to miejsce o wyjątkowym klimacie. W
        sobotę i niedzielę z inicjatywy Klubu "Wilk Wileński" pojawią się tu
        rycerze, łucznicy, kuglarze, garncarze, kowale. W ramach obchodów
        odbędzie się turniej rycerski, inscenizacje historycznych wydarzeń,
        warsztaty rzemieślnicze i mnóstwo innych atrakcji.

        W sobotę przygotowania do uroczystości rozpoczną się już o godz.
        11.00, o godz. 14.00 planowane jest uroczyste otwarcie, obchody będą
        trwały właściwie aż do nocy, w niedzielę o godz. 12.00 msza św. w
        kościele miednickim, na zamku będą zaś nadal trwały pokazowe walki
        rycerzy i obrazki historyczne. Wszystko to można będzie oglądać, ale
        też wziąć czynny udział: przymierzyć zbroję rycerską, spróbować
        strzelić z łuku i utrzymać prawdziwy miecz.
        www.kresy.pl/serwis-polski,goniec-kresowy?zobacz/obchody-grunwaldu-w-miednikach
    • JEST: wtorek 22 VI 2010 BYŁ: czwartek 22 VI 1410
      ...bez Boga ni do proga...
      Z początkiem czerwca roku 1410 król wyruszył przez Stopnicę i
      Szydłów na Święty Krzyż, czyli Łysą Górę. Wtedy (i długo, długo
      potem) uważano to miejsce za główne sanktuarium Królestwa Polskiego –
      tu w kościele benedyktyńskiego klasztoru przechowuje się relikwie
      Drzewa Krzyża, te same, które dały nazwę okolicznym górom
      Świętokrzyskim. Król, przybywszy do podnóża łysogórskiego grzbietu
      „...zatrzymał się dwa dni, w czasie których pieszo piął się w górę o
      świcie do klasztoru św. Krzyża na Łysej Górze i przez cały dzień na
      klęczkach odprawiał modły i rozdawał jałmużny, powierzając siebie i
      swoją sprawę opiece Boskiej i Świętego Krzyża. I nie wracał z modłów
      i klasztoru na posiłek wcześniej jak o zmroku, utrudzony
      całodziennym postem i modlitwą”...
      Zacytowałem tu po raz pierwszy kronikę Długosza, która będzie nam
      odtąd często gęsto towarzyszyć w grunwaldzkim itinerarium. Dzięki
      Długoszowi wiemy, że król wyjechał spod klasztoru na Łysej Górze w
      poniedziałek 19 czerwca, i że już następnego dnia był w Bodzentynie,
      gdzie przyjmował posłów książąt słupskich, szczecińskich i
      meklemburskich. Ci ofiarowywali mu posiłki przeciwko Krzyżakom, jak
      pisze nieoceniony kronikarz, „według ich słów wielkie i silne, w
      rzeczywistości zaś zebrane naprędce i śmiesznie skromne”. 22 czerwca
      był już w Żarnowie.

      Sytuacja
      Przypomnijmy. Wojna trwała od roku. Pierwsza jej runda przyniosła
      remis: Krzyżacy spustoszyli polskie pogranicze zdobywając ziemię
      Dobrzyńską i Bydgoszcz; tę ostatnią król wkrótce im odebrał.
      Jesienią podpisano zawieszenie broni, które miało trwać (i trwało)
      aż do Nocy Świętojańskiej Roku Pańskiego 1410.

      Spoko wodza
      No i właśnie koniec tego zawieszenia broni zbliżał się wielkimi
      krokami. Jagiełło żył jednak raczej bezstresowo. Tak przynajmniej
      sądzę. Wiedział, co należało czynić, wypełniał z góry ustalony plan,
      wymyślony jeszcze zimą w tajnych dysputach z Witoldem i
      podkanclerzym Mikołajem Trąbą. Teraz nie musiał wykonywać
      gwałtownych ruchów, machina państwowa – o dziwo, słowiańska –
      została już dawno wprawiona w ruch i działała nieźle; rycerstwo (w
      liczbie dotąd chyba niesłychanej i niewidanej) już się zjeżdżało,
      przenośny „most pontonowy” spławiano tajnie ku Czerwińskowi, a
      zapasy prowiantów i rzeczy potrzebnych powoli transportowały się do
      Wolborza, czyli na miejsce głównej zbiórki.
      Tam król był na razie niepotrzebny. Koniec kwietnia i początek maja
      spędził więc spokojnie w Krakowie, potem przeniósł się do swego
      ulubionego Nowego Korczyna. Stolicy nie darzył zbytnim sentymentem.
      Przed podjęciem właściwej wyprawy miał ważniejsze rzeczy do roboty,
      niż troska o materialną stronę wyprawy czy spoglądanie z góry na
      krakowskie dachy. Teraz zamierzał uczynić coś wręcz przeciwnego:
      właśnie zadzierać głowę i piąć się wzwyż w charakterze petenta,
      który kołacze z prośbą do bram Wiekuistego. Nie zaniedbując
      przygotowań doczesnych, właściwy początek kampanii przypieczętował
      duchowo: pokutnie i pokornie. Ślubował też, że równie pieszo,
      pokutnie i pokornie tę kampanie zakończy, tym razem u Bożego Ciała w
      Poznaniu. Również i tego ślubu dane mu było dopełnić.
      Jacek Kowalski
      www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz
    • JEST: środa 23 VI 2010 BYŁ: poniedziałek 23 VI 1410
      W poniedziałek 23 czerwca 1410 roku król przybył do Sulejowa. To
      sławne opactwo cystersów, do dziś klejnot późnoromańskiej
      architektury, a zarazem warowny klasztor. Wyobrażam sobie Jagiełłę
      pod sklepieniem szacownej świątyni - sklepieniem, które za jego
      czasów liczyło sobie lat już prawie dwieście.

      W Sulejowie w orszaku monarchy nie występowali jeszcze chyba
      liczniejsi rycerze. Jednak Długosz już wtedy, właśnie w tym mniej
      więcej momencie znajduje w swojej kronice miejsce na dygresję, która
      godna jest zauważenia. Oto pisze on o licznych rycerzach-Polakach,
      którzy dowiedziawszy się o wybuchu wojny z Krzyżakami, porzucili
      służbę u Zygmunta Luksemburczyka, króla Węgier i króla rzymskiego,
      po czym stawili się pod chorągwie swego polskiego monarchy. Byli
      pośród nich "Zawisza Czarny i Jan Farurej, dziedzice Garbowa, herbu
      Sulima, Tomasz Kalski herbu Róża, Wojciech Malski herbu Nałęcz,
      Dobiesław Puchała z Węgrów herbu Wieniawa, Janusz Brzo[zo]głowy
      herbu Grzymała, Skarbek z Góry herbu Habdank, i niektórzy inni..."

      Polska w kleszczach krzyżacko-węgierskich

      Bo otóż konflikt z Krzyżakami oznaczał właśnie możliwość konfliktu z
      Zygmuntem. Póki co posłowie cesarscy pełnili niby-neutralną rolę
      rozjemców i pośredników. Jednak wiadomo było, że w ostateczności
      Zygmunt stanie po stronie Zakonu.

      Polaków przebywających na swoim dworze cenił on bardzo ze względu na
      waleczność i ogładę; służyli mu, otrzymywali odeń majątki,
      przydawali blasku jego świcie. Naprawdę tak było, naprawdę mu na
      nich zależało. Bo czas Grunwaldu to epoka, kiedy elity polskiego
      rycerstwa dały się już w Europie poznać od dobrej strony. Nadto
      przyznajmy, że cała Europa jednoczyła się wówczas jak nigdy dotąd.
      Nie na darmo styl, rozkwitający około roku 1400 na całym niemal
      kontynencie, niezwykle jednolity, historycy sztuki nazwali "gotykiem
      międzynarodowym". Kultura wielkich dworów była homogeniczna i
      kosmopolityczna. Można było służyć, komu się miało ochotę służyć.

      "Antyeuropejski" gest Polo-europejczyków

      A jednak znaczna część polskich rycerzy, którzy zakosztowali
      kosmopolitycznej sławy, sprzeniewierzyła się swą decyzją owemu
      kosmopolitycznemu światu, który wyniósł ich do godności i majątków.
      I wybrała wierność "zaściankowi". Troszkę tak, jakby nasi posłowie
      opuścili nagle szeregi Europarlamentu na rzecz, dajmy na to,
      obywatelstwa zostracyzmowanej IV Rzeczypospolitej. Pamiętajmy, że
      wszystko to działo się w latach przed soborem w Konstancji i przed
      Grunwaldem, że jeszcze Krzyżakom udawało się skutecznie przypinać
      Królestwu Polskiemu, Litwie i ich władcom
      łatkę "pogan", "Saracenów", "wrogów Kościoła". Łatka nie była już
      taka oczywista, przeciwnie, wielce wątpliwa (sam papież okazywał
      przecie Jagielle przyjaźń i poparcie), ale jednak okazywała się
      wciąż jeszcze w miarę skuteczna - skoro wielu rycerzy Zachodu
      pośpieszyło na krzyżackie zaproszenie, by broni swej użyć właśnie
      przeciwko Jagielle.

      A tu wyłom. Wyłom prawdziwy, dokonany zapewne w poczuciu wielkiej
      dramatyczności sytuacji, rozdarcia. Polscy "europejscy" rycerze
      porzucają dostatnie, "europejskie" życie na dworze Zygmunta, aby
      wystąpić przeciwko Krzyżakom, rycerzom Krzyża Chrystusowego. Pewno:
      wracali do swego prawowitego władcy. To nie mogło w średniowieczu
      dziwić, to sam Zygmunt rozumieć musiał. Taką wierność rozumiało się
      w średniowieczu; taka wierność wobec swego suwerena była sui generis
      obowiązkiem; ceniono ją. Mogła przysporzyć sławy, i naszym rycerzom
      istotnie sławy przysporzyła. Ale nie musiała jej przysporzyć. Rzecz
      wiązała się z ryzykiem. Nie wszyscy też je podjęli. Taki Ścibor ze
      Ściborzyc, Polak, który na dworze Zygmunta poczynił ogromną karierę,
      występował do końca wojny jako przedstawiciel tegoż i jako
      przeciwnik Jagiełły...

      Syndrom Zawiszy

      Ci rycerze w żadnym razie nie byli idealni. Nawet Zawisza,
      wzbudzający powszechny podziw. Wiemy dziś bowiem, że Zawisza Czarny
      przy wszystkich zaletach swego charakteru wcale nie stronił od
      procesów, pieniactwa i kłótni - czyli że był nieodrodnym dzieckiem
      swej epoki, pod wieloma względami niegodnym pochwał - ale jednak
      musimy przyznać, że zarówno on, jak i jego brat Farurej i inni,
      którzy zrezygnowali ze służby u Zygmunta, mieli gest. Europejsko-
      antyeuropejski. Wielki gest.

      Długosz wprost

      Na koniec tekst Długoszowy, o którym pisałem powyżej. Cytuję go w
      całości, przypominając, że nasz wielki Dziejopis zapomniał chyba o
      tym - albo o tym nie wiedział - że rycerze polscy opuścili Zygmunta
      bodaj nie w roku 1410, ale już w 1409, zaraz u początku wojny; że
      niektórzy z nich już otrzymali od króla ważne funkcje i zadania, że
      sam Zawisza Czarny w czerwcu 1410 roku nie od razu był przy
      monarsze, ale bodajże wypełniał jakieś ważne militarne misje na
      pograniczu kujawsko-krzyżackim... jak ów Brzozogłowy, któremu
      Jagiełło powierzył odzyskaną Bydgoszcz... Ale czytajmy:

      "Przebywało zaś w tym czasie wielu rycerzy polskich, przede
      wszystkim rodzeni bracia Zawisza Czarny i Jan Farurej, dziedzice
      Garbowa, herbu Sulima, Tomasz Kalski herbu Róża, Wojciech Malski
      herbu Nałęcz, Dobiesław Puchała z Węgrów herbu Wieniawa, Janusz Brzo
      [zo]głowy herbu Grzymała, Skarbek z Góry herbu Habdank, i niektórzy
      inni na dworze i na służbie króla rzymskiego i węgierskiego
      Zygmunta. Ci dowiedziawszy się, że ich władca i pan przyrodzony król
      polski Władysław przygotowuje wyprawę przeciwko Krzyżakom i że
      między jego Najjaśniejszym Majestatem a królem Zygmuntem, któremu
      służyli, wynikła zawzięta nienawiść mająca zrodzić burzę wojenną, za
      zezwoleniem króla Zygmunta, który darami i obietnicami usiłował ich
      odwieść od tego zamiaru i zatrzymać u siebie, pozostawiwszy
      wszystkie posiadłości, jakie im dał król Zygmunt na Węgrzech, za nic
      sobie mając jego względy i najwspanialsze obietnice, opuszczają go i
      przybywają do króla polskiego Władysława, by walczyć z
      nieprzyjaznymi Krzyżakami i wszelkimi innymi jego wrogami."
      Jacek Kowalski
      www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/zdrada-i-wiernosc-antyeuropejsko-europejska
      --
      "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
      faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
      Prezydent RP, listopad 2007 r.
    • JEST: czwartek 24 VI 2010 BYŁ: wtorek 24 VI 1410

      Śniadanko króla...

      Idąc za Długoszem, wiemy, że król Jagiełło „we wtorek, w dzień św.
      Jana Chrzciciela wysłuchawszy mszy w klasztorze sulejowskim i
      zjadłszy tam śniadanie” – mógł spokojnie zatrzeć ręce i być niemal
      pewnym, że wielki mistrz nie podzieli jego spokoju. Bo właśnie w
      ten „dzień św. Jana Chrzciciela wygasło zawieszenie broni”, zawarte
      jesienią...

      ...wieczerza wielkiego mistrza...

      ...i kiedy tegoż dnia w Toruniu, gdy „o zachodzie słońca... mistrz
      Ulryk siedział przy stole i ucztował z posłami króla rzymskiego
      Zygmunta, wojewodą węgierskim Mikołajem Garą i Ściborem ze Ściborzyc
      oraz wielu komturami” – na horyzoncie pokazały się łuny. To
      czterystu polskich rycerzy, zaczajonych w pobliskich lasach –

      „...podłożywszy ogień podpalają chaty położone nad brzegiem rzeki
      Wisły oraz wsie Nieszawę, Murzynów i wiele innych bardzo pięknych i
      dobrze zasiedlonych, a będących wówczas w posiadaniu Mistrza i
      Zakonu Krzyżackiego osiedli”. W ten sposób „urządzili patrzącym
      piękne, lecz przykre widowisko.”

      Nie dziwota, że „mistrza pruskiego Ulryka dotknął ten pożar bardzo
      boleśnie”. Ucierpiał wszak jego prestiż; upokorzono go w obliczu
      posłów wielkiego sojusznika. Obrócenie w perzynę zakonnych
      włości „nie [tyle] uważał... za stratę, ile za wstyd”, wypowiadając
      wobec posłów „wiele ostrych słów pod adresem króla polskiego i jego
      rycerzy, którzy dopuścili się tego występku”.

      ...i jej skutek.

      Polska dywersja, prócz naczelnej zasady: zdenerwować przeciwnika –
      miała chyba też bardzo konkretne i zbawienne (dla polskiej strony)
      efekty. Otóż przedstawiciele króla węgierskiego natychmiast
      zaproponowali wielkiemu mistrzowi, iż zaproponują polskiemu
      monarsze przedłużenie rozejmu o dni dziesięć. A wielki mistrz... z
      początku ponoć piorunował, gniewnym okiem błyskał, ale zaraz potem –
      czyżby zatrwożony perspektywą spłonięcia kolejnych pogranicznych
      wiosek? – propozycje pośredników przyjął. Panowie węgierscy udali
      się więc w stronę, w której spodziewali się znaleźć króla Jagiełłę.

      Co do mnie, nie wierzę jednak, aby wielki mistrz czynił cokolwiek z
      bojaźni. Propozycja rozejmu była skalkulowana. Inna rzecz – że tym
      razem: przekalkulowana...
      Jacek Kowalski
      www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/wieczerza-i-sniadanko-czyli-miedzy-ustami-a-brzegiem-pucharu
      --
      "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
      faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
      Prezydent RP, listopad 2007 r.
    • JEST: piątek 25 VI 2010 BYŁA: środa 25 VI 1410

      Poselstwo

      Jak pamiętamy, po spożyciu spokojnego śniadanka w Sulejowie (w dniu
      św. Jana Chrzciciela, kiedy to wygasało zawieszenie broni z
      Krzyżakami), Jagiełło - "...przybył do miasta Wolborza",
      gdzie "zatrzymał się przez trzy dni na ciągłych rozmowach z
      doradcami". Przebywał tu zatem od 24 do 26 czerwca. Jednocześnie z
      Torunia jechali owi przedstawiciele króla węgierskiego, aby pod
      wpływem płonących, pogranicznych wiosek krzyżackich przedstawić
      królowi propozycję przedłużenia rozejmu. Przybyli do Wolborza albo
      25, albo dopiero 26 czerwca, a relacjonując sprawę przedłużenia
      rozejmu o dziesięć dni, to jest do 4 lipca, prosili króla, "aby
      polecił go przestrzegać i nie pozwalał teraz pustoszyć lub najeżdżać
      ziem wrogów".

      Pożytki z tegoż...

      Król zaś "...zgodził się na to zawieszenie broni. Było ono bowiem
      bardzo pożyteczne dla niego i jego planów, ponieważ w ciągu
      zawieszenia broni mogły się zgromadzić i dotrzeć do ziem krzyżackich
      wojska jego Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego."

      ...i zagrożenia

      Z opisu Długosza wnioskujemy, że wielki mistrz popełnił wielkie
      zaniedbanie. Nie przygotował żadnej akcji na dzień, w którym upływał
      rozejm... co uczynił za to król polski. A z kolei, gdy wielki mistrz
      zobaczył, że płoną wioski zakonu - poprosił o rozejmu tego
      przedłużenie. Czy tak postępuje wódz wielkiego mocarstwa? Ale może
      Długosz przesadza, my zaś mylimy w domysłach. Sądzić należy, że
      wielki mistrz na coś liczył. Na coś ważnego. Nie chciał uderzać
      pierwszy, bo czekał na przeciwnika na swojej ziemi... i pewnie
      chciał czekać w spokoju... ale chciał wiedzieć, co się dzieje w
      obozie przeciwnika. A co się działo? Ciąg dalszy nastąpi.
      Jacek Kowalski
      www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/rachuby-wielkiego-mistrza
      --
      Śmierć jednego Lacha to metr wolnej Ukrainy. Albo będzie Ukraina,
      albo lechicka krew po kolana. Polaków w pień wyciąć.
      (Roman Szuchewycz, juszczenkowski "bohater Ukrainy")
    • JEST: sobota 26 VI 2010 BYŁ: czwartek 26 VI 2010

      Poselskie przybycie

      Skończyliśmy na tym, jak to król był trzy dni w Wolborzu i
      jak "przybyli do jego Najjaśniejszego Majestatu posłowie panów
      węgierskich Mikołaja Gara i Ścibora ze Ściborzyc" z wiadomością o
      przedłużeniu rozejmu. Myślę, że stało się to raczej we środę 25, bo
      potem to już pozostawał tylko ranek 26. Ale też co najmniej półtora
      dnia musiało upłynąć, żeby spieszący się jeźdźcy dotarli z Torunia
      do Wolborza. W Wolborzu mieli co oglądać i na pewno chcieli to
      oglądać, i na pewno im to oglądanie zlecono.

      Poselskie widoki

      Otóż w Wolborzu -
      "...zgodnie z nakazem króla byli już niektórzy prałaci i doradcy i
      niemal cała siła wojska polskiego z wyjątkiem wojsk i rycerzy
      wielkopolskich, którzy wyszli królowi naprzeciw dopiero nad Wisłą.
      Był tam również baron czeski Sokół z innymi obcymi rycerzami
      najętymi na żołd. Zebrały się również podwody żywności, czterokonne
      zaprzęgi do dział i reszta sprzętu wojennego."

      I odjazd

      Jak tylko posłowie zobaczyli, co i jak, i powiedzieli królowi, co i
      jak - byli świadkami zmiany sytuacji. Bo we czwartek 26 czerwca
      rano "król polski Władysław rusza po śniadaniu z Wolborza z
      oddziałami i zastępami swoich wojsk. Pierwszy postój urządził w
      Lubochni..."

      Tak więc posłowie byli chyba przekonani, że wyprzedzają królewskie
      wojsko, które lada chwila, czyli za parę dni pojawi się na pomorsko-
      kujawskiej granicy. Na pewno też zdali wielkiemu mistrzowi sprawę z
      liczby rycerstwa i stanu ducha Jagiełły...

      Fałszywe kalkulacje

      ... a wielki mistrz na pewno spodziewał się, że przeciwnik chce go
      zmylić - ale nie wiedział jeszcze, gdzie tkwi zmyłka. Relacja posłów
      musiała go upewnić co do jednego - że król się zbliża... a jeśli
      nawet sprawia wrażenie, że się oddala, to dla zmyłki...
      Tymczasem, o dziwo! Przeciwnik miał się oddalać naprawdę!
      Jacek Kowalski
      www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/widoki-i-zmylki
      --
      Przyjrzyjcie się mi, bo patrzycie na Łukaszenkę.
      (Jarosław Kaczyński, prezes IV RP)
    • JEST: niedziela 27 VI 2010 BYŁ: piątek 27 VI 1410

      Kolejny postój

      Wieczorem drugiego dnia marszu wojsk królewskich Jagiełło
      zarządził "w piątek w Wysokienicach", czyli nieco na zachód od Rawy
      Mazowieckiej. Ale nie w samej Rawie! No i przy okazji zauważyć
      trzeba, że właśnie: na trasie marszu, którą prześledzimy w tym i
      następnym miesiącu, nie napotkamy absolutnie ŻADNEGO większego
      miasta (no chyba, że będzie to oblegane miasto nieprzyjacielskie,
      ale to co innego). Dlaczego?

      Zasady

      Król Jagiełło i jego dowódcy byli doświadczeni w organizowaniu
      podróży wielkich ludzkich gromad. Sam nasz monarcha - jak chyba
      żaden z pozostałych środkowoeuropejskich władców - podróżował po
      Polsce i Litwie nieustannie; do tego stopnia, że w Krakowie bywał
      rzadko i krótko.
      W jego orszaku niemal zawsze znajdowali się, prócz pokojowców -
      pracownicy kancelarii, potrzebni do wydawania dokumentów. Pod tym
      względem Jagiełło utrzymywał absolutną niezależność od stolicy.
      Poruszał się zawsze otoczony konną eskortą dostojnych panów i
      rycerzy, czy to dosiadając konia, czy w powozie. W okresie pokoju
      jego orszak zatrzymywał się w miastach. Ale wojna rządziła się
      innymi prawami, bo oznaczała przemieszczanie znacznie liczniejszych
      ludzkich rzesz.
      Otóż od czasów Kazimierza Wielkiego znano regułę, która nawet
      została później przez Jagiełłę potwierdzona specjalnym edyktem,
      wydanym w Lublinie w roku 1432. Odpowiedni fragment tego dokumentu
      (w staropolskim przekładzie Herburta z 1570 roku) nakazuje, aby:
      "...obywatele koronni ciągnący na wojnę, ktorymkolwiek imieniemby je
      zwano, nigdy w mieściech, w miasteczkach, we wsiach, w folwarcech i
      innych dobrach kościelnych i klasztornych, i świeckich (które
      budowania mają), ale na polach i w chrościech stawali..."

      Przyczyny oczywiste wczoraj i dziś

      Taka zasada nikogo szczególnie nie dziwiła, toteż ówcześni
      kronikarze nie poświęcają zbyt wiele uwagi przyczynom jej
      stosowania. Podobnie jak często pomijają w swoich relacjach osoby
      drugiej i trzeciej rangi oraz zjawiska naturalne, oczywiste dla
      żyjących podówczas. Dla nas - niby mniej. Ale i dziś wystarczy
      zajechać - właśnie - na teren obecnego rycerskiego obozowiska pod
      Grunwaldem, czy też dołączyć do częstochowskiej pielgrzymki, aby
      uświadomić sobie problemy, jakim stawiać musieli czoło
      kwatermistrzowie Jagiełły. No i mieszkańcy okolic, przez które
      potężna armia się przemieszczała.
      Dziś zgromadzenie miliona czy kilkudziesięciu tysięcy ludzi z
      jakiejś okazji w jednym miejscu trwa dzień lub nawet krócej.
      Nowoczesne środki lokomocji pozwalają na luksus błyskawicznego
      ześrodkowania i rozśrodkowania tłumów. A i tak potrzeba
      specjalnej "mobilizacji" służb i dostarczenia wielkiej liczby
      tojtojów.
      Wówczas tojtojów nie było. Jeden dzień stacjonowania armii oznaczał
      potencjalne zagrożenie rabunkami, gwałtami, dokonywanymi przez
      maruderów; nadto określoną liczbę ludzkiego nawozu oraz uryny,
      pozostawionych wokół miejsca postoju. Jeśli postój się przedłużał,
      natychmiast pojawiało się zagrożenie epidemią. Druga rzecz - to
      fakt "oczyszczania" okolicy przez armię z zapasów żywności. Nie
      darmo król postarał się o odpowiednie zabezpieczenie wojska w solone
      mięso - gromadzono je od zimy, kiedy to odbyły się ogromne łowy na
      dzikiego zwierza.
      Właśnie z tych wszystkich przyczyn Jagiełło nie nakazał postoju w
      Rawie, tylko w Wysokienicach... a potem także szedł opłotkami.
      Jacek Kowalski
      www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/wysokienice-czyli-wedrowka-oplotkami
      • JEST: poniedziałek 28 VI 2010 BYŁA: sobota 28 VI 1410

        Ryby i arcybiskup

        Wpierw czytanie z Długosza:
        „...w sobotę przybył do arcybiskupiej kopalni rudy żelaznej i do
        wielkiego stawu rybnego zwanego Sejmice [dziś – Samice, kilka
        kilometrów na wschód od Skierniewic; przyp. JK]. Tam piorun zabił
        kilka koni i jednego człowieka, a drugiego pozostawił pół żywego.
        Misę w namiocie rycerza Dobiesława z Oleśnicy pełną gotowanych ryb
        zniszczył doszczętnie w obecności wielkiej liczby spożywających
        posiłek przy stole, nikomu jednak z biesiadujących nic złego nie
        zrobił”.
        Król skorzystał z gościnności arcybiskupa. Nie było piątku, a
        spożywano ryby, bo były łatwo dostępne – pochodziły pewnie z
        miejscowego stawu rybnego. Bodaj za zezwoleniem właściciela. Bo
        trudno pomyśleć, że zaraz tak na początku wojny obrabowano z ryb
        własnego arcybiskupa. Logiczne.

        Po co o tym pisać – po raz pierwszy

        Na pierwszy rzut oka Długosz zanotował wydarzenie raczej sensacyjne
        niż ważne. Dlaczego je zanotował? Bo było w zwyczaju kronikarzy
        mieszać wydarzenia takie i takie. Zanotował to uderzenie pioruna
        nawet jakby wbrew sobie, bo przecież pisząc o wielkiej wojnie z
        Zakonem cały czas mnożył zjawiska nadnaturalne świadczące o
        przychylności niebios wobec Jagiełły i Polaków. Tymczasem uderzenie
        pioruna to w kontekście królewskiej osoby zła konotacja. Kiedy
        indziej, gdy piorun uderzył bezpośrednio w Jagiełłę (pod Tulcami w
        roku 1419)... sam król zinterpretował rzecz jako karę za grzechy. A
        Długosz ciągnął domysły, o co Panu Bogu mogło wtedy chodzić. Tu
        piorun uznany został chyba raczej za ciekawostkę niż znak z niebios.

        Po co o tym pisać – po raz drugi

        Ostatnie więc pytanie – skąd Długosz o tym drobnym, acz sensacyjnym
        wydarzeniu wiedział? Tu wkraczamy w tajniki warsztatu naszego
        dziejopisa. Otóż wydarzenie, jakie miało miejsce w namiocie
        Dobiesława z Oleśnicy, czyni wiele kart kroniki wiarygodnymi w
        naszych oczach. Każe wierzyć, że Długosz korzystał z kwerendy
        przeprowadzonej u bezpośrednich świadków.
        Zresztą takich miejsc, o których można powiedzieć: „z relacji
        naocznego świadka” – jest w kronice sporo. Często można nawet z dużą
        dozą prawdopodobieństwa określić, z czyich ust taka relacja,
        wykorzystana w kronice, pochodziła. Tu rzecz wydaje się prosta.
        Dobiesław z Oleśnicy był stryjem Zbigniewa Oleśnickiego, który też w
        wyprawie grunwaldzkiej uczestniczył – jako młody sekretarz
        królewski. Może zatem nawet sam był w namiocie Dobiesława. Ów
        Zbigniew, to przyszły biskup krakowski, czyli bezpośredni przełożony
        i mecenas Długosza...
        Możemy sobie wyobrazić wieczory przy piecu czy kominie, podczas
        których biskup opowiadał i wspominał rzeczy ważne i mniej ważne, a
        słuchacze słuchali zapewne wszystkiego z ogromną uwagą i z wypiekami
        na twarzy, chłonąc jednakowo opowieść o rybach, spalonych przez
        piorun, jak i o posłach wielkiego księcia Witolda, którzy właśnie
        zbliżali się do królewskiego wojska...
        Ale to należy do dnia następnego.
        Jacek Kowalski
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/swiadectwo-ryb
        --
        Przyjrzyjcie się mi, bo patrzycie na Łukaszenkę.
        (Jarosław Kaczyński, prezes IV RP)
      • JEST: wtorek 29 VI 2010 BYŁA: niedziela 29 VI 1410

        Długosz

        Długosz pisze, że król Jagiełło, wędrując ze swoją armią, "w
        niedzielę w uroczystość św. Apostołów Piotra i Pawła doszedł do wsi
        biskupa poznańskiego Kozłów, położonej nad rzeką Bzurą".

        Święci Piotr i Paweł.

        Tych świętych patronów dnia, jako najważniejszych założycieli całego
        Kościoła - rzecz jasna po Synu Bożym i Jego Matce - dość często
        obierano na patronów diecezji nowych, zwłaszcza powstających na
        surowym korzeniu, w pogańskiej ziemi. Tak właśnie stało się z
        diecezją poznańską - być może (pewności, wbrew pozorom, nie ma!)
        najstarszą spośród diecezji polskich. To szczególny zbieg
        okoliczności, że ten właśnie dzień patronów poznańskiej katedry
        przyszło Jagielle spędzać w ważnej rezydencji poznańskich biskupów,
        w mazowieckiej części ich biskupstwa (przypomnijmy: należała do
        niego duża partia Mazowsza, wraz z Warszawą i Czerskiem).

        Kozłów, specyfikacja

        Tak więc Jagiełło z pewnością spędził ten dzień wygodnie. Kozłów -
        zwany Kozłowem Biskupim - został podarowany biskupowi poznańskiemu
        Boguchwałowi II przez księcia Ziemowita w połowie XIII stulecia.
        Znajdował się tu luksusowy dwór, często odwiedzany przez hierarchów
        i bez wątpienia często modernizowany. W tutejszym zaś kościele
        odbywały się niejednokrotnie ważne diecezjalne uroczystości. Na
        przykład w roku 1253 wyświęcono w kozłowskim kościele biskupa
        poznańskiego Piotra i misyjnego biskupa Litwy, dominikanina Wita. Co
        prawda późnogotycką, murowaną z cegieł świątynię - zachowaną do
        dziś - wzniesiono tu dopiero w kilka dziesiątków lat po Wielkiej
        Wojnie. Wcześniejsza była albo drewniana, albo też - kto wie, może
        kamienna, romańska?

        Posłowie słabszej strony

        Ciekawe, że to właśnie w Kozłowie, w miejscu niegdysiejszego
        wyświęcenia apostoła Litwy, Jagiełło przyjął poselstwo swego
        stryjecznego brata, wielkiego księcia Litwy Witolda. Brat prosił o
        pomoc. Jego poseł -
        "...donosił, że książę Aleksander [Witold] nadszedł z wojskami
        własnymi i Tatarów nad rzekę Narew i prosił króla, by przysłał na
        jego spotkanie jako eskortę kilka chorągwi wojsk polskich. Lęk przed
        wrogami wstrzymywał go bowiem przed posunięciem się poza Narew. Król
        polski Władysław posłał mu natychmiast dwanaście chorągwi rycerzy
        polskich..."
        Czy armia Witolda rzeczywiście aż tak musiała się obawiać Krzyżaków?
        Czy to nie nadmierna złośliwość Długosza? Jak wiemy, Litwini
        niejednokrotnie potrafili dać Krzyżakom łupnia. Ale byli faktycznie
        słabiej uzbrojeni, jak na starcie wprost, w polu, w otwartej bitwie.
        Wiemy też, że mistrz Ulryk doskonale zdawał sobie sprawę z marszu
        Witoldowych wojsk ku granicom swego państwa, nad Narew... Mógł więc
        swoją wiedzę wykorzystać. Ale o tym jutro.
        Jacek Kowalski
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/dostojny-popas
        --
        "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
        faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
        Prezydent RP, listopad 2007 r.
        • liberum_veto napisał:
          Litwini potrafili dać Krzyżakom łupnia...
          Mam tu poważne wątpliwości, zwłaszcza w świetle wydarzeń z 1383-1384:

          "Na początku września Krzyżacy i Witold przejęli na krótko kontrolę
          na Trokami i bez sukcesu zaatakowali Wilno[14]. 21 października 1383
          roku w Tapiawie (ob.Gwardiejsk) w skromnej ceremonii Witold został
          ochrzczony w wierze katolickiej, otrzymując imię Wiganda
          (lit.:Wigandas) po swym ojcu chrzestnym Wigandzie, komturze Ragnety
          [17]. Witold otrzymał Nowy Marienburg, zamek na rzece Niemen,
          niedaleko ujścia Dubissy, gdzie połączył się ze swoją rodziną i
          zwolennikami, wygnanymi ze swoich dóbr przez Jagiełłę[18]. Dotyczyło
          to również jego brata Towtwiła Kiejstutowicza. Witold spróbował
          również uzyskać poparcie ze strony Żmudzinów. 30 stycznia 1384 roku
          Witold podpisał Traktat w Królewcu, w którym przyrzekł zostać
          wasalem Zakonu i scedować część Żmudzi na rzecz Zakonu Krzyżackiego,
          aż do rzeki Niewiaża, wliczając Kowno[17]. W maju 1384 roku Krzyżacy
          zaczęli budować nową fortecę w Kownie, nazwaną Neue Marienwerder
          [18]. 14 czerwca 1384 roku Witold odnowił przyrzeczenia, dane w
          styczniu w Królewcu, w tymże nowo zbudowanym zamku"

          pl.wikipedia.org/wiki/Litewska_wojna_domowa_(1381-1384)
          • Te pojęcia zmieniały się historycznie. Ówcześni Żmudzini to w dużej
            mierze współcześni Litwini, a ówcześni Litwini to często dzisiejsi
            Białorusini. Wielkie Księstwo Litewskie obejmowało głównie obecne
            ziemie białoruskie. Tak samo dość rozbieżne są interpretacje wkładu
            poszczególnych narodów w zwycięstwo pod Grunwaldem.
            www.wolnapolska.pl/index.php/polacy-litwini-i-biaorusini-znowu-wspolnie-pod-grunwaldem.html
            Polacy, Litwini i (Biało)Rusini znowu wspólnie pod Grunwaldem?
            piątek, 10 lipca 2009
            Litwini chcą wspólnie z Polakami i Białorusinami świętować za rok
            sześćsetną rocznicę bitwy pod Grunwaldem. Czy do tego czasu
            wypracowana zostanie spójna interpretacja wielkiego zwycięstwa nad
            Krzyżakami?
            - Proponuję, aby w następnym roku razem obchodzić 600-lecie bitwy
            grunwaldzkiej – powiedział litewski ambasador w Mińsku Edminas
            Bagdonas. I nie są to słowa bez pokrycia. W przeciwieństwie do
            Polaków, Wilno przygotowuje się już do obchodów. I chce je
            koordynować.
            Litwini, Białorusini i Polacy różnie inerpretują znaczenie bitwy pod
            Grunwaldem. Polscy i litewscy historycy spierają się o udział sił
            Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz Królestwa Polskiego w
            zwycięstwie. Tymczasem Białorusini podkreślają ich wkład w wynik
            walk. Akcentują też odrębność swoich przodków zamieszkujących
            wówczas ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego od tych Rusinów,
            którzy żyli na obszarze dzisiejszej Rosji. Dla Litwinów bitwa pod
            Grunwaldem stanowi bardzo ważną część narodowego etosu. Po bitwie
            swoje nazwy (po litewsku Žalgiris, czyli Zielone Pole) noszą
            litewskie ulice, statki i kluby sportowe, w tym także czołowe kluby
            z Wilna i Kowna.
            Jednak bitwa pod Grunwaldem ważna jest jedynie dla białoruskiej
            opozycji. - Dla władzy najważniejsza jest ideologia „łukaszyzmu”
            zbudowana na sukcesach samego Aleksandra Łukaszenki oraz
            zwycięstwach sowieckich żołnierzy i partyzantów z czasów drugiej
            wojny światowej – uważa wiceprzewodniczący konserwatywnego
            Białoruskiego Frontu Narodowego, Wincuk Wiaczorka. Polskie
            Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego planuje przygotować
            program obchodów 600-lecia bitwy. Na pewno odbędzie się
            rekonstrukcja walki na grunwaldzkich polach. Bitwa pod Grunwaldem
            odbyła się 15 lipca 1410 roku. Zmierzyły się w niej wojska
            krzyżackie, wspierane przez gości Zakonu z Europy Zachodniej, z
            wojskami Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego,
            którym pomagały posiłki m.in. ruskie, czeskie i tatarskie. Była to
            jedna z największych bitew w średniowiecznej Europie.
            --
            Przyjrzyjcie się mi, bo patrzycie na Łukaszenkę.
            (Jarosław Kaczyński, prezes IV RP)
      • JEST: środa 30 VI 2010 BYŁ: poniedziałek 30 VI 1410

        Przeprawa

        Najpierw Długosz:
        „W poniedziałek, nazajutrz po św. Piotrze i Pawle, król Władysław,
        wyruszywszy ze wsi Kozłów, przybył nad Wisłę w okolicy klasztoru w
        Czerwińsku, do miejsca, w którym ustawiony był most sporządzony
        [wcześniej] w Kozienicach i w dniu tym król przeprawił się przez
        most i rzekę, a całe wojsko królewskie szło za nim w ustalonym
        porządku z czterokonnymi wozami, z mnóstwem armat, masą żywności i
        innych bagaży [...]A przy wejściu na most król Władysław umieścił
        najlepszy oddział rycerzy, by zapobiegali tłoczeniu się i
        zamieszaniu wśród wchodzących.”

        Punkty zdobyte przez Polaków i Litwinów

        Teraz komentarz. Brawo. Przeprawy przez wszelakie przeszkody to dla
        każdej armii punkty krytyczne. Wielokrotnie zdarzało się w dziejach,
        że świetnie przygotowana do walki armia „padła” zaskoczona podczas
        przechodzenia rzeki. Tu zaś Jagielle, Witoldowi i Mikołajowi Trąbie
        udało się połączyć: A) sprawność techniczną rzemieślników (wykonanie
        i zmontowanie mostu pontonowego długości około pięciuset metrów) z:
        B) sprawnością organizacyjną (przekroczenie rzeki w odpowiednim
        porządku, po moście zmontowanym w odpowiednim czasie) oraz z: C)
        elementem zaskoczenia (Ulryk raczej nie wiedział o sposobie i
        miejscu przeprawy wojsk; co jeszcze będziemy tu roztrząsać)

        Obóz, zgromadzenie i połączenie wojsk

        Długosz drugi raz:
        „Już bowiem zgromadziła się tutaj nie tylko cała potęga wojska
        polskiego, ale i dwaj książęta mazowieccy Janusz i Siemowit ze
        swoimi wojskami, a także najemni rycerze. Po przeprawieniu się przez
        Wisłę mostem na łodziach, król polski Władysław rozbija obóz na
        drugim brzegu tejże rzeki Wisły. Tego samego dnia przybył do niego
        wielki książę litewski Aleksander ze swoimi wojskami i chanem
        tatarskim mającym ze sobą tylko trzystu Tatarów. Król polski wyszedł
        mu naprzeciw ćwierć mili z orszakiem książąt i swoich rycerzy, a
        przyjąwszy go życzliwie, zaprowadził do miejsca, gdzie znajdował się
        obóz. Król Władysław i książę Aleksander urządzili w tym miejscu
        trzydniowy postój, dopóki nie przybyło całe wojsko ze wszystkich
        ziem podległych Królestwu Polskiemu i nie przeprawiło się przez most
        i rzekę.”

        Punkty ujemne czyli straty Krzyżaków

        Ostateczne połączenie sił to pierwszy „moment krytyczny” wojsk
        maszerujących na Prusy. Gdyby wielki mistrz zrozumiał sytuację,
        usiłowałby za wszelką cenę zapobiec wejściu Jagiełły w głąb własnego
        terytorium, atakując jako pierwszy i zapobiegając zsumowaniu się aż
        tylu oddziałów pod komendą polskiego króla, tudzież odpowiednio
        ubezpieczając zamki na zagrożonych odcinkach. Ale tego nie uczynił.
        Dlaczego?
        Chyba naprawdę przez myśl mu nie przeszło, że Polacy mogą odważyć
        się na zagrywkę „wabank”. Długo sądził, że celem Jagiełły jest co
        najwyżej Pomorze, albo po prostu Ziemia Dobrzyńska, świeżo zdobyta
        przez Zakon podczas kampanii 1409 roku. Nie przewidział, że świadomy
        swej przewagi przeciwnik będzie konsekwentnie dążył do uderzenia w
        samo serce, czyli w Malbork, w trzewia zakonnego państwa. Po to, aby
        Zakon musiał przyjąć walną bitwę na własnym terytorium. O ile wyniku
        takowej bitwy nikt nie był w stanie przewidzieć na sto procent, to
        jednak choćby sama liczebna przewaga polsko-litewskiej armii była
        oczywista. I mówiła sama za siebie.
        A mimo to Ulryk i Krzyżacy okazali się niewzruszeni. Dopiero po
        Grunwaldzie tudzież po Koronowie zaczęli „kombinować” inaczej i
        skuteczniej – broniąc twierdz, a nie usiłując wydzierżyć polskiemu
        rycerstwu w polu. Na razie jednak nienakłuta wciąż, nadęta pycha
        Zakonu i jego włodarza, tak dobitnie podkreślana przez Długosza,
        pchała Niemców ku zagładzie. Zaiste, chyba ona była tu winna.

        Paralele

        Niesamowite, jak zjawisko to powtarza się w dziejach wszystkich
        wielkich mocarstw, którym zdaje się, że są u szczytu powodzenia i
        nikt nie jest im w stanie zagrozić. Takie zadufanie we własne,
        niezwyciężone siły – rodziło niemal zawsze nieuchronną klęskę. A
        zatem: zagładę armii polskiej podczas powstania Chmielnickiego;
        zagładę armii pruskiej podczas kampanii Napoleona w 1806 roku;
        zagładę armii francuskiej podczas wojny z Prusami w roku 1870. Amen.
        Jacek Kowalski
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/punkt-krytyczny
        --
        "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
        faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
        Prezydent RP, listopad 2007 r.
      • JEST: czwartek 1 VII 2010 BYŁ: wtorek 1 VII 1410

        Ulryk, Jagiełło, Witold i agenci

        W momencie, gdy poseł Witolda podążał na powrót ku swemu panu - na
        przełomie czerwca i lipca - wielki mistrz Ulryk sądził, czy raczej
        już wiedział, że wojsko litewskie stało nad Narwią, co zresztą
        odpowiadało prawdzie (ale tylko do czasu!). Najwidoczniej zadziałały
        tajne służby informacyjne i zwiadowcy. Czy jednak agenci informowali
        Ulryka uczciwie? Zdaje się, że nie przekazali (a zatem nie zdobyli)
        informacji o tym, gdzie nastąpi połączenie sił polsko-litewskich.
        Jak widać, informacji tej skutecznie strzeżono. Może zresztą nikt
        jej tak naprawdę, prócz króla, wielkiego księcia i podkanclerzego,
        nie znał? W każdym razie mistrz w otrzymane informacje o połączeniu
        sił polsko-litewskich publicznie zwątpił, powołując się na odmienne
        doniesienia swoich "zwiadowców".
        Było to w kilka dni po wizycie Witoldowego posła w Kozłowie (gdzie,
        jak pamiętamy, Jagiełło popasał w niedzielę 29 czerwca). Ulryk
        ujawnił swą wiedzę w Toruniu, wobec dyplomatów króla Zygmunta
        Luksemburczyka. "Zdradził się" wobec nich, albo może celowo
        wypowiedział się przy nich, iżby "wiedziano, że nie wie". Otóż
        panowie wysłali do Jagiełły posła, Dobiesława Skoraczowskiego, który
        widział pod Czerwińskiem przeprawę wojsk polskich i stojące już nad
        brzegiem Wisły wojska litewskie. Mistrz wysłuchał jego rewelacji, po
        czym "zaśmiawszy się wzgardliwie" miał stwierdzić, że to wszystko
        nieprawda, bo jego "najwierniejsi zwiadowcy" dowiedzieli się,
        iż "Witold przebywa nad rzeką Narwią i nie śmie jej przekroczyć",
        oraz że w jego litewskim wojsku - o którym poseł węgierski
        twierdził, że jest świetnie uzbrojone - "można by było znaleźć
        więcej ludzi do łyżki niż do zbroi".

        Jakość agentów contra uprzedzenia Ulryka

        Czy wielki mistrz wierzył w to, co mówił? Można by równie dobrze
        założyć, że świadomie kłamał. Rozważmy: możliwe, że "zwiadowcy"
        donosili Ulrykowi aktualną prawdę, ale Ulryk chciał, aby ktoś
        doniósł Jagielle, że jest niezorientowany w Jagiełłowych planach i
        marszrutach. To niewykluczone. Jednak jeszcze bardziej
        niewykluczone, że Ulryk powiedział, co wiedział. Bo rzeczywistość
        wkrótce wykazała, że Jagiełło naprawdę zaskoczył go swoim
        pojawieniem się w Prusach. A zatem Ulryk raczej faktycznie uważał,
        że to poseł panów węgierskich Dobiesław Skoraczowski (zresztą Polak
        rodem) pragnie go zmylić. W czym się omylił.
        Jacek Kowalski
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/pojedynek-tajnych-sluzb
        --
        Przyjrzyjcie się mi, bo patrzycie na Łukaszenkę.
        (Jarosław Kaczyński, prezes IV RP)
      • JEST: piątek 2 VII 2010, BYŁA: środa 2 VII 1410

        Święto

        Władcy Polski i Litwy oraz ich wojsko stali w nadwiślańskim obozie
        pod Czerwińskiem aż trzy dni, czekając, aż wszyscy koroniarze się
        przeprawią. Na prawym brzegu rzeki znajduje się tu bardzo szacowny,
        dwunastowiecznej proweniencji klasztor, wówczas siedziba kanoników
        regularnych. Długosz pisze:
        "A w ciągu tych trzech dni, które król Władysław i książę Aleksander
        spędzili nad rzeką Wisłą, obydwaj ze swoimi panami i rycerstwem
        obchodzili święto Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, które
        przypadło na środę, w klasztorze w Czerwińsku."

        Kazanie

        Długosz dalej:
        "Zaś biskup Jakub po uroczystej mszy świętej, jako pasterz tej
        diecezji, miał do całego wojska, które w bardzo wielkiej liczbie
        zgromadziło się w świątyni, kazanie po polsku. Rozprawiając bardzo
        wiele na temat wojny sprawiedliwej i niesprawiedliwej - jako że był
        to człowiek niezwykle wykształcony, mający dar wymowy - wieloma
        jasnymi dowodami wykazał, że wojna podjęta przez króla z Krzyżakami
        jest jak najbardziej słuszna. Dziwnym darem przekonywania zapalił
        serca wszystkich słuchających rycerzy do obrony Królestwa i ojczyzny
        i do podjęcia mężnie walki z wrogiem."

        Kto?

        Kazanie głosił biskup płocki Jakub z Korzkwi Kurdwanowski, doktor
        dekretów. To znaczy wybitnie obznajmiony z tajnikami prawa
        kanonicznego absolwent wyższych studiów; mało było takich. Z drugiej
        strony - wykształcenie miał w pewnym sensie typowe. W tamtych
        czasach najlepiej wykształceni duchowni byli często właśnie znawcami
        kościelnego prawa. I zdaje się, że właśnie to wykształcenie
        pozwoliło biskupowi na skomponowanie kazania o wojnie sprawiedliwej
        i niesprawiedliwej.

        Po co?

        Czy jednak kazanie biskupa Jakuba - zapyta czytelnik - nie było
        przez przypadek gadaniem rzeczy oczywistych, potwierdzeniem faktów
        znanych powszechnie, mieleniem słów, czczą retoryką? Przecież
        wiadomo było i jest wiadomo, że Krzyżaka bić należy i basta. Po co
        nam do tego jeszcze jakaś specjalna filozofia?
        Otóż jednak nie. Wszak jeszcze ćwierć wieku wcześniej synonimem
        wroga był dla Polaka raczej Litwin niż Krzyżak. I to synonimem wroga
        niezwykle groźnego. Pamiętano o tym zwłaszcza w miejscu wygłoszenia
        kazania - czyli na Mazowszu, które wielekroć padało ofiarą krwawych,
        pogańskich najazdów litewskich. Natomiast granica z państwem
        krzyżackim była raczej spokojna. Krzyżacy przez pół wieku od
        zawarcia pokoju kaliskiego byli raczej przyjaciółmi Królestwa, a
        polscy rycerze zasilali krzyżackie rejzy, mające podbić i nawrócić
        pogańską Litwę. Naturalnie, stosunek Polski do Litwy i Litwy do
        Polski oraz Polski do Krzyżaków i z wzajemnością zmienił się po roku
        1385, od unii w Krewie. Ćwierć wieku (1385-1410) to dość, aby
        zapomnieć o krwawych waśniach z Litwą. Ale w tym samym czasie nie
        nastąpiły też jakieś specjalne krwawe, miejscowe starcia z
        Krzyżakami, nie licząc starć z udziałem niektórych rycerzy polskich
        wspomagających Litwinów pod Wilnem, czy na Żmudzi.
        Jeśli konflikt z Krzyżakami wówczas narastał, to raczej na drodze
        dyplomatycznej. Narastał w oczach polskiej opinii publicznej, a nie
        w "krwawych faktach". Można nawet zaryzykować twierdzenie, że strona
        polska w stosunkach z Zakonem stawiała niekiedy sprawy na ostrzu
        noża specjalnie - żeby podsycić antykrzyżackie nastroje. Na papierze
        i w gębie, a nie na ubitej ziemi. Dużo było w tym dbałości o interes
        Litwy - naszego głównego sojusznika, który rzeczywiście prowadził z
        Krzyżakami walkę na śmierć i życie. U nas trzeba było przypominać o
        ziemiach zagarniętych Królestwu przez Krzyżaków jeszcze za Łokietka.

        Przyczyny wojny sprawiedliwej

        Tak więc w wymiarze bezpośrednim to działania strony polskiej na
        rzecz Litwy, a nie wrogi stosunek Zakonu do Polski doprowadziły do
        tego, że Krzyżacy Polsce wojnę wypowiedzieli. Stało się tak, a nie
        na odwrót w zasadzie właśnie na skutek zabiegów polskiej dyplomacji.
        Bo Jagiełło CHCIAŁ, żeby wypowiedziano nam wojnę - a nie żeby on tę
        wojnę w końcu wypowiedział. W takiej sytuacji można się było bowiem
        określić jako strona napadnięta. I Jagiełło stale się na to
        powoływał, stale o tym mówił. "Ty wiesz, Panie, żem ciągnął na
        zgodę"... "I wojna ta za mym żalem, | Świadczę Tobą, Bogiem samem" -
        za Długoszem i za "Kroniką konfliktu" powiada król w "Pieśni o
        bitwie pod Grunwaldem". Nie mógł inaczej. Wojna sprawiedliwa nie
        powinna być wojną, którą się samemu wypowiada - lecz wojną, do
        której się jest zmuszonym. Tu, trzeba przyznać, Krzyżacy się
        całkowicie podłożyli. Zadufali sobie za bardzo. Pycha, pycha,
        pycha!... Główna z najgłówniejszych przywar, która ściąga wszystkie
        inne...

        Sprawiedliwość względna jest

        A przecież wiadomo było jednak, że pierwsze słowa o wojnie polsko-
        krzyżackiej padły z ust polskich. Podczas wizyty arcybiskupa
        Kurowskiego w Malborku w roku 1409 miał on rzec, że jeśli wielki
        mistrz najedzie Litwę, to Jagiełło najedzie Prusy. W odpowiedzi
        Ulryk zapowiedział bezpośredni atak na Polskę. Kilka lat później,
        gdy Kurowskiemu już się zmarło, Jagiełło twierdził, że arcybiskup
        przekroczył swoje uprawnienia... ale nikt już nie mógł tego
        sprawdzić.
        Powie ktoś - no dobrze, przecież Litwa była w unii z Polską, więc
        wielki mistrz powinien to wszystko wiedzieć bez słów Kurowskiego:
        winien spodziewać się, że atak na Litwę to atak na Polskę. Sęk w
        tym, że Krzyżacy wadzili się z Litwą w zasadzie "o swoje" i byli ,
        jak się to mówi, "w prawie". Upominali się o Żmudź, która wedle
        prawa międzynarodowego została im przekazana lege artis przez
        Witolda! Stało się to wówczas, gdy Witold potrzebował pomocy Zakonu
        przeciwko Jagielle. Tak, tak, Witold sam oddał tę prowincję
        Krzyżakom w zamian za pomoc i potwierdził ową transakcję
        odpowiednimi dokumentami! Ale potem pogodził się z Jagiełłą, czyli
        odwrócił sojusze - no i postanowił Żmudź Krzyżakom odebrać. A kto
        daje i odbiera...

        Przyczyny zaciętości

        Tak więc u progu lata 1409 roku daleko jeszcze było do pełnej
        zaciętości w stosunkach polsko-krzyżackich - były za to liczne
        dyplomatyczne przepychanki. Dopiero po wypowiedzeniu wojny, w roku
        1409, Krzyżacy zarobili sobie na polską nienawiść. Tak, tak, na
        NIENAWIŚĆ i ZACIĘTOŚĆ. Przez swoją pychę naprawdę zrobili wszystko,
        aby na te uczucia polskiej strony zapracować. Mianowicie podbijając
        w krótkim czasie Ziemię Dobrzyńską, postępowali okrutnie i nie po
        rycersku. Poddających się mordowali, palili, ścinali et caetera. I
        Polakom okazywali ogólną wzgardę. A to wywołało dopiero polską
        wściekłość i wzburzenie. Pamiętajmy wszakże, iż owo nierycerskie
        postępowanie "krzyżowych" rycerzy miało miejsce już po rozpoczęciu
        aktualnej wojny. Dopiero wówczas. Nie stało więc u genezy konfliktu.
        A zatem biskup Jakub Kurdwanowski miał nad czym rozmyślać i co
        omawiać, i do czego przekonywać. Bo mimo, że to Krzyżacy byli
        agresorem, nie wszystko w tej wojnie okazuje się oczywiste. Siła
        jego perswazji pozwoliła nam walić w Krzyżaków jak w bęben, bez
        litości i opamiętania. Stąd wzięło się wkrótce nowe, Jagiellońskie
        mocarstwo na politycznej mapie Europy.
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/sila-perswazji-czyni-imperium
        --
        "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
        faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
        Prezydent RP, listopad 2007 r.
      • JEST: sobota 3 VII 2010, BYŁ: czwartek 3 VII 1410
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/poczatek-wspolnego-marszu
        Koniec przeprawy

        Długosz: "Potem, kiedy już całe wojsko królewskie przeszło po moście
        przez rzekę Wisłę, na rozkaz króla most ten natychmiast rozebrano i
        odwieziono do Płocka celem przechowania na powrót króla i wojska."
        Wiemy, że przy próbie powtórnego użycia tego mostu pojawiły się
        problemy. A zatem do właściwego zastosowania tak niezwykłej
        konstrukcji potrzeba było nie tylko umiejętności, ale również
        troszki szczęścia czy też braku pecha.

        Początek wspólnego marszu

        Długosz: "we czwartek nazajutrz po Nawiedzeniu Najświętszej Marii
        Panny król polski Władysław z wojskami własnymi i wielkiego księcia
        Aleksandra ruszył znad Wisły i od klasztoru w Czerwińsku, a
        podążając w kierunku ziemi wrogów, urządził postój pod wsią Sochów".
        Dzisiaj wspomniana wieś nazywa się Żukowo. Ruszono, przypomnijmy, w
        kierunku, którego Krzyżacy się nie spodziewali: ku trzewiom Prus, a
        nie ku terenom przez Krzyżaków zagarniętym.

        Reakcja Krzyżaków

        Cytowałem już wcześniej toruńską rozmowę wielkiego mistrza z
        Polakiem, Dobiesławem Skoraczowskim. On to był posłem panów
        węgierskich do Jagiełły, a przebywając w królewskim obozie widział
        pontonowy most i oglądał przeprawę wojsk. Przypomnę tę relację raz
        jeszcze, tym razem koncentrując się na problemie samego mostu. U
        Długosza czytamy bowiem iście filmowy zapis dialogu na ten temat
        pomiędzy bohaterami dramatu:
        "W tych dniach przybył do króla Władysława wysłannik panów
        węgierskich Mikołaja Gary i Ścibora ze Ściborzyc, Dobiesław
        Skoraczowski. [...] Kiedy zaś wspomniany Dobiesław wrócił do panów
        węgierskich do Torunia [...] mistrz pruski Ulryk zaczął się z wielką
        skrupulatnością dowiadywać [...]: "opowiedz nam, proszę, o moście,
        który, jak powiadają, król polski zbudował w powietrzu".
        Dobiesław: "Widziałem - powiada - most zbudowany w przemyślny sposób
        ze statków, umieszczony nie w powietrzu - bo ono służy tylko ptakom
        do latania - lecz na rzece Wiśle. Na moich oczach przeprawiło się
        nim przez Wisłę suchą stopą całe wojsko królewskie, także wielkie
        działa i nie zauważono, by drgnął pod ciężarem". Ulryk zaśmiawszy
        się wzgardliwie, bo uznał opowiadanie Dobiesława za bzdurę,
        zwracając się do panów węgierskich powiada: "Płoche - rzekł - te
        słowa, które ten człowiek odważył się powiedzieć i wyglądają na
        wierutne kłamstwo. Przybyli bowiem nasi najwierniejsi zwiadowcy
        donosząc, że król polski Władysław kręci się nad rzeką Wisłą,
        objeżdża ją i usiłuje się przez nią przeprawić, ale nie może."
        Pozostaje przypomnieć, że prawdziwość wątpienia mistrza,
        wypowiedzianego w obliczu posłów króla Zygmunta Luksemburczyka,
        pozostaje pod znakiem zapytania. Parę lat wcześniej właśnie w kręgu
        dynastii Luksemburgów powstał traktat o prowadzeniu wojny, w którym
        czytamy opis i widzimy rysunek takiego mostu, jakiego użył Jagiełło,
        o jakim mówił Dobiesław i w którego zaistnienie wątpił Ulryk.
        Wysnuwano stąd w literaturze naukowej wniosek, że Ulryk rzeczonego
        traktatu nie znał. Ale odnotowane przez Długosza słowa wielkiego
        mistrza świadczą nie tyle o ignorancji, co przede wszystkim o
        irytacji mistrza i o przekonaniu o nieudaczności a zatem
        nieskuteczności tzw. polnische wirtschaft.

        Descriptio gentium

        Tłem tej omyłki okazują się stereotypowe sądy jednych narodów o
        drugich. W literaturze znano nawet taki poetycki i niepoetycki
        gatunek - decsriptio gentium, który zawierał krótkie a dosadne
        charakterystyki poszczególnych nacji. I zdaje się, że Ulryk podczas
        sławetnej rozmowy z węgierskimi posłami wykorzystał zapas tych
        stereotypów, żeby sobie ulżyć i bluzgnąć na Polaka w węgierskiej
        służbie, przymawiając mu wprost: "mówisz jako Polak i wynosisz ponad
        słuszną miarę sprawy twego pana".
        Polacy w dziedzinie szerzenia stereotypów nie pozostawali dłużni, i
        to ani wobec Niemców, ani wobec Litwinów. Na przykład Długosz,
        pisząc o królu Jagielle, wielokrotnie wspominał o jego pochodzeniu
        z "barbarzyńskiego kraju", co czynił z wyraźnym, lekko
        protekcjonalnym poczuciem wyższości. Z pogardliwymi wypowiedziami
        Ulryka o Litwinach współbrzmią informacje podawane przez Długosza
        o "bojaźni" Witolda, którego "lęk przed wrogami wstrzymywał... przed
        posunięciem się poza Narew" bez polskich posiłków. No a potem, to
        przecież Litwini mieli podczas bitwy pierzchnąć i pozostawić Polaków
        samych wobec całej krzyżackiej armii. Czy opisujący to Długosz mówił
        prawdę? Chyba tak, ale zdaje się, że ją też troszeczkę
        podkolorował...
        Z drugiej strony wywyższanie się Niemców nie tylko ponad Litwinów,
        ale i ponad Polaków bardzo wkurzało tych ostatnich. Toteż przy
        niewątpliwym uznaniu dla cywilizacji obszaru języka niemieckiego,
        przedstawiciele tego języka traktowani byli przez nas z równie
        protekcjonalną niechęcią, jak Litwini. Nie dziwi przeto
        wierszyk "eksplicitowy", jakim pewien polski kopista zamknął
        przepisywaną przez siebie księgę: "Toć tak jest koniec,| Iż kurwi
        syn Niemiec".
        Jacek Kowalski
      • JEST: niedziela 4 VII 2010 BYŁ: piątek 4 VII 1410
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/niesprawiedliwe-luny-sprawiedliwej-wojny
        Chwała Długoszowi

        Długosz relacjonując bieg polsko-litewskiej wyprawy zapisuje rzecz
        niezbyt ciekawą. To znaczy w ogóle ciekawą, ale dla armii polsko-
        litewskiej mało chwalebną; chwalebną za to dla samego dziejopisa.
        Jej zapisanie stanowi probierz jego prawdomówności. Czytamy więc,
        że –

        Doniesienie o niechwalebnych czynach

        „Czwartego lipca w piątek wyjechawszy z Sochowa [dzisiejszego –
        przypominam – Żukowa, przyp. JK], król polski Władysław spędził ten
        dzień na łąkach jakiejś nieznanej wsi. Tam następnej nocy żołnierze
        zobaczyli ognie zapalone na ziemiach wrogów, jak płonęły w wielu
        miejscach z ogromnym blaskiem. Chociaż bowiem wojsku zostały jeszcze
        cztery dni drogi do ziemi wrogów, wielu jednak z wojska
        królewskiego, nie bacząc na karność wojskową, wbrew zakazowi króla i
        książąt, na własną rękę udawało się tajemnymi drogami do ziemi
        wrogów i pustosząc je grabieżami, rzezią i ogniem, przynosiło nocą
        do obozu znakomitą zdobycz i łupy, podczas gdy we dnie nie mieli na
        to odwagi w obawie przed karą.”

        Prawda smutna

        Powtarzam to zawsze. Wojna może być i sprawiedliwa; wojna może
        wyzwalać i ujawniać wiele szlachetnych cech ludzkich; ale przy tej
        okazji ZAWSZE ujawniają się i uaktywniają podczas wojny cechy złe.
        Wojna jako taka jest ZŁA. I wyjątków od tej reguły nie ma.
        Możemy więc usprawiedliwiać poczynania polskich wojaków (pewno po
        większej części luźnej czeladzi) nienawiścią i gniewem, jakie
        wywołało postępowanie Krzyżaków podczas inwazji na Ziemię
        Dobrzyńską, możemy mówić o słusznej zemście... A nawet o zemście i
        sprawiedliwości dziejowej, o wyrównaniu rachunków z całego stulecia.
        To o nich zapewne myślał autor „Pieśni o bitwie pod Grunwaldem”,
        wkładając w usta Jagieły słowa modlitwy: „Wejrzyj, Panie, na krew
        onę, | Która polała tę stronę, | Ta woła sprawiedliwości, | A już
        nie krew, ale kości.” Tak, „kości”, bo chodzi tu o ofiary wojen
        toczonych z zakonem na Pomorzu, Kujawach i w Wielkopolsce za
        poprzednich pokoleń – w czasach Łokietka.
        Jednakże zemsta jako taka chrześcijaninowi nie przystoi. Dalej,
        nawet zemsta za wyrządzone niegodziwości nijak nie usprawiedliwia
        zwyczajnej maruderki, której ofiarą nie padają nigdy ludzie
        odpowiedzialni za wyrządzone komuś zło, lecz Bogu ducha winni
        cywile. W tym kobiety i dzieci.
        Wojna prowadzona przez Jagiełłę była zatem sprawiedliwa w
        politycznym tego wyrażenia znaczeniu, ale nie należy stąd wnosić, że
        strona polska nie dopuszczała się podczas niej niesprawiedliwości.
        Bo dopuszczała się. Tak samo, jak Krzyżacy.
        Jacek Kowalski
        --
        Przyjrzyjcie się mi, bo patrzycie na Łukaszenkę.
        (Jarosław Kaczyński, prezes IV RP)
      • JEST: poniedziałek 5 VII 2010 BYŁA: sobota 5 VII 1410
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/panu-bogu-swieczke-pod-zukowem
        Długosz
        "W sobotę piątego lipca król Władysław rozbija obóz pod wsią
        Jeżewem. Tam też przybyli do niego panowie węgierscy Mikołaj Gara i
        Ścibor ze Ściborzyc, którzy zachęcali jego i wielkiego księcia Litwy
        Aleksandra do pokoju i zgody jak też do podania jego warunków [tzn.
        warunków pokoju - przyp. JK]. Przybył też z nimi Jerzy Gersdorf, by
        wybadać siły i stan wojsk króla i księcia Aleksandra."

        Zamiary posłów

        Tym razem nie poseł posłów węgierskich, ale sami posłowie przybyli
        do obozu Jagiełły. Ich zamiary były niby - na pokaz - pozytywne.
        Teoretycznie zachęcali do chrześcijańskiej zgody i pojednania, jako
        arbitrzy. W istocie nie byli bezstronni, a raczej działali w imieniu
        niebezstronnego monarchy, o czym jeszcze się przekonamy.

        W gruncie rzeczy

        Tak naprawdę jednak i oni, i Jagiełło działali wedle zasady "Panu
        Bogu świeczkę, a diabłu ogarek", czyli wedle reguł dyplomacji. Co
        ciekawe - w dziejach polskich przysłów dość wcześnie przypisano
        autorstwo tego porzekadła właśnie Władysławowi Jagielle.
        W "Rocznikach" Stanisława Sarnickiego (wiek XVI) czytamy, że król
        ten, przybywszy do poznańskiego sanktuarium Bożego Ciała, oglądał
        misterium Wniebowstąpienia Pańskiego. W kluczowym momencie
        przedstawienia, kiedy "wizerunek Zmartwychwstałego w górę sznurami
        według starego zwyczaju święcenia tegoż święta wciągano",
        Jagiełło "zapytał, czyjże to wizerunek. Odpowiedzieli, że Boga.
        Wówczas on rzecze: dajcie mu świecę". A kiedy "diabeł w postaci
        smoka był zrzucany z wyżyn", zadał po raz drugi podobne
        pytanie: "Cóż to przedstawia? Po czym rzekł:... dajcie mu dwie
        świece". Potem "zapytany dlaczego tak, mówią iż odpowiedział w
        polskim języku: służ Bogu a diabła nie gniewaj".

        W istocie

        Otóż Jagiełło, mając tak piękną przewagę nad Wielkim Mistrzem,
        przewagę zarówno militarną jak propagandową, bez wątpienia nie
        zamierzał rezygnować z nadarzającej się okazji zmiażdżenia
        przeciwnika. Ale nie zrywał rozmów, które niby miały doprowadzić do
        pokoju. Wiedział, że druga strona nie przyjmie jego warunków, a nie
        chciał uchodzić za okrutnego agresora.
        Otóż dokładnie tak samo zachowywali się posłowie - którymi byli po
        części Polacy w służbie obcego monarchy, sojusznika Krzyżaków
        Zygmunta (to jest: Ścibor ze Ściborzyc, Dobiesław Skoraczowski i
        inni im podobni). Niby proponowali pokój, ale wiedzieli dobrze, że
        mają doprowadzić do wojny. Działając w tym teoretycznie na szkodę
        swojego "przyrodzonego pana" i na szkodę Królestwa Polskiego,
        starali się jednak szkodzić umiarkowanie, a wedle możliwości nawet
        wspierać króla Władysława i rodaków, w każdym zaś razie sprawiać
        takie wrażenie... i w rezultacie ciągnąć dla siebie korzyści
        podwójne, od wszystkich monarchów biorących udział w konflikcie.
        Wszyscy byli z tego zadowoleni. Do czasu - nawet Krzyżacy.
        Jacek Kowalski
        --
        Przyjrzyjcie się mi, bo patrzycie na Łukaszenkę.
        (Jarosław Kaczyński, prezes IV RP)
      • JEST: wtorek 6 VII 2010 BYŁA: niedziela 6 VII 1410
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/demonstracja-sily-i-probny-alarm
        Kolejne negocjacje
        "A w najbliższą niedzielę, która przypadała szóstego lipca, król
        polski Władysław po naradzie z księciem Aleksandrem i doradcami,
        odpowiada na zachęty panów węgierskich, że nigdy mu nie były
        całkowicie obce plany pokojowe i że teraz również nie odmawia
        przyjęcia słusznych warunków pokoju, by nie doszło do rozlewu krwi
        chrześcijańskiej. A pokój wtedy - jego zdaniem - będzie
        sprawiedliwy, jeżeli przy Wielkim Księstwie Litewskim pozostanie w
        całości przynależna mu z dawien dawna prawem naturalnym ziemia
        żmudzka, a ziemia dobrzyńska zajęta niesłusznie przez mistrza
        pruskiego i Krzyżaków zostanie zwrócona Królestwu Polskiemu i jemu
        [tj. królowi]. W sprawie zaś wyrządzonych szkód obiecywał się poddać
        wyrokowi i decyzji króla rzymskiego Zygmunta. Zadowoleni i uradowani
        panowie węgierscy zjedli nawet śniadanie u króla w nadziei, że
        mistrz i Krzyżacy bez wątpienia zgodzą się na przedstawione warunki
        jako całkowicie słuszne."
        Nie wiemy, co naprawdę myśleli posłowie Zygmunta. Zdaje się jednak,
        że i oni rozumieli, że ich krzyżacki sojusznik ściągnął sobie na
        kark wielkie niebezpieczeństwo. Jak już napisałem wczoraj, ani to
        ich pewnie ziębiło, ani grzało pod względem dyplomatycznym -
        obarczono ich bowiem zadaniem upieczenia przy ogniu polsko-
        krzyżackiego konfliktu pieczeni dla króla Zygmunta.

        Parada wojskowa prawie bez tajemnic

        "Po śniadaniu król zwinął obóz [w Jeżewie - przyp. JK] i przybył
        tego dnia do pewnej wsi nad rzeką Wkrą [była to wieś Bieżuń - przyp.
        JK]. A wielki książę litewski Aleksander ustawia wojsko litewskie,
        dzieląc je starym obyczajem na szyki i oddziały jazdy. W każdym
        szyku umieszcza w środku żołnierzy na niższych koniach i licho
        uzbrojonych, których osłaniali żołnierze na większych koniach i
        świetnie uzbrojeni [...]
        Król zaś polski Władysław z panami węgierskimi wyszedł na większe
        wzniesienie, z którego można było oglądać całe wojsko polskie i
        litewskie dzięki temu, że poniżej szeroko rozciągały się płaskie
        pola. Za nim szło równo w odrębnych oddziałach wojsko litewskie.
        Oceniał je z największą uwagą, jakie jest wielkie, wspomniany już
        Ślązak Jerzy Gersdorf."
        Jagiełło nie miał wiele do ukrycia jeśli chodzi o stan armii. Tym
        razem należało chwalić się liczebnością wojska, więc wraz z Witoldem
        urządzili defiladę-"pokazówkę" w obecności i na użytek posłów.
        Przewaga polsko-litewska miała teraz dotrzeć do krzyżackiej
        świadomości, przerazić i zmusić do reakcji. Tym niemniej Długosz
        pozwala sobie na malutką uszczypliwość - potwierdzając "nie do końca
        europejski" moderunek litewskich jeźdźców, których prezentacja
        wymagała małego fortelu.

        Próbny alarm

        "Nadto w tym samym dniu na rozkaz króla doniesiono o nagłym
        nadejściu wrogów i całe wojsko królewskie chwyciło za broń. Król
        celowo kazał ogłosić, że wrogowie się zbliżają, mimo że nie
        przewidywano zupełnie ich nadejścia i polecił zaniepokoić wojsko,
        jakby wróg był tuż, gotowy do walki, po to, by jego wojsko, polskie
        i litewskie, w poczuciu bezpieczeństwa nie rozprzęgło się w sennej
        bezczynności, ale w każdej chwili spodziewając się nadejścia wrogów,
        stało gotowe do stawienia oporu i podjęcia walki nie inaczej, jak
        gdyby wróg był przed jego oczyma."
        A zatem - i armia i dyplomacja pod każdym względem była gotowa i
        zdolna do ostatecznego starcia.
        Jacek Kowalski
      • JEST: środa 7 VII 2010 BYŁ: poniedziałek 7 VII 1410
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/niegodziwosci-pomiedzy-prawem-feudalnym-a-narodowoscia
        Nowy popas

        Długosz: "W poniedziałek siódmego lipca król polski Władysław
        zwinąwszy obóz przybył do wsi Bądzynia nad rzeką Wkrą i tam przez
        dwa dni urządził postój."

        Ziemia o statusie nieuregulowanym

        Była to prawie ziemia wrogów - ale niezupełnie. Otóż "chociaż zaś ta
        okolica, którą opływa naokoło rzeka Wkra, należy i należała do
        księstwa mazowieckiego, teraz jednak mieli ją w rękach mistrz pruski
        i Krzyżacy wskutek zastawienia jej przez księcia mazowieckiego
        Siemowita za pięć tysięcy grzywien szerokich groszy".

        Średniowieczne zwyczaje feudalne

        W średniowieczu suwerenny właściciel ziemi bądź jej użytkownik -
        król, książę, hrabia - mógł ją oddać, odstąpić, sprzedać czy
        zastawić innemu władcy. I niezależnie od tego, kto oddaną ziemię
        zamieszkiwał, winien był służyć wiernie nowemu panu. Tę zasadę
        wszyscy doskonale rozumieli i respektowali. Wedle tej właśnie zasady
        Kazimierz Wielki odziedziczył i przyłączył do swego Królestwa Ruś,
        której mieszkańcy wcale niekoniecznie chcieli żyć pod polskim
        berłem, ale wedle prawa winni byli na to przystać. Tak, tak: Lwów
        dostał nam się nie prawem okupanta, lecz prawem spadku. Choć spadku
        niemiłego jego dawnym mieszkańcom.

        Odpowiedzialność poddanych

        Lecz taka zmiana tożsamości politycznej danej ziemi powodowała, że
        jej mieszkańcy mogli naraz wbrew sobie stać się odpowiedzialnymi za
        czyny nowego pana. Choćby tego w ogóle nie chcieli. I tak też stało
        się w okolicach Bądzynia. Bo właśnie dlatego, że była to ziemia
        zastawiona Krzyżakom -

        "...Litwini i Tatarzy pustoszyli ten okręg w sposób okrutny i po
        barbarzyńsku jak ziemie obcych narodów, i zabijali nie tylko
        dorosłych, ale i młodzież, i dzieci kwilące w kołyskach. Innych zaś
        jak wrogów i obcych zaciągali z matkami do swoich namiotów, do
        niewoli, mimo, że wszyscy ludzie tej okolicy byli z pochodzenia
        Polakami i mówili po polsku. Przybywały matki zamordowanych dopiero
        co dzieci z rozpuszczonymi włosami i z wielkim jękiem opłakiwały
        przed namiotem królewskim rzeź swych dzieci."

        Solidarność narodowa

        Mimo powszechności takich feudalnych zwyczajów, jak opisane powyżej,
        średniowiecze znało też solidarność narodową, jak i prześladowania
        ze względu na pochodzenie, język et caetera. Na pewno inaczej
        odczuwano "narodowość" niż "nacjonalizmy" wieku XIX, ale jednak
        odczuwano silnie, bardzo silnie. Dlatego też los polskich poddanych
        krzyżackiego państwa wszystkich Polaków (podobno) poruszył
        (zwłaszcza, że w istocie byli to mieszkańcy księstwa
        mazowieckiego...). Mordowanie Niemców nie zrobiłoby pewnie takiego
        wrażenia. Tu tymczasem -

        "Wzburzeni tym prałaci i panowie polscy przybywają do króla z
        usilnymi prośbami i występują zarówno w sprawie pomordowanych, jak i
        wziętych do niewoli, surowiej, niż to przystało stanowi rycerskiemu,
        proszą o położenie kresu barbarzyńskiemu okrucieństwu, o zwrot
        jeńców ich wojsku i oświadczają, że jeżeli to nie nastąpi, wszyscy
        opuszczą szeregi i ten niegodziwy obóz, który w końcu spotka kara
        Boża."

        Sielanka

        Długosz, po nakreśleniu tego straszliwego obrazu prześladowań i
        słusznej interwencji polskich panów, roztacza przed nami panoramę
        nieomal sielankową:

        "Król polski Władysław z wielkim księciem Aleksandrem ulegając
        bardzo słusznie tym słowom, kazał wypuścić jeńców, troskliwie
        zgromadzić ich w namiocie biskupa poznańskiego Jastrzębca i zwrócić
        im wolność. Nadto wyznaczył karę śmierci dla tego, kto by ponownie
        dopuścił się tego okrucieństwa. A biskup poznański Wojciech
        Jastrzębiec jak najlepszy ojciec wyszedł ze swego namiotu i łaskawie
        pozwolił w nim zgromadzić kobiety i dzieci i zatrzymać je pod strażą
        przez następną noc. Od tej miejscowości przestał iść za królem za
        zezwoleniem króla, któremu towarzyszył z Królestwa Polskiego aż do
        tego obozu i wrócił do Polski."

        Prawda

        Prawda to była, czy podkoloryzowanie, jeśli chodzi o osoby
        dokonujące rzezi i rabunków, oraz o interwencję i jej skutki? Bo
        mimo wszystko trzeba zapytać, czy to aby wyłącznie Tatarzy zabijali
        i rabowali, i czy faktycznie wszyscy polscy panowie przybyli do
        króla z protestem? Nie docieczemy tego. Długosz chce nam jakby
        zasygnalizować: "działo się wiele rzeczy złych, ale ludzie godni
        skutecznie im przeciwdziałali lub czynili zadośćuczynienie". Możemy
        się tylko domyślać, że prawda, jak to zwykle bywa, okazałaby się
        mniej wesoła. Ale i tak jest nieźle. Po raz któryś widzimy, że
        Długosz przykrej prawdy nie tai.

        A swoją drogą - przypomina się los mazurskich Polaków-autochtonów,
        których w pierwszych dziesięcioleciach po II wojnie traktowano jak
        prawie-Niemców.

        Jacek Kowalski
      • JEST: czwartek 8 VII 2010 BYŁ: wtorek 8 VII 1410
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/choragwie-i-modlitwa
        Rozwiniecie Chorągwi
        Dzięki Długoszowi i tak zwanej "Kronice konfliktu", współczesnej
        grunwaldzkiej bitwie (z której to kroniki, czy właściwie kroniczki
        Długosz czerpał garściami) - wiemy, że król Władysław i książę
        Witold podczas marszu pod Grunwald parę razy urządzali swego
        rodzaju "defilady", czyli prezentacje wojsk. Owe publiczne
        przemarsze na pewno podnosiły ducha przyszłych uczestników walnej
        bitwy. Podnosiła go zresztą już sama obecność osoby koronowanego
        wodza i bezpośredni kontakt z nią, ale i świadomość szerokiej
        wspólnoty walczących, która w takich okolicznościach objawiała się w
        postaci nader spektakularnej. Owa spektakularna postać wspólnoty
        miała zaś znamiona, które nie sposób przecenić. Czytajmy:
        "We środę dziewiątego lipca król polski Władysław wyruszywszy z
        wielkim księciem Aleksandrem [Witoldem] ze wsi Bądzynia do ziemi
        wrogów, za miłosierdziem Bożym pomyślnie przeszedł leśną drogę o
        długości dwu mil i przybył na rozciągającą się daleko na wszystkie
        strony równinę. Na niej po raz pierwszy wyciągnięto i rozwinięto z
        rzadką i niezwykłą czcią oraz rozrzewnieniem u wszystkich
        osiemdziesiąt dwie chorągwie rycerskie, tak własne: królewskie i
        wielkiego księcia litewskiego Aleksandra, jak i książąt
        mazowieckich: Siemowita i Janusza, oraz panów polskich."

        Chorągwie, czyli rzeczywistość i jej symbole

        Jak wynika z Długoszowych słów, chorągwie rozwinięto po raz pierwszy
        dopiero po wejściu na ziemię wrogów. Chorągwie - czyli "symboliczne"
        znaki rozpoznawcze poszczególnych "rzeczywistych" oddziałów, również
        zwanych chorągwiami. Były pośród nich tak zwane chorągwie ziemskie,
        w których walczyli rycerze zamieszkujący konkretne okolice, te,
        którym odpowiadały godła poszczególnych części Królestwa, ale były i
        chorągwie prywatne, specjalnie sformowane, które na swych proporcach
        umieszczały herby swoich "właścicieli" czy "dowódców". Trudno o
        lepszy wyraz dla idei, która łączy wolnych obywateli pod godłami ich
        małych ojczyzn oraz ich rodzin.

        Znaki Obywateli Królestwa

        Jagiełło, wstępując na tron, zastał Królestwo Polskie doskonale pod
        tym względem uformowane. Herby rycerskie i ziemskie, tak jak i herb
        Królestwa, były już w czasach Kazimierza Wielkiego nie tylko
        powszechnie kojarzone, ale i powszechnie stosowane. Każdy rycerz
        mógł je oglądać od okazji do okazji na bojowych tarczach - ale
        zdobiły też codzienne, rycerskie stroje, widniały na pieczęciach
        (no, prawda, tych to nie ukazywano publicznie byle komu), a przede
        wszystkim ozdabiały monumentalne budynki. Właśnie za panowania
        Kazimierza pojawiły się licznie na murach katedr, kolegiat tudzież
        kościołów klasztornych i parafialnych, w których odbywano polityczne
        zjazdy i publiczne sądy. Rycerze-Polacy - czy raczej szerzej:
        rycerze Królestwa różnych języków, pośród których byli już przecie
        także prawosławni Rusini - mieli ideę, do której Władysław Jagiełło
        mógł się teraz odwołać. Ideę, która okazywała się ważniejsza od
        osoby nowego monarchy-przybysza (nie był przecież "przyrodzonym
        panem" Królestwa - bo takie miano przysługiwało jedynie Piastom -
        lecz był tym, którego Królestwo obrało sobie na pana).

        Pozostałość

        Te znaki są nam dziś wspólne. Mówię o tym bez przesady. Chociaż
        herby nie są już pod ochroną prawa (jak na przykład nazwiska), a
        nawet nie odgrywają zupełnie żadnej roli w sprawach prawnych, to
        jednak w sprawach publicznych - jak najbardziej. Najlepszym dowodem
        jest medialne "granie" herbowym Korczakiem Komorowskich. Dla
        Komorowskich ów herb jest rzeczywistością bliską. Jednak większości
        Polaków trzeba przypomnieć, że dzięki zjawisku "wspólnych przodków"
        większość z nas - nawet ci nieszlacheckiego pochodzenia - jest ze
        szlachecką spuścizną herbową związana. Podejrzewam, że większość
        Polaków mogłaby znaleźć swoich przodków pośród rycerzy grunwaldzkich
        i rozpoznać się w którymś z rycerskich herbów...
        Dlatego widok zestawu takich herbów z tamtego czasu bardzo wzrusza.
        Przypomnijmy, że w Polsce herb nie był odmieniany wraz z każdym
        pokoleniem, nie tworzył osobistych mutacji, lecz należał do szeroko
        pojętego rodu herbowego - znacznie szerszego, niż prawdziwa,
        biologiczna rodzina czy ród. W latach Grunwaldu większość z
        rycerskich obywateli legitymowała się jednym z kilkudziesięciu
        herbów - ich spis mamy, dokonał go Jan Długosz, tworząc pierwszy
        polski herbarz. Rękopis tego herbarza znajduje się w Bibliotece
        Kórnickiej. Jej założyciel, zarazem budowniczy kórnickiego Zamku w
        jego obecnej postaci - hrabia Tytus Działyński, postanowił, aby
        strop Sali jadalnej udekorowały herby z Długoszowego rękopisu.
        Widnieją tam do dziś. Hrabia tłumaczył swój pomysł następująco:
        "...ja starzec zwaliskami otoczony, umy­śliłem odnowić
        hieroglificzne, niech tak powiem, zarysy herbowych znaków z owych
        czasów, kiedy nad Polską pa­nował ostatni Jagiellończyk. Plastyczne
        wyroby i obrazy są posiłkiem pamięci, sądziłem więc, że dziatwa
        nasza poglądając na Leliwę, przypomni sobie, że tego znaku uży­wał
        zwycięzca pod Obertynem i Starodubem, że Jelitczyk wiódł do niewoli
        Arcyksięcia Austriackiego, a Żółkiewski herbem Lubicz pieczętował
        poddanie Moskwy"

        Modlitwa królewska

        Na polach pod Bądzyniem nie tylko rozwijano chorągwie i maszerowano
        przed królem. Oto przy tej okazji "król polski Władysław ze łzami w
        oczach wziąwszy wielki sztandar, na którym był pięknie wyhaftowany
        biały orzeł z rozpostartymi skrzydłami, otwartym dziobem i koroną na
        głowie - jest on herbem całego Królestwa Polskiego - przy jego
        rozwijaniu użył następujących słów modlitwy: "Najłaskawszy Boże, Ty,
        który znasz tajne zamiary wszystkich serc pierwej, niż zostaną
        powzięte, widzisz z niebios, że obecną wojnę, przed którą stoję,
        podjąłem z musu w imieniu Twoim i Twego Syna, Chrystusa, ufny w
        [Twą] pomoc." I dalej słuchamy wielkiej mowy na temat wojny
        sprawiedliwej.
        Powracamy zatem do tematu, o którym była już mowa parę dni temu.
        Wówczas chodziło o odpowiedzi, dane posłom, w intymnej komnacie
        królewskiego namiotu i o kazanie, wygłoszone publicznie w Czerwińsku
        przez biskupa. Słowa, które tam padły, okazują się tylko
        przygotowaniem do wielkiej mowy króla, skierowanej do Boga, ale
        obliczonej także na rycerskich słuchaczy. Mowę tę cytuję za
        Długoszem, ale zapisano ja także w "Kronice konfliktu", zredagowanej
        tuż po grunwaldzkiej bitwie w królewskiej kancelarii. Jeśli więc nie
        słowo w słowo tekst ten odpowiada rzeczywistości, to na pewno
        odpowiada jej duchem.
        Najwyraźniej o ideę wojny sprawiedliwej król Jagiełło postanowił
        dbać aż do przesady i głosić ją publicznie jak się da i ile się
        tylko da, i wpoić ją swojej armii jako główny tytuł do działania.
        Zwłaszcza, że czyny tej naszej polskiej armii nie zawsze za ideą
        wojny sprawiedliwej podążały. Ale deklaracja nie została bynajmniej
        użyta sztucznie. Zdaje się, że wszyscy uczestnicy spotkania czuli
        podobnie i pod słowami króla podpisywali się z całym ładunkiem
        pobożności oraz - jak się później okaże - także i zaciekłości:
        "Te słowa modlitwy wypowiedział król z taką pobożnością i tak
        głośno, że mogła ją usłyszeć stojąca naokoło rzesza rycerzy. U
        większości wojska wycisnęła ona łzy. Można było widzieć bardzo wielu
        rycerzy szlochających i płaczących. Podobne modlitwy wznosili
        również wielki książę Aleksander oraz książęta mazowieccy i panowie
        polscy przy rozwijaniu swoich chorągwi."

        Carmen Patrium

        Po wybrzmieniu słów Jagiełły i po "całkowitym rozwinięciu chorągwi",
        jak pisze Długosz - "całe wojsko zaczęło śpiewać pieśń ojczystą Bogu
        Rodzica". Podobną informację notuje kronikarz odnośnie chwili tuż
        przed grunwaldzkim starciem: "Kiedy zaczęła rozbrzmiewać pobudka,
        c
      • JEST: piątek 9 VII 2010 BYŁA: środa 9 VII 1410
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/dwa-zaskoczenia
        Ku kolejnej przeprawie
        Dziewiątego lipca, we czwartek, jak pisze Długosz -
        "...król polski Władysław zwinąwszy obóz nad jeziorami miasta
        Luterberg [Lidzbark Welski] i przemaszerowawszy dwie mile, rano
        kiedy jeszcze rosa nie opadła, przybył nad wielkie jezioro Rubkowo w
        pobliżu grodu i miasteczka Kurzętnik i rozbił obóz nad jeziorem."
        Jagiełło wybrał to miejsce zapewne dlatego, że można tu było przejść
        Drwęcę i ruszyć wprost na Malbork. Może liczył, że armia polsko-
        litewska przekroczy rzekę szybko, zanim się Krzyżacy spostrzegą.

        Pierwsze zbliżenie

        Ale te oczekiwania zawiodły. Wielki mistrz już wiedział, że wróg
        wkroczył do trzewi jego państwa; już zdążył podjąć pośpieszny marsz
        i zagrodzić Jagielle drogę:
        "A wojsko mistrza pruskiego zatrzymało się niedaleko od obozu króla,
        nad rzeką Drwęcą, której obydwa brzegi Krzyżacy na wiele dni
        przedtem zabezpieczyli gęsto wysokimi palami, żeby wojsko królewskie
        nie mogło się przez nią przeprawić."

        Pierwsze zaskoczenie

        A jednak pierwsi dali się wziąć z zaskoczenia Krzyżacy. Właściwie -
        krzyżaccy koniuchowie. Oto bowiem -
        "...pewni rycerze polscy na wieść, że wojsko krzyżackie jest w
        pobliżu, nadbiegają, by je zaczepić, a zdobywszy pięćdziesiąt
        nieprzyjacielskich koni, które pojono w rzece Drwęcy, po zrzuceniu
        siedzących na nich ludzi cało przybywają do obozu królewskiego...."

        Drugie zaskoczenie

        Jednocześnie Polacy też zostali niemile zaskoczeni:
        "Wojsko królewskie, które albo się posilało, albo odpoczywało,
        zobaczywszy ich [tzn. rycerzy, prowadzących zdobyczne konie], z
        powodu schwytanych koni wzięło ich za wrogów. Powstało ogromne
        zamieszanie, a żołnierze zostawiając posiłek co prędzej wkładali
        zbroje. Kurzawa napełniła powietrze, a słońce zlewało z góry
        niezmierny żar. Pozbywszy się w końcu próżnego strachu, wojsko
        uspokoiło się."
        Była to nauczka: logistyczna organizacja armii polsko-litewskiej
        pozostawiała nieco do życzenia, skoro możliwe okazało się
        niejako "samoistne" wywołanie paniki... Z drugiej strony król
        wiedział już, że przeprawa na drugą stronę Drwęcy w obecności
        krzyżackiej armii jest wielce ryzykowna.
        Jacek Kowalski
      • JEST: sobota 10 VII 2010 BYŁ: czwartek 10 VII 1410
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/traby-apokalipsyNarada...
        Jak pamiętamy, w obozie pod Kurzętnikiem, w bliskości wojsk
        krzyżackich, pośród Polaków i Litwinów wybuchła krótkotrwała
        wprawdzie, lecz jednak panika. Należało wzmóc dyscyplinę. Dlatego
        też w wigilię czyli w przeddzień 10 lipca, jak pisze Długosz -
        "Pod wieczór [...] kiedy złagodniał żar słoneczny, król polski
        Władysław zwoławszy znaczniejszych doradców, wybiera tylko ośmiu z
        nich - reszta została w namiotach - którzy mieli dokładnie się
        naradzić i podjąć wszelkie postanowienia dotyczące przebiegu całej
        wojny."

        ...powołanie rady...

        A zatem powołana została rada wojenna. Na pewno głównym decydującym
        był nadal król, ale odpowiedzialność została rozłożona. Pośród
        najważniejszego grona decydentów znaleźli się: wielki książę Witold,
        kasztelan krakowski Krystyn z Ostrowa, wojewoda krakowski Jan z
        Tarnowa, wojewoda poznański Sędziwój z Ostroroga, wojewoda
        sandomierski Mikołaj z Michałowa, podkanclerzy Mikołaj Trąba,
        marszałek Królestwa Zbigniew z Brzezia i podkomorzy krakowski Piotr
        Szafraniec z Pieskowej Skały. Nadto:
        "Wezwano dwu przewodników, mianowicie Trojana z Krasnego Stawu i
        Jana Grinwalda z Parczowa. Ci obaj pochodząc z Prus znali tam dobrze
        wszystkie miejscowości, ścieżki i drogi. Stali też pode drzwiami,
        gdzie odbywała się narada, wzywani na nią, kiedy miano coś mówić o
        postojach i jutrzejszych naradach"

        ...i jej postanowienia

        No i wreszcie pojawiło się jakże ciekawe zarządzenie:
        "Zastrzeżono też i jak najsurowiej zabroniono, by nikt nie odważył
        się wyjść z szeregów, zanim marszałek Królestwa Polskiego Zbigniew
        nie wystąpi z mniejszym sztandarem królewskim, czyli proporcem,
        nadto by wszyscy szli za nim i by nikt nie ważył się go wyprzedzić.
        Zastrzeżono też, żeby nikt w całym wojsku nie poważył się grać na
        trąbie prócz jednego trębacza królewskiego. Na pierwszy dźwięk jego
        trąby, przed świtem, rankiem lub kiedykolwiek indziej wojsko
        wstawało i zbroiło się, na drugi odgłos trąby siodłano konie, na
        trzeci wojsko ruszało w drogę za maszerującym na przedzie
        marszałkiem i za chorągwiami, pod którymi stało."

        Głos Apokalipsy

        Czytając Długosza ma się wrażenie, że autor stopniuje napięcie tak,
        jak to potrafił czynić tylko Tolkien, opisujący wielkie wyprawy
        wojenne Śródziemia, albo wcześniej Sienkiewicz. A już owe trzy trąby
        zdają się niesamowite zupełnie niczym trąby Apokalipsy, choć liczba
        ich inna jest... Jakoż faktycznie, mamy tu do czynienia z Czasem
        Ostatecznym. Nic już nie będzie takie samo jak przedtem - będzie
        Nowa Ziemia, czyli Nowe Królestwo Polskie, będzie nowe, czyli inne
        państwo zakonne...
        Jacek Kowalski
      • JEST: niedziela 11 VII 2010 BYŁ: piątek 11 VII 1410
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/decyzje-i-zmylki
        Szybka decyzja króla
        Kiedy król dowiedział się, że po drugiej stronie Drwęcy znajduje się
        cała armia krzyżacka, i że przeprawianie się przez rzekę tu i teraz
        byłoby niebezpieczne, zrezygnował z forsowania tej wodnej przeszkody
        i postanowił szybkim marszem oderwać się od nieprzyjaciela, na jakiś
        czas znów znikając mu z oczu. Długosz:
        "W piątek [...] jedenastego lipca wojsko królewskie wyruszywszy na
        dźwięk trąby o świcie, wycofuje się i tą samą drogą, którą szło
        przedtem, przybywa do miejsca swego [poprzedniego] postoju w pobliżu
        miasta Lutenburga, gdzie odpoczywało w ubiegłą środę. Następnie
        zostawiając po prawej stronie drogę, którą przybyło z Mazowsza,
        skręca na lewo i maszerując przez pagórkowate okolice rozbija obóz
        we wsi Wysoka, w pobliżu Działdowa. A ponieważ wojsko zmęczone
        długim marszem potrzebowało wypoczynku, przez te dwa dni, mianowicie
        w piątek i sobotę, urządzono postój w tymże obozie."

        Mrzonki mistrza

        A co tymczasem u mistrza Ulryka?
        "Kiedy we wspomniany piątek król Władysław wycofał się, przybył do
        obozu mistrza okryty pyłem i zlany potem zwiadowca pruski i
        stwierdził, że król polski i jego wojsko wycofuje się i ucieka.
        Mistrz pruski Ulryk nadzwyczaj uradowany jego doniesieniem,
        zaprowadził go do panów węgierskich Mikołaja i Ścibora i rzecze: oto
        wrócił człowiek wysłany na zwiady, z pochodzenia Polak, donosząc
        nam, że przez kilka dni szukał obozu króla polskiego i nie mógł do
        niego dotrzeć. Napotkał wprawdzie miejsce i znalazł kilka pustych
        naczyń i pozostawione konie, które osłabły, nadto porzucone pociski
        do dział [...] Uważam zatem za rzecz pewną, że król polski i jego
        wojsko z obawy przed mymi wielkimi siłami uciekło, ponieważ
        wycofanie się jest jawnym dowodem strachu"

        Zdanie panów węgierskich

        Posłowie węgierscy wyrazili jednak swoją wątpliwość wobec tych
        triumfalistycznych twierdzeń, sugerując że "należy sprawę zbadać
        poważniej", bo doniesienie zwiadowcy o niczym nie świadczy. Podobno
        zaś nawet znalazł się wówczas "pewien weteran z wojska mistrza",
        który "z dużym zuchwalstwem" tak się doń odezwał:
        "...bądź ostrożny, mistrzu, aby wojsko królewskie, o którego
        ucieczce ci donoszą, nie zmyło ci głowy i żebyś nie poniechał
        próżnych złudzeń, które ci sprawiają przyjemność, dopiero gdy się
        dowiesz, że wojsko królewskie wdarło się do twoich miast."

        Szybka decyzja mistrza

        Na to dictum mistrz postanowił ścigać królewską armię. Przybył więc
        do sąsiedniego zamku zwanego Bratian, w którym "schroniwszy się z
        panami węgierskimi" kazał szybko -
        "...budować na rzece Drwęcy dwanaście mostów, aby można było po nich
        przeprowadzić wojsko. A stąd urządzając ciągle po cichu małe
        postoje, zdąża jednak w kierunku obozu wrogów, wielce odważny i
        zadufany w sobie pod wpływem słów pochlebców, którzy twierdzili, że
        wynik przyszłej walki będzie zgodny z jego życzeniem..."
        Spotkanie obu armii było tuż, tuż.
        Jacek Kowalski
      • JEST: poniedziałek 12 VII 2010 BYŁA: sobota 12 VII 1410
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/antysojusznik-czyli-wegierska-drole-de-guerre
        Kuriozum dyplomatyczne
        W dniach od 11 do 13 lipca, oderwawszy się szybkim marszem od armii
        nieprzyjaciela, król Jagiełło zarządził postój "we wsi Wysoka, w
        pobliżu Działdowa" (tu i dalej - jak zwykle cytaty z Długosza). I
        wtedy to właśnie miało miejsce kuriozalne zdarzenie dyplomatyczne, o
        którym donieść zamierzam.
        Otóż krzyżacki sojusznik, czyli król Węgier Zygmunt Luksemburczyk -
        wypowiedział królowi polskiemu wojnę. List zawierający tę wieść,
        spisany wiele, wiele tygodni wcześniej, znajdował się od samego
        początku swego istnienia w rękach... Mikołaja Gara i Scibora ze
        Ściborzyc (czyli Polaka na węgierskiej służbie), tych samych, którzy
        niby to mieli być pośrednikami w rozmowach pokojowych pomiędzy
        królem a wielkim mistrzem. Ujawnienie listu nastąpiło w pomiędzy
        jedenastym a trzynastym lipca w obozie we wsi Wysoka. "W czasie tych
        dni przybył do króla polskiego Władysława Ślązak Frycz z Repty,
        wysłany w imieniu panów węgierskich Mikołaja i Ścibora" i
        przedstawił królowi "pismo z wypowiedzeniem wojny tegoż króla
        Zygmunta". Zygmunt stwierdzał w nim, że "zrywa" stosunki z
        Jagiełłą, "stając po stronie mistrza i zakonu".
        Jak widać, rozmowy pokojowe były od samego początku tylko markowane,
        fikcyjne. Tym bardziej, że przyczyną publicznego ogłoszenia listu o
        wybuchu wojny polsko-węgierskiej stało się nie tyle samo fiasko
        rozmów pokojowych, ile uiszczenie przez Krzyżaków żądanej
        sumy: "list wypowiadający wojnę mistrz i Krzyżacy uzyskali za dość
        wysoką cenę, mianowicie czterdzieści tysięcy florenów", zapłaconych
        Zygmuntowi.

        Fiasko krzyżackiej dyplomacji czyli dyplomatycznego kuriozum ciąg
        dalszy

        Co gorsza - albo co lepsza - pieniądze te Krzyżacy wyrzucili w
        błoto. Liczyli przecie na to, że, po pierwsze, na wieść o
        wypowiedzeniu wojny przez króla Węgier osłabnie morale polskich
        rycerzy przebywających w Prusach. Wszak powinni się zaniepokoić
        losem swoich rodzinnych stron, narażonych na węgierski najazd. No i
        po wtóre, Krzyżacy liczyli, że taki najazd rzeczywiście nastąpi; to
        zmusiłoby Polaków do wycofania się z Prus.
        Ale najazd nie nastąpił. Ani nie osłabło morale królewskich wojsk.
        Po pierwsze bowiem, Jagiełło znał Zygmunta nie od dziś i wiedział,
        że ten monarcha będzie lawirował, groził, kręcił, ale nigdy się
        przed szereg nie wysunie i nie narazi na ryzyko. Po wtóre - armia
        polska nie dowiedziała się o wypowiedzeniu wojny, które
        król "polecił zachować w najściślejszej tajemnicy".
        A utrzymanie tej wieści w tajemnicy powiodło się dlatego, że tym
        razem to nie Polacy, lecz Niemcy zostali przez swoich sojuszników
        zdradzeni (i to pod każdym względem!). Bo Zygmunt traktował swoje
        zobowiązania wobec Krzyżaków jeszcze mniej konkretnie niż Francuzi
        swoje wobec Polski w roku 1939.
        Otóż po pierwsze - żaden z węgierskich posłów podczas bytności w
        obozie polskim ani słówkiem nie bąknął polskim rycerzom, z czym tak
        naprawdę przybywa... więc wypowiedzenie wojny pozostało
        dyplomatyczną tajemnicą. Po wtóre - żaden węgierski najazd nie
        nastąpił (zapisana przez Długosza wieść o rzekomo dokonanej przez
        wojsko Luksemburczyka dywersji zdaje się problematyczna). Bo, po
        trzecie, najazd taki w ogóle nie był planowany.

        Kuriozum ciąg dalszy

        No i po czwarte, król Jagiełło był świadom tej sytuacji - a Krzyżacy
        nie... Jako że w momencie dostarczenia Jagielle słono opłaconego
        przez Krzyżaków dokumentu, który miał zasiać w nim obawy i podłamać
        morale jego armii, sam poseł panów węgierskich, rycerz Frycz -
        "...na boku [...] szepnął królowi Władysławowi w imieniu panów
        węgierskich, żeby sobie nic nie robił z zerwania stosunków przez
        króla węgierskiego Zygmunta, bo jego list [...] nie pociągnie za
        sobą żadnych skutków, a sporządzono go tylko dla postrachu..."

        Podwójna zdrada sojusznika

        Jakież to niesłychane krętactwo! Ale i na nim sprawa jeszcze się nie
        kończy. Poseł rzekomego sojusznika Krzyżaków nie ograniczył się do
        zdekonspirowania pozorowanego charakteru wojennych kroków swego
        pana. Na dodatek odegrał też rolę polskiego szpiega. Oto osobiście -
        "...zachęca króla [Jagiełłę], aby wyzbywszy się wszelkich obaw trwał
        dalej przy swym przedsięwzięciu i by się nie ociągał z podjęciem jak
        najszybciej walki z Krzyżakami, którzy - jak wiadomo - siłą i liczbą
        wojsk, uzbrojeniem i pod każdym względem są od niego słabsi, a za
        zmiłowaniem Bożym odniesie pewne zwycięstwo..."
        Nic dodać, nic ująć. Pełna uciecha. Mimo wszystko jednak trudno
        żywić szacunek zarówno do Zygmunta Luksemburczyka, jak i do jego
        reprezentantów. Po trosze ratuje ich fakt, że w znacznej części byli
        z pochodzenia Polakami. Ale marna to pociecha być podwójnym zdrajcą.
        Tak więc, słabszemu zawsze wiatr w oczy. Bo tu, jak widać, wszyscy
        wokół poczuli już, skąd wiatr wieje - i że armia unii polsko-
        litewskiej jest od Krzyżaków silniejsza. Tylko Krzyżacy jeszcze o
        tym nie wiedzieli. Albo: jeszcze się z tą myślą nie oswoili.
        Jacek Kowalski
      • JEST: wtorek 13 VII 2010 BYŁA: niedziela 13 VII 1410
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/wiatyk-rzez-prowokacja
        Wiatyk
        "W niedzielę 13 lipca, w dzień św. Małgorzaty, król polski
        Władysław" wysłuchał "uroczystej Mszy Świętej odprawionej w jego
        obozie we wsi Wysoka w pobliżu Działdowa". I właśnie "tego dnia król
        polski Władysław i całe prawie wojsko polskie przyjęło Najświętszy
        Wiatyk, czyli Sakrament Ciała i Krwi Chrystusowej, w przekonaniu że
        lada dzień zetrze się z wrogiem, co też się i stało".
        Pamiętać trzeba, że w owym czasie chrześcijanie nie przywykli do
        częstego przyjmowania Ciała i Krwi Pańskiej. Sam Jagiełło
        przystępował do tego Sakramentu tylko w najważniejsze święta
        kościelne, przy czym po śmierci swej żony, św. Jadwigi, czynił to
        zaledwie dwa razy do roku.
        Dzień św. Małgorzaty, jednej ze szczególnie czczonych Czterech
        Świętych Dziewic (obok śś. Barbary, Doroty i Katarzyny), należał
        wprawdzie do ważniejszych świąt katolickich. Jednak polscy rycerze
        nie przyjmowali Najświętszego Sakramentu przez wzgląd na to święto.
        Przyjmowali ją jako "wiatyk", czyli swego rodzaju "wyposażenie na
        drogę", w domyśle: drogę na drugi świat, w przewidywaniu
        uczestnictwa w śmiertelnym starciu.

        Odprawa posła

        Po wysłuchaniu Mszy Świętej król wezwał na "tajną naradę wysłańca
        panów węgierskich, Frycza" i wypomniawszy przed nim wszystkie
        przyjazne gesty, jakie dane mu było wcześniej wymieniać z jego
        panem, królem Zygmuntem - a jak pamiętamy, właśnie poprzedniego dnia
        Frycz przywiózł mu od Zygmunta wypowiedzenie wojny - rzekł: "Niech
        zatem Bóg wyda wyrok rozjemczy między nami a nim, czy za nasze
        dobrodziejstwa odmierza słuszną miarką i niech wynagrodzi każdego z
        nas według jego zasług..."

        Ciągnienie wojska

        Po odprawieniu Frycza król "zwija obóz pod Działdowem, nakazawszy
        wozom i taborowi jechać dwie godziny wcześniej i kieruje się pod
        miasto, które po niemiecku nazywa się Gilgenburg [po polsku dawniej:
        Dąbrowno, dziś: Dąbrówno], a którego mury i baszty obmywały fale
        oblewającego go naokoło jeziora. Rozbija obóz pół mili od Dąbrowna".

        Dąbrowno a Grunwald

        Owo Dąbrowno leżało na przesmyku pomiędzy dwoma jeziorami, blokując
        przejście ku północy - a właśnie na północ od Dąbrówna leży Grunwald:
        "Gród zabezpieczony był nie tylko wysokimi grubymi murami, mającymi
        nadto naokoło wieże i baszty, ale także położeniem. Po większej
        bowiem części oblewa go jezioro, a ponieważ jest odcięty biegnącymi
        wokół wałów głębokimi fosami z wodą, ma tylko nader wąski skrawek
        ziemi, przez który można się dostać do niego."
        Niewielkie w sumie miasto obfitowało samo z siebie "we wszelkiego
        rodzaju zasoby i bogactwa zgromadzone w czasie długiego pokoju",
        teraz zaś zawarło w sobie jeszcze mnóstwo bogatych uciekinierów i
        wszelki dobytek, który okoliczna ludność chciała uchronić przed
        nadciągającą nawałą: "Jest [...] rzeczą niewiarygodną i trudno
        wprost wyrazić, w jakie bogactwa opływało miasto i ile miało
        żywności".
        Oczywiście trudno też sobie wyobrazić, aby król podchodząc pod
        Dąbrowno, domyślał się, że decydująca rozprawa nastąpi dokładnie za
        dwa dni pod Grunwaldem. Ale z drugiej strony musiał dość dobrze
        wiedzieć, jak może wyglądać przyszła marszruta jego armii, skoro
        instruowali go "Trojan z Krasnego Stawu i Jan Grinwald wójt z
        Parczowa", którzy "pochodząc z Prus znali tam dobrze wszystkie
        miejscowości, ścieżki i drogi". Mógł więc sądzić, że właśnie na
        północ od Dąbrowna - a zatem w okolicy wsi Grunwald - nastąpi
        decydująca bitwa.
        Mógł zatem albo zdobywać Dąbrowno, po to, aby przejść przez nie
        przesmykiem na północ ku Grunwaldowi, albo też zostawić Dąbrowno za
        sobą i udać się nieco dalej na wschód, aby obejść zarówno samo
        miasto jak i pozostałe wodne przeszkody, a potem dopiero skierować
        się ku północy.

        Szturm

        Tak czy inaczej szturm do miasta jednak przypuszczono. Długosz
        pisze, iż miało to nastąpić wskutek przypadku:
        "Kiedy pod wieczór upał zelżał, wielu żołnierzy z obozu króla rusza
        w stronę miasta Dąbrowna celem zobaczenia miasta i jego położenia.
        Ale ponieważ wojska, które przybyły, by bronić miasta z obawy przed
        zaatakowaniem ich samych i grodu, wyszły im naprzeciw, dochodzi
        natychmiast do ostrej walki. Rozgorzała ona do tego stopnia, że
        rycerze polscy pobiwszy wrogów i zmusiwszy ich do ucieczki do
        miasta, zbici w wielką masę, bez rozkazu króla rzucili się na
        miasto, by je zdobywać..."
        W tym momencie "w obozie króla wybucha wielki rwetes" i - jak
        przekazuje Długosz - "król Władysław usłyszawszy go, każe heroldowi
        ogłosić zakaz zdobywania miasta w obawie, że żołnierze jego zostaną
        przy tym rozbici i staną się bezużyteczni do przyszłej walki".
        Jednak Polacy "nic sobie nie robiąc z zakazu króla" ruszyli "ogromną
        gromadą [...]do zdobywania miasta".
        Autor napisanej zaraz po bitwie "Kroniki konfliktu" twierdzi wszakże
        przeciwnie - że Dąbrowno zostało zaatakowane właśnie z królewskiego
        rozkazu. Do przyczyny tego rozdwojenia zdań zaraz powrócę. Tymczasem:
        "...mieszkańcy miasta nie lenią się do stawiania oporu, lecz
        pociskami z dział i głazami odpędzają podchodzących pod mur. Lecz
        rycerze w wielkiej masie wskakują do jeziora, osłabiają mury grodu i
        usiłują je podkopać. Inni przystawiwszy drabiny wchodzą na nie i w
        okamgnieniu zdobywają ludne, pełne mężczyzn i kobiet miasto..."

        Los Dąbrowna

        Długosz z niejaką rezygnacją stwierdza, że w momencie pierwszej
        utarczki pod murami los miasta "był już przesądzony." Tak; i to nie
        tylko "przesądzony", ale i straszny. Wszak "jeszcze nie wywieziono
        wszystkich łupów, a już miasto podpalono", a "wielu ludzi, którzy
        schronili się w kościele, ginie w wielkim pożarze". Wzięto do
        niewoli "wiele [...] tysięcy jeńców, mężczyzn i kobiet",
        których "uprowadzono do obozu króla", aby ich "ofiarować" Jagielle.
        Ale poza tym "nie było względu na wiek ani żadnej litości" - te
        słowa świadczą, że mordowano pewno i dzieci... zatem "wielu dotknął
        srogi miecz i nikt nie uniknął rzezi lub niewoli z wyjątkiem kilku,
        którzy na czółnach i łodziach wymknęli się nad jezioro".
        Skąd takie okrucieństwo, już nie tatarskie ale polskie? Długosz
        podpowiada, że "Polacy dopuszczali się tego nie tyle prawem
        wojennym, ile z nienawiści do Krzyżaków i bólu z powodu spustoszenia
        przez wrogów ziemi dobrzyńskiej". Łatwe tłumaczenie - i przykre, bo
        w tym momencie Polacy okazują się niewiele lepsi od Krzyżaków,
        których krwawe wyczyny wielokroć już opisywano...

        Z zimną krwią?

        Powracam jednak do ewentualnej przyczyny zaatakowania Dabrowna.
        Dlaczego wedle Długosza szturm nastąpił spontanicznie, wbrew
        królowi, zaś źródło z epoki powiada inaczej? Może nasz dziejopis
        dysponował jakimiś źródłami, jakąś ustną relacją bezpośredniego
        świadka? A może "Kronika konfliktu", spisana za życia Jagiełły,
        tuszowała niesubordynacje armii wobec króla (nieposłuszeństwo wojska
        było wszak pewnym wstydem dla wodza), zaś Długosz wolał ratować
        honor króla i armii przedstawiając zbrodnie popełnione na ludności
        cywilnej jako działanie "w afekcie", któremu nawet król nie był w
        stanie się przeciwstawić?
        Cóż. Można sobie jednak wyobrazić, że król podjął decyzję o okrutnym
        potraktowaniu miasta z premedytacją, z zimną krwią. I w takim
        wypadku nie tyle chodziłoby mu o utorowanie drogi na północ -
        dogorywające zgliszcza miasta nie stanowiły wszak dobrego traktu dla
        armii, która, jak się sądzi, pomaszerowała pod Grunwald "naokoło".
        Natomiast Jagiełło mógł mieć w zamiarze sprowokowanie Ulryka do
        natychmiastowego starcia. Kto wie, może bał się, że Krzyżacy, czując
        pismo nosem, zrezygnują ze spotkania z silniejszym przeciwnikiem i
        zamkną się w zamkach? Wtedy Grunwald by nie nastąpił. Natomiast
        palenie miast i wyrzynanie ludności cywilnej stanowiły swego rodzaju
        prowokację, wyz
      • JEST: środa 14 VII 2010 BYŁ: poniedziałek 14 VII 1410
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/noc-i-znaki
        Długosz the best
        Jan Długosz byłby świetnym powieściopisarzem... Nie - po prostu nim
        był. Był, był niedoścignionym mistrzem prozy faktu. Pardon - jest.
        Czytając jego "Roczniki" po prostu czuje się narastające napięcie,
        które zmierza ku rozwiązaniu... niby pewnemu - ale jednak napięcie
        wzrasta... I "to się czyta"! Mimo, że wiemy, iż "nasi" zwyciężą.

        Spoczynek na zgliszczach

        Zgliszcza Dąbrowna jeszcze dymiły, gdy "w poniedziałek, nazajutrz po
        świętej Małgorzacie, czternastego lipca" król zdecydował, iż jego
        wojsko nie ruszy dalej, "z tego jedynie względu, żeby zebrać resztki
        rzeczy i żywności ukryte w piwnicach i podziemnych schowkach miasta
        Dąbrowna i wydać decyzje co do jeńców wziętych do niewoli".
        Rzeź z dnia poprzedniego nie była widać aż tak straszna, skoro po
        bitwie monarcha mógł uwolnić i ochronić przed ewentualnym
        niebezpieczeństwem (ze strony maruderów własnej armii) "wszystkich
        mieszkańców miasta, lud i chłopów, również wszystkie kobiety i
        dziewczęta i wszystkie niewiasty wszelkiego stanu", zatrzymawszy
        jednak "mnichów krzyżackich oraz miejscową szlachtę i ludność" -
        czyli tych, którzy należeli do groźnych przeciwników i tych, którzy
        mogli dać za siebie godny okup.

        Dyspozycja

        Wszystko wskazuje na to, że król był świadom zbliżania się momentu
        bitwy i nie zaniedbał niczego, aby do niej przysposobić swoją armię.
        Tak więc, "kiedy dzień miał się ku zachodowi [...] każe podać do
        wiadomości trasę na dzień nastepny i nakazuje żołnierzom iść do
        namiotów i wypoczywać, by nazajutrz przed świtem byli sprawniejsi,
        co król również polecił ogłosić".

        Znaki Natury

        "A następna noc upłynęła w obozie królewskim spokojnie. Zupełnie
        inaczej wyglądała ona w wojsku krzyżackim. Silny bowiem wiatr bijąc
        we wszystkie namioty powywracał je i [Krzyżacy] spędzili noc
        częściowo bezsennie."
        To pierwsza zapowiedź zwycięstwa; sprzyjającą królowi pogodę Długosz
        skomentuje potem, cytując starożytnego poetę Klaudiana: "O jakże
        drogi jest Bogu ten człowiek, | któremu w walce nawet niebo sprzyja,
        | a sprzysiężone dmą mu w żagle wiatry".

        Znaki nadzwyczajne

        Ale do znaków natury doszły znaki nadnaturalne. Naturalne, czy...
        należące do nadzwyczajnych środków propagandowych? Wielu już mówiło
        o tym i pisało, że Jagiełło zastosował zabieg, do jakiego uciekano
        się często w różnych armiach starożytnych, średniowiecznych,
        nowożytnych, nowoczesnych i współczesnych: szerzenie pomyślnych
        wróżb i błogosławionych plotek tuż przed decydującą batalią. Sam
        Długosz coś podejrzewa i ma wątpliwości co do nadprzyrodzoności tych
        znaków; wątpliwościami tymi dzieli się z czytelnikami, dając kolejne
        świadectwo dziejopisarskiej rzetelności:
        "Nie mamy pewności, czy ten obraz był wytworem umysłu
        przepowiadającego zwycięstwo, czy wyobrażeniem jakichś nadziemskich
        zjawisk, czy tez jakimś innym pochodzącym z ukrytych przyczyn
        widzeniem."
        Co ciekawe, dziejopis powątpiewa tym samym w relację własnego
        stryja, królewskiego kapelana Bartłomieja z Kłobucka, "który
        twierdził, że własnymi oczami oglądał to widzenie". Jakiż to zatem
        był "obraz", jakie było "widzenie"?

        Widzenie

        "Pewni ludzie bowiem, którzy czuwali w nocy, widzieli przez pewien
        czas na tarczy księżycowej ostrą walkę między królem z jednej strony
        a mnichem z drugiej. W końcu jednak mnich, pokonany przez króla i
        zrzucony z tarczy księżyca, spadł szybko w dół."
        Nic dodać, nic ująć. Po takich "widzeniach" wszyscy musieli wstac
        rześcy i skorzy do działania...
        Jacek Kowalski
      • JEST: czwartek 15 VII 2010 BYŁ: wtorek 15 VII 1410
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/grunwald:-swit-bitwy
        I. Wiatr historii
        We wtorek piętnastego lipca o świcie król polski chciał wysłuchać
        mszy świętej w obozie pod Dąbrownem, jednak "wskutek gwałtownego
        wiatru nie można było z nakazaną szybkością rozpiąć ani przyczepić
        namiotu, w którym zwykle odprawiano nabożeństwo". Dlatego też "za
        radą wielkiego księcia Aleksandra... król rusza spod Dąbrowna" i
        każe rozbijać obóz nieopodal wsi Tannenbergu [Stębarka] i Grunwaldu.
        W to samo miejsce przybył też mistrz pruski Ulryk ze swoim wojskiem
        i również nakazał rozbić obóz. Jednak "mimo że przebywał w pobliżu,
        zwiadowcy królewscy nie wiedzieli jeszcze o nim".

        II. Alarm contra modlitwa

        Podczas gdy "król spieszył, aby wysłuchać mszy, przybył rycerz Hanek
        z Chełmu, herbu Ostoja, donosząc, że widział wojsko wroga na parę
        kroków od siebie". Niemal natychmiast za Hankiem przybyło kolejnych
        pięciu rycerzy, a każdy z nich donosił to samo - "że oddziały wroga
        gotowe do walki są w pobliżu". Ale -
        "...król Władysław zupełnie nieporuszony tak nagłym nadejściem
        nieprzyjaciół i to tak blisko, uznawszy za rzecz najważniejszą
        najpierw oddanie czci Bogu, a potem zajęcie się wojną [...]
        wysłuchał bardzo pobożnie dwu mszy [...] żadne [...] prośby ani
        błagania, żadne wreszcie doniesienia o niebezpieczeństwie nie mogły
        króla oderwać od mszy i modlitwy, dopóki jej nie skończył."

        III. Zagrożenie

        Czyż to nie skandal? Zamiast zająć się działaniami taktycznymi, król
        poświęca się modlitwie, podczas gdy wojsko polskie wciąż nie zostało
        uszykowane do bitwy. Tymczasem "wrogie wojsko pruskie, choć słabsze,
        ale uzbrojone i gotowe do walki, mogło było odnieść zwycięstwo [...]
        gdyby wdarłszy się do obozu [polskiego], pierwsze wszczęło walkę."
        Na szczęście Krzyżacy "uznawszy [...], że wojsko króla zatrzymało
        się śród gajów i krzaków nie przypadkiem, ale celowo i że wciąga ich
        w zasadzkę, [...]z samego strachu powstrzymali się od zaatakowania
        wojska królewskiego".

        IV. Pobożny PR i realia

        Ha. Nie mieliśmy racji. Pobożna bezczynność króla okazała się jednak
        usprawiedliwiona. Denerwowała ona wprawdzie rycerzy, ale obowiązki
        zostały właściwie rozdzielone. Podczas gdy król się modlił, wielki
        książę Witold i marszałek Królestwa, Zyndram z Maszkowic, wydawali
        rozkazy, wskutek których wojsko polskie "z godną podziwu szybkością
        ustawiło swoje oddziały i chorągwie i stanęło naprzeciw wroga." Jak
        powiada (za Długoszem, oczywiście, bo za kimże by innym?)
        starożytna "Pieśń o pruskiej porażce": "Polski lud wziął lewą
        stroną, | Litewski prawej obroną", przy czym "Na czele lud co
        wybrańszy, | A co daléj to są tańszy".
        Nie wiemy dokładnie, jak liczne były obie armie. Znamy tylko liczbę
        chorągwi, czyli oddziałów, z których armie te się składały. Wedle
        Długosza, iż "stwierdzono naocznie, że wojsko polskie miało w tej
        walce pięćdziesiąt znaków, które nazywamy chorągwiami, pełnych
        znakomitych i doświadczonych rycerzy, oprócz chorągwi litewskich w
        liczbie czterdziestu. [...] Wojsko krzyżackie było znacznie słabsze,
        zarówno gdy chodzi o liczbę i siłę żołnierzy, jak i o chorągwie"

        V. Pasowanie

        Zdaje się, że nie było wielkiego zaskoczenia ani improwizacji.
        Czytając Długosza odnosi się wrażenie, iż modły królewskie skończyły
        się równo z uszykowaniem polskiego rycerstwa do boju, kiedy to "król
        polski Władysław ukończywszy swe modły [...] wstaje i włożywszy na
        siebie oręż, okrywa się od stóp do głów najwspanialsza zbroją, [...]
        a rycerze ponownymi i coraz głośniejszymi okrzykami nastają na
        niego, by jak najszybciej dał hasło do walki (wydawało się bowiem,
        że wszystko szło nie dość szybko)".
        Wypadałoby wreszcie, aby król choć przez chwilę spojrzał na
        przeciwnika. I tak się dzieje. Jakbym słuchał "Pieśni o Rolandzie",
        w której Oliwier wypatruje Saracenów ze wzgórza:
        "Król przeto [...] wsiadł na konia i pozostawiwszy wszystkie
        insygnia królewskie prócz niesionej przed nim małej chorągwi z
        wyszytym na niej białym orłem, udał się na znaczne wzniesienie dla
        obejrzenia wojsk wrogów. Wszedł na położony między gajami pewien
        pagórek, na którym rozciągała się rozległa płaszczyzna, z której
        można było łatwo mieć pełny widok na wrogów i oceniając bardziej
        wzrokowo niz rozumowo siły własne i wrogów, wróżył sobie to
        pomyślny, to smutny los".
        Ten krótki epizod spina jak klamrą pasowanie młodych rycerzy. Oto
        król "Nasyciwszy oczy widokiem wielkiej liczby wroga, zszedł niżej i
        pasując bardzo wielu Polaków na rycerzy, zapala ich do walki
        krótkim, ale mocnym przemówieniem, przypominając każdemu o jego
        godności. A sam tak jak był, siedząc na koniu ponowił spowiedź wobec
        podkanclerzego Królestwa Polskiego Mikołaja."
        Takiego pasowania zwyczajowo dokonywano przed bitwą. Rzecz i okazja
        były uroczyste i ważne, bo trzeba jednak wiedzieć, iż bynajmniej nie
        każdy europejski rycerz otrzymywał pasowanie - ono należało się z
        powodów szczególnych, zaś "strenuus miles" - czyli "rycerz
        pasowany" - to był KTOŚ, nie byle wojownik.
        Jacek Kowalski
        • BYŁ: wtorek 15 VII 1410
          www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/grunwald:-ostatnie-chwile-spokoju
          VI. Niewczesny żal Ulryka
          Długosz nie mógł sobie odpuścić relacji z obozu wroga, który
          wzajemnie obserwował Jagiełłę. Musiał tę relację zamieścić dla
          kompozycyjnej równowagi. Pewnie ją trochę zmyślił, a co najmniej
          podkoloryzował. Oto czytamy, że -
          "Mistrz krzyżacki Ulryk von Jungingen w chwili, gdy zobaczył, że
          wojska królewskie i jego zgromadziły się w wielkiej masie i stoją w
          oddziałach i szeregach gotowe do walki, zadrżał z lęku przed godziną
          decydującej walki. Pewność siebie, która w nim wbrew zasadom
          rozsądku dochodziła do pychy, zmienił w troskę i usunąwszy się w
          ustronne miejsce, nie tylko pogrążył się w smutku, ale zaczął lać
          obficie łzy."

          VII. Mała zdrada

          Tuż przed rozpoczęciem bitwy o mało co doszłoby do poważnego
          uszczuplenia sił polskich. Mianowicie "bez zezwolenia i wiedzy króla
          wycofało się [z obozu królewskiego] trzystu najemnych rycerzy
          czeskich, nie wiadomo czy ze strachu, czy też przekupieni przez
          wrogów". Na szczęście na miejscu znajdował się podkanclerzy Mikołaj
          Trąba, który zauważył ich cichą ucieczkę i zażądał wyjaśnień. Czesi
          odpowiedzieli, że "król nie wypłaca im wysłużonego żołdu". Było to
          wierutne kłamstwo; podkanclerzy Mikołaj oskarżył więc publicznie
          Czechów o "bojaźń i opieszałość". A kiedy to uczynił, Czesi,
          zawstydzeni, "wrócili do obozu króla [...] by wkrótce zetrzeć się z
          wrogami".

          VIII. Posłowie

          Kolejne zaskoczenie. Już, już miano rozpocząć walkę, a "król pragnął
          włożyć hełm i ruszyć do boju", gdy nagle -
          "...przed królem stanęło [...] dwu heroldów [...] [którzy] oddawszy
          jako tako honory królowi, przedstawiają treść swego poselstwa po
          niemiecku (Jan Mężyk [z Dąbrowy, herbu Wadwicz, podczaszy dworu]
          służył za tłumacza) [...] - Najjaśniejszy królu! Wielki mistrz
          pruski Ulryk posyła tobie i twojemu bratu [...] dwa miecze, byś się
          starł z nim i z jego wojskiem bez ociągania się i odważniej, niż się
          tym chwalisz, żebyś się dłużej nie chował w lasach i gajach, zwodząc
          go [...]. A król Władysław wysłuchawszy pełnych pychy i zuchwalstwa
          słów [...] przyjął miecze z ich rąk i bez gniewu i jakiejkolwiek
          niechęci lecz zalany łzami odpowiada posłom bez namysłu [...] -
          Chociaż nie potrzebuję mieczów mych wrogów, bo mam w mym wojsku
          wystarczającą ich liczbę, w imię Boga jednak dla uzyskania większej
          pomocy, opieki i obrony w słusznej sprawie, przyjmuje także dwa
          miecze przyniesione przez was".
          Jacek Kowalski
        • BYŁ: wtorek 15 VII 1410
          www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/grunwald:-bitwa-zaczeta
          IX. Co widział podkanclerzy
          No i na koniec król "włożył hełm na głowę i w Imię Pańskie ruszając
          do walki polecił, by wojsko zagrało hejnał i by rycerze wszczęli
          bój". Czyli: "Rozkazał dać znak potkania. | I mało było czekania, |
          Bo poszli ochotnie k'sobie | Tak wybrane czoła obie" (wedle "Pieśni
          o pruskiej porażce"). Ale wróćmy do Długosza. Nim nastąpiło starcie,
          król "trzymając rumaka w ręku", a zatem w bardzo majestatycznej
          pozycji. "daje zlecenie podkanclerzemu Królestwa Polskiego
          Mikołajowi. Każe mu iść ze wszystkimi duchownymi i pisarzami oraz
          pozostałym nie biorącym udziału w wojnie i bezużytecznym w walce
          tłumem do taborów". Jednocześnie "kiedy zaczęła rozbrzmiewać
          pobudka, całe wojsko królewskie zaśpiewało donośnym głosem ojczystą
          pieśń Bogurodzica, a potem potrząsając kopiami rzuciło się do walki.
          Pierwsze jednak poszło do starcia wojsko litewskie".
          Tu dotykamy jednego z najbardziej niesamowitych passusów Długoszowej
          kroniki. Szczegół przekazany poniżej mógł bowiem wyjść jedynie z ust
          któregoś z naocznych świadków, zapewne jednego z młodych "pisarzy",
          otaczających podkanclerzego. Nie jest ten fragment "potrzebny" do
          narracji - jest raczej po prostu "prawdziwy":
          "Już podkanclerzy Królestwa polskiego Mikołaj, który zamierzał udać
          się z kapłanami i pisarzami do obozu królewskiego, wśród potoku łez
          zniknął z oczu króla, kiedy jeden z pisarzy podszepnął mu, żeby się
          chwilkę zatrzymał i czekał na starcie się w walce tak potężnych
          wojsk, bo to rzadkie zaiste widowisko, którego nigdy później nie
          miano oglądać. Ten ulegając jego słowom zwraca oczy i twarz na
          walczące szeregi. A właśnie w tym momencie wojska i obydwie strony
          wzniosły okrzyk, jaki zwykle wznoszą żołnierze przed walką."
          Dalej Długosz pisze już bardziej "literacko", nolens volens
          inspirując bezpośrednio obraz Matejki:
          "A kiedy szeregi się tak zwarły, nie można było odróżnić tchórza od
          odważnego, dzielnego od opieszałego, bo i jedni i drudzy przywarli
          do siebie jakby w jakimś splocie".
          "Kronika konfliktu", spisana wkrótce po grunwaldzkiej wiktorii w
          otoczeniu króla (możliwe, iż jej autorem jest sam Zbigniew
          Oleśnicki), podaje, że -
          "...w tym zasię miejscu po bitwie, z włóczni, które wówczas
          skruszono [utworzył się niby most], ze względu na to, że nogi
          końskie strącały w to [miejsce] z wysoka, ze szczytu obu pagórków
          połamane drzewca, które gdy dla pochyłości [stoku] nie mogły
          utrzymać sie na wierzchołku wzgórza, gromadziły się i zbierały w
          dolinie pomiędzy tymi wzgórzami, tak iż wydawały się jakby jednolity
          most ułożony ręką [ludzką] z tych włóczni."

          X. Litewskie fugas chrustas i pułki smoleńskie

          Jak wiemy, po jakimś czasie, walczące na prawej flance "wojsko
          litewskie zaczęło słabnąć i nie mogąc wytrzymać naporu wroga,
          wycofało się na odległość jednego stajania". Wreszcie
          musiało "zwrócić się do ucieczki"; "uciekających zaś ogarnął tak
          wielki strach, że wielu z ich zatrzymało się dopiero po przybyciu na
          Litwę i rozgłaszało, że poległ król Władysław oraz wielki książę
          litewski Aleksander i że wyginęło również kompletnie ich wojsko".
          Tego passusu nie mogą Długoszowi wybaczyć Litwini, twierdząc , iż
          rzekoma "ucieczka" miała w istocie charakter podstępu, fortelu. Może
          i tak - jako że źródła krzyżackie pośrednio potwierdzałyby tę
          wersję, ale tylko częściowo. Długosz - i tylko on - chwali za
          to "pułki smoleńskie":
          "W tej walce rycerze ruscy ze Smoleńska stojąc przy trzech własnych
          sztandarach i walcząc nader zawzięcie, zasłużyli na wielką chwałę
          jako jedyni, którzy nie wzięli udziału w ucieczce. Chociaz bowiem
          pod jedną choragwią wycięto ich w najokrutniejszy sposób, a sztandar
          podeptano na ziemi, w dwu jednak pozostałych walcząc bardzo
          dzielnie, jak przystało mężom i rycerzom, wyszli zwycięsko i
          przyłączyli się do zastępów polskich".
          Tylko oni zyskać mieli tego dnia pochwałę z ust Witolda,
          który "starał się biczem i potężnym krzykiem powstrzymać ucieczkę"
          swoich wojsk, "ale na próżno".
          Możemy domyślać się tylko, że ucieczka Litwinów - udana, czy
          rzeczywista - zaogniła nagle sytuację na skrzydle polskim. I oto
          nagle "wielka chorągiew króla polskiego Władysława z białym orłem w
          herbie, którą niósł chorąży krakowski, rycerz herbu Połukoza Marcin
          z Wrocimowic, pod naporem wrogów upada na ziemię." Upadek chorągwi -
          to jakby wstęp do klęski. Na szczęście "rycerze polscy pragnąc
          zetrzeć haniebną zniewagę, w najzawziętszy sposób atakują wrogów i
          rozbijają [ich] kompletnie", i "podnoszą chorągiew, która upadła pod
          naporem wrogów".
          W tym momencie powraca na pole bitwy ta część Krzyżaków, którzy
          pogonili za Litwinami, mniemając, że już po sprawie i że Polacy
          zostali pokonani. Widząc, co się dzieje, "porzuciwszy jeńców i łupy"
          oddział ten "rzuca się w wir walki".
          Jacek Kowalski
        • BYŁ: wtorek 15 VII 1410
          www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/grunwald:-stal-sie-koniec
          XI. Ostatni manewr wielkiego Mistrza
          Przychodzi decydujący moment bitwy. Szala się przechyla, siły Zakonu
          coraz szybciej topnieją. Wielki mistrz jest tego świadom i rzuca
          odwód - szesnaście chorągwi. Historycy nie są zgodni co do tego, czy
          był to rzeczywiście odwód, czy może chorągwie wycofane z walki w
          innym miejscu, teraz zaś użyte w celu okrążenia przeciwnika. Pieśń
          rzecze, iż król chciał Polaków "w sak nagonić", czyli zamknąć
          jakby "w worku". Pech chciał, że obrana przezeń linia natarcia
          przebiegała tuz obok wzgórka, na którym stał król Jagiełło z
          niewielka świtą, skąd obserwując starcie, wydawał też rozkazy.
          Zbigniew z Oleśnicy, wówczas sekretarz królewski, a późniejszy
          biskup krakowski i mecenas Długosza, został natychmiast posłany do
          idącej akurat w bój chorągwi nadwornej, aby zawróciła i osłoniła
          monarchę. Misja Zbigniewa nie spotkała się jednak z przychylnym
          przyjęciem:
          "Rycerz królewski, jeden z walczących w pierwszym szeregu Mikołaj
          Kiełbasa herbu Nałęcz, zamierzając się mieczem na wysłańca
          królewskiego, pisarza Zbigniewa, łaje go głośno nakazując mu
          odejść: - Nieszczęśniku, czy nie widzisz, że wrogowie na nas
          nacierają? [...]"

          XII. Pojedynek

          W tym momencie następuje najsławniejszy pojedynek tej bitwy.
          Oddziały prowadzone osobiście przez wielkiego mistrza znalazły sie
          tuż koło wzgórka, na którym stał Jagiełło. Nie uderzyły wprawdzie na
          króla, bo powstrzymał je ich dowódca (zapewne sam Ulryk)
          krzycząc: "Herum, herum!" i wskazując kierunek natarcia ku głównym
          polskim siłom. Cóż: dzięki zwinięciu królewskiego proporca Jagiełło
          pozostał nierozpoznany. Tylko jeden rycerz z krzyżackiej armii -
          Dypold von Köckeritz - postanowił skrzyżować kopie z nieznanym sobie
          rycerzem w srebrnej zbroi. A kiedy "król polski Władysław usiłował
          podjąć z nim walkę, wywijając własną włócznią starł się z nim,
          osłaniając króla od ciosu, pisarz królewski Zbigniew z Oleśnicy bez
          zbroi i broni, mający na pół złamaną włócznię. Ugodził go w bok i
          zwalił z konia na ziemię. Leżącego na wznak wśrd drgawek król
          Władysław trąciwszy włócznią w czoło, które miał odłonięte wskutek
          odsunięcia się przyłbicy do góry, zostawi go nietkniętego. Ale
          natychmiast zabili go rycerze trzymający straż nad królem".
          Szczegóły tego pojedynku badała potem specjalna komisja kościelna,
          aby sprawdzić, czy Zbigniew winien był śmierci przeciwnika - co
          czyniłoby mu przeszkodę w osiągnięciu święceń. Gdy bowiem
          król "pragnął mu nadać jako wyróżnienie pas rycerski i nagrodzić
          wyjątkowo", on odrzekł, że "woli walczyć dla Chrystusa", czyli wejść
          do stanu duchownego. A król na to: "skoro wybrałeś lepszą cząstkę,
          ja, by nagrodzić twój czyn, jeżeli będę żył, nie zaniecham cię
          wynieść do godności biskupiej".

          XIII. Ostatnie zmagania i pościg

          Tymczasem dopiero po chwili reszta wojska polskiego rozpoznała w
          nadchodzących szesnastu chorągwiach wrogie oddziały. Sądzono bowiem
          z początku, "że jest to wojsko litewskie", które powraca na pole
          bitwy. Rycerz Dobiesław z Oleśnicy wypuścił się naprzeciw
          nadchodzącym - i natychmiast został zmuszony do pojedynku na kopie z
          wodzem krzyżackim, może nawet samym wielkim mistrzem,
          który "zręcznymi ruchami swej lancy podbija w górę wyciągniętą
          włócznię Dobiesława". Ten ostatni zawraca więc i ucieka galopem, a
          Krzyżak zdołał jeszcze ranić w zad jego konia. Ostrzeżeni w porę
          Polacy "wieloma chorągwiami rzucają się na ustawionych w szesnastu
          chorągwiach wrogów".
          To już ostatni epizod głównej walki. Wrogowie dostają się w kocioł,
          zostają otoczeni i rozgromieni. Ci, którzy mogą jeszcze uciekać,
          czynią to co najśpieszniej; pada i rozgrabiony zostaje krzyżacki
          obóz; pogoń rozciąga się na wiele mil; część przeciwników idzie do
          niewoli, wielka część ginie, a polscy rycerze biorą jeńców wyłącznie
          spoza krzyżackiej starszyzny. Kto ma czarny krzyż na płaszczu - daje
          głowę. Nie ma litości.

          XIV. Radość, wino i krew

          "Panowała zaś powszechnie wśród wszystkich ogromna radość, że przez
          odniesienie znakomitego, godnego wspominania przez wiele wieków
          zwycięstwa nad zuchwałym i potężnym wrogiem, za łaską Bożą uwolnili
          Ojczyznę od bezlitosnego i niesłusznego zagarnięcia przez Krzyżaków
          i od ich najazdu, a siebie od grożącego im niebezpieczeństwa śmierci
          lub niewoli."
          Pogoń trwa długo. Powracający z niej byli głodni i spragnieni. "Po
          przybyciu do obozu [...] król Władysław, zsiadłszy z konia, zmęczony
          wysiłkiem i upałem położył się na spoczynek w cieniu głogu na
          posłaniu z liści jaworu, w towarzystwie jedynie pisarza Zbigniewa
          Oleśnickiego. Z głośnych nawoływań, którymi w czasie bitwy nakłaniał
          i popędzał rycerzy, jego głos był tak ochrypły, że w tym i następnym
          dniu z trudem można go było zrozumieć i to tylko z bliska".
          Dopiero po bitwie król i jego rycerze mogli spożyć posiłek, "tego
          dnia bowiem" jeszcze "nie mieli niczego w ustach". W obozie
          krzyżackim znaleziono "wiele kadzi wina, do których zbiegło się po
          pokonaniu wrogów umęczone trudami walki i letnim upałem wojsko
          królewskie celem ugaszenia pragnienia. Jedni rycerze gasili je
          czerpiąc wino hełmami, inni rękawicami, wreszcie inni butami".
          Obawiając się, aby armia nie uległa pijaństwu, król "kazał zniszczyć
          i porozbijać kadzie z winem". A wino "spływało na trupy zabitych"
          I "opowiadają, że to dało okazję do zmyśleń wśród ludu i plotek,
          które głosiły, że w tej bitwie wylano tyle krwi, że spływała ona jak
          rwący strumień".

          XV. Los wielkiego mistrza

          Teraz król nakazał ogłosić, że nazajutrz odprawiona zostanie
          dziękczynna Msza Święta, i że wojsko ma mu wtedy przedstawić
          wzięte "chorągwie i jeńców". I nagle przystąpił doń rycerz Mszczuj
          ze Skrzynna, i "doniósł królowi, że wielki mistrz pruski poległ i na
          dowód jego śmierci pokazał królowi pełen świętych relikwii złoty
          pektorał, który sługa wspomnianego Mszczuja, imieniem Jurga, zdarł z
          zabitego". Mistrz wykazał się wielkim męstwem; w przeciwieństwie do
          niektórych innych dostojników krzyżackich, "padł w czasie walki od
          ciosów otrzymanych w piersi", skoro "uznał, że nie warto dłużej żyć
          po klęsce swego wojska".
          Głęboko wzruszony Jagiełło miał na to rzec: "moi rycerze [...] oto
          jak szpetną rzeczą jest pycha wobec Boga. Ten bowiem, który był
          przekonany, że nie znajdzie nikogo, kto by dorównał jego potędze,
          leży tu pozbawiony wszelkiej pomocy ze strony swoich, w najbardziej
          żałosny sposób zamordowany, służąc za dowód, że pycha jest gorsza od
          skromności".

          XVI. Finał

          Potem wszyscy udali się na spoczynek, i spadł deszcz, i "zginęło od
          ostrego zimna wielu pozostawionych na polu walki rannych". Morał
          dośpiewuje "Pieśń o pruskiej porażce":
          "Po tej bitwie stał się koniec,
          Wtym do Polski posłan goniec,
          Iż Król wygrał a mistrz stracieł
          I gardłem tego przypłacieł.
          Tak ci Pan Bóg hardość traci,
          A pokorę hojnie płaci.
          Sprawiedliwość w bitwie może,
          Daj tak zawżdy wygrać, Boże."
          Jacek Kowalski
      • BYŁA: środa 16 VII 1410
        www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,gawedy?zobacz/grunwald:-dzien-po
        Msza Święta. Prezentacja chorągwi. Uczta, którą Jagiełło uraczył
        znaczniejszych książąt i rycerzy wziętych do niewoli. Szlachetny
        gest, w którym król odesłał ciało wielkiego mistrza do Malborka.
        Król był łaskawy - bo był szczęśliwy. Zatrzymajmy to w pamięci: że z
        obfitości swego zwycięstwa dał troszkę osłody zwyciężonym.

        Dalsze dzieje konfliktu

        Pod wrażeniem grunwaldzkiego pogromu niemal wszystkie miasta i zamki
        Prus po kolei poddawały się królowi, który jednak zbyt wolno udał
        się pod Malbork, aby móc tę ogromną twierdzę zająć z zaskoczenia.
        Długotrwałe oblężenie nie przyniosło skutku, zaś ogromna armia
        polsko-litewska okazała się zbyt szczupła aby zatrzymać zdobycz w
        rękach zwycięzców. Tak więc ostatecznie całe Prusy powoli powróciły
        pod krzyżackie panowanie. Podpisany rok potem pokój toruński
        przywracał Polsce Ziemię Dobrzyńską, a Litwie Żmudź. Tym niemniej
        potęga Zakonu została trwale złamana. To samo można powiedzieć o
        jego międzynarodowej pozycji. Skończyły się czasy masowego
        uczestnictwa pobożnych, europejskich rycerzy w wojnach toczonych
        przez Krzyżaków. Za to Królestwo Polskie niemal natychmiast uznane
        zostało za nowe mocarstwo, które zajęło miejsce potęgi krzyżackiej.
        Jagielle ofiarowywano korony sąsiednich królestw; jego potomkowie
        zasiedli na tronach Węgier i Czech, a w pół wieku odebrali Zakonowi
        Ziemię Chełmińską, Pomorze z Gdańskiem i Warmię. Jednak państwo
        zakonne nie zostało zlikwidowane. Po kolejnej wojnie królowie polscy
        pozwolili mu istnieć jako swemu lennu. Za ten polityczny błąd Polska
        zapłaciła drogo - po niespełna czterech stuleciach protestanckie już
        wtedy Prusy wzięły udział wraz z Rosją i Austrią w rozbiorach
        Rzeczypospolitej...

        Bliskie dziedzictwo Grunwaldu

        Jak widać, historyczne znaczenie bitwy grunwaldzkiej jest nie do
        przecenienia. Powtórzmy: określiła ona na całe wieki miejsce
        Królestwa Polskiego w polityce europejskiej i dała je poznać światu
        jako mocarstwo, choć mocarstwo "siermiężne". Z tego faktu zdano
        sobie sprawę od razu. Przekonuje o tym dowodnie entuzjazm, jaki
        mieszkańcy Królestwa okazali na wieść o zwycięstwie, a także decyzja
        Jagiełły, aby dzień 15 lipca uczynić po wsze czasy świętem
        państwowym, które rzeczywiście obchodzono przez następne stulecia.
        Jednak już w wieku XVI konflikt z osłabionym państwem krzyżackim, na
        koniec zhołdowanym, ostygł i przestał wzbudzać polskie emocje.
        Ówczesna Rzeczpospolita miała innych przeciwników i inne problemy -
        wojny z Turcją, Kozakami, Szwecją i Rosją.

        Dalsze dziedzictwo Grunwaldu

        Wspomnienie bitwy zyskało na znaczeniu dopiero w dobie rozbiorów
        oraz germanizacji, jakiej usiłowano poddać ziemie polskie zagarnięte
        przez Prusy. Oliwy do ognia dolewały obudzone w XIX wieku
        nacjonalizmy - zwłaszcza polski, rosyjski, niemiecki, a także idea
        panslawizmu, który chciał widzieć w Grunwaldzie symbol wiecznej
        walki Słowian z Germanami. Na fali patriotycznych porywów Grunwald
        stał się wtedy symbolem zwycięskiej walki o narodowe przetrwanie.
        Słowa i przedmioty związane z bitwą, jak i powstałe wokół niej
        dzieła sztuki zyskały sobie trwałą popularność. Mówimy tu o
        niezwykłym, ogromnym obrazie Jana Matejki "Bitwa pod Grunwaldem",
        który zapanował nad wyobraźnią Polaków i Litwinów, mówimy o powieści
        Henryka Sienkiewicza "Krzyżacy", a także o jego ekranizacji
        autorstwa Aleksandra Forda. Data "1410" jest od lat
        przysłowiowym "dwa plus dwa" dla polskich nauczycieli historii, dwa
        miecze zaś stały się symbolem, który każdy Polak rozumie bez słów,
        nawet jeśli poza tym nie ma o narodowych dziejach bladego pojęcia. Z
        kolei "Krzyżak" stał się wiecznym symbolem "złego Niemca",
        a "Bogurodzica", choć jej tekst jest zupełnie niezrozumiały dla
        przeciętnego Polaka, na stałe skojarzyła się z Grunwaldem. W roku
        1910, podczas obchodów pięćsetlecia bitwy, zaśpiewano w Krakowie po
        raz pierwszy "Rotę" Marii Konopnickiej z melodią Feliksa
        Nowowiejskiego. Utwór ten o mały włos stałby się polskim hymnem
        narodowym, a do dziś dnia należy do kilku najważniejszych dla "duszy
        polskiej" pieśni. Śpiewamy w nim:

        "Do krwi ostatniej kropli z żył
        Bronić będziemy ducha,
        Az się rozpadnie w proch i pył
        Krzyżacka zawierucha"

        Podobnie i dla strony przeciwnej Grunwald - a raczej Tannenberg -
        znaczył wiele. Miejsce, w którym pogrzebano poległych rycerzy
        oznaczone zostało ufundowaną przez następnego wielkiego mistrza
        kaplicą, do której mieszkańcy Prus odbywali potem pielgrzymki.
        Pięćset lat potem zwycięstwo nad armią rosyjską, która podczas
        pierwszej wojny światowej wtargnęła do Prus, choć nie miało miejsca
        na polach historycznej bitwy, ochrzczono starciem pod Tannenbergiem.

        Dziedzictwo obecne

        A dziś? Dziś symbol Grunwaldu jest nie mniej ważny i drogi dla
        Polaków, Litwinów i Białorusinów, którzy nadal pragną zachować swoją
        odrębność, tradycję, narodowe zwyczaje. Lecz przy tej okazji
        Grunwald zyskuje, a raczej odzyskuje jeszcze jedno symboliczne
        znaczenie, które w ostatnim stuleciu zatarło się nieco, a w latach
        po bitwie pod Grunwaldem było bardzo istotne. Mianowicie wielka
        wojna z Zakonem okazała się starciem rycerzy równych sobie w
        kunszcie i obyczaju. Nawet, jeśli wojska Zakonu nie miały zamiaru z
        tym faktem się zgodzić, taki obraz "medialny" już wkrótce
        został "kupiony" przez Europę, i to mimo aktywnego przeciwdziałania
        krzyżackich służb dyplomatycznych. Przez wiele następnych stuleci
        nikt się już nad tym zbędnie nie zastanawiał. To było oczywiste. Tak
        samo jak jest dziś, gdy na polach grunwaldzkich widzimy
        współzawodniczące ze sobą bractwa rycerskie z Polski, Litwy,
        Białorusi, Rosji, Francji, Włoch i innych krajów Europy - na równych
        prawach.
        Jacek Kowalski
    • Marszałek Sejmu, kandydat PO na prezydenta Bronisław Komorowski
      powiedział w sobotę w Czerwińsku nad Wisłą, że idzie po zwycięstwo w
      interesie polskiego rolnictwa i polskiej wsi. Zapowiedział, że jeśli
      wygra wybory, to powoła forum środowisk wiejskich.
      Komorowski wziął udział w obchodach 600. rocznicy Bitwy pod
      Grunwaldem w Czerwińsku nad Wisłą w woj. mazowieckim. W
      uroczystościach wzięli także udział byli ministrowie rolnictwa m.in.
      Jarosław Kalinowski.
      - Tu w Czerwińsku zaczęło się zwycięstwo pod Grunwaldem. Stąd
      wyruszyli woje, żołnierze i rycerze polscy i litewscy (...) Ja też
      liczę na zwycięstwo. Jesteśmy tu po to, aby powiedzieć, że idziemy
      razem do zwycięstwa w imię interesu polskiego rolnictwa i polskiej
      wsi - powiedział Komorowski.
      Podkreślił, że najważniejszą rzeczą jest, by w dniu II tury wyborów
      prezydenckich, 4 lipca zwycięstwo odniosła cała Polska zintegrowana
      w Europie, ale przede wszystkim polska wieś.
      - Mam nadzieję, że tak jak Jagiełło stąd poszedł po zwycięstwo w
      interesie całej Polski, tak nam też uda się wygrać sprawy polskiej
      wsi - mówił Komorowski.
      Marszałek Sejmu wziął także udział w pikniku historycznym "Przez
      Czerwińsk na Grunwald" upamiętniającym przeprawę przez Wisłę
      rycerstwa polskiego i szwedzkiego latem 1410 roku. W Czerwińsku nad
      Wisłą powstał most łyżwowy, po którym w 1410 roku przeszły
      maszerujące z południa wojska Władysława Jagiełły, które po
      połączeniu z wojskami litewskimi ruszyły razem na pola Grunwaldu.
      Komorowski stanął na czele przemarszu polskiego rycerstwa
      składającego się z lokalnych bractw rycerskich.
      wybory.onet.pl/prezydenckie-2010/aktualnosci/stad-wyruszyli-woje-tez-licze-na-zwyciestwo,1,3312072,aktualnosc.html
      • zrobi tak jak Jagiełło 600 lat temu i połączy swoje siły z Białoruskimi, które
        obok wojsk Nowogrodu ( o których udziale zawsze się zapomina)najbardziej pomogły
        wojskom koronnym, bardziej niż rodowici Litwini, którzy byli w zdecydowanej
        mniejszości.
        W dodatku dzisiejszy blamaż Komorowskiego podczas debaty, słowa o Łukaszence i
        pomyśle Kaczyńskiego o załatwieniu problemu Łukaszenki w Moskwie (nie popierając
        Kaczyńskiego w tym momencie muszę pogratulować mu pomysłu i szczerości, w końcu
        każdy wie, że największym obecnie wrogiem politycznym reżimu Łukaszenki jest
        reżim Putina, który chce, niepotrzebnego nikomu, Łukaszenkę, obalić).
        Poza tym patrząc na teorie Komorowskiego i jego obozu, woli on układać się z
        Rosją czyli kontynuatorem ówczesnego Księstwa Moskiewskiego, wroga naszego,
        ówczesnego sojusznika czyli Republiki Nowogrodzkiej. Innymi słowy Komorowski
        mówi, że idzie po zwycięstwo ale jego prawdziwym celem jest dążenie do
        przegranej i opieranie się na działaniach sprzecznych z tymi, które dały
        zwycięstwo 600 lat temu.
        • Strasznie się zakałapućkałeś. Wcześniej czyniłeś zarzut PO,
          że "dogaduje się" jakoby z Rosją, a Tusk czy Komorowski to "agenci
          Putina i KGB". Tymczasem z debaty wynika, że z Rosją dogadywać się
          chciałby "rusofil" Kaczyński. Dogadywać się z Rosją w sprawie
          Białorusi, ponad głowami Białorusinów. To tak samo, jakby Niemcy
          dogadywały się z Rosją w sprawie Polski (pakt Ribbentrop - Mołotow
          się kłania). No i wyszło szydło z worka: Kaczyński to agent Putina!
          wybory.onet.pl/prezydenckie-2010/aktualnosci/z-moskwa-rozmawiac-o-bialorusi-to-niebywale,1,3312420,aktualnosc.html
          - To jest niebywały pomysł, żeby z Moskwą rozmawiać o Białorusi. To
          jest sprzeczne z polską racją stanu. Ja się na to nie zgadzam. To
          tak jakby Białoruś ponad naszymi głowami rozmawiała o Polsce z
          Rosją - powiedział podczas debaty Bronisław Komorowski w reakcji na
          słowa swojego kontrkandydata o potrzebie rozmowy z Rosją na temat
          sytuacji na Białorusi.
          Dodał także, że musimy także wpływać na politykę Europy, żeby
          przemówiła wobec Białorusi mocniejszym głosem. - Trzeba także
          tworzyć inne organizacje pozarządowe. To jest tkanka demokracji i my
          musimy to budować. Temu ma służyć umowa o małym ruchu granicznym,
          którą nie tak dawno podpisałem. Tędy wiedzie droga do zmiany
          moralności. Krok za krokiem, ale doprowadzimy do zmian - powiedział
          Komorowski.
          Wcześniej, odpowiadając na pytanie dotyczące stosunku wobec reżimu
          Aleksandra Łukaszenki na Białorusi, Jarosław Kaczyński powiedział,
          że potrzebna jest polityka, która będzie połączeniem dwóch metod. -
          Rozmowa ma sens, jeżeli się dysponuje argumentami typu naciskowego,
          jak i pewnego rodzaju zachętami. My taką politykę prowadziliśmy.
          Musimy chronić Polaków na Białorusi. Oni szczególnie wymagają
          ochrony. Bardzo żałuję, że ustępuje pani Andżelika Borys. To nie
          jest dobre dla Polski - mówił.
          - Trzeba także w tej sprawie rozmawiać z Moskwą. Jeżeli prezydentem
          nadal będzie Miedwiediew, to ja będę tę sprawę poruszał - mówił.
          --
          Przyjrzyjcie się mi, bo patrzycie na Łukaszenkę.
          (Jarosław Kaczyński, prezes IV RP)
          • sam się wczoraj do tego przyznał - tutaj wielki plus za to. Oczywiście nie było
            szans aby cokolwiek z tego wyszło póki nie nadszedł kryzys który zmienił
            totalnie sytuację. Łukaszenka jak widać obecnie też chciał dogadywać się po
            cichu z Warszawą, ale to nie wyszło. Z polskiej racji stanu wynika jeden wniosek
            - po trupach do celu, skoro Łukaszenka nie chce się dogadywać (raczej sądzę, że
            to Tusk nie chce)trzeba dogadać się z jego wrogiem czyli Rosją.
            Mnie akurat sojusz Kaczyński-Putin by nie przeszkadzał, ponieważ nie dziwiło by
            to mnie, jeden i drugi człowieczek chce tylko władzy. Dziwi natomiast to, że
            "wielki liberał i wolnościowiec" liże tyłek Putinowi i temu zaprzecza. Ja jako
            osoba apolityczna, nie lubiąca zarówno Kaczyńskiego jak i Tuska oraz jego
            avatara Gbura-Komorowskiego mogę sobie pozwolić na taką ocenę. Ktoś, kto nawet
            nie kryje się za sympatią do tej tuskaszenkowskiej kreatury powinien wstrzymać
            się z komentarzami i oceną.
            Powtórzę to po raz ostatni Kaczyński=Tusk/Komorowski wybór między nimi to wybór
            między cholerą a dżumą, jak to kiedyś mówił Korwin-Mikke.
            • 1. O Twojej rzekomej "apolityczności" (zwykła hipokryzja, proszę
              pana) najlepiej świadczą napastliwe i obraźliwe wypowiedzi na temat
              Tuska i Komorowskiego. Skrajnie tendencyjne i jednostronne.
              2. Ja akurat nie jestem jakimś wielkim wielbicielem PO, a już tym
              bardziej Komorowskiego. Większą przyjemność sprawiałoby mi
              głosowanie na Tuska. No ale jest takich dwóch kandydatów, jakich
              mamy. I w tej sytuacji zagłosowałbym na każdego, kto nie jest
              Kaczyńskim. Nawet na Marka Jurka czy Leppera, a nawet Ziętka, o
              którym wcześniej w ogóle nie słyszałem. Za dobrze znam już metody
              rządzenia "rusofila" Jarosława Kaczyńskiego (podsłuchy, inwigilacja,
              szczucie). Każdy, byle nie Kaczyński! Dla dobra Polski!
              3. Piszesz, że Komorowski przegra wybory, wbrew sondażom i wynikom I
              tury wyborów. Mam nadzieję, że Twoje prognozy okażą się
              równie "trafione", jak w przypadku niedawnych wyborów na Ukrainie,
              gdzie prorokowałeś zwycięstwo Julii Tymoszenko...
              4. O Twojej "apolityczności" dobrze też świadczy ocena debaty
              prezydenckiej w TVP. Oceniłeś ją jako "blamaż" Komorowskiego.
              Tymczasem, według sondaży i ocen ekspertów oraz publicystów, nawet
              prawicowych sympatyków Kaczyńskiego, debatę wygrał Bronek, a w
              najbardziej miażdżący sposób pokonał rywala w temacie Białorusi.
              www.pardon.pl/artykul/11862/kto_lepiej_wypadl_w_debacie_jest_juz_sondaz
              Wczorajsza debata zaskoczyła komentatorów. Przynajmniej tych, którzy
              nie oglądali akurat meczu Meksyk - Argentyna. Zawodnik wagi
              ciężkiej, jakim jest Jarosław Kaczyński, dał się pokonać
              politycznemu liliputowi Bronisławowi Komorowskiemu.
              Tak twierdzą - to akurat nie dziwota - komentatorzy, którzy
              przychylni są raczej Platformie, tak też, co ciekawe, mówią, ci,
              których serce jest wyraźnie po stronie Jarosława Kaczyńskiego. Remis
              ogłosiła prof. Jadwiga Staniszkis. Łukasz Warzecha z "Faktu" napisał
              na Twitterze, że to nie był najlepszy występ Kaczyńskiego. I dodał:
              Powiem tak: relatywnie biorąc - JK jest zawodnikiem znacznie
              cięższej wagi niż BK - to była wygrana BK.
              Podobnego zdania był inny prawicowy publicysta - Michał Szułdrzyński
              z "Rz":
              BK był lepszy niż się spodziewałem. JK poniżej oczekiwań. Dlatego 52
              do 48 dla sztabu PO.
              52 - 48? Wyniki sondażu "Rzeczpospolitej", w którym zapytano Polaków
              o to, kto wygrał debatę, mówią coś innego. Mówią, że przewaga
              Bronisława Komorowskiego była miażdżąca: 52% mówi, że to on był
              wczoraj zwycięzcą, 28%, że wygrał Jarosław Kaczyński. Według 15%
              mieliśmy remis.
              Przyznaję, że WikiBronek zaskoczył i mnie. Był ostrzejszy, atakował,
              zadawał przeciwnikowi pytania. Mówił bardziej zrozumiale. Kiedy
              Kaczyński brnął w jakieś skomplikowane teorie, on pytał: a skąd
              Polska ma wziąć na to forsę?, sprawnie wyliczał sukcesy rządu Tuska
              i punktował porażki Kaczyńskiego.
              To był niezły wieczór WikiBronka. Jeśli sztab PiS nie chce we środę
              zobaczyć powtórki z rozrywki, powinien wziąć się do roboty, zamiast
              liczyć na wpadki. Bo znów może się przeliczyć.
              --
              Przyjrzyjcie się mi, bo patrzycie na Łukaszenkę.
              (Jarosław Kaczyński, prezes IV RP)
              • "sprawiedliwość musi być po naszej stronie". Jeśli mam dwóch bydlaków, których
                nie popieram i nienawidzę, a mimo to 3/4 osób, publicystów, przedstawicieli
                "elyty" popiera go mimo, że to cham, bydlak i bezgózgowiec oraz kukła swojego
                pana Tuska, największego kłamcy i sk....a w dziejach III RP (gdzie ta druga
                Irlandia do cholery, aaa są długi jak w Irlandii i bezrobocie też, dziękujemy),
                to wiadomo, że w celu "wyrównania" muszę opluwać jednego bardziej. Kaczki nie
                popierałem nigdy ale zawsze będę się sprzeciwiał opluwaniu jednego bydlaka przez
                jego lustrzane odbicie. To tak jakby mieć dwóch morderców, jednego by skazano na
                śmierć, a drugiego uniewinniono, wtedy każdy trzeźwo myślący i honorowy człowiek
                powinien domagać się śmierci tego drugiego TO JEST SPRAWIEDLIWOŚĆ.
                Innymi słowy - obojętnie kogo "ciemna masa" bezmózgowa nie wybierze, na pewno
                nie będzie moim prezydentem. Jak zginie po 2 dni po wyborach w kolejnym wypadku
                lotnicznych, to mnie to lata, zwisa i powiewa.
                • 1. Nawet prof. Staniszkis, zaślepiona wielbicielka prezesa PiS,
                  stwierdziła, że debata zakończyła się "remisem". Co znaczy, że była
                  prawdziwą klęską Jarosława Kaczyńskiego. I tylko Ty dostrzegłeś
                  tu "blamaż" Komorowskiego. Osiągnąłeś więc poziom oszołomstwa
                  niedostępny nawet dla największych oszołomów w Polsce.
                  2. Z wypowiedzi Kaczyńskiego o dogadywaniu się z Moskwą ponad
                  głowami Białorusi nabijają sie już wszyscy. Poseł PSL trafnie to
                  określił jako gol samobójczy i niezamierzoną gafę pana prezesa.
                  3. No i to "wyszukane" słownictwo: "dwóch bydlaków", "cham, bydlak i
                  bezmózgowiec", "największego kłamcy i sk...a w dziejach III
                  RP", "dwóch morderców", "ciemna masa bezmózgowa"... A wszystko to
                  pod maską "apolityczności" i "racjonalizmu"... Widzę, że pod
                  względem obłudy i zakłamania prześcignąłeś już nawet Wielkiego
                  Mistrza Jarosława.
                  PS. A z tą Irlandią to już w ogóle nie wiem, o jakie "kłamstwo"
                  chodzi. Stało się to, o co apelował Tusk. Młodzi Polacy zaczęli
                  wracać z Irlandii i Wlk. Brytanii do Polski.
                  wybory.onet.pl/preegoydenckie-2010/aktualnosci/to-byla-niezamierzona-gafa-prezesa-pis,1,3312763,aktualnosc.html
                  "To jedyna sensacja, a raczej niezamierzona gafa prezesa PiS,
                  potknięcie wynikające z gorączkowego poszukiwania odmiennej
                  tożsamości, która nie będzie miała większego wpływu na wynik
                  wyborów" – pisze na swoim blogu w Onet.pl Aleksander Sopliński.
                  Poseł PSL komentuje w ten sposób wczorajszą debatę pomiędzy prezesem
                  PiS a Bronisławe Komorowskim.
                  Pisząc o "niezamierzonej gafie" Jarosława Kaczyńskiego, Sopliński
                  precyzuje, że chodził o to, iż "(...) Jarosław Kaczyński chce
                  rozmawiać o Białorusi z prezydentem Rosji". "Zatem w słabym meczu
                  padł tylko jeden gol i do tego samobójczy" – pisze poseł PSL.
                  --
                  "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
                  faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
                  Prezydent RP, listopad 2007 r.
                  • w życiu. Gafą jest natomiast reakcja Komorowskiego, który chce w takim kraju jak
                    Białoruś tworzyć demokrację, społeczeństwo obywateleskie, MIMO SPRZECIWU
                    WIĘKSZOŚCI SPOŁECZEŃSTWA!!. Podobnie Kaczyński Lech chciał ciągnąc Ukrainę za
                    uszy PRZECIWKO WOLI SPOŁECZEŃSTWA.
                    Po prostu z Białorusią trzeba dogadywać się tak aby to NAM było dobrze, a nie
                    Białorusi czy Rosji, skoro Łukaszenka balansuje między różnymi tak aby MU było
                    dobrze,w takim razie Polska winna balansować ABY NAM było dobrze, a nie jakiejś,
                    pożal się Boże "opozycji" czy "mniejszości polskiej". To jest właśnie polityka,
                    widać, że Kaczyński nie tylko wygrał z Rosją podczas embarga ale i był w stanie
                    dogadać się z Łukaszenką, gdyby rządził dalej po 2007 roku, zapewne Łukaszenka
                    dawno by odwiedził Polskę.
                    Dziękuje, że zgadzasz się co do Irlandii - TO DZIĘKI TYM POWROTOM, A NIE
                    POLITYCE RZĄDU POLSKA ZACHOWAŁA WZROST GOSPODARCZY, ale o tym oczywiście nikt
                    nie napisze bo to by oznaczało koniec tego rządu i koniec lizania tyłka Tuska
                    biznesowi. To normalne, że skoro do kraju w którym spada produkcja, eksport i
                    konsumpcja wewnętrzna (czyli następuje spadek PKB) i w pewnym momencie
                    przyjeżdza kilkadziesiąt czy setki tysięcy osób z zagranicy, którzy zaczynają
                    wydawać pieniądze (w sporych ilościach)w kraju, na mieszkania chociażby to
                    podtrzymuje to konsumpcje wewnętrzną a więc podtrzymuje to wzrost gospodarczy. O
                    tym Tuskaszenka NIGDY nie wspomniał i dlatego uważam go za największego kłamcę i
                    gówno III RP.
                    • Hasło "drugiej Irlandii", jakim posługiwał się Tusk w kampanii
                      wyborczej, jest wykpiwane przez różnych domorosłych "specjalistów"
                      od polityki i gospodarki. Tymczasem był to pewien slogan wyborczy,
                      jak również pewna wizja rozwoju Polski. Oparcie się na wzorcu
                      Irlandii jako modelu dynamicznego rozwoju. Nie widzę w tym nic
                      złego. Powinniśmy wzorować się na najlepszych. Kiedyś Wałęsa rzucił
                      hasło "drugiej Japonii", teraz Kaczyński mówi o "drugiej Norwegii".
                      To są hasła bez żadnej konkretnej treści. Robienie z tego zarzutu
                      czy nawet formułowanie jakichś oskarżeń o "kłamstwo" to kolejny
                      absurd. Rozumiem, że Kaczyński, w Twoim mniemaniu, też kłamie, że
                      zrobi z Polski drugą Norwegię... Ocena działań rządu Tuska przez
                      prawdziwych ekspertów, a nie jakichś zakompleksionych frustratów
                      internetowych, wygląda całkiem nieźle. Choć można było zrobić
                      więcej, gdyby nie przeszkadzał nieświetnej pamięci prezydent
                      Kaczyński. To też odróżnia Polskę od Irlandii, brak porozumienia
                      społecznego, wieczne konflikty na szczytach władzy. Wybór
                      Komorowskiego zapewniałby większą swobodę działania rządowi. Dopiero
                      wtedy można byłoby go realnie rozliczać. Dając mu możliwość
                      prawdziwego rządzenia krajem. A że nie staliśmy się drugą Irlandią?
                      No cóż, na całe szczęście, bo Irlandia jest jednym z krajów
                      najmocniej dotkniętych kryzysem gospodarczym, spadkiem PKB,
                      bezrobociem. Dziś to Polska może być wzorem dla Irlandii,
                      jako "zielona wyspa" w oceanie kryzysu.
                      finanse.wp.pl/kat,104546,title,Polmetek-rzadu-Donalda-Tuska-Polska-druga-Irlandia,wid,11685501,raport_specjalny.html?ticaid=1a6ec
                      - Musimy pamiętać o nowej szansie. To jest wielka szansa dla Polski,
                      że Polska stanie się drugą Norwegią - mówił Jarosław Kaczyński o
                      polskiej energetyce podczas debaty kandydatów na prezydenta.
                      Kandydat PiS odniósł się tym samym do złóż gazu łupkowego w kraju.
                      wybory.onet.pl/prezydenckie-2010/kaczynski-na-debacie-w-
                      polsce-jest-za-malo-dzieci,1,3244504,aktualnosc.html
                      --
                      Śmierć jednego Lacha to metr wolnej Ukrainy. Albo będzie Ukraina,
                      albo lechicka krew po kolana. Polaków w pień wyciąć.
                      (Roman Szuchewycz, juszczenkowski "bohater Ukrainy")
                      • to jego działania stworzyły podstawy pod obecne, a raczej byłe sukcesy. Tak
                        naprawdę obecne działania rządu i sukcesy są wypadową tych działań, które wpierw
                        zaczął rząd Millera, potem Belki, potem Marcinkiewicza, potem Kaczyńskiego. To,
                        że "niektórzy oceniają" pozytywnie to chyba normalne, za Belki czy Kaczyńskiego
                        też dobrze, a nawet lepiej oceniali (kiedy Polska stała się obok Chin
                        najatrakcyjniejszym miejsce do inwestowania, teraz spadła o 8 pozycji w Europie
                        tylko, na świecie pewnie więcej)tylko, że wtedy "trzeba było krytykować i
                        opluwać". Tym się właśnie różni rzeczywistość moja i większości bezmózgowia w
                        Polsce, ja oceniam po faktach, a inni po tym "jak w telewizji mądre głowy
                        powiedzą". Doceniam wielkie zasługi rządu Millera, ale przede wszystkim Belki, a
                        najbardziej obniżki podatków i politykę ekonomiczną Marcinkiewicza (te 67 mld.
                        wywalczył on)oraz Kaczyńskiego, jestem skłonny też dobrze ocenić działania
                        obecnego rządu. Niestety większość osób zapomina, że sytuacja ekonomiczna zależy
                        od tego jakie podstawy do rozwoju stworzyła się kilka lat temu, a nie to jak się
                        bezpośrednio je tworzy. Zobaczymy, w 2015 roku kto lepiej rządził i wtedy
                        obiektywnie ocenimy. Ja mogę żyć i w IV RP i w "folwarku Tuskaszenki", tak więc
                        zmiana władzy i przejęcie pełni władzy przez Kaczyńskiego i jego popleczników mi
                        nie przeszkadza, podobnie jakby władzę przejęło SLD.
                        • 1. Podziękuj więc Komorowskiemu. To on zaproponował kandydaturę
                          prof. Belki na stanowisko prezesa NBP. Za rządów PiS i prezydenta
                          Kaczyńskiego taka nominacja nie byłaby możliwa. To jest właśnie ta
                          subtelna różnica. Przy nominacjach PiS decydowały nie kompetencje,
                          ale kryteria partyjne. Mogła być jakaś miernota, ale koniecznie
                          wierny syn partii. Do tragicznego końca w katastrofie smoleńskiej.
                          2. W poprzednim poście powoływałem się na wypowiedzi ekspertów
                          gospodarczych z Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, PKO BP czy PKPP
                          Lewiatan (polecam jeszcze raz ten link), a nie propagandzistów
                          partyjnych z TVPiS w rodzaju redaktora Pospieszalskiego.
                          Udającego "eksperta" w każdej dziedzinie.
                          3. Cieszę się, że oceniasz pozytywnie działania rządu Tuska. Tylko
                          nie bardzo potrafię to pogodzić z opluwaniem premiera oraz ministra
                          finansów, z używaniem wulgarnych słów. Wyrażaniem nieprawdziwych i
                          krzywdzących ocen, posługiwaniem się prymitywną "argumentacją"
                          zaczerpniętą z tabloidów o rzekomych "kłamstwach" Tuska w
                          rodzaju "drugiej Irlandii".
                          wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7941888,Komorowski__Marek_Belka_kandydatem_na_prezesa_NBP.html
                          Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski przedstawi Sejmowi kandydaturę
                          prof. Marka Belki na szefa Narodowego Banku Polskiego. Wiadomo już,
                          że były premier i były szef resortu finansów zgodził się pełnić tę
                          funkcję.
                          - Wydaje mi się, że widać gołym okiem, że nie jest to kandydatura
                          partyjna, nie jest to kandydatura politycznie bardzo naznaczona
                          obecną aktywnością, człowiek spoza układu partyjnego - podkreślił
                          Komorowski.
                          Dodał, że jest przekonany i wydaje mu się rzeczą niemożliwą, aby
                          kluby parlamentarne głosowały przeciwko kandydaturze Belki. Dodał,
                          że szczególnie dotyczy to klubu Lewicy.
                          --
                          Śmierć jednego Lacha to metr wolnej Ukrainy. Albo będzie Ukraina,
                          albo lechicka krew po kolana. Polaków w pień wyciąć.
                          (Roman Szuchewycz, juszczenkowski "bohater Ukrainy")
                          • Muszę podziękować za obrzydzenie mi Twojego forum, które wydawało się bardzo
                            ciekawe ze względu na tematykę. Jednak nadmierne upolitykowanie jej pod kątem -
                            nasz kandydat ma wygrać, przypomina politykę komunistów po II wojnie światowej
                            wobec PSL i Mikołajczyka.
                            Jak na politykę krajową się nie piszę - dla mnie PO, PiS i SLD to największe
                            gnidy i bydlaki jakie są w polskiej polityce i ochrona lub co gorsze popierania
                            kogokolwiek z nich jest dla mnie przykładem tempoty umysłowej.
                            Dziękuje za uczestnictwo w sporach i żegnam. Jednocześnie chce pocieszyć, że
                            mimo tego, ze nie ide do wyborów i tak wygra Kaczor. Mnie to osobiście lata, czy
                            Kaczor czy Gbur.
                            • 1. Nie wiem o czym świadczy Twoja "tempota". Może nie o tępocie, ale
                              co najmniej o nieuctwie, nieznajomości zasad polskiej ortografii.
                              2. Zdemaskowałeś już tu ks. Isakowicza-Zaleskiego jako "agenta
                              Putina i KPZR", teraz - równie trafnie - przypisałeś mi członkostwo
                              w PO. Tymczasem ja nie należę ani do PO, ani do żadnej innej partii.
                              Jestem apolityczny. Co nie znaczy, że jest mi wszystko jedno.
                              Dlatego popieram w tych wyborach Komorowskiego, choć nie jest to
                              kandydat z moich marzeń. Ostro krytykowałem go na tym forum. No ale
                              jednak, w konfrontacji z Kaczyńskim i zaściankowym, anachronicznym,
                              wstecznym PiS to jest oczywiście kandydat dużo lepszy. Na bezrybiu i
                              rak ryba. Szkoda, że nie kandyduje Tusk.
                              3. Twoje agresywne, chamskie, wulgarne i prymitywne wypowiedzi o
                              polskich politykach ("gnidy", "bydlaki" itp.) świadczą o pewnym
                              rozchwianiu emocjonalnym. Może nadmiernie udzieliły Ci się upały
                              albo gorączka przedwyborcza. Ogranicza to możliwości trzeźwego
                              myślenia i racjonalnej oceny rzeczywistości. W tej sytuacji,
                              odpoczynek na jakiś czas nie tylko od forum, ale i od polskiej
                              polityki byłby chyba rzeczywiście wskazany. Może nawet konsultacja z
                              jakimś specjalistą (i niekoniecznie tylko z okulistą, o czym mowa w
                              sąsiednim wątku)...
                              --
                              Śmierć jednego Lacha to metr wolnej Ukrainy. Albo będzie Ukraina,
                              albo lechicka krew po kolana. Polaków w pień wyciąć.
                              (Roman Szuchewycz, juszczenkowski "bohater Ukrainy")
        • @pultorakh
          Moje gratulacje za niezwykle "trafną", jak zwykle zresztą, prognozę.
          Jesteś w tym lepszy od najlepszych sondażowni. W Twojej macierzystej
          gminie Godziszów Kaczyński odniósł bezapelacyjne zwycięstwo.
          wybory.gazeta.pl/wybory/1,106728,8102742,Jak_glosowali_Polacy__W_niektorych_gminach_byl_remis.html
          Wynika z nich, że w Polsce wyrosło kilka nowych bastionów obu
          kandydatów. Dla Jarosława Kaczyńskiego to Chrzanów oraz gmina
          Godziszów w powiecie janowskim na Lubelszczyźnie. Właśnie tam padły
          rekordy jego poparcia - odpowiednio głosowało tu na niego 93,8 proc.
          i 93,3 proc. wyborców.
          --
          Panowie, ja Was przepraszam. Ja Was bardzo przepraszam.
          (Piłsudski do Ukraińców internowanych w Szczypiornie, maj 1921)
          • 05.07.10, 18:26
            Post został usunięty przez adminów lub założyciela forum .
            • 05.07.10, 18:31
              Post został usunięty przez adminów lub założyciela forum .
            • Hm, może nie doceniłem użytkownika o nicku "pultorakh". Sądząc po
              jego manierach, wyszukanym słownictwie i nadgorliwości w obronie
              Prezesa Kaczyńskiego oraz zajadłych atakach na premiera Tuska i PO,
              to może być nawet jakowyś pan poseł, albo i senator wink
              www.pardon.pl/artykul/11943/posel_pis_zostal_trollem_internetowym
              Robił to z własnego komputera!
              Zaskakujące efekty przyniosło śledztwo policji wszczęte po tym jak
              obrażony poczuł się radny Platformy z Ełka. Obrażany w internecie
              przez osobą podpisującą się jako mieszczuch, radny złożył
              doniesienie, a organy ścigania odkryły, że troll działa z domowego
              komputera posła PiS.
              Wszystko zaczęło się od tego, że mieszczuch napisał o radnym
              Robercie Dawidowskim, że koledzy załatwili mu posadkę. Radny PO
              pogrzebał trochę i odkrył, jak donosi "Gazeta Współczesna", liczne
              komentarze na swój temat.
              "Tam było 60 komentarzy. Zastanowiły mnie szczególnie te obraźliwe.
              To obrzucanie błotem i bezpodstawne kalumnie. Dlatego z pomocą sądu
              i policji musiałem przerwać ten potok obelg."
              Obrażającym był poseł Wojciech Kossakowski, który specjalnie nie
              wypiera się tej działalności.
              "Nie wiem, może to i z mojego komputera pochodziły te wpisy. Nie
              rozumiem dlaczego Dawidowski jest taki obrażony."
              Faktycznie, trudno zrozumieć czemu radny poczuł się obrażony
              anonimowo rzucanymi oskarżeniami o załatwienie posady po znajomości.
              Szczególnie w sytuacji, w której panowie się znają i można było
              takie zarzuty stawiać twarzą w twarz.
              Widać jednak łatwiej jest trollować w internecie. Nie wymaga to
              odwagi cywilnej. A my możemy pocieszać się faktem, że reprezentanci
              narodu potrafią korzystać ze zdobyczy techniki. Choć mogliby to
              jednak robić z głową.
              --
              "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
              faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
              Prezydent RP, listopad 2007 r.
    • Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego przyjechał do Polski. Ale pod
      Grunwald się nie wybiera. Przez Henryka Sienkiewicza, Aleksandra
      Forda i peerelowską propagandę
      Bruno Plater, Wielki Mistrz Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny
      Domu Niemieckiego, zwanego potocznie krzyżackim, w sobotę będzie we
      wsi Bałdy pod Olsztynem. Tu od średniowiecza witano biskupów
      obejmujących rządy w diecezji warmińskiej.
      By przypomnieć o tej tradycji, miłośnicy Warmii od trzech lat
      stawiają pamiątkowe głazy dla dawnych i obecnych biskupów związanych
      z regionem. W tym roku z okazji 600-lecia bitwy pod Grunwaldem
      postanowili uczcić głazem pierwszego warmińskiego biskupa, Anzelma.
      Diecezję objął w XIII wieku i jako jedyny w jej dziejach był
      Krzyżakiem.
      Na zorganizowanym z tej okazji festynie Wielki Mistrz będzie gościem
      honorowym. Na Warmię przyjedzie z nim spora delegacja zakonników.
      Odwiedzą też kilka miejscowości związanych z zakonem.
      Organizatorzy spodziewali się, że Krzyżacy przyjadą też na
      grunwaldzkie pola i w kaplicy pomodlą się za poległych w 1410 r.
      Plater jednak odmówił. Powód? Antykrzyżackie stereotypy
      rozpowszechnione w Polsce. - Ludzie swoją wiedzę o Zakonie czerpią
      z "Krzyżaków", filmu Aleksandra Forda. A to dzieło bardzo
      tendencyjne - mówi Szymon Drej, kierownik Muzeum Bitwy Grunwaldzkiej
      w Stębarku.
      Symbol złego Krzyżaka, który wykreował w swojej kronice Jan Długosz,
      a potem czerpali z niego Jan Matejko i Henryk Sienkiewicz, do
      masowej świadomości wprowadziła komunistyczna propaganda. Okrutnych
      Krzyżaków zrównywano z faszystami, a także z politykami Niemiec
      Zachodnich, którzy po wojnie nie chcieli uznać granicy na Odrze i
      Nysie. W polskiej prasie drukowano wówczas zdjęcie niemieckiego
      kanclerza Konrada Adenauera w białym płaszczu z czarnym
      krzyżem. "Grunwald to dzień chwały dla nas i przypomnienie klęski
      militarnej spadkobierców Zakonu Krzyżackiego próbujących unosić swe
      głowy w Niemczech Zachodnich" - pisał "Kurier Lubelski", gdy pół
      wieku temu Krzyżacy wchodzili do kin. Na akademiach szermowano zaś
      hasłem "Od Grunwaldu do Berlina".
      Grunt pod te stereotypy w XIX w. stworzyli sami Niemcy, gdy w dobie
      kulturkampfu w pruskiej propagandzie Zakon stał się symbolem
      sprawnej i nowoczesnej władzy. - Krzyżaka w Prusach podniesiono do
      rangi bohatera narodowego. Dla Polaków Krzyżak stał się wówczas
      symbolem znienawidzonego Niemca. Niemieckie oblicze Krzyżaka było
      lśniąco białe, polskie - głęboko czarne - mówi prof. Udo Arnold,
      historyk Zakonu z Uniwersytetu w Bonn.
      Krzyżacy rzeczywiście zbudowali swoje państwo na drodze krwawego
      podboju, morderstw ludności oraz oszustw i przekupstw na
      międzynarodową skalę (sfałszowali umowę z księciem Konradem
      Mazowieckim, przekupywali monarchów, by wpłynęli na decyzje sądu
      papieskiego, który rozstrzygał spory z Polską). W końcu Zakon był
      głównym wrogiem Polski i Litwy, którym ostatecznie uległ.
      Z drugiej strony na swoim terytorium zakonnicy zbudowali na wskroś
      nowoczesne państwo. Zakładali miasta, budowali zamki, rozwijali
      handel. Nieśli na wschód cywilizację. To jednak przez wiele lat
      przemilczano. Dopiero teraz stare stereotypy zaczynają pękać.
      - Zorganizowaliśmy wystawę "Zamki Państwa Krzyżackiego". Pokazujemy,
      jak dobrymi organizatorami byli zakonnicy. Stworzyli w końcu dobrze
      zarządzane państwo dobrobytu. Ludzi nie gnębili. Żyło się u nich jak
      pod każdą inną władzą - opisuje Szymon Drej.
      Sam Wielki Mistrz o stereotypach rozmawia niechętnie. -
      Oglądałem "Krzyżaków". To film o mocno ideologicznym zabarwieniu -
      twierdzi Plater.
      Ks. Henryk Błaszczyk, dyrektor warmińskiej delegatury zakonu
      maltańczyków: - Co pomaga Krzyżakom? Odpowiem przewrotnie. Wraz ze
      zmniejszającym czytelnictwem Sienkiewicza historycy zaczęli
      proklamować osiągnięcia zakonu krzyżackiego.
      wyborcza.pl/1,75248,8094856,Krzyzacy_omijaja_Grunwald.html
      --
      "Znaczy byłem także i prezesem PiS-u, chociaż nie kryję, że
      faktycznie tę funkcję wykonywał Jarosław Kaczyński."
      Prezydent RP, listopad 2007 r.
    • Białoruski komitet organizacyjny obchodów 600-lecia bitwy pod
      Grunwaldem chce uhonorować uczestników wydarzeń z 1410 roku,
      nazywając ich imieniem ulice i budując pomniki.
      W Mińsku odbyła się konferencja poświęcona znaczeniu grunwaldzkiej
      bitwy w historii europejskich narodów. Jej uczestnicy uznali, że
      było to jedno z najważniejszych wydarzeń średniowiecznej Europy.
      Zasiadający w komitecie organizacyjnym rocznicowych obchodów
      prawosławny duchowny ojciec Leonid Akałowicz chce, aby miński
      prospekt Feliksa Dzierżyńskiego przemianowano na aleje Księcia
      Witolda. Duchowny zaproponował również, aby w Mińsku, Grodnie i
      Witebsku wybudowano pomniki Grunwaldzkiego Zwycięstwa.
      Znany białoruski artysta Mikołaj Kupawa poinformował, że
      odrestaurowano już 300 sztandarów, pod którymi walczyli Białorusini
      w grunwaldzkiej bitwie.
      - Powinny zostać wykorzystane jako część naszego dziedzictwa
      kulturowo-historycznego - uważa Kupawa.
      Według historyka Siergieja Tarasowa współczesna Białoruś nie ma zbyt
      wielu chwalebnych kart w swojej historii, dlatego tak ważne
      wydarzenia z udziałem Białorusinów jak bitwa pod Grunwaldem powinno
      się pielęgnować w szczególny sposób.
      www.kresy.pl/wydarzenia?zobacz/bialorus:-grunwald-na-ulicach-i-pomnikach
      --
      Przyjrzyjcie się mi, bo patrzycie na Łukaszenkę.
      (Jarosław Kaczyński, prezes IV RP)
    • Białoruska milicja zatrzymała kilkadziesiąt osób, które chciały dziś
      [15.7.] wieczorem uczcić 600-lecie bitwy pod Grunwaldem. Na placu
      przed Biblioteką Narodową w Mińsku miała odbyć się symboliczna bitwa
      na poduszki.
      Osoby chcące wziąć udział w tym happeningu zatrzymywano, nim dotarły
      na miejsce zbiórki.
      Milicjanci zatrzymywali ludzi idących z poduszkami ulicą, wyciągali
      ze stacji metra, a nawet z autobusów i wagonów podziemnej kolejki.
      - To kompletne szaleństwo - tak skomentował działania białoruskich
      służb porządkowych jeden z organizatorów happeningu, były więzień
      polityczny Andrej Kim.
      Białoruska młodzież już po raz drugi zamierzała uczcić rocznicę
      bitwy pod Grunwaldem symboliczną walką na poduszki. Rok temu milicja
      przerwała zabawę, twierdząc, że zagraża ona bezpieczeństwu
      publicznemu.
      W tym roku władze Mińska nie wyraziły na nią zgody. Wbrew zakazowi
      działacze opozycyjnych młodzieżówek postanowili stoczyć poduszkowy
      bój. Zamiast symbolicznej bitwy Litwinów z Krzyżakami mieszkańcy
      Mińska byli świadkami kolejnego starcia OMON-u z opozycją.
      www.kresy.pl/wydarzenia?zobacz/mial-byc-grunwald-na-poduszki-ale-nie-wyszlo
    • Tak, tak, w Zakonie Krzyżackim jest obecnie dwóch polskich księży...
      www.kresy.pl/kresy-dzisiaj,reportaz?zobacz/zakon-krzyzacki-dzis
      Polacy w Zakonie Krzyżackim
      Obecnie w Zakonie Niemieckim jest dwóch księży pochodzących z
      Polski: Waldemar Woźniak i Dariusz Cecerski, a dwóch kolejnych
      Polaków przygotowuje się do święceń w zakonnym nowicjacie.

      Pierwszy polski ksiądz w Zakonie Niemieckim, Waldemar Woźniak,
      odprawił swoją Mszę prymicyjną w 1999 r. w Malborku. Święcenia
      kapłańskie otrzymał 26 czerwca 1999 r. w Ostrawie. Pochodzący z
      Lęborka ks. Woźniak odbył nowicjat w Rzymie, studiował w Wiedniu, a
      filozofię i teologię ukończył w Krakowie. Pracuje obecnie w
      prowincji słowacko-czeskiej Zakonu Krzyżackiego. Na jego prymicyjną
      Mszę św. w zamkowym kościele św. Jana Chrzciciela w Malborku przybył
      ówczesny wielki mistrz zakonu, ks. Arnold Wieland, konfratrzy z
      Austrii, Niemiec, Węgier, Czech i Słowacji. Była to druga wizyta
      poprzedniego wielkiego mistrza w Malborku. Po raz pierwszy odwiedził
      Malbork w 1993 r. jako pierwszy wielki mistrz Zakonu Krzyżackiego po
      550 latach.

      Drugim „krzyżackim” księdzem pochodzącym z Polski jest 35-letni dziś
      Dariusz Cecerski. Pochodzi z Myślenic. Po maturze wstąpił do
      Seminarium Archidiecezjalnego w Krakowie. Tam poznał swego
      późniejszego współbrata ks. Waldemara Woźniaka, z którym przez dwa
      lata studiowali razem, a który już był członkiem zakonu. Po dwóch
      latach studiów filozofii sam wstąpił do zakonu. Nowicjat rozpoczął w
      Południowym Tyrolu.

      „Byłem przekonany, że wrócę do Krakowa i będę kontynuował studia
      teologiczne – powiedział KAI. – Stało się jednak inaczej, wysłano
      mnie do Rzymu, gdzie przez cztery lata kontynuowałem naukę na
      benedyktyńskiej uczelni San Anselmo”. Ks. Cecerski złożył wieczyste
      śluby zakonne we wrześniu 2000 r. w Opawie, stolicy czeskiej
      prowincji Zakonu Niemieckiego, a w 2002 r. przyjął w Wiedniu
      święcenia kapłańskie. Należy do czeskiej prowincji zakonu i pracuje
      w parafii Brunntal, która do końca wojny należała do prowincji
      zakonnej.

      Zapytany przez KAI, jak pogodził swoją decyzję z wyniesioną z kraju
      wiedzą o Krzyżakach podkreślił, że przede wszystkim poświęcił się
      studium historycznemu. „Należy pamiętać, że Henryk Sienkiewicz, na
      którym opieramy swoją wiedzę o krzyżakach, nie był historykiem, lecz
      pisarzem, a więc nie można czerpać swojej wiedzy o zakonie jedynie z
      popularnych lektur” – stwierdził kapłan. Dodał, że przeczytał wiele
      książek autorstwa licznych profesorów, głównie historyków. „To są
      bardzo rzetelne prace napisane przez autorytety międzynarodowe, w
      tym także Polaków” – wyjaśnił. Zwrócił uwagę, że jego zakon „ma
      chyba najlepiej na świecie opracowaną historię”. Dotychczas ukazały
      się 52 tomy tych dziejów, od początków po dzień dzisiejszy,
      opracowane przez komisję międzynarodową.

      Wszystko to powoduje, że negatywne konotacje Zakonu Krzyżackiego w
      Polsce są coraz rzadsze – powiedział ks. Cecerski. Zauważył, że
      przyczyniają się do tego także kontakty osobiste. Poprzedni
      wieloletni wielki mistrz, prał. Arnold Wieland trzykrotnie odwiedzał
      Polskę, ostatnio, już jako były wielki mistrz, był w 2008 r. gościem
      III Kongresu Kultury Chrześcijańskiej w Lublinie. Wcześniej
      dwukrotnie uczestniczył sympozjach, poświęconych przeszłości,
      teraźniejszości i przyszłości Zakonu Krzyżackiego, organizowanych
      przez Towarzystwo Miłośników Zabytków Kultury Ziemi Malborskiej oraz
      Muzeum Zamkowe w Malborku.

      Również opat Bruno Platter chętnie odwiedza Polskę. Sam też bardzo
      interesuje się skutkami dla obu stron bitwy pod Grunwaldem. W maju
      br. wielki mistrz zaprosił do swojej wiedeńskiej siedziby
      znakomitych historyków, wśród nich prof. Henryka Samsonowicza, by
      wspólnie z nimi zastanowić się, jak to możliwe, aby średniowieczna
      bitwa, jedna z największych w średniowiecznej Europie, nawet po 600
      latach tak bardzo zajmowała naukowców. Opat krzyżaków podkreślił, że
      straty terytorialne w tej bitwie nie były dla zakonu tak bardzo
      dotkliwe, jak utrata prawie jednej trzeciej zakonnych rycerzy, a
      także utrata sławy „zakonu niezwyciężonego”, co odczuwa się po dzień
      dzisiejszy.
    • Po roku 1990 lansowana była teza, że to Witold dowodził całym wojskiem polsko-litewskim, z czego po kilku latach zrezygnowano. Następnie został wykreowany przez litewskich historyków słynny manewr Witolda jakim była pozorowana ucieczka z pola bitwy wojsk litewskich. Ostatnio jednak możemy zauważyć pewną zmianę.
      www.kresy.pl/publicystyka,felietony?zobacz/zalgiris-czyli-grunwald
      Bitwa pod Grunwaldem jest doniosłym wydarzeniem w litewskiej świadomości narodowej. Dobitnie ujawniło się to jednak dopiero po roku 1990. Dzień 15 lipca jest na Litwie świętem, aczkolwiek świętem trzeciej rangi.
      Święta pierwszej rangi mają charakter państwowy. To są: 16 luty - dzień niepodległości państwa litewskiego (w roku 1918), 11 marca - dzień odrodzenia niepodległości Litwy (odzyskanej w roku 1990), wreszcie 6 lipca - dzień koronacji Mendoga, jedynego władcy litewskiego, który otrzymał koronę. Druga kategoria świąt ma charakter narodowo-religijny. To na przykład 6 stycznia święto Trzech Króli, czy 13 maja - święto miłości lub Mildy, pogańskiej bogini miłości. Takich świąt jest kilkanaście. I trzecia kategoria to dni pamięci, których na Litwie jest 54, do których zalicza się 15 lipca. Jeśli święta państwowe są dniami wolnymi pracy, w których flagi mają być na wszystkich budynkach, także mieszkalnych, to takie święta jak rocznica bitwy pod Grunwaldem są dniami pracującymi, a flagi wywiesza się tylko na gmachach instytucji państwowych i samorządowych.
      Na Litwie mamy 103 miasta i w 35 z nich jest ulica Żalgiris, czyli Grunwaldzka. Ponadto trzeba jeszcze wymienić 12 osiedli, gdzie też znajduje się ulica o tej nazwie. Wychodzi więc w sumie 47 tych ulic. Z kolei ulic księcia Witolda jest zaledwie o osiem więcej. A Witold to na Litwie bohater numer jeden. Żadna inna postać historyczna nie ma tylu ulic. Za to ulic o nazwie Wileńska jest na Litwie ponad 100. Tak więc bitwa pod Grunwaldem plasuje się pod tym względem wysoko, chociaż ulic Jagiellońskich jest zdecydowanie mniej, bo tylko pięć. Warto też zwrócić uwagę na nazwy klubów sportowych o nazwie Żaligiris, czyli po litewsku Grunwald. Jest słynny klub koszykarski Żalgiris Kowno. Była też drużyna piłkarska Żalgiris Wilno i w stolicy Litwy nadal mamy stadion o tej nazwie.
      I jeszcze kilka słów o historiografii. Tuż po roku 1990 lansowana była teza, że to Witold dowodził całym wojskiem polsko-litewskim, z czego po kilku latach zrezygnowano. Następnie został wykreowany przez litewskich historyków słynny manewr Witolda jakim była pozorowana ucieczka z pola bitwy wojsk litewskich. Dzięki jego geniuszowi Litwini rzekomo umyślnie uciekli z pola bitwy, by potem na nie wrócić i uratować tym samym Polaków. Ostatnio jednak możemy zauważyć pewną zmianę. Nawet radykalni politycy czy historycy o poglądach narodowych są skłonni przyznawać, że pierwsi z pola bitwy zaczęli uciekać dowodzeni przez Witolda Tatarzy, a potem pod naporem sił krzyżackich Witold dał sygnał do odwrotu. I już się nie przedstawia tego jako zaplanowanej akcji księcia, ale jako sytuację, która spontanicznie wynikła z przebiegu bitwy. Chociaż prawda jest taka, że Witold przestawiając szyki rzeczywiście wrócił na pole bitwy wspierając Polaków.
      Historiografia litewska zmierza więc, powoli i z oporami, ale w kierunku realizmu. Jednak potrzeba jeszcze czasu, żeby mogła znaleźć konsensus z historiografią polską. Chociaż co do kwestii zasadniczych, to już są zgodne.
      Jarosław Wołkonowski - profesor Uniwersytetu w Białymstoku
    • Kiedy Polacy popijali wódeczkę, Ukraińcy byli wykorzystywani jako mięso armatnie – przez tą nową wersję bitwy pod Grunwaldem, w Drohobyczu nie może stanąć pomnik upamiętniający to wydarzenie.
      www.kresy.pl/publicystyka,reportaze?zobacz/una-unso-kontra-grunwald
      A szkoda, bo Drohobycz odegrał szczególną rolę w walce z Krzyżakami. Pułki Rusinów były formowane właśnie w Drohobyczu i były opłacane rupnikami tego miasta.
      - Do starej wersji pomnika, który stał w naszym mieście od 1910 r., dodaliśmy dwa nagie miecze i tarczę Jana Mędrzyka z Drohobycza, który ponoć odbierał miecze - mówi Adam Aurzecki, prezes Towarzystwo Kultury Polskiej i Ziemi Lwowskiej w Drohobyczu - Stawiamy pomnik w tym samym miejscu, gdzie stał jeszcze przed wojną. Tylko, że, aby postawić pomnik trzeba było ściąć trzy drzewa, a na to już jest potrzebne zezwolenie, ponieważ drzewa znajdują się w XVIII-wiecznym parku, który jest pod ochroną. Zezwolenie otrzymałem, zorganizowałem rozpoczęcie prac, przyjechał samochód i…

      I tu wkracza polityka.

      Jak wszyscy wiemy w październiku odbędą się wybory do władz lokalnych. Obecny burmistrz Drohobycza wywodzi się z partii UNA-UNSO, poprzedni również. Obaj chcą wygrać w tym roku. Co trzeba zrobić, by pokonać przeciwnika z tego samego ugrupowania? Stanąć w opozycji do jego działań. W tym wypadku przejawia się to poparciem burmistrza Mykoły Huka dla pomnika bitwy pod Grunwaldem i całkowitą jego negacją ze strony Myrosława Hłubisza, pierwszego mera Drohobycza już za niepodległej Ukrainy.

      - Początkowo otwarcie miało przypaść na 15 lipca, nie udało się. Chcieliśmy w trybie przyspieszonym rozpocząć prace, by wyrobić się z otwarciem na 24 sierpnia, znowu nie udało się. Tym razem już nie ze względu na brak zezwolenia, ale dlatego że partia "Swoboda", "Za Ukrainę' i UNA-UNSO na czele z Hłubiszem strajkami nie dopuścili do rozpoczęcia prac - opowiada Aurzecki - Gdy przyszliśmy na rozmowy do siedziby UNA-UNSO usłyszeliśmy kompletnie wypaczoną wersję bitwy pod Grunwaldem, następnie, że nie może być mowy o stawianiu polskich pomników na Ukrainie, że nie dają im postawić ich krzyża w Przemyślu, że ukraińskie cmentarze są tam zaniedbane. W końcu powiedziano nam, że w tej sprawie musi się odbyć referendum. Kiedy w Drohobyczu stawiano pomnik Stepana Bandery nikt nie pytał o zdanie ani Polaków, ani Rosjan, ani Żydów.

      Prace wstrzymano, o sprawie zrobiło się głośno, zjawili się dziennikarze z 12 kanału.

      - To było tydzień przed planowanym odsłonięciem, przyjeżdżam na miejsce, gdzie zebrała się 20-30 osobowa grupka przeciwników - mówi mi Adam Aurzecki - Widzę antypolskie transparenty, słyszę antypolskie hasła: "Nie wywołujcie wilka z lasu, bo wezmę swój pistolet i wszystkich was Polaków - Lachów wystrzelam", "Trzeba wysadzić kościół razem ze wszystkimi Polakami, aby się z niego lacka krew wylała". Pod koniec zarzucono mi, że jestem niebezpiecznym elementem dla Ukraińców i trzeba mnie wysiedlić nie za San, ale za Wisłę, bo do Wisły są ich tereny i oni je odbiorą. Wtedy nie wytrzymałem i poszedłem zgłosić sprawę do prokuratury. Okazało się, że w prokuraturze już jest złożona skarga na mnie.

      Jest potrzebne kolejne zezwolenie. Tym razem na przeprowadzenie prac ziemnych, wydaje to specjalna komisja we Lwowie. Zezwolenie nie stanowi problemu, problem stanowią uciekający czas i pieniądze.

      - Tak czy inaczej złożyłem sprawę do prokuratury. Traktor kosztuje, pracownicy również, a oni mi to wszystko blokują. Niech mi przynajmniej kompensują finansowe straty - skarży się Aurzecki - Zbieram teraz kolejną dokumentację i mam cichą nadzieję, że na dzień Miasta Drohobycza, 21 września, uda się odsłonić pomnik upamiętniający wydarzenie, które do tej pory łączyło nasze narody.

      Narody same z siebie się nie dzielą, do tego potrzebna jest zawsze siła sprawcza. Tym razem w postaci 20-osobowej grupy.

      W następnym numerze "Kuriera Galicyjskiego" ukażą się rozmowy z przedstawicielami władz Drohobycza.

      Konsulat Generalny RP we Lwowie wystąpił do władz obwodu lwowskiego z protestem przeciwko lżeniu przedstawicieli polskiej mniejszości narodowej w Drohobyczu oraz z żądaniem zapewnienia bezpieczeństwa osobom pracującym przy budowie pomnika.

      Pomnik powstaje ze środków budżetowych państwa polskiego, głównie MKiDN.

      Joanna Demcio

      Źródło: Kurier Galicyjski, nr 16 (116), 31 sierpnia - 17 września 2010 r.
      --
      Śmierć jednego Lacha to metr wolnej Ukrainy. Albo będzie Ukraina, albo lechicka krew po kolana. Polaków w pień wyciąć. (Roman Szuchewycz, juszczenkowski "bohater Ukrainy")

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Zadaj pytanie na Forum

Za darmo

Na każdy temat

Tysiącom użytkowników

Zapytaj

Bestsellery

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.