Zamorduję najpierw sąsiadów z góry po ukosie - bo mają zepsuty domofon i przez to:
1. Przy wejściu słychać dokładnie, co się dzieje u nich w mieszkaniu - rozmowy,
TV, skrzypce córki.
2. Żaden z mieszkańców nie ma sprawnego domofonu, bo u nich jakby ciągle była
podniesiona słuchawka, więc można ryknąć "kto tam?", ale już odpowiedzi się nie
usłyszy. W efekcie wszyscy wpuszczamy wszystkich = ZEROWY poziom bezpieczeństwa.
3. Spółdzielnia umyła ręce, naprawianie domofonów leży w gestii mieszkańców.
4. Sąsiedzi z zepsutym domofonem zdarli kartkę z prośbą o wymianę aparatu (całe,
och, ach, 20 zł!), która wisiała przy wejściu.
5. Spółdzielnia dla bezpieczeństwa wybudowała nam płot wokół bloku, ale
pieniędzy nie starczyło już na zamki do bram i furtek, więc bezpieczeństwo znowu
poszło się paść, a mieszkańcy okolicznych bloków, należących do tej samej
spółdzielni, nas nienawidzą.
6. I ostatnie, najbardziej upierdliwe - mój domofon cały czas piszczy tak,
jakbym naciskała ten przycisk do otwierania drzwi na dole, tylko trochę ciszej.
I zaraz kogoś zamorduję, bo od dwóch dni boli mnie głowa...
--
Nawet dwoje ciekawych ludzi może się nudzić w swoim towarzystwie, jeżeli nie są
oni ciekawi siebie.
ich4pory.blogspot.com