Dodaj do ulubionych

Mój Dziadek z Wołynia - warszawski cukiernik

01.12.16, 11:41
WŁADYSŁAW ZAGODZIŃSKI (1901-1974)
– MÓJ DZIADEK Z WOŁYNIA, WARSZAWSKI CUKIERNIK

Władysław Zagodziński urodził się w 1901 roku w rodzinie ziemiańskiej na Wołyniu, w urokliwym miasteczku Młynów (dziś 20 km od granicy z Polską), gdzie spędził młodość, ukończył szkołę powszechną i przez kilka lat pracował. Przez Młynów przepływała rzeka Ikwa, a most nad nią wiódł do majątku hr. Chodkiewiczów (z pięknym parkiem i pałacem ze zbiorami sztuki przekazanymi potem Muzeum Narodowemu w Krakowie). Przy głównej ulicy była kawiarnia i szkoła. Przed wojną w szkole powszechnej w Młynowie religii uczył ksiądz Batowski, nauczycielkami były Olga Ajdukiewicz i Helena Zalewska a kierownikiem Edward Nowak. Obok szkoły był sklep żydowski, gdzie sprzedawano chałwę w pałeczkach po 5 groszy sztuka. Nad miastem górował rokokowy Kościół parafialny pw. NMP ufundowany przez Chodkiewiczów a projektowany przez E. Schroegera (podobnie jak pałac), po wojnie zrównany z ziemią. Rosyjskie wywózki, niemieckie egzekucje, a potem rzeź (w 1943 r. w tamtej okolicy miały miejsce liczne mordy dokonywane przez nacjonalistów ukraińskich) przetrwali tylko nieliczni Polacy, w tym ksiądz Jacek Brzezik, który po wojnie pracował w szpitalu Miłkowie.
Władysław w wieku 20 lat, wyposażony przez ojca w sporą sumę pieniędzy, przyjechał do Warszawy, planując zdobycie zawodu cukiernika i założenie własnej firmy… Rodzi się pytanie, jak doszło do wyprawy z pięknego, żyznego Wołynia do stolicy. Zwłaszcza w czasach kiedy nie było radia i telewizji, a telefony (te tradycyjne, przewodowe i bakelitowe) stanowiły wielką rzadkość. Z pewnością nie był to wyjazd w ciemno. Dziadek pochodził z ziemiańskiej, wielopokoleniowej rodziny, która miała kontakty w Warszawie, a więc i rozeznanie stołecznego rynku „prywatnych interesów”. Poprzez tego kontakty przygotowano i sam wyjazd i plan kariery w Warszawie.
Cukiernia Władysława Zagodzińskiego nie była mała i zajmowała narożnik kamienicy. Przykuwała uwagę dużymi witrynami i szyldami. Jej dzieje opisał Wojciech Herbaczyński w książce "W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich".
Przedtem młody Zagożdziński, przybysz z okolic Równego na Wołyniu, praktykował w Warszawie u Rydzewskiego przy Krakowskim Przedmieściu 12, potem pracował u Moczulskiego przy Chłodnej 40, wreszcie w 1926 r. otworzył własną cukiernię przy Wolskiej 53, u zbiegu ze Skierniewicką. Cztery lata później przeniósł się do kamienicy pod numerem 66, u zbiegu z ulicą Syreny. Ten lokal był duży. Mieścił sklep, pomieszczenie ze stolikami dla gości, salę ze stołami bilardowymi i duże zaplecze z pracownią cukierniczą. Wystrój - jak na dzielnicę wolską przystało - był skromny, ale zdaniem Herbaczyńskiego gustowny. Ściany pomalowane na kremowo dodawały ciepła, wnętrze oświetlał żyrandol i kinkiety. Na stolikach wykładano codzienne gazety, a także tygodniki. Produkcja słodkości nie była mała, a asortyment szeroki. Cukiernia była na tyle duża, że można było w niej ustawić stoły do bilarda. Zadbano również o telefon. Sam właściciel był wielkim miłośnikiem szachów, przy których spędzał mnóstwo czasu. Pracownia słynęła z najróżniejszych smakołyków, od lodów po ciasta... Do cukierni Zagoździńskiego przyjeżdżali ludzie z najdalszych zakątków Warszawy. Krążyła pogłoska (a może prawda), wedle której po pączki z tej cukierni miał wysyłać swojego adiutanta Marszałek Józef Piłsudski! "A że Zagodziński był fachowcem dobrym, zyskał rzesze kupujących i sympatię mieszkańców. W sklepie przy bufetach był tłok, a przy stolikach też gości nie brakowało" – odnotował Herbaczyński. Nad utrzymaniem ciepłej atmosfery czuwała żona cukiernika Natalia (z domu Danielak). "W lecie firma słynęła z lodów, w okresie świąt Bożego Narodzenia - ze strucli makowych, orzechowych, migdałowych. Na Wielkanoc - z mazurków, babek i marcepanowych święconek. Te święconki stały się sławne. Według opinii cechu Zagoździński był artystą w ich wyrobie. Nikt mu nie dorównywał. Przed Wielkanocą zamawiał u stolarza kilkaset drewnianych stoliczków. Pokrywał ładnymi serwetkami z napisem: »Alleluja" i układał na nich swoje święconki. Czego tam nie było! Indyk pieczony i łeb świński, bochenek chleba i bryłka masła, i mazurki, i jajeczka, i placek, i babki z naturalnego ciasta, i karafka z kolorowym winem - syropem. Pośrodku stał baranek z białego cukru z czerwoną chorągiewką, a obok kropidełko. Wszystko w naturalnych kolorach z roślinnych farb, rozłożone estetycznie na specjalnych talerzykach z kredowej tektury" - zachwycał się Herbaczyński, twierdząc, że po te cuda przyjeżdżano aż z samego Śródmieścia. Z podobnym rozmachem i troską o klimat świąt przygotowywano ciasta na Boże Narodzenie, nie stroniąc też od przyjmowania zamówień i dostawy do domu.
Warto tu zwrócić uwagę, że pan Władysław, przybysz spod Równego, zrobił w Warszawie błyskawiczną karierę w wybranym zawodzie. Prawdopodobnie przyjechał tu w wieku 20-21 lat. W pracowniach Rydzewskiego i Moczulskiego spędził chyba po dwa lata. Wybór tych firm skłania do refleksji; były to zakłady znane z rzetelności ale unikające pogoni za modą i blichtrem. Doskonalił tam nie tylko swoje umiejętności fachowe, ale też podglądał jak się prowadzi firmę, jak się zdobywa klientów i markę. I potem z wielkim sukcesem i znawstwem otworzył własną cukiernię (najpierw na Wolskiej 53, a nieco później na Wolskiej 66), która już po kilku latach zyskała markę - była w Warszawie znana i ceniona...
Cukiernik wraz z rodziną (żoną i dwiema córkami Hanką i Danką) mieszkał w tej samej kamienicy. Zdaniem Herbaczyńskiego wieczorem lubił grać w szachy w cukierni. Zasiadał przy stoliku ze swoim przyjacielem, też cukiernikiem, Franciszkiem Pasoniem i tak, zastanawiając się nad ruchami, siedzieli często do nocy. Innym znanym mieszkańcem tej kamienicy był dr Adam Ettinger, profesor kryminologii w Wolnej Wszechnicy Polskiej oraz wykładowca na innych uczelniach Warszawy i Łodzi. W mieszkaniu zebrał on ogromną bibliotekę z zakresu socjologii, historii filozofii i kryminologii. Musiała imponować, skoro Edward Chwalewik wymienił ją w swoim „Spisie zbiorów polskich”, opublikowanym w 1926 r. Ettinger sam był autorem książek, z których najgłośniejsza to wydany w 1924 r. "Zbrodniarz w świetle antropologii i psychologii". (Los sprawił, że kilkadziesiąt lat później, w 2009 r., w tej samej kamienicy na klatce schodowej nieopodal mieszkania kryminologa znaleziono ciało zamordowanego mężczyzny.) Ettinger często przychodził do pachnącej cukierni Zagoździńskiego. Zmarł w 1934 roku… A według opinii cechu rzemiosł Zagodziński był artystą wyrobów cukierniczych. Nikt mu nie dorównywał. To w tym okresie koledzy i znajomi zaczęli do niego mówić „Panie nad-Blikle”.
Kolejnym magnesem przyciągającym w pobliże narożnika Wolskiej i Syreny był sklep czeskiego koncernu obuwniczego Bata. Znajdował się już jednak nie w domu pod nr. 66, ale w jego bezpośrednim sąsiedztwie, w niepozornej, dwupiętrowej kamieniczce przy Wolskiej 64. Jednak już samo jego urządzenie w tym miejscu świadczyło o zmianie charakteru ulicy. Wolska z jej śródmiejskim przedłużeniem, czyli Chłodną, stanowiła rodzaj głównej arterii handlowej dzielnicy. Jak wyglądały wnętrza Baty przy Wolskiej? Tego nie wiemy, ale należy przypuszczać, że był to sklep nowoczesny, urządzony zgodnie ze standardami firmy. We wrześniu 1939 r. miała tych sklepów w całej Warszawie kilka.
W czasie wojny cukiernia funkcjonowała nadal, choć skromnie, stosownie do reglamentowanego i kartkowego zaopatrzenia. Podczas okupacji sklep Baty istniał nadal. Egzystowała też cukiernia, tyle że zakres produkcji stał się dużo mniejszy, a klienci i goście zaglądali tu rzadziej. "Racje żywnościowe przydzielane przez Niemców były małe, a że ciastka zawierały cukier, tłuszcz, jajka (sacharyny używano tylko do słodzenia napojów) kupujących nie brakowało" - pisał Herbaczyński.
W kamienicy w czasie okupacji powstał też sklep fotograficzny braci Tadeusza i Mieczysława Kozłowskich. Sprzedawali nie tylko materiały filmowe, ale też handlowali tape
Edytor zaawansowany
  • jaromily 05.12.16, 11:13
    Warto wspominać. Także jak się nie ma cukierni
  • jaromily 11.12.16, 09:12
    Młynów, piękny Młynów
  • jaromily 11.12.16, 09:17
    Władysław Zagoździński
  • anglik_z_kolomyi 11.12.16, 13:20
    Z tego, co widzę, Pracownia Cukiernicza "Zagoździński" funkcjonuje do dziś smile
    pracowniacukiernicza.pl/
    --
    Zły to ptak, co własne gniazdo kala.
  • jaromily 12.12.16, 08:36
    O jakie kala chodzi?
  • anglik_z_kolomyi 12.12.16, 21:11
    Przysłowie polskie: "Zły to ptak, co własne gniazdo kala". Kala czyli plugawi...

    --
    Zły to ptak, co własne gniazdo kala.
  • jaromily 14.12.16, 10:43
    Lepiej doszukiwać się zakalców w pączkach niż w tekście, który ich nie ma, a jest tylko bezinteresownym hołdem pamięci dla dobrego człowieka.
  • jaromily 14.12.16, 11:30
    jaromily napisał:

    > Lepiej doszukiwać się zakalców w pączkach niż w tekście, który ich nie zawierał, a był tylko bezinteresownym hołdem pamięci dla szlachetnego człowieka.

    Nie wiem też dlaczego "anglik z kolomyi" chce mi odebrać prawo wspominania mojego dziadka?!
  • anglik_z_kolomyi 14.12.16, 20:05
    Sorry, gościu, ale to jakieś kompletne nieporozumienie. Taką mam sygnaturkę, która pojawia się pod każdym moim wpisem na forum.

    --
    Zły to ptak, co własne gniazdo kala.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka